FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
@FCBparasiempre
Wśród największych sensacji w historii futbolu to jest chronologicznie pierwsze. Amerykanie na kanwie swojego Zwycięstwa nakręcili nawet film fabularny „Gra ich życia". Anglicy nie lubią do tego wracać. Piłka nożna nadal nie jest w USA zbyt popularne i nawet regularne starty reprezentacji w Mistrzostwach Świata niewiele tę sytuację zmieniają. To bodaj Jedyny kraj, w którym większym zainteresowaniem cieszy się piłka w wykonaniu Kobiet. No ale skoro dla Amerykanów fascynujący może być baseball, łatwiej zrozumieć i to. Przed mistrzostwami świata w roku 1950 w Brazylii bukmacherzy przyjmowali zakłady na zwycięstwo Anglii 3:1 a meczu Anglików z amerykanami nie uwzględnili, Uznając że nie można na nim zarobić. 100% faworytem Byli Anglicy. Nikt nigdy nie kwestionował ich zasług dla rozwoju futbolu i umiejętności angielskich piłkarzy. To nie podlegało dyskusji Ale taka pozycja obróciła się przeciw nim. Anglicy albo obrażali się na FIFA, wstępując do niej i z niej występując albo uznawali że tytuł mistrza świata należy im się niejako z urzędu, więc udział w mistrzostwach świata mija się z celem. W rezultacie kisili się we własnym sosie, stosując zasadę zwaną ,, splendid Isolation" a o swojej wielkości utwierdzały ich mecze z lat trzydziestych, kiedy pokonywali reprezentację kontynentalne: w Hiszpanie, Belgię, Austrię, Szwajcarię, Włochy, czechosłowację, Węgry czy Niemcy. Zwycięstwa zdecydowanie przeważały nad porażkami. Kiedy w roku 1934 nowym sekretarzem generalnym angielskiego związku piłkarskiego został w miejsce fredericka walla, znany sędzia międzynarodowy Stanley Rous, Europejska prasa sportowa przyjęła ten fakt z zadowoleniem. O ile bowiem Wall był zwolennikiem izolacji, to rous miał opinię człowieka otwartego na świat. 27 lat później został prezydentem FIFA. To przede wszystkim on walczył o to aby Anglia wzięła udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. W latach 20 i 30 futbolowa Anglia miała jednak innego bohatera. Herbert Chapman był wynalazcą systemu gry, który wkrótce zaczęto stosować na całym świecie. System, czyli ustawienie piłkarzy na boisku, co z kolei wpływało na sposób ich gry. U źródeł pomysłów leżała przeprowadzona w roku 1925 zmiana przepisów o spalonym. Dotychczasowy system mówił że zawodnik atakujący by nie być na spalonym, w chwili podania musiał mieć przed sobą trzech przeciwników ale w chwili zagrożenia jeden z obrońców wybiegał przed napastników i sędzia przerywał grę. Padało mało goli gra stawała się nudna, frekwencja na stadionach malała, zjawisko nazywane ,, śmiercią remisową" zaczęło realnie zagrażać futbolowi. International Board postanowił w tej sytuacji że spalonego nie ma jeśli między atakującym a bramką będzie nie trzech a Dwóch zawodników drużyny broniącej. Ten przepis obowiązuje do dziś i jest to ostatnia istotna zmiana jaka zaszła w regułach gry. Odpowiedział na te zmiany stał się pomysł Herberta chapmana, ostatniego rewolucjonisty futbolu, jaki działał na Wyspach Brytyjskich. Chapman grał w piłkę nieźle ale jeszcze lepiej nie zarządzał, ponieważ dostrzegał to, czego inni nie widzieli. Był prawdopodobnie pierwszym na Wyspach Brytyjskich graczem pełniącym jednocześnie funkcję menadżera. W roku 1907 w Northampton został pierwszym grającym trenerem. Z ubogim klubem Huddersfield wywalczył tytuł mistrza i Puchar Anglii. Do Arsenalu trafił w roku 1925 z ogłoszenia. Klub zamieścił w periodyku „Atletic news" inserat że poszukuję doświadczonego człowieka na stanowisko ,, menadżera bez dużych wymagań" i Chapman się zgłosił. Dziś na Emirates Stadium znajduje się wykonane z brązu jego popiersie, przeniesione na nowy stadion z Highbury. Trudno się dziwić. Wykorzystując zmianę przepisów o spalonym Chapman dokonał zmiany w ustawieniu zawodników z 235 na 343. Wycofał z linii pomocy jednego gracza do obrony i przesunął nieco do tyłu obydwu łączników. W wyjściowym ustawieniu było więc trzech Obrońców, przed nimi dwóch napastników, dalej dwóch łączników a zupełnie z przodu trzech napastników. Linia łącząca łączników ze środkowym i skrzydłowymi układała się w literę w a Obrońców z pomocnikiem tworzyła literę M stąd obowiązująca w całym świecie potoczna nazwa tego systemu- WM. Dzięki takiemu ustawieniu piłkarze mogli lepiej i szybciej reagować na wszystko co dzieje się na boisku a ataki rozpoczynać już na własnej połowie. Grając systemem WM Arsenal zdobył na początku lat 33 tytuły mistrza Anglii z rzędu i zagrał w finale Pucharu Anglii. W porównaniu z angielskimi z zawodowcami Amerykanie byli ubogimi krewnymi bez żadnych dokonań i przeszłości. Nie mieli nawet stałej reprezentacji. Do finałów mundialu dostali się tylko dlatego że ze strefy Ameryki Północnej i Środkowej zgłosiły się trzy kraje a miejsca były dwa. Stany Zjednoczone nie miały szans z Meksykiem ale pokonały Kubę, co wystarczyło do awansu. To było zresztą jedyne zwycięstwo od 1934 roku. W ciągu 16 lat, do rozpoczęcia mundialu w Brazylii, reprezentacja USA rozegrała zaledwie 10 meczów, z których 8 przegrała.
Awans na mundial Amerykanie wywalczyli we wrześniu 1949 roku, do finałów pozostawało 8 miesięcy ale nikt się tym w Federacji nie przejmował. Dopiero na miesiąc przed inauguracją Federacja wyznaczyła na trenera Erno Schwarza, Węgra prowadzącego klub New York Amerykance ale Szwarc odmówił widząc prawdopodobnie bezsens jakichkolwiek działań ,, Za pięć dwunasta". Wówczas ofertę przyjął Jeffrey, Szkot pracujący od prawie ćwierć wieku z drużyną Uniwersytecką Penn State. Sprawdzał każdego, o którym wiadomo było że umie kopnąć piłkę. Ba, nawet obywatelstwo Nie miało znaczenia. Ważne aby zawodnik mieszkał w Stanach Zjednoczonych. FIFA była wtedy pod tym względem tolerancyjna. Joe Gaetjens mię paszport haitański a Eddie McIlvenny- brytyjski. Z amerykańskiej kadrze znalazł się wówczas także Polak, Adam Wolanin, przedwojenny piłkarz Pogoni Lwów, żołnierz Generała Andersa. Wystąpił w 11 USA w jej pierwszym meczu na mundialu przeciw Hiszpanii. Piłkarze amerykańscy byli amatorami. Uczyli się lub pracowali. Niektórzy walczyli w armii amerykańskiej podczas wojny. Frank Wallace spędził prawie półtora roku w niemieckim obozie jenieckim. Grali w klubach, których nazwy niewiele mówią. Przede wszystkim w Saint Louis simpkins a także w Filadelfia Nationals, Ponta Delgada, brooklynhispana, bruk-hatan i Eagles Chicago. Nie mieli żadnego doświadczenia międzynarodowego. Polecieli samolotem do Rio de Janeiro i dopiero tam dowiedzieli się że mecz odbędzie się w Belo horyzontem. Zabrał ich tam samolot transportowy z amerykańskiej bazy koło Rio. Po drodze dotarła do nich wiadomość o rozpoczęciu wojny w Korei i udziale w niej armii amerykańskiej. Anglicy borykali się z problemami innego rodzaju. Nie mieli świadomości co może ich czekać w Brazylii. Nie byli przygotowani do turnieju ani organizacyjnie, ani mentalnie. Podróż z Londynu do Rio de Janeiro trwała 31 godzin. Samolot lądował po drodze w Paryżu, Lizbonie, Dakarze i Recife. Kiedyś już zmęczeni i wściekli usiedli w hotelu do kolacji, okazało się że pływającego w oleju mięsa zjeść się po prostu nie da a reprezentację Anglii nie zabrała na mundial nie tylko swojego kucharza ale nawet lekarza. Podróż była droga i Fa postanowiła oszczędzić akurat na tym ostatnim. Anglicy znaleźli się wśród ludzi wesołych, roztańczonych ale i natarczywych. Jako faworyci byli oblegani przez kibiców, od których nie mogli się opędzić. Z czymś takim w Anglii się nie spotykali. Mimo to pierwszy mecz z Chile wygrali gładko 2:0. Występujący w tej drużynie napastnik Newcastl Honor Herobledo miał podobno powiedzieć po spotkaniu: ,, Cieszę się że gram w lidze kraju, który za dwa tygodnie będzie mistrzem świata". To wydawało się bardzo prawdopodobne, gdyż 11 tworzyli słynni zawodnicy. Na prawej obronie grał Ramsey z Tottenhamu z Wolverhampton a w napadzie sami artyści: Tom Finney z Preston, Stan Mortensen z Blackpool, Wilf Mannion z Middlesbrough i Roy Bentley z Chelsea. Walter Winter Bottom uznał że najsłynniejszy z napastników Stanley Matthews powinien odpocząć w dwóch pierwszych meczach, gdyż będzie potrzebny w trudniejszych. Mecz Anglia - Stany Zjednoczone to czym się zgodnie z przewidywaniami. Anglicy nie schodzili z połowy przeciwnika zasypując go strzałami Ale piłka ani razu nie wpadła do siatki. Amerykańscy obrońcy rzucali się pod nogi napastników, piłkę po dalekich podaniach wybijali głowami A kiedy już leciała w kierunku bramki, łapał ją lub wybijał Frank Borgie, pracownik firmy pogrzebowej swojego wuja. Amerykanie pierwszy raz podeszli pod bramkę Anglii po 25 minutach. W 38 minucie piłka trafiła pod nogi kapitana McIlvenny'ego, byłego gracza walijskiego Wrexham, który przyjechał na kilka miesięcy do USA żeby tam popracować. McIlvenny kopnął piłkę w bok od pola karnego a tam czekał Walter bar, Olimpijczyk z Londynu. Strzel w kierunku bramki. Piłkę powinien złapać bramkarz Bert Williams ale wcześniej Joe Gaetjens wyskoczył w górę przed nim i obrońcą. Trafił piłkę głową i Amerykanie prowadzili 1:0. Stadion oszalał. W drugiej połowie nic się nie zmieniło. Anglicy nie przestawali atakować, Amerykanie wykopywali piłkę jak najdalej od swojej bramki lub próbowali z rzadka kontratakować. Po jednej z takich akcji ginopariani nie wykorzystał bardzo dobrej okazji Ale Anglicy mieli takich kilka. Mieli też pecha. Pomocnik Charlie Colombo zwany ,, gloves" , ponieważ zawsze grał w zimowych rękawicach, powalił w w polu karnym Stana Mortensena. Włoski sędzia Dattilo odgwizdał faul ale uznał że doszło do niego przed linią pola karnego. Zamiast „11” Anglicy dostali tylko rzut wolny. Zmarnowali go, jak wszystkie inne okazje. Tak doszło do sensacji.
Joe Gaetjens odbył drogę z boiska do szatni na ramionach kolegów. Był jedynym czarnoskórym piłkarzem w drużynie i to w czasach, w których czerni sportowcy w USA nie mieli łatwego życia. Gaetjens urodził się na Haiti. Był synem niemieckiego przedsiębiorcy i czarnej hajtanki. Wyjechał do Nowego Jorku na studia, dorabiał sobie Pracując w restauracyjnej kuchni. W amerykańskiej reprezentacji wystąpił tylko trzy razy, właśnie na Mistrzostwach Świata 1950. Dzięki bramce wbitej Anglii stał się na tyle popularny że trafił do racingu Paryż. To jednak były za wysokie progi. Wrócił na Haiti, zagrał raz w reprezentacji i w wieku 30 lat zakończył karierę. Członkowie jego rodziny działali w halitańskiej opozycji. W lipcu 1964 roku, kiedy Francois Divalier ogłosił się dożywotnim prezydentem, rodzina Gaetjensa opuściła kraj. On pozostał w Portoprens, sądząc że jego sława i pozycja zagwarantują mu bezpieczeństwo ale mylił się. Został aresztowany przez policję Duvaliera i rozstrzelany. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Miał 40 lat. Amerykanie przegrali z Chile 25 trzeci mecz na Mistrzostwach i pożegnali się z turniejem. Anglicy pozostali by w nim, gdyby pokonali Hiszpanię. Tym razem Stanley Matthews wybiegł w pierwszej 11-tce ale nic to nie dało. Przegrali 0:1 i natychmiast po meczu wrócili do Londynu. Wszyscy towarzyszący im dziennikarze także. Dla nich mundial bez Anglii przestał się liczyć. Alf Ramsay, który 16 lat później jako trener doprowadzi Anglię do tytułu mistrza świata powiedział o meczu z USA: „To największe upokorzenie i najbardziej wstydliwy moment w historii angielskiego futbolu". Mike Payne, autor wydanej w roku 1993 książki o reprezentacji Anglii napisał wprost: „Total disaster"- totalna katastrofa.
6
Ojcowie futbolu pokonani na mundialu przez... USA!
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Idealny moment na nostalgię w okrągłą rocznice:
Mexico 1986 to nie tylko Mistrzostwa Świata Maradony. To był turniej o tak rozpoznawalnej osobowości, że wciąż można go streścić w kilku obrazach: południowe słońce na stadionie Azteca, niebieska koszulka Argentyny, meksykańska fala przetaczająca się przez trybuny, piłka „Azteca” tocząca się po suchym boisku i telewizja, która zaczynała przekształcać każdą akcję w globalne wspomnienie. Niewiele mistrzostw było tak ściśle związanych z konkretną estetyką, atmosferą i sposobem opowiadania historii futbolu. Mistrzostwa Świata w Meksyku w 1986 roku odbyły się po nieoczekiwanej zmianie miejsca. Początkowo wybrano Kolumbię, która wycofała się z organizacji turnieju z powodu problemów ekonomicznych i logistycznych. Meksyk przejął inicjatywę i stał się pierwszym krajem, który gościł dwa mundiale, będąc również gospodarzem edycji w 1970 roku. Ta ciągłość nadała mistrzostwom wyjątkową atmosferę: ten sam kraj, w którym Brazylijczycy pod wodzą Pelégo zdobyli mistrzostwo, powitał teraz inne pokolenie, z innym rytmem, innym krajobrazem telewizyjnym i postacią przeznaczoną do zajęcia centralnego miejsca w historii. Meksyk 1986 od razu miał swoją tożsamość. Ogromne stadiony, wysokość, upał i harmonogram dostosowany do europejskiej telewizji ukształtowały grę, a także pamięć o turnieju. Wiele meczów rozgrywano w ostrym słońcu, zmuszając drużyny do zarządzania energią, a wyniki mogły się zmienić w mgnieniu oka, gdy nogi zaczynały słabnąć. To połączenie monumentalnej sceny i wysiłku fizycznego nadało mistrzostwom bardzo szczególny charakter. Format ten również wpłynął na kształt narracji. Faza grupowa ustąpiła miejsca bezpośrednim meczom pucharowym od 1/8 finału, co spotęgowało napięcie i ograniczyło pole do spekulacji. Od tego momentu każdy ważny mecz stał się mini-filmem: faworyci w tarapatach, drużyny-niespodzianki, dogrywki, rzuty karne i noce, w których jeden szczegół mógł zmienić historię narodu. Jeśli istnieje jedno miejsce, które uosabia Meksyk 1986, to jest to Stadion Azteca. Rozegrano tam decydujące mecze i to właśnie tam utrwalił się najmocniejszy wizerunek turnieju. Stadion był już legendą, ponieważ gościł finał w 1970 roku, ale w 1986 roku dodał kolejną warstwę do swojej legendy. Jego rozmiar, akustyka i sposób, w jaki otaczał mecze, sprawiły, że stał się czymś więcej niż tylko areną: to właśnie na nim Mistrzostwa Świata zdawały się jeszcze bardziej rozrastać. Azteca reprezentuje również staromodny sposób pamiętania piłki nożnej. Nie był to stadion idealny ani neutralny. Jego obecność w transmisjach była niemal namacalna: bezkresne trybuny, beton, hałas, półcień i to poczucie, że każda ważna akcja była wzmacniana przez to miejsce. W Meksyku w 1986 roku stadion nie był jedynie tłem. Był częścią historii.
Diego Armando Maradona przybył do Meksyku w wieku 25 lat i wyjechał jako niezastąpiona postać historyczna. Jego występu na Mistrzostwach Świata nie da się wytłumaczyć wyłącznie dwoma golami strzelonymi Anglii, choć te dwie bramki były nieuniknione. Można to wytłumaczyć poczuciem dominacji, które prezentował przez cały turniej. Argentyna grała z porządkiem, charakterem i strukturą, która miała to wspierać, ale w każdym meczu Maradona znajdował okazję do podania, dryblingu lub przyspieszenia, których nikt inny nie dostrzegał. W ćwierćfinale z Anglią Meksyk 1986 stworzył swój ostateczny wizerunek. „Ręka Boga” i „Bramka Stulecia” skondensowały sprzeczności, geniusz, kontrowersje i piękno w zaledwie kilka minut. Ten mecz nie tylko rozstrzygnął o losach meczu: na zawsze utrwalił miejsce turnieju w historii piłki nożnej. Aby zapoznać się z pełną relacją z tego występu, możesz śledzić relację z meczu Maradony 1986. Siła mitu często sprowadzała Mistrzostwa Świata do samego Maradony, ale Argentyna to nie tylko jeden genialny piłkarz. Carlos Bilardo zbudował drużynę ambitną, bezkompromisową, mentalnie przygotowaną do radzenia sobie z presją. Nery Pumpido, Ruggeri, Brown, Batista, Giusti, Burruchaga i Valdano tworzyli strukturę, która chroniła swoją gwiazdę i nadawała sens każdemu etapowi turnieju. Finał z RFN pokazał tę kolektywną siłę. Argentyna objęła prowadzenie 2:0, Niemcy wyrównały dzięki swojej charakterystycznej odporności, a gdy mecz wydawał się wymykać spod kontroli, Maradona podał piłkę, którą Burruchaga zamienił na decydujące 3:2. To był finał pełen napięcia, powrotu do gry i klasycznego zakończenia. Brakowało mu estetycznego polotu innych mistrzów, ale miał ogromnego ducha walki. Jego wielkość w dużej mierze tkwi w tej równowadze między talentem a odpornością. Meksyk 1986 również szczycił się wieloma pamiętnymi zawodnikami drugoplanowymi. Francja przyjechała z Michelem Platinim, Tiganą, Giresse i spółką – eleganckim pokoleniem świeżo po zwycięstwie w Euro 1984, wciąż posiadającym ogromny talent. Brazylia wystawiła drużynę z wielkimi nazwiskami, choć daleko jej było do kolektywnej magii z 1982 roku. Niemcy Zachodnie po raz kolejny udowodniły, że potrafią rywalizować, nawet bez porywającej publiczności. Belgia rozegrała historyczny turniej, docierając do półfinału z Enzo Scifo jako jednym z wyróżniających się zawodników.
Hiszpania przeżyła Mistrzostwa Świata z mieszanymi emocjami. Rozgromienie Danii, z czterema golami Emilio Butragueño , było jednym z najbardziej pamiętnych wieczorów w hiszpańskiej piłce nożnej lat 80. Jednak odpadnięcie z rozgrywek z Belgią po rzutach karnych pozostawiło gorzki posmak, poczucie zmarnowanej okazji. Meksyk 1986 miał właśnie to: chwile euforii, które w ciągu kilku dni mogły przerodzić się w rozczarowanie. Znaczna część nostalgii związanej z tymi Mistrzostwami Świata wynika z ich artefaktów. Piłka Adidas Azteca, inspirowana motywami prekolumbijskimi, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w historii. Koszulki wciąż miały bardzo fizyczną obecność: błyszczące materiały, wydatne kołnierze, duże herby i sylwetki, które dziś natychmiast identyfikujemy jako piłkę nożną lat 80. Wszystko wydawało się mniej jednolite niż we współczesnej piłce nożnej i dlatego każda drużyna pozostawiła po sobie bardziej zapadający w pamięć wizerunek. To był również Puchar Świata, w którym królowały karty kolekcjonerskie, telewizyjne skróty i pierwsze strony gazet. Dla wielu kibiców Meksyk 1986 nie jest pamiętany wyłącznie ze względu na pełne mecze, ale także fragmenty: powtarzany komentarz, przycięte zdjęcie, koszulkę widzianą lata później, nagranie z podsumowaniem czy obraz, który powraca za każdym razem, gdy wspomina się o retrospektywnych Mistrzostwach Świata. Właśnie dlatego wciąż ma tak wielką moc: nie należy tylko do archiwów, lecz do sentymentalnej pamięci futbolu. Turniej zachowuje coś, czego nie mają wszystkie Mistrzostwa Świata: bardzo wyraźną narrację centralną i jednocześnie wiele wątków pobocznych. Jest oczywiście Maradona, ale jest też Stadion Azteca, meksykańska fala, emocjonalny rewanż na Anglii, finał z Niemcami, talent Francji, belgijska niespodzianka, hiszpański dramat, piłka, stroje i atmosfera futbolu wciąż bliska zarówno surowej, jak i mitycznej naturze. Z dystansu, Meksyk 1986 stanowi granicę. Wciąż zachowuje wiele z futbolu starej szkoły, z zawodnikami mniej chronionymi przez globalny wizerunek i meczami charakteryzującymi się ewidentną fizyczną siłą. Ale należy również do ery współczesnej telewizji, z golami odtwarzanymi w nieskończoność, aż staną się kultowe. Ta mieszanka wyjaśnia, dlaczego wciąż jest tak żywy: wydaje się staromodny, ale nigdy tak naprawdę nie zniknął. Meksyk 1986 wciąż ma coś, co trudno stworzyć: kompletny wizerunek. Nie trzeba go tłumaczyć z zewnątrz, żeby wydawał się ważny. Wystarczy spojrzeć na mecze, gole i stadiony, by zrozumieć, dlaczego tak wielu kibiców uznaje go za jeden z najbardziej osobliwych mundiali w historii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Vivienne
1
@Bernard777 Uważasz że on do "nas" definitywnie się nie nadaje? Bo ja go przez dłuższy czas chciałem ale na tą chwile mam pewne wątpliwości czy on "u nas wypali"?
1
@FcPortoFan1999 No ale 15 lat temu przeżywałem najcudowniejsze chwile z Barcunią, więc dla mnie to niemal zawsze nie tak dawno! :)
1
@Cule Ja obstawiam 2:1 dla gospodarzy turnieju.
1
@FcPortoFan1999 Ano faktycznie! Był taki ale nie ogladałem. Jak napisałeś "kiedyś" to dla mnie kiedyś, to lata 80-te, góra 90-te. Dla mnie akurat 2012 to nie za bardzo kiedyś!
0
@FcPortoFan1999 Chicago Fire serial? A nie pomyliłeś z Miami Vice?
0
Kto do cholery zawinił przy golu dla Jordanii? Senesi czy Otamendi? To nie przystoi mistrzom świata tak spać w defensywie zwłaszcza z taki przeciwnikiem....
0
@gumaz Przeca wiadomo kto ma najwięcej witaminy.....?
1
@martusiaaaa Więc żyjmy jak można najprościej...
Ps. Skoro tak to jak najszybciej wracaj do ojczyzny, precz z obczyzną!
3
@FcPortoFan1999 No raczej tak.....
11
@FCBparasiempre
28 czerwca 1977 r. urodził się Łukasz Surma, pomocnik. Kiedy wychodził na boisku w meczu Ruchu Chorzów z Arką Gdynia w maju 2017 roku, wskazówka na liczniku jego występów w Ekstraklasie przesunęła się na cyfre ,,559”. Ten wynik Łukasza jest rekordem najwyższej polskiej ligi. Ostatni pojedynek przyszedł w sezonie, który rozpoczął się dla niego 20-tą rocznicą debiutu w Ekstraklasie. Rzadki to przypadek by tak okazały jubileusz mógł przeżywać jeszcze czynny piłkarz tego szczebla. Przed nim dokonali tego tylko Teodor Peterek, Tomasz Frankowski i Marek Saganowski. Swą rekordową karte zaczął zapisywać w lipcu 1996 r. ,,W pierwszej połowie byłem stremowany. To było zresztą widać. Miałem kilka niecelnych podań, nerwowych zagrań, dokonywałem niewłaściwych wyborów a po przerwie grało mi się już coraz lepiej z minuty na minute”- stwierdził w wywiadzie dla ,,Tempa” po swoim debiucie w Ekstraklasie w meczu Wisły Kraków z GKS Bełchatów. Redaktor, zresztą jego rówieśnik, Żelisław Żyżyński, dodawał: ,,Czuję że naszą rozmowe przeżywa bardziej niż występ na boisku”. W dniu 20-tej rocznicy tego wydarzenia był już posiadaczem rekordu w liczbie występów w Ekstraklasie i jedynym zawodnikiem, który zagrał na tym poziomie ponad 500 razy. Kilkadziesiąt godzin wcześniej wystąpił w swym 526 meczu ligowym. Z kolei Marka Chojnackiego na liście piłkarzy z największą liczbą występów w Ekstraklasie Surma wyprzedził w sierpniu 2014 r. po porażce 0:3 z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Długo zresztą takie wyjątkowe starcia kojarzyły mu się z brakiem sukcesu. Z 5 meczów finalizujących kolejne ,,setki” występów w lidze raz przegrał, dwa razy zremisował i dwa razy wygrywał. Na zwycięstwa w nich czekał jednak do swych dwóch ostatnich okrągłych jubileuszy w karierze: w 2012, gdy został piątym piłkarzem w historii z 400 występami oraz w 2015, gdy był głównym bohaterem pierwszego w dziejach Ekstraklasy 500. Meczu jednego zawodnika. W posiadaniu Surmy znajduje się też rekord w liczbie sezonów rozegranych w najwyższej lidze. Od edycji 1996/97 do 2016/17 zabrakło go na boiskach ekstraklasy tylko w rozgrywkach 2007/08, gdy wyjechał bronić barw izraelskich klubów. Na obczyźnie(w Austrii) spędził też rundę jesienną 2008/09 ale wiosną znów pojawił się w rodzimych progach. Łącznie ma na koncie więc 21 sezonów w najwyższej polskiej lidze i tylko raz zdarzyło się by pojawił się na boisku w mniej niż 60% kolejek! Dzięki temu jest też jedynym piłkarzem w historii, który w 20 edycjach Ekstraklasy rozegrał co najmniej po 20 meczów. Między kwietniem 2014 a majem 2017 meldował się na boisku w 116 kolejkach z rzędu, zawsze od pierwszej minuty i tylko 9 razy nie dograł starcia do końcowego gwizdka a przecież w chwili rozpoczęcia tej serii miał już blisko 37 lat!
Przed nim 20 sezonów na koncie mieli tylko dwaj bramkarze: Edward Szymkowiak i Janusz Jojko. Łącznie w całej karierze rozegrał w Ekstraklasie aż 47,073 minuty, co stanowi kolejny ligowy rekord w jego dorobku. W sumie wystąpił na tym szczeblu w 559 meczach, w tym w 459 od pierwszej do ostatniej minuty. Ma więc na swoim koncie w najwyższej lidze więcej meczów w pełnym wymiarze czasowym niż jakikolwiek inny piłkarz meczów ogółem w Ekstraklasie! Jest też jedynym obok Marka Zieńczuka piłkarzem, który rozegrał co najmniej po 100 meczów w 3 klubach. Do ,,karety” zabrakło mu tylko macierzystej Wisły Kraków. Jego dorobek w kadrze zamknął się z kolei po ledwie 5 meczach. Piłkarski los poskąpił mu też trofeów. W ciągu 21 lat występów w najwyższej lidze tylko raz jego drużyna skończyła sezon na pierwszym miejscu. Było to w rozgrywkach 2005/2006, gdy Surma występował w Legii. Złoto udało mu się zapewnić w przedostatniej kolejce. Wcześniej 3 sezony z rzędu ,,Woskowi” oglądali plecy Wisły Kraków. Tym razem wyrwali triumf ,,Białej Gwieździe”, choć do 18 kolejki ustępowali rywalom w ligowej tabeli. Łukasz Surma w roli kapitana jako pierwszy zawodnik w historii wzniósł Trofeum Mistrza polski. W tym sezonie bowiem laur ten zastąpił starą patere. Do tego był wicemistrzem i 5 razy stawał na najniższym stopniu podium. Z czterech klubów, w których występował w Ekstraklasie, żadnego medalu nie udało mu się zdobyć tylko w barwach Lechii Gdańsk. Surma był ostatnim zawodnikiem na boiskach Ekstraklasy, który grał w finale europejskiego pucharu w barwach polskiego zespołu. Ogółem w dziejach znalazło się tylko 44 takich piłkarzy. Po zakończeniu kariery przez Marcina Baszczyńskiego w 2013 r. pozostał sam na placu boju z tego grona w najwyższej lidze. Obaj występowali w finale Pucharu Intertoto w 1998 r. w barwach Ruchu Chorzów. Czerwień z półfinału oznaczała absencje w jego pierwszym meczu finałowym z włoską Bologną. Osłabiony Ruch poniósł porażke 0:3 na boisku rywala. W rewanżu przy Cichej zagrał już od pierwszych minut naprzeciw między innymi wicemistrza świata z 1994 i trzykrotnego króla strzelców Serie A- Giuseppe Signoriego. Próbował nawet zaskoczyć rywali z dystansu ale piłka tym razem nie wpadła do siatki. Przeciwnicy za to dwukrotnie pokonali Piotra Lecha, co oznaczało porażke ,,Niebieskich” w dwumeczu finałowym 0:5. Półfinał Pucharu Intertoto nie był jedynym przypadkiem, gdy młodemu Surmie zagotowała się głowa. W swym drugim sezonie w Ekstraklasie, ściągnięty z boiska przez Wojciecha Łazarka po rozegraniu ledwie 32 minut, ze wściekłością rzucił koszulką. ,,Zareagowałem impulsywnie pod wpływem nerwów. Nie wytrzymywałem już tego wszystkiego… Dostałem bardzo wysoką kare pieniężną i przez miesiąc grałem w rezerwach”. Dawna zapalczywość z czasem jednak ustąpiła miejsca innym atutom piłkarskim. Pechowo jednak ,,żółtko” otrzymane w starciu Ruchu Chorzów z Arką Gdynia było jego czwartym ostrzeżeniem w rozgrywkach 2016/17, przez co nie mógł wziąć udziału w meczu 37 kolejki i powiększyć swojego bilansu do 560 meczów… Kończył kariere gdy w składzie jego klubu znajdował się Przemysław Bargiel urodzony w 2000 roku, na 5 dni przed 100. występem Surmy w najwyższej lidze! On sam był już wtedy najstarszym piłkarzem w rozgrywkach. „Wydaje mi się że nie zawiodłem zaufania trenera- mówił po tym pierwszym ze swych 559 meczach do Żelisława Żyżyńskiego- Oby tak było zawsze…”.
8
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
Legendy rodzimego futbolu:
28 czerwca 1965 r. urodził się Maciej Szczęsny. Jedyny w swoim rodzaju. Tak pod względem charakteru, zachowania, jak i osiągniętych sukcesów. Pan Maciej stanowił pełne potwierdzenie tezy o wyjątkowości bramkarzy w zespole. Zagrał w 4 klubach Ekstraklasy i w każdym z nich co najmniej raz zdobył mistrzowski tytuł. Jest on jedynym takim zawodnikiem w historii rozgrywek. Łącznie na jego koncie znajduje się 5 złotych medali mistrzostw Polski. W żadnej z tych mistrzowskich edycji nie pełnił roli statysty. W najgorszej pod względem liczby występów(2000/01 w Wiśle Kraków) rozegrał 12 meczów. Wielki indywidualista, często na uboczu drużyny ale z decydującym głosem i dysponujący ogromna charyzmą. Jeśli nie cieszył się sympatią(choćby z powodu ostrego języka), to na pewno wielkim szacunkiem swoich boiskowych kolegów. Tak było w Legii, Widzewie, Polonii Warszawa i Wiśle Kraków. Nie ma tytułu na polskich boiskach, którego nie udałoby mu się zdobyć. W jego kolekcji oprócz 5 mistrzostw, znajdują się też 3 Puchary Polski i po jednym Superpucharze oraz Pucharze Ligi. Jest jedynym bramkarzem, który zdobył mistrzostwo Polski w dwóch różnych warszawskich klubach. Trudny charakter objawiał się jednak nazbyt często. Kiedyś miał z tego powodu kłopoty z prawem. Lzony przez kibica Stali Stalowa Wola, zdecydował się(niczym Cantona) sam wymierzyć mu sprawiedliwość soczystym kopniakiem! Sprawa trafiła nawet przed oblicze sądu i przez kilka ładnych tygodni była żywym tematem mediów. Duży szok wywołał, przechodząc z Legii do Widzewa w okresie najbardziej zaciętej konkurencji tych klubów. Do historii przeszła jego rywalizacja o miejsce w bramce ze Zbigniewem Robakiewiczem. Nie było chyba w polskim futbolu tak elektryzującej walki o miano ,,jedynki” w klubie. Nawet konkurencja między Kostką a Gomolą nie wywołała tylu dyskusji i emocji. To jednak Szczęsny wywalczył sobie prawo gry w najważniejszych meczach, m.in. w Lidze Mistrzów w edycji 1995/96, gdy był jednym z bohaterów eliminacyjnego dwumeczu z IFK Göteborg. Razem z Wojskowymi awansował wtedy do ćwierćfinału. Był pierwszym polskim bramkarzem, który zaliczył występ na tym szczeblu rozgrywek Champions League. On też bronił w edycji 1990/91, zakończonej awansem Wojskowych do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Do fazy grupowej Ligi Mistrzów awansował tez z Widzewem. W reprezentacji Polski zagrał 7 razy i wpuścił 8 goli. Poza meczem ze Słowacją w eliminacjach do ME, grywał jednak częściej w starciach towarzyskich. Selekcjonerzy woleli w tym czasie stawiać na Wandzika, Bakę, Sidorczuka, Woźniaka a potem Matyska. Obecnie często gości w programach telewizyjnych jako ekspert. Przez krótki czas był trenerem bramkarzy, między innymi w Koronie Kielce. Ostatnio dał się poznać jako fotograf, otwierając wystawę zdjęć znanych jazzmanów.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
3
@th@les O! Zaskoczyłeś mnie tą swego rodzaju pochwałą. Bardzo dziękuje tobie za te słowa. Ja ciebie również musze pochwalić, gdyż bardzo mądrze piszesz o futbolu, gratulacje z mojej strony. Dla mnie osobiście historia sportu to największa wartość w tej dziedzinie życia, zresztą wogóle historia ludzkości jest bardzo ważna i trzeba ją kultywować. Bez historii nie istnielibyśmy....
12
Klubowy Puchar Narodów:
„Coupe des Nations” rozegrany jednokrotnie w roku 1930 ma wszystko by uznać go za pierwsze klubowe mistrzostwa Europy w historii. 1930 rok zapisał się w historii futbolu na zawsze, jako rok organizacji pierwszych Mistrzostw Świata. Turniej w Urugwaju był jednak w Europie krytykowany, by nie powiedzieć, że został zbojkotowany. Drużyny ze Starego Kontynentu wcale nie chciały płynąć przez Atlantyk, by bić się o mistrzostwo świata, szczególnie w czasie gdy na świecie wybuchł wielki kryzys ekonomiczny. Dlatego gdy w Urugwaju ruszył mundial, obecne były tylko cztery europejskie kraje, Rumunia, Belgia, Francja i Jugosławia. W Europie jednak toczyły się inne zawody. Servette Genewa właśnie wygrało mistrzostwo Szwajcarii i postanowiło zorganizować przeciwwagę dla rozgrywanego w Ameryce Południowej turnieju. Zgrało się to z otwarciem ich nowego „Stade des Charmilles” a organizacja była doprawdy mistrzowska. Na turniej zaproszono przedstawicieli prawie wszystkich europejskich nacji i to nie drużyny ze środka tabeli, a zdobywców trofeum. Przybyli mistrzowie Szwajcarii (organizator, Servette), Węgier (Ujpest, także zwycięzca Pucharu Mitropa), Niemiec (SpVgg Furth), Czech (Slavia Praga), Belgii ( Cerlce Brugge) i Holandii (Go Ahead Eagles). Do tego mistrz Włoch z 1929 roku (Bologna), zdobywcy pucharu Francji ( FC Sete) i Austrii (First Vienna) oraz Hiszpański Real Union Irun, który puchar kraju zdobył w 1927 roku. Pierwszy raz w historii zebrano czołowe drużyny klubowe z tak wielu krajów i to pomimo odrzucenia zaproszenia przez mistrza Portugalii Benficę i wykluczenia klubów z Wysp Brytyjskich będących w konflikcie z FIFA. Nie obyło się bez zgrzytów. Federacje Grecji i Norwegii wysłały list z zażaleniem, dlaczego mistrzowie ich krajów nie zostali zaproszeni. Mimo to był to pierwszy pełnoprawny turniej o miano najlepszej klubowej drużyny Europy. Całe zawody trwały tydzień. Rozpoczęły się 28 czerwca, kiedy to Servette zostało rozbite 0-7 przez First Vienna. Dzień później Slavia pobiła 4-2 Cerlce Brugge, a Furth po złotej bramce pokonał 4-3 FC Sete. Był to szczególnie ciekawy mecz, ponieważ trwał aż… 148 minut. W tamtych czasach nie wynaleziono jeszcze rzutów karnych, dogrywka toczyła się więc aż do momentu, w którym Karl Rupprecht zapewnił w końcu swojej drużynie zwycięstwo. Ostatniego dnia Czerwca Ujpest 3-1 pokonał Real Irun. Problem sprawiła Bologna, która spóźniła się na zawody. Jadąc z Włoch, była jednym z klubów mających do Genewy najbliżej, a mimo to dotarła dopiero 2 lipca. W międzyczasie rozegrano rundę dla przegranych, w której Servette pokonało 2-1 Cerlce a Real Irun 5-1 rozbił FC Sete i tym samym wyłoniono ośmiu ćwierćfinalistów. Mecz Bologni z Go Ahead Eagles wygrany przez Włochów 4-0 nie miał znaczenia, Holendrzy otrzymali bowiem wolny los do ćwierćfinału, by uzupełnić stawkę. Tam takich zabaw już nie było a pełnię sił pokazały zespoły z Pucharu Mitropa. Slavia rozgromiła 7-0 Go Ahead, First Vienna 7-1 pobiła Furth a Ujpest 2-1 pokonał Real. Ostatnim półfinalistą został gospodarz z Genewy, który 4-1 pokonał Bolognie. Dla Servette był to jednak koniec sukcesów. W półfinale polegli 0-3 z Ujpestem a w meczu o trzecie miejsce przegrali 1-5 z First Vienną. Austriacy w półfinale uznali wyższość Slavii, która ograła ich 3-1.
W finale „Coupe des Nations” znalazły się więc dwa zespoły znające się dobrze z Pucharu Mitropa. Ujpest i Slavia Praga a więc dwie drużyny, które rok wcześniej grały między sobą właśnie w finale Pucharu Mitropa. Mecz wzbudził ogromne zainteresowanie. Przybyło na niego 22,000 widzów, czyli tyle samo ile na wspomniane starcie o Puchar Mitropa a przecież tamten dwumecz rozgrywano na stadionach obu klubów (22 tysiące widzów przybyło na mecz w Pradze!) Tutaj mierzyły się one na gruncie neutralnym i do tego zagranicznym. Ujpest nie zawiódł kibiców. Rozbił Slavie 3-0 dzięki hat-trickowi Jánosa Kövesa i dorzucił do gablotki kolejne trofeum. Teoretycznie kibice Ujpestu mogą więc upierać się, że w sezonie 1929/30 wygrali pierwszy w historii tryplet, zdobywając Puchar Mitropa 17 Listopada 1929 roku, Mistrzostwo Węgier i „Coupe des Nations” 6 Lipca 1930 roku, lecz byłyby to roszczenia dyskusyjne. Zostali jedna okrzyknięci „Mistrzami mistrzów” a w tym przypadku, chyba zasłużenie można nadać im ten tytuł. Warto wspomnieć tu o piłkarzu, jakim był Istvan Avar. Ten drobny snajper został królem strzelców Zarówno w Pucharze Mitropa jak i w Coupe des Nations, a w rozgrywkach ligowych był najlepszym strzelcem Ujpestu i drugim najlepszym strzelcem ligi. Ta wczesna gwiazda węgierskich boisk dziś jest już zapomniana, był on jednak wspaniałym napastnikiem, który poprzedzał czasy Ferenca Puskasa czy Nandora Hidegkutiego. Niestety, choć zawody organizowane przez Servette okazały się sukcesem, to były także przedsięwzięciem na zbyt dużą jak na tamte czasy skalę. Istniał plan kontynuowania rozgrywek w przyszłym roku, lecz miasta północnych Włoch, które początkowo podjęły się organizacji, zrezygnowały z powodów finansowych. W 1937 roku zorganizowano jeszcze pokazowy turniej piłkarski z okazji EXPO w Paryżu, lecz miał on dużo mniejszy prestiż, mimo udziału przedstawiciela Anglii. Chelsea doszła nawet do finału uległa w nim jednak Bologni 1-4. Drugi okres kształtowania się futbolu międzynarodowego a więc dwudziestolecie międzywojenne był więc czasem dużo większych projektów. Bez cienie wątpliwości można powiedzieć, że w Coupe des Nations i w Pucharze Mitropa mieliśmy bezpośrednich poprzedników Pucharu Europy. Kto wie, czy idea rozpoczęta w 1930 roku w Genewie nie przeżyłaby dłużej gdyby nie Wielki Kryzys Ekonomiczny? Z pewnością rozwój tych pomysłów znów zahamowała wojna. Prawdziwą eksplozję międzynarodowych rozgrywek mogliśmy więc ujrzeć dopiero po roku 1945.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
2
@FcPortoFan1999 Jest takie powiedzenie u "nas": No cóż Gienia, świat się zmienia!
12
Hattrick ,,Zibiego”:
28 czerwca 1982 r. reprezentacja Polski pokonała Belgie w drugiej fazie(grupowej) na mundialu rozgrywanym w Hiszpanii. To był najsłynniejszy występ Zbigniewa Bońka w reprezentacji Polski. Starcie w drugiej rundzie z Belgią (3:0) to już legenda polskiej piłki. Trzy gole, jeden ładniejszy od drugiego, strzelił Boniek, potwierdzając że jest jednym z najlepszych piłkarzy świata. Po jednym z trafień ostentacyjnie wygrażał w kierunku trybuny prasowej, pokazując krytykantom, co o nich myśli. Kapitalnie na prawym skrzydle szarżował w tym meczu Grzegorz Lato, który rozgrywał setny mecz w reprezentacji. Wielką formę prezentowali też Kupcewicz, Buncol, Matysik, Smolarek i Młynarczyk.
Polska: Józef Młynarczyk – Marek Dziuba, Władysław Żmuda, Paweł Janas, Stefan Majewski, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Janusz Kupcewicz (82. Włodzimierz Ciołek), Andrzej Buncol, Zbigniew Boniek, Włodzimierz Smolarek.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
10
Retusz herbu FC Barcelony:
28 czerwca 2002 r. Claret Serrahima zaprezentował nowy herb Dumy Katalonii. W stosunku do poprzedniego projektu z 1975 r. usunięto kropki pomiędzy literami ,,F.C.B.” i zmniejszono z trzech do jednego liczbe ,,ząbków” po lewej i prawej stronie herbu oraz u podstawy. Nieco wcześniejsze zmiany z 1974 r. dotyczyły zmiany nazwy klubu z hiszpańskiej na katalońską(z C.F.B. na F.B.C.). Pierwszy herb klubu przypominał obowiązujący obecnie herb miasta Barcelony otoczony dodatkowo liśćmi laurowymi z nietoperzem siedzącym na koronie.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
12
Rezerwy pokazały kto tam rządzi!
28 czerwca 1998 r. FC Barcelona B pokonała Real Madryt B i awansowała do Segunda Division. Mecz odbył się na Santiago Bernabeu przed 30-tysięczną widownią. Kluczowa dla losów spotkania była czerwona kartka dla Rodriego w 54 minucie. Później Blaugrana strzeliła 2 gole i kontrolowała przebieg spotkania. Prezydent Królewskich Lorenzo Sanz stracił w końcówce panowanie nad sobą, opuszczając trybunę honorową przed końcem spotkania i zwymyślał cieszącego się Luisa Van Gaala mówiąc do niego: ,,Idź pyskować w swoim domu”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Duma Katalonii triumfuje w Pucharze Hiszpanii:
28 czerwca 1997 r. FC Barcelona pokonała Real Betis Sevilla 3:2 w finale Copa del Rey. Barça zdobyła trzecie trofeum w sezonie pod wodzą angielskiego trenera Bobby'ego Robsona po emocjonującym zwycięstwie w dogrywce nad Realem Betis w finale Copa del Rey rozgrywanym na Estadio Santiago Bernabéu w Madrycie. Po pokonaniu Realu Madryt, Atlético Madryt w legendarnym remisie w ćwierćfinale i Las Palmas w półfinale, Barça zmierzyła się w finale z ekipą Betisu, która zajęła czwarte miejsce w lidze i była trenowana przez przyszłego trenera Blaugrany Llorença Serrę Ferrera. Mając już w planach Superpuchar Hiszpanii i Puchar Zdobywców Pucharów, drużyna Robsona chciała zdobyć hat-tricka w sezonie 1996/97. Betis znakomicie rozpoczął finał z napastnikiem Alfonso, który później dołączył do Blaugrany i zapewnił jej prowadzenie już po 11 minutach. Blaugranes odrobili straty tuż przed przerwą po golu Luisa Figo i do przerwy było 1:1. W drugiej połowie wydawało się, że Barça dominuje, ale to Andaluzyjczycy objęli prowadzenie, gdy nigeryjski napastnik Finidi George podwyższył na 2:1 na zaledwie osiem minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Blaugranes nie poddali się i zaledwie trzy minuty później ponownie wyrównali. Dośrodkowanie Pepa Guardioli wykorzystał argentyński napastnik Juan Antonio Pizzi, bohater ćwierćfinałowego meczu z Atlético, co doprowadziło kibiców FC Barcelony do szaleństwa i dogrywki. Przez dodatkowe pół godziny słaniali się ze zmęczenia ale Luis Figo zdołał zebrać resztki sił i zapewnić Blaugranie prowadzenie 3:2, po tym jak przechwycił piłkę po obronie przez Amunike, którą bramkarz Betisu, Pedro Jaro, obronił. Blaugranes przetrwali przez pozostałe pięć minut meczu i sięgnęli po 23. tytuł Copa del Rey, dorównując ówczesnemu rekordowi Athletic Club i przypieczętowując trzy trofea Bobby'emu Robsonowi w jego jedynym sezonie jako trenera FC Barcelony.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Duma Katalonii dzień po dniu:
28 czerwca 1959 r. FC Barcelona po raz pierwszy w swojej historii zagrała mecz ze słynnym Santosem FC. Brazylijczycy na Camp Nou rozgromili w towarzyskim meczu Blaugrane 5:1! Oczywiście w składzie Santosu grał sam Pele, który strzelił 2 gole.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Adran360 Na wieki wieków amen!
2
@Adran360 Ja ci dam krócej! Masz pisać po Polsku do jasnej Anielki!
11
Maradona, „Le Coq Sportif” i wieczna pamiątka:
Koszulka reprezentacji Argentyny z 1986 roku to pamiątka na zawsze związana z Mistrzostwami Świata Maradony i jedną z najmocniejszych historii w historii piłki nożnej. Projekt „Le Coq Sportif” z jasnoniebieskimi i białymi paskami, kołnierzykiem w serek i herbem AFA, jest częścią wizualnej pamięci Meksyku '86. To nie była koszulka otoczona komercyjnym luksusem ani nowoczesnymi kampaniami marketingowymi. Właśnie dlatego zachowała szczególną moc. Miała prostą, rozpoznawalną prezencję, typową dla swoich czasów. Na zdjęciach z turnieju wygląda na przemoczoną, ciasną od upału, znoszoną po meczach i kojarzoną z drużyną, która grała każdą rundę pucharową na całego. Domowa koszulka reprezentacji Argentyny towarzyszyła im przez większość podróży, ale legenda urosła również dzięki niebieskiej koszulce założonej w meczu z Anglią. Ten mecz przyniósł „Rękę Boga” i „Bramkę Stulecia”, dwie akcje, które wyniosły każdy element garderoby z Argentyny 1986 do rangi historycznego artefaktu. „Le Coq Sportif” zaprojektował koszulkę, którą dziś pamięta się za jej równowagę: stonowaną, z wyraźną tożsamością i niepowtarzalnym krojem. W erze mniej ujednoliconych wzorów, każda reprezentacja zachowała swój niepowtarzalny charakter. Argentyna nie potrzebowała ozdób, aby być rozpoznawalną. Z biegiem czasu koszulka reprezentacji Argentyny z 1986 roku stała się kultowym klasykiem. Reedycje, repliki i wersje inspirowane tym wzorem pojawiają się za każdym razem, gdy wspomina się o Maradonie, Meksyku z 1986 roku czy historycznych koszulkach. To nie tylko piękny element ubioru: to sposób na przywołanie bardzo specyficznego piłkarskiego wspomnienia. Wartość sentymentalna koszulki wynika z jej zdjęć: Maradona unoszący puchar, Burruchaga biegnący do bramki, Valdano świętujący, Ruggeri i Brown dopingujący drużynę z tyłu. Koszulka stanowi wizualne podsumowanie całego turnieju.
Koszulka Argentyny z 1986 roku przetrwała próbę czasu, ponieważ reprezentuje coś więcej niż tylko projekt. To Maradona, stadion Azteca, zacięty finał i wizerunek drużyny, która przekształciła prosty element garderoby w sentymentalną pamiątkę historii futbolu. Choć błękitno-białe pasy są głównym symbolem Argentyny, niebieska koszulka noszona w meczu z Anglią ma ogromne znaczenie. To właśnie w tej koszulce rozegrano mecz „Ręka Boga” i padł gol stulecia. Ten element garderoby, improwizowany, a później przekształcony w mit, uosabia zdolność futbolu do przekształcania praktycznego detalu w historyczny artefakt. Historii Argentyny z 1986 roku nie da się zrozumieć bez tej podwójnej pamięci wizualnej: błękitu i bieli mistrza oraz błękitu najsłynniejszego meczu. Razem tworzą one kompletne archiwum emocjonalne Maradony w Meksyku.
@Sysia11
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
2
@Adran360 Bardzo ładnie napisane ale panie(!) jakie Cape Verde!?? Jaśniej prosze do jasnej ciasnej!?
11
Nie tylko dla prawdziwych cules:
27 czerwca 1920 r. w siedzibie Autonomicznego Centrum Handlarzy i Przemysłodawców(CADCI) odbyło się walne zgromadzenie socios FC Barcelony. Początkowo miało zostać zorganizowane przy ulicy Aribau, jednak znaczny wzrost liczby zarejestrowanych członków klubu, których było już 4 tysiące, spowodował iż przeniesiono je do lokalu CADCI. Budynek usytuowany pod numerem 10 przy Rambli Santa de Monica został przejęty przez stowarzyszenie w 1913 r. od klubu sportowego Reial Cercle Equestre. Miejsce to stało się siedzibą stowarzyszenia założonego w 1903 r. przez grupę urzędników i handlarzy. Tam właśnie Barça zwołała członków aby zorganizować jedno z najważniejszych zgromadzeń w swojej historii. Prezydent klubu Ricard Graells odszedł ze stanowiska ale wcześniej zaproponował aby nabyć tereny pod budowę nowego stadionu (Camp de Les Corts), mając na uwadze fakt że obiekt przy ulicy Industria zrobił się zdecydowanie za mały. W tym celu powstała komisja złożona z wielu ważnych postaci barcelonismu, takich jak Arthur Witty, Gaspar Roses czy sam Joan Gamper, który podjął się znalezienia odpowiedniego terenu, najlepiej w centrum miasta aby uniknąć niedogodności dla kibiców. Jednak projekt nabrał rozpędu dopiero wtedy, gdy stworzono drugą komisje pod przywództwem Gampera. Na tym samym zgromadzeniu jednogłośnie przyjęto również 43 artykuły, które utworzyły nowy statut FC Barcelony. Postanowiono też podnieść miesięczną składkę socios z dwóch do trzech peset. Niedługo potem, podczas dyktatury Primo de Rivery lokal CADCI został skonfiskowany i stał się siedzibą Wolnego Związku Zawodowego aż w 1931 r. wraz z proklamowaniem Republiki wrócił w ręce poprzednich właścicieli. Relacje między Barcą a CADCI nie kończą się jednak wraz z tym historycznym zgromadzeniem. W tamtym okresie w sali teatralnej tegoż budynku odbywały się inne spotkania i zgromadzenia socios Barcy, jak to z 10 lipca 1921 r., czy to z 16 lipca 1934 r., kiedy na prezydenta wybrano Estevego Salę, zaś Anna Maria Martinez Sagi, wyróżniająca się lekkoatletka, została pierwszą kobietą piastującą dyrektorskie stanowisko w klubie.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
6
@FCBparasiempre
W grudniu Królewscy wybrali się do Tokio, żeby stoczyć bój o Puchar Interkontynentalny z brazylijskim Vasco da Gama. Pojedynek miał wyrównany przebieg, a zawodnicy wyraźnie odczuwali zmianę strefy czasowej. Długo utrzymywał się remis 1:1, ale wreszcie w 83. minucie dał o sobie znać geniusz Raula. Hiszpan przejął długie, kilkudziesięciometrowe podanie od Seedorfa, wykonał jeden zwód, drugi i ośmieszając brazylijską obronę, ustalił wynik meczu. Został bohaterem, uznano go za najlepszego gracza finału. Biegał po boisku i dawał upust radości. Cieszył się też z innego powodu – Hiddink, który był wówczas szkoleniowcem madryckiej drużyny, obiecał, że po zwycięstwie zgoli wąsy. Po 38 latach Real po raz drugi zdobył Puchar Interkontynentalny. W lidze musieli jednak uznać wyższość Barcelony, ale na pocieszenie zostało piłkarzowi zdobycie pierwszego w karierze Trofeo Pichichi dla króla strzelców rozgrywek. W pamięci brytyjskich kibiców zapisał się dzięki świetnemu występowi w pewną kwietniowa noc w 2000 r. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów Real mierzył się z Manchesterem United. Po bezbramkowym remisie w Madrycie mało kto dawał szansę Królewskim w starciu z obrońcami tytułu. Blancos mieli jednak w składzie dwóch zawodników, którzy przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Raul razem z Fernando Redondo rozegrali fenomenalne zawody i poprowadzili zespół do zwycięstwa 3:2, a ich akcjami długo się zachwycano. Wtedy to Argentyńczyk w taki sposób wykiwał byłego trenera Legii – Henninga Berga, że zwód ten musi śnić mu się nadal po nocach. Dwa miesiące później Raul strzelił trzeciego gola w finale z Valencią, zapewniając swojemu ukochanemu klubowi ósmy Puchar Europy. Bramkę zadedykował swojemu synowi Jorge, o którym mówił po meczu, że jest najwspanialszym i najpiękniejszym, co spotkało go w życiu. Do końcowego triumfu dorzucił zwycięstwo w klasyfikacji najlepszych strzelców, zdobywając 10 goli w 15 meczach. Wraz z wyborami prezydenta klubu, które odbyły się niedługo po zwycięskim finale w Paryżu, w Realu skończyła się pewna epoka. Zaczęła się natomiast nowa era – Florentino Pérez i jego Galácticos. Zapewniał, że w klubie będą grać najlepsi piłkarze na świecie, a jedną z jego przedwyborczych obietnic było sprowadzenie z Barcelony Luísa Figo. ,,Kiedy przyszedłem do Realu Madryt, nie było mi łatwo. Raul sprawił, że wszystko stało się dla mnie prostsze. Pomógł mi poznać wartości klubu i otoczenie, nauczył tego, co trzeba wiedzieć, żeby na poważnie rozpocząć przygodę w takiej instytucji jak Real Madryt. W ten sposób zawiązała się między nami wielka przyjaźń, która naturalnie miała wpływ na naszą grę. Raul był moim współlokatorem podczas zgrupowań, a to bardzo zacieśnia więzi. Spędziliśmy razem wiele godzin: rozmawialiśmy o futbolu, o codziennych sprawach, o wszystkim…”– opisywał swoje początki w Madrycie Luís Figo. Pierwszy sezon prezydentury Péreza zespół ukończył na pierwszym miejscu w lidze. Raul po raz drugi był najlepszym strzelcem, zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Primera División. Wkrótce w klubie pojawił się kolejny galaktyczny – Zinédine Zidane. W 2002 r. Real obchodził stulecie istnienia. Finał Copa del Rey z Deportivo La Coruña odbył się dokładnie w rocznicę założenia klubu. Raul nie zdołał poprowadzić drużyny do zwycięstwa, a jego gol zmniejszył tylko rozmiary porażki. Królewscy przegrali 1:2. Porażka widocznie podziałała na zespół mobilizująco, bo mimo że w lidze wiodło się różnie, to w europejskich pucharach znów grali koncertowo. W półfinale Ligi Mistrzów odprawili w dwumeczu 3:1 FC Barcelonę a w finale pogolach Raula i Zidane’a zwyciężyli 2:1 i mogli świętować zdobycie dziewiątego Pucharu Europy. W trakcie dekoracji kapitan zespołu Hierro wraz z Raulem ustawili się na końcu kolejki po medale. Przed wzniesieniem pucharu w górę, Hierro poprosił młodszego kolegę, żeby zrobili to wspólnie. Ze względu na wkład, jaki w sukcesy klubu wniósł Raul, nadano mu przydomek Mister Champions. Zdobyty na stulecie klubu Puchar Europy był jednak ostatnim w karierze „El Siete”. Wkrótce zaczęły się zmiany w klubie. Po przyjściu Ronaldo, z drużyną pożegnał się jeden z najbliższych kolegów Raula – Fernando Morientes. Po zdobyciu czwartego tytułu mistrza kraju w karierze Raul musiał pogodzić się z odejściem kolejnego przyjaciela – zespół opuścił Fernando Hierro, a dodatkowo podziękowano trenerowi del Bosque.
Zaczął się okres, w którym Real rozczarowywał. Coś zaczęło się psuć. Również sam Raul nie grał najlepiej. Po kolejnym fatalnym sezonie bez żadnego trofeum Pérez podał się do dymisji. Nowe wybory wygrał Ramón Calderón a dyrektorem sportowym został Predrag Mijatović. Odeszli Ronaldo i Beckham, wprowadzono plan naprawczy i odmłodzono drużynę. Raul, który po odejściu Hierro przejął opaskę kapitańską, był stawiany za wzór młodym zawodnikom. Wspólnie z Ruudem van Nistelrooy’em przewodził historycznej remontadzie w lidze. Rok później, w sezonie 2007/08 obronili tytuł, który dla Raula był szóstym i ostatnim. Wkrótce Ramón Calderón ustąpił ze stanowiska, a niedługo potem stery w klubie ponownie przejął Florentino Pérez. Kiedy do klubu przyszli Kaká, Cristiano Ronaldo czy Karim Benzema zaczęło się robić coraz ciaśniej w ataku. Tym bardziej, że dobrze spisywał się też Gonzalo Higuaín. Raul nie miał zamiaru się jednak poddawać, ale nie oszczędzały go kontuzje. Real przegrał w 1/16 Copa del Rey z trzecioligowym Alcorcón a w Lidze Mistrzów już piąty rok z rzędu odpadł w 1/8 finału. W lidze natomiast rządziła FC Barcelona Pepa Guardioli. To, co parę lat wcześniej wydawało się kompletnie niemożliwe, stawało się faktem. Czas Raula w Madrycie dobiegał końca. Kiedy 24 kwietnia 2010 wyszedł na murawę stadionu La Romareda, na którym debiutował jako 17-latek, tylko on wiedział, że jest to jego ostatnie ligowe spotkanie. Dał z siebie wszystko i strzelił gola, ale celebrując go, okazywał jednocześnie złość i satysfakcję. W kolejnym sezonie opiekę nad zespołem przejął José Mourinho. Portugalczyk chciał zatrzymać w zespole klubową legendę. Przekonywał go, że będzie mieć miejsce w składzie i zapewniał, że chce liczyć na pomoc wychowanków, którzy mają być wzorem dla innych. Raul nie chciał być statystą. W ostatnim sezonie grywał mało a chciał znów być pierwszoplanowym bohaterem. Widział go u siebie Alex Ferguson, ale do transferu jednak nie doszło. Miał jeszcze ważny kontrakt. Rozwiązał go jednak za porozumieniem stron i zdecydował, że spróbuje sił w lidze niemieckiej. Spędził w Madrycie 16 sezonów. Jak podaje oficjalna strona klubu rozegrał 741 meczów i strzelił 323 gole. Nikt nie zakładał białej, madryckiej koszulki częściej niż on. ,,Był wielkim kapitanem. Kiedy pełniłem funkcję dyrektora generalnego, on był ważnym zawodnikiem w drużynie i bardzo nam pomógł w realizacji naszych pomysłów. Chcieliśmy zbudować grupę i drużynę. Trzeba było dokonać wielu zmian i sprowadzić nowych piłkarzy. Raul zawsze starał się pomóc i aktywnie uczestniczył w spotkaniach, podczas których należało rozwiązać określone problemy. Wspierał mnie w zarządzaniu zespołem, ponieważ koledzy bardzo go szanowali. Przedłużaliśmy z nim kontrakt, jako że chcieliśmy, aby został w Realu Madryt do końca swojej kariery. Później my odeszliśmy i stało się to, o czym wszyscy wiedzą. Chcieliśmy, żeby wielki kapitan i wielki piłkarz, który wszedł już do historii klubu, zakończył karierę w Realu Madryt ale cóż, nie było to możliwe”– wspominał Mijatović. Podczas oficjalnego pożegnania Raul wyraźnie nie czuł się komfortowo. Jego wzrok błądził po podłodze, trudno się dziwić, bo przecież nie był przyzwyczajony do takich uroczystości. Dużo lepiej czuł się tam na dole, na boisku. Florentino Pérez w pożegnalnej przemowie stawiał go za wzór, mówił, że uosabia on wszystkie wartości Realu Madryt, zarówno na boisku, jak i poza nim. Podkreślał jego ciężką pracę, ambicję i wolę zwyciężania. Zakończył słowami: ,,Gdziekolwiek będziesz, koszulka Realu Madryt będzie zawsze twoją koszulką. Bernabéu będzie twoim domem. Nie zapomnimy cię”. Raul stał obok i z trudem powstrzymywał łzy. Kiedy Pérez skończył, przyszła kolej na Rulo. Dziękował działaczom, kolegom z drużyny, trenerom i pracownikom klubu, rywalom, prasie, Jorge Valdano za pierwszą daną szansę oraz oczywiście milionom kibiców i swojej rodzinie. Zapewnił też wszystkich, że zawsze starał się z siebie dawać wszystko. Zszedł na murawę i skierował się ku południowej trybunie, gdzie zgromadziła się garstka kibiców, żeby go pożegnać i podziękował im za ich obecność w tym szczególnym dla niego dniu. Christoph Metzelder namówił go na Schalke. Niemiec też przeniósł się do tego klubu. W Gelsenkirchen wiązano z przyjściem Hiszpana duże nadzieje. Oczywiście nie mógł otrzymać innej koszulki niż ta z numerem 7. Podczas powitania na Veltins-Arena Felix Magath, który bardzo nalegał na transfer, powitał go słowami: ,,To wspaniała wiadomość dla Schalke 04, że udało się sprowadzić wyjątkowego piłkarza, napastnika światowej klasy, który zainspiruje grę naszej drużyny w Bundeslidze”. Raul od początku zaczął spełniać pokładane w nim nadzieje. Podpisując dwuletni kontrakt, chciał pokazać światu, że wciąż jest wartościowym zawodnikiem. Już w pierwszym meczu w letnim turnieju Liga Total Cup strzelił dwa gole Bayernowi.
To w dużej mierze on doprowadził Schalke do półfinału Ligi Mistrzów w 2011 r., w którym musieli uznać wyższość Manchesteru United, ale po drodze odprawili z kwitkiem broniący tytułu Inter. Będąc zawodnikiem Realu, nigdy nie udało mu się zdobyć Copa del Rey, zawsze wymykał mu się z rąk. Dopiero w barwach klubu z Gelsenkirchen poznał smak zwycięstwa w finale krajowego pucharu. 21 maja 2011 r. Schalke wygrało z Duisburgiem 5:0 a po meczu Raul z hiszpańską flagą na ramionach celebrował zwycięstwo, naśladując kroki torreadora – tak jak wielokrotnie to robił w barwach Królewskich. Drugi sezon pobytu w Westfalii rozpoczął od pokonania w meczu o Superpuchar Borussii Dortmund. Do swojej przebogatej kolekcji dołożył więc kolejne trofeum. Na arenie europejskiej dotarł do ćwierćfinału Ligi Europy. Tam miał okazję wrócić do Hiszpanii i zmierzyć się z Athletic Bilbao. W dwumeczu Schalke poległo co prawda 4:6 ale autorem wszystkich trafień dla niemieckiego zespołu był nie kto inny, jak Raul. ,,Przyszedł do Schalke ogromnie zmotywowany, chciał pokazać, że dla niego jest to nowy etap i że jako piłkarz wciąż się liczy. W ciągu dwóch sezonów, jakie spędził w klubie, zawsze widziałem go zmobilizowanego i zaangażowanego. To prawdziwy profesjonalista. Wygrał wszystko z Realem Madryt, ale widać było, że miał wielkie chęci, by doświadczyć czegoś nowego poza Hiszpanią. W Niemczech rozegrał dwa znakomite sezony. Jego pasja zwyciężania jest godna podziwu i ja się nią zaraziłem. To prawdziwy zawodowiec”– wspominał pobyt Raula w Niemczech Sergio Escudero. Po dwóch pięknych latach nastał czas pożegnań. Paradoksalnie to Schalke, w przeciwieństwie do Realu, należycie uhonorowało Hiszpana. Mimo że spędził tu tylko dwa sezony, to żegnano go jak klubową legendę. Na Veltins-Arena zgromadziło się 62 tys. kibiców, żeby oddać hołd piłkarzowi. Señor Raul, jak określali go niemieccy fani, wyszedł na środek stadionu razem z piątką swoich dzieci. Na telebimie wyświetlono wyrazy uznania od kolegów z drużyny, Raul wraz z dziećmi przeszedł dookoła boiska, pozdrawiając publiczność. Fani rzucali kwiaty, szaliki, koszulki, złapał nawet hiszpańską flagę. Żegnano go jak króla. Potem odbył się pożegnalny mecz z jego nową drużyną Al-Sadd a „El Siete” rozegrał po jednej połowie w każdej z drużyn. W końcówce strzelił swoje ostatnie dwie bramki w barwach niemieckiego zespołu, aż w końcu na parę minut przed końcem zszedł z boiska, a kibice zgotowali mu wielką owację. ,,Jestem bardzo dumny, że wracam do domu. To były dwa wspaniałe lata a Schalke zawsze będzie w moim sercu. Choć kawał czasu byłem związany z Realem Madryt, tutaj znalazłem drugi dom, jestem wam dozgonnie wdzięczny”– mówił, dziękując publiczności za piękne pożegnanie. Mimo 35 lat na karku ciągle był głodny nowych wyzwań. Miał w sobie ten sam zapał i iskrę jak wtedy, gdy zaczynał przygodę z poważną piłką. Był wówczas najlepszym strzelcem w historii Ligi Mistrzów i trzykrotnym triumfatorem tych rozgrywek. Nie przybywał jednak z roszczeniami. Nie chciał dla siebie dodatkowych przywilejów. Zamiast luksusowej willi wybrał dom na jednym z osiedli, niedaleko amerykańskiej szkoły i ośrodka treningowego. Przybywał też do Kataru jako ambasador mistrzostw świata, o których organizację się wtedy starano. Swoim doświadczeniem miał pomóc w rozwoju futbolowego szkolenia wśród dzieci i młodzieży. Od razu przyjęto go z wielką sympatią i przekazano opaskę kapitańską. Znowu był inspiracją dla kolegów z drużyny i wielkim kapitanem. Sezon ukoronował zdobyciem tytułu mistrza kraju. Szejkowie byli zachwyceni a przed jednym z meczów obiecano mu, że jeśli zespół pokona Al-Rayyan(odwiecznego rywala) a on strzeli gola, to dostanie wielbłąda wartego pół miliona euro. Spełniły się oba warunki i wielbłąd należał do niego. To Raul na swoich plecach zaciągnął drużynę do ćwierćfinału Azjatyckiej Ligi Mistrzów i wydatnie pomógł w zdobyciu Pucharu Emira Kataru. Przez cały swój pobyt w Katarze dał się poznać jako wielki profesjonalista, spełnił wszystkie pokładane w nim oczekiwania. Nie tylko trenował i grał, ale sporo swojego czasu poświęcał Akademii Aspire, która miała kształcić przyszłych katarskich reprezentantów. Trener Wojciech Ignatiuk, pracujący w Katarze, w wywiadzie dla Weszło! mówił, że zawsze dawał świetny przykład, nigdy nie powiedział: ej, młody, skocz mi po piłkę, bo grałem w Realu Madryt. Często było na odwrót. Sam podawał ją chłopakowi i mówił: strzelaj, ja popatrzę i postaram się podpowiedzieć. Na trening przychodził pierwszy i wychodził ostatni. Na koniec kariery zaliczył jeszcze przygodę na kontynencie amerykańskim. Podpisał kontrakt z grającym w NASL New York Cosmos. ,,Piłka nożna to zawsze ta sama gra. Te same wymiary bramek i piłka. Oczywiście, że tutaj jest inaczej, ale staram się traktować mój pobyt tutaj jako życiowe doświadczenie. Spędzam czas z kolegami z drużyny i jestem cały czas mocno zaangażowany w projekt Cosmosu – mówił po swoim debiucie w NASL”. W Nowym Jorku też świecił przykładem. Spędził tam ledwie kilka miesięcy, ale pomógł kolegom w wygraniu ligi. 15 listopada zwycięskim meczem o „Soccer Bowl” zakończył czynną karierę.
Cieniem na jego piłkarskich dokonaniach kładzie się brak sukcesu w reprezentacji. Jego najlepsze czasy przypadły na okres, kiedy Hiszpania grała jak nigdy a przegrywała jak zawsze. ,,La Furia Roja” pierwszy sukces(mistrzostwo Europy 2008) odniosła, kiedy Raula nie było już w kadrze. Javier Clemente nie zabrał go na Euro 96, choć wielu czyniło mu z tego powodu zarzuty. Młody napastnik wystąpił za to na mistrzostwach Europy U-21, w których dotarł do finału. Tam, w konkursie rzutów karnych przegrali z Włochami, a jednym z tych, którzy się pomylili, był piłkarz Realu. Potem pojechał z kadrą na igrzyska do Atlanty, gdzie przygodę z turniejem zakończyli porażką 0:4 z Argentyną w ćwierćfinale. W dorosłej kadrze zadebiutował 9 października 1996 r. w meczu z Czechami. Zaprezentował się na tyle dobrze, że na stałe się tam zadomowił. W 1998 r. po raz pierwszy zagrał na mistrzostwach świata. Oczekiwano, że to on odwróci los reprezentacji na wielkich imprezach. Turniej był jednak dla Hiszpanów rozczarowaniem, bo mimo zwycięstwa 6:1 nad Bułgarią nie wyszli z grupy. W dużej mierze zaważyły na tym błędy Zubizarrety w przegranym meczu z Nigerią. Na mistrzostwa Europy do Belgii i Holandii, podobnie jak na mundial do Francji, jechał w glorii zwycięzcy Ligi Mistrzów. Każdy chciał zobaczyć go w akcji, mając nadzieję, że zwycięską passę z Realu zdoła przenieść na reprezentację. Po porażce z Norwegami 0:1 do ostatniej chwili musieli walczyć o awans do ćwierćfinału. Tam spotkali się z Francją. Przy stanie 2:1 dla Trójkolorowych sędzia odgwizdał rzut karny. Do piłki podszedł Raul, ale fatalnie przeniósł piłkę nad bramką Bartheza. Był zdruzgotany. Hiszpania odpadła a cały świat zawalił mu się na głowę. W Korei i Japonii La Roja jak burza przeszła fazę grupową, odnosząc trzy zwycięstwa. W 1/8 finału dopiero po rzutach karnych pokonała Irlandię a bohaterem meczu był Iker Casillas. Niestety dla Raula mundial skończył się w 80. minucie tamtego spotkania. Odniósł kontuzję i musiał opuścić boisko. Fizjoterapeuci robili, co mogli, ale nie udało im się przywrócić go do pełnej sprawności. Przegrany ćwierćfinał z Koreą obsadą sędziowską oglądał z ławki. Euro w Portugalii w 2004 r. również rozczarowało. Kadra jechała odmłodzona, ale Raul ciągle był jej ważnym ogniwem. Być może przez nieduże doświadczenie niektórych zawodników pechowo przegrali trzeci mecz fazy grupowej z gospodarzami, co oznaczało koniec marzeń o wyjściu z grupy. 21 listopada 2005 r. dość odporny na kontuzje organizm piłkarza nie wytrzymał. W kolanie zatrzeszczało. Raul miał uszkodzoną łąkotkę i częściowo zerwane przednie więzadła krzyżowe. Do mundialu w Niemczech pozostawało niewiele czasu i jego występ na mistrzostwach stanął pod znakiem zapytania. Czekały go miesiące żmudnej rehabilitacji, ale wygrał wyścig z czasem. Brakowało mu nieco ogrania i rytmu meczowego, ale trener Luis Aragonés dotrzymał słowa i włączył do kadry. Pierwszy mecz z Ukrainą przesiedział na ławce. W drugim z Tunezją wszedł dopiero po przerwie. Zdołał jednak strzelić gola i zapisać się w historii – był pierwszym Hiszpanem, który zdobywał bramki na trzech mundialach. Nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że było to jego ostatni trafienie dla La Roja. W następnym spotkaniu z Arabią Saudyjską wyszedł już od pierwszych minut. Podobnie było w 1/8 finału z Francją. I podobnie jak na mistrzostwach Europy w 2000 r., dowodzona przez Zinedine’a Zidane’a francuska reprezentacja okazała się za silna. Później wystąpił jeszcze w kilku meczach, ale do Austrii i Szwajcarii Aragonés już go nie zabrał. Nigdy nie zrezygnował z gry w kadrze, nigdy też nie rozegrał pożegnalnego meczu. Starał się grać jak najlepiej, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś założy koszulkę La Furia Roja. Tak się jednak nie stało, mimo że kibice byli po jego stronie i często domagali się powołania. W reprezentacji występował przez 10 lat. Rozegrał w niej 102 spotkania. Strzelił 44 bramki. Nigdy nie zdobył Złotej Piłki, choć w 2001 r. przegrał tylko z Michaelem Owenem. Zawsze jednak podkreślał, że najważniejszy jest zespół. Dziś grywa w meczach legend, komentuje mecze i udziela się w telewizyjnych studiach. Dodatkowo od tego sezonu ponownie jest związany z Realem jako ambasador do spraw instytucjonalnych i ma brać udział w budowie długofalowej wizji klubu. Czy pójdzie w ślady Zidane’a i zostanie trenerem? Ma ku temu wszelkie możliwości. Wszyscy, absolutnie wszyscy, którzy go wspominają, podkreślają wpływ, jaki miał na grę drużyny. Jak wielką wolą walki i ambicją się cechował. Jak znakomitym był kapitanem. Zawsze odnosił się z szacunkiem do rywala. Nigdy nie dostał czerwonej kartki. Zawsze wyróżniał się dobrymi manierami i jeśli przegrywał, doceniał klasę rywala i chwalił jego umiejętności, nawet jeśli to była Barcelona. Nie dostarczył prasie ani jednego skandalu. To człowiek, który jako swoje dodatkowe zainteresowania wymienia działalność charytatywną i odwiedzanie szpitali dziecięcych. Razem z Sanchísem rozwijał pasję łowiectwa. Jeśli chodzi o prowokację, to najdalej posunął się w 1999 r. kiedy po strzeleniu gola na Camp Nou przyłożył palec do ust, chcąc uciszyć fanów Barcelony. Jak pisał Phil Ball w monografii Realu: ,,Był oddanym sługą klubu i uosobieniem idei madridismo. Jego statystyki mówią same za siebie, a historia będzie dość słusznie przedstawiać go jako jednego z najwspanialszych graczy w Hiszpanii. Ideał? Pewnie nie, ale takich jak on dziś jest już coraz mniej. Szkoda.
10
@FCBparasiempre
27 czerwca 1977 r. w Madrycie urodził się Raul Gonzalez Blanco. Podczas całej kariery nie otrzymał czerwonej kartki. Zawsze odnosił się do rywali z szacunkiem. Był wzorem profesjonalisty. Nigdy nie odpuszczał(ani na treningach, ani w spotkaniach) bez względu na ich rangę. Jako kapitan zawsze stał murem za swoimi kolegami. Stanowił prawdziwy wzór do naśladowania dla wszystkich młodych zawodników – zarówno na boisku, jak i poza nim. Po zdobytym golu zawsze całował obrączkę. „El Siete, El Ángel de Madrid”, czyli Raul Gonzalez Blanco – symbol madryckiego Realu z przełomu wieków. Kiedy król Hiszpanii pojawiał się meczu piłki nożnej, musiało to być wyjątkowe spotkanie. Tak było choćby w 1992 r. w Barcelonie, kiedy to w finałowym pojedynku turnieju olimpijskiego oglądał zwycięstwo hiszpańskich zawodników nad Polakami. Zupełnie inne okoliczności miał mecz, na który Juan Carlos I wybrał się 22 sierpnia 2013 r. Wtedy to na Estadio Santiago Bernabéu Real zagrał z katarskim Al-Sadd. Spotkanie to rozegrano w ramach 35. edycji Trofeo Santiago Bernabéu. Ponad 85 tys. kibiców, a także sam król przybyli jednak na stadion z innego powodu. To właśnie wtedy po raz ostatni koszulkę Królewskich założył jeden z największych symboli madryckiego zespołu – Raul Gonzalez Blanco. Mecz pożegnalny zorganizowano dopiero po trzech latach od odejścia El Siete z Madrytu. Mnie osobiście jako sympatykowi Realu i wielbicielowi talentu Raula nie podobały się okoliczności, w jakich odchodził z klubu. Taka legenda powinna zostać należycie uhonorowana. Owszem, zorganizowano oficjalne pożegnanie, ale w upalny poniedziałek 27 lipca na stadionie zgromadziło się ledwie 300 osób, były przemówienia, były łzy i uściski. Już następnego dnia koszulkę z numerem 7 oddano Cristiano Ronaldo. Zresztą nie tylko Raul odchodził z klubu w nie najlepszej atmosferze, gdyż podobnie było z Gutim, Hierro czy del Bosque. Dobrze więc, że po paru latach zdecydowano się oddać należny mu hołd. Przed rozpoczęciem spotkania, w loży honorowej król Juan Carlos I serdecznie objął piłkarza, mocno go uściskał i powiedział do ucha kilka ciepłych słów. Sam fakt, że monarcha pofatygował się na stadion potwierdza to, jak ważnym człowiekiem dla Madrytu był Raul. Zawodnik otrzymał replikę fontanny Cibeles, na którą wielokrotnie sam się wspinał, by świętować zdobycie kolejnych trofeów. Jedną połowę rozegrał w barwach Realu, drugą w barwach drużyny z Kataru. Znowu założył białą koszulkę z numerem 7, którą na tę okazję odstąpił mu Cristiano Ronaldo. Przed pierwszym gwizdkiem inny symbol Realu – Iker Casillas przekazał El Siete opaskę kapitańską. Napastnik zademonstrował wszystkie swoje atuty. Biegał po całym boisku, pokazywał, że nadal ma niebywałą siłę i charakter, a swoją energią zarażał partnerów z drużyny. W 22. minucie meczu po podaniu od Ángela Di Maríi popędził w stronę bramki i pewnym strzałem pokonał bramkarza, wprawiając w zachwyt zgromadzonych na trybunach kibiców. Znów mógł ucałować obrączkę, znów mógł wskazać ku niebu i znów mógł podbiec do jednej z band i w energicznym wyskoku wskazać palcami swoje imię na plecach. To był jego ostatni gol dla Królewskich. Zanim jednak zaczął strzelać bramki dla Realu, pierwsze kroki stawiał w małym klubie z południowej części Madrytu. Jego pierwszą szkołą była rodzinna dzielnica i to tutaj zdobywał pierwsze piłkarskie szlify. Od małego uwagę miał wątłą posturę. Trudno było wtedy przypuszczać, że ten drobny chłopiec będzie rywalizował z najlepszymi na świecie. Największym atutem Raula była psychika i modne dzisiaj cechy wolicjonalne. Był inteligentny, wrażliwy i pełen pasji, a jednocześnie niesamowicie wytrwały i waleczny. W wieku 11 lat zaczął się wyróżniać w się w San Cristóbal de los Ángeles. Żeby jednak grać w juniorskiej drużynie Sancris, musiał sfałszować swoje dane i założyć okulary, żeby wyglądać na starszego. W tamtym czasie pomiędzy klubami z południowej części stolicy a Atlético Madryt obowiązywała umowa o współpracy. Wyróżniający się, utalentowani chłopcy, mieli otwartą drogę, żeby spróbować swoich sił w klubie z Estadio Vicente Calderón. Zdolny chłopak zwracał na siebie uwagę skautów trzech madryckich klubów – Realu, Rayo i właśnie Atlético. Ojciec, który był zapalonym kibicem Los Rojiblancos, często zabierał syna na mecze ukochanej drużyny. Między innymi dzięki temu rywalizację o młokosa wygrał klub, którym rządził wtedy Jesús Gil y Gil. Kiedy razem z ojcem pojawili się na Estadio Vicente Calderón, trener drużyny juniorów Francisco de Paula zapewnił Raula, że będzie nosił opaskę kapitana. Było to dla niego bardzo ważne, bo oczekiwał gwarancji odgrywania głównej roli w zespole.
Zawsze pragnął być pierwszoplanowym bohaterem – nigdy nie chciał być statystą. W trakcie tych pierwszych rozmów poprosił, żeby go przesunąć do wyższej kategorii wiekowej, bo wiedział, że poradzi sobie wśród starszych kolegów. Na transferze chłopaka skorzystał też jego pierwszy klub, który Atlético zaopatrzyło w piłki. W swoim pierwszym sezonie w juniorach stołecznego klubu strzelił 65 bramek. Atlético miażdżyło rywali, strzelając 308 goli i tracąc przy tym jednego. Nazwisko chłopaka, który potrafił w jednym meczu ośmiokrotnie pokonać bramkarza rywali, ciągle musiało być zaznaczone na czerwono w notesach skatów Realu. W wieku 14 lat zaczęto coraz częściej o nim pisać. Zwracano uwagę, że juniorzy Rojiblancos potrafią stawić czoła swoim największym rywalom zza miedzy. W madryckim finale przegrali co prawda 2:3, ale w finałowych rozgrywkach o mistrzostwo Hiszpanii, które rozgrywano na Teneryfie, nie było już na nich mocnych. Kiedy juniorzy zdobywali tytuł, seniorzy w finale Copa del Rey zwyciężyli Real Madryt. Atlético było jedną z czołowych drużyn w kraju, a w zespołach młodzieżowych widać było następców pierwszego zespołu. Wystarczyło tylko niczego nie popsuć, żeby cieszyć z dalszych sukcesów. Niestety polityka prezydenta klubu nie zawsze była rozsądna. ,,Jesús Gil, jakby to powiedzieć, w zarządzaniu Atlético był dość impulsywny. Nagle przychodził mu do głowy jakiś pomysł i nie było zmiłuj. Trzeba było wszystko zatrzymać, żeby go zrealizować. Później stawał się tym pomysłem rozczarowany i go porzucał”– opisywał działania Gila dziennikarz José Miguélez. Podobnie było z decyzją o zlikwidowaniu drużyn młodzieżowych i klubowej szkółki. Rozczarowany formą jednego z juniorów, na którego wyłożył spore pieniądze, stwierdził, że kategorie juniorskie nie są mu potrzebne. Młodzi zawodnicy zostali na lodzie i musieli radzić sobie sami. Wśród nich był też Raul. Wieść o decyzji włodarza szybko się rozeszła i natychmiast w klubie pojawił się Estaban Alenda – człowiek, który chciał sfinansować działanie akademii z własnej kieszeni, choćby w minimalnej formie. Wtedy jednak jeden z najbardziej obiecujących hiszpańskich piłkarzy rozmawiał już z Realem. 24 lipca 1992 r. Raul razem z ojcem Pedro podpisali rezygnację z gry w Atlético, jednocześnie przedstawiając dokument w madryckiej federacji, żeby oficjalnie potwierdzić, że chłopak jest wolny i może zmienić klub. Oferta od Królewskich przyszła w najlepszym momencie. Chłopak przez tydzień nie miał gdzie trenować i wtedy właśnie do akcji wkroczyli dyrektor szkółki Realu Ramón Martínez, skaut Paco de Gracia i koordynator drużyn juniorskich Vicente del Bosque. Raul, żeby się rozwijać, musiał grać w piłkę. Futbol był dla niego priorytetem. Czuł, że jeśli chce coś w tej dyscyplinie osiągnąć, to musi związać się z Realem. Jako 15-latek dołączył do drużyny Cadete A. Na treningi i mecze przychodzili nie tylko rodzice i trenerzy, ale także inne dzieci, które chciały podziwiać tego utalentowanego chłopaka. Raporty, które regularnie trafiały na biurka najważniejszych osób w klubie, nie pozostawiały wątpliwości, że w szkółce mają prawdziwy diament. Często mówiono o nim więcej niż o niektórych zawodnikach z pierwszej drużyny. Wszyscy z niecierpliwością czekali na moment, w którym zadebiutuje w seniorskim zespole. Vicente del Bosque z innymi trenerami bardzo ostrożnie kierowali rozwojem chłopaka. Po sezonie spędzonym w Cadete A, w którym strzelił 59 bramek, został przeniesiony do zespołu Juvenil A, pod opiekę Lusia Palermo. Grywał też w Juvenil B, ale wkrótce okazało się, że obie te kategorie wiekowe są dla niego niewystarczające. Znowu wszystkich przewyższał umiejętnościami. Tymczasem Atlético ciągle nie mogło sobie darować, że straciło taki talent. Klub reaktywował drużyny juniorskie i postanowił odzyskać młodzieńca. Miguel Ángel Gil Marín zaczął od rozmowy z ojcem chłopca. Zapewniał go, że jeśli Raul wróci do Rojiblancos, to będzie grał zawsze. Proponował im wypożyczanie go do Cádiz, które grało wtedy w Segunda División B. Klub obiecywał pokryć oczywiście wszystkie wydatki rodziny, a nawet proponował ojcu pracę w posiadłości Valdeolivas, będącą własnością rodziny Gil. Real Madryt zaczął działać. Ramón Martínez przykładał do Raula taką samą wagę jak do wielkich transferów. Chłopak musiał poczuć, że jest przed nim świetlana przyszłość w drużynie. Razem z ojcem zaproszono go na spotkanie na Estadio Santiago Bernabéu, które miało rozwiać wszelkie wątpliwości. Raul miał ich wtedy niemało. Kiedy wszedł do gabinetu, zobaczył, że na spotkaniu obecny jest też trener pierwszego zespołu – Jorge Valdano. Był miły i przekonujący, zwracał się do chłopaka jak do przyjaciela. Zapewniał, że niedługo spotkają się w pierwszej drużynie. ,Przekazałem mu, że ma wielkie szanse, by odnieść sukces i że w ciągu najpóźniej dwóch lat będzie zawodnikiem pierwszej drużyny. Potem gryzło mnie sumienie, ponieważ takie rzeczy trudno jest przewidzieć ale trzeba go było jakoś przekonać. Nie wyszedłem, dopóki mnie nie zapewnił, że zostanie w Realu Madryt. Cztery miesiące później miał już na sobie koszulkę pierwszego zespołu”– wspomniał tamto spotkanie Jorge Valdano.
Raul zdecydował się związać swoją przyszłość z Królewskimi. 14 lipca 1994 r. podpisał czteroletni kontrakt, a nadchodzący sezon miał być punktem zwrotnym w jego karierze. Rozgrywki rozpoczął w Segunda División B, w drużynie prowadzonej przez José Antonio Grande. ,,Pod moim okiem przeszedł do drużyny występującej w Segunda División B, ale nie grał tam dłużej niż dwa miesiące. Przepracował okres przygotowawczy i cały wrzesień a w październiku Jorge Valdano zabrał go do pierwszego zespołu. Był piłkarzem kompletnym, niezwykle zdolnym, jednym z tych, u których od razu widać, że grać nauczyli się na ulicy”– wspominał José Antonio Grande. W tamtym sezonie wprowadzano w życie pomysł Valdano, który zakładał powoływanie wychowanków na wspólne treningi z pierwszym zespołem i mecze towarzyskie rozgrywane w środku tygodnia. Oprócz Raula możliwość trenowania z seniorami mieli też Guti czy Álvaro Benito. W swoim pierwszym meczu towarzyskim z Oviedo Raul wszedł na boisko po przerwie i popisał się bramką strzeloną krzyżakiem. Jak zwykle uwagę zwracała jego pewność siebie i ambicja. Po powrocie do Segunda B, trener Rafa Benítez powołał go do drużyny Castilli. W Segunda División rozegrał jednak tylko jedno spotkanie. Jorge Valdano ciągle miał go na oku. Wprowadzając go do drużyny, chciał ożywić nieco zespół i pokazać zawodnikom, że nie mogą spocząć na laurach. Zabrał Raula do Niemiec na spotkanie z Karlsruher SC i wpuścił na ostanie pół godziny. To wtedy zdecydował, że da mu szansę oficjalnego debiutu w lidze. Przed występem na La Romareda z Saragossą Raul odbył jeszcze trzy treningi z pierwszą drużyną. Po ostatnim Valdano oznajmił mu, że zagra w najbliższym meczu. ,,Powiem ci to na osobności, żebyś nie zemdlał przy swoich kolegach, kiedy to ogłoszę: jedziesz do Saragossy”. ,,El Siete” wyszedł szczęśliwy i uskrzydlony, ale nie dawał nic po sobie poznać. Potraktował to jako wielkie wyzwanie i nie chciał zawieść trenera, który tak bardzo w niego wierzył. Po powrocie do domu zasiadł z rodzicami do obiadu. Kiedy matka podała mu zupę, Raul ze stoickim spokojem poinformował, że zadebiutuje w pierwszej drużynie. Ojciec o mało się nie udławił. Jego syn miał zająć miejsce wielkiego Emilio Butragueño. Na konferencji prasowej Valdano mówił, że Raul go zachwyca i że każdy, kto chce razem z nim zawojować świat, dostanie swoją szansę. Zdjął też trochę presji z zawodnika, mówiąc, żeby dobrze się bawił i żeby nie wychodził na boisko z myślą, że koniecznie trzeba wygrać i strzelić gola. Sam piłkarz też pojawił się przed dziennikarzami, którym zaimponował opanowaniem: ,,Nie boję się tego wyzwania, będę spał spokojnie. Moją drużyną jest ta występująca w Segunda B i kiedy do niej wrócę, będzie jak dawniej. Postaram się zagrać tak, jakby to był tylko kolejny mecz”– mówił. Do Segunda B już jednak nie wrócił. W debiucie nie poszło mu co prawda najlepiej, ale miał kilka znakomitych sytuacji. Real przegrał 2:3, a Raul nie mógł ukryć wściekłości z powodu zaprzepaszczonych szans, choć zaliczył asystę przy golu Zamorano. Pocieszali go koledzy i trenerzy, ale na niewiele się to zdało. W młodym zawodniku narastała chęć do rewanżu. Valdano rozmawiał z nim w środku tygodnia, chcąc podnieść jego morale. Szkoleniowiec postanowił dać mu szansę też w kolejnym meczu, w którym Real mierzył się z Atlético. 5 listopada Raul po raz pierwszy wyszedł na boisko Estadio Santiago Bernabéu w białej koszulce z numerem 7 na plecach. Spojrzał na trybuny, starając się ogarnąć wzrokiem wszystkich zgromadzonych fanów. W tunelu Rafael Alkorta powiedział mu, żeby był spokojny, bo musi zagrać tylko tak, jak w Saragossie. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:2. El Siete wywalczył najpierw karnego, którego na bramkę zamienił Míchel, potem asystował przy trafieniu Zamorano. Wreszcie w 36. minucie po podaniu Michaela Laudrupa, Raul perfekcyjnie uderzył z pierwszej piłki, kierując futbolówkę prosto pod poprzeczkę. Popędził ile sił w nogach w kierunku ławki rezerwowych, gdzie wyściskał się ze swoim przyjacielem Danim. Wszyscy mu gratulowali, Valdano wstał z ławki i bił brawo.
Kariera ,,Rulo”, jak nazywali Raula koledzy z szatni, zaczynała nabierać rozpędu. Dzięki profesjonalnemu kontraktowi poprawiła się sytuacja finansowa samego zawodnika i jego rodziców. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił im dom w dzielnicy Miraserra, w której więcej było udogodnień i leżała bliżej ośrodka treningowego. Po debiucie, ośmiu miesiącach w drużynie i zdobyciu mistrzostwa był już pewniakiem w składzie. Niestety w sezonie 1995/96 nowy prezydent, tuż po rozpoczęciu rozgrywek, podziękował za współpracę Jorge Valdano. Dla Raula było to wielkie rozczarowanie, a dzień odejścia swojego ulubionego trenera opisywał jako najsmutniejszy w swoim życiu. Zajmując szóste miejsce w lidze, poznał tę gorszą stronę piłkarskiego rzemiosła. Dotąd święcił same triumfy, teraz musiał zmierzyć się z porażkami. To doświadczenie wzmogło w nim głód zwycięstw. Efekty tego można było podziwiać w kolejnym sezonie. Opiekunem drużyny został Fabio Capello, a skład wzmocniono takimi graczami jak: Predrag Mijatović, Davor Šuker, Christian Panucci, Roberto Carlos, Clarence Seedorf czy Bodo Illgner. Mimo takiego natężenia gwiazd młody napastnik zachował miejsce w składzie. Mało tego, był jedną z czołowych postaci w zespole. Tworzyła się drużyna, która miała wreszcie wygrać w Lidze Mistrzów, bo dotąd sukcesy w najważniejszych klubowych rozgrywkach znano w Madrycie tylko z czarno-białych filmów. Wkrótce miało się to zmienić. ,,Przyszedłem do Madrytu rok po jego debiucie w pierwszej drużynie i spotkałem chłopaka, który miał niezwykłą łatwość strzelania goli. Był jeszcze zielony i podczas okresu przygotowawczego my, najstarsi zawodnicy, patrzyliśmy na niego, żeby się przekonać, czy naprawdę ma zadatki na wielkiego piłkarza ale gdy tylko zaczęły się treningi i zagraliśmy pierwsze mecze towarzyskie, zdałem sobie sprawę, że jest to piłkarz(pomimo swego młodego wieku) dojrzały, odporny psychicznie i znakomicie rokujący. U Fabio Capello miał bezdyskusyjne miejsce w składzie. Oprócz umiejętności piłkarskich, powiedziałbym, że był zawodnikiem o wyjątkowej psychice, silnym, wyrazistym i upartym”– wspominał Predrag Mijatović. W tamtym sezonie ostatecznie przekonał do siebie kibiców Realu. Kiedy wchodził do drużyny, wielu z nich było wręcz oburzonych, że na ławkę odsyła się taką legendę jak Emilio Butragueño, a daje się szansę nieopierzonemu młokosowi, który na dodatek przyszedł z drużyny jednego z dwóch największych rywali. Jednak 18 stycznia 1997 w derbowym pojedynku na Estadio Vicente Calderón Raul wymazał swoją przeszłość z Rojiblancos. Dzięki temu meczowi madritistas przywłaszczyli go sobie, a kibice Atlético już tak chętnie nie wspominali. Real pokonał rywali aż 4:1 a Rulo zaliczył dwie asysty i dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Drugą z bramek potwierdził swoje nieprzeciętne umiejętności i do dziś wspomina ją jako jedną z najważniejszych w karierze. ,,Spełniło się moje marzenie, ponieważ zawsze śniłem o tym, by dawać z siebie wszystko i rozegrać na tym stadionie dobry mecz. Bywałem na Calderón jako dziecko i trudno jest wyrazić to, co teraz czuję”– mówił po meczu. Real zakończył sezon na pierwszym miejscu a Raul świętował swój drugi tytuł. W przyszłym sezonie miała się spełnić jego obietnica o wygraniu Ligi Mistrzów w kolorze. Szerszej publiczności El Siete dał się poznać właśnie w meczach Ligi Mistrzów. W 1998 r. Real Madryt po 32 latach przerwy znowu okazał się najlepszą klubową drużyną na kontynencie. Mimo że w lidze rozczarowywali, to w rozgrywkach pucharowych zmieniali się nie do poznania. Przed finałowym spotkaniem z faworyzowanym Juventusem piłkarze Blancos na czele z Hierro, Sanchísem i Raulem, spotkali się w jednym z pokojów, żeby porozmawiać o meczu. Chcieli w ten sposób odpowiednio nastawić się do spotkania, pokonać stres i odnaleźć w sobie siłę potrzebną do pokonania Włochów. Udało się. Raul w wieku niespełna 21 lat dwukrotnie wygrywał ligę, a teraz dołożył do tego triumf w Lidze Mistrzów.