FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Kintoki Jakie znowóż korzenie z 2 wojny? Przecież adidasa jeszcze nie było w okresie wojennym
2
@FcPortoFan1999 To by tłumaczyło ogrom twoich wpisów na stronie fcbarca.com :)
1
@Marusek Aha! Wnioskuje za tem że on jest dla ciebie wyjątkową osobistością?
1
@Marusek Bawisz sie teraz na weselu?
0
@HypeR W co uwierzyli?
3
@APTAPT Dokładnie tak! Masz absolutną racje!
Mam wrażenie że tych prawdziwych cules na tej stronie jest bardzo mało...
14
Dyktatura Franco wobec Dumy Katalonii:
13 czerwca 1943 r. doszło do skandalu na „Estadio Chamartin” w Madrycie. FC Barcelona przegrała 11:1 z Realem Madryt w rewanżowym półfinale Copa del Generalisimo. W pierwszym spotkaniu na Camp Nou Blaugrana wygrała pewnie 3:0 i na trybunach po raz pierwszy w Hiszpanii dało się słyszeć gwizdy przeciwko dyktaturze Franco. Ruszyła wtedy machina propagandowa przeciwko Dumie Katalonii i jej graczom. Cegiełkę dołożył Real, który do każdego biletu na mecz rewanżowy dołączał gwizdek, którego kibice mieli używać, gdy jakikolwiek gracz Barçy dojdzie do piłki. Gracze gości dostali w szatni ,,instrukcje” przekazane przez Dyrektora Generalnego ds. Bezpieczeństwa Narodowego aby swoją grą nie wzburzać tłumu a niektórym graczom takim jak Escola, Balmanya i Raich przypomniano iż reżim odpuścił im wcześniejsze winy za wspieranie przeciwnych władzy frakcji w czasie wojny domowej. Podobne zalecenia dał tuż przed meczem arbiter spotkania Celestino Rodriguez. Spotkanie było jednostronne, kibice obrzucali bramke Blaugrany kamieniami i monetami, które dawno wycofano z obiegu. Bramkarz stał więc przy linii pola karnego, co ułatwiało Realowi zdobywanie goli. Prawda jest taka że piłkarze Barçy byli w szatni zastraszani a nawet grożono im śmiercią. To była typowa ustawka reżimu Franco. Po meczu gości z niezrozumiałych powodów ukarano za zamieszki razem z gospodarzami a prezydenci obu klubów ustąpili ze stanowiska. Ze strony FC Barcelony był to Enrique Piñeyro, członek reżimu ale jednocześnie człowiek honorowy, który złożył oficjalny protest i poparł go swoją rezygnacją. W Realu Madryt nowym prezydentem został Santiago Bernabeu.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
3
Coś pięknego! Shakira tańczy z Messim! No kto by pomyślał?
1
@AssisMoreira No właśnie mam dużo obaw na czele z Otamendim i potencjalną Hiszpanią....
0
@Lionel_Messi10 Ale mówiąc o farfoclu chyba nie masz na myśli Jonathana Wilsona? Po drugie co będzie jak "trafimy" na Hiszpanie???
1
@FcPortoFan1999 No nie powiedziałbym że tak dość łatwo. W ćwierćfinale z Paragwajem awansowali ledwo, ledwo po rzutach karnych 4:3! A w finale mieli dosyć łatwego i mało oczekiwanego przeciwnika........
2
@Sysia11 @Lionel_Messi10 Co o tym sądzicie?
Biorąc pod uwage choćby aspekt skojarzenia grup J i H, gdzie Albicelestes mogą już w 1/16 spokojnie trafić na Hiszpanie....?
11
Cules nie zapominają o pierwszych legendach FC Barcelony:
13 czerwca 1877 r. w Berlinie urodził się Udo Steinberg niemiecki inżynier, sportowiec oraz działacz sportowy i pierwszy Niemiec w Dumie Katalonii. W 1902 roku zdobył dwa pierwsze gole przeciwko Realowi Madryt(ówcześnie FC Madrid) jako zawodnik FC Barcelony w pierwszej edycji Pucharu Króla, co czyni go pierwszym strzelcem w El Clásico. Steinberg pracował między innymi w sporcie-piłki nożnej, lekkoatletyki, krykieta, tenisa, kolarstwa, boksie i dyscyplinach alpejskich, pracował również jako redaktor sportowy. Od 1901 do 1910 Udo Steinberg był aktywnym piłkarzem Blaugrany. W 1902 roku założył klubową szkołę piłkarską, poprzedniczkę „La Masii”, którą kierował do 1916 roku. Od 1906 r. pisał jako redaktor w gazecie sportowej „El Mundo Deportivo”. W tym samym roku objął przewodnictwo w „Związku Klubów Piłkarskich Barcelony”, które później przekształciło się w Kataloński Związek Piłki Nożnej. Oprócz swojej pasji do piłki nożnej, był również entuzjastą lekkoatletyki, krykieta, tenisa, piłki rowerowej(gymkhana) i hokeja, udzielał się również jako sędzia. W owym czasie Steinberg był uważany za najskuteczniejszego napastnika FC Barcelony z ponad 60 golami. W 1910 roku zakończył aktywną karierę jako regularny zawodnik Blaugrany z powodów zawodowych.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 No nie da się ukryć że pandemia w jakimś stopniu pomogła Argentynie ale nie ma gwarancji że gdyby nie ta pandemia, to rok wcześniej triumfowała by Brazylia.......?
2
@Marusek Absolutnie masz racje co do Orłów Górskiego. Natomiast co do Władka Żmudy, to Piechniczek(i znowóż ten Piechniczek) powinien mu dać zagrać w Meksyku w jednym z meczów grupowych a nie w meczu z Brazylią kiedy dostajemy taki łomot i swego rodzaju upokorzenie dla Władka. O tym upokorzeniu wobec Żmudy w ostatnim meczu na mundialu narzekał na Piechniczka bodaj Jasiu Tomaszewski i w zasadzie miał racje...
2
@Marusek No to jestem bardzo ciekawy jakby to wyglądało z Szarmachem? Bo Włosi po zwycięstwie z Brazylią byli na bardzo wysokiej fali wznoszącej i nie wiadomo czy Szarmach by pomógł? Tam zresztą jeszcze kogoś wartościowego Piechniczek nie wystawił tylko teraz nie pamiętam kogo?
12
Wyjątkowy triumf na brazylijskiej ziemi:
13 czerwca 2021 r. Brazylia pokonała Wenezuele 3:0. Ten mecz otworzył 47. edycje Copa America. Nie wykluczone że gdyby turniej Copa America 2020 odbywał się zgodnie z kalendarzem(zresztą w ramach większej reformy rozgrywek, która pozwalała organizować je w tym samym czasie co turniej Euro), na sukces ,,Albicelestes” byłoby jeszcze za wcześnie ale pandemia koronowirusa doprowadziła do zmiany planów i przesunięcia turnieju o rok. Chaos organizacyjny wydawał się tym razem zrozumiały. Pierwotnie impreza miała się odbyć w Kolumbii, jednak w Kolumbii od przełomu kwietnia i maja trwały protesty przeciwko polityce prezydenta w dziedzinie ochrony zdrowia, edukacji i bezpieczeństwa, w efekcie czego CONMEBOL przeniósł rozgrywki drugi raz z rzędu do Brazylii a pandemiczne obostrzenia uniemożliwiły także zaproszenie uczestników Copa America do Argentyny. Będący koronasceptykiem prezydent Brazylii Jair Bolsonaro z radością skorzystał z okazji, choć nawet w jego kraju większość meczów odbyła się bez udziału publiczności. Rzecz jasna faworytem imprezy byli ,,Canarinhos”. Turniej w Brazylii zdecydowanie odbywał się w cieniu mistrzostw Europy. Zmiana gospodarza imprezy na ostatniej prostej, puste stadiony, dziwna formuła turnieju, to główne czynniki, które spowodowały, że czempionat Ameryki Południowej nie generował tak dużych emocji. W dodatku po euro-maratonie w ciągu dnia, chyba tylko najwięksi pasjonaci i zapaleńcy na dokładkę zarywali nockę dla starcia Chile – Boliwia. W nowym formacie rozgrywek planowano początkowo podzielić uczestników na dwie sześciodrużynowe grupy ale po tym, jak z powodu pandemii wycofali się goście z innych kontynentów(Australia i Katar) ostatecznie w każdej z grup zagrało 5 zespołów i żeby wyeliminować dwa najsłabsze i tym samym wyłonić ćwierćfinalistów, trzeba było rozegrać aż 20 meczów. Argentynie ten długi rozbieg przed decydującą rozgrywką ewidentnie przypadł do gustu. W fazie grupowej wreszcie imponowała solidnością w defensywie; trzykrotnie wygrała, raz zremisowała i straciła tylko 2 gole. W ćwierćfinale ,,Albicelestes” wygrali 3:0 z Ekwadorem. Asertywna postawa Emiliano Martineza okazała się decydująca w półfinałowej serii rzutów karnych zakończonych wynikiem 3:2(po 90 minutach i dogrywce było 1:1), kończących spotkanie z Kolumbią.
Jednak finałowa batalia między Brazylią i Argentyną to zupełnie inna para kaloszy. Ale po kolei. Brazylia to typowa ekipa turniejowa. Trener ,,Canarinhos” Tite stworzył potwora. Przywrócił blask kadrze. Od momentu, gdy przejął nad nią stery wygrała 45 razy, 11 zremisowała i tylko czterokrotnie schodziła z placu gry pokonana. Co ciekawe, tylko raz poległa w meczu o punkty, z Belgią w ćwierćfinale MŚ 2018. Bazowanie na historii bywa często złudne. Nie można sugerować się tylko i wyłącznie odniesieniami do zakurzonych kronik i opowieści z przeszłości ale nie sposób nie zauważyć, że Brazylijczycy wymyślili idealną receptę na to, by odprawiać z kwitkiem ,,Albicelestes”. Zwłaszcza w tym stuleciu są bezlitośni dla nich. W starciach o punkty na turnieju lub w eliminacjach Argentyńczycy od 16 lat nie mogli znaleźć sposobu na Canarinhos. Ta statystka wydaje się wręcz nieprawdopodobna, jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że mówimy o reprezentacjach o bardzo zbliżonym potencjale. Być może Argentyńczycy powinni byli skorzystać z usług jakiegoś egzorcysty, bo ewidentnie ciążyło nad nimi jakieś fatum, gdy przychodziło im mierzyć się z Brazylią. W niedzielnym finale(11.07.2021) ,,Albicelestes” pokonali na słynnej Maracanie Brazylię 1:0(1:0) po golu Angela Di Marii. Sędzia pokazał aż 9 żółtych kartek w meczu a ekipa Messiego wywalczyła trofeum po raz pierwszy, od kiedy geniusz piłki gra w jej barwach. Starcie Argentyny z Brazylią w finale Copa America to był po prostu piłkarski klasyk rodem z Ameryki Południowej, do tego rozgrywany na słynnej Maracanie, gdzie w niedzielę zgromadziło się zaledwie 7800 fanów, by podziwiać starcie gigantów. Turniej odbywał się(tak samo jak Euro 2020) pod znakiem obostrzeń i walki z COVID-19 ale szczęśliwie dotarł do końca i to jakiego końca!?
Pojedynek dwóch odwiecznych rywali świetnie rozpoczęli goście, w 22 minucie Rodrigo De Paul kapitalnie podał przez całe boisko do Angela Di Marii a ten wpadł w pole karne rywali i delikatnym lobem otworzył wynik meczu. Do końca pierwszej połowy Brazylia nie potrafiła odpowiedzieć a gra była niezwykle zacięta i ostra. Sędzia pokazał piłkarzom aż dziewięć żółtych kartek, studząc emocje. Po zmianie stron Canarinhos ruszyli do ofensywy a w 53. minucie na 1:1 trafił Richarlison. Gol nie został jednak uznany, bo strzelec był na pozycji spalonej. Ten sam zawodnik mógł doprowadzić do remisu dwie minuty później, tym razem świetnie piłkę odbił Emiliano Martinez. Tak samo jak w 83. oraz 88. minucie pojedynku, gdy Gabriel Barbosa dwukrotnie mógł pokonać bramkarza ,,Albicelestes”. Argentyna odpowiedziała dwoma świetnymi kontrami w końcówce, ale Lionel Messi przegrał pojedynek z Edersonem. „Atomowa pchła" ma jednak powody do dumy. Triumf 1:0 nad odwiecznym rywalem i zwycięstwo w całym turnieju to jego pierwszy życiowy sukces z drużyną narodową. Messi został też królem strzelców turnieju, w którym zdobył cztery gole i miał pięć asyst.
@Vivienne
@Sysia11
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
4
@FCBparasiempre
Wracając do turnieju. Obok Polski do kolejnej fazy awansowała Argentyna, NRD, RFN, Jugosławia, Brazylia, Holandia i Szwecja. Z barwnych sytuacji z pozostałych spotkań należy odnotować przede wszystkim futbol totalny Holendrów. Oranje zaprezentowali najbardziej wybiegany, ofensywny futbol w historii. Bez dwóch zdań najpiękniejszy w tych czasach i jeden z najpiękniejszych kiedykolwiek. Jugosławia poprawiła wynik Polaków z Haiti, ogrywając Zair 9:0. Przy wyniku 3:0 doszło do pierwszej w dziejach mundiali zmiany bramkarza. Mwamba Kazadi został zastąpiony przez Dimbiego Tubilandu. Liczby pokazują, że nie było to zbyt dobre posunięcie. W drugiej fazie rozgrywek Biało-Czerwoni wylądowali w grupie B ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Drugą czwórkę tworzyły ekipy Holandii, Brazylii, NRD i Argentyny. Na dwa dni przed starciem ze Skandynawami trener Górski dał swoim zawodnikom i współpracownikom wolny wieczór. Mogli robić to, na co mają ochotę, przy jednym warunku – muszą wrócić do hotelu najpóźniej o 23:00. Jacek Gmoch udał się z Henrykiem Loską na pieszą wycieczkę po okolicy. Biało-Czerwoni byli objawieniem mundialu, stąd nie dziwne, że stali się obiektem zainteresowań mieszkańców Murrhardt. Spacerujących Polaków zauważyła pewna para i od razu udała się w ich kierunku. Dziewczyna poprosiła Gmocha o autograf. Ten oczywiście się zgodził, jednak wielkie było jego zaskoczenie, gdy ta rozpięła bluzkę i jako miejsce złożenia podpisu wskazała swój biust. Trener z uśmiechem na ustach złożył sygnaturkę. Chłopak poszedł jeszcze o krok dalej. Rozpiął spodnie i… wypiął w kierunku Gmocha goły pośladek. Jak wspomina Loska: „Myślałem, że Jacek go w ten tyłek kopnie, a on, w swoim stylu, złożył autograf!” Andrzej Strejlau również chciał przejść się na wieczorny spacer. Powstrzymał go sam Kazimierz Górski, mówiąc tajemniczo, że „dziś będą się tu działy ciekawe rzeczy”. W tym momencie mamy do czynienia z początkiem pewnej strategicznej zagrywki naszego trenera. Kazimierz Deyna, Zygmunt Kalinowski, Mirosław Bulzacki, Jerzy Gorgoń i Adam Musiał wrócili do hotelu pół godziny po wyznaczonej godzinie. Przy recepcji czekał na nich Górski. W polemikę z trenerem wdał się jedynie Musiał, reszta grzecznie uciekła do swoich pokojów. Nazajutrz sternik naszej kadry ogłosił, że Musiał złamał regulamin i zostaje odesłany do domu. Pozostali zawodnicy zaczęli prosić o zmianę decyzji. Trener tysiąclecia postawił sprawę jasno – jeśli wygracie mecz ze Szwecją, pozwolę Musiałowi zostać, jeśli nie wygracie, jedzie do Polski. Wygrali 1:0 po bramce Laty. Warto podkreślić, że Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Jana Tappera. Na czym polegała zagrywka Górskiego? Pan Kazimierz doskonale zdawał sobie sprawę, że najtrudniejszym meczem na turnieju jest mecz numer cztery. Mówiło i mówi o tym wielu byłych szkoleniowców i piłkarzy. Nasz rodak nie chciał, by w szeregach jego drużyny pojawiło się rozluźnienie po wygraniu grupy śmierci, o co zadbał zawieszając Musiała. Zawodnicy stanęli na rzęsach, by przywrócić go do zespołu i pokonali, w wielkich trudach, przeciwników ze Skandynawii. Zawodnik wrócił do składu i rozegrał resztę turnieju w pełnym wymiarze czasowym. Mecz z Jugosławią miał być z pozoru najłatwiejszym starciem tej fazy rozgrywek. Zwycięstwo 2:1, po bramkach Deyny i Laty, przyszło, dosłownie i w przenośni, w ogromnych bólach. Nasz kapitan trafił z rzutu karnego podyktowanego za faul Karasiego na Szarmachu. Faul miał wielkie znaczenie w perspektywie kolejnych wydarzeń. Diabeł doznał bolesnej kontuzji uda, na którym pojawił się krwawy guz wielkości piłki tenisowej. Sztab medyczny nie wiedział, co zrobić. Pojawiły się pomysły włożenia nogi do gipsu. Na szczęście znalazł się niemiecki lekarz z Murrhardt, zamroził ranę naszego napastnika, a następnie solidnie rozmasował. Krwiak ustąpił, ból niestety nie. Szarmach walczył z czasem, by wykurować się na starcie z gospodarzami, Zachodnimi Niemcami, mające de facto rangę półfinału. Niestety, przegrał tę walkę i w przedostatnim meczu turnieju nie był do dyspozycji trenera. 3 lipca 1974 roku. Frankfurt, Waldstadion. Starcie RFN z Polską było bojem o finał Mistrzostw Świata. Obfite opady deszczu spowodowały, że murawa stadionu wyglądała jak zalane pastwisko. Pojawiło się duże prawdopodobieństwo, że mecz zostanie przełożony, za czym optowała cała nasza załoga. Odmiennego zdania byli niestety Niemcy. Rywale doskonale zdawali sobie sprawę, że taka aura jest ich przywilejem i zwiększa szansę pokonania Polaków.
Po pierwsze – nie było wątpliwości, że to nasi piłkarze znacznie lepiej operują piłką po ziemi. Po drugie – niezwykle efektowne rajdy skrzydłem Gadochy eliminowały wodne zastoiska. Po trzecie – w szeregach Górskiego brakowało Szarmacha, zawodnika niezwykle dobrze grającego głową, który w takich warunkach mógłby być zabójczą bronią. Sędzia uznał, nieco pod presją gospodarzy, że mecz może zostać rozegrany. „To były zawody kajakowe, można było się popluskać, pobawić w wodzie, ale nie grać w piłkę”. Powyższe słowa Grzegorza Laty nie pozostawiają żadnych złudzeń. Boisko nie pozwalało na stworzenie dobrego widowiska, pomimo faktu, że biegali po nim jedni z najlepszych piłkarzy na świecie. O Meczu na wodzie powiedziano już właściwie wszystko, przez dziesięciolecia był wspominany i analizowany przez wielu fachowców. Odnotujmy, że Tomaszewski obronił jedenastkę wykonywaną przez Uliego Hoenessa, dzięki czemu został pierwszym golkiperem w dziejach światowego czempionatu, który na jednym turnieju dwukrotnie zatrzymał strzały z wapna. Nie był jednak w stanie uchronić drużyny przed porażką. Obustronna wymiana ciosów padła łupem gospodarzy. Nasi zawodnicy nie znaleźli sposobu na świetnie dysponowanego Seppa Maiera. Jedyną bramkę zdobył legendarny Gerd Muller, zapewniając Niemcom trzeci finał Mistrzostw Świata. Grupę A wygrała tymczasem fenomenalna Holandia a drugie miejsce zajęli Brazylijczycy. Właśnie z aktualnymi Mistrzami Świata przyszło zmierzyć się zawodnikom Kazimierza Górskiego o srebrny medal. Tuż po wodnym starciu z RFN pojawiło się trochę luzu w szeregach ekipy, co jeszcze bardziej spotęgowała możliwość sprowadzenia do hotelu jednej osoby przez każdego z polskich bohaterów. Do większości piłkarzy przyjechały żony lub partnerki, do części jeden z rodziców. Luz bardzo dobrze zadziałał na głowy Polaków. Zupełnie odmienna atmosfera panowała w ekipie Canarinhos. Z uwagi na brak obrony tytułu, w swoim kraju zostali już przeklęci. Chcieli za wszelką cenę udowodnić swoją wyższość w małym finale. Na mecz z naszą drużyną wyszli bardzo zmotywowani. Można powiedzieć, że wręcz przemotywowani. Zdecydowanie więcej samby zaprezentowali Biało-Czerwoni. Prawdziwym maestro został Grzegorz Lato, autor ponad 50-metrowego rajdu, zakończonego jedynym w tym meczu trafieniem, zapewniającym naszym zawodnikom trzecie miejsce na świecie. Cała polska załoga została w Niemczech aż do wielkiego finału, który oglądała z perspektywy trybun. Niestety, nie wszyscy dotarli na to spotkanie. Część działaczy postanowiła zarobić i przehandlowała swoje bilety. Na boisku w Monachium miała miejsce swoista powtórka finału sprzed dwudziestu lat. Oranje, podobnie jak Węgrzy w Bernie, szybko wyszli na prowadzenie za sprawą karnego Neeskensa. Piłkarsko byli znacznie lepsi od Niemców. Ci jednak wygrali wyrachowaniem, ponownie odwracając losy Mistrzostwa Świata. Trafienia Breitnera i Mullera spowodowały, że zawodnicy Helmuta Schona mogli na oczach własnego kraju świętować drugi tytuł mistrzowski. Franz Beckenbauer spełnił obietnicę złożoną swojemu ojcu 20 lat wcześniej i wzniósł do góry Puchar Świata. Jak smakował drugi triumf Niemiec Zachodnich w ich kraju? Słodko-gorzko. Niby była euforia, ale nie taka jak po pierwszym Mistrzostwie Świata, a nawet nie taka jak dwa lata wcześniej, gdy RFN okazała się najlepszą drużyną w Europie. Poza tym wiele osób nie mogło wybaczyć swoim zawodnikom porażki 0:1 z NRD, poniesionej w swoim pierwszym turniejowym meczu. Holandia z 1974 roku bije się w opowiadaniach i wspomnieniach z Węgrami z 1954 roku o miano najpiękniejszych przegranych w historii. Główny dowódca pomarańczowej bandy, Johan Cruijff, wspominał w swojej biografii: „Nasze występy wywołały na całym świecie pozytywne reakcje i wzbudziły podziw dla naszej gry, a to było znacznie ważniejsze. Daliśmy nadzieję wszystkim zawodnikom, którzy, jak ja, nie byli wielcy ani silni. Podczas tego turnieju w pewnym sensie zmieniła się cała filozofia gry w piłkę. Owa filozofia była w gruncie rzeczy bardzo prosta i pozostaje taka do dziś. Oto piłka i albo wy ją macie, albo oni ją mają. Jeśli jest w waszym posiadaniu, oni nie zdobędą bramki. Jeśli zrobicie z piłki odpowiedni użytek, zyskujecie większą szansę na dobry wynik”.
Królem strzelców futbolowych zmagań w RFN został strzelec 7 goli, Grzegorz Lato. Drugą strzelbą, z pięcioma trafieniami, dysponowali Johan Neeskens i Andrzej Szarmach. Po powrocie naszych piłkarzy do Polski, rozpoczęło się istne szaleństwo. Ponad 100 tysięcy Warszawiaków wyszło na ulice stolicy, by oglądać ich przejazd autokarem z otwartym dachem. Zawodnicy niemal utracili życie prywatne. Gdzie tylko się pojawili, tam momentalnie otaczał ich tłum w celu zrobienia zdjęcia, zdobycia autografu, samej rozmowy. W corocznym plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca roku aż trzy z pięciu czołowych lokat zajęli srebrni medaliści Mistrzostw Świata. Deyna był drugi, Lato czwarty, a Gadocha piąty. Wymiar pierwszego wielkiego sukcesu polskiej piłki nożnej znakomicie opisał Kazimierz Górski: „Zaczęło się od głodu sukcesu. W społeczeństwie biednym, któremu wmawiano, że jest dobrze, mamiono wielkomocarstwowymi obietnicami lub statystykami, sport spełniał rolę szczególną. Był uśmiechem, czymś dobrym i pięknym. Wszyscy byliśmy spragnieni osiągnięć drużyny narodowej”. Jan Tomaszewski w książce Karoliny Apiecionek ,,Mundial 1974. Dogrywka” wspominał: „Pan Kazimierz Górski był dla mnie papieżem polskiej piłki. Jako szkoleniowiec był bardzo dobry, jako człowiek – fenomenalny! Wszyscy mówią: miał zawodników. Nie, cały czas szukał! Bulzacki, bohater z Wembley nie gra, wchodzi jakiś gówniarz Żmuda. Strzelec złotej bramki, Jasiu Domarski, nie gra, wchodzi jakiś młokos Szarmach. Leszek Ćmikiewicz nie gra, wchodzi jakiś Ślązak Zygmunt Maszczyk i co się okazuje? Ta drużyna zdobywa trzecie miejsce na świecie! To jest po prostu niemożliwe! A jednak pan Kazimierz tego dokonał”.
7
@FCBparasiempre
Jeśli zapytamy przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się 1974 rok, to bez wątpienia, nieważne czy zna się na piłce nożnej czy nie, wskaże na trzecie miejsce naszych rodaków na Mistrzostwach Świata, wywalczone w Republice Federalnej Niemiec. W związku z tym przedstawię przede wszystkim kulisy wspaniałego występu podopiecznych trenera tysiąclecia, Kazimierza Górskiego. Niemcy Zachodnie miały sporo czasu na solidne zorganizowanie jubileuszowego, 10. turnieju Mistrzostw Świata. Organizacja została im powierzona niemal 10 lat przed jego rozpoczęciem. Po tym jak Puchar Rimeta trafił na własność Brazylijczyków, ogłoszono plebiscyt na nowy puchar dla zwycięzcy. Spośród zgłoszeń wybrano dzieło włoskiego rzeźbiarza, Silvio Gazzanigi. Oryginał został wykonany z 18-karatowego złota, waży 6,175 kg przy 36 cm wysokości. Tym razem ustalono, że w żadnym przypadku nie trafi do jakiejkolwiek krajowej federacji, bez względu na liczbę triumfów na największej piłkarskiej imprezie na świecie. Każdy zwycięzca otrzyma pozłacaną replikę i musi pocieszyć się tym, że zostanie wygrawerowany na spodzie oryginalnego trofeum, które na co dzień znajduje się w siedzibie FIFA. Co ciekawe, po Mundialu w 2038 roku nie będzie już miejsca na kolejnego triumfatora. Do eliminacji zgłosiło się 99 drużyn. Siedem z nich (Filipiny, Gabon, Indie, Jamajka, Madagaskar, Sri Lanka i Wenezuela) wycofało się przed startem. Polska wylądowała w piątej grupie strefy europejskiej wraz z wyspiarskim towarzystwem, Anglią i Walią. Nie ma wątpliwości, że zdecydowanym faworytem byli Mistrzowie Świata z 1966 roku. Biało-Czerwoni tworzyli młodą, zdolną drużynę, scementowaną triumfem na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku. Kwalifikacje do mundialu rozpoczęliśmy fatalnie, przegrywając na wyjeździe z Walią 0:2. Tylko cud na Stadionie Śląskim mógł przedłużyć nasze nadzieje na awans. I cud się wydarzył, po bramkach Gadochy i Lubańskiego pokonaliśmy Anglię 2:0. Niestety, strzelec drugiej bramki świętował przez łzy. Po starciu z McFarlandem doznał paskudnej kontuzji, po której przeszedł dwie nieudane operacje. Całe nieszczęście na długo wyeliminowało go z gry w piłkę. Nasz najlepszy napastnik tamtych czasów wspominał tę sytuację w książce ,,Życie jak dobry mecz”: „Nie zapomnę tego do końca życia. Oprócz strasznego bólu, który wydawał mi się nie do wytrzymania, była jeszcze jedna rzecz, bardzo mnie niepokojąca – niesamowity trzask, który usłyszałem. To był trzask kosteczki, która się odrywała od ścięgna”. Już bez Lubańskiego Polacy wygrali z Walią 3:0 a następnie pojechali na Wembley stoczyć bezpośrednie starcie z Synami Albionu o bilety do RFN. Pozycję wyjściową mieli ciut lepszą, bo wystarczał im remis. W pierwszej połowie dzielnie i heroicznie odbierali ataki gospodarzy a dwanaście minut po wznowieniu gry wyszli na prowadzenie za sprawą trafienia Jana Domarskiego. Nie cieszyli się z niego zbyt długo, bo już kilkaset sekund później z rzutu karnego wyrównał Allan Clarke. Wynik 1:1 utrzymał się do końcowego gwizdka, co oznaczało pierwszy od 1938 roku awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Sam mecz urósł do miana legendy, tak jak m. in. interwencje Jana Tomaszewskiego, którego przed meczem Brytyjczycy porównywali do clowna i sama bramka Domarskiego, do dzisiaj kojarzonego przede wszystkim z tym dokonaniem. Na karty pod autografy wkradł się jednak mały chochlik. Władze kraju i działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej zakładały, że złoty remis na Wembley i pierwszy po II Wojnie Światowej awans na Mistrzostwa Świata jest szczytem możliwości podopiecznych Kazimierza Górskiego: „Jedziemy, bo jedziemy, ale nie stawiamy przed wami żadnych celów. Po prostu nie przynieście nam wstydu. Tam będą grały największe gwiazdy światowej piłki”. Takie podejście drażniło złotych medalistów Igrzysk Olimpijskich z 1972 roku w Monachium. Wyrażało totalny brak wiary w samych zawodników i trenera. Kazimierz Górski zabrał na mundial następujących zawodników: Jan Tomaszewski, Andrzej Fischer, Zygmunt Kalinowski, Antoni Szymanowski, Zbigniew Gut, Jerzy Gorgoń, Henryk Wieczorek, Mirosław Bulzacki, Władysław Żmuda, Adam Musiał, Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna, Henryk Kasperczak, Zygmunt Maszczak, Roman Jakóbczyk, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha, Jan Domarski, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, Marek Kusto. Asystentami szkoleniowca byli Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau, którzy niespecjalnie za sobą przepadali. Mistrzostwa Świata rozegrano w dniach 13 czerwca – 7 lipca 1974 roku na stadionach w dziewięciu miastach: Monachium, Berlin, Stuttgart, Gelsenkirchen, Düsseldorf, Frankfurt, Hamburg, Hannover i Dortmund. Na długo przed rozpoczęciem zawodów zastanawiano się nad opcją zwiększenia liczby finalistów. Finalnie zrezygnowano z pomysłu i w Niemczech wystąpiło 16 drużyn: Republika Federalna Niemiec (gospodarz), Brazylia (mistrz), Polska, Bułgaria, NRD, Włochy, Holandia, Szkocja, Szwecja, Jugosławia, Argentyna, Chile, Urugwaj, Haiti, Australia i Zair. Wprowadzono natomiast nowy format rozgrywek, mający zwiększyć liczbę meczów. Trzeba przyznać, że uatrakcyjnił zawody i bardzo dobrze zdał egzamin. Zrezygnowano z fazy pucharowej, zastępując ją drugą fazą grupową. Zestawienie pierwszej rundy:
Grupa 1: Australia, Chile, NRD, RFN
Grupa 2: Brazylia, Jugosławia, Szkocja, Zair
Grupa 3: Bułgaria, Holandia, Szwecja, Urugwaj
Grupa 4: Argentyna, Haiti, Polska, Włochy
Dwie najlepsze drużyny z każdej z grup zapewniało sobie awans do najlepszej ósemki zawodów, podzielonej na dwie grupy. I tutaj każdy grał z każdym. Zwycięzcy drugich grup awansowali do wielkiego finału, a wiceliderzy rozgrywali między sobą mecz o 3. miejsce. Co ważne, od tego turnieju aż po mundial we Francji w 1998 roku, nagradzano wszystkich “półfinalistów”. Za pierwsze miejsce przyznawano złote medale, za drugie srebrne pozłacane, za trzecie srebrne, a za czwarte brązowe. Przed bezbramkowym meczem otwarcia we Frankfurcie, rozegranym między Brazylią a Jugosławią, piosenkę Futbol odśpiewała Maryla Rodowicz. Reprezentacja Polski rozpoczęła swoje zmagania trzeciego dnia turnieju. Wydawało się, że, wobec kontuzji Włodzimierza Lubańskiego, podstawowym napastnikiem będzie bohater z Wembley, Jan Domarski. Górski postawił tymczasem na zawodnika, który na szczeblu reprezentacyjnym ogrywał się głównie w młodzieżówce prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua. Wielu miało wątpliwości co do wyboru Andrzeja Szarmacha. Sam zainteresowany był zaniepokojony, co wyraził w swojej biografii ,,Diabeł nie anioł”: „Jak to ja? Nie Domarski? Pełne zaskoczenie i dla mnie, i dla kolegów z drużyny. W głowie gonitwa myśli. Noc długa i prawie nieprzespana. I pytana: Co robić? Jak grać? Czy dam radę?” Zdecydowanie dał radę. W pierwszym meczu z Argentyną już w ósmej minucie zamknął usta krytykantom i uciszył swoje czarne myśli. W tym momencie Biało-Czerwoni prowadzili już 2:0, bowiem chwilę wcześniej trafił Lato. Na kontaktową bramkę Heredii z 60. minuty momentalnie odpowiedział Lato. Na nic zdał się gol Babingtona na 3:2. Mecz zakończył się właśnie takim rezultatem. Piłkarski świat w szoku, Polacy nie dowierzali. W Murrhardt, malowniczym miasteczku goszczącym naszą reprezentację, zapanowała wielka radość. Mieszkańcy w momencie pokochali zawodników znad Wisły i wspierali ich równie mocno jak swoją drużynę. Trener i jego podopieczni zaczęli otrzymywać listy z gratulacjami z całej Polski, co trwało aż do zakończenia turnieju. Ponadto do Laty, Szarmacha, Deyny i spółki zaczęli przybliżać się przedstawiciele zachodnich klubów, kusząc dużymi pieniędzy. Sytuacja polityczna w kraju cały czas była zła, zawodnicy mieli zakaz zagranicznych transferów aż do ukończenia 30. roku życia. Pozostanie na zachodzie było równoważne z ucieczką. Drugą przeszkodą było starcie z egzotyczną reprezentacją Haiti. Było jasne, że rywale są o klasę gorsi od naszych zawodników, choć w kwietniu przed mundialem okazali się górą w bezpośrednim meczu towarzyskim, wygrywając 2:1. Na turnieju Polacy nie pozostawili żadnych złudzeń. Kanonada strzelecka, 7:0, jedno z najwyższych zwycięstw w historii Mistrzostw Świata. Łupem bramkowym podzielili się Lato x2, Deyna, Szarmach x3 i Gorgoń. Tym samym Orły Górskiego zapewniły sobie awans do drugiej rundy grupowej. Wcześniej trzeba było jeszcze rozegrać ostatnie starcie pierwszej fazy. Przed meczem z Włochami rozpoczęły się próby “motywacji” Polaków. Biało-Czerwoni awans mieli już w kieszeni, zatem było pewne, że jedna z ekip, wymienianych przed turniejem w gronie faworytów do zwycięstwa, niebawem pojedzie do domu. Włoska federacja obiecała swoim piłkarzom po 30 tys. dolarów premii za awans do czołowej ósemki. Ci postanowili zaproponować 10% swojego wynagrodzenia piłkarzom Górskiego. 3 tys. dolarów było sumą, za którą w ówczesnej Polsce można było kupić samochód z górnej półki. Ostatecznie przybyszom z Półwyspu Apenińskiemu nie udało się dotrzeć do naszych zawodników i przekazać ustalonej przez siebie sumy. Polacy znów dali popis swoich umiejętności, wygrywając z Włochami 2:1 po golach Szarmacha i Deyny. Koniec tematu? Otóż nie. Ponad osiem lat później Grzegorz Lato trafił do meksykańskiego Atlante, gdzie spotkał argentyńskiego piłkarza, Rubena Ayalę. Ten powiedział mu, że przed starciem Polski z Włochami wraz z kolegami z drużyny zebrał 22 tys. dolarów, z czego 18 tys. zostało przekazane żonie jednego z Polaków wraz z apelem o zwycięstwo z bezpośrednim przeciwnikiem do awansu. Niczego nieświadomi piłkarze Górskiego, no może poza jednym wyjątkiem, wygrali. Argentyna w tym samym czasie pokonała Haiti 4:1, zatem z perspektywy przybyszy z Ameryki Południowej wydawało się, że wszystko poszło zgodnie z ustalonym planem. Lato przekazał informację kolegom z drużyny i rozpoczęło się poszukiwanie piłkarza, który bez wiedzy pozostałych przytulił 18 tys. dolarów. Bez skutku. Po latach milczenie przerwał Iggy Boćwiński, Argentyńczyk polskiego pochodzenia, który stwierdził, że to on przekazał pieniądze, a odbiorcą była żona Roberta Gadochy. „Robert zachował pieniądze dla siebie. Zresztą zaskoczył mnie tym zupełnie. Zapytałem, jak zamierza podzielić kasę. Wtedy powiedział: . Byłem bardzo zaskoczony taką postawą Gadochy”. Orły Górskiego przeklęły byłego zawodnika Legii Warszawa. W gruncie rzeczy nie ma co się dziwić – za wygranie mundialowego meczu dostawali raptem po… 40 dolarów. Po wyjściu na jaw całej sprawy, Gadocha praktycznie odizolował się od świata. Do sytuacji odniósł się dopiero w 2013 roku, zapewniając, że żadnych pieniędzy nie przyjął.
8
To był „nasz” Mundial:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Wybitny, genialny, po prostu „Kici”:
13 czerwca 1934 r. urodził się legendarny polski napastnik- Lucjan Brychczy. Gdyby Lucjan Brychczy urodził się pięćdziesiąt lat później, zapewne byłby gwiazdą światowego futbolu. Zamiast tego jest legendą Łazienkowskiej 3, choć wcale nie jest powiedziane, że mu to przeszkadza… Popularny „Kici” barw Legii Warszawa bronił nieprzerwanie od 1954 roku. Oczywiście najpierw jako piłkarz (grał tam do 38 roku życia), później jako trener. Niewykluczone, że gdyby nie jego służba wojskowa, jego kariera w zespole ze stolicy byłaby dużo krótsza. Jednak jako wojskowy nie mógł sobie pozwolić na wyjazd, dlatego też smakiem musiały obejść się kluby belgijskie czy francuskie, a także Real Madryt, gdzie widział go Helenio Herrera. Jednak zanim do tego doszło, Kici większość swojej młodości spędził na Śląsku. Urodził się w Nowym Bytomiu jako syn powstańca i przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Pierwsze piłkarskie szlify zbierał w miejscowej Pogoni, a także w gliwickim ŁTS Łabędy. Pierwsze rozczarowanie przyszło, podczas testów w ukochanym Ruchu Chorzów, które nie przyniosły mu miejsca w zespole. Warto dodać, że przed grą treningową, celowo dano mu wtedy za duże buty, by nie wypadł za dobrze. Kto wie, czy przez ten incydent Niebiescy nie stracili następcy Ernesta Wilimowskiego i godnego partnera dla Gerarda Cieślika. Gdyby nie ojciec piłkarza, prawdopodobnie zostałby bokserem, gdyż takżę i do tego sportu przejawiał spory talent. Jednak pod zarzutami, że dyscyplina ta ogłupia, zakazał synowi bokserskich treningów. I dzięki temu Kici został na stałe z futbolem. W ówczesnych czasach trenerem Legii Warszawa był Węgier Janos Steiner. Z nim też wiążę się ciekawa historia. Mianowicie w każdy poniedziałek rano, kupował „Przegląd Sportowy”, a jako że nie znał języka polskiego, prosił Ernesta Pola, żeby tłumaczył mu go na niemiecki, ze szczególnym uwzględnieniem wyróżniających się zawodników. Później przygotowywał notatkę z nazwiskami piłkarzy z dopiskiem „Proszę ich sprowadzić do CWKS”. Kiedy trener znad Balatonu ujrzał Lucjana Brychczego, zażądał natychmiastowego sprowadzenia go do Legii. Młody Ślązak dostał więc powołanie do wojska pół roku przed terminem! A skąd wziął się pseudonim Brychczego? To jego trener wymyślił pseudonim, który przylgnął do niego na zawsze. Kici po węgiersku znaczy mały(Brychczy miał 166 cm wzrostu). – Kici das ist Kici – mawiał Steiner – szibkie labda, dużo rucha, gut spielt, dobra robi gol. Węgier chciał uczynić z Legii klub wojskowy na kształt Honvedu Budapest, gdzie wraz z powołaniem do wojska przychodzili czołowi węgierscy zawodnicy, których po zakończeniu służby namawiano do pozostania. I to dzięki niemu piłkarze z Łazienkowskiej mieli okazję poznać wicemistrzów świata. ,,Kilka miesięcy później, Steiner zabrał nas na obóz na Węgry. To była zima 1955 roku. Trenowaliśmy z Honvedem. Było się od kogo uczyć. Puskas, Bozsik, Kocsis – te nazwiska powalały z nóg. Oni byli wicemistrzami świata a powinni być mistrzami. Oglądaliśmy razem ten film z finału i widzieliśmy, że strzelili prawidłową bramkę. To była drużyna nie z tej ziemi. I właśnie na koniec tamtego zgrupowania graliśmy z nimi. Ludzie mówili: „Po co wam to, 10:0 wam wrzucą i tylko się zdołujecie”. A my nawet prowadziliśmy 2:1, ja strzeliłem oba gole, Szymkowiak obronił karnego Puskasowi. W końcu przegraliśmy 2:3 ale zobaczyliśmy, że nie jesteśmy tacy słabi”– Lucjan Brychczy, podczas wywiadu z Markiem Wawrzynowskim. Już sezon po przyjściu do Legii zaczął z nią święcić triumfy jako podstawowy zawodnik. W sezonach 1955 i 1956 zdobył zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski. Był już wtedy reprezentantem kraju. Jako członek drużyny miasta Warszawy uczestniczył w premierowym meczu na Camp Nou. Otrzymał za to 20 dolarów, co było znaczną kwotą dla mieszkańca PRL-u. Kiedy jego służba wojskowa dobiegła końca, władze musiały solidnie się napracować, by przekonać go do pozostania w stolicy. Z jednej strony najlepsza drużyna w kraju, w której barwach Brychczy bardzo się rozwinął, z drugiej jednak żona, która mieszkała na Śląsku, a także koledzy: Ernest Pol i Edmund Kowal, którzy namawiali Kiciego do gry w Górniku Zabrze. Warto też dodać, że w tamtych czasach mało kto mógł finansowo konkurować z bogatymi klubami wspieranymi przez kopalnie. Chytry plan miał na celu przekonanie Małgorzaty do przyjazdu do Warszawy. Prawdopodobnie największą zasługę w powodzeniu misji trzeba przypisać ojcu piłkarza, który miał wielki posłuch u małżonków. Zamieszkali przy Świętokrzyskiej i tak pozostaje do dziś.
W reprezentacji też grał pierwsze skrzypce. Był jej kapitanem, a także wystąpił z nią na Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie. W sumie w barwach narodowych rozegrał 58. spotkań, ale jednym z najważniejszych było to rozegrane na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wtedy to swoim fenomenalnym trafieniem piętą oczarował rywali, w których barwach grały takie tuzy jak Alfredo Di Stefano czy Francisco Gento. To właśnie po tym meczu zaczęto mówić o zainteresowaniu jego osobą przez wielki Real Madryt. A podpułkownik Kici grał jednak dla Legii. I to jak grał! Delikatny kryzys dopadł go po przyjściu do klubu czeskiego szkoleniowca Jaroslava Vejvody, który swoim podopiecznym fundował ciężki trening zwany bombonami. 32 letni Brychczy nie był w stanie osiągać wymaganych rezultatów i został przez to nawet wyrzucony z treningu. Doszli jednak do porozumienia, by zawodnik nie kończył kariery, chociażby po to, by pod jego okiem rozkwitał wielki talent Kazimierz Deyna. Była to świetna decyzja. Kici dalej czarował i doprowadził Legię do kolejnych dwóch mistrzostw i Pucharów Polski a także półfinału Pucharu Mistrzów. Warto zauważyć, że wszystkie gole w ćwierćfinałowej rywalizacji z Galatasaray zdobył właśnie On (1:1 w Stambule, 2:0 w Warszawie). Gdy kończył karierę, wśród gości na pożegnalnym meczu był nawet słynny Wacław Kuchar. Podczas jego obecności na Łazienkowskiej Wojskowi zdobyli dziesięć mistrzostw kraju i siedemnaście Pucharów Polski, czyli wszystkie, jakie mają w swojej kolekcji. Lucjan Brychczy zmarł w Warszawie 2 grudnia 2024 r.
Osiągnięcia klubowe:
Legia Warszawa:
4 x mistrzostwo Polski (1955, 1956, 1969, 1970)
4 x Puchar Polski (1955, 1956, 1964, 1966)
1 x Półfinał Pucharu Mistrzów (1970)
3 x Król strzelców I ligi (1957, 1964, 1965)
Osiągnięcia reprezentacyjne:
występ na IO (1960)
Osiągnięcia trenerskie
Legia Warszawa:
3 x Puchar Polski (1973, 1980, 1990)
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
3
@FcPortoFan1999 No właśnie! Na dzień dzisiejszy to niestety marzenie ściętej głowy.....!
3
@FcPortoFan1999 Panie! ale pan to chwalipięta jesteś :)
Wszystkie naj naj naj i czego tylko sobie zapragniesz :)
Panie! Ja to bym chciał mieć choćby jeszcze 47 lat! W związku z tym trocha ci zazdraszczam :)
4
@FCBparasiempre
Tę fazę rozgrywek inaugurowaliśmy meczem z Belgią. Na kilkanaście godzin przed tym starciem Zbigniew Boniek gorączkował. Na murawę Camp Nou wyszedł po zażyciu aspiryny. Nie przeszkodziło mu to jednak w pokazaniu światu, że nie bez przyczyny będzie w przyszłości nazywany we Włoszech określeniem bello di notte (piękność nocy). Wśród blasku jupiterów to jego gwiazda zabłysnęła najjaśniej, czego efektem był hat-trick, zapewniający naszej ekipie zwycięstwo 3:0. W drugim grupowym starciu Belgia uległa ZSRR 0:1, przez co stało się jasne, że zwycięzca bezpośredniego spotkania Polska – ZSRR zostanie półfinalistą mundialu. Biało-Czerwoni byli w lepszej sytuacji, bo im awans dawał nawet remis. Stąd główny cel Piechniczka przekazany zawodnikom – przede wszystkim nie stracić gola. Nie trzeba chyba podkreślać, jak wielki wymiar polityczny miał ten mecz. W trakcie całego turnieju cenzura dbała o to, by przekaz telewizyjny miał opóźnienie, by polskie społeczeństwo nie widziało transparentów Solidarności, widocznych na każdym spotkaniu. W boju o półfinał opóźnienie było największe, kilkuminutowe. Na trybunach barcelońskiego giganta pojawiło się kilka tysięcy kartek z napisem “Solidarność” i dwie duże flagi, widoczne w przekazach telewizyjnych na całym świecie. Na całym świecie oprócz Polski. Kiedy tylko hiszpański realizator pokazywał ujęcia z widocznymi emblematami związku, w naszym kraju pokazywane były ujęcia z innych meczów. Komiczne były kadry z widokiem kibiców brazylijskich czy włoskich, obecnych rzekomo na meczu Polski z ZSRR. Piłkarze tymczasem stanęli na wysokości zadania, remisując bezbramkowo z Wielkim Bratem i zapewniając sobie medale Mistrzostw Świata. Zwycięski remis miał swoje ofiary. Boniek został ukarany swoją drugą żółtą kartką w turnieju, przez co wiadome było, że nie wystąpi w półfinale. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego sędzia Bob Valentine wyciągnął z kieszeni kartonik. W pamięci polskich kibiców pozostały tańce przy chorągiewce autorstwa Włodzimierza Smolarka. Nasz zawodnik pod koniec starcia zbiegał w narożnik boiska i umiejętnie zastawiał piłkę, kradnąc tym samym bardzo cenne sekundy. Zwycięzcami pozostałych grup zostały ekipy RFN, Francji i Włoch. Nam o wielki finał przyszło mierzyć się z Italią. Przed meczem ciężko było wskazać faworyta. Polacy bardzo narzekali na panujące upały, a przez to, że w swoim hotelu nie mieli klimatyzacji, chłodzili się spędzając cały dzień w basenie i wannach. Przedmeczowa noc dla większości była niemal nieprzespana. W walce ze skwarem zawodnicy moczyli prześcieradła w zimnej wodzie i zawijali się w nie, tworząc swego rodzaju kokon. Niestety, były to jedynie doraźne środki. Co kilkadziesiąt minut musieli się budzić i powtarzać cały proces. Największą boiskową niewiadomą było to, kto zastąpi Bońka. Naturalnym wyborem wydawał się Andrzej Szarmach, jednak nie było tajemnicą, że na linii napastnik – trener zdecydowanie nie było chemii. W swojej biografii ,,Diabeł nie anioł” Szarmach wspomniał słowa selekcjonera wypowiedziane tuż po przyjeździe do Hiszpanii: „Andrzej, chcę, żebyś wiedział, że przyjechałeś tu na mistrzostwa za zasługi dla polskiej piłki. Ale u mnie grać już nie będziesz”. Piechniczek dotrzymał słowa i na półfinał wysłał Diabła na trybuny. Po latach wszyscy podkreślają, że był to wielki błąd. To samo przyznał sam selekcjoner. Szarmach miał patent na Włochów, w czterech występach przeciwko tej drużynie zdobył dwa gole. Abstrahując od historii, był najzwyczajniej w świecie znakomitym napastnikiem. Selekcjoner do gry o wielki finał desygnował Włodzimierza Ciołka a Grzegorza Latę wystawił na “dziewiątce”. Nie przyniosło to pożądanych efektów. Katem naszej ekipy okazał się fenomenalny Paolo Rossi, którego dwie bramki zapewniły Italii zwycięstwo 2:0. Po spotkaniu jego koszulkę zdobył Paweł Janas. Gdy rok później wyjechał do Auxerre, spotkał w klubie chłopaka marzącego o trykocie włoskiej gwiazdy. Janas z bólem serca przekazał mu swoją zdobycz z półfinału. Tym chłopakiem był Eric Cantona. Znakomity przebieg miało drugie spotkanie półfinałowe między RFN a Francją. Zostało jednak przyćmione przez starcie Battistona i Schumachera. Niemiecki bramkarz wyszedł poza pole karne do piłki, do której nie miał prawa dojść i na pełnym biegu z impetem wszedł biodrem w twarz swojego rywala. Francuz przez kilka minut nie dawał oznak życia. Jego koledzy obawiali się najgorszego, że nie żyje. Schumacher tuż po spotkaniu nie wyraził ani odrobiny skruchy, mówiąc w rozmowie z przedstawicielami prasy i telewizji: „Jeśli stracił zęby, to zapłacę za koronki”. Finalnie Battiston stracił trzy zęby, miał wstrząs mózgu, złamaną szczękę i uszkodzone kręgi szyjne. Co szokujące, niemiecki bramkarz nie otrzymał za swoje przewinienie żadnej kary. Regulaminowe 90 minut przyniosło remis 1:1. Po 10 minutach dogrywki Francuzi prowadzili 3:1. Niemcy zdołali doprowadzić do remisu 3:3. W serii rzutów karnych, pierwszej w historii mundialowych rozgrywek, Six i Bossis zostali zastopowani przez Schumachera. Tym samym golkiper poprowadził swoją drużynę do wielkiego finału, choć nie powinno być go w tym momencie na boisku. Wrogo nastawioną do siebie publikę skomentował słowami: „Najlepiej gram wtedy, kiedy wszyscy dookoła mnie nienawidzą”. Battistona przeprosił dopiero rok później. We Francji stał się wrogiem publicznym, niektórzy domniemywali nawet, że jest esesmanem. Na wielu stadionach w całej Europie, nawet w Niemczech, pamiętano jego przewinienie. Często witano go salwą gwizd, która powtarzała się przy jego każdym kontakcie z piłką. Nie ma co się dziwić, że po takim półfinale Francuzi przystąpili do starcia o trzecie miejsce wyraźnie podłamani. Piechniczek desygnował do gry Szarmacha, komunikując przed meczem, że dla napastnika Auxerre będzie to ostatni występ w reprezentacji. Nasz znakomity snajper w 40. minucie odpowiedział na gola Girarda, doprowadzając do remisu 1:1. Nie wykazywał większej euforii. W jego głowie buzowała sportowa złość na Piechniczka. „Wszyscy widzieli jak się “cieszyłem” po zdobyciu bramki. Strzeliłem, bo zależało mi na zwycięstwie”. Pod koniec pierwszej połowy na 2:1 trafił Majewski. W szatni Waldemar Matysik, jeden z najbardziej eksploatowanych polskich zawodników, ogłosił, że nie nadaje się do gry i poprosił o zmianę. Inni piłkarze zaczęli protestować, mając pretensję do swojego kolegi. Jego niedyspozycja nie była żartem. Zawodnik doznał silnego odwodnienia i miał wyraźne niedobory elektrolitów, witamin i minerałów. Po mundialu dochodził do siebie przez ponad dwa lata, lecząc się m. in. neurologicznie i psychiatrycznie. W meczu z Francją zastąpił go Roman Wójcicki. Pierwsza minuta drugiej odsłony przyniosła Biało-Czerwonym gola Kupcewicza. Przeciwników stać było jedynie na kontaktowe trafienie Couriola. Dzięki zwycięstwu 3:2 Polska po raz drugi została trzecią drużyną świata. W trakcie ceremonii medalowej doszło do lekkiego zgrzytu. Medale naszym zawodnikom miał wręczać prezes PZPN, Włodzimierz Reczek. Podczas spacerów po słonecznej Hiszpanii doznał poparzeń stóp, przez co na małym finale zjawił się w klapkach. Nie chciał w takim uniformie pokazywać się na murawie, zatem Joao Havelange złożył paterę na ręce Żmudy, a ten rozdał je swoim kolegom. Mecz o złoto padł łupem Włochów, którzy pewnie pokonali RFN 3:1. Jedną z bramek zdobył Rossi, czym przypieczętował koronę króla strzelców. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego idealnie zobrazowali zasadę, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Po pierwszej rundzie byli bardzo krytykowani, bo przeszli ją bez zwycięstwa, zaliczając trzy remisy z Polską, Peru i Kamerunem. Rozpędzali się z meczu na mecz, wygrywając grupę śmierci z Argentyną i Brazylią, a następnie odprawiając z kwitkiem Polaków i Niemców. Kilka dni po wielkim finale cały świat obiegło zdjęcie, które niewątpliwie zalicza się do jednego z najlepszych w historii mundiali. Na pokładzie włoskiego samolotu w karty grali Dino Zoff, Franco Causio, trener Enzo Bearzot i prezydent Włoch Sandro Pertini. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na stole stał zdobyty kilkanaście godzin wcześniej Puchar Świata. Całość wygląda fantastycznie, tak, jakby piłkarskie trofeum było stawką karcianej rozrywki. I Polacy mieli swój epizod związany z samolotem. Tuż po wzbiciu się w powietrze pilot zawrócił na lotnisko, bo z powodu usterki nie schowały się koła w maszynie. Nasza kadra musiała oczekiwać przez kilka godzin na samolot zastępczy, wprawiając się w tym czasie w dobry humor przy rozmaitych trunkach. Na Okęciu, pomimo późnych godzin nocnych, witała ich rzesza kibiców, śpiewając: „Już za cztery lata, już za cztery lata, Polska będzie Mistrzem Świata”. Osiągnięcie piłkarzy dało polskiemu społeczeństwu wielkiego kopa w walce o swoją wolność. Pokazało, że przy pomocy wiary, zawziętości i niezłomnego charakteru można przenosić góry. Od sukcesu zawodników Antoniego Piechniczka minęło już prawie 36 lat. Na kolejny wciąż czekamy.
5
@FCBparasiempre
Hiszpania od dawna ubiegała się o zorganizowanie największej imprezy piłkarskiej na świecie. Ostatecznie w 1966 roku FIFA ogłosiła, że za 16 lat mundial zostanie rozegrany na Półwyspie Iberyjskim. Przez ponad ćwierć wieku przygotowywano drogi, lotniska i stadiony. Wydaje się, że największym zmartwieniem międzynarodowej federacji była liczba uczestników. Już od dawna pojawiały się głosy, by powiększyć finałowy skład. Przeciwnicy argumentowali, że nie można tak zrobić, bo przez pięćdziesiąt lat system z 16 drużynami znakomicie zdawał egzamin i jest już swego rodzaju tradycją. Zwolennicy natomiast przekonywali, że wraz ze wzrostem liczby zespołów wzrosną przychody z biletów, praw telewizyjnych itp. Poza tym, w trakcie kampanii przed wyborami prezydenta FIFA, Joao Havelange złożył krajom słabiej rozwiniętym piłkarsko obietnicę, że będzie naciskał na zwiększenie mundialowej stawki, czym solidnie zapracował na ich głosy. Ostateczna decyzja zapadła dopiero w maju 1979 roku na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego FIFA w Zurychu. Postanowiono wówczas, że w 12. edycji Mistrzostw Świata wezmą udział 24 zespoły. Zmiany wprowadzono także w eliminacjach. W końcu piłkarskie władze poszły po rozum do głowy i w przypadku równej liczby punktów drużyny nie musiały rozgrywać dodatkowego meczu barażowego, tylko liczył się bilans bramek. Do walki o 22 miejsca (dwa, standardowo, zarezerwowano dla gospodarza i aktualnego mistrza) wystartowało 105 drużyn narodowych. Wśród nich Polska. W tym momencie warto poświęcić dłuższą chwilę, by zobrazować, w jakich okolicznościach przyszło naszym piłkarzom mierzyć się w eliminacjach do hiszpańskiego turnieju. Przez długie lata polskie społeczeństwo wyrażało swój przeciw skierowany w kierunku panującego komunizmu. W 1980 roku bardzo pogorszyła się kondycja gospodarcza naszego kraju, w związku z czym nasiliły się strajki robotnicze. We wrześniu protestujący w wielu miastach zostali zrzeszeni pod jednym sztandarem, świeżo powstałym Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”. Jego twarzą został Lech Wałęsa. Dwa miesiące później doszło do wydarzeń, które zmieniły losy polskiej piłki. W przededniu wylotu do Rzymu na tydzień przygotowawczy przed pierwszym meczem eliminacyjnym z Maltą, zawodnicy dostali wolne od trenera Ryszarda Kuleszy. Niektórzy wykorzystali tę okazję w celu rozluźnienia się przy piwie lub wódce. Następnego dnia zespół dotarł na Okęcie, skąd miał wylecieć do Włoch. Obecni na miejscu dziennikarze zauważyli, że reprezentacyjny bramkarz, Józef Młynarczyk, jest “wczorajszy”. Szybko wywęszyli skandal i uruchomili swoje kamery. Następnie selekcjoner Ryszard Kulesza, będąc pod presją mediów, włodarzy PZPN i przedstawicieli rządu, zadecydował, że Młynarczyk nie może polecieć z zespołem. W jego obronie szybko stanęli Władysław Żmuda, Stanisław Terlecki i Zbigniew Boniek, grożąc, że bez swojego golkipera nie wsiądą do samolotu. Ich akcja okazała się na tyle skuteczna, że już kilka godzin później kadra w komplecie wylądowała w Rzymie. Na miejscu reprezentacja udała się na spotkanie z Janem Pawłem II. Boniek poprosił o modlitwę w intencji sukcesu w eliminacjach i na samym mundialu, na co papież odpowiedział: „Synku, Pan Bóg z piłką nie ma nic wspólnego”. W kraju nie cichły echa Afery na Okęciu. Cała czwórka zamieszanych w nią piłkarzy została zmuszona do powrotu do Polski. Biało-Czerwoni bez Bońka, Młynarczyka, Terleckiego i Żmudy pokonała Maltę 2:0. Na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia rozpoczęła się w Warszawie swoista rozprawa sądowa w temacie wydarzeń ze stołecznego lotniska. Sprawa nabrała wymiaru politycznego. Oskarżeni piłkarze wyglądają na kadrach z posiedzenia tak, jakby byli skazywani za ciężkie przestępstwo. A rozchodziło się przecież o wypicie kilku kieliszków za dużo. PZPN zadecydował, że w konsekwencji wydarzeń z Okęcia nakłada na Bońka i Terleckiego karę roku, na Żmudę i Młynarczyka ośmiu, a na Smolarka dwóch miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. Dodatkowo Młynarczyk dostał dwuletni zakaz gry w reprezentacji. Oprócz tego z kadrą pożegnał się Ryszard Kulesza. Jego następcą został Antoni Piechniczek. Kadra pod jego wodzą pewnie przeszła eliminacje. Los, oprócz Malty, przydzielił nam do grupy reprezentację NRD. Na Stadionie Śląskim dwa punkty naszym piłkarzom zapewnił gol Buncola, dzięki czemu na rewanż do Lipska wybrali się po przypieczętowanie awansu. Piechniczek zabrał ze sobą nie tylko piłkarzy, ale także własnych kucharzy, jedzenie i picie. Wszystko w obawie przed ewentualnymi zagrywkami Niemców ze wschodu. Przypuszczano, że polscy zawodnicy mogą zostać przez nich podtruci, przez co słabiej poradzą sobie na boisku. Ze swoim prowiantem poradzili sobie wspaniale. Dwa trafienia Smolarka i jedno Szarmacha zapewniło Polsce zwycięstwo 3:2 i trzeci z rzędu awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Swoje panowanie w grupie Biało-Czerwoni udowodnili w ostatnim starciu kwalifikacji, gromiąc we Wrocławiu Maltę 6:0. Ponadto Piechniczek bardzo przyczynił się do przywrócenia do zespołu Bońka, Młynarczyka i Żmudy. Terlecki nie wyraził skruchy za swoje zachowanie z Okęcia, zatem PZPN nie anulował jego kary. Z orzełkiem na piersi nie wystąpił już nigdy. Polacy żyli tym awansem i z wielkimi nadziejami patrzyli na czerwiec 1982 roku. Wcześniej socjalistyczne władze zadały im kolejny potężny cios, który nie mógł nie odbić się także na reprezentacji. 13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wprowadził w kraju stan wojenny, rozpoczynając regularną walkę władzy ze społeczeństwem. W momencie rozpoczęły się masowe zatrzymania zagorzałych przeciwników ustroju, cenzura kontrolowała radio, prasę i telewizję, ukrócono możliwość korzystania z telefonów, wprowadzono godzinę milicyjną. Przykładów ograniczeń praw i wolności było oczywiście znacznie więcej. Udział piłkarzy Antoniego Piechniczka na hiszpańskim turnieju stanął pod dużym znakiem zapytania. Wszyscy zawodnicy z tamtych czasów zgodnie wspominają, że selekcjoner prowadził ich twardą ręką, stawiając mocny nacisk na przygotowanie fizyczne, motoryczne i kondycyjne. Gonił ich po górach, po swojej rodzinnej Wiśle i trenował w surowych warunkach, nie do wyobrażenia w dzisiejszych czasach. Żadna drużyna narodowa nie chciała grać meczów kontrolnych z przeciwnikiem, którego kraj jest w stanie wojny. W związku z tym Polacy mierzyli się z zespołami ligowymi. Na zgrupowaniu w Hiszpanii pokonali m. in. Athletic Bilbao 4:1 i Celtę Vigo 5:1. Trener Piechniczek mówił o sparingach w filmie ,,Mundial. Gra o wszystko”: „Waliliśmy ich jak w kaczy kuper i nabieraliśmy pewności siebie”. Piłkarze nie komentowali publicznie sytuacji w państwie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że wszystko może być wykorzystane przeciwko nim. W każdej chwili komunistyczne władze mogły podjąć decyzję o wycofaniu drużyny z Mistrzostw Świata. Dla Polaków ich milczenie było jednak jasnym znakiem, że stoją po stronie społeczeństwa. Na ostatnie zgrupowanie przed turniejem Biało-Czerwoni udali się do niemieckiego Murrhardt, siedziby naszej ekipy na czempionacie w 1974 roku. Podczas hiszpańskiej eskapady stacjonowali w Santa Cruz. Kiedy trener i piłkarze zobaczyli boisko treningowe, ręce im opadły. Bardziej przypominało wyschnięte pobojowisko niż teren, na którym mieli przygotować się do najważniejszych meczów w ich życiu. Nie było innej możliwości niż znalezienie obiektów zastępczych. Te zostały odnalezione w Courel i Vilaboi. Naszej kadrze towarzyszyło kilkunastu współpracowników Służb Bezpieczeństwa, monitorujących każde zachowanie piłkarzy. Mundial 1982 rozegrano w dniach 13 czerwca – 11 lipca. Wśród finalistów, obok Hiszpanii, Argentyny i Polski, znaleźli się: Anglia, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Francja, Irlandia Północna, Jugosławia, RFN, Szkocja, Węgry, Włochy, ZSRR, Brazylia, Chile, Peru, Algieria, Kamerun, Honduras, Salwador, Kuwejt i Nowa Zelandia. Jak widać, doszło nieco egzotyki. Jednocześnie zabrakło stałych gości, jak np. Meksyk, Szwecja, Urugwaj i przede wszystkim Holandia. 24-zespołową gromadkę gościło aż 17 stadionów w 14 miastach: Alicante, Barcelonie (Camp Nou i Estadio de Sarria), Bilbao, Elche, Gijon, La Corunie, Madrycie (Santiago Bernabeu i Vicente Calderon), Maladze, Oviedo, Saragossie, Sewilli (Benito Villamarin i Sanchez Pizjuan), Valladolid, Vigo i Walencji. W związku ze zwiększeniem liczby uczestników, konieczne było przemeblowanie rozgrywek. W pierwszej fazie dokonano podziału na sześć czterozespołowych grup, z których awans wywalczyły po dwie najlepsze drużyny. Te następnie były dzielone na cztery grupy trzyzespołowe a ich zwycięzcy spotykali się w półfinałach. Pierwsza runda prezentowała się następująco:
Grupa 1: Kamerun, Peru, Polska, Włochy
Grupa 2: Algieria, Austria, Chile, RFN
Grupa 3: Argentyna, Belgia, Salwador, Węgry
Grupa 4: Anglia, Czechosłowacja, Francja, Kuwejt
Grupa 5: Hiszpania, Honduras, Irlandia Północna, Jugosławia
Grupa 6: Brazylia, Nowa Zelandia, Szkocja, ZSRR
Polacy rozpoczęli od dwóch bezbramkowych remisów. O ile oczko ze starcia z Włochami potraktowano jako zdobycz, o tyle podział punktów z Kamerunem uznano za wielką porażkę. W Polsce zaczęto wątpić w drużynę narodową. Najbardziej dostało się Bońkowi. Zawodnik Widzewa był już dogadany na transfer do Juventusu i zarzucano mu, że skoro ma już na horyzoncie możliwość dobrego zarobku na Półwyspie Apenińskim, nie zależy mu na dobrych występach w kadrze. Trener Piechniczek słyszał od dziennikarzy głosy: „Antek, jeśli masz jaja, usadź Bońka na ławce”. Przypuszczano, że mecz z Peru będzie naszym ostatnim meczem w Hiszpanii. O braku wiary nawet w najbliższym otoczeniu kadry bardzo dobrze świadczą słowa Pawła Janasa, który w rozmowie z Pawłem Czado, przeprowadzonej na potrzeby znakomitej książki ,,Piechniczek. Tego nie wie nikt”, wspominał: „Przed meczem z Peru wszyscy działacze byli już spakowani. Nakupili nawet egzotycznych owoców na prezenty do Polski. Potem musieli się rozpakować a my te owoce jedliśmy”. Jedli, bo w meczu z Peru, zwłaszcza w drugiej połowie, zaprezentowali popis swoich umiejętności. Od 55′ do 76′ zaaplikowali rywalom 5 goli! Swoje trafienie zaliczył również Boniek, dzięki czemu mógł podbiec pod trybunę prasową, unieść w górę zaciśniętą pięść i wykrzyczeć: „A teraz pocałujcie mnie wszyscy w dupę”. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej miał również udział przy bramkach Laty i Buncola. Swoje gole zdobyli także Smolarek i Ciołek. Pewne zwycięstwo 5:1 zapewniło naszym zawodnikom pierwsze miejsce w tabeli i awans do drugiej rundy rozgrywek. Można powiedzieć, że pozostałych grupach faworyci nie zawiedli. W jednej z nich doszło do zdarzenia, które na zawsze zmieniły przepisy rozgrywania ostatniej kolejki fazy grupowej na wielkich piłkarskich turniejach. Stało się to za sprawą piłkarzy RFN i Austrii. Ich bezpośrednie starcie zamykało rozgrywki grupy 2. Dzień wcześniej Algieria pokonała Chile 3:2 i oczekiwała na wynik dwóch europejskich drużyn. Wiadome było, że jeśli Niemcy wygrają, zrównają się punktami z Austrią i Algierią, a wówczas o awansie będzie decydować bilans bramkowy. Najlepszym wynikiem dla dwóch krajów niemieckojęzycznych było jednobramkowe zwycięstwo Zachodnich Niemiec. Dawał on bowiem jednym i drugim promocję do następnej fazy turnieju. Już w 10. minucie wynik 1:0 widniał na tablicy świetlnej i najprościej rzecz ujmując, w tym momencie mecz się zakończył. Reszta nie miała nic wspólnego z futbolem. Ekipy nie miały zamiaru zrobić sobie żadnej krzywdy. Zgromadzeni na trybunach kibice nie kryli zażenowania. Niemiecki komentator, Eberhard Stanjek, nazwał rzeczy po imieniu: „To, co tutaj się dzieje, to hańba, która nie ma nic wspólnego z piłką nożną. Możecie mówić, co chcecie, ale nic nie usprawiedliwia tego zachowania”. Jego vis a vis z Austrii, Robert Seeger, od 60. minuty aż do końca “spektaklu” siedział w absolutnej ciszy, nie wypowiadając ani jednego słowa. FIFA zajęła się tym meczem, goszczącym w nomenklaturze mundiali jako Hańba w Gijon, i postanowiła, że od tej pory spotkania ostatniej kolejki fazy grupowej będą rozgrywane równolegle. Z pierwszej rundy mundialu warto odnotować dwie ciekawostki. Pierwsza dotyczy spotkania Węgrów z Salwadorem. Nasi bratankowie jako jedyni w dziejach Mistrzostw Świata zdołali w jednym spotkaniu wykręcić dwucyfrowy wynik, wygrywając 10:1. Dla Madziarzy zapisanie na kartach futbolu okazało się jedynie nagrodą pocieszenia, bowiem nie zdołali wywalczyć awansu do kolejnej fazy rozgrywek. Drugie niecodzienne zdarzenie miało miejsce w starciu Francji z Kuwejtem. W 78′ Francuzi strzelili gola na 4:1. Zdaniem ławki rezerwowych Kuwejtu gol nie powinien zostać uznany, więc wybiegli na boisko z pretensjami do arbitra. Wraz z nimi do rozjemcy udał się prezes piłkarskiej federacji Kuwejtu, szejk Fahad Al-Ahmed Al-Jaber Al-Sabah. Po niemal 10-minutowej przerwie ukraiński arbiter, Myrosław Stupar anulował bramkę, zapewniając sobie jednocześnie wilczy bilet na sędziowanie na najwyższym poziomie. FIFA uznała jego ugięcie jako element słabości, jaki nie powinien się przydarzyć sędziemu na meczu takiej rangi. Druga runda hiszpańskiego turnieju prezentowała się następująco:
Grupa A: Belgia, Polska, ZSRR
Grupa B: Anglia, Hiszpania, RFN
Grupa C: Argentyna, Brazylia, Włochy
Grupa D: Austria, Francja, Irlandia Północna
10
Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek? Tego nie wie nikt!
Reprezentacja Polski dwa razy sięgnęła po srebrny medal piłkarskich Mistrzostw Świata. O ile szeroko gloryfikujemy bohaterów z 1974 roku, o tyle piłkarzy Antoniego Piechniczka stawiamy nieco w cieniu. Bardzo niesłusznie. Napięta sytuacja w Polsce(stan wojenny, protesty, represje, łapanki) niemal do samego końca stawiały pod znakiem zapytania udział Biało-Czerwonych w hiszpańskim mundialu. O kulisach światowego czempionatu z 1982 roku i o tym, w jaki sposób nasi zawodnicy pokonywali kolejne przeszkody na swojej drodze i jaką nadzieję wlewali w serca milionów Polaków, przeczytacie w odpowiedzi na komentarz.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
Po Mundialu w 1950 roku płakała cała Brazylia. Turniej organizowany w Kraju Kawy zakończył się nieoczekiwaną klęską z Urugwajem. Ludzie umierali po zawałach, atakach serca, inni popełniali samobójstwa. 64 lata później piłkarze w kanarkowych koszulkach mogli przepędzić złe duchy i wyrównać porachunki z przeszłości. Swoistą próbą generalną przed brazylijskimi Mistrzostwami Świata miał być Puchar Konfederacji rozegrany w czerwcu 2013 roku. Turniej przeobraził się w swoistą wojenkę domową. W sumie ponad dwa miliony Brazylijczyków wyszło na ulice, by protestować przeciwko przyszłorocznemu czempionatowi. Źle ubrałem swoje myśli w słowa, wytłumaczę to nieco szerzej. Marzeniem niemal wszystkich Brazylijczyków są wielkie piłkarskie rozgrywki na terenie ich państwa. Doskonale wiemy, że dla nich piłka nożna jest drugim, po Jezusie Chrystusie, bóstwem. Pojmują futbol jak religię. Ludzie protestowali więc nie przeciwko samemu mundialowi, a stylowi i pompie, z jaką miał zostać zorganizowany. Na transparentach można było dojrzeć napisy: „Mistrzostwa nie uczą”, „Nie chcemy mistrzostw, chcemy metra”, „Japonio, weź nasz futbol w zamian za twoją edukację”, „Ile szkół zmieści się na Mane Garrincha?”. Rząd obiecał, że organizacja turnieju podniesie standard życia, Brazylia zaliczy skok gospodarczy, a jego pochodną będą nowe szpitale, infrastruktura, lepsze zarobki. Tymczasem postawiono jedynie na pokazówkę, co obywatele dosadnie zrozumieli właśnie podczas Pucharu Konfederacji. Władze ubzdurały sobie m.in., że jedną z aren piłkarskich zmagań będzie Arena da Amazônia w Manaus, mieście położonym w sercu Amazonii, gdzie piłka nożna występuje co najwyżej na czwartym poziomie rozgrywkowym, a na mecze przychodzi maksymalnie po kilkaset osób. Równie niepoważnym pomysłem były stadiony w Cuiabie i Natalu, miastach z piłką, kolejno, trzecio- i drugoligową. Stadiony ochrzczono terminem „białych słoni” (elefante blanco), rzeczy równie pięknych, co bezużytecznych. Niczym figurka z porcelany. Protestujący skandowali, że rządzący mają naprawdę bezlitosne poczucie humoru, że stawiają stadiony w dżungli, podczas gdy ponad 15 mln Brazylijczyków musi przeżyć za 30$ miesięcznie. Bardzo mocny i emocjonalny film wyświetlała w swoim kinie Carla Dauden, jedna ze strajkujących. W jednym z jego fragmentów padały słowa: „Mundial będzie kosztował trzydzieści miliardów dolarów, więcej niż poprzednie trzy mundiale łącznie. Proszę mi zatem powiedzieć: kraj, gdzie analfabetyzm może osiągać 21 procent, a średnia wynosi 10 procent; kraj, który zajmuje osiemdziesiąte piąte miejsce w klasyfikacji wskaźnika rozwoju społecznego na świecie; kraj, w którym trzynaście milionów ludzi każdego dnia cierpi głód, z których mnóstwo umiera w oczekiwaniu na leczenie… Potrzebują państwo więcej danych?”. Finalnie czempionat pochłonął 14,5 mld dolarów, co i tak jest astronomiczną sumą. Z protestującymi solidaryzowali się aktywni zawodnicy, jak choćby Dani Alves, Fred, David Luiz i Hulk oraz byłe gwiazdy Kanarków, Rivaldo i Romario. Ten drugi po karierze piłkarskiej zajął się polityką. Ich wielkim oponentem był Pele, co jednak wcale nie dziwi. Król futbolu od dawna tańczył tak, jak zagrała mu FIFA. Do strajkujących zwracał się słowami: „Zapomnijmy o niesnaskach i skupmy się tylko na reprezentacji. Musimy pomścić klęskę z 1950 roku”. Neymar napisał na swoim facebooku: „Jest mi smutno, gdy patrzę na to, co dzieje się w Brazylii. Liczyłem na to, że nigdy nie dojdzie do wyjścia na ulice, żeby uzyskać lepsze środki transportu, poprawę służby zdrowia, edukacji i bezpieczeństwa. Wszystko to jest OBOWIĄZKIEM rządu. Kocham swój kraj, ale ja też chcę Brazylii bardziej sprawiedliwej, bezpieczniejszej, zdrowszej i UCZCIWSZEJ!”.
,,Caps lock” użyty przy pisaniu słowa “uczciwszej” był pstryczkiem w kierunku ogólnie panującej korupcji i kolesiostwu, które były widoczne gołym okiem przy organizacji czempionatu. Jednym z pracowników biorących udział w przygotowaniu imprezy był Gabriel Jesus. W 2014 roku malował chodniki, dziś zarabia miliony w Manchesterze City. Mieszkańcy dzielnicy, w której pracował przed ośmioma laty, przygotowują wielki mural z jego podobizną. W eliminacjach do brazylijskich Mistrzostw Świata wzięły udział 202 drużyny. Rozbitą po zupełnie nieudanym Euro 2012 reprezentację Polski przejął Waldemar Fornalik. Niestety, w zespole nadal nie było chemii, piłkarze nie nadawali na tych samych falach. Efektem było dopiero czwarte miejsce w grupie z Anglią, Ukrainą, Czarnogórą, Mołdawią i San Marino. Po uszach najbardziej obrywał Robert Lewandowski, który, cytując klasyka, w Borussii umie strzelać, a w kadrze to mu się nie chce! Życie pokazało, że te słowa były nad wyraz przesadzone. Biało-Czerwoni nie mogli zatem skorzystać z brazylijskiej gościnności, bardzo chwalonej przez ekipy z wywalczonym awansem. A były to: Iran, Korea Południowa, Japonia, Australia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kamerun, Nigeria, Ghana, Algieria, Argentyna, Kolumbia, Chile, Ekwador, Stany Zjednoczone, Kostaryka, Honduras, Belgia, Włochy, Niemcy, Holandia, Szwajcaria, Rosja, Bośnia i Hercegowina, Anglia, Hiszpania, Chorwacja, Francja, Grecja, Portugalia, Meksyk, Urugwaj. Zostały podzielone, zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, na osiem czterozespołowych grup:
Grupa A: Brazylia, Chorwacja, Kamerun Meksyk
Grupa B: Australia, Chile, Hiszpania, Holandia
Grupa C: Grecja, Japonia, Kolumbia, Wybrzeże Kości Słoniowej
Grupa D: Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy
Grupa E: Francja, Ekwador, Honduras, Szwajcaria
Grupa F: Argentyna, Bośnia i Hercegowina, Iran, Nigeria
Grupa G: Ghana, Niemcy, Portugalia, Stany Zjednoczone
Grupa H: Algieria, Belgia, Korea Południowa, Rosja
Mecze rozgrywano w dniach 12 czerwca – 13 lipca 2014 roku na dwunastu imponujących, jednak bardzo przepłaconych stadionach w dwunastu miastach: Rio de Janeiro, Brasília, Sao Paulo, Fortaleza, Belo Horizonte, Salvador, Recife, Porto Alegre, Cuiabá, Manaus, Natal i Curitiba. Mundial zainaugurowały ekipy Brazylii i Chorwacji. Już na otwarcie byliśmy świadkami historycznej rzeczy. W 11. minucie na listę strzelców wpisał się Marcelo. Defensor Realu Madryt nie uszczęśliwił ponad 62-tysięcznej publiczności w Sao Paulo. Trafił do własnej bramki. Nigdy wcześniej mundialowego worka z bramkami nie otworzyło trafienie samobójcze. Pomimo słabego początku, gospodarze zdołali z nawiązką odrobić straty. Do zwycięstwa prowadził ich kapitan Neymar, autor dwóch goli. Trzeciego dorzucił Oscar. Canarinhos zdołali wyjść z grupy z pierwszego miejsca, ale nie zachwycali swoją grą. Awans wywalczył również Meksyk. Najważniejszym i najbardziej zaskakującym wydarzeniem w grupie B było odpadnięcie Hiszpanii, obrońców mistrzowskiego tytułu. Marzenia piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego o ponownym triumfie pogrzebali już w pierwszym starciu Holendrzy, deklasując ekipę Del Bosque aż 5:1. Louis van Gaal przygotował młodą, autorską, niedoświadczoną ekipę, od której nikt niczego nie wymagał. W starciu z wielkimi Hiszpanami zaimponowali przede wszystkim w grze w defensywie. W ofensywie nie do powstrzymania byli weterani. Arjen Robben i Robin van Persie ustrzelili po dublecie, piątą bramkę zdobył De Vrij. Latający Holender na długo pozostanie jednym z najpiękniejszych obrazków w dziejach światowego czempionatu. Po tak mocnym początku Oranje z kompletem zwycięstw wygrali grupowe zmagania. Za ich plecami zameldowali się waleczni Chilijczycy. W grupie C rządziła i dzieliła Kolumbia. Los Cafeteros, osłabieni brakiem swojej największej gwiazdy, Radamela Falcao, byli dyrygowani przez Jamesa Rodrigueza. Trzy zwycięstwa zapewniły im awans do 1/8 finału. Na ostatnie pięć minut starcia z Japonią na boisku zameldował się Faryd Mondragón. Był to swoisty prezent otrzymany od trenera Pekermana. Golkiper trzy dni wcześniej obchodził bowiem swoje urodziny. 43. urodziny, dzięki czemu stał się najstarszym uczestnikiem w historii światowych rozgrywek. Jego wynik może niebawem wyśrubować ponad 45-letni bramkarz Egiptu, Essam El Hadary. Drugie miejsce zajęła Grecja. Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy – wybuchowa mieszanka w grupie D, zgodnie uznanej za grupę śmierci. Awans miał się rozstrzygnąć między byłymi Mistrzami Świata. Kostaryka, uchodząca za Kopciuszka i atakująca poniekąd z drugiego rzędu, nieoczekiwanie pokonała na początek Urugwaj 3:1. Koniec niespodzianek? Skądże. Zwycięstwo 1:0 z Włochami i bezbramkowy remis z Anglią zapewnił jej promocję do kolejnej fazy rozgrywek. Brytyjczycy zakończyli swój udział z zaledwie jednym zdobytym punktem. Wszystkie rozstrzygnięcia w tym gronie przyćmiło wydarzenie ze starcia Włochów z Urugwajem. Stawką było wyjście z grupy. W zamieszaniu podbramkowym w 79. minucie Luis Suarez ugryzł w ramię Giorgio Chielliniego. Sędzia tego nie zauważył, więc nie ukarał zawodnika, ale kamery telewizyjne z łatwością wychwyciły zdarzenie. Dwie minuty później Diego Godin trafił do siatki Buffona, dzięki czemu Urusi wygrali 1:0, a Włosi zaczęli pakować się w drogę do domu. Dla Suareza mecz się nie zakończył. FIFA doskonale wiedziała, że nie był to pierwszy taki wybryk krewkiego napastnika. Wcześniej ofiarami jego wampirzych ekscesów padli Otman Bakkal i Branislav Ivanović. Wymierzyła więc bardzo surową karę: „Urugwajczyk Luis Suarez został zawieszony na 9 meczów i wykluczony z jakiejkolwiek piłkarskiej działalności na okres czterech miesięcy”. W swojej książce ,,Przekraczając granice” snajper tłumaczy, że doskonale zdaje sobie sprawę, że zrobił źle i w zasadzie nie znajduje wytłumaczenia na swoje zachowanie. Trzeba zgodzić się z nim w dwóch kwestiach. Po pierwsze, incydent z Włochami przybrał miano mega afery, zupełnie niesłusznie. Przez jej wymiar El Pistolero stał się dla wielu kibiców wampirem, a nie jednym z najlepszych strzelców w historii. Po drugie, Suarez de facto nie zrobił Chielliniemu żadnej krzywdy. Ileż znamy przypadków, gdy boiskowi rywale łamią przeciwnikom nogi, nieraz kończąc ich kariery lub zostawiając na ich psychice dożywotni strach przed bezpośrednimi starciami? O nich nie mówi się tak wiele jak o akcji z Natalu. Jestem pewien, że Marcin Wasilewski wolałby zostać ugryziony przez Witsela, a nie pozbawiony gry na długie miesiące. Bez niespodzianek obyło się w grupach E i F. Z tej pierwszej w grze pozostali Francuzi i Szwajcarzy. W starciu Hondurasu ze Szwajcarią (0:3) padł jedyny turniejowy hat-trick. Jego autorem został Xherdan Shaqiri. Z tej drugiej awans wywalczyły Argentyna i Nigeria.
Premierowy mecz grupy G był tytułowany jako starcie tytanów. Niemcy nie pozostawili Portugalczykom żadnych złudzeń i wygrali aż 4:0. W drugim starciu naszych zachodnich sąsiadów ponownie, tak jak cztery lata wcześniej doszło do pojedynku między braćmi Boateng. Tym razem Kevin-Prince i Jerome podzielili się punktami. Piłkarze Joachima Loewa zremisowali z Ghaną 2:2. Co ciekawe, przed ostatnią serią gier każda z drużyn miała jeszcze szanse na awans. Z takiego obrotu sprawy skrzętnie skorzystali zawodnicy z Afryki. Postawili swojej piłkarskiej federacji ultimatum, że jeśli nie otrzymają 3 mln dolarów w gotówce, odpuszczą starcie z Portugalią. Pieniądze dotarły rządowym samolotem, Czarne Gwiazdy podzieliły między sobą łup, ale mecz przegrały 1:2. Obie ekipy musiały opuścić turniej. W najmniej interesującej grupie H awans wywalczyły reprezentacje Belgii i Algierii. Faza 1/8 finału skojarzyła ze sobą Kolumbię i Urugwaj (2:0), Francję i Nigerię (2:0), Holandię i Meksyk (2:1), Kostarykę i Grecję (1:1, k. 5:3), Argentynę i Szwajcarię (1:0), Belgię i USA (2:1 pd.), Niemcy i Algierię oraz Brazylię i Chile. O tych dwóch ostatnich spotkaniach warto napisać nieco więcej. Zdecydowanym faworytem meczu Niemców z Algierią byli oczywiście Europejczycy. Bardzo zaskoczyła ich postawa walecznych przeciwników, w regulaminowych 90 minutach nie padła żadna bramka. Co zaskakujące, najwięcej pracy miał golkiper pewniaków, Manuel Neuer. Co prawda nie był zmuszony do spektakularnych robinsonad na linii bramkowej, jednak przez bardzo wysokie ustawienie swojej drużyny musiał przejmować rolę ostatniego obrońcy. Częściej niż w polu karnym widzieliśmy go poza nim. Jego interwencje zapierały dech w piersiach. Były znacznie bardziej widowiskowe i skuteczne od tych prezentowanych 24 lata wcześniej przez prekursora dalekich bramkarskich podróży – René Higuity. Niemcy, podbudowani znakomitą postawą swojego bramkarza, zdołali w dogrywce strzelić dwa gole, na które w ostatniej akcji meczu odpowiedział Djabou. Szalony przebieg miało starcie Brazylii z Chile. Po pierwszej połowie na tablicach świetlnych widniał wynik 1:1. Gole strzelali David Luiz i Alexis Sanchez. W drugiej odsłonie dogodnych sytuacji nie brakowało, ale zabrakło rozstrzygnięcia. W dogrywce lepsi byli Chilijczycy. W bramce gospodarzy dobrze spisywał się Julio Cesar. Wszyscy myśleli już o dogrywce, gdy na 17. metrze piłkę otrzymał rezerwowy Pinilla i oddał soczysty strzał. Kiedy piłka leciała w kierunku bramki, serca brazylijskich piłkarzy i kibiców zamarły. Wiadome było, że Cesar nie będzie w stanie jej zatrzymać. Z pomocą przyszła poprzeczka. Szczęście nie opuszczało Canarinhos także w konkursie rzutów karnych. Pomimo dwóch pudeł zdołali wygrać 3:2 i awansować do ćwierćfinału. Po kilku dniach niedoszły bohater ostatniej akcji, Mauricio Pinilla, zaprezentował nowy tatuaż. Dziara obrazowała chwilę, w której napastnik trafił w obramowanie bramki. Pod nią pojawił się napis: Jeden centymetr od chwały. Po wyczerpującym, ponad dwugodzinnym boju z Chile, Brazylijczyków czekał najtrudniejszy z dotychczasowych sprawdzianów. Na ich drodze stanęła drużyna prezentująca najpiękniejszy futbol na turnieju, Kolumbia. Jeśli Canarinhos myśleli o strefie medalowej, musieli wznieść się na wyżyny swoich możliwości. Udało się. Rozegrali najlepszy mecz i wygrali 2:1. Sprawy w swoje ręce wzięli defensorzy, Thiago Silva i David Luiz. Honorowe trafienie było dziełem fenomenalnego Jamesa, trafiającego w każdym swoim brazylijskim występie, za każdym razem prezentując wybitne umiejętności techniczne. Tym razem skutecznie wykorzystał rzut karny. Tuż przed oddaniem strzału na jego ramieniu przysiadł zielony intruz, solidnych rozmiarów świerszcz, tworząc z piłkarzem jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów tego czempionatu. Pokonanie Kolumbii nie obyło się bez ofiar. Przed półfinałem wykartkował się Thiago Silva, a na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem Neymar starł się z Zunigą. Kolano i ręce oponenta z impetem zatrzymały się na jego plecach. Z płaczem opuszczał boisko. Diagnoza? Pęknięty trzeci kręg. W tym momencie zakończył swój udział na Mundialu. Lekarze mówili, że i tak miał sporo szczęścia, bo naprawdę mało zabrakło do paraliżu kończyn dolnych, przez który już nigdy nie mógłby chodzić.
Holandia tymczasem podejmowała czarnego konia rozgrywek, Kostarykę. Keylor Navas i jego blok obronny znakomicie powstrzymywał bardzo ofensywnie ustawionych Oranje. Nie dali sobie strzelić gola przez 120 długich minut. Sami również nie zdołali ukąsić rywala, zatem awans do najlepszej czwórki rozgrywek musiały rozstrzygnąć rzuty karne. Chwilę wcześniej, już w doliczonym czasie dogrywki, van Gaal zastosował mistrzowski manewr. Ściągnął z boiska Jaspera Cillessena, bardzo solidnego bramkarza, którego piętą achillesową było stopowanie uderzeń z wapna. Rozzłoszczonego tą decyzją szkoleniowca golkipera zastąpił Tim Krul. Ówczesny zawodnik Newcastle United okazał się bohaterem potyczki, broniąc uderzenia Bryana Ruiza i Míchaela Umany. Holendrzy wygrali wojnę nerwów 4:3. Argentyńczycy i Niemcy solidarnie, po 1:0, wygrali swoje mecze z Belgią i Francją. Van Gaal mógł zastosować manewr z ćwierćfinału także w półfinale. Po 120 minutach boju z Argentyną znów utrzymywał się bezbramkowy remis, jednak tym razem Krul pozostał na ławce rezerwowych. Cillessen bardzo przeżył poprzednie zastąpienie go przez kolegę z numerem “23”. Poczuł się urażony i poniekąd znieważony przez trenera. Ten przed jedenastkami z Argentyną wykorzystał limit zmian, a w stosunku do ówczesnego bramkarza Ajaksu pomyślał zapewne: ok, zatem teraz wyzwól w sobie sportową złość i udowodnij, że rzeczywiście można na ciebie liczyć w takich sytuacjach. Messi i spółka byli nieomylni, zachowali stuprocentową skuteczność. Pomylili się natomiast Vlaar i Sneijder, dzięki czemu to Argentyna awansowała do wielkiego finału. Holandii pozostał mecz pocieszenia o trzecie miejsce. Przed rozpoczęciem brazylijskiego turnieju najlepszym mundialowym strzelcem w historii był Ronaldo, mający na koncie 15 trafień. Legendarny napastnik doskonale zdawał sobie sprawę, że po jego piętach depcze Miroslav Klose, posiadacz 14 goli. Na kilka dni przed startem piłkarskich zmagań Il Fenomeno udzielił wywiadu, w którym bez hamulców stwierdził: „Kiedy reprezentacja Niemiec będzie wychodzić na boisko, wszystkie swoje siły skupię przeciwko niej a zwłaszcza przeciwko Miro Klose. Mógłby doznać jakiejś kontuzji”. Jak to mówią, możesz mieć wszystko ale klasy nie kupisz. Klasę pokazali za to nasi zachodni sąsiedzi. Klose zrównał się w liczbie bramek z Ronaldo już w grupowym starciu przeciwko Ghanie. Na półfinał wyszedł w pierwszym składzie. Canarinhos żywiołowo wykonali swój hymn narodowy w “obecności” kontuzjowanego Neymara. Odśpiewanie pieśni patriotycznej było jedynym koncertem zaprezentowanym tego wieczoru przez Brazylijczyków. Później wielki koncert grali już tylko Niemcy. W ciągu 18 minut, od 11. do 29. minuty, aż pięciokrotnie znaleźli sposób na umieszczenie piłki w siatce Julio Cesara. Jak łatwo się domyśleć, trafił i Klose, po czym przejął od Ronaldo koszulkę lidera klasyfikacji strzelców wszech czasów. W drugiej połowie podopieczni Loewa spuścili z tonu, co i tak nie przeszkodziło im w zdobyciu dwóch goli autorstwa Schurrle. Na otarcie łez trafił Oscar. 1:7 u siebie, w półfinale najważniejszego piłkarskiego turnieju na świecie. Jednym słowem, dramat. Dramat trwał w najlepsze także w meczu o trzecie miejsce. Holendrzy wygrali gładko 3:0. Wielki finał, jak przystało na mecz tej rangi, znowu nie był porywającym widowiskiem. Więcej z gry i lepsze sytuacje mieli Argentyńczycy, jednak z ich przewagi nic nie wynikało. 0:0 po 90 minutach gry oznaczało dogrywkę. W 113. minucie dwaj rezerwowi, Schurrle i Goetze przeprowadzili najważniejszą akcję turnieju, zapewniając swojej ojczyźnie czwarty tytuł Mistrza Świata. Tym samym po raz pierwszy ekipa z Europy sięgnęła po trofeum na amerykańskiej ziemi.
11
Niemcy zatańczyli w Brazylii Sambe:
Mistrzostwa Świata 2014. Czy Brazylijczycy, po uszy zakochani w piłce nożnej, cieszyli się z organizacji turnieju? Czym w mundialowych kronikach zasłynął Marcelo? Za sprawą którego zawodnika Latający Holender nie kojarzy się już jedynie ze statkiem? Dlaczego wgryzienie się Suareza w ramię Chielliniego nie powinno być odbierane aż tak negatywnie? Kogo od chwały dzielił zaledwie centymetr? Kto przeprowadził jedną z najważniejszych zmian w historii futbolu? Komu “gruby” Ronaldo życzył jak najgorzej? Jak ćwierćfinałowa kontuzja Neymara zapoczątkowała największą piłkarską tragedię w Brazylii od 1950 roku? Tego wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
9
@FCBparasiempre
W historii piłkarskich mistrzostw świata znajdziemy wiele dramatycznych spotkań. Niespodziewane zwroty akcji, wspaniałe bramki, czy indywidualne popisy zawodników na długo zapadają kibicom w pamięć. Podobnie jest z hitami, które obfitują w wiele ostrych, czy nierzadko wręcz brutalnych starć. W wielu turniejach sympatycy futbolu byli świadkami pojedynków, które przeszły do historii jako „bitwy”. Bitwa o Norymbergę z 2006 r., bitwa o Santiago z 1962 r., czy bitwa o Berno z 1954 r. to najsłynniejsze z nich. Również przed wojną zawodnicy nie przebierali w środkach, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Do historii przeszło spotkanie Brazylii z Czechosłowacją z 1938 r., które określa się jako bitwę o Bordeaux. Dla Brazylii był to trzeci występ w mistrzostwach świata. Podczas turniejów w Urugwaju i Włoszech kończyli swój udział na pierwszej rundzie. Tym razem miało być jednak inaczej. Kiedy piłkarze pojechali do Francji, cały kraj ogarnął niespotykany wcześniej entuzjazm. Według dziennikarzy liderami zespołu mieli być Domingos da Guia i Leônidas da Silva. Pierwszy trzymał w ryzach formację obronną a Alex Bellos pisał o nim, że miał taki spokój i siłę charakteru, że potrafił dryblingiem wyjść nawet z najgorszej sytuacji. Drugi był błyskotliwym środkowym napastnikiem, a o jego technice, kociej zwinności i zaskakujących strzałach krążyły już legendy. Dzięki swoim akrobatycznym popisom w polu karnym rywali zyskał przezwisko człowiek guma. Nasi południowi sąsiedzi jechali do Francji jako wicemistrzowie świata. We Włoszech dali rady pokonać jedenastki gospodarzy, która wspierana była przez szwedzkiego sędziego Eklinda. Mimo porażki po powrocie witały ich tysiące kibiców. Reprezentacja była oparta o piłkarzy praskich Sparty i Slavii, jedynie paru zawodników występowało w innych klubach. Niekwestionowaną gwiazdą był František Plánička, którego obok Ricardo Zamory i Rudiego Hidena zestawiano jako jednego z najlepszych bramkarzy lat 30. Nie bał się ryzyka i często odważnie rzucał się pod nogi napastników. Dzięki swojej zwinności zyskał przydomek kot z Pragi. W ataku brylował król strzelców poprzednich mistrzostw Oldřich Nejedlý, a wspierał go Antonín Puč, który jest najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji Czechosłowacji. W drodze do ćwierćfinału Brazylijczycy musieli wcześniej uporać się z Polską. Mecz przeszedł do historii. Wynik 6:5 przez wiele lat był rekordem w liczbie strzelonych bramek w jednym meczu. Osiągniecie Wilimowskiego, który strzelił cztery gole, wyrównał dopiero 28 lat później Eusébio. Do legendy przeszedł też występ Leônidasa, który miał podobno grać… na bosaka, ale to oczywiście nieprawda. Chociaż chciał i odrzucił nawet buty w kierunku ławki rezerwowych, jednak Ivan Eklind nie pozwolił mu na kontynuowanie gry. Prawdą jest natomiast, że gola strzelił bosą nogą, gdyż chwilę wcześniej jego but ugrzązł w błotnistej murawie. Szerzej o tamtym spotkaniu pisał Bartek Matulewicz w tym miejscu. Również Czechosłowacy nie zdołali rozstrzygnąć swojego pierwszego meczu na francuskich mistrzostwach w ciągu 90 minut. W Le Havre na stadionie Cavee Verte mierzyli się z Holendrami, którzy nie należeli wtedy do gigantów europejskiego futbolu. Mimo to po ostatnim gwizdku utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w dogrywce Josef Košťálek po zamieszaniu w polu karnym zdołał pokonać Adriaana van Male. Holendrzy zerwali się do kontrataków, ale Plánička był tego dnia świetnie dysponowany. Podbudowani strzeleniem pierwszej bramki gracze Czechosłowacji jeszcze dwukrotnie trafili do siatki rywali i spotkanie zakończyło się ich wyraźnym zwycięstwem. 40 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców przyszło na Stade du Parc Lescure w Bordeaux, żeby oglądać wielkie widowisko. Naprzeciw siebie stanęli przecież finezyjni i znakomici technicznie Brazylijczycy, którzy wielu oczarowali swoją grą w meczu z Polską i jedna z najlepszych drużyn świata – Czechosłowacja. Płonne niestety były ich nadzieje. Mecz zapewne na długo pozostał w ich pamięci, ale bynajmniej nie z powodów sportowych.
Pewni siebie Brazylijczycy spodziewali się dość łatwej przeprawy. Sądzili, że skoro potrafili wygrać w takich okolicznościach z Polską, to poradzą sobie też z naszymi południowymi sąsiadami. Tymczasem Czechosłowacy od początku grali bardzo uważnie i ostrożnie, nie pozwalali wirtuozom z Ameryki Południowej na zbyt wiele. Być może niespodziewane trudności w rozegraniu piłki sprawiły, że ekipa Brazylii zaczęła tracić opanowanie i coraz trudniej było im utrzymać nerwy na wodzy. Pierwszym, który nie wytrzymał był Zezé Procópio. Po około kwadransie gry, za bezmyślne kopnięcie w brzuch Oldřicha Nejedlego, sędzia Pál von Hertzka z Węgier wyrzucił go z boiska. Od tej chwili gra się zaostrzyła, choć wcześniej też nie brakowało fauli. Pierwsi przepisy przekroczyli co prawda Czesi, ale było to w normalnej, sportowej walce, bez złośliwości. Co chwilę ktoś zwijał się z bólu na murawie. Raz jedni, raz drudzy, częściej faulowali jednak przybysze zza oceanu. „Przegląd Sportowy” określił mecz mianem mordowni i pisał, że Brazylijczycy pokazali „pazurki”. Dziennikarze w pomeczowych relacjach nie mogli się nadziwić, co stało się z naszymi niedawnymi rywalami, którzy przecież w walce z Polską starali się być dżentelmenami. Przewaga była po stronie Brazylijczyków. Znakomite zawody rozgrywał znowu Leônidas, na skrzydle świetnie dysponowany był Lopes, a Domingos da Guia stanowił w obronie mur nie do przejścia. Za wszelką cenę chcieli zdobyć bramkę i nie przebierali w środkach. Wreszcie ich starania przyniosły skutek. W 30. minucie gry Leônidas świetnie przyjął piłkę tuż przed polem karnym, zwiódł defensywę i strzelił nie do obrony. Plánička nie próbował nawet interweniować. Brazylia grała w osłabieniu, ale prowadziła. Powinna raczej uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. Gorący południowy temperament znów jednak dał o sobie znać. Jeszcze przed końcem pierwszej odsłony Machado w ordynarny sposób kopnął Jana Říhę. Czech nie pozostał dłużny i po wymianie ciosów obaj musieli udać się do szatni. Na początku drugiej połowy tego wątpliwej urody spektaklu przewaga zarysowała się po stronie Czechosłowaków. Nie potrafili jej jednak udokumentować. Atak ich był powolny i nieskuteczny, popełniali proste błędy. Brakowało kogoś, kto potrafiłby wziąć ciężar gry na siebie i swoimi indywidualnymi umiejętnościami przechylić szalę zwycięstwa. Szczęście uśmiechnęło się do nich w 65 minucie. Po zagraniu piłki ręką w polu karnym Brazylii rzut karny na bramkę zamienił Nejedlý. Wkrótce potem czechosłowacki snajper po jednym z ostrych starć musiał opuścić boisko. Jak się później okazało, złamał on nogę i ta kontuzja praktycznie zakończyła jego międzynarodową karierę. Siły się wyrównały. Obie drużyny musiały radzić sobie w dziewiątkę. Brazylijczycy byli szybsi, lepsi technicznie i przeważali w środku pola, gdzie świetnie radził sobie kapitan Martim. W dogrywce role się odwróciły. Więcej sił zachowali nasi sąsiedzi. Brazylia grała jednak na czas i wyraźnie dążyła do utrzymania wyniku, który oznaczał powtórzenie meczu. Cel osiągnęli. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Bitwa o Bordeaux zakończyła się usunięciem z boiska trzech piłkarzy, co było swoistym rekordem mistrzostw. Lekkich urazów doznali Leônidas i Perácio. W starciu z tym drugim wielkiego pecha miał Plánička. W końcówce odważnie rzucił się Brazylijczykowi pod nogi, ale w chwilę później zwijał się z bólu. Dzięki zabiegom medycznym zdołał wrócić na boisko i obronił jeszcze parę groźnych strzałów. Wydawało się, że niedyspozycja była tylko chwilowa, ale wieczorne prześwietlenie potwierdziło najgorsze obawy. Okazało się, że czeski bramkarz złamał rękę i turniej właśnie się dla niego zakończył. To był jego ostatni, 73. występ w narodowych barwach. Oprócz połamanych Plánički i Nejedlego, do grona kontuzjowanych w ekipie Czechosłowacji dołączył Josef Košťálek, który doznał poważnego urazu żołądka. To była prawdziwa rzeźnia, jak pisano w prasie.
Do powtórzonego meczu doszło dwa dni później. Brazylijczycy wymienili prawie cały skład. Zostawili tylko Leônidasa i bramkarza Waltera. Byli tak pewni zwycięstwa, że większość z nich jeszcze przed rozpoczęciem spotkania udała się do Marsylii, gdzie miał odbyć się półfinał, w którym czekali już Włosi. Czesi przeprowadzili sześć zmian. W bramce zagrał Karel Burkert, który godnie zastąpił kota z Pragi. W ataku miejsce Nejedlego zajął Vlastimil Kopecký. To właśnie on wyprowadził europejski zespół na prowadzenie. Niedługo później doznał kontuzji i musiał opuścić boisko. Wrócił co prawda po przerwie, ale wtedy już rywale zaczynali kontrolować przebieg gry. Na drugą odsłonę reprezentanci Brazylii wyszli niesamowicie zdeterminowani. Grali znakomicie. Tuż przed upływem godziny gry wyrównał niezawodny Leônidas. Czechosłowacy zerwali się jeszcze do ataku i przeprowadzili akcję, po której wydawało się, że znowu wyjdą na prowadzenie. Strzelał Karel Senecký, którego po pierwszym meczu w trybie pilnym ściągnięto z Pragi, a piłkę z linii… albo już zza linii, o czym nie sposób dziś rozsądzić, zdołał wygarnąć Walter. Faktem jest jednak, że sędzia Georges Capdeville gola nie uznał. Wynik strzałem głową ustalił w 62. minucie Roberto. Brazylijczycy mogli szykować się do półfinałowego występu. Grając bez Leônidasa, musieli jednak uznać wyższość Włochów, którzy zmierzali po drugi tytuł mistrza świata. W meczu o trzecie miejsce Brazylia zdołała jednak pokonać Szwecję i po raz pierwszy tak wyraźnie zaznaczyła swoją obecność na mistrzostwach świata. Już wtedy mieli w składzie wielkie gwiazdy, które w kraju chciały podziwiać dziesiątki tysięcy kibiców. Nie tworzyli jednak jeszcze drużyny, odstawali od europejskich drużyn pod względem taktycznym, a na dodatek, o czym dobitnie przekonali się Czesi, grali bardzo brutalnie. Nasi południowi sąsiedzi marzenia o sferze medalowej musieli odłożyć do 1962 r. Tam po raz kolejny mieli okazję spotkać się z… Brazylią ale to już temat na inną opowieść.
7
Bitwa o Bordeaux:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360