La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1276 Culés

7

9

@FCBparasiempre
15 czerwca 1993 r. Ekwador rozgromił Wenezuele 6:1 w Quito na inauguracje 36. edycji Copa America. Gdy rozpoczynał się turniej Argentyna pozostawała niepokonana z każdym meczem, śrubując swój niewiarygodny rekord. Wówczas statystycy futbolu mieli do czynienia z trzema tego typu przypadkami, skrzętnie odnotowanymi w annałach. Najpierw słynna „squadra azzura” w latach1935-39 rozegrała 30 meczów bez porażki. Tę serie Włochów przerwała dopiero Szwajcaria 12.11.1939 r. wygrywając 3:1. Potem na arene wkroczyła równie sławna ,,złota jedenastka”. W okresie 1950-54 genialni Węgrzy nie przegrali w 32 kolejnych meczach, w przeciągu 4 lat. Dopiero w ,,niesprawiedliwym” finale MŚ w Bernie, 4 lipca 1954 r. uległa RFN. Wreszcie cudowny zespół Brazylii pozostawał niepokonany w latach 1970-73, rozgrywając 29 meczów bez porażki w 3 lata i 3 miesiące. „Canarinhos” polegli 9.06.1973 r. w Rzymie z Italią 0:2. Teraz na ten historyczny szlak wkroczyła Argentyna. Nowy trener Alfio Basile, który przejął drużynę narodową od Carlosa Bilardo, zadebiutował w lutym 1991 r. zwycięstwem 2:1 nad Węgrami. Mało kto przypuszczał wówczas iż wygrana ta da początek imponującej serii. To było jak sen. 25 meczów bez porażki i niezłomna wola by ten triumfalny seans ciągnąć dalej i dalej, może bez końca?! Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres. Także sport nie zna zespołów niepokonanych. Nawet najlepszy wreszcie znajduje swego pogromcę. Argentyna musiała czekać na niego jeszcze jakiś czas aż do sierpnia 1993, kiedy to w eliminacjach do MŚ ’94 uległa w Barranquilla Kolumbii 1:2. Był to 34 mecz ekipy Alfio Basile. Zwiastował on nadejście ciężkich czasów i niewyobrażalną wręcz katastrofe – haniebne 0:5 z tą sama Kolumbią w Buenos Aires! Na razie jednak wszystko zdawało się iść jak po maśle. Argentyńczycy zjechali do Guayaquil opromienieni sławą piłkarzy niepokonanych. Basile przywiózł aż 12 obrońców tytułu sprzed 2 lat, zgodnie z zasadą iż zwycięskiego składu bez potrzeby się nie zmienia. Z zawodników podstawowych zabrakło właściwie tylko Caniggii, który we Włoszech co rusz popadał w tarapaty na tle swoich erotyczno-narkotycznych fascynacji. Lekkonogi lekkoduch okazał się nie do zastąpienia. Jego brak wydatnie obniżył skuteczność argentyńskiego napadu. Atletyczny Acosta grał chaotycznie i bez wyrazu. Już w pierwszym meczu z Boliwią powstała kolejna dotkliwa wyrwa. Groźnej kontuzji doznał doskonały pomocnik Dario Franco i rychło wyszło na jaw, że i w tym przypadku dublerzy(Zapata względnie Basualdo) nie dorastają mu do pięt. Realnym wzmocnieniem wydawał się za to niezwykle uzdolniony młodzian, Fernando Redondo, wysoki, szczupły, z anielską buzią grzecznego chłopca i długimi blond włosami, subtelny i wiotki – w walce zamieniał się w zażartego brytana. Grał z ,,piątką” i wnet pojawiły się opinie że oto narodził się godny następca legendarnych środkowych pomocników takich jak: Monti, Minella, Perucca, Rossi, Gallego czy Batista. Owe ekstatyczne sądy formułowano nieco na wyrost, chociaż istotnie Redondo grał niczym młody Bóg.

Rok 1993 przyniósł istotną rewolucje w dotychczasowej historii imprezy. Po raz pierwszy postanowiono dokooptować do grona tradycyjnych uczestników czołowe zespoły Ameryki Północnej i Środkowej. W ten sposób uchyliła się furtka dla USA i Meksyku. Tym samym nazwa Puchar Ameryki uzyskała wreszcie pełne, dosłowne brzmienie. Tak, to już były mistrzostwa z prawdziwego zdarzenia, mistrzostwa całej Ameryki! Regulamin przewidywał że z 3 grup eliminacyjnych do fazy ćwierćfinałowej wejdzie 8 zespołów. To sprawiało iż zajadły bój toczył się o każdy punkt i każdego gola, bowiem przy korzystnej różnicy bramkowej nawet 3 miejsce w grupie stwarzało szanse awansu. Na ,,oko” najmocniej wyglądała grupa B – Brazylia, Chile, Peru i Paragwaj; najsłabiej grupa A – Urugwaj, Ekwador, Wenezuela i USA; grupa C tak sobie – Argentyna, Kolumbia, Boliwia i Meksyk. Okazać się miało wkrótce że 3 najlepsze ekipy wywodzą się właśnie z tej ostatniej. Gospodarze niezwykle starannie przygotowali się do turnieju, którego gospodarzem ostatni raz byli w roku 1959. Renowacji poddano przestarzałe obiekty. Niegdyś Ekwador dysponował zaledwie jednym stadionem z prawdziwego zdarzenia, chodzi o „Estadio Capwell” w Guayaquill. On właśnie został gruntownie zmodernizowany. Ekipe Ekwadoru przysposobił do turnieju jugosłowiański szkoleniowiec Duszan Draskovič. Zdołał on stworzyć całkiem niezły zespół. Niesiona na skrzydłach szaleńczego dopingu drużyna gospodarzy grała niezwykle ofensywnie, z polotem i rozmachem. Zwyciężyła wszystkich grupowych rywali z renomowanym Urugwajem włącznie. Niestety z owej renomy pozostało ,,urusom” doprawdy niewiele. Już od dłuższego czasu futbol urugwajski pogrążony był w głębokim upadku. Niemal wszyscy czołowi piłkarze występowali za granicą. Mecze w reprezentacji wielu z nich traktowało jako zło konieczne. Gdzieś zagubiła się dawna solidarność, przysłowiowa wola walki, stępiał ów legendarny urugwajski ,,lwi pazur”. Poznikali świetni błyskotliwi napastnicy. Defensywa wzięła góre nad atakiem, lecz defensywne kunktatorskie nastawienie stało się wręcz trwałym fragmentem mentalności nowej generacji piłkarskiej. Wenezuela z kolei nie troszczyła się zbytnio o obrone, wiedząc że nie ma dużo do stracenia. Taka postawa sprawiła iż zespół z Caracas stworzył wcale niezłe widowiska a że w ataku miał dwóch naprawdę dobrych graczy, strzelał sporo goli. I oto sensacja – po ich podliczeniu okazało się nieoczekiwanie że królem snajperów całego turnieju został właśnie Wenezuelczyk Jose luis Dolgetta, z czterema golami! Natomiast debiutant na tej imprezie prowadzony przez Milutinovicia team USA grał bez cienia respektu wobec faworytów. Chłopcy z Ameryki Północnej niewiele jeszcze potrafili, lecz dopisywało im końskie zdrowie i nieprawdopodobna ambicja. Toteż walczyli do upadłego, biegali w tempie sprinterów, oddając się tym zajęciom z przekonaniem i radosną świeżością. Obrońca Lalas z rudą kozią bródką, niezły technik Tab Ramos i szybki jak strzała Jones pozostawili ciepłe wspomnienie. W grupie B stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego. Zespół Chile, niewątpliwie najlepszy w tym gronie, wzniósł się na wyżyny bijąc po fantastycznym meczu Brazylię 3:2, po czym pechowo przegrał dwa pozostałe mecze i…. odpadł z turnieju. Chilijczycy pokazali tych samych piłkarzy, co 2 lata wcześniej ale bohaterami horroru z Brazylią stali się akurat dwaj debiutanci. Dwa gole strzelił korpulentny skrzydłowy Zambrano a jednego znakomity technicznie pomocnik Jose Sierra. Chilijczycy na decydujący mecz z Peru ściągnęli specjalnym samolotem z Madrytu ,,Ivana Groźnego” czyli Zamorano ale nawet ta odsiecz nie na wiele się zdała. Mimo druzgocącej przewagi wściekle atakujących desperatów, rozpaczliwa obrona ,,Inków” nie dopuściła do utraty gola. Za to szybki Peruwiańczyk Rivera czyhał w przodzie na tę jedną, jedyną okazje. Doczekał się wreszcie i po faulu Del Solar zdobył z karnego zwycięskiego gola. Z kolei Paragwaj zaprezentował betonową obrone z chimerycznym, lecz w sumie niezawodnym Chilavertem w bramce i szybkie wypady, w których celował znakomity Roberto Cabañas. Ta niezbyt skomplikowana taktyka przyniosła, dzięki Cabañosowi, pewne rezultaty, chociaż nie wzbudziła zachwytu widzów. Sytuacja w grupie zagmatwała się do tego stopnia że ostatecznie awansowały trzy ekipy: Peru z 4 punktami oraz Brazylia i Paragwaj z 3 punktami.

W grupie C na początku Kolumbia wygrała minimalnie z Meksykiem, zaś Argentyna z Boliwią i od tej pory już wszyscy remisowali ze wszystkimi, co najlepiej świadczy o tym, jak wyrównane były siły i poziom uczestników. Zarówno Kolumbijczycy jak Boliwijczycy przywieźli niemal samych dobrych znajomych, sprawdzonych w dwu ostatnich turniejach. Chociaż Francisco Maturana, który po przerwie przejął opiekę nad reprezentacją, mógł się poszczycić dwoma nowymi nabytkami. Potężnie zbudowany Adolfo Valencia sunął po skrzydle niczym superekspres, któremu to skojarzeniu zawdzięczał przydomek ,,Tren”. Nie był to wszakże żaden toporny osiłek, tylko drybler i przebojowiec wysokiej klasy. Wkrótce, jako pierwszy Kolumbijczyk w historii wystąpił w Bundeslidze i to gdzie!? W Bayernie Monachium! Valencia miał nieco dzikie, miękkie, kocie ruchy ale przy swoim równie ciemnoskórym koledze sprawiał wrażenie, jakby tkwił w twardym, sztywnym gorsecie – Faustino Asprilla wyglądał bowiem na zupełnie pozbawionego kości. Szczupły murzynek prawdopodobnie składał się wyłącznie z gumy i kleju. Jego długie nogi wyginały się pod takim kątem, którego kompletnie nie przewidywała geometria euklidesowa. Niegdyś równie elastyczne kończyny posiadał fenomen dryblingu Rene Houseman. Teraz Asprilla wykonywał swój obłędny taniec nad piłką a usiłującym pilnować go obrońcom zesztywniałe nogi wrastały w trawę. Ten niesamowity artysta kiwki dał się już poznać tak dobrze że do Ekwadoru przyjechał dopiero na ćwierćfinały, gdyż na co dzień, od 1992 występował we włoskiej Parmie. Najciekawszy mecz w grupie Kolumbia rozegrała z Argentyną, mimo że jego losy rozstrzygnęły się raptem w przeciągu 5 minut. Najpierw Diego Simeone w długim rajdzie zapędził się w okolice lewego narożnika boiska. Popychany przez bezpardonowo wkraczających obrońców przewrócił się, fiknął ze dwa koziołki i podrywając się z ziemi, niemal z zerowego kąta uderzył bezpańską piłke. Bramkarz Cordoba, zastępca zdyskwalifikowanego Higuity, zupełnie nie spodziewał się takiego zagrania, które zmysłowi orientacji Simeone wystawiło najwyższe świadectwo. Trzy minuty później Rincon wpadł z pilka w pole karne, zmylił Basualdo, zakręcił Borellim i jak z katapulty huknął w górny róg. Była 5 minuta meczu i 1:1 a do końca nic się nie zmieniło. Debiutujący Meksyk rozkręcał się stopniowo. Najpierw z Kolumbią zapłacił frycowe, przegrywając po wyrównanym meczu 1:2 ale już z Argentyną zadziwił wszystkich. W dusznym tropikalnym klimacie ekipa ,,Azteków” czuła się znakomicie, rześko i świeżo, podczas gdy podopieczni Basilego wyglądali na facetów, którzy właśnie wyszli z parowej łaźni. Przez trzy czwarte meczu przewaga należała do Meksykanów, grających swobodnie, lekko, z ogromną fantazją. Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Meksyk ledwo przecisnął się prze sito grupowej rywalizacji ale co bystrzejsi eksperci przewidywali że na tym się nie skończy. Mieli racje. Ostatecznie w ćwierćfinałach uformowały się pary: Ekwador – Paragwaj, Kolumbia – Urugwaj, Argentyna – Brazylia i Meksyk – Peru. Powszechną uwagę ze zrozumiałych powodów skupił pojedynek gigantów. O Argentynie już pisałem. Grała słabiej niż 2 lata wcześniej ale przecież zachowała wszelkie walory w pełni dojrzałego zespołu, z żelazną konsekwencją zmierzającego do celu. Brazylia, która po porażce z Chile niemal urwała się ze stryczka, rzuciła się z furią do szturmu. Rej wodzili zwłaszcza zawodnicy São Paulo, najlepszej wówczas klubowej drużyny kontynentu i świata. Prawy obrońca Cafu wprost szalał, inicjując rajdy godne klasycznego skrzydłowego. Subtelny technik Palinha atakował niezmordowanie z głębi pola. Dynamicznych przebojów próbował czarnoskóry Müller, jeden z tych, którym nie bardzo powiodła się włoska przygoda w Torino i który za wszelką cene chciał dowieść że wciąż należy do najgroźniejszych napastników Brazylii. On też strzelił w 37 minucie gola. Po przerwie tego pasjonującego meczu obrońcy tytułu pracowicie odrabiali stratę i wreszcie Leo Rodriguez po wspaniałym wyskoku, którego nie powstydziłby się Passarella czy Ruggeri, wpakował piłke do siatki. Po bezbramkowej dogrywce sędzia zarządził rzuty karne. W pierwszej serii wszyscy strzelali bezbłędnie ale Argentyna miała prawdziwego fenomena w tej specjalności. Goycochea cierpliwie czekał na swoją szanse i doczekał się w iście tygrysiej paradzie parując sygnalizowany strzał Valbera.

Brazylia mimo dobrej ofensywnej postawy odpadła z turnieju. W pozostałych meczach ćwierćfinałowych nie było już takich emocji. Ekwador gładko rozprawił się z rozchwianym Paragwajem, Meksyk potwierdził wysokie aspiracje, bijąc całkiem przyzwoicie spisujące się Peru i tylko Kolumbia okrutnie męczyła się z ultradefensywnym Urugwajem, pokonują go dopiero 5:3 w rzutach karnych. Półfinały ustaliły rzeczywistą hierarchie. Nawet ulewny deszcz nie ostudził zapału 45 tysięcy ekwadorskich kibiców, nieznużenie dopingujących swoją jedenastke. Jednak ataki Aguinagi, Avilesa I Hurtado grzęzły zarówno w błocie, jak i w kleszczach twardej obrony meksykańskiej. Za to kontry ,,Azteków” były bezlitosne. Najpierw ,,Hugol” Sanchez udowodnił iż nie przypadkowo cieszy się takim zawołaniem, po czym Ramirez po 50-metrowym rajdzie wjechał z piłką do bramki. Gospodarze zostali sprowadzeni na ziemie a debiutant dotarł aż do finału. W drugim półfinale trwał ciężki bój o każdy metr boiska. Siły Argentyny i Kolumbii okazały się niemal idealnie wyrównane. W 25 minucie urugwajski sędzia usunął z placu stopera Pereę i osłabiony liczebnie zespół Valderramy musiał rzucić na szalę resztki nadwątlonych sił. Obie strony wyczekiwały dogrywki a potem jak zbawienia rzutów karnych. Powtórzyła się historia z Brazylią. Pięć kolejek z rzędu strzelcy obu drużyn demonstrowali nerwy niczym postronki. Pierwszy nie zdzierżył Aristizabal, uderzył wprawdzie silnie i celnie, lecz naprzeciwko stał fenomenalny Goycochea o sprężynowych nogach i refleksie jaguara. A więc finał zupełnie szokujący: Meksyk – Argentyna! Finałowe spotkanie w Guayaquil oglądało 40 tysięcy widzów, którzy byli świadkami zaciętego meczu, obustronnej nieustępliwości i futbolu raczej wyrozumowanego niż żywiołowego. ,,Aztekowie byli nawet częściej w posiadaniu piłki ,poczynali sobie śmielej, ryzykowali ataki szerokoskrzydłe i prowadzone z dużą dozą finezji. ,,Albicelestes” grali oszczędnie, pragmatycznie, nie tracili sił w technicznych popisach, starannie przygotowując każdą akcje zaczepną. Losy rozstrzygnęły się w drugiej połowie. Dwa gole Gabriela Batistuty(63 i 74 minuta) zostały przegrodzone tylko jednym golem Galindo(67 m. rzut karny). ,,Batigol” właściwie dopiero na finiszu pokazał cały swój kunszt rasowego ,,goleadora”. Najpierw po zwodzie uderzył lewą nogą w prawy dolny róg, po czym uczynił akurat odwrotnie – prawą w lewy! Wszystko trwało okamgnienie a przecież obrońcy meksykańscy doskonale znali zalety Batistuty i nie odstępowali go choćby na krok. Na próżno. Dwie błyskawiczne akcje potwierdziły niezwykły instynkt bombardiera Fiorentiny, dając Argentynie upragniony tytuł mistrza Ameryki w pełnym tego słowa znaczeniu. Akredytowani w Ekwadorze dziennikarze ułożyli symboliczną jedenastke tego turnieju. Weszli do niej: Goycochea, Ruggeri, Capurro, Ramirez, Rincon, del Solar, Simeone, Aguinaga, Valderrama, Batistuta, Zaguinho. Na koniec składy z finałowego starcia:

ARGENTYNA: Goycochea – Basualdo, Ruggeri (40 Cáceres), Borrelli, Altamirano – Zapata, Simeone, Redondo, Gorosito (64 Rodríguez) – Batistuta, Acosta

MEKSYK: Campos – R. Ramírez, Suárez, J. Ramírez, Gutiérrez (79 Flores) – Patińo (45 L. García), Ambriz, García Aspe, Galindo – Sánchez, Alves

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?