13

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Józef Sobota przyszedł na świat 24 marca 1903 roku. Do 1922 roku reprezentował Bismarckhütter Ballspiel Club. Po upadku niemieckiego zespołu, zgłosił swój akces do Ruchu Hajduki Wielkie. Już wówczas 19-letni filigranowy (był najmniejszym wzrostem piłkarzem nie tylko Ruchu, ale i Śląska, miał tylko 156 cm!) napastnik przebojem wdarł się do składu Ruchu i mimo tak młodego wieku zyskał status gwiazdy. Sobotta (takie nazwisko nosił do 1937, kiedy zmienił na polsko brzmiące Sobota) posiadał przeciętne warunki fizyczne i miał słabą technikę, ale te braki nadrabiał zdolnością odnajdywania się w polu karnym przeciwnika, instynktem strzeleckim, intuicją boiskową, pracowitością, ambicją, szybkością, sprytem oraz przebiegłością. Posiadał zmysł do gry kolektywnej oraz ostry, zaskakujący strzał. – „Z Ruchu wyróżnić należy przede wszystkim Sobotę, duszę ataku i najlepszego strzelca… Na niego gra cała drużyna, wszystkie piłki są na niego skierowane” – wypowiadał się o piłkarzu ,,Ilustrowany Kuryer Codzienny” z Krakowa. W 1926 roku strzelił kilkanaście goli, dzięki którym Ruch sięgnął po swój drugi tytuł mistrza Górnego Śląska oraz zdobył ,,Puchar Stanisława Fliegera”. Grał w mistrzostwach Polski zostając najlepszym strzelcem swojego zespołu. W 1927 roku Sobota zadebiutował w ekstraklasie. Zapisał się w annałach klubowych jako zdobywca pierwszego gola w lidze (ŁKS Łódź 1-3), ponadto we wrześniu 1929 roku w meczu z Czarnymi Lwów został autorem jubileuszowego 100 ligowego gola! W każdym sezonie, od 1927 do 1930, strzelał minimum 10 ligowych bramek. Od 1922 do 1932 rozgrał 145 ligowych meczów i zdobył aż 56 goli. Był tak ważnym piłkarzem dla swojego klubu, iż działacze wielokrotnie wysyłali pismo do PZPN z prośbą o rozegranie powtórki meczu jako powód podając nieobecność zawodnika w składzie! Sobota był intelektualistą, urzędnikiem państwowym, który pracował w Hucie Batory oraz wyróżniającym się żołnierzem. Pozostawił po sobie duże zasługi dla 75 Pułku Piechoty w Chorzowie, z którym zdobył tytuł mistrza Wojska Polskiego. Szkoda, że piłkarz nie urodził się kilka lat później i nie doczekał się czasów, kiedy Ruch zdominował przedwojenną polską ligę, wywalczył aż pięć tytułów mistrza Polski.

„Na pożółkłych, pamiątkowych, niemal zabytkowych dziś zdjęciach zawsze stawał z dala od „wieżowców”. Kiedy kibic-fotograf chciał go uwiecznić razem z Teodorem Peterkiem długo zastanawiał się w jaki sposób podciągnąć się w górę przynajmniej o kilkanaście centymetrów. Czasem sięgał po piłkę, stawał na niej i różnica poważnie malała. Ale to tylko na marginesie, bo mały wzrostem Sobota był wielkim piłkarzem. Intuicyjny zmysł do gry kombinacyjnej, kolektywnej, kąśliwy strzał, zapewniły mu wiele futbolowych zaszczytów… - wypowiadał się o nim dziennikarz Sportu. Józef Sobota był typem zawodnika, który z góry wiedział, gdzie spadnie piłka, dlatego wiele bramek strzelał… głową! W swoim jedynym meczu z orłem na piersi również strzałem głową zmusił do kapitulacji estońskiego bramkarza. – „ …A temu ostatniemu udaje się szalonym szczupakiem powietrznym, wsadzić głową piłkę do siatki” – czytamy w sprawozdaniu meczowym Przeglądu Sportowego. Po meczu dziennikarze PS napisali, że lewy łącznik jednak nie radził sobie z rosłymi zawodnikami z Estonii. – „Wstawienie Soboty było wielkim błędem: gracz ten wobec dużych i szybkich przeciwników nie istniał prawie na boisku”. Kapitan związkowy polskiej reprezentacji Tadeusz Synowiec już więcej nie powołał zawodnika do kadry. Na osłodę pozostały mu regularne występy w reprezentacji Górnego Śląska przeciwko niemieckim drużynom oraz gra w reprezentacji Ligi przeciwko śląskim piłkarzom.

Sobota próbował swoich sił również na ławce trenerskiej. Jeszcze będąc piłkarzem Ruchu uzyskał papiery na instruktora piłkarskiego. W zamian za zasługi dla Ruchu działacze powierzyli mu opiekę nad zespołem juniorów, a dzięki swoim kontaktom, młodzieżowe zespoły były często zapraszane na obozy piłkarskie PZPN. W 1937 roku powierzono mu pierwszy zespół "niebieskich". Jego debiut z AKS Chorzów zakończył się porażką 1-3. Zaledwie po 6 kolejkach zastąpił go Austriak Günther Ringer. Ruch wówczas wywalczył trzecie miejsce w lidze. W 1938 roku ponownie poprowadził Ruch w pierwszych 7 kolejkach, a następnie zastąpił go Węgier Ferenc Fogl. Tym razem były piłkarz miał znaczący wkład w wywalczony tytuł mistrzowski. Niedługo przed wybuchem wojny objął stanowisko kierownika drużyny. Po wojnie dalej aktywnie pracował w sporcie, ale już jako działacz.

Piłkarz Ruchu zmarł 2 kwietnia 1979 roku. – „Józef Sobota był zawsze związany z Ruchem, głęboko przeżywał dole i niedole swego klubu. Odszedł powszechnie lubiany wielki sportowiec, który na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich, którzy kiedykolwiek się z nim zetknęli” – napisał o nim ,,Sport”.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Eric_Abidal_22 U ,,nas" tak ale w tej sytuacji chodziło mi o reprezentacje Hiszpanii

2

@MessiForeverTheBest Kulesza i Probierz to jak dwa najlepsze szwagry, jeden za drugiego pójdzie w ogień. Dla dobra polskiego futbolu należałoby rozjebać to towarzystwo wzajemnej adoracji...

0

No i dobrze mu powiedział, gdyż to rzeczywiście było jakieś gówno! Niech on się nie bierze za strzelanie rzutów karnych! No chyba że zacznie porządnie ćwiczyć na treningach ten stały fragment gry...

14

,,Urruti t’estimo”:

Dokładnie 40 lat temu bramkarz Barçy Javier Urruticoechea obronił rzut karny w meczu 30-tej kolejki Primera Division z Realem Valladolid. Duma Katalonii potrzebowała zwycięstwa na Estadio Jose Zorrilla aby zapewnić sobie na 4 kolejki przed końcem sezonu, pierwsze po 11 latach przerwy mistrzostwo Hiszpanii. W 88 minucie arbiter podyktował rzut karny dla gospodarzy. Do jedenastki podszedł Salwadorczyk Gonzalez a ,,Urruti” obronił karnego. Do historii przeszły słowa charyzmatycznego Katalońskiego spikera radiowego Joaquima Marii Puyala, który skuteczną interwencje golkipera Blaugrany skwitował wielokrotnie powtarzanymi słowami: ,,Urruti t’estimo”, co po katalońsku oznacza ,,Urruti kocham cię!”.



Debiut ,,Generała”:

24 marca 1998 r. Xavi Hernandez zadebiutował w barwach Dumy Katalonii. Debiut przypadł na mecz półfinałowy Pucharu Katalonii z UE Lleida, wygranym przez Blaugrane 2:1 po dwóch golach Jofre Gonzaleza.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Safrani Naszą lige grano wówczas systemem wiosna-jesień, więc w 1955 r. jeszcze nie wyłoniono mistrza, w związku z tym logicznym było wystawienie mistrza z poprzedniego roku a więc Polonie Bytom. Jednak władze komunistyczne nie zdecydowały sie na ten krok, gdyż Polonia spisywała się słabo w naszej lidze. W związku z tym dygnitarze z Głównego Komitetu Kultury Fizycznej desygnowali właśnie Gwardie, która rozegrała historyczny dwumecz z Djurgarden Sztokholm.

4

@FCBparasiempre
Sam pomysł
nie do końca był przemyślany, bowiem zaproszenia do grona 16 uczestników
miałyby być wyłącznie subiektywną oceną organizatorów. Nie mówi się nic o
kryteriach wyboru uczestników, ani o obowiązkowym udziale mistrzów. Z punktu
widzenia paryskiego komentatora, według bardzo subiektywnych kryteriów, ocenia
się wartość europejskiego futbolu klubowego. Autor proponuje swoiste ,,klubowe
mistrzostwa Europy” z udziałem kilkunastu zespołów a wśród nich: Stade Reims,
Anderlech Bruksela, Grasshoppers Zurich, 1.FC Kaiserslautern, Real Madryt,
Partizan Belgrad, Rapid Wiedeń, AC Milan, Volverhampton Wanderers, Honved
Budapeszt oraz Dynamo Moskwa. To kryterium ,,mistrzostwa” wcale nie będzie
zresztą długo najważniejsze, bodaj dopiero wiosną 1965 a więc w 10 lat po
narodzinach idei, komitet organizacyjny wprowadzi obowiązek posiadania tytułu
przez uczestników rywalizacji i to tytułu uzyskanego w ostatnich zakończonych
rozgrywkach. Ten pomysł musiał narodzić się w czasie, gdy niemal w tym samym
momencie nastąpiło działanie różnorodnych bodźców. Od politycznych uwarunkowań poczynając,
bowiem okres ,,zimnej wojny” dzielącej Europe i świat ,,żelazną kurtyną”,
męczył już nie tylko społeczeństwa ale i polityków, a z obu stron pojawiały się
znaki otwarcia się na świat bez podziałów albo ukrycie ogromnych różnic
politycznych pozornym współdziałaniem na niwie sportowej. W sporcie otwierała
się epoka telewizji. Rodził się boom turystyczny. Europa a nawet świat bez
granic, to hasło, które sięgało i do sportu. Specjalne pociągi piłkarskie,
początkowo w jednym kraju, potem już międzynarodowe, przenosiły kibiców na
atrakcyjne widowiska i zapewniały powrót. Było także wreszcie realizowane w
praktyce organizowanie się Europy we własnej organizacji piłkarskiej, czemu
długo przeciwstawiał się Jules Rimet, francuski prezydent FIFA, ale też działacz
czuły na swe wpływy i niedopuszczający konkurencji na własnym europejskim
podwórku. W tej sytuacji nie wystarczyły już krajowe rozgrywki, stadiony
kurczyły się, ograniczając możliwości rozwoju, hamowały dopływ kapitału do
przedsiębiorstw zwanych klubami piłkarskimi. Wiadomo, że trzeba było grać
częściej, coraz atrakcyjniejsze mecze, aby przyciągnąć większą liczbę
publiczności na trybuny. Zagraniczny rywal w grze o wszystko, czyli o awans do
następnej rundy, miał być panaceum na spełnienie marzeń piłkarskiego swiata. W
1954 powstała UEFA, która zajęła się tworzeniem podstaw organizacyjnych i z
wielkim trudem forsowała pomysł mistrzowskich rozgrywek dla reprezentacji
narodowych. Tak się jednak dziwnie stało że pomysł ,,mistrzostw klubowych”,
prywatna zrazu idea paryskiego dziennika, uzyskała zgode i oficjalny placet
UEFA już na pierwszym kongresie w dniach 2 i 3 marca 1955 r. w Wiedniu. Myślę
że działacze UEFA nie do końca zdawali sobie sprawę ze znaczenia klubowej
rywalizacji o ,,mistrzostwo” kontynentalne a mając na głowie dziesiątki innych
problemów, wśród których mecze narodowych drużyn ciągle miały jeszcze wyższą
range, postawili na sprawę ich zdaniem łatwiejszą. Cztery miesiące po
wiedeńskim kongresie wybrano komitet organizacyjny klubowych pucharów Europy(pucharów,
ponieważ przeczuwano ze będzie ich więcej niż tylko turniej mistrzów). Piątka
działaczy, mając pełnomocnictwa od ,,Komitetu Wykonawczego UEFA”, 18 lipca 1955
r. opracowała zasady rywalizacji i rozpoczęła praktyczną działalność. Siedem tygodni
później rozegrano pierwszy mecz. Postanowiono zaprosić 16 zespołów a wśród nich
londyńską Chelsea. Niestety władze angielskiej ligi nie wyraziły na to zgody i
stąd w gronie premierowej edycji uczestników znalazła się… polska drużyna.
Zaproszono imiennie warszawską Gwardie, choć ta nigdy nie była posiadaczem
mistrzowskiego tytułu! Wyznaczono regulamin, który nie narzucał konkretnych
terminów spotkań, ale czas wyłonienia awansującej z każdej pary drużyny.
Dopiero w 1966 r. ustalono sztywne ,,pucharowe” terminy dla wszystkich ekip.
Znakomicie uprościło to rywalizacje a likwidacja tak zwanych ,,dodatkowych”
trzecich spotkań(przy równym bilansie dwóch pierwszych) uczyniła rywalizację w
każdej parze i w każdym meczu istną grą o wszystko. Potrzeba było jednak lat
doświadczeń aby drobne na pozór innowacje(jak ,,podwójne” gole na wyjeździe czy
konkurs rzutów karnych) uprościły system rozgrywek. Na początku sporom o
terminy nie było końca a zmagania poprzez skomplikowany, rozciągnięty w czasie
przebieg, nieco tonowały emocje. Jednak nie narzekajmy, pucharowe szaleństwo
opanowało kibiców w całej Europie z siłą, jakiej Monsieur Hanot doprawdy nie
mógł się spodziewać!

6

@FCBparasiempre
Zanim doszło
do europejskich pucharów z prawdziwego zdarzenia, to jeszcze przed I wojną
światową powstał niejaki ,,Coup Van der Straeten Ponthoz”. To był pierwszy
turniej określany przez prasę mianem klubowych mistrzostw starego kontynentu.
Puchar został utworzony w roku 1900 z inicjatywy hrabiego Carla Van der
Srtaeten-Ponthoz, który również ufundował trofeum dla zwycięzcy. Do pierwszej
edycji zaproszono kluby z sześciu państw, lecz Niemcy i Austriacy nie wystawili
przedstawiciela. Udział wzięli mistrzowie Belgii (Racing Club de Bruxelles),
Szwajcarii (Grasshopper Club), Holandii (H.V.V.) oraz Francji (Iris Club
Lille), a także zaproszone gościnnie zespoły z Belgii (Royal Leopold FC i
Antwerp Daring Club) i Holandii (R.A.P). Z uwagi na nieparzystą ilość drużyn
dwa zespoły awansowały do półfinału na zasadzie wolnego losu. Był to
Grasshopper, który półfinał przegrał 2-3 z holenderskim R.A.P i Iris Club Lille
który… wycofał się z niejasnych powodów. Nie był on pierwszym zespołem, który
się wycofał. Belgijski Antwerp D.C. miał rozegrać mecz preeliminaycjny z Royal
Leopold, ale zrezygnował, obawiając się siły rywala. W efekcie turniej okazał
się belgijskim koszmarem. Royal Leopold został rozbity przez H.V.V 1-8 a Racing
najpierw uległ R.A.P 1-2, a potem po otrzymaniu szansy zastąpienia Lille w
półfinale, przegrał 0-3 z H.V.V. Tym samym pierwszy turniej o tytuł klubowego
mistrza Europy skończył się finałem wewnątrz holenderskim. Zwyciężyli go
piłkarze R.A.P w dość dramatycznych okolicznościach. Od pierwszej minuty
spotkania przegrywali po bramce samobójczej, ale dwie późne bramki (80 i 85
minuta) pozwoliły im odmienić losy spotkania. Były to skromne początki zawodów,
które niestety nie zdołały utrzymać prestiżu. W następnym roku do udziału
zgłosiły się tylko kluby z Belgii i Holandii, a sukcesem zawodów były
kontrowersje sędziowskie na tyle duże, by podnieść dyskusje na temat potrzeby
zaistnienia międzynarodowego organu do zarządzania piłką nożną. Wiele pomysłów
z tamtej dyskusji stało się podstawą założenia FIFA w 1904 roku. Potem w
pucharze udział wzięli jeszcze angielscy amatorzy, ale pomimo rokrocznych
zawodów aż do 1907 roku nie udało im się znów zebrać mistrzów kilku
europejskich krajów w jednym turnieju. ,,Coup Van der Straeten Ponthoz” jest
jednak najbliższy idei Pucharu Europy i należy traktować go, jako dalekiego
przodka tych rozgrywek. Po nim nastały jeszcze turnieje organizowane we
Włoszech, ,,Torneo Internazionale Stampa Sportiva” w roku 1908 oraz ,,Sir
Lipton Thomas Trophy” w latach 1909 i 1911, a udział w nich brały kluby z
Włoch, Anglii, Szwajcarii i Niemiec, lecz nie byli to krajowi mistrzowie,
ciężko mówić więc o zapowiedzi Pucharu Europy. Pierwszą fazę kształtowania się
międzynarodowego futbolu brutalnie przerwała wojna w roku 1914 i choć nie było
wtedy blisko utworzenia tego, co dziś znamy pod nazwą Ligi Mistrzów, to warto
pamiętać, że już w pierwszej dekadzie XX wieku, w Europie szukano sposobu, by
uczynić futbol międzynarodowym. Znaleziono go w drugiej dekadzie XX wieku a był
nim ,,Mitropa Cup”. Pierwszym zdobywcą Pucharu Mitropa okazała się Sparta
Parga, która w finałowym dwumeczu pewnie rozbiła Rapid Wiedeń 7-4. W kolejnych
latach turniej przechodził pewne zmiany. W 1929 roku drużyny z Włoch zastąpiły
te z Jugosławii, w 1934 roku zwiększono ilość drużyn na kraj do czterech, w
1936 roku zaproszono zespoły ze Szwajcarii, a w 1937 z Rumunii i na powrót
Jugosławii. Do roku 1940 zawody stopniowo się rozwijały, a ich prestiżu dodawał
fakt, że kwalifikowały się do niego zespoły będące krajowymi mistrzami. Śmiało
można więc określić te zawody poprzednikiem Pucharu Europy. Głównym zarzutem
stawianym przeciwko Pucharowi Mitropa jest niewielka ilość krajów, które mogły
wystawić swojego reprezentanta. Istniał jednak inny, dziś już nieco zapomniany
puchar, który i ten zarzut obala.

,,Coupe des
Nations” rozegrany jednokrotnie w roku 1930 ma wszystko by uznać go za pierwsze
klubowe mistrzostwa Europy w historii. 1930 rok zapisał się w historii futbolu
na zawsze, jako rok organizacji pierwszych Mistrzostw Świata. Turniej w
Urugwaju był jednak w Europie krytykowany, by nie powiedzieć, że został
zbojkotowany. Drużyny ze Starego Kontynentu wcale nie chciały płynąć przez
Atlantyk, by bić się o mistrzostwo świata, szczególnie w czasie, gdy na świecie
wybuchł wielki kryzys ekonomiczny. Dlatego gdy w Urugwaju ruszył mundial,
obecne były tylko cztery europejskie kraje, Rumunia, Belgia, Francja i
Jugosławia. W Europie jednak toczyły się inne zawody. Servette Genewa właśnie
wygrało mistrzostwo Szwajcarii i postanowiło zorganizować przeciwwagę dla
rozgrywanego w Ameryce Południowej turnieju. Zgrało się to z otwarciem ich
nowego ,,Stade des Charmilles” a organizacja była doprawdy mistrzowska. Na
turniej zaproszono przedstawicieli prawie wszystkich europejskich nacji i to nie
drużyny ze środka tabeli, a zdobywców trofeum. Przybyli mistrzowie Szwajcarii
(organizator, Servette), Węgier (Ujpest, także zwycięzca Pucharu Mitropa),
Niemiec (SpVgg Furth), Czech (Slavia Praga), Belgii ( Cerlce Brugge) i Holandii
(Go Ahead Eagles). Do tego mistrz Włoch z 1929 roku (Bologna), zdobywcy pucharu
Francji ( FC Sete) i Austrii (First Vienna) oraz Hiszpański Real Union Irun,
który puchar kraju zdobył w 1927 roku. Pierwszy raz w historii zebrano czołowe
drużyny klubowe z tak wielu krajów i to pomimo odrzucenia zaproszenia przez
mistrza Portugalii Benficę i wykluczenia klubów z Wysp Brytyjskich będących w
konflikcie z FIFA. Nie obyło się bez zgrzytów. Federacje Grecji i Norwegii
wysłały list z zażaleniem, dlaczego mistrzowie ich krajów nie zostali zaproszeni.
Mimo to był to pierwszy pełnoprawny turniej o miano najlepszej klubowej drużyny
Europy. Całe zawody trwały tydzień. Rozpoczęły się 28 czerwca, kiedy to
Servette zostało rozbite 0-7 przez First Vienna. Dzień później Slavia pobiła
4-2 Cerlce Brugge, a Furth po złotej bramce pokonał 4-3 FC Sete. Był to
szczególnie ciekawy mecz, ponieważ trwał aż… 148 minut. W tamtych czasach nie
wynaleziono jeszcze rzutów karnych, dogrywka toczyła się więc aż do momentu, w
którym Karl Rupprecht zapewnił w końcu swojej drużynie zwycięstwo. Ostatniego
dnia czerwca Ujpest 3-1 pokonał Real Irun. Problem sprawiła Bologna, która
spóźniła się na zawody. Jadąc z Włoch, była jednym z klubów mających do Genewy
najbliżej, a mimo to dotarła dopiero 2 lipca. W międzyczasie rozegrano rundę
dla przegranych, w której Servette pokonało 2-1 Cerlce a Real Irun 5-1 rozbił
FC Sete i tym samym wyłoniono ośmiu ćwierćfinalistów. Mecz Bologni z Go Ahead
Eagles wygrany przez Włochów 4-0 nie miał znaczenia, Holendrzy otrzymali bowiem
wolny los do ćwierćfinału, by uzupełnić stawkę. Tam takich zabaw już nie było a
pełnię sił pokazały zespoły z Pucharu Mitropa. Slavia rozgromiła 7-0 Go Ahead,
First Vienna 7-1 pobiła Furth a Ujpest 2-1 pokonał Real. Ostatnim półfinalistą
został gospodarz z Genewy, który 4-1 pokonał Bolognie. Dla Servette był to
jednak koniec sukcesów. W półfinale polegli 0-3 z Ujpestem a w meczu o trzecie
miejsce przegrali 1-5 z First Vienną. Austriacy w półfinale uznali wyższość
Slavii, która ograła ich 3-1. W finale ,,Coupe des Nations” znalazły się więc
dwa zespoły znające się dobrze z Pucharu Mitropa. Ujpest i Slavia Praga, a więc
dwie drużyny, które rok wcześniej grały między sobą właśnie w finale ,,Pucharu
Mitropa”. Mecz wzbudził ogromne zainteresowanie. Przybyło na niego 22,000
widzów, czyli tyle samo ile na wspomniane starcie o Puchar Mitropa, a przecież
tamten dwumecz rozgrywano na stadionach obu klubów (22 tysiące widzów przybyło
na mecz w Pradze)! Tutaj mierzyły się one na gruncie neutralnym i do tego
zagranicznym! Ujpest nie zawiódł kibiców. Rozbił Slavie 3-0 dzięki hat-trickowi
Jánosa Kövesa i dorzucił do gablotki kolejne trofeum. Teoretycznie kibice
Ujpestu mogą więc upierać się, że w sezonie 1929/30 wygrali pierwszy w historii
tryplet, zdobywając Puchar Mitropa 17 Listopada 1929 roku, Mistrzostwo Węgier i
Coupe des Nations 6 Lipca 1930 roku, lecz byłyby to roszczenia dyskusyjne.
Zostali jednak okrzyknięci „Mistrzami mistrzów” a w tym przypadku, chyba
zasłużenie można nadać im ten tytuł. Warto wspomnieć tu o piłkarzu, jakim był
Istvan Avar. Ten drobny snajper został królem strzelców zarówno w ,,Pucharze
Mitropa” jak i w ,,Coupe des Nations”, a w rozgrywkach ligowych był najlepszym
strzelcem Ujpestu i drugim najlepszym strzelcem ligi. Ta wczesna gwiazda
węgierskich boisk dziś jest już zapomniana, był on jednak wspaniałym
napastnikiem, który poprzedzał czasy Ferenca Puskasa czy Nandora Hidegkutiego.
Niestety, choć zawody organizowane przez Servette okazały się sukcesem, to były
także przedsięwzięciem na zbyt dużą jak na tamte czasy skalę. Istniał plan
kontynuowania rozgrywek w przyszłym roku, lecz miasta północnych Włoch, które
początkowo podjęły się organizacji, zrezygnowały z powodów finansowych. W 1937
roku zorganizowano jeszcze pokazowy turniej piłkarski z okazji EXPO w Paryżu,
lecz miał on dużo mniejszy prestiż, mimo udziału przedstawiciela Anglii.
Chelsea doszła nawet do finału uległa w nim jednak Bologni 1-4. Drugi okres
kształtowania się futbolu międzynarodowego, a więc dwudziestolecie
międzywojenne był więc czasem dużo większych projektów.

Bez cienie
wątpliwości można powiedzieć, że w ,,Coupe des Nations” i w ,,Pucharze Mitropa”
mieliśmy bezpośrednich poprzedników Pucharu Europy. Kto wie, czy idea
rozpoczęta w 1930 roku w Genewie nie przeżyłaby dłużej gdyby nie ,,Wielki Kryzys
Ekonomiczny”? Z pewnością rozwój tych pomysłów znów zahamowała wojna. Prawdziwą
eksplozję międzynarodowych rozgrywek mogliśmy więc ujrzeć dopiero po roku 1945.
W zasadzie bezpośrednim turniejem poprzedzającym Pucharu Europy Mistrzów
Klubowych był ,,Latin Cup”. Puchar ten, w którym mierzyły się kluby z
Portugalii, Hiszpanii, Włoch i Francji zajął miejsce ,,Pucharu Mitropa”, jako
najważniejsze rozgrywki międzynarodowe po wojnie. W jego pierwszej edycji
udział wzięli mistrzowie wspomnianych państw, a więc FC Barcelona, Sporting,
Torino oraz Reims a trofeum zdobyła ekipa z Katalonii, która najpierw rozbiła
5-0 Reims, a potem wygrała w finale 2-1 ze Sportingiem. W kolejnych latach nie
udawało się jednak zapraszać to pucharu samych mistrzów kraju. W 1950 roku, z
uwagi na udział wielu swoich zawodników w mundialu, trzy najlepsze włoskie
kluby odmówiły przyjazdu, zastąpiło je więc czwarte w tabeli Lazio. Rok później
wicemistrza kraju, Lille, wystawiła Francja, ponieważ mistrz OGC Nicea pojechał
do Brazylii na pierwsze klubowe mistrzostwa świata. Ostatecznie komplet
czterech mistrzów kraju brał udział tylko w sezonach 1949, 1952 i 1957, będącym
zresztą ostatnim rokiem, w którym rozegrano ,,Latin Cup”. Mimo tego nie
zdarzyło się, by przynajmniej jeden kraj nie wystawił mistrza poprzedniego
sezonu ligowego, a kwalifikacja zawsze odbyła się przy pomocy tabeli ligowej.
Gdy z różnych przyczyny zdobywca mistrzostwa odmawiał udziału, zastępował go
wicemistrz i tak dalej, co uczyniło zawody elitarnymi. Puchar ten cieszył się
popularnością wśród kibiców i był niewątpliwie najpoważniejszymi rozgrywkami
międzypaństwowymi w Europie, aż do inauguracji Pucharu Europy. Pomógł mu w tym
na pewno upadek ,,Pucharu Mitropa”. Europa Środkowa i Wschodnia, została
podczas wojny dużo bardziej zdewastowana niż kraje zachodu i południa, ciężej
było więc tam na nowo uruchomić futbol. ,,Puchar Mitropa” powrócił dopiero w
roku 1951 przemianowany na ,,Puchar Zentropa” i rozegrany jako turniej
nieoficjalny.

Jules Rimet
doprowadził kiedyś do mistrzostw świata. W latach 50-tych spełniły się najpierw
sny Gabriela Hanota i latem 1955 r. ruszył klubowy Puchar Europy a nieco
później Henry Delaunay sprawił, że narodziły się mistrzostwa Europy. W każdym
razie gdy 16 grudnia 1954 r. na łamach ,,L’Equipe” ukazał się artykuł Hanota:
,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”, kości zostały rzucone. Odmienił się los
europejskiej piłki. Najpierw puchar krajowych mistrzów a potem rozgrywki
zdobywców klubowych pucharów i turniej ,,UEFA”, wcześniej zwany Pucharem Miast
Targowych, stały się najbardziej popularnymi imprezami na kontynencie i nawet
mistrzostwa Europy nie zagroziły tej popularności. Rozgrywki klubowe odniosły
niebywały sukces sportowy, propagandowy, finansowy. Powstaje pytanie jak to się
stało, że pojedynki klubów przyćmiły inne formy futbolowej rywalizacji.
Inicjatorzy tych rozgrywek po prostu spostrzegli, iż towarzyskie mecze
międzypaństwowe, różne okazjonalne turnieje międzynarodowe i mecze pokazowe nie
mobilizują już w dostatecznym stopniu ani zawodników, ani kibiców. Słabnie
zainteresowanie pojedynkami ,,bez stawki” Co więcej, w połowie lat 50-tych
Europa była głęboko podzielona w następstwie zimnej wojny. Kontakty sportowe
między Zachodem a Wschodem istniały, ale w szczątkowej formie. Należało
wymyślić taką formę rozgrywek, która by wciągnęła wszystkie kraje do
konkurencji. W efekcie miało to wpłynąć na wzmożone zainteresowanie krajowych
federacji, zawodników i kibiców i szybko się okazało, że wpłynęło. Pomysł
chwycił. Rozgrywki pucharowe przede wszystkim podniosły rangę i znaczenie wielkich
klubów. Otrzymały one szanse sprawdzenia się na międzynarodowym forum i
skorzystały z tej szansy. Choć idea wyszła od Francuzów, pierwsi ,,odcieli od
niej kupony” Hiszpanie. Właśnie w pierwszych edycjach ,,PEMK” madrycki Real
zbudował swą potęgę. Dziś pod kątem tych rozgrywek komponuje się drużyny i
kupuje głośnych graczy. Trzeba powiedzieć, że system rywalizacji był też dobrze
wykoncypowany. Kolejne rundy wzmagały emocje. Duża częstotliwość pojedynków
sprawiła że zaczęto mówić o ,,pucharowej karuzeli” a częstotliwość to także
liczba widzów na trybunach. W ciągu kilku lat zainteresowanie wzrosło
niesamowicie. Miało to oczywiście swoje skutki. Puchary zaczęły ,,zabezpieczać”
pieniądze. Kluby odnoszące sukcesy stawały się coraz bogatsze. Mistrzowie krajów
stawali się futbolową ,,wizytówką narodową”. Hierarchie klubowe zaczęły więc
ważyć na hierarchiach narodowych. Już nie tylko wyniki reprezentacji stawały
się istotne, tym bardziej, że sławne drużyny klubowe prezentowały coraz wyższy
poziom gry. Dzięki zgraniu zawodników i dzięki temu, że mogły korzystać z
graczy z innych kontynentów. Ba! Doszło do tego iż reprezentacje krajowe
zaczęto budować ,,na bazie” klubów, które odnosiły w pucharach sukcesy.
Karykaturalną formę przybrało to w przypadku Dynama Kijów. Zwłaszcza ranga PEMK
rosła z roku na rok i znamienny jest przykład z roku 1983, kiedy to w finale
HSV Hamburg po golu Maghata wygrał z Juventusem a mecz potraktowano w Niemczech
jako rewanż za porażkę z Włochami w hiszpańskim mundialu. To świadczy najlepiej
o znaczeniu, jakie przypisuje się klubowej rywalizacji. Nie jest przesadne
stwierdzenie, że rozgrywki te otworzyły nowe perspektywy przed piłka
europejską. Stworzyły nowe fundamenty jej siły. Futbol w kilka lat po wojnie
zagrożony w swej popularności zdobył władzę nad milionami. Mecze klubowe
powodowały wygaśnięcie normalnego życia, wyludnienie miast. Zrodziły rytuały
regularnego tele-kibicowania. Rozgrywki te, mając swoje istotne znaczenie
sportowe, wprowadziły więc do naszego życie także nowe obyczaje. Wpisały się w
świadomość ,,piłkarskiej środy”, kiedy króluje futbol. Niebywałe, ale tak się
właśnie stało! Z perspektywy lat widać wyraźnie jak silne było dążenie do
stworzenia nowych form rozgrywek, rozszerzenia rywalizacji poza krajowe
mistrzostwa czy pucharowe turnieje, w których bierze udział ograniczona i
często dość przypadkowa grupa konkurentów. 16 grudnia 1954 r. na łamach
wpływowej paryskiej ,,L’Equipe”, gazety wówczas o największym znaczeniu w
sportowym światku Starego Kontynentu, ukazał się artykuł, w którym redakcja
wykorzystując martwy sezon pragnie wywołać atrakcyjną dyskusje. ,,Proponujemy
piłkarski Puchar Europy”- tyle w tytule a pod tekstem podpisany jest redaktor
Jacques Ryswick.

9

Ekscytujemy się europejskimi pucharami a zwłaszcza Ligą Mistrzów i nie ma w tym nic dziwnego, gdyż są to jedne z najwspanialszych rozgrywek na świecie. Z drugiej strony wypadałoby wiedzieć jak i kiedy narodziła się klubowa rywalizacja na Starym Kontynencie i w końcu jak do tych prestiżowych pucharów w Europie doszło? Wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

0

@FcPortoFan1999 No widze, widze i bardzo ubolewam że muzułmański świat aż tak zadziera nosa...

1

Wprawdzie ,,Madziarzy" nie są potegą Europejską a tym bardziej światową ale chciałbym aby chociaż w połowie nawiązali do czasów ,,Aranycsapat". Nigdy nie pogodze się z tym, w jaki sposób te bezczelne szwaby pozbawiły naszych ,,bratanków" w zasadzie pewnego mistrzostwa świata w 1954 r. Węgierski futbol, węgierska myśl szkoleniowa dominowała w Europie a nawet w Ameryce południowej(Imre Hirschl) w zasadzie od początku XX wieku. Właściwie takim końcem węgierskiego futbolu był mundial w Hiszpanii w 1982 r., gdzie paradoksalnie ustanowili rekord, pokonując w fazie grupowej Salwador 10:1! Od tamtej pory właściwie nie istnieją. Niestety dzisiaj też nie istnieją...

1

@Jakchcesz A ja z kolei pomyliłem Barinage z Campanalem I, jesli chodzi o strzelca hattricka, no ale w życiu bywa różnie, raz poprzecznie raz podłużnie...

1

Szanowny użytkowniku @escarabajo , pierwszym piłkarzem, który zanotował hattricka w Madrycie w Primera Division był gracz FC Sevilli Campanal I. Mecz miał miejsce na Estadio Chamartain 3 października 1943 roku, gdzie FC Sevilla pokonała Real 5:3 a więc długo przed Janem Urbanem.

0

@escarabajo Nie no, pierwszego hattricka ,,walnął" genialny Paulino Alcantara 13 kwietnia 1916 w półfinale Copa del Rey. A jeśli chodzi o Primera Division to musiałbym jeszcze dłużej poszukać...

0

@FcPortoFan1999 I właśnie to zmiażdżenie zrobiło na mnie gigantyczne, niepowtarzalne przeżycie, zwłaszcza że był to ogladany przeze mnie po raz pierwszy w życiu na żywo(w knajpie) ligowy klasyk...

0

@FcPortoFan1999 A nie, nie! Przepraszam, chodziło mi o ten klasyk z 29 listopada 2010 r. Ta fantastyczna La Manita na Camp Nou!

1

@escarabajo A to ciekawe, aż kiedyś chyba sprawdze...

0

@escarabajo Coś tam kiedyś o tym czytałem. Tylko masz na myśli że pierwszym w Primera Division? czy we wszystkich rozgrywkach o stawke?

0

@FcPortoFan1999 No być może, aż tak szczegółowo nie pamietam tamtego sezonu, jedynie ten ostatni mecz z Atletico, no i rzecz jasna ten ekscytujące El Clasico...

3

@FcPortoFan1999 Mistrzostwo zdobyło Atletico wyprzedzając ,,nas" i Real o 3 punkty , więc niekoniecznie ,,Biali" musieli zgarnąć tego majstra...
A czy najlepszy klasyk? Dla mnie raczej najlepszy ten pierwszy za kadencji Pepito Guarduioli

13

Hattrick w El Clasico a zarazem rekord ,,La Pulgi” i to na Bernabeu!

23 marca 2014 r. Lionel Messi strzelił 3 gole w wygranym 4:3 El Clasico. To był pierwszy w historii hattrick piłkarza Blaugrany w La Liga na Estadio Santiago Bernabeu. Tym samym Leo pobił rekord Di Stefano strzelając łącznie 21 goli przy 18 trafieniach swojego rodaka Alfredo.

Musimy to zobaczyć jeszcze raz:



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Sysia11

2

@Safrani Z pewnością powtórka tego trzeciego, gdyż kilka lat później grali tak z Realem Madrid, również w Copa del Rey, o czym nie zapomne napisać na łamach fcbarca.com

10

Duma Katalonii w Copa del Rey:

23 marca 1913 r. FC Barcelona zdobyła drugi w historii Puchar Króla. Na ,,Estadio de la Industria” Blaugrana pokonała w trzecim(dodatkowym) meczu Real Sociedad San Sebastian 2:1 po golach Berdie(33 m.) oraz Apolinario(35 m.). Dwa poprzednie starcia zakończyły się remisami(2:2 i 0:0) a że wówczas nie obowiązywała zasada zdobytych goli na wyjeździe, to zagrano właśnie ten trzeci decydujący mecz.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

8

Epokowe trofeum Blaugrany:

23 marca 1902 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy w historii puchar. Mowa tu o Copa Macaya- prekursorze Mistrzostw Katalonii. Nazwa pochodzi od prezydenta klubu Hispania CF Alfonso Macaya, który chciał zorganizować turniej pomiędzy drużynami z Katalonii. Jego zespół wygrał pierwszą edycje w 1901 r. Natomiast Blaugrana tryumfowała w drugiej edycji wygrywając wszystkie 8 spotkań. W finale pokonała FC Catale aż 15:0! Sześć goli w tym meczu strzelił Udo Steinberg, kapitan i pierwszy Niemiec grający dla Dumy Katalonii.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@FcPortoFan1999 Wydaje mi się że motywacji raczej by mu nie zabrakło na kolejne triumfy. Jedyną przeszkodą były i są kontuzje...

0

@DiSBlaDE Ależ prosze uprzejmie :)

0

@FcPortoFan1999 No nie wiem jakby postąpił, ciężko teraz coś takiego stwierdzić, można tylko spekulować...

4

@FCBparasiempre
Nie był to
już seryjny zwycięzca z FC Barcelony, który z jakichś powodów obniżał loty
zakładając reprezentacyjną koszulke. Zobaczono w nim człowieka, nie maszyne do
wygrywania. Nikt nie mógł mieć wątpliwości ze naprawdę mu zależy. Nikt nie
wątpił że zwyczajnie nie zasłużył na wszystko co go dotąd spotkało i czemu
postanowił położyć kres schodząc ze sztucznej nawierzchni MetLife Stadium w
East Rutherford. W końcu okazał jakąś słabość, więc jedyne co trzeba było teraz
zrobić to pomóc mu wyjść z dołka. W Argentynie rozpoczęła się kampania mająca
wpłynąć na zmianę jego decyzji. O rezygnacji Messiego dyskutowano nawet w
politycznych programach argentyńskiej telewizji. Na elektronicznych rozkładach
jazdy metra w Buenos Aires wyświetlano napisy ,,No te vayas, Lio”(leo nie
odchodź). Martino podał się do dymisji i nowym selekcjonerem został Edgardo
Bauza, który doprowadził San Lorenzo do zwycięstwa w Copa Libertadores.
Wiedziano że ma świetne relacje z Messim i faktycznie zdołał namówić gwiazde
Blaugrany do powrotu. Jednak zarówno wyniki, jak i gra reprezentacji pod Bauzą
były fatalne. Nowy selekcjoner został zwolniony już po 9 miesiącach, kiedy
wyglądało na to że Argentyna nie zdoła zakwalifikować się na mundial w 2018 r.
Zdesperowana AFA zwróciła się do Jorge Sampaoliego, ucznia Bielsy, który
odnosił wielkie sukcesy z Universidad de Chile a następnie doprowadził
reprezentacje tego kraju do dwóch wygranych w Copa America. Seria trzech
remisów sprawiła że w ostatniej kolejce eliminacji Albicelestes musieli pokonać
na wyjeździe Ekwador. Zrobili to oczywiście dzięki hattrickowi Messiego w
wygranym 3:1 meczu. Zasadnicze problemy, przed którymi stała reprezentacja
jednak nie zniknęły. W Chile Sampaoli był w stanie sprawić że drużyna grała
intensywnym pressingiem, gdyż miał do dyspozycji grupe zawodników chętnych do
współpracy i przyzwyczajonych już do tego stylu przez Bielse. W przypadku kadry
Argentyny nie dość że brakowało mu czasu na wprowadzenie swoich metod, to
jeszcze odziedziczył grupę niezdarnych defensorów, którzy nie byli
przyzwyczajeni do bronienia wysoką linią z dala od własnej bramki. Nie mówiąc
już o tym że wielu ważnych zawodników(z Messim na czele) albo nie potrafiło,
albo nie chciało podporządkować się wymaganiom stylu bazującego na pressingu i
naciskaniu rywali. Po remisie 1:1 z Islandią w pierwszym swoim meczu mundialu w
Rosji Argentyńczycy mieli zmierzyć się z Chorwatami. W trakcie hymnów Messi
nerwowo pocierał twarz. Wcześniej nie wziął udziału w zorganizowanym z okazji
Dnia Ojca ,,asado” w bazie reprezentacji. Spędził tamten wieczór samotnie, nie
kryjąc niepokoju. Do przerwy było 0:0 ale Argentyńczycy grali słabo. Siedzący
na ławce Sampaoli wyglądał wręcz na chorego, jego poszarzała twarz błyszczała
od potu. Trudno było nie mieć wrażenia że zdaje sobie sprawę iż jego drużyna
znalazła się na krawędzi. W końcu ściągnął marynarke i zaczął bezsilnie
wymachiwać wytatuowanymi rękami, niezdolny do powstrzymania fali anarchii jaka
pozbawiała właśnie Argentyne szans na sukces w tym meczu. Chorwacja wygrała 3:0
a łatwość z jaką Rakitič zdobył trzeciego gola wywoływała sarkastyczne
uśmiechy. Sampaoli wpadł w pułapke, niezdolny do narzucenia piłkarzom własnej
wizji futbolu ale niechętny również czemuś, co próbowali zrobić dwaj jego
poprzednicy- zbudowaniu drużyny wokół Messiego. Efektem był chaos i brak
dyscypliny, w którym zbyt wielu piłkarzy próbowało zrobić zbyt wiele na własną
rękę. Biegali po murawie jak wariaci, za często faulowali podczas desperackich
prób odzyskania piłki, za mało myśleli i choć trudno winić Messiego za bałagan
w defensywie to jego udział w grze ofensywnej był znikomy. W całym meczu miał
tylko 49 kontaktów z piłką, z czego w ciągu ostatniego kwadransa zaledwie sześć.
Zniknął akurat wtedy kiedy ojczyzna znalazła się w potrzebie. Trudno nie
widzieć absurdu ukrytego w tym ostatnim zdaniu. Dlaczego wszystko miało znów
zależeć wyłącznie od niego? Jak to możliwe ze w kraju tej skali nie mógł liczyć
na wsparcie żadnego z partnerów? Czy ktokolwiek byłby w stanie udźwignąć tak
ogromną presje? Z jakim ciężarem musi wiązać się świadomość iż błysk geniuszu
uważany jest za standard a jakikolwiek słabszy występ oznacza potępienie? W
ostatnim meczu fazy grupowej Argentyna musiała pokonać Nigerie i liczyć na to
że Islandia nie zdoła wygrać z Chorwacją. Messi kolejny raz stanął na wysokości
nakładanego nań przez naród zadania i zdobył pięknego gola na 1:0. Awans został
jednak przypieczętowany dopiero w samej końcówce przez najmniej spodziewanego
strzelca- Marcosa Rojo, który trafił z woleja swoją słabszą nogą. Z turniejem
drużyna pożegnała się wprawdzie po epickim boju z idącymi wtedy po złoto
Francuzami ale choć porażka 3:4 nikomu ujmy nie przyniosła, była to wciąż
porażka i trudno było nie myśleć że gdyby Argentyńczycy zajeli pierwsze miejsce
w grupie nie musieliby mierzyć się z faworytami turnieju tylko podążać ścieżką,
która przez mecze z Danią, Rosją i Anglią doprowadziła Chorwacje aż do finału.

Jak już
wspomnieliśmy, Conmebol wciąż zagęszczał kalendarz rozgrywek Copa America
szukając sposobów na finansowe wsparcie pogrążonych w tarapatach federacji. Dla
Argentyny i Messiego oznaczało to więc kolejne szanse na zakończenie
przedłużającego się okresu czekania na trofeum. Turniej rozgrywany w Brazylii w
2019 r. odbywał się przynajmniej zgodnie z kalendarzem ale Argentynie ponownie
się nie udało. Przegrała pierwszy mecz z Kolumbią, później odniosła niezbyt
przekonywujące zwycięstwo 2:0 z Katarem, co dało jej awans do dalszych gier, lecz
w półfinale gospodarze pokonali ją 2:0. Federacja podziękowała za pracę
Sampaolemu i zatrudniła na jego miejsce Lionela Scaloniego, którego główną
zaletą było to że jako członek sztabu szkoleniowego poprzedniego selekcjonera
znajdował się akurat pod ręką i wiele nie kosztował. Z upływem czasu okazało
się iż nie był to tylko wybór na przeczekanie. Choć działacze AFA zatrudnili go
niemal przez pomyłke, dawny boczny obrońca Deportivo La Coruña, West Hamu i
Lazio krok po kroku budował drużynę, która znów pozwoliła Messiemu zabłysnąć.
Być może gdyby Copa America 2020 odbywała się zgodnie z kalendarzem na sukces
byłoby jeszcze za wcześnie ale pandemia koronawirusa doprowadziła do zmiany
planów i przesunięcia turnieju o rok. Chaos organizacyjny wydawał się tym razem
zrozumiały. Początkowo impreza miała się odbyć w Kolumbii i Argentynie ale
Kolumbijczycy wycofali się ze względu na trwające w kraju zamieszki a
pandemiczne obostrzenia uniemożliwiły także zaproszenie uczestników Copa
America do Argentyny. Będący koronasceptykiem prezydent Brazylii Jair Bolsonaro
z radością skorzystał z okazji, choć nawet w jego kraju większość meczów odbyła
się bez udziału publiczności. W nowym formacie rozgrywek planowano początkowo
podzielić uczestników na dwie 6-drużynowe grupy ale po tym jak z powodu
pandemii wycofali się goście z innych kontynentów(Australia i Katar)
ostatecznie w każdej z grup zagrało 5 ekip. Ażeby wyeliminować 2 najsłabsze i
tym samym wyłonić ćwierćfinalistów trzeba było rozegrać aż 20 spotkań.
Argentynie ten długi rozbieg przed decydującą rozgrywką ewidentnie przypadł do
gustu. W fazie grupowej wreszcie imponowała solidnością w defensywie.
Trzykrotnie wygrała, raz zremisowała i straciła tylko 2 gole. W ćwierćfinale
wygrała 3:0 z Ekwadorem. Asertywna postawa bramkarza Emiliano Martineza okazała
się decydująca w półfinałowej serii rzutów karnych kończących mecz z Kolumbią a
o wygranej w całym turnieju miał rozstrzygnąć mecz z Brazylią na Maracanie.
Okoliczności były osobliwe. Z jednej strony trudno było nie myśleć o tym, co
mogło się wydarzyć 7 lat wcześniej podczas mundialu. Z drugiej, na widowni
zasiadło tylko 5 tysięcy widzów. Cały turniej był dziwny i do tego stopnia nie
usatysfakcjonował kibiców że można się było zastanawiać czy w ogóle powinien
zostać rozegrany ale w 22 minucie jego ostatniego meczu Renan Lodi źle ocenił
tor prostopadłego podania Dodrigo de Paula do Angela Di Marii, który skorzystał
z okazji i przerzucił piłke nad Edersonem. Podobnie jak podczas igrzysk w 2008
roku, gol Di Marii był jedynym trafieniem finału. Długie lata oczekiwania na
sukces wreszcie dobiegły końca. Wszystko wokół wydawało się dziwnie sztuczne
ale Argentyńczyków to nie obchodziło. ,,Radość jest ogromna. Marzyłem o tym
wiele razy i bardzo tego potrzebowałem. Świadomość że z drużyną narodową
niczego dotąd nie osiągnąłem, tkwiła we mnie jak cierń”…

7

@FCBparasiempre
Siedemnaście
dni po finale mundialu w 2014 r. w wieku 83 lat zmarł Julio Grondona. Był
prezesem argentyńskiej federacji piłkarskiej przez 35 lat! Pod koniec życia jako
postać mocno izolowana ale wciąż o niezaprzeczalnych wpływach. Jego śmierć
oznaczała koniec epoki, choć nie koniec kłopotów argentyńskiej piłki, których
działacz stał się zresztą symbolem. Być może jak wielu przywódców tego kraju
nie potrafił stawić czoła szerszym problemom społeczno-ekonomicznym ale(jak
zauważył Menotti) z pewnością wiedział ze akurat na drużynie narodowej można
zarobić. Inna sprawa że prawa do transmisji meczów kadry sprzedał firmie ,,Traffic”,
która rychło znalazła się pod lupą FBI. W ramach prowadzonego przez agencje
dochodzenia w maju 2015 r. aresztowano w Zurichu siedmiu prominentnych
działaczy FIFA. Jakkolwiek jednak skorumpowany był sam Grondona(zważywszy na
stopień, w jakim inni działacze ,,Conmebolu” byli zamieszani w afere, można
chyba uznać że śmierć wybawiła go od poważnych kłopotów) federacja, którą
zarządzał nie działała w oderwaniu od argentyńskiej gospodarki. Dzień po jego
śmierci Argentyna zbankrutowała po raz kolejny. Długie przenoszenie się z
poprzedniego upadku poszło na marne. Światowy kryzys finansowy uderzył głównie
w argentyńskich eksporterów a zważywszy na to, jak bardzo tamtejsza gospodarka
zależy od eksportu, trudno się dziwić iż w 2012 i 2014 roku kraj popadł w
recesje. Inflacja rosła, co było nie uniknione przy sztucznie zaniżonym kursie
peso. Oficjalne dane z lipca 2014 roku mówiły że wynosi niemal 11 procent, choć
powszechnie uważano ze w rzeczywistości jest trzy razy wyższa. 31 lipca
Argentyna ogłosiła że nie jest w stanie spłacić 539 milionów dolarów odsetek z
obligacji wyemitowanych jeszcze przed krachem w 2001 r. a później wykupionych
za niewielkie sumy przez amerykańskie fundusze inwestycyjne, które odmówiły
przystąpienia do porozumień zawartych przez Argentyne z większością
wierzycieli. Tym razem były to raczej, jak to ujął rząd, ,,techniczne
trudności” niż niekontrolowana katastrofa przypominająca tę z 2001 r. Argentyna
bardziej nie chciała niż nie była w stanie spłacić spekulantów. Obyło się też
bez protestów ulicznych i kolejek do banków, życie toczyło się dalej, choć
ogłoszenie niewypłacalności z pewnością nie świadczyło o sile miejscowej
gospodarki. Z perspektywy wielu inwestorów wojownicza retoryka rządu i poczucie
że ogłoszenie bankructwa było zabiegiem mającym wymusić na wierzycielach
kolejną restrukturyzacje zadłużenia, oznaczały że Cristina Kirchner nie jest
partnerem godnym zaufania. Nikt nie mógł więc zaprzeczyć że Grondona kierował
AFA w trudnym czasie. Z drugiej strony z pewnością ponosił odpowiedzialność
zarówno za panujący w federacji chaos, jak i za niepowodzenia w zwalczaniu
stadionowej przemocy i generalny rozpad infrastruktury piłkarskiej. Unosząca
się nad futbolowym związkiem aura korupcji sprowadziła zresztą do jego biur
kontrolerów finansowych. Stało się to wkrótce po pochówku prezesa na cmentarzu
w Avellanedzie, tym samym, na który patrzył przed laty z okien pokoju
zajmowanego wraz z rodzeństwem. O drugiej połowie jego rządów trzeba powiedzieć
przede wszystkim to że były epoką straconych szans. Sukcesy Argentyńczyków w
piłce młodzieżowej(tych 5 tytułów mistrza świata do lat 20-tu wywalczonych na
przestrzeni zaledwie 12 lat) nie przełożyły się na triumfy w dorosłym futbolu.
Rozgrywany w Chile turniej Copa America 2015 przyniósł kolejne rozczarowanie.
Gerardo Martino, który prowadził Messiego w FC Barcelonie został zatrudniony na
miejsce Sabelli być może dlatego że miał dobrze rozumieć swojego krajana z
Rosario. Po roztrwonieniu dwubramkowego prowadzenia z Paragwajem w pierwszym
meczu ,,Albicelestes” udało się wprawdzie wygrać 1:0 z Urugwajem i Jamajką ale
mecz ćwierćfinałowy z Kolumbią zakończył się bezbramkowym remisem i awansem do
półfinału tylko dzięki lepiej strzelanym rzutom karnym.

Argentyna
zabłysła dopiero podczas rozgrywanego w Concepcion półfinału. Messi, którego
powrót do formy pomógł Blaugranie zdobyć kolejne trofeum Ligi Mistrzów grał
fantastycznie, podobnie zresztą jak Javier Pastore. Argentyńczycy wygrali swój
drugi mecz na turnieju z Paragwajem i to aż 6:1(!) a choć Leo gola nie strzelił
to asystował przy trzech trafieniach, odnotował przedostatnie podanie przy
dwóch a przy golu na 4:1 zainicjował całą akcje. Jego gambeta w tej sytuacji
była tak olśniewająca że dwóch próbujących go powstrzymać paragwajskich
obrońców o mało na siebie nie wpadło. Znaczące było też to iż tym razem
zgromadził wokół siebie wychodzących na drugą połowe partnerów i powiedział do
nich kilka słów. Tuż przed przerwą Paragwajczycy strzelili gola na 2:1, więc
jego przesłanie brzmiało prosto: nie spać! Nie był to już ów ,,cichy lider” z
mistrzostw świata w Brazylii. Jeśli doliczyć przegrany z Brazylią Puchar
Konfederacji w 2005 r. był to piąty występ Argentyny w finale wielkiej imprezy
ale skończył się tak samo jak pozostałe cztery. Twardzi i dobrze zorganizowani
gospodarze turnieju mieli poczucie że po 99 latach prób nadszedł w końcu ich
czas. Po pół godzinie gry Di Maria złapał kontuzje i Argentyńczycy stracili
początkowy rozpęd. W końcówce Messi znów wyglądał na sfrustrowanego i
osamotnionego a mimo to ponownie mógł przesądzić o losach meczu. Po jego świetnym
podaniu Lavezzi dośrodkował do Higuaina ale grający wówczas w Napoli napastnik
trafił w boczną siatke. Podczas serii rzutów karnych można było odnieść
wrażenie że z góry wiadomo jak się skończą. Higuain i Banega spudłowali i Chile
wygrało Copa America. Kiedy reszta Argentyńczyków próbowała szukać pocieszenia
w swoim towarzystwie, Messi stał samotnie pośrodku boiska oddzielony od innych
i świadomością własnego talentu i związanych z nim oczekiwań. Jego twarz
mogłaby być symbolem smutku. Po zejściu do szatni wybuchnął płaczem i łkał
nawet wtedy, gdy wiozący drużynę autobus dojechał już do hotelu. Ogrom krytyki
i obelg, któremu musiał stawić czoło w następnych dniach był tyleż
przewidywalny co niesprawiedliwy. To prawda, ani w finale mistrzostw świata,
ani w finale Copa America nie zagrał wielkiego meczu ale z drugiej strony w obu
tych meczach niemal cała energia rywali skupiała się na wyłączeniu go z gry.
Czy w takiej sytuacji ktoś inny nie mógł przejąć pałeczki? Gdyby w obu tych
meczach dobre okazje wykorzystał Higuain, Argentyna byłaby mistrzem świata i
kontynentu, Messi zaś zostałby kluczową postacią drużyny, która odniosła te
sukcesy. Z drugiej jednak strony owe minimalne porażki wpisywały się w pewien
znany schemat. Przecież mieliśmy tu doczynienia z historią Argentyny w pigułce,
światem wielkich nadziei, które niemal nigdy się nie spełniały. Kanadyjski
sukces z 2007 r. był zarazem ostatnim etapem pracy Tocallego z argentyńską
młodzieżówką. Pekerman rozpoczynał właśnie prace z dorosłą reprezentacją a kiedy
działacze federacji zaczeli na niego naciskać by dokonał zmian w sztabie
szkoleniowym, Tocalli zrezygnował i wkrótce objął posade trenera Velezu
Sarsfield. Później prowadził Colo-Colo i Quilmes, zajmował się młodzieżą w
Argentynie a w 2013 roku wyjeżdżał właśnie do Santiago, gdzie przez następne
lata pracował z młodzieżową reprezentacją Chile. Po jego odejściu młodzi
Argentyńczycy nie zakwalifikowali się do dwóch z trzech mistrzostw świata do
lat 20-tu a w 2011 r. odpadli w ćwierćfinale. Co poszło nie tak?
,,Prowadziliśmy reprezentacje przez 14 lat. Im dłużej to robiliśmy tym większe
trudności mieliśmy ze znalezieniem odpowiednich zawodników. Wielu ściągnęliśmy
bezpośrednio z interioru, jak Zubeldie czy Aimara. Kiedy zacząłem pracować w
lidze, nie chciało mi się wierzyć że w Argentynie przestali się rodzić zdolni
piłkarze. Myślałem iż może po prostu nie umiemy się nimi zajmować w klubach że
zmuszamy ich do przejścia na zawodowstwo w czasie, gdy jeszcze się rozwijają.
Kiedy jednak trafiłem do akademii Argentinos, zobaczyłem że odpowiedzialność
leży po naszej stronie, tych, którzy zajmują się rozwojem młodych piłkarzy. 10
lat temu w tym kraju było jeszcze mnóstwo ,,potreros”, teraz prawie zniknęły.
Obecnie to my musimy uczyć piłkarzy tego wszystkiego, czego tam uczyli się
sami. Inna sprawa że takiej pracy naprawdę trzeba się poświęcić. W Argentinos zaczynałem prace o 7 rano,
kończyłem po południu a co drugi tydzień jeździłem po argentyńskiej prowincji
żeby obejrzeć tam jakichś 400-tu zawodników. Temu naprawdę trzeba być oddanym.
W Primera chodzi po prostu o wybór drużyny, jedenastu piłkarzy. Kiedy któryś
gra słabo, zastępujesz go innym. W drużynach młodzieżowych musisz natomiast
zawodników rozumieć, wyczuwać ich nastrój, znać ich rodziny, czasami wejść w
buty rodzica ale nie rezygnując przy tym z własnych poglądów i nigdy nie
rozluźniając dyscypliny. Piłkarze jej potrzebują, nie ważne czy są dobrzy czy
źli, jeśli będą się spóźniać na treningi, nie będą grać. Jeśli nie opracujesz
jasnych reguł, nie stworzysz też atmosfery szacunku a we wrogiej atmosferze
nikt sobie nie poradzi. Dobrzy trenerzy drużyn młodzieżowych wiedzą kiedy użyć
marchewki a kiedy kija. Czasami potrzeba dwóch marchewek i jednego kija, nigdy
jednak nie można się ograniczać tylko do kija albo tylko do marchewki a
prawdziwi fachowcy wiedzą kiedy czego użyć”- opowiadał Tocalli.

Żaden inny
kraj nie odnosił tylu sukcesów w piłce młodzieżowej a od ostatniego triumfu na
mistrzostwach świata minęło ponad 20 lat. ,,Nikt nie powie że w Argentynie
brakowało zdolnych piłkarzy. Mieliśmy ich za każdym razem, w 2002, 2006, 2010
roku… ale wygranie mundialu nie jest łatwe. Kluczowe jest przygotowanie
fizyczne, bo gdy zespół jest zmęczony może popaść w tarapaty. No i oczywiście
trzeba mieć szczęście, gdyż na przykład w 2006 r. prowadziliśmy z Niemcami 1:0
i musieliśmy dokonać dwóch wymuszonych zmian, po czym rywale przejeli
inicjatywę a kiedy wyrównali, Messi, Saviola i Aimar przyglądali się temu z
ławki”- mówił Tocalli. Być może Argentyńczycy uznali że ich zasoby talentów są
nieskończone. Być może zgubiło ich samozadowolenie. Tocalli rzecz jasna winą za
kryzys w piłce młodzieżowej obciążał władze federacji. ,,Jestem fanem myślenia
w długiej perspektywie – deklarował. – Widać że przynosi ono efekty w Hiszpanii,
gdzie wszystko zaczęło się od zmian w piłce młodzieżowej… W reprezentacji
Niemiec też panuje ciągłość. Najpierw był Klinsmann, potem jego asystent Löw a
w Argentynie wszystko jest postawione na głowie, miotamy się od ściany do
ściany bez żadnej stabilizacji”. Trudno było nie odnieść wrażenia iż Tocalli
opisuje walkę z czasem. Copa America Centenario z 2016 roku wyglądało jak
jeszcze więcej tego samego. Teoretycznie turniej miał być okazją do uczczenia
setnej rocznicy rozegrania pierwszych meczów o ten puchar i choć była w tym
jawna próba pozyskania dodatkowych funduszy przez coraz bardziej ubożejącą
konfederacje, format rozgrywek był dużo bardziej sensowny niż w przypadku
tradycyjnej Copa America. Ze strefy Concacaf zaproszono 6 ekip, w tym będące gospodarzem
USA, co oznaczało że uczestników można podzielić na cztery grupy złożone z 4
drużyn. Argentyna bez żadnych problemów przeszła nie tylko przez pierwszą faze.
Wygrała wszystkie 3 mecze a Messi podczas spotkania z Panamą zdobył hattricka.
W ćwierćfinale z Wenezuelą i półfinale z USA strzelała po 4 gole. W finale
czekało na nią Chile, które pokonała już 2:1 w grupie. Tym razem nie zdołała
jednak złamać oporu rywali. O zwycięstwie miały zadecydować rzuty karne a Messi
znalazł się w gronie tych, którzy spudłowali. W szatni ponownie płakał, później
zaś, dwa dni po swoich 29 urodzinach ogłosił że rezygnuje z dalszych występów w
drużynie narodowej. ,,W tej chwili myślę że skończyłem z reprezentacją.
Starałem się jak mogłem. To już mój czwarty finał ale żadnego nie wygraliśmy.
Naprawde chwytałem się wszelkich możliwych sposobów. Rani mnie to jak nic na
świecie ale to ewidentnie nie dla mnie”- mówił ze spuszczoną głową i unikając
kontaktu wzrokowego z otaczającymi go dziennikarzami. Działaczom AFA zaś
powiedział że poprzedni tydzień był katastrofą. Wyglądało na to jakby myślał że
ciąży na nim klątwa. Jakim cudem drużyna, która wygrywała mistrzostwa świata do
lat 20-tu w 2005 i 2007 roku a w 2008 sięgneła jeszcze po olimpijskie złoto nie
była w stanie wygrać czegokolwiek na poziomie seniorskim? Z pewnością czuł się
też rozczarowany funkcjonowaniem federacji i nieustanną krytyką ze strony
fanów, choć przecież nie z jego winy AFA była tak sklerotyczna a Higuain
marnował wyśmienite okazje w ważnych meczach. I to właśnie wtedy, w jednej
chwili podejście argentyńskich fanów do Leo Messiego się zmieniło.

11

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?