FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Postacie polskiego futbolu:
27 marca 1945 r. w Piotrkowicach urodził się Władysław Stachurski. Jako piłkarz przywdziewał barwy stołecznej Skry, SHL-u Kielce, Sarmaty Warszawa i Warszawianki. Stamtąd w 1964 roku trafił do warszawskiej Legii, gdzie grał do 1973 roku. Obdarzony atomowym uderzeniem boczny obrońca rozegrał w barwach „Wojskowych” 115 meczów, strzelając w nich 11 goli. W 1969 i 1970 roku świętował z kolegami z Legii tytuły mistrza Polski, a w latach 1966 i 1973 zdobył Puchar Polski. W europejskich pucharach dotarł z Legią do półfinału Pucharu Europy w sezonie 1969/70. W starciu o finał najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie mistrzowie kraju odpadli z Feyenoordem Rotterdam (0:0, 0:2). Jego futbolową karierę w wieku 28 lat przerwała ciężka kontuzja. W reprezentacji Polski debiutował 12 października 1969 roku w wygranym przez biało-czerwonych 5:1 meczu eliminacji Mistrzostw Świata z Luksemburgiem. Łącznie w reprezentacji rozegrał 8 spotkań, zdobywając jedną bramkę. 23 września 1970 roku pokonał bramkarza Irlandii w towarzyskiej potyczce w Dublinie, wygranej przez Polaków 2:0. Jako trener wprowadził do ekstraklasy bydgoskiego Zawiszę i w sezonie 1989/90 doprowadził beniaminka do 4. pozycji w lidze (najwyższej w historii bydgoskiego klubu). Później objął funkcję szkoleniowca warszawskiej Legii, z którą co prawda nie zdobył tytułu mistrza Polski, ale za to dotarł do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91, eliminując po drodze szkockie Aberdeen, czy włoską Sampdorię Genua. W marszu przez kolejne szczeble pucharu, „Wojskowych” powstrzymał dopiero w półfinale Manchester United. Łącznie poprowadził Legię w 63 spotkaniach.
Jesienią 1993 roku przyszedł do Widzewa. Ówczesny boss czerwono-biało-czerwonych musiał się mocno tłumaczyć kibicom ze swojego wyboru. Człowiek mocno utożsamiany z Legią nie mógł być ulubieńcem widzewskich fanów. Na domiar złego, w debiucie przed łódzką publicznością, Widzew przegrał w derbach z ŁKS 0:1, czego wcześniej robić nie zwykł. Stachurski przebudował łódzki zespół, za jego kadencji na stadion przy ul. Piłsudskiego zawitali m. in. Andrzej Woźniak, Mirosław Szymkowiak czy Grzegorz Mielcarski. Trener ze stolicy zdobył sympatię i szacunek widzewskich kibiców. Stachurskiego zwolniono z Widzewa po 25. kolejce. Sezon dokończył Franciszek Smuda, a Widzew został wtedy wicemistrzem Polski. W listopadzie 1995 roku zastąpił Henryka Apostela na stanowisku trenera reprezentacji Polski. Debiut przypadł na mecz z Japonią w dalekim Hongkongu (19 lutego 1996). Polacy pozbawieni graczy z lig zagranicznych oraz sposobiących się do gry w ćwierćfinale Ligi Mistrzów piłkarzy Legii, przegrali aż 0:5. Stachurski sięgnął wówczas nawet po zawodników z… drugiej ligi, Dariusza Gęsiora i Mariusza Śrutwę z chorzowskiego Ruchu. Dziewięć dni później do Rijeki dolecieli już gracze z Zachodu – Tomasz Wałdoch, Piotr Nowak i Henryk Bałuszyński, jednak biało-czerwoni przegrali z Chorwatami 1:2. 27 marca 1996 roku, w dzień 49. urodzin selekcjonera Polacy na stadionie Widzewa podejmowali Słoweńców. Tym razem byli już gracze Legii i futboliści z zagranicy (Nowak i Andrzej Juskowiak), lecz biało-czerwonym ani razu nie udało się pokonać Bosko Boskovicia. Ponieważ czyste konto zachował też Andrzej Woźniak, mecz zakończył się bezbramkowym remisem. W Święto Pracy 1996 roku na stadionie mieleckiej Stali, reprezentacja Polski zagrała ostatni mecz pod wodzą Stachurskiego. Oparta na graczach Legii (na boisku pojawiło się ich aż ośmiu) z dodatkiem zagranicznego zaciągu (Bałuszyński, Juskowiak, Wojciech Kowalczyk i Tomasz Iwan) kadra ledwie zremisowała 1:1 z Białorusią. W akcie desperacji selekcjoner sięgnął nawet po 17-letniego wówczas Marka Saganowskiego, ale i on nie pomógł w odniesieniu zwycięstwa. Stachurskiemu podziękowano, a trenerem reprezentacji został Antoni Piechniczek. Były selekcjoner na chwilę znów został trenerem Legii i sięgnął po Puchar Polski w 1997 roku. Później pracował z piłkarzami Okęcia Warszawa i Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. W jego trenerskim cv były także epizody z pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Egipcie.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
0
@MagdJanko Gwoli ścisłości to pisze się Segunda Division ale generalnie masz racje!
9
Duma Katalonii pisana historią:
28 marca 1954 r. wmurowano kamień węgielny pod budowę Camp Nou. To był ten sam kamień, którego Joan Gamper użył przed powstaniem legendarnego Camp de Les Corts. Na uroczystość przybyło aż 60 tysięcy ludzi. Stadion został oddany do użytku 3,5 roku później. Podczas rozbudowy Camp Nou, pamiątkowy kamień odkopano i obecnie znajduje się w klubowym muzeum.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@Terroriser No to hipotetycznie trzymam cię za słowo, ryzykancie :)
1
Ten mecz z Osasuną może być swego rodzaju pułapką. Nie dość że gramy po meczach reprezentacji, to jeszcze nie zagraja Araujo a zwłaszcza Raphinha. Z drugiej strony szkoda że nie zobaczymy tego Briana Zaragozy, który w pierwszym meczu na ,,El Sadar" tak niemiłosiernie kręcił na prawej obronie bodaj Kounde że nie było co zbierać...
0
@Terroriser Ja też miałem wiare w sezonie 2011/12, kiedy to Guardiola na czele z Puyolem i Messim 11 lutego przegrali na wyjeździe z Osasuna 3:2 i przejebali w efekcie majstra!
7
@FCBparasiempre
27 marca
1921 r. urodził się brazylijski bramkarz Moacir Barbosa. Jest rok 1963, remont
Maracany bierze na celownik między innymi drewniane bramki. Pewien czarnoskóry
mężczyzna zabiera jedną z nich. W domu rąbie je siekierą na kawałki a potem
pali na popiół. Nie, nie potrzebował się ogrzać, nie, nie urządzał osobliwego
grilla – tym mężczyzną był Moacir Barbosa, próbujący dokonać egzorcyzmów. To
gol na porąbaną i spaloną przez niego bramkę zmienił narodowego bohatera w
symbol narodowej hańby. Brazylijski synonim pecha. Nietykalnego. Trędowatego.
Człowieka wytykanego palcami na ulicach. Dla wszystkich poza Barbosą czas
płynął, a on, jak w „Dniu świstaka”, został uwięziony w przegranym finale
mundialu 1950, w zapętlonej przez pięćdziesiąt lat akcji Schiaffino z Ghiggią,
bo rzucała ona cień na każdy dzień reszty jego życia. ,,Maksymalny wyrok w
Brazylii to trzydzieści lat. Ja dostałem pięćdziesiąt lat za coś, czemu nawet
nie jestem winny”- Moacir Barbosa w 2000 roku, kilka tygodni przed swoją
śmiercią. Od 1502 do 1860 Brazylia była największym na świecie importerem
niewolników. To również Brazylia była jednym z ostatnich krajów, które zniosły
niewolnictwo, ten zapis przyszedł w 1888. Moacir Barbosa urodził się trzy
dekady później, ale tylko skrajny naiwniak mógłby sądzić, że skoro niewolnictwa
nie było, to sytuacja czarnoskórych była taka sama jak innych grup etnicznych.
Często – o, jakie proroctwo – byli kozłami ofiarnymi, obwinianymi za różne
problemy społeczeństwa. Ten, kto nazywa futbol tylko grą, głupim kopaniem
kawałka skóry, jest ignorantem. W Brazylii czarnoskórzy zawodnicy piłkarscy
zmieniali wizerunek całej grupy społecznej. Cały kraj kochał Leonidasa. W
niemal każdej brazylijskiej czołowej drużynie pojawiały się czarnoskóre
gwiazdy. To wydatnie przekładało się na los(poprzez odpruwanie łatek) setek
tysięcy. Ktoś kiedyś powiedział, że Robert Lewandowski jednoosobowo wykonał w
Niemczech lepszy PR dla Polski i Polaków, niż lata dyplomacji. Nie wiem czy tak
jest – nie mam danych. Ale kto się z tym zgodzi, zachowując proporcje, zrozumie
i tamten czas w Brazylii. Moacir Barbosa był powojenną gwiazdą bramki Vasco.
Wyróżniał się spokojem w grze, który emanował na całą linię obrony. Stanowił
wzór piłkarza fair play, grał czyściutko, nigdy żaden napastnik nie ucierpiał w
starciu z nim. Słynął też z tego, że grał bez rękawic. To mu zostało, nawet na
poziomie reprezentacyjnym. Twierdził, że w ten sposób lepiej czuje piłkę.
Oswaja ją a ta bardziej się go słucha. Zdarza się, że trzy punkty jakaś potęga
przyznaje sobie przed rozegraniem meczu. Ale nigdy chyba później nie było to
zrobione z taką pompą, jaką w 1950 w Brazylii. W dniu finału Prezydent FIFA,
Jules Rimet, przygotował już przemowę na cześć Brazylii. Dla Urugwaju nie
przewidział żadnej. Piłkarze faworyta byli tego dnia odwiedzani przez szereg
polityków, którzy roztaczali przed nimi wizje tego, co nastąpi po sukcesie.
Pojawił się minister edukacji, pod którą wtedy podpadał sport. Sam prezydent
Brazylii powiedział: „Stoicie tutaj, tylko jeden krok od nieśmiertelnego
trofeum, który wygracie dla całego kraju”. Do tego tabun dziennikarzy i
fotografów. Pod obiektem treningowym czekał szereg cwaniaków z kartami
„MISTRZOWIE ŚWIATA” czekającymi na podpisy, które można by z szalonym zyskiem
sprzedać już wieczorem. ,,Ja dotrzymałem słowa, że powstanie Maracana, wy
dzisiaj dotrzymajcie słowa, że zostaniecie mistrzami”– powiedział tuż przed meczem
burmistrz Rio de Janeiro. Takie podejście zadziałało na Urugwajczyków jak
płachta na byka. Jedna z czołowych brazylijskich gazet koronowała Brazylię
przed meczem. Serio, napisali – oto mistrzowie świata. Kapitan Urugwaju,
Varela, kupił tę gazetę i przyniósł do urugwajskiego obozu. Trener Juan Lopez
Fontana zobaczył w tym potencjał, by obudzić w swoich zawodnikach diabła.
Sprawić, by mecz miał personalną stawkę dla każdego zawodnika.
Według
legendy, gazeta została podarta na poszczególne stronice, każdy gracz dostał po
kilku, a potem Fontana miał powiedzieć: ,,Jak będziecie musieli iść za
potrzebą, weźcie to ze sobą. Wrzućcie do toalety i szczajcie na nie”. Jednak
trzeba przyznać, że rzadko zdarza się na wielkim turnieju taka demolka, jaką
Brazylia sprawiła w Copa America 1949. 9:1 z Ekwadorem. 5:0 z Kolumbią. 10:1 z
Boliwią. 7:1 z Peru. 5:1 z Urugwajem. 7:0 w finale z Paragwajem. Barbosa wraz z
drużyną byli nie do zatrzymania. Golkiper w zgodnej opinii nie miał sobie wtedy
w kraju równych. Nic dziwnego, że rok później, grając u siebie mundial,
Brazylia była murowanym faworytem, szczególnie gdy Anglicy skompromitowali się
z USA. W finałowej grupie Brazylia wygrała 6:1 z Hiszpanią i 7:1 ze Szwecją.
Ale, znowu lub „jak zwykle” nie chodziło tylko o piłkę. Brazylia poszukiwała
swojej tożsamości. Powodu do dumy narodowej, ale i czegoś jednoczącego. W kraju
rozkochanym w piłce nożnej, a do tej pory bez wygranej w nim, mundial nadawał
się do tego celu. To były wręcz pewnego rodzaju kompleksy, widoczne nawet po
budowie Maracany. Powstawała kilka lat. Oddano ją ze dwa tygodnie przed
finałami. Nie miała być w sensie stricte funkcjonalna – miała być wielka,
największa na świecie, podkreślająca sukces Brazylii. Dlatego obiekt powstawał
według projektu na dwieście tysięcy miejsc. Urugwaj w finale stanowił tylko
przystawkę. Szósta drużyna południowoamerykańskiego czempionatu. Drużyna, która
z tymi samymi rywalami, których Brazylijczycy demolowali na mundialu bez
mrugnięcia okiem, toczyła zacięte, pełne zwrotów akcji boje. Nawet to jednak
nie uzasadnia takiego lekceważenia. Wściekły na całe zamieszanie był
szkoleniowiec Flavio Costa, który próbował uspokajać, mówić „poczekajmy na
końcowy gwizdek”, ale nie był w stanie zatrzymać tej fali. ,,Wiem, o co chcecie
zapytać: gdzie jest w tej opowieści Barbosa, posłany od ładnych kilku akapitów
na margines? Otóż właśnie tam, gdzie być powinien – na marginesie.
Nieprzypadkowo. Bo nie bierze jak do tej pory udziału w litanii przewin, całej
serii kardynalnych błędów, podczas gdy finalnie wszystko skupi się tylko na
nim. Tak jakby to on kazał brazylijskiej prasie pompować balonik. Tak jakby to
on zaprosił polityków, przez których – według Henrika Brandao Jonssona, autora
książki „Joga Bonito” – piłkarze Brazylii nawet nie zdążyli spokojnie zjeść
posiłku i już zameldowawszy się na Maracanie, trener Flavio Costa głodnym
piłkarzom kombinował w ostatniej chwili kanapki z serem. Nie kazał Juvenalowi,
pilnującemu lewej strony, po której to stronie padnie feralny gol, pić dzień
przed meczem, przez co Juvenal miał kaca. Nie miał wpływu na to, że jedyny
możliwy zastępca Juvenala był kontuzjowany”. Brazylia przeważała, wyszła na
1:0. Zresztą prawdopodobnie ze spalonego. Angielski arbiter sędziował pod
gospodarzy. Varela, kapitan Urugwaju, kłócił się Georgem Readerem ładnych kilka
minut po bramce. Ta bramka tylko jeszcze bardziej podrażniła Urugwajczyków. Schiaffino
strzelił na 1:1 a w samej końcówce… Bramka do dziś jest analizowana. Nie, nie
pod kątem przepisów, pod kątem tego, co zrobił Barbosa. Cała strona odsłonięta
a w środku Shiaffino, który spodziewał się podania. Tymczasem Ghiggia
„dziubnął” piłkę i ta wpadła do siatki na krótkim słupku. Brazylia przegrała. Według
jednej z legend wokół tego meczu, piłkarze mieli uciekać ze stadionu w
przebraniach zakonnic. Ghiggia powie po latach: ,,Tylko trzech ludzi uciszyło
Maracanę. Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja”. Do dziś krążą pogłoski, że na
stadionie kilku kibiców zmarło wtedy na zawał serca. Ktoś miał popełnić
samobójstwo – nadawał to sam New York Times. Nie chce mi się w to wierzyć.
Nawet słowa dramaturga Nelsona Rodrigueza „Każde miejsce ma katastrofę
narodową, coś w rodzaju Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą była
porażka przeciwko Urugwajowi w 1950” wydają się niesmaczną przesadą. Tam
zagłada setek tysięcy, tu tylko przegrany mundial. Ale to pokazuje, jak bardzo
Brazylia i Brazylijczycy zainwestowali emocjonalnie w zespół, jak bardzo cała
pozasportowa otoczka, tożsamościowa, kulturowa, odgrywała tutaj rolę. Alex
Bellos twierdził, że ten mecz na jakiś czas złamał pewność siebie całego
narodu. Za to wszystko, przez jedną interwencję został obwiniony Barbosa. Cały
kraj rytualnie go grillował. Głuchy na argumenty Flavio Costa, który otwarcie
krytykował Juvenala.
„Barbosa,
który tak wiele razy grał dobrze, tym razem zawalił. Każdy drugorzędny bramkarz
by sobie poradził”– pisało następnego dnia ,,Estado de S. Paulo”, stanowiąc
tylko jeden z głosów w jednolitym chórze. Jego temat wałkowały stacje radiowe.
Moacir krył się w domu razem z żoną, a krążyły niemożliwe pogłoski: nawet taka,
że spalą mu dom. Gdy zaczęła się liga, był nieustannie wyzywany na wszystkich
stadionach. Już wcześniej zdarzały się wobec niego rasistowskie odzywki, teraz
rozgorzały z nową mocą. „Nawet kryminaliście z czasem się wybacza, gdy
odpokutuje swoje grzechy. Mi nigdy nie wybaczono”- mówił Barbosa w 1999 r. Wyobrażacie
sobie jak zły mecz musiałaby rozegrać reprezentacja Polski, żeby aż odcinając
się od tej klęski zmieniono barwy kadry? Ja sobie nie wyobrażam a po ,,Maracanazo”
tak uczyniono. Brazylia przestała grać w bieli, zaczęła w kolorach, które są
ikoniczne do dzisiaj. Brazylijscy czarnoskórzy bramkarze przez jedną sytuację
Moacira mieli pod górkę przez kolejne dekady. Ukuł się mit, żeby takiego na
bramkę po prostu nie dawać a już na pewno nie w kadrze. Barbosa po skończeniu
kariery piłkarskiej nie dał rady zaczepić się w piłce. Fatum dopadło go i tutaj
– jednoznacznie postrzegany przez zawalenie gola wszech czasów, nie mógł
znaleźć zatrudnienia w futbolu. Tylko Vasco pomogło mu ogarnąć pracę, ale
wymowne: pracę ratownika na pływalni mieszczącej się blisko Maracany. Nie wiem
co najbardziej mnie uderza w tym, że jego mecz wciąż się toczył. Czy ten epizod
z porąbaniem i spaleniem bramek. Czy to, że gdy akurat przez pewien czas
komentował mecze, sam prezes brazylijskiej federacji Ricardo Teixeira zabronił
mu pracować przy kluczowym spotkaniu Canarinhos, bo a nuż przyniesie pecha. Z
tej samej przyczyny Mario Zagallo nie wpuścił Barbosy do ośrodka treningowego,
gdzie Moacir chciał życzyć powodzenia Claudio Taffarelowi – Moacir był już
wtedy po siedemdziesiątce, staruszek przegoniony spod bram. Niezwykłe, a
pokazujące jak głęboko kulturowo uwikłana jest tamta jedna interwencja: w 1988
miał premierę film, którego osią jest próba powrotu w czasie i nie dopuszczenia
do bramki Ghiggii. Nominowana do prestiżowej nagrody sci-fi Hugo Award powieść
„Brasyl” także znalazła miejsce dla Barbosy: w jednej z historii, główna
bohaterka chce by Moacir wystąpił w publicznym procesie telewizyjnym, w którym
cały naród stanowiłby oskarżyciela. Biografia „Ostatnia parada Moacira Barbosy”
to jedno, i jakkolwiek mądrze zwraca uwagę w roli mediów przy kreowaniu idoli,
ale też przegranych, tak pozostaje biografią sportowca – aby trafić na karty
sci-fi czy filmów fabularnych trzeba zupełnie innego rozgłosu, innego
znaczenia. Ale chyba jednak najbardziej uderza to, gdy powiedział, że żaden
mecz, nawet tamten finał, nie wprowadził go w taki smutek, jak sytuacja, gdy
pewna matka na ulicy wskazała go palcem i powiedziała swojemu synowi: ,,Zobacz,
to człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. To niewyobrażalne tkwić całe
życie w cieniu takiej winy, tak powszechnie rozpoznawalnej, umieszczonej
głęboko w sercach wszystkich Brazylijczyków, nie tylko tych, którzy widzieli
Maracanazo. W zasadzie pretensje przekazywane z pokolenia na pokolenie. ,,Płakał
mi w rękaw: nie jestem winny! Było nas jedenastu!”- Tereza Borba. Na początku
drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych Barbosie zmarła żona. Nowotwór zabrał
osobę, która nie tylko całe życie była dla niego wsparciem, ale też pomagała
nieść brzemię. Był dobrze po siedemdziesiątce, a dostawał tylko emeryturę za
pracę ratownika pływalni. Rzecz w tym, że nawet ta praca była na pół etatu, więc
jakoś wiązali koniec z końcem razem z żoną, ale ostatecznie emerytura była na
tyle mała, że nie wystarczała nawet na opłaty mieszkaniowe. Przez jakiś czas
żył u kogoś w małym pomieszczeniu na podwórzu. Nawet tu doszło do włamania i
okradziono go z koszulki reprezentacji Brazylii. A jednak wtedy, w najgorszym
momencie, zaświeciło słońce.
Tereza Borba
miała wtedy może dwadzieścia lat, prowadziła sklepik na plaży, gdy rozpoznawała
Barbosę jak kręci się po plaży. Wyglądał jak bezdomny, którym w istocie był.
Tereza pomagała mu, a z czasem zaprosiła go do domu, gdzie mieszkała z mężem.
Odstąpili mu cały pokój. Państwo Borbowie pomagali mu, a on przyjmował tę
pomoc, ale czuł się z nią nieswojo – często mówił, że zawadza, że lepiej, aby
sobie poszedł. Ale Borba stała się w istocie jego przybraną córką. Sama
wychowała się bez ojca. W zupełnie obcej osobie Moacir znalazł prawdziwe
rodzinne ciepło i bezinteresowną pomoc. Później Borba zadzwoniła do Euricio
Mirandy, polityka, ale też działacza Vasco. Miranda jaki był, taki był, według
wielu umoczony w korupcję, ale Barbosie pomógł, załatwił mu również skromny
comiesięczny czek z klubu, ale który pozwalał już na samodzielne życie. Miranda
wraz z Teresą zgłosili również pewien projekt burmistrzowi Rio, a on się do
niego zapalił. Znowu Maracana. Znowu tamci piłkarze – przynajmniej wszyscy,
którzy jeszcze żyli w 1999 roku. Z wieloma nie widział się od dekad. I tam, na
tym boisku, w otoczeniu postaci, które pamiętały Maracanazo, burmistrz Rio
przeprosił Moacira za cały brazylijski naród. Impreza z pompą, z honorami –
wszystko na rzecz przeklętego. Atmosfera wokół piłkarza w tej ostatniej
godzinie zaczęła się zmienić. W obronie Moacira stanął Dida. Barbosa udzielił
dużego wywiadu w czołowym brazylijskim talk show. I cały czas miał tamten mecz
żywy, jakby odbył się wczoraj, cały czas o akcji opowiadał z najdrobniejszymi
detalami. Tereza Borba wspominała, że gdy w 2000 roku urządziła Moacirowi
urodziny, ten miał na nich powiedzieć: ,,Jeśli jutro bym umarł, umarłbym jako
szczęśliwy człowiek”. Umarł tydzień później. Na grobie ma wyryte: „Tu spoczywa
godny podziwu, pogodny człowiek. Taki, jakiego pan Bóg mógł stworzyć tylko w
jednym ze swoich najlepszych momentów”. ,,Zrobił tak wiele dla kraju a został
ukrzyżowany po jednym meczu”- Dida. Jeden błąd, kilka sekund, a ciągnęło się za
nim przez całe życie. Nie w sposób anegdotyczny, nie przez docinki kolegów, ale
wydatnie wpływając na jego życie. Na pierwszy rzut oka, niezrozumiałe. Ale na
drugi – Brazylia tak bardzo chciała i potrzebowała wygrać, z tak wielu przyczyn
pozasportowych, że klęska z Urugwajem stała się klęską narodową. Wszyscy
Brazylijczycy, który mieli ogrzać się w blasku chwały, stali się przegrańcami. Sport
potrafi pośredniczyć w emocjach, ktoś strzela gola, bije rekord skoczni, a
cieszysz się tym samym szczęściem, dzielisz tę samą dumę. Tu dzielono gorycz
porażki i chciano tej goryczy się pozbyć. Więc zrzucono cały jej bagaż na
jednego człowieka. „To nie my przegraliśmy. To przegrał Moacir Barbosa”. Nie
było to logiczne, nie było to prawdziwe, ale było widać z jakiejś głębokiej
psychologicznej przyczyny konieczne, choć skazywało jedne plecy na ciężar,
który powinien rozłożyć się na cały naród. W 2014 roku Moacira Barbosy znaleźć
się już nie dało.
8
Brazylijski synonim pecha:
@Adran360
@AssisMoreira
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
27 marca 1974 r. urodził się Marek Citko, pomocnik. Siedmiu mistrzów olimpijskich i dwójka wicemistrzów. Tak wyglądała dziewiątka z TOP-10 najlepszych sportowców polski w roku Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. Jedyny wyłom spośród medalistów w gronie laureatów stanowił piłkarz - Marek Citko. Po mistrzostwie Polski, udanych występach z Widzewem w Lidze Mistrzów oraz golu strzelonym Anglikom na Wembley, stał się największa piłkarską gwiazdą Polski i największą nadzieją na sukcesy. Szybki, dobrze wyszkolony technicznie, niekonwencjonalny w swych rozwiązaniach a w decydujących momentach, w starciach o dużą stawke, skuteczny pod bramką przeciwników w okresie największego marazmu polskiego futbolu na międzynarodowym poziomie. Jawił się dzięki temu jako piłkarz światowego formatu. Zaczynał w Jagiellonii Białystok w sezonie 1992/93. Niedawno dziennikarze ,,Przeglądu Sportowego” Piotr Wołosik i Łukasz Olkowicz ochrzcili ten klub mianem ,,najgorszej drużyny w historii Ekstraklasy”. Punktowo rzeczywiście dorobek stawiał ja na szarym końcu w dziejach najwyższego poziomu rozgrywek. Liczba zawodników, którzy wtedy postawili pierwszy krok na drodze do kariery, nie ma chyba jednak sobie równych w całych latach 90-tych. Tomasz Frankowski, Mariusz Piekarski, Jacek Chańko oraz właśnie Citko. We wrześniu 1995 roku, po 2 latach gry w II lidze, Citko przeszedł z Jagielloni do Widzewa. Na tle ściągniętych w przerwie letniej Siadaczki, Miąszkiewicza a zwłaszcza Koniarka, nie on zdawał się głównym wzmocnieniem Widzewa. Tymczasem w krótkim czasie to pomocnik rodem z Białegostoku na amen zawojował łódzką publiczność. Od 8 kolejki nie opuścił już żadnego meczu i na koniec sezonu świętował swoje pierwsze mistrzostwo Polski. Przyczynił się do niego między innymi 5 golami. Jeszcze lepiej spisał się w kolejnej edycji, gdy pokonał golkiperów 8 razy a Widzew obronił zaś panowanie w Ekstraklasie. Świetnie wyglądał na arenie międzynarodowej. Łódzki klub powtórzył wyczyn Legii i awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Citko swym golem w eliminacjach przeciwko Broendby pozwolił odrobić część strat przy prowadzeniu 3:0 dla rywali. Potem zaś Paweł Wojtala zdobył słynnego gola na wage awansu. Pomocnik Widzewa strzelił też gole mistrzowi Niemiec(późniejszemu zdobywcy Ligi Mistrzów)- Borussi Dortmund oraz po fenomenalnym lobie, pokazywanym we wszystkich telewizjach świata- Atletico Madryt. Występy indywidualne dały mu wielką sławe, choć samemu klubowi nie zapewniły awansu do kolejnej fazy. Dopełnieniem świetnego sezonu był gol przeciwko Anglii na Wembley. Citko dostał piłke w okolicy 11 metra, podciągnął ją do ,,piątki” a następnie przerzucił ją nad Seamanem. Ostatecznie biało-czerwoni przegrali to starcie 1:2 ale wrażenie wywołane trafieniem było olbrzymie. Citko trafił do TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. W analogicznym zestawieniu Telewizji Polskiej znalazł się na drugim miejscu w 1996 r. a w konkursie programu III Polskiego Radia oraz ,,Super Ekspressu” nawet wygrał! Wtedy też odebrał nagrodę dla Odkrycia Roku według ,,Piłki Nożnej” oraz Piłkarza Roku. Citko był na samym szczycie pod względem popularności. W Polsce wybuchło wtedy zjawisko zwane ,,Citkomanią”. Piłkarz stał się bohaterem popularnych programów i gazet. Nie mógł spokojnie przejść na ulicy. Był chyba jedynym tak powszechnie znanym wśród Polaków piłkarzem lat 90-tych. Jego nazwisko przewijało się nawet w serialach. Dopytywały się o niego największe europejskie kluby. Najbliżej podpisania umowy był z Blackburn Rovers. Mistrzowie Anglii z 1995 wykładali na stół naprawdę duże pieniądze. Citko kręcił nosem na proponowaną lige i… czekał na jeszcze lepsze oferty. Zamiast tego przyplątała mu się jednak poważna kontuzja ścięgna Achillesa. Długotrwałe leczenie zabrało mu ponad jeden sezon. Po powrocie nie był już tym samym zawodnikiem co wcześniej. Próbował odbudować się pod wodzą swego ulubionego trenera Franciszka Smudy w Legii ale poza krótkim przebłyskami nie był w stanie nawiązać do formy z Widzewa. Grał potem w Groclinie Dyskobolii, Cracovii oraz Polonii Warszawa. Poza dwoma mistrzostwami wywalczonymi z łódzkim klubem, na koncie miał wicemistrzostwo(z Widzewem) i brązowy medal(z Legią). W reprezentacji Polski zagrał 10 razy i strzelił 2 gole. Poza Anglikami na liste strzelców wpisał się w starciu z Brazylią. Po kontuzji nie wystąpił już ani razu. Niektórzy(z większym zaufaniem do ,,magii cyfr”) twierdzili że uraz ten nie powinien dziwić. Dotknął bowiem ,,kadrowicza przeklętego”. Citko był wszak 666 piłkarzem w historii, który wystąpił w reprezentacji. Grę w Ekstraklasie oprócz kontuzji przerywały mu także zagraniczne epizody. Grał jeszcze w lidze izraelskiej oraz szwajcarskiej. Po zakończeniu kariery przez krótki okres doradzał właścicielowi Polonii Warszawa- Józefowi Wojciechowskiemu. Zaliczył też epizod w roli dyrektora sportowego Wisły Kraków.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360
10
Wybitne legendy FC Barcelony:
27 marca 1932 r. urodził się Sigfrido Gracia Royo, najlepszy lewy obrońca w historii FC Barcelony. To był niezniszczalny piłkarz, który rozgrywał w trakcie sezonu nawet 50 spotkań! Gracia niespodziewanie przebił się do pierwszego zespołu z drużyny rezerw i z dnia na dzień stał się kluczowym zawodnikiem. Jego styl budził wielki podziw widowni. Sigfrid zawsze poświęcał się na boisku i słynął z tego iż zawsze dawał z siebie wszystko. Regularne występy i nieustannie wysoka dyspozycja spowodowała że Gracia był królem swojej pozycji i mógł czuć się w zespole niezagrożony. Podczas zmian trenerów każdy kolejny szkoleniowiec zawsze rozpoczynał ustalanie składu właśnie od Sigfrido. Grał na wszystkich frontach stąd zdumiewająca jak na tamte czasy liczba rozegranych spotkań na sezon(50). Całkowicie poświęcił się karierze w Dumie Katalonii. Był kochany i szanowany przez wszystkich zawodników i zarząd zespołu z miasta Gaudiego. Wyznawał zasadę że gdy dasz z siebie wszystko na boisku to nie będziesz miał do siebie nigdy pretensji. Podczas swojej kariery Gracia rozegrał 525 spotkań. Z Dumą Katalonii zdobył 3 mistrzostwa Hiszpanii, 4 Puchary Hiszpanii, 3 Puchary Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.
Cześć i chwała legendom Dumy Katalonii!
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
,,Krewka” Czarnogóra podbita:
26 marca 2017 r. reprezentacja Polski pokonała Czarnogóre 1:2 w eliminacjach mistrzostw świata Rosja 2018. To bardzo gorący teren. Wiedzą o tym wszyscy, którzy kiedykolwiek mierzyli się na wyjeździe z reprezentacją Czarnogóry. W Podgoricy biało-czerwoni w przeszłości grali raz. Cztery i pół roku wcześniej po bardzo nerwowym spotkaniu zremisowali 2:2, a obie drużyny mecz kończyły w dziesiątkę. Tym razem obyło się bez czerwonych kartek, a konfrontacja przyniosła zespołowi Adama Nawałki sukces. Zwycięską bramkę(trzecią i ostatnią w reprezentacyjnej karierze) zdobył Łukasz Piszczek. W całej reprezentacyjnej karierze Łukasz Piszczek rozegrał 65 spotkań. Strzelił w nich 3 gole, co jak na zawodnika, który w przeszłości był napastnikiem, nie jest może specjalnie imponującym wynikiem. Jeśli chcielibyśmy wybrać trafienie, które było najważniejsze, należałoby wskazać to ostatnie – właśnie w meczu w Podgoricy. To ono dało biało-czerwonym trzy punkty. Bohater gospodarzy Stefan Mugoša sprawił zaś, że Czarnogórcy prawie do samego końca mogli liczyć na korzystny rezultat.
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
8
Zapomniane El Clasicos:
26 marca 1916 r. FC Barcelona pokonała FC Madrid 2:1 na ,,Ciudad Condal Velodrome” w ramach pierwszego półfinału Copa del Rey. Gole dla Barçy zdobyli: genialny Paulino Alcantara oraz Vicenç Martinez. Honorowego gola dla przeciwników zdobył legendarny Santiago Bernabeu. Rewanż w Madrycie wygrali gospodarze 4:1 a że wówczas nie liczyła się ilość zdobytych goli, więc doszło do powtórki pierwszego meczu, o czym napisze 13 kwietnia.
Również 26 marca, tyle że w roku 1983, FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid również 2:1 w ramach 30 kolejki Primera Division. Katalończycy po golu Juanito przegrywali od 20 minuty, jednak w ostatniej minucie pierwszej połowy wyrównał ,,boski” Diego Maradona. Ostateczny cios Blaugrana zadała w 77 minucie, kiedy to Perico Alonso ustalił wynik meczu na 2:1. Na cztery kolejki przed końcem sezonu Duma Katalonii uplasowała się na 3 pozycji ze stratą 2 punktów do Athletic Bilbao i jednego do Realu Madrid.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Sysia11 A jakże! Iście cudowny ten spektakl. Tylko jedno ale. Kto tam z 13-tką zagrał? Christian Romero? Nie można takich dziecinnych błędów popełniać! Na mundialu może to kosztować jakikolwiek medal...
1
@Sysia11 Na tą chwile w zupełności wystarczy skrót. Wielkie śliczne dzięki tobie :)
0
@mordini123 Nienormalne to dla mnie jest a przynajmniej niesprawiedliwe...
0
@mordini123 A no to z jakiego niby powodu nie kupują takich spektakularnych hitów!?
0
Czy ktoś byłby na tyle uprzejmy aby zrobić mi tą przyjemność i podać adres internetowy do meczu Argentyna-Brazylia w eliminacjach do przyszłorocznych mistrzostw świata?
3
@Safrani @ czegóż to niby można się spodziewać po zbrodniarzach futbolu...
2
Przychodze z roboty i co widze w internecie? Argentyna-Brazylia 4:1! Co za wynik, co za radość! Wprawdzie nie byłem w stanie oglądać tego meczu ale coś nie widze żeby Eleven go transmitowało a przecież właśnie Eleven ma prawa do wszystkich meczów w strefie Conmebol.
W każdym razie Viva la Argentina, parasiempre!
18
Szczyt bezczelności!
26 marca 2010 r. Johan Cruijff został ogłoszony honorowym Prezydentem FC Barcelony. Decyzja zarządu Joana Laporty została później cofnięta przez Sandro Rosella, który twierdził że statut klubu nie przewiduje takiej funkcji. Cruijjf zwrócił prezydenckie insygnia i przestał pojawiać się na Camp Nou.
Pomyśleć że ci socios przez tyle lat pozwalali rządzić takim sukinsynom jak Rosell i Bartomeu…
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
0
@LeoMessiiBarcaPepa Przecież to właśnie przez to porwanie Quiniego przewalilismy majstra. Chyba nie ma na to dowodów ale wszystko wskazuje na to że sprawka Madrytu!
13
Dramatyczne przeżycia ze szczęśliwym zakończeniem:
25 marca 1981 r. po 24 dniach niewoli, legendarny napastnik FC Barcelony Quini, został uwolniony przez policje z warsztatu w Saragossie. Jednego z napastników schwytano w Ginebrze w Szwajcarii podczas próby podjęcia pieniędzy z banku. Zatrzymany zdradził miejsce pobytu dwóch pozostałych przestępców. Mimo długiej przerwy w grze Quini szybko dołączył do zespołu i zdążył jeszcze zostać królem strzelców La Liga z 20 golami a także zdobyć 2 decydujące gole w Madrycie w finale Pucharu Hiszpanii przeciwko swojej byłej drużynie-Sportingowi Gijon. Bez wątpienia Quini był jednym z największych bohaterów w historii Dumy Katalonii.
@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360
1
@maroon Nie obraź się ale ja zawsze kieruje się dewizą legendarnego Billa Shankly'ego i nigdy, przenigdy(!) nie żartuje z futbolu!
2
@maroon To nieładnie! Oj nieładnie...
0
@maroon Chyba żartujesz? To ile ty masz lat?
12
Grande Espectacolo El Clasico!
Dokładnie 80 lat temu FC Barcelona popisała się ,,La Manitą” gromiąc na ,,Estadio Les Corts” w 21 kolejce Primera Division Real Madrid 5:0(!) po 2 golach genialnego Cesara Rodrigueza oraz po jednym Bravo, Escoli i Mariano Gonzaleza. Tym samym Blaugrana umocniła się w tabeli na pozycji lidera z 3 punktową przewagą właśnie nad Królewskimi i nie oddała już prowadzenia do końca rozgrywek, triumfując po raz drugi w historii mistrzostw Hiszpanii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
0
@FcPortoFan1999 Zgadza się. To jednak nie była żadkośc w europejskich pucharach...
10
Półfinał był blisko:
24 marca 1971 r. Legia Warszawa pokonała Atletico Madryt 2:1 w rewanżowym starciu ćwierćfinału Pucharu Mistrzów i w efekcie odpadła z rywalizacji. Legia przeszła do wiosennej fazy europejskich pucharów a kibice w całej Polsce przypominali poprzedni rok gdzie także w Pucharze Zdobywców Pucharów Górnik Zabrze ponownie dotarł do ćwierćfinału. Stołeczny zespół trafił na mistrza Hiszpanii Atletico Madryt. Był to silny rywal ale nie aż tak żeby ,,Wojskowi” mieli się go obawiać. Pierwszy mecz Mistrz Polski znowu grał na wyjeździe i poniósł nikłą porażkę 0:1 dlatego przed rewanżem liczono na powtórkę z konfrontacji ze Standardem Liege. Podopieczni Edmunda Zientary zaczęli spotkanie skoncentrowani i zepchnęli Hiszpanów do obrony. Niestety Legioniści popełnili jeden błąd zakończony kontrą gości oraz golem Salcedo. Warszawiacy szybko wyrównali a tuż po przerwie Stachurski celnie huknął z rzutu wolnego. Potem mimo nieustających ataków upragniona trzecia bramka nie padła i Luis Aragones z kolegami mógł świętować awans do półfinału.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
9
Zapomniane legendy futbolu:
24 marca 1949 r. urodził się Ruud Krol, holenderski obrońca, 2-krotny wicemistrz świata oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Mistrzów. Rudolf Josef Krol(bo tak brzmiało jego pełne imię) to legendarny obrońca Ajaxu i reprezentacji Holandii oraz jeden z najlepszych defensorów świata w historii futbolu. W Ajaksie grał przez 11 lat od 1969 do 1980 r. Stanowił też o sile reprezentacji Holandii, której był czołowym graczem podczas obydwu Mundiali w 1974 i 1978 roku. Podczas pierwszego z nich w trakcie meczu z Argentyną zasłynął odzyskaniem piłki i błyskawicznym dalekim podaniem, po którym Cruyff zdobył gola. Krola wybrano wraz z Niemcem Braitnerem i Brazylijczykiem Marinho najlepszym lewym obrońcą Mundialu w RFN! To była ulubiona pozycja Ruuda ale grywał także na prawej obronie a z czasem coraz częściej na pozycji środkowego. W 1974 roku strzelił gola samobójczego, za którego… dostał premię! Regulamin drużyny mówił bowiem że należy się ona za każdego gola na Mundialu zdobytego przez Holendra. Trudno sobie wyobrazić defensywę Ajaksu bez tego piłkarza a jednak debiutował w klubie dopiero w 1969 r., kiedy do Feyenoordu Roterdam odszedł etatowy lewy obrońca Ajaksu Theo van Duijvenbode. Ruud Krol był graczem potrafiącym przewidywać sytuacje na boisku. Miał jednak pecha bowiem z walki o pierwszy Puchar Europy w 1971 roku wyeliminowała go poważna kontuzja nogi. Krol osiągnął wspaniałą formę dopiero po odejściu Cruyffa i Neeskensa, w drugiej połowie lat 70-tych. Po odejściu z Ajaxu w 1980 r. wyjechał aż do Kanady do Vancouver Whitecaps. Potem do połowy lat 80-tych grał skutecznie we włoskim SSC Napoli i francuskim AS Cannes. Jako trener prowadził samodzielnie reprezentację Egiptu. W 2005 r. pracował również tymczasowo jako asystent trenera Ronalda Koemana w Ajaxie.
Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:
24 marca 1948 r. urodził się znakomity napastnik Delio Onnis. Jest on bodaj najlepszym Argentyńczykiem, który nigdy nie założył koszulki reprezentacji kraju. Urodzony we Włoszech zawodnik radził sobie całkiem nieźle w argentyńskich Club Almagro i Gimnasia y Esgrima La Plata ale potem, w wieku zaledwie 23 lat wyjechał do francuskiego Reims (65 meczów i 39 goli). We Francji szybko stał się ważną postacią, lecz dopiero po transferze do Monaco pokazał pełnię swoich możliwości (231 gier i 157 goli), a potem trafiał jeszcze w barwach Tours i Toulonu. Jego dorobek we francuskiej Ligue 1 zamknął się na 299 trafieniach, co do dziś jest niepobitym rekordem.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
15
Przełomowe mecze polskiego futbolu:
24 marca 2001 r. reprezentacja Polski pokonała na wyjeździe Norwegie 3:2 w eliminacjach mistrzostw świata Korea Japonia 2002. Jeśli ktoś chce zrozumieć, na czym polegała trenerska koncepcja Jerzego Engela, powinien koniecznie uważnie obejrzeć ten mecz. Konfrontacja na ,,Ullevaal Stadion” to kwintesencja „futbolu na tak”. Ofensywne nastawienie szybko przyniosło nam dwa gole, a potem( kiedy zaczęły się kłopoty) Polacy potrafili się zmobilizować i rozstrzygnęli spotkanie na swoją korzyść. Kluczowa była sytuacja, gdy Adam Matysek grając z wybitym barkiem wygrał pojedynek sam na sam z Jo Tessemem. Jego zmiennik Jerzy Dudek też został mocno poturbowany, ale wytrzymał do końca i spisał się znakomicie. Iście bokserską wymianę ciosów zakończyło trafienie Bartosza Karwana, który potem z powodu kontuzji nie znalazł się w kadrze na mundial.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360