13

Feliz cumpleaños panie Michael! Z okazji 62 urodzin.

15 czerwca 1964 r. w Kopenhadze urodził się Michael Laudrup, ofensywny pomocnik, który uważany jest za jednego z najbardziej eleganckich piłkarzy swoich czasów. W 1989 r. trafił do FC Barcelony z Juventusu i walnie przyczynił się do zdobycia czterech kolejnych mistrzostw Hiszpanii oraz Pucharu Europy. W wyniku konfliktu z Johanem Cruijffem stracił miejsce w składzie(przegapił między innymi przegrany sromotnie finał Ligi Mistrzów z 1994 r.) i zdecydował się na odejście do Realu Madryt. W grze Andresa Iniesty widać było wiele podobieństw do Laudrupa, nic więc dziwnego że Hiszpan uważa Duńczyka za swojego największego idola.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
15 czerwca 1930 r. urodził się Jesús Pereda, jedna z większych legend katalońskiego klubu. Bramkostrzelny napastnik, który wbił rywalom 109 goli w 409 spotkaniach. Do końca swoich dni był wierny Katalonii, od momentu przyjścia na świat aż po śmierć był jej oddanym mieszkańcem. W 1950 roku zadebiutował w reprezentacji Hiszpanii, gdzie rozegrał tam 20 spotkań strzelając 8 goli. W ojczyźnie był znany z pewnej sytuacji. Podczas meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu podczas Euro ’64 miał ponoć strzelić gola na 2-1. Dlaczego użyłem słowa ,,miał”? Przekaz telewizyjny w Hiszpanii był ocenzurowany podczas tego spotkania. Relacje radiowe wskazywały, że to właśnie Pereda był strzelcem tej bramki. Taśmy z ZSRR pokazywały że to jednak nie był on, jednak były podejrzenia, że owe materiały były sfałszowane. W przeszłości grał również dla Realu Madryt. Popadł jednak w konflikt z zarządem i trenerami i opuścił Królewskich. W 2011 roku zmarł w wieku 73 lat z powodu raka, który został wykryty 2 miesiące wcześniej. Możliwe, że niektórzy nie wiedzą, kim był Jesús Pereda a wielu młodych, przekonanych nieustępliwą retoryką, która do niedawna głosiła, że „Hiszpania nigdy nic nie wygrała”, nie zdaje sobie sprawy, że reprezentacja Hiszpanii już w 1964 roku wygrała Mistrzostwa Europy, czarno-białe wydanie, które ma taką samą wartość jak sześć pierwszych Pucharów Europy zdobytych przez Real Madryt a w tych rozgrywkach Pereda odegrał rolę podobną do tej, jaką w ciągu ostatnich trzech lat odegrali tacy piłkarze jak Xavi, Torres czy Iniesta. Bo jeśli Marcelino poszedł na Olimp bogów za strzelenie zwycięskiej bramki w finale przeciwko upadłemu Związkowi Radzieckiemu, to należy podkreślić, że prawdziwym bohaterem meczu był Pereda, który otworzył wynik meczu pierwszą bramką(tak jak zrobił to już w półfinale przeciwko Węgrom) i posłał dośrodkowanie na głowę napastnika Zaragozy. Był najwyższej klasy pomocnikiem, wspaniałym rozgrywającym, który łączył także technikę i umiejętności pod bramką. W tej roli zadebiutował w meczu z Logroñés w lidze krajowej, strzelając sześć goli w piętnastu meczach, które rozegrał w koszulce narodowej. Jesús María Pereda Ruiz de Temiño urodził się w Medina de Pomar w Burgos. Wszyscy znali go jako „Chus” Pereda a w ówczesnych kręgach piłkarskich nazywano go również „Polvorilla”(Mała Petarda) ze względu na jego wybuchowy zapał i spontaniczną naturę. Po rozpoczęciu kariery w Alcázar w swoim rodzinnym mieście, dołączył do Valmasedy jako stały zawodnik w sezonie 1954/55. Skarga Zalli, twierdząca, że wiek uniemożliwia mu udział w rozgrywkach regionalnych, doprowadziła do jego transferu do młodzieżowej drużyny Indauchu. Następnie grał przez dwa sezony w pierwszej drużynie i zadebiutował w Second Division 18 marca 1956 roku w meczu przeciwko Sabadell w 25. kolejce. Rozegrał trzy mecze w tym sezonie i 35 w następnym, strzelając 16 goli. Dzielił szatnię z Iriondo, Zarrą i Panizo, trzema legendarnymi napastnikami Athletic Club, z którymi również mógł podpisać kontrakt, pomimo ograniczeń, jakie klub z Bilbao narzucał zawodnikom spoza regionu. Ograniczenia te zostały sprytnie zamaskowane, twierdzono, że zawodnik grał w młodzieżowej drużynie Vizcaya. Jednak to żądania finansowe prezesa Indauchu, Jaime Olaso, udaremniły zawarcie umowy, ponieważ milion peset w połowie lat 50-tych był znaczną sumą, której prezes Athletic Club, Enrique Guzmán, odmówił zapłaty.

Real Madryt zapłacił 850 000 dolarów za jego transfer, z ustną umową na dodatkowe 250 000 dolarów, jeśli zdobędzie międzynarodowe występy. Kiedy osiągnął to wyróżnienie i dyrektorzy „Indauchuta” zażądali uzgodnionej płatności, prezes Realu Madryt stwierdził, że nie mogą spełnić warunku, ponieważ młody mężczyzna nie jest już częścią ich klubu. Był w kadrze Realu Madryt w sezonie 1957-58 i zadebiutował w La Liga 9 lutego na Santiago Bernabéu przeciwko Realowi Jaén, tworząc linię ataku z Marsalem, Di Stéfano, Rialem i Gento. Ten mecz i ostatni mecz na La Romareda, w którym strzelił swojego pierwszego gola, były jedynymi, w których zagrał dla Realu Madryt w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale wystarczyły, aby otworzyć swoją gablotę trofeów jedynym tytułem La Liga, jaki zdobędzie, chociaż równie dobrze mógłby dodać Puchar Europy, który Real Madryt zdobył w tym samym sezonie po raz trzeci. W kolejnym sezonie został wypożyczony do Realu Valladolid, w którym rozegrał dwadzieścia siedem meczów i strzelił dziesięć goli, co pozwoliło zespołowi Zorrilla zostać mistrzem Drugiej Ligi i powrócić do najwyższej ligi. Przybycie brazylijskich reprezentantów Didiego i Canario do Realu Madryt oraz zainteresowanie klubu pozyskaniem „Pepillo” ułatwiło transfer Jesúsa Peredy i Ángela Seguroli do Sevilli w ramach umowy zawartej latem 1959 roku. Pereda grał w Sevilli przez dwa sezony (1959-61), rozgrywając łącznie pięćdziesiąt sześć meczów ligowych. Zadebiutował w reprezentacji 13 marca 1960 roku, jako członek zespołu „Promises”(później znanego jako zespół U-21) grając przeciwko Włochom w Palermo. Następnie zagrał ponownie w reprezentacji U-21 przeciwko Francji. Dwa tygodnie później, 15 maja, zadebiutował w seniorskiej reprezentacji na Santiago Bernabéu przeciwko Anglii w meczu towarzyskim, który Hiszpania wygrała 3-0. Wyjściowy skład reprezentacji Hiszpanii to: Ramallets; Pachín, Garay, Gracia; Vergés, Segarra, Pereda (Del Sol 44'), Eulógio Martínez, Di Stéfano, Peiró i Gento. W październiku tego samego roku był również członkiem reprezentacji B, która pokonała drużynę A Maroka 4:3 w kolejnym meczu towarzyskim rozegranym w Granadzie. W czerwcu 1961 roku FC Barcelona pozyskała go, aby zastąpił Luisa Suáreza, który odszedł do Interu Mediolan, i poprowadził nowy projekt, który nowo mianowany prezes, Enrique Llaudet, planował jako kontynuację legendarnej ery Kubali, Ramalletsa, Czibora i Tejady. W tym okresie grał przez osiem sezonów (1961-69), występując w barwach Blaugrany w sumie w 293 meczach, strzelając 104 gole, z czego 42 w La Liga. Zdobył Puchar Króla w 1963 i 1968 roku a także Puchar Miast Targowych w 1966 roku. Następnie dołączył do Sabadell na sezon 1968-69, po czym zakończył karierę w Mallorce, gdzie rozegrał 51 meczów w Second Division w ciągu dwóch sezonów (1969-71). Po zakończeniu kariery piłkarskiej trenował drużynę firmy „Danone” a w sezonie 1974/75 był selekcjonerem młodzieżowej reprezentacji Katalonii. W kolejnym sezonie został selekcjonerem młodzieżowej reprezentacji, po tym jak Pablo Porta powołał go na miejsce Eduardo Toby. Pozostał trenerem Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej przez kilka lat, najpierw asystując Kubali, a następnie Luisowi Suárezowi, gdy ten ostatni objął posadę trenera reprezentacji do lat 21. Zastąpił Suáreza w 1988 roku, aż do 1992 roku, kiedy to Javier Clemente przejął funkcję selekcjonera reprezentacji. Clemente ostatecznie go zwolnił, twierdząc, że „za dużo mu płacono za tak mało, jak na jego umiejętności”. W tym czasie zdobył dwa tytuły mistrza Europy do lat 16 oraz wicemistrza świata do lat 17 i 20. Z powodu choroby Vicente Miery miał również okazję poprowadzić seniorską reprezentację w jednym meczu.

Później dorywczo pracował jako trener w skromnych klubach, w tym w Xerez. Był właścicielem restauracji serwującej owoce morza. Na początku XXI wieku, wraz z rodakiem z Burgos, byłym piłkarzem, obecnie związanym z branżą budowlaną, założył agencję reprezentacji piłkarzy. Z tego stanowiska potępił podejrzany podział prowizji przy pozyskiwaniu piłkarzy Barcelony, a także sztucznie zawyżoną cenę za brazylijskiego Geovanniego, który, nawiasem mówiąc, okazał się kolosalną porażką. Spotkałem go osobiście podczas dyskusji telewizyjnej, gdy kończyłem czwartą część „Historii i statystyk hiszpańskiej piłki nożnej”, która zakończyła się słynnym golem Marcelino. Pierwszą rzeczą, o której mu wspomniałem, były moje wątpliwości co do tego, dlaczego prasa, z którą się konsultowałem, uznała go za autora dośrodkowania, które napastnik Zaragozy później wykończył, podczas gdy w materiale filmowym, który miałem z kronik No-Do, numer 7 – czyli Amancio – był widziany podczas zagrania. Potwierdził, że to on wykonał zagranie, a nagranie zostało zmanipulowane, prawdopodobnie dlatego, że brakowało w nim pełnej sekwencji. Zagranie zostało później odzyskane dzięki nagraniu meczu nagranemu przez byłą sowiecką telewizję. Oprócz wszystkich piłkarskich cech, które prezentował w różnych mediach, w których pracował, jego charakter sprawił, że stał się lubiany przez wszystkich, którzy go znali, zwłaszcza jego witalność, chęć do gry i uczciwość. 27 września 2011 roku zmarł nad ranem, ofiarą raka, którego do samego końca starał się ukryć swoją charakterystyczną wesołość. Następnego dnia ci z nas, którzy podziwiali jego osobowość, zebrali się, aby go pożegnać. Byli tam jego koledzy z reprezentacji, z którą zdobył swoje najważniejsze trofeum: Iríbar, Olivella, Calleja, Zoco, Fusté, Amancio i wielu innych zawodników, z którymi dzielił wspaniałe popołudnia zaledwie kilka metrów od niego. Byli częścią mojego albumu z naklejkami, którego z powodu upływu lat – jego i mojego – nie byłem w stanie rozpoznać. To było wzruszające i niezwykłe pożegnanie, jak te, które otrzymują wielkie osobistości po występie, opuszczając dom pogrzebowy wśród owacji na stojąco.

9

@FCBparasiempre
15 czerwca 1993 r. Ekwador rozgromił Wenezuele 6:1 w Quito na inauguracje 36. edycji Copa America. Gdy rozpoczynał się turniej Argentyna pozostawała niepokonana z każdym meczem, śrubując swój niewiarygodny rekord. Wówczas statystycy futbolu mieli do czynienia z trzema tego typu przypadkami, skrzętnie odnotowanymi w annałach. Najpierw słynna „squadra azzura” w latach1935-39 rozegrała 30 meczów bez porażki. Tę serie Włochów przerwała dopiero Szwajcaria 12.11.1939 r. wygrywając 3:1. Potem na arene wkroczyła równie sławna ,,złota jedenastka”. W okresie 1950-54 genialni Węgrzy nie przegrali w 32 kolejnych meczach, w przeciągu 4 lat. Dopiero w ,,niesprawiedliwym” finale MŚ w Bernie, 4 lipca 1954 r. uległa RFN. Wreszcie cudowny zespół Brazylii pozostawał niepokonany w latach 1970-73, rozgrywając 29 meczów bez porażki w 3 lata i 3 miesiące. „Canarinhos” polegli 9.06.1973 r. w Rzymie z Italią 0:2. Teraz na ten historyczny szlak wkroczyła Argentyna. Nowy trener Alfio Basile, który przejął drużynę narodową od Carlosa Bilardo, zadebiutował w lutym 1991 r. zwycięstwem 2:1 nad Węgrami. Mało kto przypuszczał wówczas iż wygrana ta da początek imponującej serii. To było jak sen. 25 meczów bez porażki i niezłomna wola by ten triumfalny seans ciągnąć dalej i dalej, może bez końca?! Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres. Także sport nie zna zespołów niepokonanych. Nawet najlepszy wreszcie znajduje swego pogromcę. Argentyna musiała czekać na niego jeszcze jakiś czas aż do sierpnia 1993, kiedy to w eliminacjach do MŚ ’94 uległa w Barranquilla Kolumbii 1:2. Był to 34 mecz ekipy Alfio Basile. Zwiastował on nadejście ciężkich czasów i niewyobrażalną wręcz katastrofe – haniebne 0:5 z tą sama Kolumbią w Buenos Aires! Na razie jednak wszystko zdawało się iść jak po maśle. Argentyńczycy zjechali do Guayaquil opromienieni sławą piłkarzy niepokonanych. Basile przywiózł aż 12 obrońców tytułu sprzed 2 lat, zgodnie z zasadą iż zwycięskiego składu bez potrzeby się nie zmienia. Z zawodników podstawowych zabrakło właściwie tylko Caniggii, który we Włoszech co rusz popadał w tarapaty na tle swoich erotyczno-narkotycznych fascynacji. Lekkonogi lekkoduch okazał się nie do zastąpienia. Jego brak wydatnie obniżył skuteczność argentyńskiego napadu. Atletyczny Acosta grał chaotycznie i bez wyrazu. Już w pierwszym meczu z Boliwią powstała kolejna dotkliwa wyrwa. Groźnej kontuzji doznał doskonały pomocnik Dario Franco i rychło wyszło na jaw, że i w tym przypadku dublerzy(Zapata względnie Basualdo) nie dorastają mu do pięt. Realnym wzmocnieniem wydawał się za to niezwykle uzdolniony młodzian, Fernando Redondo, wysoki, szczupły, z anielską buzią grzecznego chłopca i długimi blond włosami, subtelny i wiotki – w walce zamieniał się w zażartego brytana. Grał z ,,piątką” i wnet pojawiły się opinie że oto narodził się godny następca legendarnych środkowych pomocników takich jak: Monti, Minella, Perucca, Rossi, Gallego czy Batista. Owe ekstatyczne sądy formułowano nieco na wyrost, chociaż istotnie Redondo grał niczym młody Bóg.

Rok 1993 przyniósł istotną rewolucje w dotychczasowej historii imprezy. Po raz pierwszy postanowiono dokooptować do grona tradycyjnych uczestników czołowe zespoły Ameryki Północnej i Środkowej. W ten sposób uchyliła się furtka dla USA i Meksyku. Tym samym nazwa Puchar Ameryki uzyskała wreszcie pełne, dosłowne brzmienie. Tak, to już były mistrzostwa z prawdziwego zdarzenia, mistrzostwa całej Ameryki! Regulamin przewidywał że z 3 grup eliminacyjnych do fazy ćwierćfinałowej wejdzie 8 zespołów. To sprawiało iż zajadły bój toczył się o każdy punkt i każdego gola, bowiem przy korzystnej różnicy bramkowej nawet 3 miejsce w grupie stwarzało szanse awansu. Na ,,oko” najmocniej wyglądała grupa B – Brazylia, Chile, Peru i Paragwaj; najsłabiej grupa A – Urugwaj, Ekwador, Wenezuela i USA; grupa C tak sobie – Argentyna, Kolumbia, Boliwia i Meksyk. Okazać się miało wkrótce że 3 najlepsze ekipy wywodzą się właśnie z tej ostatniej. Gospodarze niezwykle starannie przygotowali się do turnieju, którego gospodarzem ostatni raz byli w roku 1959. Renowacji poddano przestarzałe obiekty. Niegdyś Ekwador dysponował zaledwie jednym stadionem z prawdziwego zdarzenia, chodzi o „Estadio Capwell” w Guayaquill. On właśnie został gruntownie zmodernizowany. Ekipe Ekwadoru przysposobił do turnieju jugosłowiański szkoleniowiec Duszan Draskovič. Zdołał on stworzyć całkiem niezły zespół. Niesiona na skrzydłach szaleńczego dopingu drużyna gospodarzy grała niezwykle ofensywnie, z polotem i rozmachem. Zwyciężyła wszystkich grupowych rywali z renomowanym Urugwajem włącznie. Niestety z owej renomy pozostało ,,urusom” doprawdy niewiele. Już od dłuższego czasu futbol urugwajski pogrążony był w głębokim upadku. Niemal wszyscy czołowi piłkarze występowali za granicą. Mecze w reprezentacji wielu z nich traktowało jako zło konieczne. Gdzieś zagubiła się dawna solidarność, przysłowiowa wola walki, stępiał ów legendarny urugwajski ,,lwi pazur”. Poznikali świetni błyskotliwi napastnicy. Defensywa wzięła góre nad atakiem, lecz defensywne kunktatorskie nastawienie stało się wręcz trwałym fragmentem mentalności nowej generacji piłkarskiej. Wenezuela z kolei nie troszczyła się zbytnio o obrone, wiedząc że nie ma dużo do stracenia. Taka postawa sprawiła iż zespół z Caracas stworzył wcale niezłe widowiska a że w ataku miał dwóch naprawdę dobrych graczy, strzelał sporo goli. I oto sensacja – po ich podliczeniu okazało się nieoczekiwanie że królem snajperów całego turnieju został właśnie Wenezuelczyk Jose luis Dolgetta, z czterema golami! Natomiast debiutant na tej imprezie prowadzony przez Milutinovicia team USA grał bez cienia respektu wobec faworytów. Chłopcy z Ameryki Północnej niewiele jeszcze potrafili, lecz dopisywało im końskie zdrowie i nieprawdopodobna ambicja. Toteż walczyli do upadłego, biegali w tempie sprinterów, oddając się tym zajęciom z przekonaniem i radosną świeżością. Obrońca Lalas z rudą kozią bródką, niezły technik Tab Ramos i szybki jak strzała Jones pozostawili ciepłe wspomnienie. W grupie B stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego. Zespół Chile, niewątpliwie najlepszy w tym gronie, wzniósł się na wyżyny bijąc po fantastycznym meczu Brazylię 3:2, po czym pechowo przegrał dwa pozostałe mecze i…. odpadł z turnieju. Chilijczycy pokazali tych samych piłkarzy, co 2 lata wcześniej ale bohaterami horroru z Brazylią stali się akurat dwaj debiutanci. Dwa gole strzelił korpulentny skrzydłowy Zambrano a jednego znakomity technicznie pomocnik Jose Sierra. Chilijczycy na decydujący mecz z Peru ściągnęli specjalnym samolotem z Madrytu ,,Ivana Groźnego” czyli Zamorano ale nawet ta odsiecz nie na wiele się zdała. Mimo druzgocącej przewagi wściekle atakujących desperatów, rozpaczliwa obrona ,,Inków” nie dopuściła do utraty gola. Za to szybki Peruwiańczyk Rivera czyhał w przodzie na tę jedną, jedyną okazje. Doczekał się wreszcie i po faulu Del Solar zdobył z karnego zwycięskiego gola. Z kolei Paragwaj zaprezentował betonową obrone z chimerycznym, lecz w sumie niezawodnym Chilavertem w bramce i szybkie wypady, w których celował znakomity Roberto Cabañas. Ta niezbyt skomplikowana taktyka przyniosła, dzięki Cabañosowi, pewne rezultaty, chociaż nie wzbudziła zachwytu widzów. Sytuacja w grupie zagmatwała się do tego stopnia że ostatecznie awansowały trzy ekipy: Peru z 4 punktami oraz Brazylia i Paragwaj z 3 punktami.

W grupie C na początku Kolumbia wygrała minimalnie z Meksykiem, zaś Argentyna z Boliwią i od tej pory już wszyscy remisowali ze wszystkimi, co najlepiej świadczy o tym, jak wyrównane były siły i poziom uczestników. Zarówno Kolumbijczycy jak Boliwijczycy przywieźli niemal samych dobrych znajomych, sprawdzonych w dwu ostatnich turniejach. Chociaż Francisco Maturana, który po przerwie przejął opiekę nad reprezentacją, mógł się poszczycić dwoma nowymi nabytkami. Potężnie zbudowany Adolfo Valencia sunął po skrzydle niczym superekspres, któremu to skojarzeniu zawdzięczał przydomek ,,Tren”. Nie był to wszakże żaden toporny osiłek, tylko drybler i przebojowiec wysokiej klasy. Wkrótce, jako pierwszy Kolumbijczyk w historii wystąpił w Bundeslidze i to gdzie!? W Bayernie Monachium! Valencia miał nieco dzikie, miękkie, kocie ruchy ale przy swoim równie ciemnoskórym koledze sprawiał wrażenie, jakby tkwił w twardym, sztywnym gorsecie – Faustino Asprilla wyglądał bowiem na zupełnie pozbawionego kości. Szczupły murzynek prawdopodobnie składał się wyłącznie z gumy i kleju. Jego długie nogi wyginały się pod takim kątem, którego kompletnie nie przewidywała geometria euklidesowa. Niegdyś równie elastyczne kończyny posiadał fenomen dryblingu Rene Houseman. Teraz Asprilla wykonywał swój obłędny taniec nad piłką a usiłującym pilnować go obrońcom zesztywniałe nogi wrastały w trawę. Ten niesamowity artysta kiwki dał się już poznać tak dobrze że do Ekwadoru przyjechał dopiero na ćwierćfinały, gdyż na co dzień, od 1992 występował we włoskiej Parmie. Najciekawszy mecz w grupie Kolumbia rozegrała z Argentyną, mimo że jego losy rozstrzygnęły się raptem w przeciągu 5 minut. Najpierw Diego Simeone w długim rajdzie zapędził się w okolice lewego narożnika boiska. Popychany przez bezpardonowo wkraczających obrońców przewrócił się, fiknął ze dwa koziołki i podrywając się z ziemi, niemal z zerowego kąta uderzył bezpańską piłke. Bramkarz Cordoba, zastępca zdyskwalifikowanego Higuity, zupełnie nie spodziewał się takiego zagrania, które zmysłowi orientacji Simeone wystawiło najwyższe świadectwo. Trzy minuty później Rincon wpadł z pilka w pole karne, zmylił Basualdo, zakręcił Borellim i jak z katapulty huknął w górny róg. Była 5 minuta meczu i 1:1 a do końca nic się nie zmieniło. Debiutujący Meksyk rozkręcał się stopniowo. Najpierw z Kolumbią zapłacił frycowe, przegrywając po wyrównanym meczu 1:2 ale już z Argentyną zadziwił wszystkich. W dusznym tropikalnym klimacie ekipa ,,Azteków” czuła się znakomicie, rześko i świeżo, podczas gdy podopieczni Basilego wyglądali na facetów, którzy właśnie wyszli z parowej łaźni. Przez trzy czwarte meczu przewaga należała do Meksykanów, grających swobodnie, lekko, z ogromną fantazją. Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Meksyk ledwo przecisnął się prze sito grupowej rywalizacji ale co bystrzejsi eksperci przewidywali że na tym się nie skończy. Mieli racje. Ostatecznie w ćwierćfinałach uformowały się pary: Ekwador – Paragwaj, Kolumbia – Urugwaj, Argentyna – Brazylia i Meksyk – Peru. Powszechną uwagę ze zrozumiałych powodów skupił pojedynek gigantów. O Argentynie już pisałem. Grała słabiej niż 2 lata wcześniej ale przecież zachowała wszelkie walory w pełni dojrzałego zespołu, z żelazną konsekwencją zmierzającego do celu. Brazylia, która po porażce z Chile niemal urwała się ze stryczka, rzuciła się z furią do szturmu. Rej wodzili zwłaszcza zawodnicy São Paulo, najlepszej wówczas klubowej drużyny kontynentu i świata. Prawy obrońca Cafu wprost szalał, inicjując rajdy godne klasycznego skrzydłowego. Subtelny technik Palinha atakował niezmordowanie z głębi pola. Dynamicznych przebojów próbował czarnoskóry Müller, jeden z tych, którym nie bardzo powiodła się włoska przygoda w Torino i który za wszelką cene chciał dowieść że wciąż należy do najgroźniejszych napastników Brazylii. On też strzelił w 37 minucie gola. Po przerwie tego pasjonującego meczu obrońcy tytułu pracowicie odrabiali stratę i wreszcie Leo Rodriguez po wspaniałym wyskoku, którego nie powstydziłby się Passarella czy Ruggeri, wpakował piłke do siatki. Po bezbramkowej dogrywce sędzia zarządził rzuty karne. W pierwszej serii wszyscy strzelali bezbłędnie ale Argentyna miała prawdziwego fenomena w tej specjalności. Goycochea cierpliwie czekał na swoją szanse i doczekał się w iście tygrysiej paradzie parując sygnalizowany strzał Valbera.

Brazylia mimo dobrej ofensywnej postawy odpadła z turnieju. W pozostałych meczach ćwierćfinałowych nie było już takich emocji. Ekwador gładko rozprawił się z rozchwianym Paragwajem, Meksyk potwierdził wysokie aspiracje, bijąc całkiem przyzwoicie spisujące się Peru i tylko Kolumbia okrutnie męczyła się z ultradefensywnym Urugwajem, pokonują go dopiero 5:3 w rzutach karnych. Półfinały ustaliły rzeczywistą hierarchie. Nawet ulewny deszcz nie ostudził zapału 45 tysięcy ekwadorskich kibiców, nieznużenie dopingujących swoją jedenastke. Jednak ataki Aguinagi, Avilesa I Hurtado grzęzły zarówno w błocie, jak i w kleszczach twardej obrony meksykańskiej. Za to kontry ,,Azteków” były bezlitosne. Najpierw ,,Hugol” Sanchez udowodnił iż nie przypadkowo cieszy się takim zawołaniem, po czym Ramirez po 50-metrowym rajdzie wjechał z piłką do bramki. Gospodarze zostali sprowadzeni na ziemie a debiutant dotarł aż do finału. W drugim półfinale trwał ciężki bój o każdy metr boiska. Siły Argentyny i Kolumbii okazały się niemal idealnie wyrównane. W 25 minucie urugwajski sędzia usunął z placu stopera Pereę i osłabiony liczebnie zespół Valderramy musiał rzucić na szalę resztki nadwątlonych sił. Obie strony wyczekiwały dogrywki a potem jak zbawienia rzutów karnych. Powtórzyła się historia z Brazylią. Pięć kolejek z rzędu strzelcy obu drużyn demonstrowali nerwy niczym postronki. Pierwszy nie zdzierżył Aristizabal, uderzył wprawdzie silnie i celnie, lecz naprzeciwko stał fenomenalny Goycochea o sprężynowych nogach i refleksie jaguara. A więc finał zupełnie szokujący: Meksyk – Argentyna! Finałowe spotkanie w Guayaquil oglądało 40 tysięcy widzów, którzy byli świadkami zaciętego meczu, obustronnej nieustępliwości i futbolu raczej wyrozumowanego niż żywiołowego. ,,Aztekowie byli nawet częściej w posiadaniu piłki ,poczynali sobie śmielej, ryzykowali ataki szerokoskrzydłe i prowadzone z dużą dozą finezji. ,,Albicelestes” grali oszczędnie, pragmatycznie, nie tracili sił w technicznych popisach, starannie przygotowując każdą akcje zaczepną. Losy rozstrzygnęły się w drugiej połowie. Dwa gole Gabriela Batistuty(63 i 74 minuta) zostały przegrodzone tylko jednym golem Galindo(67 m. rzut karny). ,,Batigol” właściwie dopiero na finiszu pokazał cały swój kunszt rasowego ,,goleadora”. Najpierw po zwodzie uderzył lewą nogą w prawy dolny róg, po czym uczynił akurat odwrotnie – prawą w lewy! Wszystko trwało okamgnienie a przecież obrońcy meksykańscy doskonale znali zalety Batistuty i nie odstępowali go choćby na krok. Na próżno. Dwie błyskawiczne akcje potwierdziły niezwykły instynkt bombardiera Fiorentiny, dając Argentynie upragniony tytuł mistrza Ameryki w pełnym tego słowa znaczeniu. Akredytowani w Ekwadorze dziennikarze ułożyli symboliczną jedenastke tego turnieju. Weszli do niej: Goycochea, Ruggeri, Capurro, Ramirez, Rincon, del Solar, Simeone, Aguinaga, Valderrama, Batistuta, Zaguinho. Na koniec składy z finałowego starcia:

ARGENTYNA: Goycochea – Basualdo, Ruggeri (40 Cáceres), Borrelli, Altamirano – Zapata, Simeone, Redondo, Gorosito (64 Rodríguez) – Batistuta, Acosta

MEKSYK: Campos – R. Ramírez, Suárez, J. Ramírez, Gutiérrez (79 Flores) – Patińo (45 L. García), Ambriz, García Aspe, Galindo – Sánchez, Alves

7

1

@Comentateiro Matematyka się zgadza! Poza matematyką istnieje też stwierdzenie: Nie ważne, kto jak zaczyna, najważniejsze jak skończy!

10

@FCBparasiempre
15 czerwca 1974 r. reprezentacja Polski pokonała Argentyne 3:2 w fazie grupowej mistrzostw świata w RFN.

Ach! Co to był za mecz! Dokładnie 52 lat temu reprezentacja Polski pokonała faworyzowanych Argentyńczyków 3:2 na X Mistrzostwach Świata w piłce nożnej. Był to pierwszy mecz na tych mistrzostwach naszej reprezentacji. Widowisko miało miejsce w Stuttgarcie na słynnym Neckarstadionie. Teraz, po latach, ciśnie się na usta stwierdzenie: "wtedy wszystko było inne". Nawet wynik wydaje się być prawie niemożliwy w obecnych czasach. A jednak marzenia się spełniają. Po udanych kwalifikacjach w naszym wykonaniu i kapitalnych meczach z Anglią – nie tylko ten wieńczący awans remis z Wembley był piękny..., piękne było także zwycięstwo z Chorzowa 2:0. Pierwszą bramkę strzelili Jan Banaś i Robert Gadocha – wtedy nie było "VARu", a zamieszanie pod bramką Anglików nie pomagało w jednoznacznym stwierdzeniu, który z nich był szczęśliwym strzelcem. Mecz tamten jednak miał i swoją tragiczną stronę – w 54 minucie zniesiono z boiska jednego z najwspanialszych piłkarzy polskich w historii – Włodzimierza Lubańskiego. Jeszcze w 47 minucie strzelił Anglikom drugiego gola, a już kilka chwil później "skarcił" go za to brutalnym faulem Roy McFarland. Mecze kontrolne przed mistrzostwami świata nie nastrajały optymistycznie. "Strasznie" męczyliśmy się ze "średniakami". Jednak trener Kazimierz Górski uspokajał mówiąc, że to nie te mecze maja znaczenie. Były to gry kontrolne czy nawet bardziej treningowe, w których można było sprawdzić kilku zawodników więcej, zaplanować optymalne ustawienie. To Górskiemu udało się w zupełności. Tamtejsze czasy charakteryzowały się innymi zasadami taktycznymi, innymi ustawieniami poszczególnych formacji. Inaczej też sędziowano, a przepisy w sumie nie dopuszczały "walki wręcz" jak to ma miejsce teraz. Wtedy gra była oparta na finezji a nie na sile.

Inaczej także numerowano zawodników bo jeśli reprezentacja liczyła 22 zawodników, to numery na koszulkach biegły od 1 do 22. Stąd "1" to główny bramkarz, "9" to rozgrywający, a "10" to środkowy napastnik. W naszej reprezentacji jednak było nieco inaczej. U nas zawodnicy w kolejności od bramkarzy aż po napastników numerowani byłi właśnie kolejno. Dlatego Jan Tomaszewski grał z numerem 2, bo "jedynką" był Andrzej Fischer – alfabetycznie pierwszy. Kolejne numery mieli obrońcy, później pomocnicy i dlatego jeden z najlepszych rozgrywających na świecie – Kazimierz Deyna – grał z 12 na koszulce. Natomiast atak tworzyła słynna trójka od 16 do 18: Grzegorz Lato 16, Andrzej Szarmach 17 i Robert Gadocha 18'. Należy też dodać, że wtedy grało się systemem 4-3-3 i prawie wszyscy tak właśnie formowali swoje drużyny. Dość powiedzieć, że Argentyna była jednym z faworytów tych mistrzostw, a już z pewnością tego meczu. Kazimierz Górski mówił jednak, że "dopóki piłka w grze...". I przyszedł czas tej gry. Sobota, godzina 18:00, Stuttgart, Neckarstadion, walijski sędzia Clive Thomas daje sygnał do rozpoczęcia meczu. Wszyscy sędziowie byli z Europy – boczni z RFN i Szkocji – co obecnie byłoby prawie niemożliwe. Wtedy jednak nie dostrzegano tych "zakulisowych niuansów" rywalizacji międzykontynentalnej Europy i Ameryki Południowej. Dodam jeszcze, że o tej samej godzinie, równolegle, rozpoczął się na Olimpijskim Stadionie w Monachium, drugi mecz naszej grupy, między Włochami i Haiti – zakończony zwycięstwem Włochów 3:1. Początek meczu Polaków(popularnie zwanych później Orłami Górskiego) wprowadził niemałą konsternację wśród Argentyńczyków. Silna i zgrana obrona naszych nie dopuszczała ich do jakiejkolwiek sytuacji pod bramką. Jakby tego było mało, kapitalnie rozgrywali nasi pomocnicy, z Deyną na czele. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw Lato w 7. minucie, a później Szarmach w 9. minucie rzucili Argentyńczyków na kolana. Wynik 2:0 dawał nam komfort gry i pozwalał na dość śmiałe atakowanie przeciwników. U nich stał w bramce Daniel Carnevali i tylko jemu zawdzięczali, że nie padły dalsze bramki dla Polski, "broniły" ich także słupki. Dopiero w drugiej połowie i to w 60. minucie Ramon Heredia strzelił gola kontaktowego. Myśmy odpowiedzieli bramką na 3:1 zaledwie dwie minuty później – znowu Grzegorz Lato. W tej części spotkania Argentyńczycy "przycisnęli" nas jednak i w 66. minucie Carlos Babington strzelił gola na 3:2. Do końca przeciwnicy liczyli przynajmniej na wyrównującą bramkę, ale nasza obrona wraz z fenomenalnym Janem Tomaszewskim w bramce do tego nie dopuściła. Następnego dnia, w niedziele, wiele gazet, nie tylko polskich relacjonowało wydarzenia z mistrzostw. "Przegląd Sportowy", w specjalnym niedzielnym wydaniu, na pierwszej stronie pisał wielkimi literami "WIELKI KONCERT BIAŁO-CZERWONYCH" i dalej: "Polska – Argentyna 3:2" oraz "Rywal walczył do końca". Mecz nie był jednak tak jednostronny jak to ukazywały tytuły w gazetach. Dość powiedzieć, że wschodząca wielka gwiazda Argentyny – Mario Kempes – chwilę po rozpoczęciu meczu - był sam na sam z Janem Tomaszewskim..., ale świetną okazję do strzelenia bramki, na nasze szczęście, zmarnował.

O ile w Polsce wielu kibiców nosiło w sobie nadzieje na dobre występy Polaków a także wielu znawców rodzimego futbolu mówiło o "realnych marzeniach", o tyle zagraniczne media i znawcy byli bardzo zaskoczeni postawą Polaków. Dwa przykłady zaskoczenia i zachwytu podaje książka "Srebrna Drużyna" (KAW, 1974). Pierwszy jest z "Münchner Merkur" (18.06.1974) i szerzej opisuje zdarzenie: "Polscy napastnicy w pierwszej połowie znokautowali Argentynę". To jednoznaczne wprowadzenie w dalszej części artykułu rozwinięte jest w dość trafną analizę: "Ich numer 12 – kapitan drużyny Kazimierz Deyna – to doskonały gracz, który z piłką przy nodze pokonywał spacerkiem obronę argentyńską niby człowiek, który na filmie przechodzi przez ścianę". Gadochę krytycy piłkarstwa określiliby niegdyś mniej więcej tak: "Człowiek, którego tak trzymają się tricki, jak małpy wszy. Numer 18 – rekordzista, internacjonał Polski, wyssał, jak się zdaje, sztukę piłkarską z mlekiem matki. Jego podania z flanki i przerzuty były tak fałszowane, że nawet tacy mistrzowie, jak Heredia i Perfumo wraz ze swymi argentyńskimi kolegami, klęli niby furmani, kiedy zostawiali Polakowi zbyt wiele swobody. Numer 10, Musiał, zamienił życie argentyńskich napastników w prawdziwe piekło. Ta maszyna na dwóch nogach biegała przez 90 minut na pełnych obrotach". Natomiast "Aftenposten" (19.06.1974) napisał: "W napadzie mają najszybszą w świecie trójkę: Gadochę, Szarmacha i Latę. Z ogromnym powodzeniem Polacy realizują głoszone przez siebie hasło: atak jest najlepszą obroną". Antoni Szymanowski, polski obrońca, grał w tym meczu z "4", w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" tak komentuje nasze zwycięstwo: "Przecież w tym meczu nikt na nas nie stawiał. Teraz już wiemy, że cztery lata później Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, a przeciwko nam grał już supersnajper złotych medalistów Mario Kempes. Trener Kazimierz Górski przed meczem powtarzał nam, byśmy się im postawili i zagrali tak, jak umiemy. Tylko tyle od nas wymagał. Niby banał, ale on dobrze wiedział, że to może wystarczyć, bo nasz zespół od olimpijskiego złota w Monachium rósł w siłę, a legendarny mecz na Wembley skonsolidował drużynę. To był chrzest bojowy. Skoro wyeliminowaliśmy mistrzów świata z 1966 roku, mogliśmy wierzyć, że w Niemczech nie damy plamy. Wszystko zaczęło się właśnie od Argentyny". A na wzmiankę o prowadzeniu 2:0 już w 9. minucie meczu stwierdza: "Dla takiego rywala to musiał być szok, z którego na dobrą sprawę nie otrząsnął się już do końca turnieju. Argentyna wyszła z grupy, ale tylko dlatego, że poważnie potraktowaliśmy mecz z Włochami, mimo że awans mieliśmy już w kieszeni. Nasza wygrana oznaczała, że Italia wracała do domu a do kolejnej rundy przeszli też Argentyńczycy".

1

@Bernard777 Dokładnie!

6

"Ja jednak wieeerze że nie będzie źle, e Viva España Ole!".

4

@FcPortoFan1999 Republiką :)

15

Wojna futbolowa:

Końcówka lat 60-tych była czasem wielkich napięć pomiędzy Salwadorem a Hondurasem. Zarzewiem konfliktu stała się migracja salwadorskich chłopów, którzy w poszukiwaniu lepszego życia masowo osiedlali się na terytorium przygranicznym Hondurasu. Spowodowane to było faktem, iż ponad połowa rolników pracowała tylko sezonowo. W poszukiwaniu lepszego życia decydowali się opuszczać swoją ojczyznę. Szacuje się, że na ten krok zdecydowało się od 150 do 300 tysięcy! W obawie przed szerzeniem się biedoty, której niestety i tak już było sporo, kraj ze stolicą w Tegucigalpa zapowiedział reformę rolną; miała zostać wprowadzona głównie kosztem ziemi zagospodarowanej nielegalnie przez Salwadorczyków. Warto również wspomnieć, że niektórzy obywatele Hondurasu dopuszczali się brutalnych zbrodni. W skrajnych przypadkach także torturowali swoich sąsiadów. Prasa publikowała zdjęcia represjonowanych. Nienawiść była olbrzymia, a wojna wisiała na ostrzu noża. Kiedy więc los w eliminacjach do Mundialu 1970, który miał się odbyć w Meksyku, skrzyżował obie te reprezentacje, stało się jasne, że będą to mecze podwyższonego ryzyka. Pierwsze starcie wyznaczono na 8 czerwca 1969 w Tegucigalpie, stolicy Hondurasu. W przededniu spotkania prawdziwy „popis” dali kibice gospodarzy, którzy zgromadzili się pod hotelem zamieszkiwanym przez reprezentantów Salwadoru i tak skutecznie uprzykrzali im życie, że ci w nocy nie zmrużyli nawet oka! Podczas swojego „gorącego” powitania nie szczędzili kamieni ciskanych w okna przy akompaniamencie wrzasków i petard. Nietrudno się zatem domyślić, że swój cel osiągnęli. Zawodnicy „Los Catrachos” wygrali spotkanie, decydującą bramkę strzelając w ostatniej minucie gry. To, co wywołało euforię wśród jednych, innych pchnęło do dramatycznych decyzji. 18-letnia Amelia Bolaños, która oglądała to spotkanie na ekranie telewizora, chwilę po tym wydarzeniu popełniła samobójstwo, strzelając sobie w serce. Użyta przez nią broń należała do jej ojca i została wykradziona z jego biurka… Tak przynajmniej brzmi wersja Ryszarda Kapuścińskiego, której niestety nigdy nie potwierdzono. Być może był to zabieg mający na celu dodanie nieco romantyczności do całego wydarzenia. Tego niestety już się nigdy nie dowiemy. Wróćmy zatem do faktów. Tydzień później miał miejsce rewanż, który odbył się w San Salvador. Drużyna Hondurasu w obawie przed linczem drogę z hotelu na stadion odbyła w opancerzonym wozie. Antonio Mendoza po latach wspominał ostatnie 24 godziny przed meczem: „ Był to czas, kiedy na prawdę baliśmy się o swoje życie. Do naszego pokoju hotelowego wpadła bomba domowej roboty, która na szczęście nie wybuchła”. Cytat ten dobitnie pokazuje, że środki bezpieczeństwa nie były przesadzone. Przejdźmy jednak do samego futbolu. Honduranom do awansu wystarczał remis, gdyż w tamtych czasach nie stosowano jeszcze zasady goli strzelonych na wyjeździe. Każda ich porażka oznaczała trzeci, barażowy mecz. I tak też się stało. Rozpędzona maszyna „La Selecta” rozbiła w puch swojego rywala, nie dając mu żadnych szans, wszystkie trzy bramki strzelając przed przerwą. Jeden z bohaterów tamtej porażki wyznał niedawno, że nie był zbyt rozczarowany tą porażką. Przynajmniej korzystny wynik nie podburzał tłumu. Relacje pomiędzy obydwoma krajami popsuły się do tego stopnia, że wkrótce zerwano stosunki dyplomatyczne. Decydujący o awansie mecz rozegrano na Stadionie Azteca w Meksyku. Tam po dogrywce zwyciężył Salwador 3:2. Futbol jednak zaczynał odchodzić w cień…

Czternastego lipca korespondent Polskiej Agencji Prasowej, Ryszard Kapuściński, nadał taki oto telegram: ,,Tegucigalpa (Honduras) pap 14 lipca via tropical radio rca dzisiaj szósta wieczorem rozpoczęła się wojna Salwadoru z Hondurasem lotnictwo Salwadoru zbombardowało cztery miasta Hondurasu stop jednocześnie wojska Salwadoru przerwały granice Hondurasu usiłując wedrzeć się w głąb kraju stop w odpowiedzi na atak agresora lotnictwo Hondurasu zbombardowało ważniejsze obiekty przemysłowe i strategiczne Salwadoru a siły lądowe podjęły działania obronne”. Oba kraje dysponowały skromnymi siłami wojskowymi, jednak Honduras miał sporą przewagę wśród jednostek powietrznych. Jak się wkrótce okazało, lotnictwo miało odegrać decydującą rolę w całym konflikcie. Lepiej wyposażonym i wyszkolonym pilotom Hondurasu od samego początku udało się wywalczyć przewagę w powietrzu i skutecznie bombardować oddziały lądowe wroga. Dowódcy armii Salwadoru, którzy byli pewni swej przewagi na lądzie i uważali, że łatwo uda im się pokonać Honduras, pozbawieni zapasów paliwa zniszczonych przez samoloty FAH, utknęli ze swoimi oddziałami w miejscu. Już w drugim dniu konfliktu Organizacja Państw Amerykańskich żądała wycofania wojsk Salwadoru z terytorium sąsiada. Jednak dowództwo okupanta zdecydowało, że uczyni to tylko i wyłącznie pod warunkiem wypłaty odszkodowań dla swoich wysiedleńców. W końcu po stu godzinach potyczek, dnia 18 lipca 1969 roku, osiągnięto zawieszenie broni. Salwador długo zwlekał z wycofaniem swoich wojsk, uczynił to dopiero pod groźbą poważnych sankcji. „Tysiące uchodźców z obu krajów, wielu z nich ciężko rannych, przybywa do sąsiedniej Gwatemali” – relacjonowano w Polskim Radiu dwa dni po zakończeniu walk. – (…) W ciągu tych 5 dni walk wojna futbolowa przestała być operetkową ciekawostką z krańca świata. Jest jeszcze jedną, rozgrywającą się na tym świecie tragedią.” Niestety, źródła nie są zgodne co do ilości zabitych. Szacunkowo mogę zatem podać, że jest to przedział pomiędzy dwoma a sześcioma tysiącami osób. Pewny jest jednak fakt, że wiele tysięcy straciło dach nad głową. Wojna, która trwała zaledwie 100 godzin, odmieniła życie ogromnej liczbie ludzkich istnień. Incydenty graniczne trwały aż do 1972 roku. Około 130 tysięcy salwadorskich chłopów powróciło do ojczyzny. Spowodowało to w znaczącym stopniu zahamowanie rozwoju gospodarki tego kraju. W efekcie wojny stosunki polityczne i ekonomiczne między obu państwami zostały zerwane. Traktat pokojowy podpisano dopiero w październiku 1980 pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, dążących do skoordynowania działań armii obu państw przeciwko lewicowym partyzantom salwadorskim, operującym w rejonach przygranicznych. Podpisanie traktatu nie rozwiązało jednak istoty sporu granicznego. A co z piłkarzami Salwadoru? W decydującej rundzie kwalifikacji pokonali Haiti, jednak podczas Mistrzostw Świata nie tylko nie wyszli z grupy – zostali także strasznie upokorzeni, kończąc turniej bez strzelonej bramki i z bilansem dziewięciu goli straconych.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:


15 czerwca 1920 r. w Krakowie urodził się Władysław Gędłek, jeden z czołowych piłkarzy Cracovii po wojnie i filar jej defensywy. Był wychowankiem krakowskiego klubu Krowodrza. W czasie okupacji brał udział w konspiracyjnych rozgrywkach na terenie Krakowa. Po wojnie związał się z Cracovią, z którą w 1947 r. skutecznie walczył o prawo gry w ekstraklasie. W reaktywowanej lidze zgromadzili taką samą liczbę punktów, co Wisła, ale okazali się od nich lepsi w dodatkowym, decydującym o tytule meczu i mogli świętować mistrzostwo. Był to ostatni triumf krakowskiego klubu w lidze. Przez kolejne pięć sezonów był podstawowym zawodnikiem drużyny i jednym z najlepszych obrońców w kraju. Znakomicie radził sobie w grze w powietrzu i dysponował dobrym, długim wykopem. Dobrze spisywał się w sytuacjach podbramkowych i miał niezły start do piłki. Był świetnie wyszkolony technicznie i bardzo sprytnie potrafił się ustawiać. Już w tamtych latach zaczynał grać ofensywnie. Stworzył swój własny styl gry i trudno go było do kogokolwiek porównywać. Pierwszy raz narodowe barwy reprezentował w wyjazdowym meczu z Rumunią (porażka 1:2) 8 maja 1949 r. Od tego czasu stał się podstawowym obrońcą i często występował razem z klubowym kolegą Tadeuszem Parpanem. To Gędłek trzymał w ryzach i kierował naszą defensywą na igrzyskach w Helsinkach. Mimo pechowego występu naszych reprezentantów, jego klasę doceniono za granicą. Był kandydatem do występu w drużynie „reszty świata” w 1953 r. Gędłek był osobą bardzo towarzyską, uśmiechniętą i lubianą przez wszystkich. Tym większym szokiem dla całego piłkarskiego środowiska była informacja o jego samobójczej śmierci. Odszedł 28 lutego 1954 r. ledwie kilka godzin po sparingowym meczu Cracovii.


@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

3

@Terroriser Ależ cała przyjemność po mojej stronie :) Obserwuj mój profil jeśli chcesz ciągle czegoś ciekawego się dowiadywać, gdyż już nie mam możliwości oznaczania więcej użytkowników.

14

Panie i Panowie, 15 czerwca 1883 r. urodził się Henri Delaunay, wybitna postać w dziejach futbolu. Owszem, czekaliśmy dodatkowy rok na UEFA EURO 2020 ale upłynęło 30 lat, zanim spełniło się pierwotne marzenie Francuza o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. „Niewielu mężczyzn pozostawiło tak wyraźny ślad, samą siłą swojej osobowości, w tak uniwersalnej działalności jak piłka nożna, jak Henri Delaunay”. (Pięćdziesiąt lat książki UEFA, 2004) Pierwszy sekretarz generalny UEFA, Francuz Henri Delaunay, zajmuje znaczącą pozycję w historii organizacji, nie tylko jako pionierski duch, który wniósł kluczowy wkład w narodziny europejskiego organu zarządzającego, ale także poprzez swoją rolę jako katalizatora tworzenia Mistrzostwa Europy. Urodzony w Paryżu w 1883 roku Henri Delaunay był oddanym entuzjastą piłki nożnej, który od najmłodszych lat uczynił z gry swoją pasję. W młodym wieku 20 lat został mianowany sekretarzem Etoile des Deux Lacs, wiodącego francuskiego klubu tamtych czasów, i objął stery jako prezes klubu, gdy miał 26 lat. Umiejętności Delaunaya jako administratora zostały już zauważone na szczeblu krajowym w międzyczasie – w 1906, gdy miał zaledwie 23 lata, został mianowany sekretarzem generalnym nowego Francuskiego Komitetu Międzyfederacyjnego, prekursora Francuskiego Związku Piłki Nożnej (FFF), który powstał w 1919 roku. Henri Delaunay, człowiek o mocnym autorytecie, obdarzony wrodzoną wrażliwością i wyostrzonym humorem, był ekspertem od piłki nożnej i jej praw, co było szczególną pomocą w jego roli sędziego we Francji. W 1920 roku światowa organizacja piłkarska FIFA poprosiła go o zasiadanie w nowym komitecie konsultacyjnym ds. Przepisów Gry, który ostatecznie został przemianowany na Komitet Sędziowski FIFA. Następnie skompilował pierwszą serię decyzji dotyczących interpretacji przepisów. Delaunay pielęgnował marzenie o zorganizowaniu europejskich zawodów dla drużyn narodowych, aby rozwinąć tożsamość i atrakcyjność narodowej gry drużynowej. Dał także impuls do rozpoczęcia Mistrzostw Świata FIFA. Na Kongresie FIFA w Amsterdamie w 1928 r. odegrał kluczową rolę w przyjęciu decydującej rezolucji „o zorganizowaniu zawodów, które byłyby otwarte dla reprezentatywnych drużyn wszystkich zrzeszonych stowarzyszeń narodowych”. Inauguracyjne finały mistrzostw świata miały nastąpić w 1930 roku. Delaunay stał się przełomową postacią w powstaniu UEFA w czerwcu 1954 roku, pełniąc rolę kluczowego lidera w działaniach na rzecz utworzenia grupy składającej się z europejskich federacji narodowych. Decyzja FIFA z 1953 roku o autoryzacji kontynentalnych federacji piłkarskich utorowała drogę do narodzin nowego europejskiego organu na spotkaniu 28 krajowych federacji w Bazylei w Szwajcarii następnego lata. Kadencja Henriego Delaunaya jako sekretarza generalnego UEFA była niestety krótka. Jego śmierć w listopadzie 1955 oznaczała, że nie będzie mógł pomóc UEFA w stawianiu pierwszych niepewnych kroków; nie widział też spełnienia swojego wieloletniego marzenia o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. W konsekwencji, kiedy w lecie 1960 roku w końcu rozpoczęły się Mistrzostwa Europy, wypadało aby trofeum nosiło imię człowieka, który tak wytrwale walczył o stworzenie zawodów.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik

4

Rekordy mistrzostw świata:

Brazylijczyk Pelé jest jedynym zawodnikiem w historii, który trzykrotnie zdobył tytuł mistrzowski (1958, 1962, 1970, natomiast jego rodak Cafu jako jedyny w historii wystąpił w trzech różnych meczach finałowych rozgrywek (1994, 1998, 2002).

Rekordowo w pięciu mistrzostwach wystąpiło sześciu zawodników: Meksykanie Antonio Carbajal (1950–1966), Rafael Márquez (2002–2018) oraz Andrés Guardado (2006–2022), Niemiec Lothar Matthäus (1982–1998), Argentyńczyk Lionel Messi (2006–2022) i Portugalczyk Cristiano Ronaldo (2006–2022).

Cristiano Ronaldo jest jedynym, który strzelił gola w pięciu różnych turniejach, natomiast Lionel Messi jako jedyny zaliczył asystę w pięciu różnych turniejach.

Do Messiego należą także rekordy: największej liczby rozegranych spotkań (26), największej liczby rozegranych minut (2314), największej liczby rozegranych meczów jako kapitan (19) oraz największej liczby zdobytych nagród "zawodnika meczu" (11).

Najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata w piłce nożnej jest reprezentant Niemiec Miroslav Klose (2002–2014), który zdobył 16 goli. Jest on także posiadaczem rekordu największej liczby wygranych spotkań (17). Na drugim miejscu jest Brazylijczyk Ronaldo (1994–2006, 15 goli). Trzecie miejsce zajmuje Niemiec Gerd Müller, który ma na koncie 14 goli. Czwartą pozycję zajmuje Lionel Messi ex aequo z Francuzem Just Fontaine, który wszystkie swoje 13 goli zdobył podczas turnieju w 1958 rok – rekord pod względem liczby bramek na jednym turnieju.

Brazylijczyk Mário Zagallo, Niemiec Franz Beckenbauer i Francuz Didier Deschamps są jedynymi, którzy zdobyli Puchar Świata jako zawodnicy i jako trenerzy. Zagallo triumfował w 1958 i 1962 jako zawodnik oraz w 1970 jako trener. Beckenbauer wygrał w 1974 jako kapitan drużyny oraz w 1990 jako trener. Deschamps wygrał w roku 1998 jako kapitan drużyny oraz w 2018 jako trener. Włoch Vittorio Pozzo jest jedynym trenerem, który zdobył dwa tytuły mistrzowskie. Wszyscy trenerzy, którzy zdobyli mistrzostwo świata, prowadzili reprezentacje swoich ojczystych państw.

Reprezentacja Brazylii rozegrała rekordową liczbę meczów w mistrzostwach świata; na kolejnym miejscu są Niemcy i Włochy. Brazylia zdobyła także najwięcej bramek w historii, druga zaś jest reprezentacja Niemiec[48]. Obie te drużyny podczas mistrzostw świata grały ze sobą tylko dwa razy, w finale turnieju w 2002 roku i w półfinale turnieju w 2014.

Kolumbijczyk Marcos Coll jest jedynym zawodnikiem w historii, który na mistrzostwach świata zdobył bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Podczas turnieju w 1962 roku pokonał on radzieckiego bramkarza Lwa Jaszyna.

Do Włocha Waltera Zengi należy rekord najdłuższej serii bez straconej bramki. Na mundialu w 1990 roku bramkarz Włoch nie dał się pokonać przez 517 minut.

Najmłodszym uczestnikiem finałów mistrzostw świata jest piłkarz Irlandii Północnej Norman Whiteside, który w trakcie debiutu miał 17 lat i 41 dni. Natomiast najstarszym uczestnikiem jest egipski bramkarz Essam El-Hadary, który w chwili ostatniego występu liczył 45 lat i 161 dni. Najmłodszym mistrzem świata jest Pelé, który triumfował w wieku 17 lat i 249 dni. Włoch Dino Zoff mając 40 lat i 133 dni, stał się najstarszym zwycięzcą mundialu. Z kolei najstarszym strzelcem jest Roger Milla z Kamerunu, który strzelił bramkę mając 42 lata i 38 dni.

Najwyższe zwycięstwo 10:1 zanotowano w meczu Węgry – Salwador podczas turnieju w 1982 roku oraz 9:0 w meczach Węgry – Korea Południowa w 1954 i Jugosławia – Zair w 1974. Natomiast rekordowe zwycięstwa w meczach eliminacyjnych odniosła Australia, która 11 kwietnia 2001 roku pokonała Amerykańskie Samoa 31:0 w eliminacjach do MŚ 2002 grupy I strefy OFC.



Najwięcej bramek (12) w jednym meczu padło w spotkaniu Austrii ze Szwajcarią 7:5 podczas turnieju finałowego w 1954 roku.

Najwyższy remis to 4:4 – takim wynikiem zakończyły się mecze Anglia – Belgia (w czasie dodatkowym) w 1954 i ZSRR – Kolumbia w 1962. Remis 4:4 był też w regulaminowym czasie meczu Brazylia – Polska w 1938 ale po dogrywce Brazylijczycy wygrali 6:5.


5

@Comentateiro Bo wygrali z najsłabszą ekipą? Ha ha ha

4

@FCBparasiempre
Bardzo pozytywne wrażenie pozostawili po sobie piłkarze Peru. Swoim radosnym, pozbawionym bojaźni futbolem skradli serca milionów fanów na całym świecie. Przy odrobinie szczęścia mogli zagrać na nosie faworytom i wyjść z grupy. Do ostatniej chwili na włosku wisiał awans do fazy pucharowej reprezentacji Argentyny. Po remisie 1:1 z Islandią i sromotnej porażce 0:3 z Chorwacją, która bezapelacyjnie zdominowała grupowe rozgrywki, Albicelestes poczuli dotyk noża na gardle. Starcie z Nigerią musieli wygrać, a nastroje w ekipie były grobowe. Media donosiły, że trener Jorge Sampaoli stracił szacunek w szatni i drużyną w pojedynkę dyryguje Messi. Ostatecznie wyszarpali trzy punkty z rąk drużyny z Afryki po zwycięstwie 2:1 i awansowali do 1/8 finału. Niestety, z paskudnej strony stale pokazywała się legenda światowej piłki i samych Mistrzostw Świata, Diego Maradona. Obrazki z jego udziałem obiegały internet szybciej niż jakiekolwiek inne. Boski Diego, ewidentnie będąc pod wpływem środków odurzających, zasypiał w loży honorowej, prezentował wulgarne gesty i awanturował się. Warto wspomnieć, że trener Chorwatów, Zlatko Dalić, odesłał do domu Nikolę Kalinicia, który podczas meczu z Nigerią, obrażony za posadzenie na ławce, odmówił wejścia na murawę. Bez niespodzianek obyło się w grupie E. Brazylia i Szwajcaria wyszły z niej bez większych problemów. Zapamiętaliśmy przede wszystkim teatralne popisy Neymara oraz zachowanie Szwajcarów z meczu przeciwko Serbii. Nie od wczoraj kadra Helwetów stanowi zlepek piłkarzy urodzonych w różnych częściach Europy. Gole w starciu z Serbią strzelali pochodzący z Albanii Granit Xhaka i urodzony w Kosowie Xherdan Shaqiri. Serbowie z obydwoma krajami nie mają dobrych relacji, wobec czego w Kaliningradzie często wypominali szwajcarskim piłkarzom ich pochodzenie. Po skierowaniu piłki do siatki Xhaka i Shaqiri zaprezentowali w ich kierunku gest albańskiego orła, co zostało uznane za prowokację. Obu zawodnikom groziło zawieszenie na dwa mecze, jednak ostatecznie FIFA wycofała się z tego pomysłu. Czwarty raz w XXI wieku panujący Mistrz Świata nie zdołał wyjść z grupy. Los Francuzów z 2002 roku, Włochów z 2010 roku i Hiszpanów z 2014 roku podzielili Niemcy. Po porażce z Meksykiem w niektórych miastach kraju z Ameryki Północnej, pod uporem wiwatujących kibiców, zatrząsnęła się ziemia. Joachim Löw objął niemiecką kadrę w 2006 roku. Od tej pory z każdego wielkiego turnieju zawsze przywoził medal. Mundial w 2018 roku był więc pierwszym, z którego wracał z pustymi rękoma. Jednocześnie pierwszym od 1938 roku, w którym Niemcy odpadli już po pierwszej fazie rozgrywek. A propos Meksyku i jego kibiców. Codziennie z Moskwy i innych miast-gospodarzy docierały do nas zdjęcia kreatywnych fanów, przybyłych do Rosji z różnych zakątków świata. Wielką pomysłowością popisała się grupka Meksykanów, od dawna planujących wspólny wypad na czempionat. Jeden z nich odpadł na ostatniej prostej, tłumacząc, że na wyjazd nie zgodziła się jego żona. Koledzy okazali się bezlitośni – zabrali ze sobą kartonową podobiznę swojego przyjaciela, przybraną w koszulkę z napisem: „Żona mi nie pozwoliła”. Mieli ją przy sobie non stop. Od samego losowania wiadome było, kto wywalczy awans z grupy G. Belgia i Anglia wykonały swoje zadanie. Stawką bezpośredniego starcia, gdy jedni i drudzy byli już pewni wyjścia, była łatwiejsza drabinka pucharowa. Co ciekawe, w uprzywilejowanej pozycji miał być… przegrany. Trenerzy wystawili rezerwowe składy, a znacznie mniej starali się Anglicy, przegrywając 0:1 po pięknej bramce Januzaja i jeszcze piękniejszej zabawie z piłką Batshuayia. Wielkie nadzieje wiązaliśmy z reprezentacją Polski. Po wylosowaniu Senegalu, Kolumbii i Japonii w naszym kraju wybuchła bezpodstawna euforia i rozbudziły się marzenie na powtórzenie sukcesów z 1974 i 1982 roku. Dyskusje nad trójką na środku obrony, kontuzja Kamila Glika i w końcu porażka na dzień dobry z Senegalem okazały się być początkiem końca drużyny Adama Nawałki. Jeszcze mocniej na ziemię sprowadzili nas Kolumbijczycy a zwycięstwo na otarcie łez z Japonią, po beznadziejnie brzydkim meczu i graniu w ostatnim kwadransie „niskim pressingiem”, jeszcze bardziej rozwścieczyło kibiców. Zapamiętamy ciągnące się minuty Kuby Błaszczykowskiego przy linii bocznej i parodystyczną próbę symulowania kontuzji przez Grosickiego.

Pierwszy raz w historii o wyjściu z grupy zadecydowała tabela fair play. Japończycy okazali się w niej lepsi od Senegalczyków i obok Kolumbii wywalczyli awans. Ciekawą statystyką z fazy grupowej jest fakt, że wszystkie drużyny z czwartego miejsca (Egipt, Maroko, Australia, Islandia, Kostaryka, Niemcy, Panama i Polska) strzeliły po dwa gole. Po raz pierwszy od 1982 roku w fazie pucharowej zabrakło miejsca dla reprezentantów Afryki. Leo Messi i Cristiano Ronaldo to dwaj współcześni gladiatorzy futbolu, którzy prawdopodobnie nie spełnią już marzenia o triumfie na Mistrzostwach Świata. W Rosji odpadli tego samego dnia. W 1/8 finału Argentyna po znakomitym widowisku przegrała z Francją 3:4, a Portugalia uległa Urugwajowi 1:2. Kylian Mbappe został pierwszym nastoletnim zdobywcą dubletu od czasów Pelego w 1958 roku. Po raz siódmy z rzędu swój udział na tej fazie rozgrywek zakończył Meksyk, przegrywając z Brazylią 0:2. Wielką niespodziankę sprawili gospodarze. Sborna zagrała z Hiszpanią jak równy z równym i po remisie 1:1 wyeliminowała dwukrotnych Mistrzów Europy po serii rzutów karnych. Kraj momentalnie opanowało takie szaleństwo, że na przełomie marca i kwietnia możemy spodziewać się wzrostu liczby urodzeń. Stanisław Czerczesow odebrał nawet telefon z gratulacjami od samego Władimira Putina. Wielkie emocje towarzyszyły pojedynkowi Belgii z Japonią. Zapewne po bezbarwnej jak „Czarny kwadrat na białym tle” pierwszej połowie wiele osób poszło spać, ale tym co przetrwali, piłkarze obu ekip zaserwowali większe pobudzenie niż Tussipect z Red Bullem. Najpierw dwukrotnie ukąsili Azjaci, ale Belgowie nie dopuścili do sensacji. Gole Vertonghena i Fellainiego doprowadziły do remisu, a fatalnie rozegrany przez Japończyków rzut rożny przerodził się w zabójczą kontrę kwartetu Courtois-De Bruyne-Meunier-Lukaku, z zimną krwią sfinalizowaną przez Chadliego. Szwecja pokonała 1:0 Szwajcarię, a Anglicy i Chorwaci potrzebowali konkursu rzutów karnych, by wyeliminować Kolumbię i Danię. Ćwierćfinał okazał się murem nie do przeskoczenia dla Rosjan, którzy po 120-minutowej walce przegrali z Chorwacją w serii jedenastek. Udział w najlepszej ósemce i tak jest najlepszym osiągnięciem Sbornej od 1970 roku. Francja pokonała Urugwaj 2:0, udowadniając swój mundialowy patent. Był to bowiem jej 10. mecz z rzędu bez porażki w starciach przeciwko ekipom z Ameryki Południowej. W tych samych rozmiarach Anglicy pokonali Szwedów i na Wyspach Brytyjskich zapanowała euforia. Kibice co rusz intonowali piosenkę „Football’s coming home” z pamiętnego dla nich Euro 1996 i zaczęli wierzyć w sukces na rosyjskiej ziemi. Wielkim zainteresowaniem w ich kraju cieszył się element rozpoznawczy trenera Garetha Southgate’a – będąca swoistym talizmanem kamizelka. W czasie Mundialu jej sprzedaż na Wyspach wzrosła o ponad 35%. Grono półfinalistów uzupełnili Belgowie. Po naprawdę rewelacyjnym widowisku pokonali Brazylię 2:1. Tym samym, po raz pierwszy od 1930 roku, do najlepszej czwórki turnieju nie przebrnęli Niemcy lub Brazylijczycy. Przypominający partię szachów półfinał Francja – Belgia padł łupem Trójkolorowych. Po bramce Umtitiego wygrali 1:0. Znacznie ciekawiej było w Moskwie, gdzie Chorwacja podejmowała Anglię. Miałem przyjemność oglądać ten mecz w jednym z największych sportowych pubów w Budapeszcie, w 95% opanowanym przez angielskich kibiców. Na początku spotkania w ekstazę wprowadziło ich trafienie Trippiera. Chwilę później fenomenalnej okazji nie wykorzystał Kane. Zaprzepaszczona szansa zemściła się w drugiej połowie, gdy do wyrównania doprowadził Perisić. Do wyłonienia finalisty niezbędna okazała się dogrywka. Dla przybyszy z Bałkanów był to trzeci kolejny mecz z dodatkowymi 30 minutami. Wydawało się zatem, że to oni będą mieli cięższe nogi i polegną, tymczasem gol Mandżukicia wprowadził ich do wielkiego finału. Anglicy się nie załamali. Wciąż głośno śpiewali i zgodnie powtarzali, że i tak czują się wygranymi tego Mundialu. W finale pocieszenia lepsi byli Belgowie, którzy pokonali w Sankt-Petersburgu Anglię 2:0. Fani Czerwonych Diabłów również uznali trzecie miejsce na świecie za przeogromny sukces, tłumnie witając swoich bohaterów w Brukseli. Z reguły wielki finał jest jedną, wielką, nudną piłkarską klapą. Tym razem było zupełnie inaczej. Na moskiewskich Łużnikach Francuzi i Chorwaci stworzyli najlepsze finałowe widowisko w historii. Młodość, polot i finezja królowała nad doświadczeniem i żelazną dyscypliną. Mbappe znów dorównał Pelemu i jako drugi nastolatek zaliczył trafienie w starciu o złoto. Goli było znacznie więcej, bo aż sześć. Francuzi wygrali 4:2 i po raz drugi zostali Mistrzami Świata. Didier Deschamps dołączył do Franza Beckenbauera oraz Mario Zagallo i, podobnie jak oni, sięgnął po tytuł zarówno jako piłkarz jak i trener. Nad Moskwą rozpętała się solidna burza, a na niego i jego podopiecznych polał się nie tylko deszcz z nieba, ale i obfity deszcz złotego konfetti. Jeśli zsumujemy łączny czas gry Chorwatów i podzielimy go przez 90 minut, otrzymamy osiem pełnych meczów Mistrzostw Świata rozegranych na jednym turnieju. To kolejny rekord, nikt w dziejach Mundiali nie rozegrał więcej minut od podopiecznych Dalicia. I oni zostali moralnymi zwycięzcami tego turnieju. W Zagrzebiu i innych chorwackich miastach i wioskach również można spodziewać się kwietniowego baby boomu. Bez wątpienia Mistrzostwa Świata były jednymi z najlepszych w historii. Rosja wypadła znakomicie, jej wizerunek na całym globie uległ wyraźnemu ociepleniu. Cieszę się, że mogłem wziąć w nich czynny udział. Zachęcam do przeczytania moich relacji z Kaliningradu i Sankt Petersburga, w których opisałem m.in. przyjazność i otwartość Rosjan, samą organizację turnieju i zastosowane środki bezpieczeństwa: Na Mundialu padło 169 goli, o dwa mniej niż na rekordowych w tym aspekcie czempionatach w 1998 i 2014 roku. Ponad 1/3 z nich padła po stałych fragmentach gry, co pokazuje, w jakim kierunku idzie dzisiejszy futbol. Biorąc pod uwagę również dogrywki, aż 10 zdobyto po upływie regulaminowego czasu gry. Najwięcej, po 12 goli, strzelili piłkarze Tottenhamu i Paris Saint-Germain. 45 padło w fazie pucharowej, co jest nowym rekordem. Królem Strzelców został Harry Kane, autor 6 trafień. Żartowano, że ten tytuł powinien trafić do zawodnika o nazwie „Own Goal”, bowiem oglądaliśmy aż 12 goli samobójczych. W tym aspekcie podwojono dotychczasowy rekord, osiągnięty w 1998 roku. Podyktowano aż 29 rzutów karnych (22 z nich zamieniono na gola), o 11 więcej niż w rozgrywkach w 1990, 1998 i 2002 roku. Część z nich była pokłosiem interwencji VAR. Trzeba przyznać, że technologia wideo-asystenta wypadła bardzo dobrze i przekonała do siebie wielu krytyków.

6

@FCBparasiempre
Do walki o organizację 21. edycji światowego czempionatu stanęło sześć krajów. Do siedziby FIFA wpłynęły cztery oferty: rosyjska, angielska oraz portugalsko-hiszpańska i belgijsko-holenderska. Oficjalną decyzję podjęto 2 grudnia 2010 roku. W pierwszym głosowaniu z marzeniami o goszczeniu u siebie najlepszych reprezentacji pożegnali się Anglicy. Tę informację przyjęto na Wyspach Brytyjskich jak cios w serce. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej brytyjskie media informowały że w uczciwej walce kandydatura Anglii jest nie do pokonania a w celu wywierania presji na Komitecie Wykonawczym do Zurychu polecieli David Beckham, książę William i premier David Cameron. Delegacja wracała do kraju z poczuciem wyrolowania. W drugim głosowaniu Rosja zgromadziła większość głosów i to jej przypadł zaszczyt organizacji mistrzostw. Ówczesny prezydent FIFA, Sepp Blatter, poinformował że głosujący sugerowali się planem powierzenia turnieju krajom, które nigdy wcześniej nie pełniły roli gospodarza. Taki zabieg miał na celu pokazanie wielkiej piłki na nowych terenach. Napisałem w liczbie mnogiej, bowiem tego samego dnia ogłoszono, że w 2022 roku Mundial zawita do Kataru. Międzynarodowe media od razu zaczęły węszyć spisek, że wybór gospodarzy już dawno został zaklepany, bo FIFA sprzedała Rosjanom i Katarczykom prawo do organizacji turniejów. W 2012 roku rosyjski dziennikarz sportowy Igor Rabinier wydał książkę pt. „Jak Rosja dostała Mistrzostwa Świata w futbolu 2018. Śledztwo sportowo-polityczne”. Co ciekawe, jej pierwotny tytuł „Czy Rosja kupiła mistrzostwa świata w futbolu 2018?” nie przeszedł przez szpony państwowej cenzury. Rabinier pisze w niej o licznych spotkaniach Blattera z prezydentem Władimirem Putinem. Do pierwszego miało dojść już w 2001 roku. W kolejnych latach szef FIFA był zapraszany przez jedną z najbardziej wpływowych głów państw do prezydenckiej rezydencji w Nowo-Ogarowie. Spotkania obu panów stawały się coraz częstsze i nasiliły się w latach 2008-2012. W międzyczasie Putin zdążył publicznie nazwać Blattera „swoim drogim przyjacielem”. Zaledwie kilka chwil po ogłoszeniu gospodarza Mundialu 2018, wspomnianego 2 grudnia 2010 roku, rosyjski władca pojawił się znienacka w Zurychu na konferencji prasowej, na której podkreślał: „To zwycięstwo jest absolutnie niespodziewane. Jesteśmy zaszczyceni, że wygraliśmy tę trudną i uczciwą walkę”. Jego przemówienie było znacznie dłuższe i, co szczególnie ciekawe, w całości wypowiedziane po angielsku. Prezydent Rosji bardzo rzadko udziela publicznych wypowiedzi w obcym języku. Dla węszycieli teorii spiskowej stanowiło to kolejne potwierdzenie przypuszczeń, że już od dawna wiedział o fakcie wygrania wyścigu o czempionat, przez co dokładnie przygotował się do wypowiedzi. Najgorzej wieść o zwycięstwie Rosji przyjęto w Anglii. Dzień po ogłoszeniu wyników okładki największych brytyjskich gazet grzmiały o oszustwie, korupcji, skandalu i ustawce. Wyspiarze wynajęli nawet grupy detektywistyczne zatrudniające byłych agentów wywiadu MI6, którzy mieli zdobyć dowody na oszustwo i wywołać wielki, międzynarodowy skandal. Ostatecznie nie udało im się znaleźć oznak rzekomych przekrętów. Gdzieniegdzie mówi się, że Rosja Mundialu nie kupiła, a wykorzystała stare, dobre znajomości. Na tym polu wykazać mieli się przede wszystkim rosyjscy oligarchowie, żyjący w bardzo dobrych relacjach z Putinem. Komitet organizacyjny był znakomicie przygotowany, a czołową rolę odegrał właściciel Chelsea, Roman Abramowicz. Podczas Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki w 2010 roku właściciel Chelsea został nakryty przez jednego z agentów MI6 na prywatnej rozmowie z Blatterem. Już wtedy w głowach Anglików zapaliło się światło ostrzegawcze. W eliminacjach do Mistrzostw Świata wystartowało aż 208 reprezentacji narodowych. Po niezłym występie na Euro 2016 reprezentacja Polski została ogłoszona zdecydowanym faworytem grupy, w której przyszło jej się mierzyć z Danią, Rumunią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią. Choć zbieranie punktów czasami rodziło się w bólach, Biało-Czerwoni zajęli pierwsze miejsce i po 12 latach nieobecności wrócili na Mundial. Finałową stawkę uzupełnili: Rosja, jako gospodarz, oraz Arabia Saudyjska, Australia, Iran, Japonia, Korea Południowa, Egipt, Maroko, Nigeria, Senegal, Tunezja, Kostaryka, Meksyk, Panama, Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Peru, Urugwaj, Anglia, Belgia, Chorwacja, Dania, Francja, Hiszpania, Islandia, Niemcy, Portugalia, Serbia, Szwajcaria i Szwecja. Panama i Islandia wywalczyły awans po raz pierwszy w historii, ponadto licząca niespełna 340 tys. mieszkańców Islandia została najmniejszym państwem, jaki kiedykolwiek wystąpił na światowym czempionacie. Zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, drużyny zostały podzielone na osiem czterozespołowych grup:

Grupa A: Arabia Saudyjska, Egipt, Rosja, Urugwaj

Grupa B: Hiszpania, Iran, Maroko, Portugalia

Grupa C: Australia, Dania, Francja, Peru

Grupa D: Argentyna, Chorwacja, Islandia, Nigeria

Grupa E: Brazylia, Kostaryka, Serbia, Szwajcaria

Grupa F: Korea Południowa, Meksyk, Niemcy, Szwecja

Grupa G: Anglia, Belgia, Panama, Tunezja

Grupa H: Japonia, Kolumbia, Polska, Senegal

Wszystkie poprzednie edycje Mistrzostw Świata wygrały ekipy prowadzone przez swoich rodaków. Idąc tym tropem, szansę na triumf w Rosji już na starcie straciły Egipt, Arabia Saudyjska, Iran, Maroko, Australia, Dania, Peru, Nigeria, Szwajcaria, Meksyk, Belgia, Panama i Kolumbia, które postawiły na zagranicznych szkoleniowców. A propos szkoleniowców. Na dzień przed rozpoczęciem sportowych zmagań doszło do niecodziennej sytuacji. Julen Lopetegui, opiekun reprezentacji Hiszpanii, ogłosił, że porozumiał się z Realem Madryt i po turnieju pożegna się z kadrą, choć trzy tygodnie wcześniej przedłużył kontrakt z hiszpańską federacją piłkarską. Ta zadziałała błyskawicznie i za brak lojalności i załatwianie interesów za jej plecami zwolniła go w trybie natychmiastowym. Oczywiście nie było czasu na poszukiwania nowego bossa, zatem stery w La Roja przejął dotychczasowy dyrektor sportowy, Fernando Hierro. Rozgrywki toczyły się w dniach od 14 czerwca do 15 lipca. Z uwagi na bardzo dużą powierzchnię Rosji, rozciągającej się ze wschodu na zachód na długość niemal 13 tys. km, FIFA zastrzegła, że turniej musi zostać rozegrany jedynie na części europejskiej. Miało to wyeliminować długie podróże pomiędzy miastami. Mecze odbywały się zatem na 12 stadionach w 11 miastach: Moskwie (Łużniki i Otkrytije Ariena), Sankt Petersburgu, Kaliningradzie, Kazaniu, Niżnym Nowogrodzie, Samarze, Wołgogradzie, Sarańsku, Rostowie, Soczi i Jekaterynburgu. Budżet przeznaczony na organizację wynosił rekordowe 20 mld dolarów. Wraz z realizacją prac sukcesywnie go zmniejszano. Ostatecznie wyniósł 14,2 mld dolarów, a i tak jest najwyższym w historii Mundiali. Kiedy tylko ogłoszono ceny wejściówek, od razu rozpoczęło się narzekanie, że i one nigdy nie były tak wysokie. Nie będąc obywatelem Rosji, najtańszy bilet można było nabyć za 105 dolarów. Biorąc pod uwagę, że w tej cenie zawierało się wyrobienie FAN ID, swoistej legitymacji kibica, działającej na zasadach wizy, ponadto upoważniającej do darmowego przejazdu pociągiem pomiędzy miastami-gospodarzami i otwierającej wiele drzwi (m.in. do muzeum FIFA, komunikacji miejskiej, okolicznościowych wystaw), fani szybko zorientowali się, że tak naprawdę „czysty” koszt wejściówek na mecze jest bardzo niski. Kibice Sbornej nie robili sobie większych nadziei. W przedmundialowych ankietach uznawali swój zespół za najgorszy w całej stawce, na to samo wskazywały ranking FIFA i kursy u bukmacherów. Tymczasem podopieczni Stanisława Czerczesowa rozgromili na dzień dobry Arabię Saudyjską 5:0. Zgodnie z oczekiwaniami karty w grupie rozdawał Urugwaj. Podopieczni Oscara Tabareza z kompletem punktów i bez straconej bramki zameldowali się w 1/8 finału. Razem z nimi awans wywalczyli gospodarze, wygrywając jeszcze z Egiptem 3:1. Golkiper Faraonów, Essam El Hadary, został najstarszym piłkarzem w dziejach Mistrzostw Świata. W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę przeciwko Arabii Saudyjskiej liczył sobie 45 lat i 161 dni. Mimo porażki 1:2 okrasił swój występ obroną rzutu karnego. Warto odnotować, że bramkarz był starszy od trzech turniejowych trenerów – Roberto Martineza (Belgia, 44 lata i 11 miesięcy), Mladena Krstajicia (Serbia, 44 lata i 3 miesiące) oraz Aliou Cisse (Senegal, 42 lata i 3 miesiące). Fenomenalnie rozpoczęły się rozgrywki grupy B. Na początek Iran, po naprawdę bardzo dobrym meczu, rzutem na taśmę pokonał Maroko 1:0. Chwilę później rozległ się gwizdek sędziego spotkania Portugalia – Hiszpania. Kto oglądał, ten bez wątpienia zgodzi się, że powinno kandydować do najlepszego starcia turnieju. Zwroty akcji, iberyjska wymiana ciosów w najlepszym wykonaniu i grad goli. Skończyło się 3:3, a wszystkie bramki dla Mistrzów Europy zdobył Cristiano Ronaldo, stając się najstarszym strzelcem hat-tricka w historii mistrzostw (33 lata i 130 dni). Oprócz tego dołączył do zacnego grona zawodników, którzy zaliczyli co najmniej jedno trafienie w czterech kolejnych edycjach czempionatu. Wcześniej tej sztuki dokonali jedynie Uwe Seeler, Pele i Miroslav Klose. Walka o awans była bardziej zażarta niż mogliśmy się spodziewać i trwała dosłownie do ostatniej sekundy meczu Iran – Portugalia. Ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami, w fazie pucharowej zameldowali się giganci z Półwyspu Iberyjskiego. W grupie D awans wywalczyły drużyny z Europy. W starciu Francji z Australią po raz pierwszy w historii skorzystano z pomocy video assistant referee (VAR), po czym podyktowano rzut karny dla Trójkolorowych. W jednym z najnudniejszych starć turnieju, między Danią a Francją, padł wynik 0:0. Dopiero kilkanaście dni później okazało się, że był to jedyny mecz, w którym kibice nie oglądali goli.

10

Marsylianka na Łużnikach:

Organizacja Mistrzostw Świata w 2018 roku została powierzona największemu państwu na świecie, Rosji. Pomimo tego, że wybór gospodarza wywołał masę wątpliwości i podejrzeń, nikt po zakończeniu imprezy nie narzekał na poziom jej organizacji. Co więcej, szerokie grono fachowców i kibiców uznało turniej za najlepszy w historii. Czym zaskakiwał? W jakich rankingach okazał się bezapelacyjnie wyjątkowy? Jak spisały się nowe technologie, po raz pierwszy zastosowane podczas meczów tej rangi? Dlaczego nie tylko Francuzi, którzy okazali się najlepsi, zostali powitani w swoim kraju jak zwycięzcy? Tego dowiecie się w odpowiedzi do tego komentarza.
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Genialny Escola na piątke!

Dokładnie 90 lat temu FC Barcelona rozgromiła CA Osasuna 7:1 na „Camp de Les Corts” w rewanżowym starciu półfinałowym o Puchar Króla. W pierwszym spotkaniu Blaugrana przegrała 4:2, więc z nawiązką odrobiła straty awansując do finału. Nie lada wyczynem w rewanżu popisał się fenomenalny napastnik Josep Escola, strzelając 5 goli, w tym klasycznego hattricka w pierwszej połowie. Pozostałe 2 gole dołożył Marti Vantolra.

@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Vivienne A zdajesz sobie sprawe że mogą na siebie trafić tylko co wychodząc z grupy? Przecież to byłby absolutnie przedwczesny finał! Jaki złośliwy sukinkot ustalał taką drabinke i w jakim celu?

12

Najsmutniejszy dzień w życiu Joana Gampera:

Dyktatura Miguela Primo de Rivery w latach 20-tych prześladowała liczne instytucje. Rozwiązano na przykład „Mancomunitat de Catalunya”(instytucja opowiadająca się za autonomią Barcelony). Zamknięto także wiele stowarzyszeń i organizacji. To samo w 1925 r. spotkało stowarzyszenie chóralne „Orfeo Catala”, założone w 1891 r. i zamknięte z nakazu rządu. To zdarzenie spowodowało iż FC Barcelona postanowiła zorganizować mecz w hołdzie chórowi. Wybrano dzień 14 czerwca 1925 r. a rywalem Barçy był Club Esportiu Jupiter. Żeby przyciągnąć więcej widzów na Estadio Camp de Les Corts, Arthur Witty, jeden z założycieli klubu, zaprosił zespół muzyczny ze statku floty angielskiej, który zacumował w barcelońskim porcie. Przed rozpoczęciem meczu zespół odegrał Marsz Królewski(hiszpański hymn), przywitany przez 14 tysięcy obecnych na trybunach kibiców głośnymi gwizdami. Reakcja ta zepsuła nastroje angielskich muzyków, którzy zaczeli co raz bardziej fałszować. Następnie zespół wykonał „ God save the Queen". Królewski hymn brytyjski według jednych źródeł wysłuchany został przy godnej szacunku ciszy a według innych przy ogłuszającym aplauzie barcelońskich kibiców. Dwa dni później klub dostał komunikat od Rządu Cywilnego, w którym zawiadamiano o wszczęciu postępowania za wygwizdanie hiszpańskiego hymnu, ,,oznaczające ostentacyjną niechęć do Hiszpanii". Postępowanie opierało się na raporcie przygotowanym przez komendantów policji. Ostatecznie ówczesny gubernator cywilny miasta Joaquim Milans de Bosch, przesłał list do FC Barcelony, komunikując w nim o zawieszeniu wszelkiej działalności klubu na 6 miesięcy(później kare zredukowano na 3 miesiące). Dwa dni później w siedzibie Barçy zjawiła się policja żeby zamknąć i zapieczętować drzwi lokalu. Zawieszenie działalności klubu pociągneło za sobą odejście ze stanowiska Joana Gampera i wygnanie go z kraju, co w efekcie po kilku latach skutkowało popełnieniem samobójstwa przez niego. Później założyciel Barçy przyznał iż dzień, w którym policja zamknęła siedzibe przy „Placa de Teatre”, był ,,najsmutniejszym w moim życiu". Po jego przymusowym odejściu funkcję prezydenta klubu objął arystokrata Arcadi Balaguer, bliski przyjaciel króla Alfonsa XIII. Pomimo zawieszenia działalności liczba socios pozostała nie zmieniona. W czasie gdy klub był zamknięty, żaden socio nie zrezygnował z karnetu. Co więcej, wszyscy płacili miesięczne składki, zaś do biura klubu przychodziły anonimowe darowizny. Również żaden z zawodników nie odszedł z klubu. Okres braku sportowej aktywności wykorzystano na zasianie trawy na placu gry. Wszystkie katalońskie kluby, z wyjątkiem Espanyolu, okazały solidarność z FC Barceloną i postanowiły zaczekać z wznowieniem rozgrywek o mistrzostwo Katalonii do zakończenia sankcji. Pierwszy mecz, jaki Blaugrana rozegrała na murawie „Les Corts” miał miejsce 24 grudnia 1925 roku, kiedy piłkarze Barçy zmierzyli się z austriacką drużyną First Vienna Futbol Club.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

0

@Gall Wstyd to wogóle nie pielęgnować historii własnego klubu zwłaszcza przez redakcje, która powinna dawać przykład wszystkim użytkownikom...

13

Rekord największej liczby wykluczeń drużyny w meczu La Liga:

Sezon 1986/1987 był tym z niesławnymi play-offami, które ostatecznie okazały się kompletną porażką. Na szczęście ten eksperyment trwał tylko jeden sezon, ponieważ był to prawdziwy bałagan, improwizowany na bieżąco. Co więcej, w tym sezonie rozegrano mecz, który przeszedł do historii, ustanawiając rekord największej liczby wykluczeń jednej drużyny w lidze. W meczu, o którym mowa, 13 czerwca 1987 roku zmierzyły się RCD Espanyol (wówczas znany jako Español) i RCD Mallorca. Drużyna z Balearów wciąż miała szansę na awans do Pucharu UEFA ale aby tego dokonać, musiała wygrać na legendarnym a obecnie zburzonym stadionie Sarrià. Tydzień był gorący ze względu na wymianę oświadczeń między trenerami obu drużyn: Javier Clemente był trenerem Espanyolu a Lorenzo Serra Ferrer siedział w tym czasie na ławce rezerwowych Mallorki. Już na samym początku sytuacja zaczęła się komplikować dla gości. W 27. minucie Paquete Higuera otrzymał drugą żółtą kartkę i jako pierwszy udał się do szatni. Co gorsza, w 40. minucie gospodarze strzelili pierwszego gola za sprawą Ernesto Valverde a jeszcze przed przerwą Miquel Soler podwyższył na 2:0. Mecz był praktycznie rozstrzygnięty. Wtedy sytuacja zaczęła się komplikować. Gra stała się ostra a zawodnicy obu drużyn zaczęli wykonywać groźne wślizgi. Hassan, zawodnik Mallorki, był drugim zawodnikiem wyrzuconym z boiska tego popołudnia, również za drugą żółtą kartkę, w 64. minucie. To, zamiast uspokoić sytuację, tylko podsyciło przemoc. Nieszczęsny protagonista meczu, sędzia Caetano Bueno, zakończył mecz z RCD Mallorca w 70. minucie potrójnym (tak, dobrze przeczytaliście) wykluczeniem z boiska. Chano, Pepe Bonit i Orejuela zostali wyrzuceni z boiska, pozostawiając Vermilion z zaledwie sześcioma zawodnikami na boisku (zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami mecz zakończyłby się).

Gole dla RCD Espanyol padały bez przerwy( Pineda, Golobart i Pichi Alonso ), przypieczętowując miażdżące zwycięstwo 5:0. Był to rekord największej liczby czerwonych kartek pokazanych drużynie w meczu La Liga, rekord, którego żadna inna drużyna nie będzie w stanie pobić, ponieważ obecnie żadna drużyna nie może grać w składzie mniejszym niż siedmiu zawodników. Jednak tego dnia Mallorca zakończyła mecz w sześcioosobowym składzie. Naturalnie, ta rekordowa liczba wykluczeń od razu odbiła się echem w mediach. José María García zdołał przeprowadzić wywiad z menedżerami obu drużyn, który okazał się niezwykle napięty. Javier Clemente obwinił Serrę Ferrera za zachowanie swoich zawodników i przypomniał mu, że trenował w najwyższej klasie rozgrywkowej przez wiele lat, podczas gdy sam dopiero co się tam pojawił. Te cudowne lata 80-te…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

0

@Kintoki Jakie znowóż korzenie z 2 wojny? Przecież adidasa jeszcze nie było w okresie wojennym

2

@FcPortoFan1999 To by tłumaczyło ogrom twoich wpisów na stronie fcbarca.com :)

1

@Marusek Aha! Wnioskuje za tem że on jest dla ciebie wyjątkową osobistością?

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?