1

@blakkudium Ale lipa! z niej a nie angielka!
Mexican girl vamos!

1

@Lionel_Messi10 Perła wśród piw! Ha! tak się składa że w tym momencie właśnie pije Perłe! Za zdrowie wszystkich kobiet i całej piłkarskiej Argentyny!

1

@Adran360 Panie coś pan!? Do gazety z tym albo książke pisać :)
Ja nie dam rady wszystkie przeczytać :)

4

Co prawda tylko w fazie grupowej ale Norwegia już pokonała na mistrzostwach świata Brazylie 2:1 po golach Tore Andre Flo i Rekdala. A to wszystko wydarzyło się na "Stade Velodrome" w Marsylii 23 czerwca 1998 r. Ponoć historia lubi się powtarzać.........

1

@Arkon No to zacznijmy od tego że historia futbolu nie zaczyna się od mistrzostw Świata, mistrzostw Europy a już napewno nie od Pucharu Mistrzów/Ligi Mistrzów. Ażeby poznać wszystkich wybitnych piłkarzy w historii jesteśmy skazani na czytanie książek, tudzież innych czasopism. Wiemy że pierwsi wybitni piłkarze grali na Wyspach a zwłaszcza w Anglii. Takim przykładem jest choćby Vivian Woodward, dwukrotny złoty medalista olimpijski, w latach gdzie jeszcze nie rozgrywano nawet Copa America a igrzyska były czysto amatorskie. W reprezentacji Anglii wystąpił 23 razy, zdobywając 29 goli. Także Viviana można uważać za jednego z najlepszych piłkarzy w dziejach futbolu. Sęk w tym, tylko jak jego jakość zestawić z takimi piłkarzami jak Messi, Cristiano Ronaldo, Ronaldo Nazario, Platini, Ronaldinho czy choćby Kane? Generalnie się nie da! Podobnie rzecz ma się do naszego genialnego Ernesta Wilimowskiego czy równie genialnego(przez wielu zapomnianego) Arthura Friedenreicha, których również w zasadzie nie da sie porównać jeden do jednego ze współczesnymi dominatorami. To były inne czasy i zupełnie inne podejście do futbolu...
Ja już na forum fcbarca.com kilka razy jasno wyrażałem że dla mnie osobiście najlepszymi w dziejach są ex aequo Garrincha, Pele, Maradona i Messi. Praktycznie każdy z nich w pojedynke pociągnął swoją drużyne do mistrzostwa świata i każdy z nich miał/ma bardzo wyjątkowe umiejętności do tworzenia sukcesów.
Ronaldinho? To najcudowniejszy magik futbolu stworzony głównie dla samej magii ale już niekoniecznie do samych sukcesów. Ronaldinho umieścił bym ex aequo z Friedenreichem, Ronaldo Nazario, Wilimowskim, Cruijffem, Platinim i ewentualnie z Kubalą. Naturalnie jest to moja subiektywna opinia, którą stworzyłem głównie z książek. Miałem jedynie to szczęście że mogłem na własne oczy oglądać jeszcze boskiego Diego, który nie przypadkowo widnieje na moim zdjęciu...

1

@Arkon Już myślałem że odpowiadasz, na któryś z moich komentarzy a tu jednak niespodzianka :) Na tyle miła niespodzianka że bardzo ciekawa i bardzo ważna w kontekście historii futbolu. Wybacz ale odezwe sie troche później, gdyż za chwile będe miał spotkanie z matulą, co prawda krótkie ale jednak...

12

Pożegnalny występ wybitnej legendy FC Barcelony:
5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Transferowe niewypały:
5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się najzwyczajniej w świecie pomylić…
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

7

@FCBparasiempre
5 lipca 1901 r. urodził się Julio Libonatti. Grał na pozycji napastnika i mógł grać na dowolnej pozycji w ataku. Piłkarz o dużej inteligencji, jakości, szybkości i umiejętnościach, wyróżniał się precyzyjnymi strzałami i skutecznością przed bramką. Był znany jako ,,El Matador”. Karierę rozpoczął w szeregach Newell's Old Boys w wieku 16 lat, debiutując w „Nicasio Vila Cup” (liga piłkarska Rosario) w roku 1917. W kolejnej edycji tego turnieju zdobył swój pierwszy tytuł z Newell’s wyrywając trofeum z Rosario Central. W 1921 roku „Trędowaci” zakończyli wspaniały sezon, zdobywając kolejny Puchar Nicasio Vila i Puchar Ibarguren. W lokalnych rozgrywkach przegrali tylko jeden mecz i mieli pięć punktów przewagi nad swoim bezpośrednim prześladowcą, Tiro Federal Argentino. W Pucharze Ibarguren pokonali Huracán 0:3 a Libonatti zamknął wynik w 44. minucie. W kolejnej kampanii odnowili ligę Rosarina przed Nacionalem i Belgrano, choć przy tej okazji Huracán zemścił się za poprzedni finał w „Ibarguren Cup” i pokonał ich 1:0 w dogrywce. W ostatnich latach spędzonych w koszulce Newell’s nie poprawił swojego rekordu, chociaż nadal z łatwością trafiał do siatki, pozostawiając ostatni bagaż drużynie Rosario, która zdobyła 78 goli w 141 meczach. W 1925 roku prezydent Turynu Enrico Maroni był entuzjastycznie nastawiony do gry Libonattiego podczas podróży do Argentyny i złożył ofertę podpisania kontraktu z napastnikiem, która została przyjęta. Tym samym stał się pierwszym piłkarzem przeniesionym na Stary Kontynent i otworzył europejskie drzwi licznym rodakom, którzy później poszli w jego ślady. Napastnik, którego rodzice byli Włochami, ale pod koniec XIX wieku wyemigrował do Argentyny, szybko uzyskał obywatelstwo włoskie. W barwach Turynu zadebiutował 4 października 1925 roku w meczu z Brescią przebijając siatkę drużyny przeciwnej. W swojej pierwszej kampanii strzelił 18 goli w 22 meczach a Torino zajęło drugie miejsce. W sezonie 1926-1927 wspaniały trójząb utworzony przez Baloncieriego, Rossettiego i Libonattiego przyprawiał o ból głowy przeciwną obronę, a Turyn po prowadzeniu Grupy B Dywizji Narodowej zdominował rundę finałową i miał dwa punkty przewagi nad Bologną, zdobywając trofeum mistrza Włoch. Radość nie trwała jednak długo, gdy tytuł został wycofany po sprawie Allemandiego. Torino pokonało Juventus 1:2, ale kilka dni wcześniej menadżer skontaktował się z obrońcą Juventusu Luigim Allemandim i zaproponował mu 50 000 funtów za ustawienie meczu. Włoska Federacja Piłki Nożnej i jej prezes Leandro Arpinati pozbawili Turyn ligi i ogłosili nieważność mistrzostw w tym sezonie. W następnym roku, z całą legitymizacją, „Il Toro” wygrał ligę, pokonując Genuę i Juventus w ostatniej fazie grupowej. Libonatti został ogłoszony „capocannoniere” z 35 golami, a zespół prowadzony przez De Tony'ego Cargnellego, w skład którego wchodzili tacy ludzie jak Franzoni, Rossetti, Baloncieri, Sperone, Colombari i Feliciano Monti, zdobył pierwszy w swojej historii tytuł mistrzowski. W 1929 roku walczyli o utrzymanie mistrzostwa kraju, ale musieli zadowolić się wicemistrzem. Odbył się dwumeczowy finał pomiędzy Bolonią a Turynem, który trzeba było rozstrzygnąć w powtórce. W Bolonii gospodarze wygrali 3:1, a gola dla Torino strzelił Libonatti. W rewanżu El Toro wygrał minimalnie po golu Włocha-Argentyńczyka w połowie drugiej połowy. Powtórkę rozegraną w Rzymie Bologna wygrała golem w końcówce pojedynku.

Począwszy od 1930 roku, wraz z utworzeniem Serie A, wyniki „Il Toro” spadły a szanse na walkę o tytuł zmalały. Libonatti strzelił 14 goli w 1931 i 16 w 1932, ale w kolejnych sezonach nie przekroczył dziesięciu. „Matador” opuścił Turyn w 1934 roku ze znakomitymi statystykami: 150 goli w 239 meczach. Kolejnym celem jego podróży była Genua. W drużynie Griffon spędził dwa sezony, najpierw w Serie B a następnie w najwyższej kategorii, gdzie zajął jedenaste miejsce. Strzelił 7 goli w 27 meczach i dzielił szatnię z węgierskim trenerem Gyorgym Orthem czy Argentyńczykami Mario Evaristo, Guillermo Stábile i Rodolfo Orlandini. W 1937 r. wyjechał do Rimini, gdzie w kampanii 1937-1938 łączył pracę na boisku z ławkami rezerwowych. Zespół zajął 5. miejsce w Serie C. Libonatti przeszedł na emeryturę pod koniec sezonu. W reprezentacji Argentyny występował 15 razy na arenie międzynarodowej i strzelił 8 goli w latach 1919–1922. Zadebiutował w „Honor Cup” w 1919 r., gdzie „Albicelestes” pokonali Urugwaj 6:1 hat-trickiem Rosario. W 1920 roku ponownie potwierdzili tytuł po zwycięstwie 1:0 w Buenos Aires, ale „La Celeste” zdobyła dwa pozostałe tytuły, o które regularnie rywalizowała ze swoimi sąsiadami: Urugwajski Puchar Honorowy i Puchar Newtona. We wrześniu rozpoczął się Copa América i Libonatti został powołany na swój pierwszy duży turniej kontynentalny. System był ligą czterech drużyn (Argentyna, Brazylia, Urugwaj i Chile), które musiały zmierzyć się ze sobą. Libonatti rozpoczynał wszystkie mecze w towarzystwie takich zawodników jak Calomino, Badilini i De Miguel. Pierwszego dnia w Valparaíso zremisowali 1:1 z Urugwajem, a następnie powtórzyli wynik z Chile. Następnie pokonali Brazylię 2:0, drugą bramkę strzelił Matador ale zwycięstwo Urugwaju nad Chilijczykami zapewniło Urugwajczykom tytuł. W 1921 roku w Argentynie odbył się Copa América a lokalna drużyna chciała po raz pierwszy zarejestrować swoją nazwę w historii zawodów. Calomino pełnił funkcję trenera-gracza, ale człowiekiem, który prowadził albiceleste był Libonatti. Argentyńczycy rozpoczęli turniej od wygranej 1:0 z Brazylią po golu napastnika Rosario. Wtedy to Paragwaj nie mógł nic zrobić przeciwko naporom miejscowych, którzy z łatwością pokonali ich 3:0, a wynik ponownie otworzył Libonatti. Ostatniego dnia Urugwaj chciał zaimponować w Buenos Aires, ale potężny Libonatti po golu w drugiej połowie dał trofeum Argentynie. Historyczny skład, który utworzył się tego dnia na stadionie Sportivo Barracas, składał się z Tesoriere, Celli, Bearzotti, López, Dellavalle, Solari, Calomino, Libonatti, Saruppo, Echeverría i González. Libonatti był także królem strzelców turnieju z 3 bramkami, wyprzedzając Brazylijczyka Machado i Urugwajczyka Ángela Romano.

Copa América z 1922 r. był ostatnim turniejem, w którym napastnik Newella nosił koszulkę „Albiceleste”. Trzymani w Brazylii, udali się, aby bronić swojej korony, ale ich występ nie był taki, jak oczekiwano. Wydarzenie zgromadziło pięć krajów (Brazylia, Argentyna, Urugwaj, Chile i Paragwaj) w klasycznym systemie ligowym. Wszystko zaczęło się dobrze, od wspaniałego zwycięstwa 4:0 nad Chilijczykami, ale drugiego dnia przyszła pierwsza porażka z Urugwajem 1:0. Mecz z gospodarzami był kluczem do utrzymania nadziei na tytuł, jednak Neco i Barbuy pokonali Tesoriere i pozostawili Argentynę w tyle w tabeli. W pozostałym pojedynku z Paragwajem napastnik Libonatti nie zagrał i z boku obserwował zwycięstwo swojej drużyny 2:0. Libonatti nigdy więcej nie zagrał w reprezentacji Argentyny a statystyki pokazują, że ostatni mecz rozegrał przeciwko Brazylii 15 października 1922 roku na stadionie Laranjeiras. Rok po przybyciu do Włoch zaczął grać w Nazionale , rozegrawszy 17 meczów i strzelając 15 goli. Zadebiutował 28 października 1926 w towarzyskim meczu z Czechosłowacją, który zakończył się wynikiem 3:1 dla Europy Środkowej. Na swoją pierwszą bramkę we Włoszech trzeba było poczekać kilka miesięcy a konkretnie do 30 stycznia 1927 roku, kiedy to przeciwko Szwajcarii zdobył drugą bramkę dla swojej drużyny w wygranym 1:5 meczu. Kilka miesięcy później Włochy wzięły udział w Pucharze „Dr. Gero” wraz ze Szwajcarią, Węgrami, Austrią i Czechosłowacją. Nowy turniej trwał trzy lata a Włochom udało się być pierwszą drużyną, która zwyciężyła. Libonatti zaliczył świetny występ i z 6 golami był najlepszym strzelcem zawodów, z równą liczbą goli ze swym kolegą z drużyny Rosettim. Włoch-Argentyńczyk wystąpił we wszystkich meczach z wyjątkiem ostatniego z Węgrami w Budapeszcie (0:5 po hat-tricku Meazzy), który zapewnił Włochom tytuł. Wcześniej Włosi pokonali Szwajcarię 3:2 po dublecie Libonattiego, Węgry 4:3 po kolejnej bramce napastnika, Czechosłowację 4:2 po bramce ich i Szwajcarię 2:3 w Zurychu. Zremisowali także 2:2 z Czechami w Pradze, po dwóch innych golach Rosario oraz przegrali z Austrią w Bolonii 0:1 i 3:0 w Wiedniu. Po raz ostatni włoską koszulkę założył 13 grudnia 1931 roku podczas drugiej edycji Pucharu Dr. Gero w pojedynku z Węgrami w Turynie, który zakończył się zwycięstwem Włoch 3:2. Zdobył jedną z bramek. Zmarł 9 października 1981 roku w wieku 80 lat.

1

@Safrani No to powiem ci tylko tyle że ja generalnie polityką się nie interesuje i co najważniejsze w tym temacie to nie moge zdzierżyć widoku p........go szwaba Tuska! Nic więcej nie napisze bo mam zasade na tej stronie nie poruszać tematów politycznych...

1

@Bernard777 Nie no troszeńke przesadziłeś że Mbappe nie dorasta do pięt Papinowi czy Platiniemu. Ta dzisiejsza Francja i tak jest dosyć silna, patrząc zwłaszcza na szeroką kadre, także oni mogą spokojnie dojść do finału.
A co powiesz o spektaklu na "Estadio de Sarra" pomiędzy Włochami a Brazylią na Espana '82? Poza tym Argentyna z RFN w finale też było przednie spotkanie...
Kilka znakomitych meczów z mundialu by się uzbierało...

1

@Safrani No to po czorta wypisujesz szwabskie litery!?

1

@Safrani Dziękuje i wzajemnie udanej niedzieli.
Ale mam poważne pytanie: Ty naprawde za tymi szwabami jesteś? że tak cały czas to wypisujesz?

11

,,Celestes” tryumfują po raz 14-ty w historii:

5 lipca 1995 r. Urugwaj pokonał Wenezuele 4:1(2:0) w meczu otwierającym 37 edycje Copa America. Na turniej po raz drugi w historii zaproszono reprezentacje Meksyku i USA. Krytykowano gwiazdy futbolu, które odmówiły gry bo czuły się zmęczone sezonem. W tej grupie znalazł się chilijski snajper, król strzelców Primera Division- Ivan Zamorano. Zabrakło też kilku znakomitych Brazylijczyków- Romario, Bebeto, Cafu czy Marcio Santosa. W dodatku selekcjonerowi Argentyny, Danielowi Passarelli coś odbiło! Nie chciał w składzie Redondo i Caniggi, gdyż oni nie chcieli na jego życzenie… obciąć włosów. Takie czasy bo moda… Ta Copa była historyczna także z powodu regulaminowej nowinki. Od 1 lipca 1995 z woli FIFA można było dokonywać trzech zmian a więc trenerzy ekip uczestniczących w turnieju ochoczo z tego korzystali. W pierwszej rundzie głośniej niż o wyczynach piłkarzy było o zdarzeniu, do którego doszło po meczu Argentyny z Chile. Pobili się w swoim gronie argentyńscy kibice, jedna osoba zgineła. Po pierwszej fazie faworytem pozostawała Brazylia. Gospodarze, Urugwaj, męczyli się wygrywając minimalnie, zaś Canarinhos przeszli przez pierwszą faze nie tracąc ani jednego gola. Brylował napastnik Tulio, który Kolumbii strzelił pięknego gola przewrotką. Jednak do kronik przeszło inne jego trafienie, w znakomitym meczu ćwierćfinałowym z Argentyną: ekipa Pasarelli nie zajęła pierwszego miejsca w grupie bo w meczu z USA wystawił on rezerwowy skład a Tulio strzelił gola ręką, co widzieli wszyscy na stadionie i przed telewizorami, poza arbitrem Alberto Tejadą. Za ślepotę został ukarany dożywotnią dyskwalifikacją. Jednak dzięki temu trafieniu Brazylia wyrównała a potem wygrała w karnych 4:2. Bohaterem został Claudio Tafarel, który obronił dwie ,,jedenastki”, w tym strzelaną przez Diego Simeone. Z 4 ćwierćfinałów aż 3 zostały rozstrzygnięte w rzutach karnych. Przyczyniła się do tego nowinka regulaminowa, ponieważ zrezygnowano z dogrywek. Podobał się weteran Carlos Valderrama, jednak został całkowicie odsunięty w cień przez Enzo Francescoliego. ,,Książę” wypracował obydwa gole dla swojego zespołu i po raz czwarty w karierze osiągnął finał Copa America. Turniej w Urugwaju stał pod znakiem kiepskiej frekwencji. Zawinili organizatorzy, którzy ustalili zbyt wysokie ceny biletów. Wyjątkiem stał się mecz finałowy Urugwaju z Brazylią, który na Estadio Centenario zgromadził 70 tysięcy widzów. Mecz nie porywał, irytowało wolne tempo, za to Tulio ponownie zaliczył niebywałego gola. Piłke podawali sobie w powietrzu tak, że nie spadała na ziemie- Juninho, Edmundo, Zinho, Edmundo i wreszcie klatką piersiową do bramki skierował ją Tulio. Ten z kolei pomylił się w serii rzutów karnych, która rozstrzygnęła o złotym medalu(w regulaminowym czasie było 1:1 a w karnych 5:3 dla Urugwaju). Tak oto po raz 7-my u siebie i 14 w historii Urugwaj triumfuje w Copa America. Trenerem ,,Celestes” był Hector Nunez, niegdyś znakomity zawodnik, uczestniczył w Copa America 1959, kiedy Urugwaj doznał klęski. Najpiękniejszą karte swojej kariery zapisał jako napastnik Valencii CF, z którą 2 razy zwyciężał w Pucharze Miast Targowych. Natomiast królem strzelców został Gabriel Batistuta, powtarzając wyczyn z 1991 r. a w 1993 był wicekrólem. W 3 turniejach zdobył aż 13 goli(!) co jest osiągnięciem niezwykłym.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@martusiaaaa
@Marusek
@misterio
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@Adran360

2

@FCBparasiempre
Przed startem kolejnego sezonu kadra została wzmocniona takimi transferami jak: Hristo Stoiczkow, Fabio Cannavaro, Filippo Inzaghi oraz Gianluigi Buffon. Oczekiwania względem ostatnich rozgrywek były jeszcze większe, ale sezon 1995/96 należy uznać za mało udany – przegrany mecz o Superpuchar Włoch, wczesne odpadnięcie z Coppa Italia, porażka w ćwierćfinałach Pucharu UEFA i zaledwie szóste miejsce w Serie A to wynik, który nie uratował pozycji trenera. Scali został zastąpiony przez trzydziestosiedmioletniego Carlo Ancelottiego. Dla Zoli tamten sezon pod względem statystyk indywidualnych miał słodko-gorzki smak – znów został najlepszym strzelcem drużyny, ale na koncie miał tylko dwanaście bramek. Zmiana szkoleniowca zawsze oznacza nowe porządki w klubie. Wydawało się, że pozycja Gianfranco w drużynie jest niepodważalna, ale Ancelotti miał wobec niego inne plany. Transfery dwóch napastników – Hernana Crespo oraz Enrico Chiesy – sprawiły, że Zola stracił miejsce w pierwszej linii. Pochodzący z Reggiolo trener preferował ustawienie 4-4-2, w którym wystawiał byłego zawodnika Napoli na lewej stronie pomocy. Bohater tekstu nie potrafił odnaleźć się w nowej roli, czego efektem było zdobycie zaledwie dwóch bramek w sezonie. Ancelotti coraz częściej nazywał go elementem niepasującym do jego układanki, a Zola frustrował się swoim nędznym statusem w drużynie i słabą grą. Obie strony musiały znaleźć sposób na wyjście z tego impasu. Pomoc nadeszła z dość nieoczekiwanego kierunku – po włoskiego czarodzieja zgłosiła się londyńska Chelsea. Początek lat 90. był dla angielskiego futbolu okresem ogromnych przemian. W 1992 roku zapadła decyzja o utworzeniu Premier League, która miała wznieść brytyjską piłkę nożną na niewidziany wcześniej poziom, pod każdym względem – sportowym, finansowym i telewizyjnym. „Niech to będzie kurewsko dobre” – mówił Dave Hill ze Sky Sports, gdy stacja postanowiła wyłożyć grube miliony na transmisję spotkań. Właściciele klubów szybko zdali sobie sprawę, że najlepsze widowiska są w stanie zapewnić im zagraniczni piłkarze. Gdy Eric Cantona zasilał szeregi Manchesteru United w 1992 roku, w ciągu pięciu lat swojego pobytu w klubie zapewnił mu cztery tytuły mistrzowskie. Francuz był nie tylko fantastycznym zawodnikiem, ale był przede wszystkim… inny. Jego elegancja, świetna technika, dostojne ruchy i charakterystycznie postawiony kołnierzyk sprawiały, że nie można było oderwać od niego wzroku. Wkrótce każdy angielski klub zapragnął mieć swojego Cantonę w składzie. Rewolucję przechodziła cała liga, a Chelsea chciała za tymi nią nadążyć. Pierwszym ruchem w kierunku zmiany piłkarskiego wizerunku drużyny było zastąpienie na ławce trenerskiej Glenna Hoddle’a przez Ruuda Gullita, który został grającym szkoleniowcem. CV Gullita-zawodnika musiało robić wrażenie – przede wszystkim był członkiem wielkiego Milanu, trzykrotnego mistrza Włoch i dwukrotnego zdobywcy Pucharu Mistrzów. W Londynie Holender najpierw wprowadzał wielkie zmiany jako piłkarz – pokazał oniemiałym Anglikom, że w Premier League można uprawiać techniczny futbol – a potem to samo, już za sprawą swoich podopiecznych, starał się przekazać jak menedżer. Z tego powodu na Stamford Bridge, w ciągu kilkunastu tygodni, zameldował się francuski obrońca Frank Leboeuf, a oprócz niego – prawdziwy włoski zaciąg. Gianluca Vialli, Roberto Di Matteo i, wreszcie, Gianfranco Zola to zawodnicy, którzy na stałe zapisali się na kartach historii Chelsea. Zola trafił do kompletnie nowego piłkarskiego świata. Choć Premier League powoli próbowała zerwać z łatką topornego, brutalnego futbolu, to wciąż na Wyspach grało się zupełnie inaczej niż na Starym Kontynencie. Pochodzący z Sardynii zawodnik widział w tym jednak okazję na pokazanie pełni swoich możliwości. Był po prostu zbyt ruchliwy i błyskotliwy dla ociężałych brytyjskich defensorów: ,,Na początku naprawdę pomogło mi to, że gdy przyszedłem z Serie A, w której kryje się ściślej, w Anglii grano w tak otwarty sposób”.

Zola przyszedł do Chelsea w listopadzie 1996 roku za cztery i pół miliona funtów. Nie mógł przywdziać koszulki ze swoim ulubionym numerem dziesięć, bo ta należała już do Marka Hughesa. Zdecydował się zatem na numer dwadzieścia pięć, który dziś jest kultowy w drużynie The Blues. Włoch szybko pokazał, na co go stać. Gullit wystawiał go na jego ulubionej pozycji, a Gianfranco niemal z dnia nadzień wyrobił sobie opinię specjalisty od rzutów wolnych. Podczas jednego treningu podszedł do rywalizacji w tej kategorii z klubowym kapitanem, Dennisem Wise’em. Założyli się, który więcej razy trafi w zwisającą z poprzeczki bramki getrę. Gdy Zola prowadził już w pewnym momencie 10:1, konkurs został rozstrzygnięty. Dość powiedzieć, że w historii Premier League, tylko David Beckham ma na swoim koncie więcej goli z rzutów wolnych od włoskiego zawodnika. Popisy Zoli na boisku były nie tylko efektowne, ale i efektywne. Debiutancki sezon włoskiego sezonu zapewnił Chelsea piąte miejsce w lidze oraz triumf w Pucharze Anglii. 17 maja 1997 roku The Blues pokonali na Wembley Middlesbrough 2:0, a asystę przy drugiej bramce zanotował bohater tekstu. Było to pierwsze poważne trofeum wywalczone przez ten klub od ponad dwudziestu lat. Zola, choć mierzący zaledwie 168 centymetrów, siał postrach w liniach defensywnych rywalu Chelsea. Był także powodem wielu nieprzespanych nocy największego trenera w dziejach Premier League – sir Aleksa Fergusona. Gdy zaraz po rozpoczęciu jednego z meczów pomiędzy Chelsea a Manchesterem United Włoch przedarł się przez obronę Czerwonych Diabłów i zdobył gola, szkocki menedżer po końcowym gwizdku przyznał: ,,Jest małym sprytnym draniem… lepszym piłkarzem, niż sądziłem”. Ryan Giggs z kolei stwierdził, że Zola był jedynym zawodnikiem, którego Ferguson kazał swoim podopiecznym kryć indywidualnie. Często jednak nawet to nie wystarczyło, aby zatrzymać drużynę Gullita. W Neapolu przybycie Gianfranco przypadło na końcówkę złotego okresu w dziejach klubu, z kolei w Londynie jego transfer taki okres dopiero rozpoczął. W sezonie 1997/98 Chelsea spisywała się równie dobrze, ale kłótnia pomiędzy Gullitem a prezesem Kenem Bates’em sprawiła, że Holender musiał opuścić Stamford Bridge. Jego miejsce zajął… Vialli, który również zaczął pełnić rolę grającego trenera. To już pod wodzą Włocha The Blues tamten sezon zakończyli na czwartym miejscu w lidze i z dwoma trofeami na koncie. Najpierw w marcu, dzięki dwóm trafieniom w dogrywce, londyńczycy pokonali w finale Pucharu Ligi Middlesbrough. W połowie maja jedyny gol Zoli (który z powodu kontuzji wszedł w tamtym meczu dopiero z ławki) zapewnił im triumf w Pucharze Zdobywców Pucharu, gdzie okazali się lepsi od Stuttgartu. Kolejny sezon Chelsea rozpoczęła od zgarnięcia Superpucharu Europy – tym razem w pokonanym polu zostawili sam Real Madryt. Rozgrywki ligowe The Blues zakończyli na trzecim miejscu, co oznaczało, że wystąpią w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Był to zarazem pierwszy sezon, w którym Zola został najlepszym strzelcem drużyny we wszystkich rozgrywkach – wcześniej również zdobywał wiele bramek, ale w Anglii włoski zawodnik ceniony był za to, że nie kierował się na boisku egoizmem i równie często po prostu asystował przy golach kolegów z zespołu. Zola ponownie odegrał kluczową rolę w finale Pucharu Anglii w sezonie 1999/00 – to po jego rzucie wolnym trafienie na wagę zwycięstwa zaliczył Di Matteo. Chelsea, wraz z przyjściem takich piłkarzy jak Didier Deschamps, Mario Melchiot czy George Weah, stawała się coraz bardziej międzynarodowa, ale Gianfranco wciąż odgrywał w niej bardzo ważną rolę. Tarcza Dobroczynności, wywalczona na początku kolejnego sezonu, była ostatnim trofeum, jakie zdobyli wspólnie Zola i Chelsea. Niedługo po tym spotkaniu Vialli pożegnał się z pracą, a jego miejsce na ławce zajął rodak bohatera tekstu, Claudio Ranieri. Kolejne miesiące w klubie mijały pod znakiem sporych zmian kadrowych, ponieważ nowemu menedżerowi zależało na odmłodzeniu składu londyńczyków. Cierpiały na tym starzejące się gwiazdy, które z tygodnia na tydzień dostawały coraz mniej szans na grę. W czerwcu 2001 roku Wise, Leboeuf oraz Gustavo Poyet pożegnali się ze Stamford Bridge, a trzydziestopięcioletni Zola po ich odejściu zdobył jedynie trzy gole w całym sezonie. Czas nie oszczędzał również jego i musiał patrzeć, jak jego miejsce w wyjściowej jedenastce zajmują Islandczyk Eidur Gudjohnsen oraz Jimmy Floyd Hasselbaink.

Starzejący się Włoch zdołał jednak jeszcze skraść show młodszym kolegom, gdy pokonał bramkarza Norwich City przepięknym uderzeniem piętą po wrzutce z rzutu rożnego. Zachwycony Ranieri tak skomentował tamtego gola: ,,Gianfranco próbuje różnych rzeczy, ponieważ jest czarodziejem, a czarodziej musi próbować”. Gdy wydawało się, że Zola stanie się dla The Blues kulą u nogi, w swoim ostatnim sezonie w niebieskich barwach przeżył prawdziwy renesans formy. We wszystkich rozgrywkach zdobył aż szesnaście goli (najwięcej w historii swoich występów na Stamford Bridge), został najlepszym strzelcem drużyny i jej ponownie zająć czwartą lokatę w Premier League. Swoje ostatnie trafienie dla angielskiego klubu zaliczył w wielkanocny poniedziałek w 2003 roku, gdy w swoim stylu efektownie przelobował bramkarza Evertonu. Trzydzieści siedem lat na karku nie przeszkodziło mu w przedryblowaniu czterech zawodników Liverpoolu podczas swojego ostatniego występu dla Chelsea – po końcowym gwizdku zebrał owację na stojąco od kibiców obu zespołów. Choć klub nigdy oficjalnie nie zastrzegł numeru dwadzieścia pięć, to żaden piłkarz nie odważył się go założyć po włoskim magiku. Na zakończenie kariery postanowił wrócić do kraju swojego pochodzenia. Zola odszedł z Londynu na swoich zasadach. ,,Jeżeli mam wskazać kogoś, kto najbardziej mnie zainspirował, to byłby to Gianfranco Zola. Przyszedłem do Chelsea jako cichy i nieśmiały chłopak. Zola wziął mnie pod swoje skrzydła. Miał trzydzieści pięć lat i renomę światowej klasy piłkarza, a ja byłem zafascynowany tym, jak trenował, jak ćwiczył te swoje rzuty wolne i jak schodził z treningu jako ostatni. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim, a ja myślałem sobie, że chciałbym być taki jak on, jeżeli kiedykolwiek uda mi się zbliżyć do takiego poziomu”– Frank Lampard. Powrócił na Sardynię, aby swoimi umiejętnościami wspomóc Cagliari, które występowało wówczas w Serie B. Gianfranco zdawał się być jak wino – im starszy, tym lepszy. Jego czternaście ligowych trafień pozwoliło klubowi awansować do Serie A. Włoski napastnik postanowił tym samym przedłużyć kontrakt i rozegrać w najwyższej klasie rozgrywkowej swój ostatni sezon w karierze. Z kibicami Cagliari pożegnał się w równie efektownym stylu, co z fanami Chelsea – jego zespół co prawda poległ w starciu z Juventusem, ale on sam na otarcie łez zdobył w nim dwa gole. Kilka tygodni po tym pojedynku zawiesił buty na kołku. Do dziś zajmuje szóste miejsce w klasyfikacji zawodników, którzy zdobyli najwięcej bramek z rzutów wolnych w historii Serie A – był autorem aż dwudziestu takich trafień. Zola w 2003 roku został wybrany przez sympatyków The Blues na najlepszego piłkarza w historii klubu. W całej Anglii jest jednym z symboli wielkich przemian, jakie Premier League przeszła w latach 90. Uwielbiał go Maradona, a wielu innych znakomitych graczy nie szczędziło mu słów pochwały. Mimo to, nigdy nie zaistniał na dobre w reprezentacji Włoch. Zadebiutował mając dwadzieścia pięć lat, w starciu z 1991 roku przeciwko Norwegii. Znalazł się w kadrze Italii na mundial 1994 i wszedł na boisko w trakcie meczu z Nigerią, ale został wyrzucony z boiska po zaledwie dwunastu minutach. Włosi na tamtym turnieju doszli do finału, gdzie po rzutach karnych ulegli Brazylii. Zola jednak nie pojawił się już na murawie po powrocie z zawieszenia. Na mistrzostwach Europy dwa lata później rozegrał wszystkie trzy spotkania grupowe i zaliczył asystę w pierwszym z nich, ale niestety w ostatnim przestrzelił rzut karny, przez co Italia nie przeszła do kolejnej rundy. Jego ostatnim meczem w kadrze było starcie z Anglikami w 1997 roku. Zrezygnował z dalszej gry, kiedy Cesare Maldini postanowił nie powoływać go na mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata 1998. Trzydzieści pięć meczów i dziesięć goli to zdecydowanie zbyt słabe statystyki, jak na gracza takiego formatu. Wydaje się, że w kraju, który wychował tylu znakomitych ofensywnych zawodników, Gianfranco Zola nie ma aż takiego statusu, na jaki zasługuje. Dla Premier League, a zwłaszcza dla Chelsea, jest postacią kultową, kimś, kto wprowadził ten klub, i całą ligę zresztą, w nowy piłkarski wiek. Trudno spodziewać się, by jakiś włoski piłkarz był w stanie przebić jego legendę na Wyspach Brytyjskich. ,,Dałem fanom Chelsea to, czego chcieli, dałem im marzenie. Oni z kolei również dali mi to, o czym marzyłem”.

9

@FCBparasiempre
,,Napoli nie musi szukać nikogo, kto miałby mnie zastąpić. Mają przecież Zolę!”– powiedział na odchodne Diego Armando Maradona, gdy pakował ostatnią walizkę przed odejściem ze stolicy Kampanii. Czy można jakiemuś zawodnikowi wystawić lepszą laurkę? Słowa warto popierać czynami a Gianfranco Zola nie miał problemów z przemawianiem na boisku, był bowiem prawdziwym piłkarskim czarodziejem. To nie mógł być przypadek, że Zola urodził się w roku 1966 – roku, w którym Anglicy, dumni ojcowie gry znanej jako piłka nożna, zdobyli swoje pierwsze(i jak dotąd) jedyne mistrzostwo świata. Gianfranco przyszedł na świat 5 lipca, niemal w przededniu rozpoczęcia się mundialu na brytyjskiej ziemi, niecały miesiąc przed historycznym finałem. Nikt raczej nie przypuszczał wówczas, że jego los skrzyżuje go z angielskim futbolem jeszcze trzydzieści lat później. Urodził się w Olienie, malutkiej miejscowości na Sardynii. Pierwszy profesjonalny kontrakt, mając osiemnaście lat, podpisał z klubem Nuorese. Niedługo po tym przeniósł się do S.E.F Torres 1903, drużyny mającej swoją siedzibę w Sassari, mieście znanym z posiadania pokaźnej kolekcji sztuki. Miejscowi na pewno byli pod wrażeniem piłkarskiego rzemiosła, jakie co tydzień, przez trzy lata, w barwach ich zespołu prezentował młody Zola. Przygoda Gianfranco z futbolem nie jest kolejną historią z tych, w której główny bohater od początku zachwycał i wszyscy wróżyli mu zawrotną karierę w tej dziedzinie. W wieku dwudziestu trzech lat wciąż występował na poziomie Serie C1, czyli trzecioligowym. Do wielkiej piłki wprowadził go Luciano Moggi, działacz związany z Napoli, który dostrzegł go na jednym z meczów w 1989 roku. Zola oczarował go na tyle, że ten wkrótce przekonał klub do wyłożenia na niego dwóch milionów lirów i Włoch jeszcze tego samego roku zadebiutował w barwach Gli Azzurri. W ten sposób Gianfranco przeszedł drogę z bycia zawodnikiem kompletnie anonimowym do stania się klubowym kolegą samego Diego Armando Maradony. Powiedzieć, że w tamtym czasie Napoli było jednym z najlepszych klubów we Włoszech, to nic nie powiedzieć. Zola trafił na złoty okres w dziejach klubu ze stolicy Kampanii, który został zapoczątkowany w 1984 roku, wraz z transferem pewnego Argentyńczyka o bujnej czuprynie. Dwa lata po jego przyjściu neapolitańczycy sięgnęli po pierwsze w swojej historii mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli Juventus o trzy punkty. Po chwili dodali do tego również triumf w Coppa Italia. Przez kolejne dwa sezony musieli zadowolić się tytułami wicemistrzowskimi, ale za to zasmakowali europejskiej chwały – w maju 1989 roku w finałowym dwumeczu pokonali niemiecki VfB Stuttgart (5:4), co pozwoliło im podnieść Puchar UEFA. Z transferu Zoli niezwykle ucieszył się sam Maradona, choć początkowo nie miało to nic wspólnego z jego walorami piłkarskimi. Boski Diego śmiał się, że „w końcu do klubu trafił ktoś niższy ode mnie” a te słowa były początkiem wspaniałej argentyńsko-włoskiej przyjaźni. Wkrótce wspólnie zostawali po treningach, aby przez blisko dwie godziny ćwiczyć stałe fragmenty gry i uderzenie słabszą nogą. Gianfranco wspominał kiedyś: ,,Wszystkiego nauczyłem się od Diego. Podpatrywałem go, kiedy ćwiczył i uczyłem się podkręcać piłkę z rzutów wolnych tak jak on”. Mimo że w swoim debiutanckim sezonie w barwach Napoli Zola zdobył tylko dwie bramki, to przynajmniej jedna z nich miała ogromne znaczenie w wyścigu o scudetto. Premierowe trafienie zaliczył w starciu z Atalantą, ale to ważniejsze padło w pojedynku z Genoą, gdyż był to gol strzelony w doliczonym czasie gry, który dał jego drużynie zwycięstwo, dzięki któremu neapolitańczycy zachowali dwupunktową przewagę w tabeli nad Milanem, ich najgroźniejszym kandydatem w walce o mistrzostwo kraju. Strzelanie bramek nie było jednak głównym zadaniem Zoli. Na boisku miał przede wszystkim kreować sytuacje, a fenomenalna dwójka napastników (Maradona oraz Brazylijczyk Careca) miała zająć się resztą. Ta para sezon 1989/90 zakończyła w sumie z dwudziestoma sześcioma trafieniami, a Napoli – z drugim w historii tytułem mistrza kraju. Gli Azzurri ponownie zdobyli mistrzostwo, wyprzedzając głównego rywala o dwa punkty – tym razem był nim wspomniany wcześniej Milan, który z kolei w swoich szeregach miał króla strzelców rozgrywek, Marco van Bastena. Zola zdobył więc swój pierwszy krajowy tytuł w karierze… i zarazem ostatni. Napoli natomiast, po ograniu kilka miesięcy później Juventusu w starciu o Superpuchar Włoch, na swoje następne trofeum czekać będzie musiało aż dwadzieścia dwa lata! Koniec złotego okresu neapolitańczyków nastąpił niespodziewanie bardzo szybko. Obrona mistrzowskiej korony była zupełnie nieudana – zespół z Kampanii zajął dopiero siódme miejsce w ligowej tabeli. Z europejskich rozgrywek z kolei wyeliminował ich Spartak Moskwa. Jednak to nie sportowe wyniki były największym problemem Napoli. Po jednym z meczów Maradona oblał test antydopingowy i, znajdując się już od dłuższego czasu pod ostrzałem z powodu podejrzeń o zażywanie narkotyków, został zawieszony na piętnaście miesięcy. Niedługo po tym Argentyńczyk opuścił w niesławie słoneczną Italię. Zanim odszedł z klubu, zdążył namaścić Zolę jako swojego następcę w Neapolu.

Ucieczka Maradony i przyjście Claudio Ranieriego na ławkę trenerską oznaczało dla klubu rozpoczęcie nowego rozdziału. Teraz to Zola miał zostać najjaśniejszą gwiazdą neapolitańczyków, a na dowód tego odziedziczył po El Diego koszulkę z numerem 10. Po latach Gianfranco wspominał jednak, jak w jednym spotkaniu Argentyńczyk zaproponował mu podmianę strojów: ,,Graliśmy z Pisą w pucharze Włoch i kazał mi przywdziać numer 10, sam natomiast wziął dla siebie numer 9. To była najwspanialsza rzecz, jaką mogłem sobie wymarzyć – Maradona pozwalający mi grać ze swoim numerem na plecach. Wyobraźcie sobie moją pewność siebie w tamtym momencie, ale przede wszystkim – moje zdziwienie”. Pierwszy sezon w nowej erze Napoli Zola zakończył z trzynastoma golami we wszystkich rozgrywkach. Drużyna natomiast uplasowała się na czwartym miejscu w ligowej tabeli, co zagwarantowało jej udział w Pucharze UEFA. Wydawało się, że istnieje w tym klubie życie bez Maradony. Jakże było to złudne myślenie – kolejny sezon Gli Azzuri skończyli na jedenastej pozycji, a w okresie świątecznym do oczy zaglądało im widmo spadku. Sezon 1992/93 był niemal odbiciem lustrzanym – zarówno dla Zoli, który ponownie zdobył w lidze dwanaście bramek (i tyle samo asyst!), jak i dla drużyny, zajmującej mało chwalebne, jedenaste miejsce. Do problemów sportowych, Napoli dołożyło problemy finansowe. Zadłużenia zmusiły działaczy ze Stadio San Paolo do sprzedaży swoich najważniejszych zawodników. Na pierwszy ogień poszli Careca i Zola, a rok później odejść musieli również Daniel Fonesca oraz Ciro Ferrara – kapitan i żywa legenda klubu. Na efekty przymusowej wyprzedaży nie trzeba było długo czekać. W 1998 roku neapolitańczycy zostali zdegradowani i przez kolejne lata mogli tylko spoglądać, jak na trofeach w gablocie osiada kurz. Gdy w 1993 roku Zola opuszczał Neapol, cena za jego umiejętności wynosiła trzynaście milionów lirów. Taką kwotę postanowiła wyłożyć na niego Parma, która kila tygodni wcześniej zakończyła sezon ligowy na trzecim miejscu i miała mocarstwowe ambicje. Transfer Gianfranco był dopiero początkiem. Jego debiutancki sezon w żółto-niebieskich barwach był fantastyczny. Trener Nevio Scala ustawiał go jako drugiego napastnika, nie mniej utalentowanego Faustino Asprilli. Już wcześniej Zola dał się poznać jako świetny kreator, ale w Parmie stał się również strzelcem wyborowym. Osiemnaście trafień ligowych dało mu miano najlepszego snajpera w zespole, a całej drużynie – piąte miejsce w tabeli (z zaledwie dziewięciopunktową stratą do mistrza!) i awans do Pucharu UEFA. Rozczarowaniem na pewno natomiast była nieudana próba obrony złotego medalu Pucharu Zdobywców Pucharu – w finale Włosi musieli uznać wyższość londyńskiego Arsenalu. Parma stawała się klubem, z którym każdy w Serie A musi się liczyć, a magiczny Gianfranco wyrastał na czołowego zawodnika rozgrywek. Trudno powiedzieć, by sprostał wyzwaniu, jakim było wejście w buty Maradony w Neapolu (zadanie, przyznajmy, przewyższające chyba każdego piłkarza na świecie), ale nie sposób nie dostrzec pewnych podobieństw w ich stylu gry. Zbliżony wzrost i nisko osadzony ciężar ciała, które ich charakteryzowały, były ich błogosławieństwem. Zwinność, szybkość, ogromny wachlarz zwodów, kreatywność, a do tego fenomenalna wizja gry i umiejętność wykonywania nietuzinkowych podań – Zola naprawdę miał wiele z Maradony. W trakcie swojej kariery stał się znany również ze swoich podkręcanych strzałów z rzutów wolnych. Włoch nie żartował, gdy mówił, że wszystkiego nauczył się od Boskiego Diego. Kolejny rok pobytu Zoli na stadionie Ennio Tardini był, podobnie jak w Neapolu, jeszcze bardziej udany. Z dwudziestoma ośmioma golami znów został najlepszym strzelcem w drużynie, a jego gole pomogły Parmie zająć trzecie miejsce w ligowej tabeli, przegrywając wicemistrzostwo z Lazio przez gorszy stosunek bramek. Scudetto powędrowało do Turynu a gdyby tego było mało, Juventus pokonał żółto-niebieskich również w finale Coppa Italia. Niepowodzenia na krajowym podwórku podopieczni Scali chcieli sobie odbić na arenie europejskiej. „Zemsta to potrawa, która najlepiej smakuje, kiedy jest zimna”, pomyśleli sobie zawodnicy Parmy, i w finałowym dwumeczu Pucharu UEFA pokonali… Juventus. Dokonali tego dzięki skromnemu zwycięstwu u siebie i remisie w Turynie.

7

4

Vamos panie Orlando Gill!
Vamos Paraguay!

2

@Adran360 Jak można tu przeczytać nie tylko technologii ale również najróżniejszych kontroli na czele z tymi antydopingowymi...

14

Oto najsilniejszy powód awersji do Niemiec:
Finał, który pod każdym względem wstrząsnął światem:

4 lipca 1954 r. w finale V Mistrzostw Świata(nazywanym również „Cudem w Bernie”) RFN pokonała Węgry 3:2(2:2). Oficjalnie ten mecz jest postrzegany jako jedna z największych sensacji mundiali. Jednak nie dla mnie! Bowiem ja postrzegam to wydarzenie jako największy przekręt finałów mistrzostw świata! Ówczesna ,,Złota węgierska jedenastka” gromiła wszystkich po kolei aż miło, nawet RFN w tych samych mistrzostwach w fazie grupowej w stosunku 8:3! Cóż więc takiego się stało? Przede wszystkim w tym wysoko wygranym przez Węgrów meczu grupowym Ferenc Puskas został brutalnie sfaulowany przez Liebricha. Było wówczas wiele głosów, że Niemiec zrobił to z premedytacją, by pozbawić Węgrów najlepszego zawodnika. W efekcie Puskas powrócił do składu dopiero w meczu finałowym, lecz z niezaleczoną kontuzją. Jednak w 87 minucie Puskas strzela gola wyrównującego i….. sędzia główny odgwizduje spalonego, którego zasygnalizował sędzia liniowy. Czy rzeczywiście był spalony? Teraz tego już się raczej nie udowodni. Jednak wielu naocznych świadków na stadionie twierdziło że liniowy ewidentnie się pomylił. Obrońca reprezentacji węgierskiej Jeno Buzansky tak oto wspomina: ,, Wyrównujący gol Puskasa na 3:3 został zdobyty prawidłowo. Mówi się że kamery telewizyjne nie rozstrzygnęły czy sędzia podjął słuszną decyzje ale my wiemy że w Niemczech jest taki film, nakręcony amatorską kamerą, który rozstrzyga wątpliwości na naszą korzyść. Nikt go jednak nie chce upowszechnić. Gdyby mecz zakończył się remisem, trzeba by go było powtórzyć dwa dni później. Wówczas inaczej byśmy do niego podeszli i na pewno nie dalibyśmy Niemcom szans ale wyraźnie świat nie chciał dopuścić do tego aby mistrzem świata została reprezentacja z Europy Wschodniej. Angielski sędzia Ling prowadził na tych mistrzostwach tylko dwa mecze. Akurat nasze z Niemcami. Nikt mi nie powie że to przypadek”. Co więcej, Niemiec Adolf(Adi) Dassler wymyślił na ten mecz wkręcane kołki. 4 lipca 1954 roku boisko w Bernie było grząskie i podmokłe od deszczu. Nowinka technologiczna, czyli wymienne kołki, okazała się super-bronią Niemców. Dzięki lepszym butom, w przeciwieństwie do Węgrów, utrzymywali równowagę i czuli się pewnie. Dassler, twórca Adidasa, siedział podczas finału na ławce Niemiec, w przerwie czyścił piłkarzom buty z błota i wstawiał dłuższe kołki. Oczywiście FIFA nie miała bladego pojęcia o czymś takim. Mało tego! Jest niemal pewne że Niemcy przed meczem szprycowali się dopingiem, po czym ośmiu z nich chorowało na żółtaczkę. Z kolei historyk sportu Erik Eggers wraz z zespołem zajmował się badaniem tego przypadku na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Orzekł on, iż istnieje „kilka mocnych przesłanek, które wskazują na wstrzykiwanie niektórym niemieckim piłkarzom Pervitinu a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono”. Pervitin był opartym na metamfetaminie stymulantem używanym wśród żołnierzy podczas II wojny światowej. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Lipsku, które zostały później określone jako „Doping w Niemczech”, były finansowane przez Niemiecki Komitet Olimpijski. W taki oto podstępny sposób szwabskie cwaniaczki bezczelnie pozbawiły zasłużonego złotego medalu cudownej ,,Złotej jedenastki” Węgier.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Italia katem Niemców:
Pod względem czysto piłkarskim nie było to być może najlepsze widowisko tamtego mundialu ale w kategorii dramatyzmu tak. Niemcy zostali wyrzuceni przez Włochów z turnieju, rozgrywanym na własnych boiskach. W dogrywce, krok przed finałem. „Andiamo a Berlino”– krzyczał wówczas podekscytowany Fabio Carresa, włoski komentator a realizator wyłowił z tłumu jedną z wielu zapłakanych Niemek. Gospodarze turnieju odnieśli komplet zwycięstw w swojej grupie. Szczególnie bolesny dla nas był gol Olivera Neuville’a, który pokonał w doliczonym czasie gry fantastycznie broniącego Artura Boruca. Dla Niemców oznaczało to już awans z grupy, a dla drużyny Pawła Janasa powrót do domu (na szczęście było blisko). Niemcy bez trudu w 1/8 rozprawili się ze Szwedami po dwóch golach 21-letniego Lukasa Podolskiego, rewelacji tamtego turnieju. Na drodze stanęła później Argentyna. W 49. minucie Albicelestes wyszli na prowadzenie po bramce Roberto Ayali. Na 10 minut przed końcem do remisu doprowadził Miroslav Klose. Więcej bramek nie padło i potrzebna była dogrywka. Nie przyniosła ona jednak rozstrzygnięcia. W serii rzutów karnych więcej zimnej krwi zachowali niemieccy piłkarze, zwyciężając 4:2. Włosi znaleźli się w grupie z Ghaną, USA i Czechami. W drugiej serii gier Squadra Azzurra zagrała przeciwko Amerykanom. Padł remis 1:1 a samo spotkanie było brutalne. Sędzia zmuszony był pokazać aż trzy czerwone kartki – jedną dla Włochów i dwie dla Amerykanów. Przed ostatnią serią spotkań wszystkie cztery zespoły zachowały szanse na awans. Włosi mieli zmierzyć się z Czechami. Pavel Nedved i jego koledzy nie byli w stanie pokonać ani razu Gianluigiego Buffona. Drużyna Lippiego wygrała 2:0 i znalazła się w fazie pucharowej. Australijczycy sprawili Włochom wiele problemów. Dodatkowo w 50. minucie czerwoną kartkę obejrzał Marco Materazzi. Cały czas utrzymywał się wynik bezbramkowy. W doliczonym czasie w pole karne Australii wpadł Fabio Grosso i…. podopieczni Lippiego otrzymali karnego z kapelusza, którego na awans zamienił Francesco Totti. Napastnik Romy pewnym strzałem pokonał Marka Schwarzera. W ćwierćfinale Italia już bez większych problemów poradziła sobie z Ukrainą, wygrywając 3:0. Spotkanie było bardzo wyrównane. Lepszy poziom gry w pierwszej połowie meczu pokazała drużyna Lippiego, ale to gospodarze byli bliżej wyjścia na prowadzenie. Miroslav Klose znakomicie dograł do Bernda Schenidera, ale strzał pomocnika Bayeru Leverkusen minął o centymetry poprzeczkę włoskiej bramki. Po przerwie Niemcy podkręcili tempo gry, ale tylko raz stworzyli poważne zagrożenie po uderzeniu Lukasa Podolskiego. Bramki nie padły, więc potrzebna była dogrywka. Zdecydowanie lepiej rozpoczęli ją Włosi. Najpierw w słupek trafił Alberto Gilardino, a już chwilę potem minimalnie niecelnie z dystansu strzelał Gianluca Zambrotta. W 110. minucie w znakomitej sytuacji znalazł się Podolski, ale jego uderzenie doskonale obronił Gianluigi Buffon. Kiedy wydawało się, że potrzebne będą rzuty karne, Włosi zadali dwa zabójcze ciosy. W 119. minucie Andrea Pirlo podał sprytnie do Fabio Grosso. Obrońca bardzo precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał Jensa Lehmanna. Niemcy próbowali jeszcze odpowiedzieć rzucając się rozpaczliwie do ataku. Wtedy jednak Fabio Cannavaro przejął piłkę we własnym polu karnym i podał ją do Alberto Gilardino. Napastnik Milanu podholował futbolówkę pod pole karne rywali i wypuścił w uliczkę Alessandro Del Piero. Snajper Juventusu bardzo pewnie umieścił piłkę pod poprzeczką i przypieczętował awans Włochów do finału. Pamiętamy, jak to się później skończyło… Składy obu drużyn:
Niemcy: Jens Lehmann, Arnie Friedrich, Sebastian Kehl, Miroslav Klose (111′ Oliver Neuville), Michael Ballack, Philipp Lahm, Per Mertesacker, Tim Borowski (73′ Bastian Schweinsteiger), Bernd Schneider (83′ David Odonkor), Lukas Podolski, Christoph Metzelder
Włochy: Gianluigi Buffon, Fabio Grosso, Fabio Cannavaro, Gennaro Gattuso, Luca Toni (74′ Alberto Gilardino), Francesco Totti, Mauro Camoranesi (91′ Vincenzo Iaquinta), Gianluca Zambrotta, Simone Perrotta (104′ Alessandro Del Piero), Andrea Pirlo, Marco Materazzi

,,Nic nie odda lepiej obrazu tamtego spotkania niż wspomnienia i przeżycia jego uczestników. Włosi nie grali wielkiej piłki w tamtym turnieju. Jednak ich najlepszym spotkaniem na całym mundialu był półfinał. Nie finał, nie ćwierćfinał, ale właśnie półfinał. Zagrali bardzo dobrze, ten mecz charakteryzował się wielką intensywnością. Powinnyśmy wtedy strzelić jedną albo dwie bramki, ale nie byliśmy w stanie tego zrobić”– ocenił Tim Borowski. Rosły pomocnik był bardzo krytyczny wobec siebie. W tamtym spotkaniu zastępował zawieszonego Torstena Fringsa. Twierdzi, że gdyby to jego kolega a nie on zagrał w tym meczu, to prawdopodobnie Niemcy znaleźliby się w finale. ,,Poczuliśmy, że turniej nagle się dla nas skończył. Niektórzy z nas płakali. Nie byliśmy w stanie pojąć co się tak naprawdę stało. To było jak wbicie noża w serce”– dodał dalej Borowski. Marcello Lippi zdawał sobie sprawę jak trudne zadanie czekało jego piłkarzy. ,,Po wygranej z Ukrainą nasza wiara w siebie było dużo większa od tej, którą mieliśmy w fazie grupowej. Z tego też względu zagraliśmy naprawdę dobrze przeciwko Niemcom w Dortmundzie a więc miejscu gdzie byli praktycznie nie do pokonania”– wspomina ówczesny trener włoskiej kadry. Kontra Włochów, która przyniosła bramkę na 2:0 została zapoczątkowana przez efektowny odbiór piłki Fabio Cannavaro. Stoper bardzo dobrze pamięta ten moment. ,,Wydaje mi się, że odebranie piłki Podolskiemu mogło mieć decydujący wpływ na to, że wygrałem później tytuł Piłkarza Roku FIFA. To był niesamowity mecz z wieloma interwencjami na takim poziomie. Kiedy teraz patrzę na tę akcję, to pytam sam siebie: 'Naprawdę udało mi się tak odebrać piłkę?’ To obraz, który na zawsze zapisał się w historii futbolu. Fantastyczna bramka strzelona Niemcom, którzy grali na własnym terenie. Pozwoliło to nam zameldować się w Berlinie”– podsumowuje kapitan włoskiej drużyny w czasie tamtego turnieju. W przywoływanych wspomnieniach nie może zabraknąć również oczywiście największego bohatera tamtego meczu a więc Fabio Grosso. ,,Andrea Pirlo po raz kolejny zachował się genialnie dogrywając mi dokładnie piłkę. Mój strzał był instynktowny. Widziałem, że mogę umieścić piłkę w bramce tylko w jednym możliwym miejscu. Tak jak powiedziałem, zrobiłem to instynktownie. Ten moment wciąż przywołuje we mnie wiele emocji”– wspomina były lewy obrońca. Tak jak napisałem na początku tekstu, z pewnością nie był to najbardziej efektowny mecz turnieju, ale dramaturgia, która trwała aż do 119. minuty gry powoduje, że się o nim pamięta. Włosi nie zachwycali swoją grą ani w grupie, ani też w fazie pucharowej. W najważniejszym momencie byli jednak w stanie się rozkręcić i zniszczyć marzenie gospodarzy o grze w wielkim finale. „Andiamo a Berlino” i płacząca dziewczyna w niemieckiej koszulce to obrazki tamtego półfinału.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

2

@Maki123 Dzięki tej historii tworzymy właśnie taką społeczność, więc tak, historia jest ważna, bardzo ważna!

14

O tym się wspomina, o tym się pisze:
4 lipca 1971 r. FC Barcelona wygrała swój ostatni Puchar Hiszpanii pod egidą Copa del Generalisimo. Pod tą nazwą funkcjonował krajowy puchar w latach 1939-75, na cześć generała Franco. W tamtych czasach zakazane było używanie katalońskich nazw własnych, stąd drużyna Blaugrany nazywała się ,,Club de Futbol Barcelona” i dopiero rok przed śmiercią dyktatora w 1975 r. wróciła do nazwy FC Barcelona. Finał z Valencią CF rozgrywany na Santiago Bernabeu miał bardzo dramatyczny przebieg. Barça po 50 minutach przegrywała 0:2, lecz gole Fuste oraz Zabalzy doprowadziły do dogrywki. Pedro Zabalza wyprowadził Blaugrane na prowadzenie w 99 minucie, jednak dwie minuty później wyrównał Oscar Valdez. W 112 minucie zwycięskiego gola zdobył środkowy napastnik Barçy Ramon Alfonseda.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Maki123 Wyobraź sobie że tak! Chciało mi się przepisywać, gdyż uważam że historia futbolu a zwłaszcza historia ludzkości jest jednym z najważniejszych czynników w naszym życiu, jeśli nie najważniejszym! Zawsze pamiętaj że tylko i wyłącznie dzięki tej historii sportu, istnieją instytucje, reprezentacje i wreszcie kluby, które kochamy. Bez tej tej historii najzwyczajniej nie istnielibyśmy.........!
Kto tego nie docenia i nie szanuje, najzwyczajniej nie zasługuje na szacunek kibica a co do dopiera na prawdziwego cule!

1

@Maki123 W tej chwili nie pamiętam. Jeśli nie z internetu, to z pewnością z którejś z książek, które czytam i których troche mam.......
Dlaczego pytasz jeśli można wiedzieć?

9

@FCBparasiempre
Dokładnie 100(!) lat temu w Buenos Aires urodził się Alfredo Di Stefano, ofensywny pomocnik/napastnik, zdobywca Copa America-1947 ; 8-krotny Mistrz Hiszpanii(Real Madryt)-1954, 1955, 1957, 1958, 1961, 1962, 1963, 1964 ; 5-krotny Zdobywca Pucharu Europy(Real Madryt)-1956,1957,1958,1959,60 ; 3-krotny Mistrz Kolumbii(Millonarios FC) – 1941, 1951, 1952 ; Zdobywca Pucharu Króla(Real Madryt)-1962 ; Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(Real Madryt- 1960 ; 2-krotny Mistrz Argentyny(River Plate) – 1945, 1947 ; 2-krotny zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’– 1957, 1959 ; Hiszpański Piłkarz Roku - 1957, 1959, 1960, 1964 ; 2-krotny Król Strzelców Pucharu Europy - 1958, 1962 ; 5-krotny Król Strzelców ligi hiszpańskiej(Real Madryt) - 1954, 1956, 1957, 1958, 1959 ; Król strzelców Ligi Argentyńskiej – 1947; 2-krotny król strzelców Ligi Kolumbijskiej – 1951, 1952. Zdobywca 23 goli w 31 meczach dla reprezentacji Hiszpanii. Zdobywca 6 goli w 6 meczach(!) dla reprezentacji Argentyny. Ogółem zdobywca 555 goli w 697 oficjalnych meczach. Alfredo Di Stefano to jeden z najlepszych piłkarzy wszechczasów, słynący z wszechstronności, inteligencji na boisku i skuteczności. Był głównym liderem słynnego madryckiego składu, który w latach 50-tych i 60-tych zdominował hiszpańską i europejską piłkę. Jest jednym z najwybitniejszych piłkarzy Realu Madryt i całej hiszpańskiej ligi, a grało ich tam nie mało. Przez dziesięciolecia był najskuteczniejszym napastnikiem Realu, oraz jednym z najskuteczniejszy piłkarzy Primera Division w całej jej historii. Alfredo Di Stefano przyszedł na świat w rodzinie włoskich emigrantów w Barraca, jednym z dyskryktów Bueno Aires. Pierwszym klubem Di Stefano był słynny River Plate, w którym zaczął grywać w wieku 17 lat. Już dwa lata później świętował swój pierwszy triumf z zespołem w lidzie argentyńskiej. W 1947 roku po raz drugi zdobył mistrzostwo, zostając także królem strzelców. W między czasie miał przygodę z Club Atletico Huracan, do którego na krótko został wypożyczony w 1946 r. Strajk argentyńskiej ligi, sprawił, że Alfredo Di Stefano przeniósł się do Kolumbii, grając w tamtejszym Millonarios w latach 1949-1953. Z klubem tym zdobył trzykrotnie mistrzostwo Kolumbii zostając także dwukrotnym królem strzelców. Było jasne, że Di Stefano ma niezwykłe umiejętności snajperskie, oraz charakter przywódcy na boisku. Był piłkarzem myślącym, często zmieniał pozycję co utrudniało pilnowanie go przez obrońców przeciwnej drużyny. To wszystko sprawiło, że o Argentyńczyka zaczęły dobijać się dwa hiszpańskie kluby; Real Madryt i FC Barcelona. Po wielu perturbacjach Di Stefano w końcu trafił na Santiago Bernabeu, mimo, że miał już nawet podpisaną umowę z Barceloną. W owym czasie Związek Hiszpański zakazał występów piłkarzy zagranicznych w lidze, jednak nawał krytyki sprawił, że decyzja szybko została odwołana i Alfred Di Stefano mógł grać w Realu Madryt. Wraz z przyjściem di Stefano zaczęła się złota era Realu Madryt, zdecydowanie okres największej dominacji jednego klubu na świecie. Di Stefano był filarem drużyny, wokół którego powstała drużyna, która zapoczątkowała wielka potęgę Realu Madryt. Przed przyjściem „Saeata rubia”(„blond strzała”) klub z Madrytu miał na koncie tylko dwa trumfy w lidze, ale z pomocą Di Stefano szybko to się zmieniło. Już w pierwszym swoim sezonie zdobywając koroną króla strzelców(27 goli), wraz z kolegami zdobył także mistrzostwo. Drugi sezon był równie udany, Di Stefano drugi raz z rzędu został mistrzem Primera Division.W kolejnym sezonie Real Madryt w lidze musiał uznać wyższość Athletic Bilbao i FC Barcelony, mimo, że Argentyńczyk strzelił 24 goli i ponownie został królem strzelców. Ale niepowodzenie w lidze Real odbił w rozgrywkach o Puchar Europy, które w sezonie 1955/56 ruszyły po raz pierwszy. W finale „Królewscy” pokonali Stade Reims 4:3, a jedną z bramek zdobył Alfredo Di Stefona. W 1956 roku Di Stefano przyjął obywatelstwo Hiszpanii, tegoż roku do Realu przyszedł inny wybitny piłkarz – Raymond Kopaszewski(polskiego pochodzenia), i wraz z Di Stefano siał postrach na boiskach krajowych i europejskich. Real Madryt ponownie na dwa lata odzyskał prym w lidzie hiszpańskiej, co łącząc ze zdobywaniem kolejnych Pucharów Europy wcale nie było takie łatwe. Ale jak przyznawali piłkarze klubów całej europy, Real wówczas był klasą sam dla siebie, a sam Alfredo Di Stefano poziomem gry przewyższał innych piłkarzy co najmniej o klasę. W finałach tych rozgrywek Di Stefano odgrywał niemal zawsze pierwsze skrzypce. W 1957 Real spotkał się z Fiorentiną, pokonując ją 2:0, jedną z bramek strzelił D Stefano. Zdobył również 7 goli w całych rozgrywkach. W finale w 1958 roku klub z Madrytu pokonał 3:2 AC Milan, i Argentyńczyk z hiszpańskim paszportem ponownie wpisał się na listę strzelców. Z liczbą 10 goli został także najskuteczniejszym piłkarzem tych rozgrywek. W sezonie 1958/59 w Primera Division Real był drugi tuż za Barceloną, i po raz 4 z rzędy zdobył Puchar Europy, w czym pomógł Di Stefano i Kopaszewskiemu kolejny wybitny piłkarz – Ferenc Puskas. To była drużyna prawdziwych „Galaktycznych”, w składzie podajże trzech z pięciu najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, którzy potrafili grać niezwykle drużynowo i pomysłowo.

Sam Di Stefano szybko stał się najskuteczniejszym piłkarzem Europejskich Pucharów w których zawsze imponował skutecznością. W każdym z pięciu finałów Pucharu Europy, Di Stefano strzelał gole. W ostatnim wygranym finale w 1960 r. z Eintrachtem Frankfurt(7:3) zaliczył hattricka, a wraz z Puskasem zdobył łącznie 20 goli! Z dorobkiem 49 goli w Pucharze Europy na dziesięciolecia stał się rekordzistą pod tym względem(rekord został pobity dopiero w 2005 r.).Z kolei Pichichi Trophy(trofeum dla króla strzelców) zdobył jeszcze w roku 1957(31), 1958(19) i 1959(23). W 1960 r. Di Stefano z zespołem zdobył kolejne nowopowstałe trofeum w postaci Pucharu Interkontynentalnego, pokonując urugwajski klub Penarol Montevideo.Passa w elitarnych europejskich rozgrywkach została przerwana w sezonie 1960/1961, gdzie na drodze Realu Madryt stanęła FC Barcelona. Mimo odpadnięcia w Pucharze Europy, Real przerzucił swoją passę zwycięstw na ligę, w której w kolejnych latach triumfował w składzie z Alfredo di Stefano pięć razy z rzędu. Mimo, że w 1962 i 1964 Los Blancos dochodzili do finałów Pucharu Europy, to jednak nie udało się go zdobyć ponownie. Sam Alfredo Di Steafano po roku 1960, nie prezentował się już tak wspaniale jak wcześniej, prym w ataku przejął Ferenc Puskas, jednak nadal to on był przywódcą drużyny, a z jego zdaniem liczył się nawet trener.Gdy w 1964 roku Alfredo Di Stefano odchodził z Realu był już legendą i najwybitniejszym piłkarzem klubu, z dorobkiem 246 goli w 302 meczach najskuteczniejszym napastnikiem w historii aż do XXI wieku, kiedy rekord ten pobił Raul Gonzales. Karierę piłkarską kończył w Barcelonie, ale nie w klubie znienawidzonym przez Madryckich kibiców a w Espanyolu. Grał tam przez dwa sezony i mimo blisko 40 lat radził sobie całkiem dobrze, w 77 występach zanotował 41 goli. W 1947 roku Alfredo di Stefano został po raz pierwszy powołany do reprezentacji Argentyny. Paradoksem jest, że tak wybitny piłkarz ani razu nie uczestniczył w Mundialu. Grając dla Argentyny nie wystąpił na MŚ w 1950 roku, gdyż ta odmówiła udziału w imprezie. Z kolei w 1954 roku Argentyna nie zakwalifikowała się do mistrzostw a sam di Stefano wystąpił kilka razy w reprezentacji Kolumbii, co jednak nie zostało uznane za oficjalne. Dla barw Argentyny strzelił 6 goli w 6 meczach. Alfredo przyjął obywatelstwo Hiszpańskie w 1956 r. i mógł grać w reprezentacji Hiszpanii. Jednak nie zdołał się zakwalifikować na MŚ w 1962 r. Ta sztuka udała się 4 lata później, ale pech chciał, że przed finałami mistrzostw świata Di Stefano doznał kontuzji, która go wyeliminowała z imprezy. Mimo, że Alfredo Di Stefano przez większość swojej kariery występował w barwach Hiszpanii, to wielu wiąże jego osobę z Argentyną, co przypomina słynne zdjęcie Di Stefano w trykocie Argentyny, na którym może jeszcze pochwalić się blond czuprynką. Plasuje się na czwartym miejscu wśród strzelców Primera Division(227 goli), i na drugim wśród zawodników Realu Madryt( z dorobkiem 216 bramek), wyprzedził go dopiero Raul Gonzales w 2009 roku. W 2003 roku przez Federację Hiszpańską został wybrany „Złotym piłkarzem”, jako najwybitniejszy gracz hiszpański ostatnich 50 lat. Sam Pele nazwał go najbardziej kompletnym piłkarzem wszechczasów. W głosowaniu France Football na najwybitniejszego piłkarza w historii, Di Stefano uplasował się na czwartej pozycji, za Pele, Maradoną i Johanem Cruyffem. W 2000 roku został mianowany jako Honorowy Prezydent Realu Madryt. Od 2008 roku dziennik „Marca”, wręcza nagrodę imienia Alfredo Di Stefano, dla najlepszego piłkarza ligi hiszpańskiej. W 2006 roku otwarto stadion imienia Alfreda Di Stefano, gdzie zwykle grają i trenują rezerwy Realu Madryt. Po zakończeniu kariery rozpoczął swoją przygodę z trenerką. Trenował osiem klubów z niezłym skutkiem w tym River Plate i Boca Juniors , z którymi wywalczył Mistrzostwo Argentyny. Trenował także ukochany Real Madryt zdobywając Super Puchar Hiszpanii w 1990 r. Największe jednak osiągnięcia zdobył z Walencją, kiedy to w 1971 roku wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, a za drugim podejściem w 1980 r. zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharu.

2

@FcPortoFan1999 Tak, to była aura PRL-u. Całe szczęście że byłem jeszcze dzieckiem i nic nie rozumiałem poza przepisami gry w piłke nożną....

11

Upragniony remis dający awans do półfinału:
4 lipca 1982 r. Polska zremisowała bezbramkowo z ZSRR w drugiej fazie(grupowej) mundialu España 1982. Cała Polska zasiada przed telewizorami. Gdy kibice martwią się o wyniki kolejnych spotkań, pracownikom Telewizji Polskiej sen z powiek spędza to, co może pojawić się na ekranie. W wielu miejscach na całym świecie pojawiają się transparenty "Solidarności". "Nad studiem warszawskim można było panować. Problem był natomiast z żywym przekazem z Hiszpanii" – wspominał Grzegorz Świątkiewicz z Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej. Apogeum emocji nastąpiło przed meczem Polska – ZSRR. Na mecz odbywający się 4 lipca 1982 roku na Camp Nou w Barcelonie Biuro Koordynacyjne Solidarności za Granicą przygotowało dwa transparenty o wymiarach 15 metrów długości na trzy metry szerokości. Polski realizator dwoił się i troił, żeby ominąć te obrazy, co i raz robił przebitki z innych meczów, ale nie dało się nie pokazać polskich symboli. Na trybunach znajdowało się także ponad pięć tysięcy małych flag z napisem "Solidarność". "Dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy zjawił się kapitan z Guardii Civil z żądaniem usunięcia transparentu. Podniosłem ręce i krzyknąłem: Katalończycy, pomóżcie! Nagle 80 tys. ludzi zaczęło skandować: Solidaritat! Polonia!" – wspominał z rozrzewnieniem Pascal Rossi-Grzeskowiak, współpracownik "Solidarności" we Francji. Mecz, ku ogromnej radości zawodników, trenera i kibiców zakończył się "zwycięskim remisem", gdyż pozwolił reprezentacji Polski awansować do półfinału MŚ. Włodzimierz Smolarek pobił światowy rekord w czasie trzymania piłki przy narożnej chorągiewce, Zbigniew Boniek wystąpił w telewizji w zdobycznej koszulce przeciwnika a następnego dnia w zachodniej prasie ukazało się zdjęcie reprezentacji ZSRR na tle transparentu z napisem "Polska-Rosja 0:0, Solidarność-ZSRR 1:0".
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?