FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
13
Duma Katalonii triumfuje w Pucharze Hiszpanii:
28 czerwca 1997 r. FC Barcelona pokonała Real Betis Sevilla 3:2 w finale Copa del Rey. Barça zdobyła trzecie trofeum w sezonie pod wodzą angielskiego trenera Bobby'ego Robsona po emocjonującym zwycięstwie w dogrywce nad Realem Betis w finale Copa del Rey rozgrywanym na Estadio Santiago Bernabéu w Madrycie. Po pokonaniu Realu Madryt, Atlético Madryt w legendarnym remisie w ćwierćfinale i Las Palmas w półfinale, Barça zmierzyła się w finale z ekipą Betisu, która zajęła czwarte miejsce w lidze i była trenowana przez przyszłego trenera Blaugrany Llorença Serrę Ferrera. Mając już w planach Superpuchar Hiszpanii i Puchar Zdobywców Pucharów, drużyna Robsona chciała zdobyć hat-tricka w sezonie 1996/97. Betis znakomicie rozpoczął finał z napastnikiem Alfonso, który później dołączył do Blaugrany i zapewnił jej prowadzenie już po 11 minutach. Blaugranes odrobili straty tuż przed przerwą po golu Luisa Figo i do przerwy było 1:1. W drugiej połowie wydawało się, że Barça dominuje, ale to Andaluzyjczycy objęli prowadzenie, gdy nigeryjski napastnik Finidi George podwyższył na 2:1 na zaledwie osiem minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Blaugranes nie poddali się i zaledwie trzy minuty później ponownie wyrównali. Dośrodkowanie Pepa Guardioli wykorzystał argentyński napastnik Juan Antonio Pizzi, bohater ćwierćfinałowego meczu z Atlético, co doprowadziło kibiców FC Barcelony do szaleństwa i dogrywki. Przez dodatkowe pół godziny słaniali się ze zmęczenia ale Luis Figo zdołał zebrać resztki sił i zapewnić Blaugranie prowadzenie 3:2, po tym jak przechwycił piłkę po obronie przez Amunike, którą bramkarz Betisu, Pedro Jaro, obronił. Blaugranes przetrwali przez pozostałe pięć minut meczu i sięgnęli po 23. tytuł Copa del Rey, dorównując ówczesnemu rekordowi Athletic Club i przypieczętowując trzy trofea Bobby'emu Robsonowi w jego jedynym sezonie jako trenera FC Barcelony.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Duma Katalonii dzień po dniu:
28 czerwca 1959 r. FC Barcelona po raz pierwszy w swojej historii zagrała mecz ze słynnym Santosem FC. Brazylijczycy na Camp Nou rozgromili w towarzyskim meczu Blaugrane 5:1! Oczywiście w składzie Santosu grał sam Pele, który strzelił 2 gole.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Adran360 Na wieki wieków amen!
2
@Adran360 Ja ci dam krócej! Masz pisać po Polsku do jasnej Anielki!
11
Maradona, „Le Coq Sportif” i wieczna pamiątka:
Koszulka reprezentacji Argentyny z 1986 roku to pamiątka na zawsze związana z Mistrzostwami Świata Maradony i jedną z najmocniejszych historii w historii piłki nożnej. Projekt „Le Coq Sportif” z jasnoniebieskimi i białymi paskami, kołnierzykiem w serek i herbem AFA, jest częścią wizualnej pamięci Meksyku '86. To nie była koszulka otoczona komercyjnym luksusem ani nowoczesnymi kampaniami marketingowymi. Właśnie dlatego zachowała szczególną moc. Miała prostą, rozpoznawalną prezencję, typową dla swoich czasów. Na zdjęciach z turnieju wygląda na przemoczoną, ciasną od upału, znoszoną po meczach i kojarzoną z drużyną, która grała każdą rundę pucharową na całego. Domowa koszulka reprezentacji Argentyny towarzyszyła im przez większość podróży, ale legenda urosła również dzięki niebieskiej koszulce założonej w meczu z Anglią. Ten mecz przyniósł „Rękę Boga” i „Bramkę Stulecia”, dwie akcje, które wyniosły każdy element garderoby z Argentyny 1986 do rangi historycznego artefaktu. „Le Coq Sportif” zaprojektował koszulkę, którą dziś pamięta się za jej równowagę: stonowaną, z wyraźną tożsamością i niepowtarzalnym krojem. W erze mniej ujednoliconych wzorów, każda reprezentacja zachowała swój niepowtarzalny charakter. Argentyna nie potrzebowała ozdób, aby być rozpoznawalną. Z biegiem czasu koszulka reprezentacji Argentyny z 1986 roku stała się kultowym klasykiem. Reedycje, repliki i wersje inspirowane tym wzorem pojawiają się za każdym razem, gdy wspomina się o Maradonie, Meksyku z 1986 roku czy historycznych koszulkach. To nie tylko piękny element ubioru: to sposób na przywołanie bardzo specyficznego piłkarskiego wspomnienia. Wartość sentymentalna koszulki wynika z jej zdjęć: Maradona unoszący puchar, Burruchaga biegnący do bramki, Valdano świętujący, Ruggeri i Brown dopingujący drużynę z tyłu. Koszulka stanowi wizualne podsumowanie całego turnieju.
Koszulka Argentyny z 1986 roku przetrwała próbę czasu, ponieważ reprezentuje coś więcej niż tylko projekt. To Maradona, stadion Azteca, zacięty finał i wizerunek drużyny, która przekształciła prosty element garderoby w sentymentalną pamiątkę historii futbolu. Choć błękitno-białe pasy są głównym symbolem Argentyny, niebieska koszulka noszona w meczu z Anglią ma ogromne znaczenie. To właśnie w tej koszulce rozegrano mecz „Ręka Boga” i padł gol stulecia. Ten element garderoby, improwizowany, a później przekształcony w mit, uosabia zdolność futbolu do przekształcania praktycznego detalu w historyczny artefakt. Historii Argentyny z 1986 roku nie da się zrozumieć bez tej podwójnej pamięci wizualnej: błękitu i bieli mistrza oraz błękitu najsłynniejszego meczu. Razem tworzą one kompletne archiwum emocjonalne Maradony w Meksyku.
@Sysia11
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
2
@Adran360 Bardzo ładnie napisane ale panie(!) jakie Cape Verde!?? Jaśniej prosze do jasnej ciasnej!?
11
Nie tylko dla prawdziwych cules:
27 czerwca 1920 r. w siedzibie Autonomicznego Centrum Handlarzy i Przemysłodawców(CADCI) odbyło się walne zgromadzenie socios FC Barcelony. Początkowo miało zostać zorganizowane przy ulicy Aribau, jednak znaczny wzrost liczby zarejestrowanych członków klubu, których było już 4 tysiące, spowodował iż przeniesiono je do lokalu CADCI. Budynek usytuowany pod numerem 10 przy Rambli Santa de Monica został przejęty przez stowarzyszenie w 1913 r. od klubu sportowego Reial Cercle Equestre. Miejsce to stało się siedzibą stowarzyszenia założonego w 1903 r. przez grupę urzędników i handlarzy. Tam właśnie Barça zwołała członków aby zorganizować jedno z najważniejszych zgromadzeń w swojej historii. Prezydent klubu Ricard Graells odszedł ze stanowiska ale wcześniej zaproponował aby nabyć tereny pod budowę nowego stadionu (Camp de Les Corts), mając na uwadze fakt że obiekt przy ulicy Industria zrobił się zdecydowanie za mały. W tym celu powstała komisja złożona z wielu ważnych postaci barcelonismu, takich jak Arthur Witty, Gaspar Roses czy sam Joan Gamper, który podjął się znalezienia odpowiedniego terenu, najlepiej w centrum miasta aby uniknąć niedogodności dla kibiców. Jednak projekt nabrał rozpędu dopiero wtedy, gdy stworzono drugą komisje pod przywództwem Gampera. Na tym samym zgromadzeniu jednogłośnie przyjęto również 43 artykuły, które utworzyły nowy statut FC Barcelony. Postanowiono też podnieść miesięczną składkę socios z dwóch do trzech peset. Niedługo potem, podczas dyktatury Primo de Rivery lokal CADCI został skonfiskowany i stał się siedzibą Wolnego Związku Zawodowego aż w 1931 r. wraz z proklamowaniem Republiki wrócił w ręce poprzednich właścicieli. Relacje między Barcą a CADCI nie kończą się jednak wraz z tym historycznym zgromadzeniem. W tamtym okresie w sali teatralnej tegoż budynku odbywały się inne spotkania i zgromadzenia socios Barcy, jak to z 10 lipca 1921 r., czy to z 16 lipca 1934 r., kiedy na prezydenta wybrano Estevego Salę, zaś Anna Maria Martinez Sagi, wyróżniająca się lekkoatletka, została pierwszą kobietą piastującą dyrektorskie stanowisko w klubie.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
6
@FCBparasiempre
W grudniu Królewscy wybrali się do Tokio, żeby stoczyć bój o Puchar Interkontynentalny z brazylijskim Vasco da Gama. Pojedynek miał wyrównany przebieg, a zawodnicy wyraźnie odczuwali zmianę strefy czasowej. Długo utrzymywał się remis 1:1, ale wreszcie w 83. minucie dał o sobie znać geniusz Raula. Hiszpan przejął długie, kilkudziesięciometrowe podanie od Seedorfa, wykonał jeden zwód, drugi i ośmieszając brazylijską obronę, ustalił wynik meczu. Został bohaterem, uznano go za najlepszego gracza finału. Biegał po boisku i dawał upust radości. Cieszył się też z innego powodu – Hiddink, który był wówczas szkoleniowcem madryckiej drużyny, obiecał, że po zwycięstwie zgoli wąsy. Po 38 latach Real po raz drugi zdobył Puchar Interkontynentalny. W lidze musieli jednak uznać wyższość Barcelony, ale na pocieszenie zostało piłkarzowi zdobycie pierwszego w karierze Trofeo Pichichi dla króla strzelców rozgrywek. W pamięci brytyjskich kibiców zapisał się dzięki świetnemu występowi w pewną kwietniowa noc w 2000 r. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów Real mierzył się z Manchesterem United. Po bezbramkowym remisie w Madrycie mało kto dawał szansę Królewskim w starciu z obrońcami tytułu. Blancos mieli jednak w składzie dwóch zawodników, którzy przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Raul razem z Fernando Redondo rozegrali fenomenalne zawody i poprowadzili zespół do zwycięstwa 3:2, a ich akcjami długo się zachwycano. Wtedy to Argentyńczyk w taki sposób wykiwał byłego trenera Legii – Henninga Berga, że zwód ten musi śnić mu się nadal po nocach. Dwa miesiące później Raul strzelił trzeciego gola w finale z Valencią, zapewniając swojemu ukochanemu klubowi ósmy Puchar Europy. Bramkę zadedykował swojemu synowi Jorge, o którym mówił po meczu, że jest najwspanialszym i najpiękniejszym, co spotkało go w życiu. Do końcowego triumfu dorzucił zwycięstwo w klasyfikacji najlepszych strzelców, zdobywając 10 goli w 15 meczach. Wraz z wyborami prezydenta klubu, które odbyły się niedługo po zwycięskim finale w Paryżu, w Realu skończyła się pewna epoka. Zaczęła się natomiast nowa era – Florentino Pérez i jego Galácticos. Zapewniał, że w klubie będą grać najlepsi piłkarze na świecie, a jedną z jego przedwyborczych obietnic było sprowadzenie z Barcelony Luísa Figo. ,,Kiedy przyszedłem do Realu Madryt, nie było mi łatwo. Raul sprawił, że wszystko stało się dla mnie prostsze. Pomógł mi poznać wartości klubu i otoczenie, nauczył tego, co trzeba wiedzieć, żeby na poważnie rozpocząć przygodę w takiej instytucji jak Real Madryt. W ten sposób zawiązała się między nami wielka przyjaźń, która naturalnie miała wpływ na naszą grę. Raul był moim współlokatorem podczas zgrupowań, a to bardzo zacieśnia więzi. Spędziliśmy razem wiele godzin: rozmawialiśmy o futbolu, o codziennych sprawach, o wszystkim…”– opisywał swoje początki w Madrycie Luís Figo. Pierwszy sezon prezydentury Péreza zespół ukończył na pierwszym miejscu w lidze. Raul po raz drugi był najlepszym strzelcem, zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Primera División. Wkrótce w klubie pojawił się kolejny galaktyczny – Zinédine Zidane. W 2002 r. Real obchodził stulecie istnienia. Finał Copa del Rey z Deportivo La Coruña odbył się dokładnie w rocznicę założenia klubu. Raul nie zdołał poprowadzić drużyny do zwycięstwa, a jego gol zmniejszył tylko rozmiary porażki. Królewscy przegrali 1:2. Porażka widocznie podziałała na zespół mobilizująco, bo mimo że w lidze wiodło się różnie, to w europejskich pucharach znów grali koncertowo. W półfinale Ligi Mistrzów odprawili w dwumeczu 3:1 FC Barcelonę a w finale pogolach Raula i Zidane’a zwyciężyli 2:1 i mogli świętować zdobycie dziewiątego Pucharu Europy. W trakcie dekoracji kapitan zespołu Hierro wraz z Raulem ustawili się na końcu kolejki po medale. Przed wzniesieniem pucharu w górę, Hierro poprosił młodszego kolegę, żeby zrobili to wspólnie. Ze względu na wkład, jaki w sukcesy klubu wniósł Raul, nadano mu przydomek Mister Champions. Zdobyty na stulecie klubu Puchar Europy był jednak ostatnim w karierze „El Siete”. Wkrótce zaczęły się zmiany w klubie. Po przyjściu Ronaldo, z drużyną pożegnał się jeden z najbliższych kolegów Raula – Fernando Morientes. Po zdobyciu czwartego tytułu mistrza kraju w karierze Raul musiał pogodzić się z odejściem kolejnego przyjaciela – zespół opuścił Fernando Hierro, a dodatkowo podziękowano trenerowi del Bosque.
Zaczął się okres, w którym Real rozczarowywał. Coś zaczęło się psuć. Również sam Raul nie grał najlepiej. Po kolejnym fatalnym sezonie bez żadnego trofeum Pérez podał się do dymisji. Nowe wybory wygrał Ramón Calderón a dyrektorem sportowym został Predrag Mijatović. Odeszli Ronaldo i Beckham, wprowadzono plan naprawczy i odmłodzono drużynę. Raul, który po odejściu Hierro przejął opaskę kapitańską, był stawiany za wzór młodym zawodnikom. Wspólnie z Ruudem van Nistelrooy’em przewodził historycznej remontadzie w lidze. Rok później, w sezonie 2007/08 obronili tytuł, który dla Raula był szóstym i ostatnim. Wkrótce Ramón Calderón ustąpił ze stanowiska, a niedługo potem stery w klubie ponownie przejął Florentino Pérez. Kiedy do klubu przyszli Kaká, Cristiano Ronaldo czy Karim Benzema zaczęło się robić coraz ciaśniej w ataku. Tym bardziej, że dobrze spisywał się też Gonzalo Higuaín. Raul nie miał zamiaru się jednak poddawać, ale nie oszczędzały go kontuzje. Real przegrał w 1/16 Copa del Rey z trzecioligowym Alcorcón a w Lidze Mistrzów już piąty rok z rzędu odpadł w 1/8 finału. W lidze natomiast rządziła FC Barcelona Pepa Guardioli. To, co parę lat wcześniej wydawało się kompletnie niemożliwe, stawało się faktem. Czas Raula w Madrycie dobiegał końca. Kiedy 24 kwietnia 2010 wyszedł na murawę stadionu La Romareda, na którym debiutował jako 17-latek, tylko on wiedział, że jest to jego ostatnie ligowe spotkanie. Dał z siebie wszystko i strzelił gola, ale celebrując go, okazywał jednocześnie złość i satysfakcję. W kolejnym sezonie opiekę nad zespołem przejął José Mourinho. Portugalczyk chciał zatrzymać w zespole klubową legendę. Przekonywał go, że będzie mieć miejsce w składzie i zapewniał, że chce liczyć na pomoc wychowanków, którzy mają być wzorem dla innych. Raul nie chciał być statystą. W ostatnim sezonie grywał mało a chciał znów być pierwszoplanowym bohaterem. Widział go u siebie Alex Ferguson, ale do transferu jednak nie doszło. Miał jeszcze ważny kontrakt. Rozwiązał go jednak za porozumieniem stron i zdecydował, że spróbuje sił w lidze niemieckiej. Spędził w Madrycie 16 sezonów. Jak podaje oficjalna strona klubu rozegrał 741 meczów i strzelił 323 gole. Nikt nie zakładał białej, madryckiej koszulki częściej niż on. ,,Był wielkim kapitanem. Kiedy pełniłem funkcję dyrektora generalnego, on był ważnym zawodnikiem w drużynie i bardzo nam pomógł w realizacji naszych pomysłów. Chcieliśmy zbudować grupę i drużynę. Trzeba było dokonać wielu zmian i sprowadzić nowych piłkarzy. Raul zawsze starał się pomóc i aktywnie uczestniczył w spotkaniach, podczas których należało rozwiązać określone problemy. Wspierał mnie w zarządzaniu zespołem, ponieważ koledzy bardzo go szanowali. Przedłużaliśmy z nim kontrakt, jako że chcieliśmy, aby został w Realu Madryt do końca swojej kariery. Później my odeszliśmy i stało się to, o czym wszyscy wiedzą. Chcieliśmy, żeby wielki kapitan i wielki piłkarz, który wszedł już do historii klubu, zakończył karierę w Realu Madryt ale cóż, nie było to możliwe”– wspominał Mijatović. Podczas oficjalnego pożegnania Raul wyraźnie nie czuł się komfortowo. Jego wzrok błądził po podłodze, trudno się dziwić, bo przecież nie był przyzwyczajony do takich uroczystości. Dużo lepiej czuł się tam na dole, na boisku. Florentino Pérez w pożegnalnej przemowie stawiał go za wzór, mówił, że uosabia on wszystkie wartości Realu Madryt, zarówno na boisku, jak i poza nim. Podkreślał jego ciężką pracę, ambicję i wolę zwyciężania. Zakończył słowami: ,,Gdziekolwiek będziesz, koszulka Realu Madryt będzie zawsze twoją koszulką. Bernabéu będzie twoim domem. Nie zapomnimy cię”. Raul stał obok i z trudem powstrzymywał łzy. Kiedy Pérez skończył, przyszła kolej na Rulo. Dziękował działaczom, kolegom z drużyny, trenerom i pracownikom klubu, rywalom, prasie, Jorge Valdano za pierwszą daną szansę oraz oczywiście milionom kibiców i swojej rodzinie. Zapewnił też wszystkich, że zawsze starał się z siebie dawać wszystko. Zszedł na murawę i skierował się ku południowej trybunie, gdzie zgromadziła się garstka kibiców, żeby go pożegnać i podziękował im za ich obecność w tym szczególnym dla niego dniu. Christoph Metzelder namówił go na Schalke. Niemiec też przeniósł się do tego klubu. W Gelsenkirchen wiązano z przyjściem Hiszpana duże nadzieje. Oczywiście nie mógł otrzymać innej koszulki niż ta z numerem 7. Podczas powitania na Veltins-Arena Felix Magath, który bardzo nalegał na transfer, powitał go słowami: ,,To wspaniała wiadomość dla Schalke 04, że udało się sprowadzić wyjątkowego piłkarza, napastnika światowej klasy, który zainspiruje grę naszej drużyny w Bundeslidze”. Raul od początku zaczął spełniać pokładane w nim nadzieje. Podpisując dwuletni kontrakt, chciał pokazać światu, że wciąż jest wartościowym zawodnikiem. Już w pierwszym meczu w letnim turnieju Liga Total Cup strzelił dwa gole Bayernowi.
To w dużej mierze on doprowadził Schalke do półfinału Ligi Mistrzów w 2011 r., w którym musieli uznać wyższość Manchesteru United, ale po drodze odprawili z kwitkiem broniący tytułu Inter. Będąc zawodnikiem Realu, nigdy nie udało mu się zdobyć Copa del Rey, zawsze wymykał mu się z rąk. Dopiero w barwach klubu z Gelsenkirchen poznał smak zwycięstwa w finale krajowego pucharu. 21 maja 2011 r. Schalke wygrało z Duisburgiem 5:0 a po meczu Raul z hiszpańską flagą na ramionach celebrował zwycięstwo, naśladując kroki torreadora – tak jak wielokrotnie to robił w barwach Królewskich. Drugi sezon pobytu w Westfalii rozpoczął od pokonania w meczu o Superpuchar Borussii Dortmund. Do swojej przebogatej kolekcji dołożył więc kolejne trofeum. Na arenie europejskiej dotarł do ćwierćfinału Ligi Europy. Tam miał okazję wrócić do Hiszpanii i zmierzyć się z Athletic Bilbao. W dwumeczu Schalke poległo co prawda 4:6 ale autorem wszystkich trafień dla niemieckiego zespołu był nie kto inny, jak Raul. ,,Przyszedł do Schalke ogromnie zmotywowany, chciał pokazać, że dla niego jest to nowy etap i że jako piłkarz wciąż się liczy. W ciągu dwóch sezonów, jakie spędził w klubie, zawsze widziałem go zmobilizowanego i zaangażowanego. To prawdziwy profesjonalista. Wygrał wszystko z Realem Madryt, ale widać było, że miał wielkie chęci, by doświadczyć czegoś nowego poza Hiszpanią. W Niemczech rozegrał dwa znakomite sezony. Jego pasja zwyciężania jest godna podziwu i ja się nią zaraziłem. To prawdziwy zawodowiec”– wspominał pobyt Raula w Niemczech Sergio Escudero. Po dwóch pięknych latach nastał czas pożegnań. Paradoksalnie to Schalke, w przeciwieństwie do Realu, należycie uhonorowało Hiszpana. Mimo że spędził tu tylko dwa sezony, to żegnano go jak klubową legendę. Na Veltins-Arena zgromadziło się 62 tys. kibiców, żeby oddać hołd piłkarzowi. Señor Raul, jak określali go niemieccy fani, wyszedł na środek stadionu razem z piątką swoich dzieci. Na telebimie wyświetlono wyrazy uznania od kolegów z drużyny, Raul wraz z dziećmi przeszedł dookoła boiska, pozdrawiając publiczność. Fani rzucali kwiaty, szaliki, koszulki, złapał nawet hiszpańską flagę. Żegnano go jak króla. Potem odbył się pożegnalny mecz z jego nową drużyną Al-Sadd a „El Siete” rozegrał po jednej połowie w każdej z drużyn. W końcówce strzelił swoje ostatnie dwie bramki w barwach niemieckiego zespołu, aż w końcu na parę minut przed końcem zszedł z boiska, a kibice zgotowali mu wielką owację. ,,Jestem bardzo dumny, że wracam do domu. To były dwa wspaniałe lata a Schalke zawsze będzie w moim sercu. Choć kawał czasu byłem związany z Realem Madryt, tutaj znalazłem drugi dom, jestem wam dozgonnie wdzięczny”– mówił, dziękując publiczności za piękne pożegnanie. Mimo 35 lat na karku ciągle był głodny nowych wyzwań. Miał w sobie ten sam zapał i iskrę jak wtedy, gdy zaczynał przygodę z poważną piłką. Był wówczas najlepszym strzelcem w historii Ligi Mistrzów i trzykrotnym triumfatorem tych rozgrywek. Nie przybywał jednak z roszczeniami. Nie chciał dla siebie dodatkowych przywilejów. Zamiast luksusowej willi wybrał dom na jednym z osiedli, niedaleko amerykańskiej szkoły i ośrodka treningowego. Przybywał też do Kataru jako ambasador mistrzostw świata, o których organizację się wtedy starano. Swoim doświadczeniem miał pomóc w rozwoju futbolowego szkolenia wśród dzieci i młodzieży. Od razu przyjęto go z wielką sympatią i przekazano opaskę kapitańską. Znowu był inspiracją dla kolegów z drużyny i wielkim kapitanem. Sezon ukoronował zdobyciem tytułu mistrza kraju. Szejkowie byli zachwyceni a przed jednym z meczów obiecano mu, że jeśli zespół pokona Al-Rayyan(odwiecznego rywala) a on strzeli gola, to dostanie wielbłąda wartego pół miliona euro. Spełniły się oba warunki i wielbłąd należał do niego. To Raul na swoich plecach zaciągnął drużynę do ćwierćfinału Azjatyckiej Ligi Mistrzów i wydatnie pomógł w zdobyciu Pucharu Emira Kataru. Przez cały swój pobyt w Katarze dał się poznać jako wielki profesjonalista, spełnił wszystkie pokładane w nim oczekiwania. Nie tylko trenował i grał, ale sporo swojego czasu poświęcał Akademii Aspire, która miała kształcić przyszłych katarskich reprezentantów. Trener Wojciech Ignatiuk, pracujący w Katarze, w wywiadzie dla Weszło! mówił, że zawsze dawał świetny przykład, nigdy nie powiedział: ej, młody, skocz mi po piłkę, bo grałem w Realu Madryt. Często było na odwrót. Sam podawał ją chłopakowi i mówił: strzelaj, ja popatrzę i postaram się podpowiedzieć. Na trening przychodził pierwszy i wychodził ostatni. Na koniec kariery zaliczył jeszcze przygodę na kontynencie amerykańskim. Podpisał kontrakt z grającym w NASL New York Cosmos. ,,Piłka nożna to zawsze ta sama gra. Te same wymiary bramek i piłka. Oczywiście, że tutaj jest inaczej, ale staram się traktować mój pobyt tutaj jako życiowe doświadczenie. Spędzam czas z kolegami z drużyny i jestem cały czas mocno zaangażowany w projekt Cosmosu – mówił po swoim debiucie w NASL”. W Nowym Jorku też świecił przykładem. Spędził tam ledwie kilka miesięcy, ale pomógł kolegom w wygraniu ligi. 15 listopada zwycięskim meczem o „Soccer Bowl” zakończył czynną karierę.
Cieniem na jego piłkarskich dokonaniach kładzie się brak sukcesu w reprezentacji. Jego najlepsze czasy przypadły na okres, kiedy Hiszpania grała jak nigdy a przegrywała jak zawsze. ,,La Furia Roja” pierwszy sukces(mistrzostwo Europy 2008) odniosła, kiedy Raula nie było już w kadrze. Javier Clemente nie zabrał go na Euro 96, choć wielu czyniło mu z tego powodu zarzuty. Młody napastnik wystąpił za to na mistrzostwach Europy U-21, w których dotarł do finału. Tam, w konkursie rzutów karnych przegrali z Włochami, a jednym z tych, którzy się pomylili, był piłkarz Realu. Potem pojechał z kadrą na igrzyska do Atlanty, gdzie przygodę z turniejem zakończyli porażką 0:4 z Argentyną w ćwierćfinale. W dorosłej kadrze zadebiutował 9 października 1996 r. w meczu z Czechami. Zaprezentował się na tyle dobrze, że na stałe się tam zadomowił. W 1998 r. po raz pierwszy zagrał na mistrzostwach świata. Oczekiwano, że to on odwróci los reprezentacji na wielkich imprezach. Turniej był jednak dla Hiszpanów rozczarowaniem, bo mimo zwycięstwa 6:1 nad Bułgarią nie wyszli z grupy. W dużej mierze zaważyły na tym błędy Zubizarrety w przegranym meczu z Nigerią. Na mistrzostwa Europy do Belgii i Holandii, podobnie jak na mundial do Francji, jechał w glorii zwycięzcy Ligi Mistrzów. Każdy chciał zobaczyć go w akcji, mając nadzieję, że zwycięską passę z Realu zdoła przenieść na reprezentację. Po porażce z Norwegami 0:1 do ostatniej chwili musieli walczyć o awans do ćwierćfinału. Tam spotkali się z Francją. Przy stanie 2:1 dla Trójkolorowych sędzia odgwizdał rzut karny. Do piłki podszedł Raul, ale fatalnie przeniósł piłkę nad bramką Bartheza. Był zdruzgotany. Hiszpania odpadła a cały świat zawalił mu się na głowę. W Korei i Japonii La Roja jak burza przeszła fazę grupową, odnosząc trzy zwycięstwa. W 1/8 finału dopiero po rzutach karnych pokonała Irlandię a bohaterem meczu był Iker Casillas. Niestety dla Raula mundial skończył się w 80. minucie tamtego spotkania. Odniósł kontuzję i musiał opuścić boisko. Fizjoterapeuci robili, co mogli, ale nie udało im się przywrócić go do pełnej sprawności. Przegrany ćwierćfinał z Koreą obsadą sędziowską oglądał z ławki. Euro w Portugalii w 2004 r. również rozczarowało. Kadra jechała odmłodzona, ale Raul ciągle był jej ważnym ogniwem. Być może przez nieduże doświadczenie niektórych zawodników pechowo przegrali trzeci mecz fazy grupowej z gospodarzami, co oznaczało koniec marzeń o wyjściu z grupy. 21 listopada 2005 r. dość odporny na kontuzje organizm piłkarza nie wytrzymał. W kolanie zatrzeszczało. Raul miał uszkodzoną łąkotkę i częściowo zerwane przednie więzadła krzyżowe. Do mundialu w Niemczech pozostawało niewiele czasu i jego występ na mistrzostwach stanął pod znakiem zapytania. Czekały go miesiące żmudnej rehabilitacji, ale wygrał wyścig z czasem. Brakowało mu nieco ogrania i rytmu meczowego, ale trener Luis Aragonés dotrzymał słowa i włączył do kadry. Pierwszy mecz z Ukrainą przesiedział na ławce. W drugim z Tunezją wszedł dopiero po przerwie. Zdołał jednak strzelić gola i zapisać się w historii – był pierwszym Hiszpanem, który zdobywał bramki na trzech mundialach. Nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że było to jego ostatni trafienie dla La Roja. W następnym spotkaniu z Arabią Saudyjską wyszedł już od pierwszych minut. Podobnie było w 1/8 finału z Francją. I podobnie jak na mistrzostwach Europy w 2000 r., dowodzona przez Zinedine’a Zidane’a francuska reprezentacja okazała się za silna. Później wystąpił jeszcze w kilku meczach, ale do Austrii i Szwajcarii Aragonés już go nie zabrał. Nigdy nie zrezygnował z gry w kadrze, nigdy też nie rozegrał pożegnalnego meczu. Starał się grać jak najlepiej, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś założy koszulkę La Furia Roja. Tak się jednak nie stało, mimo że kibice byli po jego stronie i często domagali się powołania. W reprezentacji występował przez 10 lat. Rozegrał w niej 102 spotkania. Strzelił 44 bramki. Nigdy nie zdobył Złotej Piłki, choć w 2001 r. przegrał tylko z Michaelem Owenem. Zawsze jednak podkreślał, że najważniejszy jest zespół. Dziś grywa w meczach legend, komentuje mecze i udziela się w telewizyjnych studiach. Dodatkowo od tego sezonu ponownie jest związany z Realem jako ambasador do spraw instytucjonalnych i ma brać udział w budowie długofalowej wizji klubu. Czy pójdzie w ślady Zidane’a i zostanie trenerem? Ma ku temu wszelkie możliwości. Wszyscy, absolutnie wszyscy, którzy go wspominają, podkreślają wpływ, jaki miał na grę drużyny. Jak wielką wolą walki i ambicją się cechował. Jak znakomitym był kapitanem. Zawsze odnosił się z szacunkiem do rywala. Nigdy nie dostał czerwonej kartki. Zawsze wyróżniał się dobrymi manierami i jeśli przegrywał, doceniał klasę rywala i chwalił jego umiejętności, nawet jeśli to była Barcelona. Nie dostarczył prasie ani jednego skandalu. To człowiek, który jako swoje dodatkowe zainteresowania wymienia działalność charytatywną i odwiedzanie szpitali dziecięcych. Razem z Sanchísem rozwijał pasję łowiectwa. Jeśli chodzi o prowokację, to najdalej posunął się w 1999 r. kiedy po strzeleniu gola na Camp Nou przyłożył palec do ust, chcąc uciszyć fanów Barcelony. Jak pisał Phil Ball w monografii Realu: ,,Był oddanym sługą klubu i uosobieniem idei madridismo. Jego statystyki mówią same za siebie, a historia będzie dość słusznie przedstawiać go jako jednego z najwspanialszych graczy w Hiszpanii. Ideał? Pewnie nie, ale takich jak on dziś jest już coraz mniej. Szkoda.
10
@FCBparasiempre
27 czerwca 1977 r. w Madrycie urodził się Raul Gonzalez Blanco. Podczas całej kariery nie otrzymał czerwonej kartki. Zawsze odnosił się do rywali z szacunkiem. Był wzorem profesjonalisty. Nigdy nie odpuszczał(ani na treningach, ani w spotkaniach) bez względu na ich rangę. Jako kapitan zawsze stał murem za swoimi kolegami. Stanowił prawdziwy wzór do naśladowania dla wszystkich młodych zawodników – zarówno na boisku, jak i poza nim. Po zdobytym golu zawsze całował obrączkę. „El Siete, El Ángel de Madrid”, czyli Raul Gonzalez Blanco – symbol madryckiego Realu z przełomu wieków. Kiedy król Hiszpanii pojawiał się meczu piłki nożnej, musiało to być wyjątkowe spotkanie. Tak było choćby w 1992 r. w Barcelonie, kiedy to w finałowym pojedynku turnieju olimpijskiego oglądał zwycięstwo hiszpańskich zawodników nad Polakami. Zupełnie inne okoliczności miał mecz, na który Juan Carlos I wybrał się 22 sierpnia 2013 r. Wtedy to na Estadio Santiago Bernabéu Real zagrał z katarskim Al-Sadd. Spotkanie to rozegrano w ramach 35. edycji Trofeo Santiago Bernabéu. Ponad 85 tys. kibiców, a także sam król przybyli jednak na stadion z innego powodu. To właśnie wtedy po raz ostatni koszulkę Królewskich założył jeden z największych symboli madryckiego zespołu – Raul Gonzalez Blanco. Mecz pożegnalny zorganizowano dopiero po trzech latach od odejścia El Siete z Madrytu. Mnie osobiście jako sympatykowi Realu i wielbicielowi talentu Raula nie podobały się okoliczności, w jakich odchodził z klubu. Taka legenda powinna zostać należycie uhonorowana. Owszem, zorganizowano oficjalne pożegnanie, ale w upalny poniedziałek 27 lipca na stadionie zgromadziło się ledwie 300 osób, były przemówienia, były łzy i uściski. Już następnego dnia koszulkę z numerem 7 oddano Cristiano Ronaldo. Zresztą nie tylko Raul odchodził z klubu w nie najlepszej atmosferze, gdyż podobnie było z Gutim, Hierro czy del Bosque. Dobrze więc, że po paru latach zdecydowano się oddać należny mu hołd. Przed rozpoczęciem spotkania, w loży honorowej król Juan Carlos I serdecznie objął piłkarza, mocno go uściskał i powiedział do ucha kilka ciepłych słów. Sam fakt, że monarcha pofatygował się na stadion potwierdza to, jak ważnym człowiekiem dla Madrytu był Raul. Zawodnik otrzymał replikę fontanny Cibeles, na którą wielokrotnie sam się wspinał, by świętować zdobycie kolejnych trofeów. Jedną połowę rozegrał w barwach Realu, drugą w barwach drużyny z Kataru. Znowu założył białą koszulkę z numerem 7, którą na tę okazję odstąpił mu Cristiano Ronaldo. Przed pierwszym gwizdkiem inny symbol Realu – Iker Casillas przekazał El Siete opaskę kapitańską. Napastnik zademonstrował wszystkie swoje atuty. Biegał po całym boisku, pokazywał, że nadal ma niebywałą siłę i charakter, a swoją energią zarażał partnerów z drużyny. W 22. minucie meczu po podaniu od Ángela Di Maríi popędził w stronę bramki i pewnym strzałem pokonał bramkarza, wprawiając w zachwyt zgromadzonych na trybunach kibiców. Znów mógł ucałować obrączkę, znów mógł wskazać ku niebu i znów mógł podbiec do jednej z band i w energicznym wyskoku wskazać palcami swoje imię na plecach. To był jego ostatni gol dla Królewskich. Zanim jednak zaczął strzelać bramki dla Realu, pierwsze kroki stawiał w małym klubie z południowej części Madrytu. Jego pierwszą szkołą była rodzinna dzielnica i to tutaj zdobywał pierwsze piłkarskie szlify. Od małego uwagę miał wątłą posturę. Trudno było wtedy przypuszczać, że ten drobny chłopiec będzie rywalizował z najlepszymi na świecie. Największym atutem Raula była psychika i modne dzisiaj cechy wolicjonalne. Był inteligentny, wrażliwy i pełen pasji, a jednocześnie niesamowicie wytrwały i waleczny. W wieku 11 lat zaczął się wyróżniać w się w San Cristóbal de los Ángeles. Żeby jednak grać w juniorskiej drużynie Sancris, musiał sfałszować swoje dane i założyć okulary, żeby wyglądać na starszego. W tamtym czasie pomiędzy klubami z południowej części stolicy a Atlético Madryt obowiązywała umowa o współpracy. Wyróżniający się, utalentowani chłopcy, mieli otwartą drogę, żeby spróbować swoich sił w klubie z Estadio Vicente Calderón. Zdolny chłopak zwracał na siebie uwagę skautów trzech madryckich klubów – Realu, Rayo i właśnie Atlético. Ojciec, który był zapalonym kibicem Los Rojiblancos, często zabierał syna na mecze ukochanej drużyny. Między innymi dzięki temu rywalizację o młokosa wygrał klub, którym rządził wtedy Jesús Gil y Gil. Kiedy razem z ojcem pojawili się na Estadio Vicente Calderón, trener drużyny juniorów Francisco de Paula zapewnił Raula, że będzie nosił opaskę kapitana. Było to dla niego bardzo ważne, bo oczekiwał gwarancji odgrywania głównej roli w zespole.
Zawsze pragnął być pierwszoplanowym bohaterem – nigdy nie chciał być statystą. W trakcie tych pierwszych rozmów poprosił, żeby go przesunąć do wyższej kategorii wiekowej, bo wiedział, że poradzi sobie wśród starszych kolegów. Na transferze chłopaka skorzystał też jego pierwszy klub, który Atlético zaopatrzyło w piłki. W swoim pierwszym sezonie w juniorach stołecznego klubu strzelił 65 bramek. Atlético miażdżyło rywali, strzelając 308 goli i tracąc przy tym jednego. Nazwisko chłopaka, który potrafił w jednym meczu ośmiokrotnie pokonać bramkarza rywali, ciągle musiało być zaznaczone na czerwono w notesach skatów Realu. W wieku 14 lat zaczęto coraz częściej o nim pisać. Zwracano uwagę, że juniorzy Rojiblancos potrafią stawić czoła swoim największym rywalom zza miedzy. W madryckim finale przegrali co prawda 2:3, ale w finałowych rozgrywkach o mistrzostwo Hiszpanii, które rozgrywano na Teneryfie, nie było już na nich mocnych. Kiedy juniorzy zdobywali tytuł, seniorzy w finale Copa del Rey zwyciężyli Real Madryt. Atlético było jedną z czołowych drużyn w kraju, a w zespołach młodzieżowych widać było następców pierwszego zespołu. Wystarczyło tylko niczego nie popsuć, żeby cieszyć z dalszych sukcesów. Niestety polityka prezydenta klubu nie zawsze była rozsądna. ,,Jesús Gil, jakby to powiedzieć, w zarządzaniu Atlético był dość impulsywny. Nagle przychodził mu do głowy jakiś pomysł i nie było zmiłuj. Trzeba było wszystko zatrzymać, żeby go zrealizować. Później stawał się tym pomysłem rozczarowany i go porzucał”– opisywał działania Gila dziennikarz José Miguélez. Podobnie było z decyzją o zlikwidowaniu drużyn młodzieżowych i klubowej szkółki. Rozczarowany formą jednego z juniorów, na którego wyłożył spore pieniądze, stwierdził, że kategorie juniorskie nie są mu potrzebne. Młodzi zawodnicy zostali na lodzie i musieli radzić sobie sami. Wśród nich był też Raul. Wieść o decyzji włodarza szybko się rozeszła i natychmiast w klubie pojawił się Estaban Alenda – człowiek, który chciał sfinansować działanie akademii z własnej kieszeni, choćby w minimalnej formie. Wtedy jednak jeden z najbardziej obiecujących hiszpańskich piłkarzy rozmawiał już z Realem. 24 lipca 1992 r. Raul razem z ojcem Pedro podpisali rezygnację z gry w Atlético, jednocześnie przedstawiając dokument w madryckiej federacji, żeby oficjalnie potwierdzić, że chłopak jest wolny i może zmienić klub. Oferta od Królewskich przyszła w najlepszym momencie. Chłopak przez tydzień nie miał gdzie trenować i wtedy właśnie do akcji wkroczyli dyrektor szkółki Realu Ramón Martínez, skaut Paco de Gracia i koordynator drużyn juniorskich Vicente del Bosque. Raul, żeby się rozwijać, musiał grać w piłkę. Futbol był dla niego priorytetem. Czuł, że jeśli chce coś w tej dyscyplinie osiągnąć, to musi związać się z Realem. Jako 15-latek dołączył do drużyny Cadete A. Na treningi i mecze przychodzili nie tylko rodzice i trenerzy, ale także inne dzieci, które chciały podziwiać tego utalentowanego chłopaka. Raporty, które regularnie trafiały na biurka najważniejszych osób w klubie, nie pozostawiały wątpliwości, że w szkółce mają prawdziwy diament. Często mówiono o nim więcej niż o niektórych zawodnikach z pierwszej drużyny. Wszyscy z niecierpliwością czekali na moment, w którym zadebiutuje w seniorskim zespole. Vicente del Bosque z innymi trenerami bardzo ostrożnie kierowali rozwojem chłopaka. Po sezonie spędzonym w Cadete A, w którym strzelił 59 bramek, został przeniesiony do zespołu Juvenil A, pod opiekę Lusia Palermo. Grywał też w Juvenil B, ale wkrótce okazało się, że obie te kategorie wiekowe są dla niego niewystarczające. Znowu wszystkich przewyższał umiejętnościami. Tymczasem Atlético ciągle nie mogło sobie darować, że straciło taki talent. Klub reaktywował drużyny juniorskie i postanowił odzyskać młodzieńca. Miguel Ángel Gil Marín zaczął od rozmowy z ojcem chłopca. Zapewniał go, że jeśli Raul wróci do Rojiblancos, to będzie grał zawsze. Proponował im wypożyczanie go do Cádiz, które grało wtedy w Segunda División B. Klub obiecywał pokryć oczywiście wszystkie wydatki rodziny, a nawet proponował ojcu pracę w posiadłości Valdeolivas, będącą własnością rodziny Gil. Real Madryt zaczął działać. Ramón Martínez przykładał do Raula taką samą wagę jak do wielkich transferów. Chłopak musiał poczuć, że jest przed nim świetlana przyszłość w drużynie. Razem z ojcem zaproszono go na spotkanie na Estadio Santiago Bernabéu, które miało rozwiać wszelkie wątpliwości. Raul miał ich wtedy niemało. Kiedy wszedł do gabinetu, zobaczył, że na spotkaniu obecny jest też trener pierwszego zespołu – Jorge Valdano. Był miły i przekonujący, zwracał się do chłopaka jak do przyjaciela. Zapewniał, że niedługo spotkają się w pierwszej drużynie. ,Przekazałem mu, że ma wielkie szanse, by odnieść sukces i że w ciągu najpóźniej dwóch lat będzie zawodnikiem pierwszej drużyny. Potem gryzło mnie sumienie, ponieważ takie rzeczy trudno jest przewidzieć ale trzeba go było jakoś przekonać. Nie wyszedłem, dopóki mnie nie zapewnił, że zostanie w Realu Madryt. Cztery miesiące później miał już na sobie koszulkę pierwszego zespołu”– wspomniał tamto spotkanie Jorge Valdano.
Raul zdecydował się związać swoją przyszłość z Królewskimi. 14 lipca 1994 r. podpisał czteroletni kontrakt, a nadchodzący sezon miał być punktem zwrotnym w jego karierze. Rozgrywki rozpoczął w Segunda División B, w drużynie prowadzonej przez José Antonio Grande. ,,Pod moim okiem przeszedł do drużyny występującej w Segunda División B, ale nie grał tam dłużej niż dwa miesiące. Przepracował okres przygotowawczy i cały wrzesień a w październiku Jorge Valdano zabrał go do pierwszego zespołu. Był piłkarzem kompletnym, niezwykle zdolnym, jednym z tych, u których od razu widać, że grać nauczyli się na ulicy”– wspominał José Antonio Grande. W tamtym sezonie wprowadzano w życie pomysł Valdano, który zakładał powoływanie wychowanków na wspólne treningi z pierwszym zespołem i mecze towarzyskie rozgrywane w środku tygodnia. Oprócz Raula możliwość trenowania z seniorami mieli też Guti czy Álvaro Benito. W swoim pierwszym meczu towarzyskim z Oviedo Raul wszedł na boisko po przerwie i popisał się bramką strzeloną krzyżakiem. Jak zwykle uwagę zwracała jego pewność siebie i ambicja. Po powrocie do Segunda B, trener Rafa Benítez powołał go do drużyny Castilli. W Segunda División rozegrał jednak tylko jedno spotkanie. Jorge Valdano ciągle miał go na oku. Wprowadzając go do drużyny, chciał ożywić nieco zespół i pokazać zawodnikom, że nie mogą spocząć na laurach. Zabrał Raula do Niemiec na spotkanie z Karlsruher SC i wpuścił na ostanie pół godziny. To wtedy zdecydował, że da mu szansę oficjalnego debiutu w lidze. Przed występem na La Romareda z Saragossą Raul odbył jeszcze trzy treningi z pierwszą drużyną. Po ostatnim Valdano oznajmił mu, że zagra w najbliższym meczu. ,,Powiem ci to na osobności, żebyś nie zemdlał przy swoich kolegach, kiedy to ogłoszę: jedziesz do Saragossy”. ,,El Siete” wyszedł szczęśliwy i uskrzydlony, ale nie dawał nic po sobie poznać. Potraktował to jako wielkie wyzwanie i nie chciał zawieść trenera, który tak bardzo w niego wierzył. Po powrocie do domu zasiadł z rodzicami do obiadu. Kiedy matka podała mu zupę, Raul ze stoickim spokojem poinformował, że zadebiutuje w pierwszej drużynie. Ojciec o mało się nie udławił. Jego syn miał zająć miejsce wielkiego Emilio Butragueño. Na konferencji prasowej Valdano mówił, że Raul go zachwyca i że każdy, kto chce razem z nim zawojować świat, dostanie swoją szansę. Zdjął też trochę presji z zawodnika, mówiąc, żeby dobrze się bawił i żeby nie wychodził na boisko z myślą, że koniecznie trzeba wygrać i strzelić gola. Sam piłkarz też pojawił się przed dziennikarzami, którym zaimponował opanowaniem: ,,Nie boję się tego wyzwania, będę spał spokojnie. Moją drużyną jest ta występująca w Segunda B i kiedy do niej wrócę, będzie jak dawniej. Postaram się zagrać tak, jakby to był tylko kolejny mecz”– mówił. Do Segunda B już jednak nie wrócił. W debiucie nie poszło mu co prawda najlepiej, ale miał kilka znakomitych sytuacji. Real przegrał 2:3, a Raul nie mógł ukryć wściekłości z powodu zaprzepaszczonych szans, choć zaliczył asystę przy golu Zamorano. Pocieszali go koledzy i trenerzy, ale na niewiele się to zdało. W młodym zawodniku narastała chęć do rewanżu. Valdano rozmawiał z nim w środku tygodnia, chcąc podnieść jego morale. Szkoleniowiec postanowił dać mu szansę też w kolejnym meczu, w którym Real mierzył się z Atlético. 5 listopada Raul po raz pierwszy wyszedł na boisko Estadio Santiago Bernabéu w białej koszulce z numerem 7 na plecach. Spojrzał na trybuny, starając się ogarnąć wzrokiem wszystkich zgromadzonych fanów. W tunelu Rafael Alkorta powiedział mu, żeby był spokojny, bo musi zagrać tylko tak, jak w Saragossie. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:2. El Siete wywalczył najpierw karnego, którego na bramkę zamienił Míchel, potem asystował przy trafieniu Zamorano. Wreszcie w 36. minucie po podaniu Michaela Laudrupa, Raul perfekcyjnie uderzył z pierwszej piłki, kierując futbolówkę prosto pod poprzeczkę. Popędził ile sił w nogach w kierunku ławki rezerwowych, gdzie wyściskał się ze swoim przyjacielem Danim. Wszyscy mu gratulowali, Valdano wstał z ławki i bił brawo.
Kariera ,,Rulo”, jak nazywali Raula koledzy z szatni, zaczynała nabierać rozpędu. Dzięki profesjonalnemu kontraktowi poprawiła się sytuacja finansowa samego zawodnika i jego rodziców. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił im dom w dzielnicy Miraserra, w której więcej było udogodnień i leżała bliżej ośrodka treningowego. Po debiucie, ośmiu miesiącach w drużynie i zdobyciu mistrzostwa był już pewniakiem w składzie. Niestety w sezonie 1995/96 nowy prezydent, tuż po rozpoczęciu rozgrywek, podziękował za współpracę Jorge Valdano. Dla Raula było to wielkie rozczarowanie, a dzień odejścia swojego ulubionego trenera opisywał jako najsmutniejszy w swoim życiu. Zajmując szóste miejsce w lidze, poznał tę gorszą stronę piłkarskiego rzemiosła. Dotąd święcił same triumfy, teraz musiał zmierzyć się z porażkami. To doświadczenie wzmogło w nim głód zwycięstw. Efekty tego można było podziwiać w kolejnym sezonie. Opiekunem drużyny został Fabio Capello, a skład wzmocniono takimi graczami jak: Predrag Mijatović, Davor Šuker, Christian Panucci, Roberto Carlos, Clarence Seedorf czy Bodo Illgner. Mimo takiego natężenia gwiazd młody napastnik zachował miejsce w składzie. Mało tego, był jedną z czołowych postaci w zespole. Tworzyła się drużyna, która miała wreszcie wygrać w Lidze Mistrzów, bo dotąd sukcesy w najważniejszych klubowych rozgrywkach znano w Madrycie tylko z czarno-białych filmów. Wkrótce miało się to zmienić. ,,Przyszedłem do Madrytu rok po jego debiucie w pierwszej drużynie i spotkałem chłopaka, który miał niezwykłą łatwość strzelania goli. Był jeszcze zielony i podczas okresu przygotowawczego my, najstarsi zawodnicy, patrzyliśmy na niego, żeby się przekonać, czy naprawdę ma zadatki na wielkiego piłkarza ale gdy tylko zaczęły się treningi i zagraliśmy pierwsze mecze towarzyskie, zdałem sobie sprawę, że jest to piłkarz(pomimo swego młodego wieku) dojrzały, odporny psychicznie i znakomicie rokujący. U Fabio Capello miał bezdyskusyjne miejsce w składzie. Oprócz umiejętności piłkarskich, powiedziałbym, że był zawodnikiem o wyjątkowej psychice, silnym, wyrazistym i upartym”– wspominał Predrag Mijatović. W tamtym sezonie ostatecznie przekonał do siebie kibiców Realu. Kiedy wchodził do drużyny, wielu z nich było wręcz oburzonych, że na ławkę odsyła się taką legendę jak Emilio Butragueño, a daje się szansę nieopierzonemu młokosowi, który na dodatek przyszedł z drużyny jednego z dwóch największych rywali. Jednak 18 stycznia 1997 w derbowym pojedynku na Estadio Vicente Calderón Raul wymazał swoją przeszłość z Rojiblancos. Dzięki temu meczowi madritistas przywłaszczyli go sobie, a kibice Atlético już tak chętnie nie wspominali. Real pokonał rywali aż 4:1 a Rulo zaliczył dwie asysty i dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Drugą z bramek potwierdził swoje nieprzeciętne umiejętności i do dziś wspomina ją jako jedną z najważniejszych w karierze. ,,Spełniło się moje marzenie, ponieważ zawsze śniłem o tym, by dawać z siebie wszystko i rozegrać na tym stadionie dobry mecz. Bywałem na Calderón jako dziecko i trudno jest wyrazić to, co teraz czuję”– mówił po meczu. Real zakończył sezon na pierwszym miejscu a Raul świętował swój drugi tytuł. W przyszłym sezonie miała się spełnić jego obietnica o wygraniu Ligi Mistrzów w kolorze. Szerszej publiczności El Siete dał się poznać właśnie w meczach Ligi Mistrzów. W 1998 r. Real Madryt po 32 latach przerwy znowu okazał się najlepszą klubową drużyną na kontynencie. Mimo że w lidze rozczarowywali, to w rozgrywkach pucharowych zmieniali się nie do poznania. Przed finałowym spotkaniem z faworyzowanym Juventusem piłkarze Blancos na czele z Hierro, Sanchísem i Raulem, spotkali się w jednym z pokojów, żeby porozmawiać o meczu. Chcieli w ten sposób odpowiednio nastawić się do spotkania, pokonać stres i odnaleźć w sobie siłę potrzebną do pokonania Włochów. Udało się. Raul w wieku niespełna 21 lat dwukrotnie wygrywał ligę, a teraz dołożył do tego triumf w Lidze Mistrzów.
7
Myśliwy o białym sercu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
9
@FCBparasiempre
Reprezentacja Holandii, futbolowa potęga ostatnich 50 lat ważny turniej wygrała tylko raz. Do mistrzostw Europy w roku 1988 w Niemczech Holendrzy zdobyli dwukrotnie tytuł wicemistrza świata a najlepsze holenderskie kluby(Ajax, Feyenoord i PSV) w sumie osiem razy wywalczyły trzy najważniejsze europejskie puchary. Na turnieju w Niemczech Holendrzy znaleźli się w grupie z Anglikami, Irlandczykami i ZSRR i właśnie od meczu ze Związkiem Radzieckim rozpoczęli mistrzostwa. To był falstart przegrali 0:1. Po stracie gola w 54 minucie trener wprowadził na boisko rezerwowego napastnika, 24-letniego Marco van Bastena. Do tej pory Rinusowi Michelsowi wydawało się że napastnikiem, który spełni jego oczekiwania jest John Bosman. Jednak jak to już nie raz bywało, nawet najwięksi trenerzy dokonywali zmian podczas turnieju, otwierając piłkarzom droge do karier a reprezentacji do sukcesów. Tak jak działo się z Pelem i Garrinchą, podobnie teraz z van Bastenem. Drugi mecz z Anglią van Basten zaczął już w pierwszej jedenastce. Strzelił 3 piękne gole i Holandia zwyciężyła 3:1. Kiedy pokonuje się Anglie, natychmiast awansuje się do roli faworyta. W trzecim meczu Pomarańczowi pokonali Irlandie mającą przez kilka lat najlepszą reprezentacje w swojej historii. Grali w niej zawodnicy czołowych klubów angielskich: Aldridge, Houghton, Whelan, Mc Grath, Moran, Sheedy, Bonner, Mc Carthy, Morris czy wreszcie Stapleton. Trenował ich Jackie Charlton. Trzy dni później w Hamburgu Holendrzy rywalizowali o finał z gospodarzami. Niemcy nigdy nie lekceważyli żadnego przeciwnika a w Holandii żyli jeszcze ludzie dobrze pamiętający niemiecką okupacje, młodych zaś podtrzymywała na duchu nadzieja na rewanż za przegrany finał mundialu z 1974 r. W dniu meczu z Holandii do Hamburga ciągnęły więc setki samochodów osobowych i autokarów, przystrojonych w pomarańczowe barwy. Często z hasłem: ,,Jedziemy szukać rowerów, które nam Niemcy zarekwirowali podczas wojny”. Pasażerowie tych aut długo nie mieli powodów do radości. Kilka minut po przerwie Matthäus wykorzystał rzut karny. Niemcy prowadziły na swoim stadionie 1:0, do końca pozostawało niewiele ponad pół godziny a w takich okolicznościach nigdy nie przegrały. Lecz Holendrzy walczyli i na kwadrans przed końcem dopieli swego. Rumuński sędzia prowadzący mecze na najwyższym poziomie, mimo że zupełnie się do tego nie nadawał, przyznał Holendrom rzut karny. Równie wątpliwy jak ten pierwszy dla gospodarzy. Ronald Koeman, który wśród najlepszych piłkarzy świata wyróżniał się najsilniejszym strzałem doprowadził do remisu. Tego Niemcy się nie spodziewali. Trener Beckenbauer wprowadził na boisko błyskotliwego skrzydłowego Pierre’a Littbarskiego, licząc na jego szybkość i drybling. Obrońcy Holenderscy byli jednak bezbłędni. O niemieckich nie można tego powiedzieć. Najwięcej pracy miał pilnujący van Bastena Jurgen Kohler. Udawało mu się przez 89 minut i już myślał że wygrał. Wtedy Holender wystartował jak sprinter do podania Jana Woutersa a Niemiec został w blokach. Usiłował ratować sytuacje wślizgiem ryzykując faul w polu karnym ale i to mu się nie udało. Van Basten strzelił obok bramkarza i Holandia wygrała 2:1. Po 14-tu latach Rinus Michels wziął rewanż za przegrany finał mistrzostw świata.
W finale przeciwnikiem Holendrów była reprezentacja Związku Radzieckiego. To już był jej łabędzi śpiew. W następnym roku runął mur berliński, w 1991 ZSRR przestał istnieć. Reprezentacja zakwalifikowała się jednak do następnego Euro w Szwecji, więc występowała tam pod nazwą Wspólnota Niepodległych Państw. Na koszulkach tradycyjną rosyjską nazwe CCCP zastąpiła angielska CIS(Commonwealth of Independent States) co było ironią losu, na którą zresztą nikt nie narzekał. Połowa piłkarzy występowała już wtedy w klubach zachodnich, zarabiała prawdziwe pieniądze a niektórzy nawet średnio się z ta reprezentacją identyfikowali. W roku 1988 wszystko jednak odbywało się według sprawdzonych sowieckich wzorów, choć już po raz ostatni. Trener radziecki Walery Łobanowski, niewątpliwie jeden z największych speców w historii futbolu, był zatrudniony jednocześnie w Dynamie Kijów. Powołał więc do kadry 13 zawodników tego klubu, co w tamtych warunkach nie było ani niczym nowym, ani szczególnym. Łobanowski powoływał zawodników Dynama do reprezentacji nie z powodów koniunkturalnych ale dlatego że byli najlepsi. Kiedy ,,Sborna” zaczęła turniej od zwycięstwa z Holandią, można było myśleć o następnych. Irlandia trochę te nadzieje ochłodziła(1:1) ale po trzecim meczu notowania ZSRR jeszcze wzrosły. To, co Rosjanie zrobili z Anglikami było czymś wyjątkowym. Anglia z Linekerem, Robsonem Adamsem i paroma innymi gwiazdami swojej ligi została przez Rosjan ośmieszona i przegrała 1:3. W półfinale jej los podzieliła reprezentacja Włoch, również pełna asów takich jak Baresi, Maldini, Ancelotti, Vialli czy Mancini. Nic nie dało się zrobić, przegrali gładko 0:2. Finał Holandia-ZSRR na stadionie Olimpijskim w Monachium zapowiadał się więc frapująco i taki też był. Jego ozdobą stały się wyjątkowej urody gole. Pierwszego zdobył Ruud Gullit. Erwin Koeman z prawego skrzydła podał na pole karne, van Basten głową do Gullita, który też głową z siedmiu metrów strzelił tak mocno że nawet Rinat Dasajew, cieszący się opinią najlepszego bramkarza Europy, nie zdołał zatrzymać piłki. Gullit był nie tylko najlepszym piłkarzem świata końca lat 80-tych ale i najbardziej rozpoznawalnym. Miał prawie 1,90 wzrostu, nosił długie opadające na ramiona czarne włosy i wąsy. Robił wrażenie na kobietach a kiedy wychodził na boisko z piłką przy nodze, sprawiał wrażenie niepokonanego herosa i takim przez kilka lat był. Druga bramka uznana została za jedną z najpiękniejszych, jakie padły w finałach rozgrywek na najwyższym poziomie. Van Tiggelen przejał na środku boiska prostopadłe podanie Rosjan, przebiegł z piłką kilkanaście metrów i podał na lewe skrzydło do 35-letniego Mührena, ostatniego zawodnika w holenderskiej kadrze pamiętającego czasy wielkiego Ajaxu początku lat 70-tych. Dobiegając do wysokości linii pola karnego, Mühren kopnął piłke na prawo. Przez ułamek sekundy wydawało się że to zagranie jest nieudane, piłka leciała wysoko, na drugi koniec pola karnego, skąd Rosjanom nic nie mogło grozić. Teoretycznie. Van Basten tam już był a przy nim lewy obrońca Wasilij Rac, blokujący Holendra raczej dla zasady, niż z myślą o zażegnaniu niebezpieczeństwa, które, logicznie rzecz biorąc, nie istniało. Van Basten nawet nie próbował opanować piłki. Kopnął ją prawą nogą z woleja tak że przeleciał nad Dasajewem i wpadła w samo okienko bramki. Coś absolutnie fantastycznego. Taki strzał nawet na treningach zdarza się raz na kilkaset prób. W meczu o mistrzostwo Europy, nigdy. Stadion zerwał się na nogi, uśmiechnięty Rinus Michels złapał się za głowe. Holandia prowadziła 2:0 i trochę się cofnęła. Rosjanie zaatakowali i wywalczyli rzut karny. Naprzeciw siebie stanęli bramkarz Hans van Breukelen i Zasłużony Mistrz Sportu Związku Radzieckiego, zdobywca Złotej Piłki, Igor Biełanow. To była gra nerwów. Kiedy ten ostatni ustawiał pilke na punkcie karnym, van Breukelen podszedł do niego i zaczął rozmowe a właściwie monolog bo Ukrainiec milczał. Van Breukelen mówił prawdopodobnie że nie ma szans, patrzył w oczy, grał na nosie. Przypominało to próbe sił bokserów przed walką. Pierwszy wzroku przeciwnika nie wytrzymał Biełanow. Kiedy już piłka leżała na ziemi, zrobił długi rozbieg jak do skoku w dal a nie strzelenia jedenastki w finale mistrzostw Europy. Zaczął za polem karnym a biegnąc nie miał chyba żadnej koncepcji. Był całkiem wytrącony z równowagi i strzelił prosto w bramkarza. Po tym ZSRR już się nie podniósł. Holandia zwyciężyła 2:0 a Rinus Michels główny twórca ,,futbolu totalnego”, wreszcie w wieku 60 lat zajął z reprezentacją pierwsze miejsce. Holenderskich piłkarzy uznawano wówczas za najbardziej atrakcyjny towar na futbolowym rynku Europy. Silvio Berlusconi był już wtedy właścicielem AC Milan i do dwójki Gullit-van Basten dokupił z Saragossy Franka Rijkaarda, tworząc współczesną wersje powojennej trójki Szwedów Gre-No-Li(Gren-Nordhal-Liedholm). Dzięki nim Milan zdobył dwa razy z rzędu Puchar Mistrzów(1989 i 1990). Rok po mistrzostwach w Niemczech FC Barcelona kupiła Ronalda Koemana. Trenerem klubu był wówczas Johan Cruyff i głównie dzięki tym dwóm Holendrom Duma Katalonii zdobyła pierwszy raz Puchar Mistrzów. Rinus Michels zmarł w roku 2005, Łobanowski trzy lata wcześniej. No i na koniec ktoś mógłby zapytać: Dlaczego reprezentacja Holandii gra w koszulkach pomarańczowych(Oranje) skoro holenderska flaga narodowa jest w kolorach niebieskim, białym i czerwonym? Otóż pomarańczowy jest barwą holenderskiej dynastii królewskiej „Oranje-Nassau”.
7
,,Oranje” po raz pierwszy:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
13
W rytmie Marsylianki:
27 czerwca 1984 r. Francja pokonała w finale mistrzostw Europy Hiszpanie 2:0. W 30-stopniowym upale przyszło zawodnikom obydwu drużyn rozstrzygnąć między sobą losy finałowej potyczki. Faworytami nie tylko publiczności byli Francuzi. Podopieczni Michela Hidalgo wypadli najokazalej ze wszystkich uczestników turnieju. Prezentowali futbol piękny dla oka, oparty przede wszystkim na grze ofensywnej. Hiszpanie hołdowali większej dyscyplinie taktycznej. Ich atutem była konsekwencja i koncentracja, przejawiająca się skuteczną walką o jak najkorzystniejszy wynik meczu. Oba zespoły na drodze do finału nie przegrały ani jednego meczu, w każdym ze spotkań zdobywając minimum jednego gola. Przez pierwsze 45 minut nic szczególnego się nie wydarzyło. Lekką przewagę mieli Francuzi ale nie potrafili jej udokumentować golem. Obraz gry uległ zmianie dopiero po przerwie, kiedy arbiter odgwizdał przewinienie w okolicach pola karnego. Do piłki podszedł Platini ale w zdobyciu gola z rzutu wolnego pomógł mu tym razem bramkarz rywali. Wydawało się iż Arconada pewnie chwyci piłke ale ta jakimś cudem wyślizgnęła mu się z rąk i wpadła do bramki. Francuzi objeli prowadzenie. Hiszpanie nie mogli już dłużej czekać i liczyć na dogrywke tudzież rzuty karne. Zmuszeni byli zaatakować ale czynili to bez przekonania. Każda rozpaczliwa akcja mogła być brzemienna w skutkach. ,,Trójkolorowi” tylko czekali na odsłonięcie się przeciwnika i zadanie mu decydującego ciosu. Tak też się stało. Doskonale spisujący się w tym meczu Tigana wypuścił na czystą pozycje Bruno Bellone’a. Ten popędził w pole karne i delikatnie podcinając piłke nad wybiegającym z bramki Arconadą, posłał ją wprost do siatki. To była ostatnia minuta meczu. Francuzi zdobyli mistrzostwo Europy wygrywając w turnieju wszystkie pięć spotkań. Hiszpanom do zajęcia drugiego miejsca wystarczył zaledwie jeden wygrany mecz ale to nie oni byli tego dnia bohaterami. Michel Platini był na Euro ’84 w znakomitej dyspozycji strzeleckiej. W trakcie całego turnieju zdobył 9 goli, trafiając do siatki w każdym ze spotkań!. Pierwszą bramke strzelił Duńczykom. Kolejne 3 zaaplikował Belgom i był to zarazem jego pierwszy hattrick na tych zawodach. Na następny czekał zaledwie 3 dni, do meczu z Jugosławią. Po jednym golu zaliczył także w półfinale z Porugalią oraz w zwycięskim meczu w finale z Hiszpanią. Platini zdobywając złoty medal ME i strzelając gole w każdym meczu turnieju, skopiował wyczyn trzech innych graczy: Rosjanina Poniedielnika(1960), Hiszpana Peredy(1964) oraz Niemca Gerda Mullera(1972). Wszyscy trzej(tak jak Platini) triumfatorzy i jednocześnie królowie strzelców. Gole zdobywali jednak tylko w dwóch meczach(turniej finałowy do czasu Euro ’80 rozgrywano dopiero od półfinałów). Francuz zachował regularność aż w pięciu! Ponadto w każdym meczu turnieju ME gole strzelali: Galić(1960-srebro) oraz dwukrotnie Dzajič(1968-srebro i 1976-4 miejsce), Węgier Bene(1964-brąz) i Niemiec Dieter Muller(1976-srebro). Jedno nie ulega wątpliwości. Nie byłoby tak wspaniałego sukcesu gdyby nie Platini. Kapitan, lider, najlepszy zawodnik turnieju i najskuteczniejszy strzelec mistrzostw. Dziewięć goli zdobytych przez jednego zawodnika w turnieju do tej pory pozostaje niepobitym rekordem. Należy zwrócić uwagę że Platini dokonał tego wyczynu w zaledwie 5 meczach będąc nominalnym pomocnikiem. Ponadto w drodze po złoto w każdym meczu wpisywał się na liste strzelców, czego nie udało się dokonać nikomu przed nim ani po nim.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Wąska granica:
27 czerwca 1969 r. Estadio Azteca; Honduras-Salwador.
Poznałem go na trybunach stadionu Juana Francisco Barrazy. Niestety żaden z nas nie siedział tam po to żeby dopingować nasze drużyny. Ani ja nie byłem kibicem CD Aguila, ani on nie wyglądał na Salwadorczyka. Tamtego upalnego popołudnia 8 lutego 1971 roku mieliśmy być świadkami śmierci na żywo: śmierci salwadorskiego partyzanta Victoriano Gomeza. My, w roli reporterów. Ja byłem z lokalnej gazety, on z prasy zagranicznej. Resztę, setki osób, które rozsiadały się na trybunach przyszła tylko po to żeby zobaczyć widowisko i to słowo bulwersowało mojego kolegę; naprawdę zamierzano transmitować śmierć, jak gdyby to był mecz piłki nożnej, za pomocą wozów transmisyjnych i kamer telewizyjnych? „W całej Ameryce Łacińskiej(powiedział) stadiony spełniają podwójną rolę: w czasach spokojnych rozgrywane są tam mecze, w czasie kryzysu zmieniają się w obozy koncentracyjne". Mogłem tylko przyznać mu rację. Podał mi rękę. „Ryszard Kapuściński", powiedział. Uśmiechnął się. „Polak", dodał. Oczywiście nawet nie próbowałem wymówić jego nazwiska. Tamtego dnia rozmawialiśmy o wielu sprawach. Jak wiadomo, Polak dał mi dwie najlepsze rady, jakie usłyszałem na temat tego zawodu: być dobrym człowiekiem ponieważ źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami; i zawsze docierać do informacji jako pierwszy. W tej samej chwili na boisku pojawiła się ubrana na czarno kobieta, którą wielu mężczyzn prowadziło naprzeciwko miejsca, gdzie mieli zabić jej syna. Przytłaczającą ciszę przerywał tylko głos lodziarza, który sprzedawał napoje na trybunach. Na moment oderwałem wzrok od boiska: na konarach okolicznych drzew siedziały grupki dzieci, wyglądały jak niespokojne ptaki. Charczący dźwięk silnika zmusił mnie do ponownego spojrzenia w stronę murawy. Z ciężarówki wysiadł Pluton egzekucyjny a za nim Victoriano Gomez w kajdankach. „Jestem niewinny przyjaciele! - krzyczał, kiedy prowadzili go na środek boiska. - Jestem niewinny!" Publiczność odpowiedziała buczeniem i krzykami. W loży honorowej pojawiły się nawet gwizdy. „Na ten dystans(powiedział Kapuściński) śmierć przestaje być śmiercią żeby zamienić się w widowisko śmierci, nie sądzisz przyjacielu? Owszem: telewidzowie w domach lepiej widzieli co się działo niż my na trybunach ale to my usłyszeliśmy echo wszystkich 13 strzałów. Trzynastu. Później, kiedy żołnierze zabierali ciało, stadion pustoszał. Na Murawie została jedynie matka zmarłego. Stała sztywno, zupełnie sama. Może żałowała wizyty w jego mieszkaniu, kiedy złapali jej syna albo myślała że zabili go za nawoływanie chłopów do przywłaszczania sobie wysuszonej ziemi, którą ich pot zamieniał w żyzne pole. Taka była i wciąż jest moja ziemia- należy do garstki latyfundystów, podczas gdy milion chłopów umiera z głodu. „Ludzie prowadzą wojny od tysięcy lat(powiedział Kapuściński) a jednak za każdym razem wygląda to tak, jakby zaczynali wszystko od początku, jakby toczyli pierwszą na świecie wojnę". Zaprosiłem go na piwo. Zanim zacznie się pisać o tego typu zdarzeniu, należy je przetrawić kilkoma łykami alkoholu. Kapuściński opowiedział mi o swoim reportażu o „wojnie futbolowej", jak ją nazwał, choć cały czas podkreślał że tak naprawdę to nie futbol był przyczyną konfliktu, lecz ziemia.
Mecze eliminacji do Mistrzostw Świata w Meksyku między Hondurasem a Salwadorem były tylko kroplą, które przelała czarę pełną nienawiści z przeszłości. A decydujący mecz, rozegrany 27 czerwca na „Azteca”, neutralnym stadionie aby zapobiec rozprzestrzenianiu się przemocy rozlał ją całkowicie. Widział ponad 5000 policjantów tworzących ludzką granicę między kibicami obu reprezentacji. Po remisie 2:2 w regulaminowym czasie gry niezapomniany gol(przynajmniej dla nas Salwadorczyków) Maurizio Pipo Rodrigueza w dogrywce dał nam bilet na mundial. Nikt jednak nie wyobrażał sobie, co kryje się za tym szczęściem. 17 dni później między sąsiadami wybuchła wojna. Koszulki zamieniono na kurtki Moro, buty sportowe na wojskowe, piłki na bomby. Rozpoczęła się absurdalna walka, które w niewiele ponad 100 godzin pozbawiła życia 6000 osób, 6000 braci w takich samych uniformach po obu stronach granicy. „W Ameryce Łacińskiej(podsumował Kapuściński) granica między futbolem a polityką jest niezmiernie wąska". Przy czwartym czy piątym piwie zagłębiliśmy się w mniej skomplikowane tematy. Opowiedział mi jak jeden wiersz na dobre wyciągnął go z bramki, kiedy występował w młodzieżowej drużynie Legii Warszawa. „Piłka nożna to było uniesienie, delirium, moja największa pasja- powiedział, opróżniając szklankę. - Na boisku spędzałem całe dnie aż redaktorzy z dziennika „Słowo powszechne" przyjęli mój wiersz, który im wysłałem i w ten sposób odkryłem rozległy i okrutny świat rozpościerający się poza liniami pola karnego". Od tamtej pory zaczął poznawać jego najodleglejsze zakątki. Bez obaw przed muchą tse-tse, skorpionami czy chorobami. Bez strachu przed bombami czy karabinami. Przed politykami, królami, dyktatorami i innymi rządzącymi. Z otwartymi ustami słuchałem opowieści z jego podróży. My, lokalni reporterzy tak naprawdę mamy duszę podróżnika, lecz brakuje nam odwagi by przekraczać granicę. Nie pamiętam ile wypiliśmy piw. Szczęście że mogłem czytać jego teksty przez resztę życia. Siedząc przy wygodnym biurku wyobrażałem go sobie jako superbohatera, który przybywa na ratunek za każdym razem, gdy w jakimkolwiek miejscu na świecie zapala się czerwone alarmowe światło. Superbohatera z maszyną do pisania w walizce. W koszuli khaki, czarnym berecie i papierosem w zębach. Ten człowiek rozumiał świat tak, jak podziwiany przez niego Herodot- podróżując aż na antypody i wracając z walizką pełną historii. W jego tekstach dało się jednak dostrzec smutne realia naszego zawodu: rachityczna kolumna w gazecie rzadko kiedy jest w stanie pomieścić złożoność rzeczywistości. Co, kto, jak, gdzie, kiedy, dlaczego, po co- nie da się jej objąć, odpowiadając na 7 pytań reportera chociaż jemu bardzo często udawało się to osiągnąć w podziwu godny sposób.
Miguel Angel Ortiz.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
9
@FCBparasiempre
27 czerwca 1987 r. na Estadio Monumental w Buenos Aires Argentyna zremisowała z Peru 1:1 w meczu otwarcia 33. edycji Copa America. Pierwszego gola w 47 minucie strzelił Diego Maradona a wyrównał Luis Reyna w 59 m. W 1987 r. powrócono, przynajmniej częściowo, do sprawdzonej starej formuły. Turniej toczył się w jednym kraju, choć w różnych miastach. Zachowano podział na grupy eliminacyjne; z kolei nowością było wprowadzenie meczu o 3 miejsce. Mistrz świata podejmował gości w Buenos Aires, Rosario i Cordobie. W grupie pierwszej Argentyna miała za przeciwników Peru i Ekwador. Na tym drugim wzięła srogi rewanż za upokorzenia z przed 4 lat. Wynik 3:0 oznaczał przykładne lanie, coś w rodzaju ojcowskiej reprymendy. Jednak z Peru nie poszło już tak dobrze. Ozdobą tego meczu był nieustający pojedynek Maradony z pilnującym go z zajadłością buldoga, niewiele wyższym Luisem Reiną. Doprawdy trudno pojąć jak ci dwaj tak bardzo sobą zajęci mężczyźni znaleźli jeszcze siły i czas aby strzelić akurat po jednym golu. Takim też rezultatem zakończyło się to mordercze spotkanie, które mistrzowie świata powinni byli wygrać różnicą kilku goli. Uratował ich Ekwador, który zebrał się w garść i przeciwstawiając lepszym technicznie ,,Inkom” pełną desperacji ambicje, zremisował nieoczekiwanie 1:1. Argentyna z przewagą jednego punktu awansowała do półfinałów. W grupie drugiej wszystko wydawało się oczywiste. Brazylia 5:0 rozgromiła Wenezuele, z którą Chile miało pewne problemy, w końcu wygrywając 3:1. Trener Carlos Alberto Silva zgromadził naprawdę dobrych piłkarzy: obrońcy Josimar, Julio Cesar i Ricardo Rocha, pomocnicy Rai i Valdo, napastnicy Müller, Careca czy młody i utalentowany… Romario, to z całą pewnością była światowa czołówka. Ha! Na ławce rezerwowych przebierał nogami 24-latek z Vasco znany jako Dunga(w 1994 on właśnie został kapitanem najlepszej drużyny świata). To dopiero daje wyobrażenie o potencjale Brazylii! Zaś Chile jak to Chile, zawsze solidne, twarde, ambitne, choć pozbawione tego specyficznego luzu, polotu, jakby ktoś zapomniał dosypać szczyptę soli i pieprzu. Jednak 3 lipca 1987 do Cordoby Chilijczycy przywieźli chyba całą beczke soli. Trener Aravena, świadom technicznej wyższości Canarinhos, nastawił zespół na konsekwentną obrone i błyskawiczne kontry. Przez 40 minut przewaga należała do faworytów. Na bramke Rojasa sypał się grad strzałów, jednak ,,Condor” wyłapywał wszystko bez trudu. Porównywany niekiedy z samym Passarellą stoper Fernando Astengo, zwany nie bez przyczyny ,,Lwem” znał sztuczki Brazylijczyków na wylot, bowiem jakiś czas grał już w Gremio Porto Alegre. 27-letni, nie wysoki obrońca kompletnie zaszachował błyskotliwych napastników, uprzedzając wszelkie ich zamysły. Z biegiem czasu walkę o środek pola wygrali dwaj filigranowi pomocnicy, 23-letni Jaime Pizarro i 4 lata starszy Jorge Contreras, występujący w hiszpańskim Las Palmas. W przodzie co jakiś czas odpalały dwie rakiety. Basay i Letelier nawet fizycznie i mentalnie byli jak para bliźniaków. Wysocy, szczupli, dosyć niechlujni, zarośnięci, w opuszczonych niedbale getrach, rzeczywiście przypominali dwa andyjskie kondory, podstępnie czyhające na nieświadomą grozy położenia ofiarę. Nie bawili się w finezyjne dryblingi, arabeski i ornamenty, tylko rwali co sił w chyżych nogach przed siebie. Nie był to futbol piękny ale zabójczo skuteczny.
Przed przerwą, w 41 minucie Basay zmylił obrone i Chile schodziło z golem ,,do szatni”. Po pauzie rajdy tych dwóch okropnych typów poszarpały brazylijską obrone na strzępy. W 3 minucie Letelier, w 21 Basay i w 30 znów Letelier doprowadzili do pogromu Canarinhos nie notowanego w historii obu reprezentacji. Ostatni raz ,,czerwono-niebiescy” wygrali w takim stylu w 1956, bijąc Brazylie 4:1.
W grupie trzeciej nie było dyskusji. Pełna kompleksów niższości Kolumbia czaiła się latami, czaiła aż wreszcie eksplodowała z siłą Wezuwiusza. Akurat dorosły i pięknie rozwinęły się talenty najzdolniejszej generacji w jej dziejach. Dotychczas Kolumbijczycy co pare lat wypuszczali w świat pojedyncze gwiazdy jak Sanchez, Gamboa, Willington Ortiz. Teraz runęła jednocześnie cala fala: Higuita, Perea, Mendoza,Herrera, Alvarez, Redin, Valderrama, Iguaran, de Avila, Trellez! Cóż za perełki, jaka technika, swoboda w operowaniu piłką, toż to nie możliwe!, ekscytowali się komentatorzy. W rzeczy samej, w takim stylu do tej pory grali raczej Brazylijczycy w swoich szczytowych latach. Trener Maturana stworzył doprawdy wielki zespół, który w swojej grupie nie stracił ani punktu, ani gola. Ambitna Boliwia przegrała tylko 0:2 a teoretycznie o niebo silniejszy Paragwaj z poczuciem absolutnej bezsilności jedynie przyglądał się kolumbijskim popisom, doznając klęski 0:3. Rozmiary porażki przyjęto z niedowierzaniem, bowiem ,,Guarani” dysponowali niezwykle mocnym, zahartowanym w tylu zwycięskich potyczkach składem. Jednak Fernandez, Delgado, Nunes, Romero, Cabañas czy też robiący furore w argentyńskim Ferro Oeste znakomity pomocnik Cañete, nie byli w stanie wiele wskórać, tak jakby spętało im nogi. Kolumbia z rozwiniętymi skrzydłami wpłynęła do półfinału, lecz tu nadziała się na twardą chilijską rafe. ,,Trasandinos” czyli piłkarze zza Andów, jak w dorzeczu La Plata nazywano przybyszów z tamtej strony gór, nie przejmowali się zbytnio finezją rywali, tylko grali swój praktyczny, ekonomiczny futbol. Trener Aravena chytrze zmienił też taktykę. Utrudzeni szarżami przeciw Brazylii Basay i Letelier otrzymali zadanie rozrzedzania obrony kolumbijskiej. W powstałą lukę z impetem wchodzili gracze środkowych i tylnych formacji. Uparta walka trwała bez skutku 90 minut i dopiero w dogrywce plan Aravery przyniósł efekty. Na rzut karny Redina dwoma golami odpowiedzieli ,,Lew” Astengo i rezerwowy Vera. Chile dotarło zatem do finału. O tym, na kogo tam trafili, decydował najciekawszy mecz turnieju, Argentyna-Urugwaj. 65 tys. chętnych obejrzenia starcia gigantów stawiło się na trybunach Monumental i nie doznali zawodu. Był to znakomity spektakl, obustronnie zacięty, toczony w ostrym tempie, obfitujący w zagrania najwyższej klasy. Pikantnego smaczku dodała tej batalii bezpośrednia rywalizacja dwóch najwybitniejszych indywidualności kontynentu, Maradony i Francescoliego. Górą wyszedł z niej wprawdzie ,,boski Diego” ale i ,,Książe futbolu” udowodnił że w jego żyłach płynie błękitna, piłkarska krew. Oczy widowni zwrócone były na ten wspaniały duet, na czym skorzystali inni aktorzy spektaklu. W ekipie Urugwaju po prawej stronie boiska śmigał skrzydłowy, który miał przydomek ,,Mrówka”, chociaż bardziej pasowało by do niego skojarzenie łączące cechy geparda, odyńca, charta i nosorożca. Wypuszczał przed siebie piłke i w szalonym, nieco nieskładnym biegu mijał wszystkie przeszkody. Nie był to brylantowy technik czy żongler ale miał siłę wyścigowego konia, po prostu nie do utrzymania.. Co więcej, ten rozpędzony, nieokiełznany rumak miał niesamowitego nosa do strzelania goli głową, nogą, najczęściej właśnie po kilkudziesięciometrowych rajdach. Nazywał się Antonio Alzamendi. Właśnie ten Alzamendi w 43 minucie ruszył z kopyta, zostawił za sobą Browna i wpakował piłke obok Islasa. Po przerwie Argentyna ruszyła do szturmu. W jej zespole wybijał się młodziutki skrzydłowy, jakiego w tym kraju nie widziano od czasów Corbatty, Bernao i Housemana. Był nim Claudio Paul Caniggia. Płowowłosy nastolatek o urodzie efeba podbił serca bywalców Estadio Monumental niemal od pierwszego dotknięcia piki. Momentalnie przylgnął do niego przydomek ,,Pajarito”(ptaszek), bo też Caniggia ciągnąc za sobą komete jasnych, długich włosów, pruł przestrzeń boiska niczym jakaś kapryśna jaskółka. Wrodzona szybkość, ,,odrzutowy” start, niebywała łatwość biegu, pozwalały mu gubić obrońców już na kilku metrach. Miał przy tym wybitne uzdolnienia techniczne, nad piłka panował bezbłędnie, strzelał chętnie i ostro. Słowem urodzony skrzydłowy, prawdziwy ,,puntero electrizante”. Przy tej skali talentu mógł prześcignąć Matthewsa, Garrinche i Corrbatte. Jednak szalone powodzenie wśród pięknych dziewcząt, nieumiarkowane, łapczywe kosztowanie wszelkich uroków życia, wreszcie skłonność do narkotyków no i podatność na kontuzje, wszystko to sprawiło że ten fenomen tylko w części spełnił pokładane w nim nadzieje. Jednak i tak zapisał nie byle jaki rozdział w dziejach futbolu. Właściwie on sam wespół z Maradoną zapewnił przeciętnej Argentynie wicemistrzostwo świata w 1990. Z reprezentacją zaś rok później zdobył Copa America. Jego atomowe sprinty podziwia po dziś dzień cała Europa na równi z Ameryką. Przecież nawet rajdy chyżego ,,Pajarito”, geniusz Maradony, rozwaga i mądrość Batisty, podniebne skoki Ruggieriego nie zdały się na wiele.
Obrona ,,Celestes” ustawiona na podobieństwo warownego szańca, odpierała najwścieklejsze szarże i najbardziej podstępne podchody. Jej niezłomnym filarem był znów Nelson Gutierrez ale i pozostali stanęli na wysokości zadania. W bramce 33 letni Pereira okazał się godnym następcą Rodrigeuza. Również wąsaty o marsowym groźnym obliczu ,,Viking” bronił bez zarzutu. W pomocy trener Fleitas wystawił dwóch ,,fizycznych” i jednego ,,umysłowego” . Czarną robote wykonywali Perdomo i Matosas, podczas gdy wyśmienity technik i nie gorszy strzelec Bengoechea wraz z Francescolim nizał misterne kombinacje. W ataku sama obecność Alzamendiego oznaczała paniczny alarm dla wszystkich obrońców a przecież z głębi pola pod bramke przeciwników podkradał się Francescoli. Wreszcie po lewej flance z szybkością torpedy sunął kurpulentny Ruben Sosa. Doprawdy trener Fleitas zebrał całkiem zgraną drużynę. Tak więc w finale Urugwaj miał zmierzyć się z Chile. Wcześniej jednak po raz pierwszy w historii Copa America, rozegrano mecz o 3 miejsce. Dla Kolumbii stawka była wysoka; sama perspektywa pokonania mistrzów świata na ich terenie przenosiła dotychczasowych outsaiderów do największej elity. Gospodarze wyszli na stadion z opuszczonymi głowami. Po porażce z Urugwajem trzecie, względnie czwarte miejsce nie czyniło im różnicy. Można by rzec iż ten pojedynek oddali mentalnie walkowerem. Tymczasem ekipa Maturany dosłownie wychodziła ze skóry by wykorzystać życiową szanse. Zanim upłynęło pół godziny, praktycznie było po meczu. Gole Gomeza i Galeano ,,ustawiły” jego przebieg. Ostatecznie Argentyna poległa 1:2 a Kolumbia odniosła wówczas największy sukces w historii. Mecz finałowy rozegrano 12 lipca. Po odpadnięciu Argentyny ogromny Monumental świecił pustkami bo tak należy nazwać zaledwie 35 tys. widzów. Nie było to piękne widowisko. Gra stała się tak ostra że brazylijski sędzia po kolei wyrzucił z boiska Gomeza, Francescoliego, Perdomo i Astengo. Przewaga Urugwaju nie budziła wątpliwości. Chile chyba spaliło się psychicznie jeszcze przed wyjściem na boisko. Zwycięskiego gola strzelił Bengoechea i bezwzględnie wkraczająca obrona „Celestes” nie pozwoliła sobie odebrać zasłużonej wygranej, już drugiej pod rząd. Trzeba też mocno podkreślić iż Urugwaj jako obrońca tytułu przystępował do tego turnieju dopiero od półfinału, więc dziwaczny regulamin sprawił że do zdobycia Pucharu Ameryki wystarczył mu udział tylko w dwóch meczach! Natomiast królem strzelców imprezy został Kolumbijczyk Adolfo Iguaran z 4 golami.
5
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
@Vivienne
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
Bitwa o Berno:
Stadion Wankdorf w Bernie w ciągu ośmiu dni był areną dwóch pamiętnych meczów w historii mistrzostw świata w piłce nożnej. 4 lipca reprezentacja Węgier sensacyjnie(i niesprawiedliwie) przegrała 2-3 finałowy mecz Pucharu Świata z RFN. Jedna z najlepszych ekip w dziejach nie zdobyła trofeum, które było jej przeznaczone. 27 czerwca po wygraniu batalii zwanej ,,Bitwą o Berno” nikt nie przypuszczał, że Jules Rimet na koniec turnieju puchar swojego imienia wręczy nie Ferencowi Puskasowi a Fritzowi Walterowi. Brazylia jechała do Szwajcarii z myślą rehabilitacji za klęskę, jaką było tylko drugie miejsce wywalczone na własnej ziemi. Reprezentacja została mocno przebudowana. Kompromitację sprzed czterech lat pamiętał tylko Bauer oraz legendarny Nílton Santos. Ważnymi postaciami ,,Canarinhos” byli Didi i Djalma Santos, którzy na kolejnych turniejach wydatnie przyczynili się do końcowych zwycięstw. Nawet białe trykoty po mistrzostwach w 1950 roku zostały uznane za przeklęte. Zorganizowano konkurs na nowe barwy koszulek. Zwyciężył kolor kanarkowy. Brazylia rozpoczęła turniej imponująco, bo od rozgromienia Meksyku 5-0. Później zremisowała 1-1 z Jugosławią i zakwalifikowała się do ćwierćfinału. Tam czekała na nich najlepsza drużyna ostatnich lat. Węgrzy nic sobie nie robili z renomy Brazylii. Za nimi była seria trzydziestu meczów bez porażki a także złoto olimpijskie wywalczone w 1952 roku w Helsinkach. Brazylia w dwóch meczach grupowych strzeliła sześć bramek. Z samą Republiką Federalną Niemiec Węgrzy zdobyli osiem goli. Dziewięć strzelili w pierwszym meczu turnieju przeciwko Korei Południowej. Dość powiedzieć, że w meczu z Azjatami sędzia Raymond Vincenti z Francji odgwizdał więcej goli niż… rzutów wolnych. Goli było dziewięć, zaś wolnych tylko pięć. Prasa podgrzała temperaturę tego meczu, określając je jako starcie komunizmu (Węgry) z chrześcijaństwem (Brazylia). FIFA próbując opanować sytuację, do sędziowania meczu wyznaczyła Anglika Arthura Ellisa. Wydawało się, że trudno było o lepszy wybór. Ellis sędziował mecze poprzednich mistrzostw świata, finał Pucharu Anglii z roku 1952 i czterdzieści meczów międzypaństwowych. Dwa lata po ,,Bitwie o Berno” dostąpił zaszczytu sędziowania pierwszego finału Puchar Europy, w którym Real Madryt pokonał po dogrywce 4-3 Reims. Jak się później okazało, z wprowadzeniem porządku na boisku nie poradził sobie nie tylko angielski arbiter, ale i służby porządkowe. Pierwszą bramkę publiczność zgromadzona na stadionie w liczbie czterdziestu tysięcy zobaczyła już w czwartej minucie. Strzelił ją Nándor Hidegkuti. Na 2-0 trzy minuty później podwyższył Sándor Kocsis. Brazylia odpowiedziała w osiemnastej minucie, kiedy to skutecznie rzut karny wykonał Djalma Santos. ,,Jedenastkę” otrzymali również Węgrzy a jej wykonawcą był Mihály Lantos. 3-1. Julinho zmniejszył straty pięć minut później.
Ostatnie minuty gry z futbolem miały już niewiele wspólnego. Zaczęło się od bójki Nílton Santosa z Jószefem Bozsikiem. Ellis usunął obu z boiska. Humberto Tozzi błagał Anglika, aby ten oszczędził Santosa. Osiem minut później sam także opuścił mecz przedwcześnie. W 88. minucie Kocsis strzelił swojego drugiego gola w tym meczu a dziewiątego w turnieju i przypieczętował awans ,,Madziarów” do najlepszej czwórki szwajcarskiego czempionatu. Brazylijczycy przegrali na boisku, ale chcieli koniecznie zwyciężyć w pojedynku na pięści, choć w ruch poszły także przedmioty: między innymi krzesła, buty i butelki. Jedną z nich oberwał trener Węgrów Gusztáv Sebes. Nieobecny w tym meczu z powodu kontuzji kostki Ferenc Puskás miał w tunelu uderzyć butelką w głowę jednego z Brazylijczyków. ,,Canarinhos” mieli być atakowani butelkami także przez widownię. Ci wparowali do szatni Węgrów, zgasili w niej światło i zaatakowali zaskoczonych mistrzów olimpijskich. Zawodników musiała rozdzielać policja.
Gdy uporano się z piłkarzami, do ataku ruszyli kibice, media i włodarze brazylijskiej federacji. Brazylijscy fani pluli na samochód Arthura Ellisa i krzyczeli, że jest komunistą. Włoski korespondent określił sędziowanie Anglika jako ,,wyreżyserowane”. Sam Ellis po latach powiedział, że piłkarze oraz fani obu drużyn zachowywali się jak zwierzęta. Brazylijska federacja wysłała do FIFA oficjalną skargę na sędziego, nazywając go ,,sługą światowego komunizmu, wrogiem cywilizacji zachodniej i chrześcijaństwa”. Karierze Ellisa tamten mecz nie zaszkodził, jednak gdyby nie fakt, że był uczestnikiem tamtego mordobicia, szumnie nazywanego meczem, prawdopodobnie to on, a nie liniowy z tamtego spotkania William Ling byłby sędzią pamiętnego finału, nazwanego ,,Cudem w Bernie”. Światowa federacja nie ukarała żadnego uczestnika tamtego meczu, ponieważ nie chciała zaognić i tak gorącej atmosfery. W półfinale Węgrzy znowu rozegrali bardzo trudny mecz z zespołem z Ameryki Południowej, ale znowu wygrali 4-2. Droga do finału ,,złotej jedenastki” wyglądała na zapowiedź tego, co wydarzyło się 4 lipca w meczu finałowym.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Warunki klimatyczne sprzyjały „Canarinhos”:
26 czerwca 2007 r. Peru pokonuje Urugwaj 3:0(1:0) w meczu otwarcia 42 edycji Copa America. O mistrzostwo Ameryki Południowej walczyło 12 drużyn: przedstawiciele wszystkich krajów z kontynentu oraz gościnnie przedstawiciele strefy CONCACAF a mianowicie Meksyk i USA. Wstępnie zaproszono Meksyk i Gwatemalę. Ostatecznie drugą drużyną ze strefy CONCACAF, obok Meksyku, którą zaproszono do udziału w turnieju była reprezentacja Stanów Zjednoczonych. Dotychczas puchar zdobywało siedem krajów. Po czternaście razy w imprezie triumfowały reprezentacje Urugwaju i Argentyny, ośmiokrotnie zwyciężała Brazylia. Dwa tytuły przypadły Peru i Paragwaju, po jednym Boliwii i Kolumbii. Głównymi faworytami tamtego turnieju byli oczywiście poprzedni finaliści Argentyna i Brazylia. Trener obrońców trofeum Carlos Dunga, nie mógł skorzystać z usług swoich największych gwiazd. O urlopy poprosili Ronaldinho i Kaka. Do Wenezueli nie przyjechali również m.in. Ronaldo oraz Juninho Pernambucano. Były kapitan ,,Canarinhos”, dla którego była to pierwsza duża impreza w roli selekcjonera, musiał więc oprzeć swój zespół na utalentowanej młodzieży. Do swojej dyspozycji Dunga miał Robinho, Naldo, Diego, Vagnera Love i Andersona. Największy rywal Brazylijczyków, faworyt - zespół Argentyny, był bardzo głodny sukcesu. Ostatnim razem triumfowali w turnieju 1993 roku. Dodatkowo Argeńtyńczycy nie zwyciężyli w żadnym znaczącym turnieju od blisko 15 lat. Niestety i tym razem w finale pewni siebie Argentyńczycy nie docenili młodych brazylijskich wilków. Przed rozpoczęciem turnieju obawy międzynarodowego środowiska piłkarskiego wywołały fale niepokojów społecznych i zamieszek, jakie wstrząsnęły Wenezuelą w ostatnich tygodniach. Epicentrum inspirowanych przez studentów protestów przeciwko prezydentowi Hugo Chavezowi jest stolica kraju - Caracas. W związku z tym zaplanowane na 10 lipca spotkanie półfinałowe przeniesiono z Caracas do Maracaibo. W stolicy odbędzie się jedynie mecz o trzecie miejsce. Wcześniej gospodarze mieli problemy z przygotowaniem stadionów, w maju amerykańska federacja piłkarska zastanawiała się nawet nad odebraniem Wenezueli imprezy. Ostatecznie wszystko zostało dopięte w ostatniej chwili. Co ciekawe, w 90 leniej tradycji Copa America raz zagrał zespół z poza Ameryk. Była to Japonia. Piłkarze z "Kraju Kwitnącej Wiśni" dostali zaproszenie od Paragwaju w 1999 roku. Ich jedyna przygoda z amerykańskim turniejem zakończyła się na ostatnim miejscu w grupie z bilansem dwóch porażek (Peru, Paragwaj) i remisu (Bolivia).
W 38 - stopniowym upale toczył się finał Copa America 2007. Taka pogoda bardziej służyła Brazylijczykom, którzy niespodziewanie wysoko, bo aż 3:0 pokonali Argentynę. Długimi fragmentami mecz był wyrównany a nawet przewagę mieli „Albicelestes”, jednak to drużyna Dungi wykazała więcej zimnej krwi i po raz ósmy wywalczyła mistrzostwo Ameryki Południowej. Przebieg meczu ustawiła sytuacja z 4. minuty, gdy Brazylijczycy wyszli na prowadzenie. To był gol marzeń. Julio Baptista otrzymał podanie na skraju pola karnego, zdecydował się na natychmiastowy strzał i uderzył idealnie w okienko. Roberto Abbondanzieri musiał sięgnąć do siatki po piłkę. W kolejnych minutach „Albicelestes” wściekle atakowali i niemalże nie schodzili z połowy rywala. Bardzo blisko wyrównania było w 9. minucie, gdy Juan Sebastian Veron zgrał futbolówkę głową do Juana Romana Riquelme. Ten huknął potężnie z dwunastu metrów, lecz trafił w słupek. Po ośmiu minutach ponownie zaatakowali Canarinhos. Maicon oddał z pozoru niegroźny strzał z dwudziestu metrów ale Abbondanzieri interweniował z kłopotami, ekspediując piłkę na rzut rożny. Dalsze fragmenty to mniej ciekawy okres gry. Nadal lekką przewagę w polu mieli Albicelestes, jednak nie potrafili wypracować klarownych sytuacji. Udało im się to dopiero w 35. minucie. Znów przed szansą stanął Riquelme. Doświadczony pomocnik finalizował akcję Carlosa Teveza precyzyjnym strzałem z kilkunastu metrów, ale Doni stanął na wysokości zadania i końcami palców odbił piłkę do boku. W 40. minucie Argentyńczykom przydarzył się brzemienny w skutkach błąd w defensywie. Po dośrodkowaniu Daniela Alvesa, Roberto Ayala skierował piłkę do własnej siatki. Doświadczony obrońca chciał przeciąć zagranie rywala, lecz źle trafił w futbolówkę i pokonał Abbondanzieriego. W drugiej połowie Albicelestes starali się odrobić straty. Nadal posiadali inicjatywę, lecz niewiele z tego wynikało. Z kolei w 69. minucie kapitalną kontrę przeprowadziła reprezentacja Canarinhos. Vagner Love podał pomiędzy dwoma obrońcami do Daniela Alvesa, a ten pokonał Abbondanzieriego mierzonym strzałem po ziemi w długi róg. Po tej bramce stało się jasne, że triumf w Copa America przypadnie Brazylijczykom. Drużyna prowadzona przez Dungę już do końca kontrolowała przebieg meczu, choć Argentyna mogła się jeszcze pokusić o gola honorowego. W 71. minucie Riquelme wypatrzył w polu karnym Lionela Messiego a strzał zawodnika Blaugrany instynktownie obronił Doni. Messi tego dnia nie był w zbyt dobrej formie, podobnie jak inna gwiazda „Albicelestes”, Carlos Tevez. Obaj przez większą część meczu byli niewidoczni i nic nie wnosili do gry swojego zespołu. Brazylia odniosła ósmy triumf w Copa America i obroniła tytuł Mistrza Ameryki Południowej wywalczony trzy lata temu, pomimo że w Wenezueli grała bez kilku podstawowych zawodników a w starciu finałowym nie była uznawana za faworyta.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Safrani
@Vivienne
9
@FCBparasiempre
W roku 1992 mistrzem Europy została Dania, która jeszcze kilkanaście dni przed turniejem nie wiedziała czy weźmie w nim udział. Mistrzostwa odbywały się w Szwecji na czterech niedużych jak na takie zawody stadionach, z udziałem 8 reprezentacji. Na Bałkanach toczyła się wojna, Związek Radziecki rozpadł się z hukiem, mur Berliński runął, kraje Europy Wschodniej, po długiej ciemnej nocy budzą się do normalnego życia a w Szwecji cisza, spokój, sielanka, strumyki płyną z wolna, rozsiewa zioła maj. Właśnie w maju UEFA podjęła decyzje o wykluczeniu z turnieju Jugosławii. W związku z wojną domową ONZ nałożyła na Belgrad sankcje, wśród których znalazł się zakaz wszelkich kontaktów sportowych. Reprezentacja Jugosławii już przyleciała do Szwecji i przygotowywała się do mistrzostw, jednak po kilku dniach musiała wrócić do domu. W naturalny sposób jej miejsce zajęła druga drużyna z tej samej grupy eliminacyjnej czyli Dania. Decyzja zapadła 31 maja a turniej rozpoczynał się 10 czerwca. Do niedawna panowało przekonanie że trener Duńczyków Richard Møller Nielsen rozpoczął przygotowania od poszukiwań swoich zawodników, którzy po sezonie ligowym wylegiwali się na najbardziej atrakcyjnych plażach mórz i oceanów. Nikt, z trenerem włącznie, tej informacji nie dementował ale po kilku latach jeden z piłkarzy, Brian Laudrup powiedział że to tylko ładna legenda, pasująca do wizerunku reprezentacji jego kraju, która jechała na turniej jak Kopciuszek na bal a wracała w koronie. Może rzeczywiście jacyś piłkarze zawieruszyli się na Wyspach Kanaryjskich czy Seszelach ale to były wyjątki, ponieważ Dania liczyła na taką decyzje UEFA i czekała w pogotowiu. Dowodem na to był towarzyski mecz ze Wspólnotą niepodległych Państw rozegrany w Kopenhadze 3 czerwca, czyli na tydzień przed inauguracją turnieju. Jednak trudno mówić o normalnych przygotowaniach, podobnych do tych, jakie przechodziły wszystkie pozostałe reprezentacje. W latach 80-tych Dania miała znakomitą reprezentacje, która wzięła udział w dwóch kolejnych mistrzostwach Europy i mistrzostwach świata w Meksyku. Trenował ich Sepp Piontek, Niemiec urodzony podczas wojny w Breslau. Z drużyny średniej klasy zrobił jedną z najlepszych w Europie. Nazywano ją ,,Duńskim dynamitem”. Po zwycięstwie nad Urugwajem 6:1 podczas mundialu w Meksyku tamtejsza prasa napisała o Duńczykach efektownie brzmiące zdanie: ,,El equipo perfectamente coordinado”- Doskonale zgrana drużyna. Wprawdzie kilka dni później trzeba było przełknąć gorycz wyjątkowej porażki z Hiszpanią(1:5) ale nazwa ,,Duński dynamit” pozostała. Od 70-tych duńskich piłkarzy zatrudniały nawet najlepsze europejskie kluby, z Manchesterem Utd, Liverpoolem, Realem, FC Barceloną, Juventusem i Bayernem włącznie. Najpierw sztandarem duńskiego futbolu był Allan Simonsen, wybrany najlepszym piłkarzem Europy(1977). Po nim, w silnej konkurencji najmocniejszą pozycje miał pomocnik Michael Laudrup, w jakimś sensie symbol tego wszystkiego, co w duńskim futbolu najlepsze. Podobnie jak trener Richard Møller Nielsen był człowiekiem kulturalnym, spokojnym, unikającym konfliktów a jednak poróżnił się z trenerem, zrezygnował z występów w reprezentacji i to wtedy, gdy zbliżały się mistrzostwa w Szwecji. Był wówczas zawodnikiem FC Barcelony, która właśnie zdobyła Puchar Mistrzów. Z punktu widzenia interesów Danii – strata wyjątkowa. W reprezentacji pozostał natomiast młodszy brat Michaela Laudrupa, Brian – zawodnik Bayernu Monachium. Bramkarz Schmeichel(jego ojciec jest Polakiem) bronił bramki Manchesteru Utd, obrońca John Sivebaek był piłkarzem AS Monaco, Fleming Povlsen- napastnikiem Borusii Dortmund, Henrik Andersen- pomocnikiem FC Köln, Bent Christensen- napastnikiem Schalke a kapitan, środkowy obrońca Lars Olsen grał w mało wtedy znanym tureckim klubie Trabzonspor. Pozostali to liga duńska. W sumie całkiem niezła drużyna ale nie na tyle dobra aby mogła zająć pierwsze miejsce, przynajmniej teoretycznie. Bezbramkowy remis z Anglią przyjęto w Kopenhadze bez entuzjazmu a porażka ze Szwecją 0:1 zdawała się potwierdzać wcześniejsze prognozy, zakładające nieuchronność klęski. Lecz wtedy się zaczęło. Przeciwnikiem Duńczyków w trzecim meczu ,,o wszystko” byli Francuzi. Przez eliminacje przeszli jak burza. Wygrali wszystkie 8 meczów, mieli w drużynie takie asy jak Cantona, Papin a ich trenerem był Platini. Na turnieju szło im jednak znacznie gorzej. Mit Platiniego jako wybitnego trenera prysnął a ponieważ we Francji miał status ikony, niebawem powierzono mu funkcje szefa komitetu organizacyjnego mistrzostw świata. Z czasem został prezydentem UEFA, skąd miał już tylko krok do stanowiska prezydenta FIFA, o ile oczywiście Blatter nie uznał że zrobi światu prezent dopiero na swoje 90 urodziny i wtedy ustąpi.
Duńczycy walczyli tak, jakby od tego meczu zależało ich życie. Całkowicie zaskoczeni Francuzi nie mieli czasu odetchnąć. Laudrup, Povlsen i Andersen wygrywali większość pojedynków. Cantona ani razu nie przedostał się pod bramke Danii a Papina odcięto od większości podań. Mecz był porywający. Henrik Larsen zdobył prowadzenie już w 8 minucie. Papin wyrównał w 60-tej. Wtedy Duńczycy podkręcili tempo, jakby mieli za sobą miesiąc przygotowań a nie wcześniej wspomniane plaże. Na 12 minut przed końcem Lars Elstrup strzelił zwycięskiego gola dla Danii. Jeśli ktoś nie wiedział, komu kibicować, to po tym meczu pozbył się podobnych rozterek. W ciągu 1,5 godziny Duńczycy stali się najpopularniejszą drużyną na świecie. Do ekscytującej, pełnej polotu i ambicji gry doszły informacje spoza boiska, przybliżające poszczególnych zawodników. Z Francją nie zagrał jeden z najważniejszych, pomocnik Kim Vilfort. Nawet nie widział meczu, ponieważ w tym czasie siedział w kopenhaskim szpitalu przy łóżeczku chorej na leukemie siemioletniej córki. Jej stan się pogorszył i Vilfort opuścił zgrupowanie. Wyjechał także inny piłkarz, Bengt Christensen, ponieważ chciał być obecny przy narodzinach pierwszego dziecka. Wrócił po paru godzinach i postawił kolegom piwo; trener pozwolił. Kiedy w następnym meczu z Holandią koszmarnej kontuzji doznał Henrik Andersen a kamery telewizyjne pokazały jego zniekształconą noge, współczuł mu cały świat. Nawet w meczu półfinałowym z lubianą powszechnie Holandią można było odnieść wrażenie że więcej sympatii jest po stronie duńskiej. Ten mecz też był znakomity. W pomarańczowych koszulkach grała większość broniących tytułu mistrzów z roku 1988 jak Van Basten, Gullit, Koeman czy Rijkaard ale i młodzi zawodnicy, którzy karierę dopiero zrobią jak Bergkamp i Frank de Boer. Henrik Larsen w 5 minucie głową i 1:0 dla Danii. Bergkamp w 23 i 1:1. Ponownie Larsen w 33 minucie a na 4 minuty przed końcem meczu wyrównał Rijkaard. W dogrywce gole już nie padły. W serii rzutów karnych pomylił się tylko jeden zawodnik ale jaki! Marco van Basten! Peter Schmeichel obronił jego strzał i to zadecydowało o awansie Danii do finału. Mecz rozgrywano na stadionie Nya Ullevi w Göteborgu, czyli tam gdzie na mistrzostwach świata debiutował Pele. Do finału z Niemcami pozostawały 4 dni. Vilfort znów pojechał do szpitala. Wracał zresztą z kibicami, którzy drogę z Danii do Malmö i Göteborga pokonywali promami, na mecz i z powrotem. Nikt w Szwecji nie zostawał. Każdy miał swoją prace. Szwecja z powodu Euro nie stanęła na głowie. Kibice duńscy należeli do najbardziej kolorowych i radosnych na świecie. Przebierali się za Vikingów, za sery, za krowy, ponieważ piłkarze reklamowali masło Lurpak i na treningowych koszulkach też mieli krówki z kwiatkiem w zębach. Zabawa na całego, radość z gry nawet wtedy, gdy walczy się o najcenniejsze trofeum. Tego do tej pory w zawodowej piłce brakowało a i później stanowiło rzadkość. Dlatego mistrzostwa w Szwecji były jednymi z najprzyjemniejszych jakie rozegrano. Przed finałem ukochanej przez wszystkich Danii znów nie dawano większych szans no bo ile reprezentacji może je mieć w starciu z Niemcami? To był pierwszy poważny turniej, w którym wystąpiła reprezentacja połączonych państw niemieckich. Nim do tego doszło, Franz Beckenbauer pozwolił sobie na uwagę, która odbiła się echem na całym świecie. Powiedział że po zjednoczeniu Niemiec na boisku nie będzie im w stanie zagrozić żadna inna drużyna narodowa na świecie. Do Szwecji Beckenbauer zabrał trzech zawodników z dawnej NRD- pomocnika Sammera oraz napastników Thoma i Dolla. Z czasem ich liczba w reprezentacji Niemiec wzrosła, jednak niewielu zrobiło prawdziwe kariery. Sammer zdobył Złotą Piłke jako jedyny gracz z NRD. Powiodło się urodzonym w Görlitz Ballackowi, Jeremiesowi oraz Kirstenowi i to wszystko. Prognozy Beckenbauera nie sprawdziły się. W wybranej przez niego reprezentacji znalazło się kilku mistrzów świata: Klinsmann, Völler, Brehme, Buchwald czy Hässler. Większość Duńczyków to przy nich gracze anonimowi. Tyle że w tym turnieju Niemcy nie grali dobrze, jednak(w swoim stylu) jakoś przeczołgali się z jednej fazy do drugiej. Remis z Rosjanami uratowali w ostatniej minucie dzięki bramce z rzutu wolnego Hässlera.. Ulegli Holandii 1:3 a z grupy wyszli tylko dlatego że Rosjanie zlekceważyli Szkotów i przegrali z nimi 0:3. Dania grała pięknie i nie lekceważyła nikogo.
Na finał z Niemcami wychodziła zmobilizowana, zdając sobie sprawę że radosny futbol nie wystarczy. Grała bardzo uważnie w obronie ale wcale się jej nie trzymała. Zaskoczyła Niemców atakiem, w 18 minucie John Jensen zdobył prowadzenie. W tym momencie decyzje o sprowadzeniu go do Londynu podjął Arsenal, który szukał środkowego pomocnika strzelającego gole. Jensen zdobył dla Arsenalu jedynego gola w 98 meczach, po czym wrócił do Brøndby ale wtedy w Göteborgu grał wspaniale, jak cała reprezentacja. Niemcy nie mogli dać sobie rady. Na 12 minut przed końcem Kim Vilfort zdobył drugiego gola. To nawet dla Niemców było za dużo. W ten sposób doszło do jednej z największych sensacji w historii futbolu. Dania, która do mistrzostw prawie w ogóle się nie przygotowywała, pokonała najlepszą drużynę roku w Europie- Francje, mistrza Europy- Holandie i mistrza świata Niemcy! I to wszystko na ostatnich romantycznych mistrzostwach, gdzie nie było tłoku, chuliganów a ochroniarze nie szaleli(wszędzie można było wejść i z każdym porozmawiać). Dziś takich turniejów już nie ma, a córeczka Kima Vilforta wyzdrowiała. Na koniec składy z tego (nie)zapomnianego finału(26.06.1992):
Dania: Schmeichel – Sivabaek (66. Christiansen), Nielsen, Piechnik, Olsen, Chrostofte – Jensen, Vilfort, Larsen – Laudrup, Povlsen
Niemcy: Illgner – Reuter, Koehler, Buchwald, Helmer, Brehme – Sammer (46. Doll), Effenberg (81. Thom), Haessler – Riedle, Klinsmann
7
„Romantyczny dynamit”:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
@FCBparasiempre
Takich jak on było niewielu. W obecnych czasach tacy zawodnicy to prawdziwa rzadkość. Przez całą karierę wierny jednemu klubowi. Elegancki, szlachetny, nietuzinkowy. Postać wspaniała, nie tylko ze względu na umiejętności piłkarskie. Legenda w pełnym tego słowa znaczeniu. Paolo Maldini – sztandarowy przykład wielkiego sportowca. W powyższym wstępie padło dużo komplementów w kierunku włoskiego obrońcy. Ale trudno opisać Maldiniego bez używania wielkich słów. Milanowi można pozazdrościć zdobywanych przed laty trofeów i miejsca, jakie ten klub zajmuje w futbolowej historii. Jednak przede wszystkim można pozazdrościć klubowej ikony. Nazwisko Maldini znaczy wiele dla klubu z Mediolanu. Wielką postacią był przed laty Cesare Maldini. W 1963 roku, na Wembley, jako pierwszy Włoch wzniósł Puchar Europy. Milan pokonał wówczas Benfikę, ze słynnym Eusebio w składzie. Kilkadziesiąt lat późńiej przygodę z piłką zaczął jego syn – Paolo, bohater tego tekstu. Szybko usłyszał od ojca następujące słowa: ,,Gdzie chcesz grać? masz wolny wybór ale wiesz czego od ciebie oczekuję? Paolo oczywiście wziął sobie do serca sugestię ojca i został piłkarzem Milanu. Po latach przebił osiągnięciami swojego tatę, stając się prawdziwą legendą. 20 stycznia 1985 roku to ważna data w historii włoskiej piłki. Właśnie tego dnia w barwach Milanu zadebiutował Paolo Maldini. Miał wówczas zaledwie 16 lat, 6 miesięcy i 25 dni. Drużynę ze stolicy Lombardii prowadził Szwed Nils Liedholm – przed laty wielka ikona klubu (wespół z rodakami, Gunnarem Grenem i Gunnarem Nordahlem, tworzył legendarny tercet Gre-No-Li). Nastolatek pojawił się na boisku w drugiej połowie wyjazdowego meczu z Udinese. Co ciekawe, wybiegł na plac gry z bolącymi stopami. Dzień wcześniej, podczas treningu w ośrodku Milanello padał śnieg. Paolo musiał z tego powodu pożyczyć buty od kolegi z zespołu juniorów. Okazały się za małe, przez co młody obrońca otarł sobie pięty. Debiut nie był więc łatwy i został okupiony bólem. Na szczęście później w karierze Paolo było zdecydowanie więcej przyjemniejszych chwil. Maldini nie musiał długo czekać na pierwsze boiskowe sukcesy. Milan, gdy pojawił się w jego szeregach Paolo, znajdował się w trudnej sytuacji i walczył z problemami finansowymi. Rok później klub przejął Silvio Berlusconi. Wszystko zaczęło się zmieniać. ,,Milan musi wrócić na szczyt Europy – powiedział wówczas słynny biznesmen. Nie wszyscy wierzyli w odbudowę potęgi „Rossoneri”. Mediolańczykom groziło nawet bankructwo. Berlusconi tryskał jednak optymizmem i roztaczał wizję wielkiego Milanu. Tak wspominał to po latach Franco Baresi, legendarny zawodnik mediolańskiej ekipy: ,,Zebrał nas wszystkich w sali a potem wygłosił płomienne przemówienie. Zastanawiałem się, czy ten człowiek jest marzycielem, czy szaleńcem. Zapowiadał nam, że w ciągu kilku sezonów wprowadzimy Milan na szczyt nie tyle włoskiej, co światowej piłki”. Sen szybko się ziścił. Już w 1988 roku Milan, grając pod wodzą Arrigo Sacchiego, sięgnął po mistrzostwo Włoch. Było to pierwsze trofeum Maldiniego. Kolejny rok był jak z bajki. W Pucharze Europy Milan grał jak z nut. Do historii przeszedł przede wszystkim rewanżowy mecz półfinałowy z Realem Madryt. Włoska drużyna wygrała 5:0. Podczas finału rozgrywanego w Barcelonie na trybunach zasiadło aż 80 tysięcy kibiców zespołu z Italii. Mieli okazję oglądać być może najlepszy mecz w klubowej historii. I pewnie najważniejszy, bowiem spotkanie ze Steauą Bukareszt dało początek długoletniej hegemonii Milanu w Europie. Rywale z Rumunii zostali ograni 4:0. Niedługo później do klubowej gabloty trafiły także Superpuchar Europy i Puchar Interkontynentalny. W kolejnym sezonie Milan ponownie zdobył te trzy trofea. Po tym jak Sacchi przestał pełnić trenerskie obowiązki w Milanie, stery w drużynie przejął jego asystent Fabio Capello. Maldini o obu wypowiadał się bardzo pozytywnie: ,,Dzięki nim stałem się świadom swoich umiejętności. Dojrzałem jako piłkarz i człowiek. Pokazałem, że dla dobra drużyny mogę grać tam, gdzie tego żąda trener”.
Takie słowa nie mogą dziwić. Paolo zdobył bowiem pod skrzydłami Sacchiego i Capello aż 18 trofeów. Za kadencji tego drugiego doszło do kolejnego wielkiego finału Pucharu Europy. Wówczas już rozgrywki o tytuł najlepszej drużyny klubowej na Starym Kontynencie rozgrywane były pod szyldem Ligi Mistrzów. W finale na stadionie w Atenach „Rossoneri” rozbili 4:0 świętującą kilka dni wcześniej mistrzostwo Hiszpanii Barcelonę. Osiągnięcia Maldini kontynuował, gdy na początku XXI wieku szkoleniowcem jego zespołu został były kolega z drużyny, Carlo Ancelotti. Nie zmienia tego fakt, że właśnie w czasach jego panowania Maldini doznał prawdopodobnie najbardziej przykrej porażki w karierze, do czego w dużym stopniu przyczynił się Jerzy Dudek. Historia związana z finałem Ligi Mistrzów w 2005 roku jest wszystkim doskonale znana. Milan prowadził do przerwy 3:0, ale Liverpool zdołał doprowadzić do rzutów karnych, a w nich okazał się lepszy. Tak w spominał tamte chwile w swojej autobiografii Carlo Ancelotti: ,,Staliśmy się bohaterami swoich najczarniejszych snów. świat stanął na głowie. wskazówki mojego zegarka zaczęły przesuwać się w odwrotną stronę. Panie i panowie, oto zaczął obowiązywać czas apokalipsy”. Już dwa lata później doszło do rewanżu. Po 13. latach miejscem pucharowego triumfu Milanu znów była stolica Grecji. Włoski zespół tym razem wygrał z „The Reds” 2:1. Dla Maldiniego był to piąty Puchar Europy. Lista jego sukcesów, jakie osiągał w koszulce ukochanego klubu, jest imponująca. Wystarczy wspomnieć o siedmiu tytułach mistrza Włoch, krajowym pucharze, pięciu superpucharach Italii, również pięciu superpucharach Europy, czy trzech triumfach w rozgrywkach o tytuł najlepszej klubowej drużyny świata. W uznaniu zasług podjęto decyzję o zastrzeżeniu numeru 3, który widniał na koszulce wielkiego Paolo. Wiceprezes AC Milan Adriano Galliani zapowiedział: ,,Z trójką w Milanie może zagrać w przyszłości tylko jeden z dwóch synów Maldiniego”. Obaj potomkowie Paolo, zarówno starszy Christian, jak i młodszy Daniel, również grają w piłkę. Ten drugi dołączył niedawno do pierwszego zespołu AC Milan. Kiedyś zapytano legendę mediolańskiego klubu o to, co chciałby, aby odziedziczyli po nim synowie. Tak brzmiała odpowiedź: ,,Szacunek dla sportu i przeciwnika. mam nadzieję, że z tego powodu zostanę zapamiętany. nigdy i nigdzie nie byłem wygwizdywany czy wyzywany. na boisku nie udawałem kogoś innego, niż jestem i ludzie to docenili”. Bohater naszego tekstu napisał też piękny rozdział w karierze reprezentacyjnej. Chociaż ma prawo czuć niedosyt, bo najcenniejsze medale nie padły jego łupem. W 1988 roku wspólnie z kadrą Italii dotarł do półfinału mistrzostw Europy. Dwa lata później zajął trzecie miejsce na mundialu rozgrywanym w ojczyźnie. Blisko tytułu był w 1994 roku podczas odbywających się w Stanach Zjednoczonych mistrzostw świata. Włosi doszli do finału, w którym po rzutach karnych przegrali z Brazylią. W tym meczu miała miejsce prawdopodobnie najsłynniejsza niewykorzystana jedenastka w historii futbolu. Jej wykonawcą był Roberto Baggio. ,,Niektórzy mówią, że karny Baggio był arcydziełem – nutą Hendrixa zagraną na koncercie Vivaldiego”– możemy przeczytać w napisanej przez Raffaele Nappiego biografii Baggio. W roku 2000 Maldini otarł się o tytuł mistrza Europy. Włosi prowadzili w finale do 94. minuty, ale Francuzi zdołali doprowadzić do dogrywki, w której zadali decydujący cios. Kolejny raz reprezentacyjne złoto wyślizgnęło się Maldiniemu z rąk. W narodowych barwach zagrał aż 126 razy. W karierze każdego sportowca zdarzały się trudne momenty i przykre porażki. Mimo niedosytu związanego z kilkoma przegranymi finałami Paolo może być dumny ze swojej przygody z piłką. Będzie zapamiętany jako świetny sportowiec, ale też jako wzór dla młodych ludzi ze względu na szlachetne zachowanie i przestrzeganie zasad fai play. Doceniają go nie tylko fani Milanu, lecz również kibice innych drużyn. John Foot tak pisał o nim w książce „Calcio. Historia włoskiego futbolu”: ,,Maldini stał się idolem kibiców i prezentował się tak dobrze, że nieraz swoimi zagraniami wywoływał owacje na stojąco. fani oklaskiwali go po dobrych podaniach, skutecznych interwencjach lub po przebieżce po skrzydle. gdy został przesunięty z lewej flanki na środek defensywy, zdołał wykrzesać z siebie jeszcze więcej, w wieku 40 lat wciąż grając na bardzo wysokim poziomie”. Po zakończeniu piłkarskiej kariery nie porzucił sportu. Zaliczył epizod tenisowy, występując na kortach w grze podwójnej. Obecnie jest dyrektorem technicznym AC Milan. Swoją boiskową przygodę podsumował słowami: ,,Gdybym jako dziecko miał napisać najpiękniejszą historię, jaką tylko mógłbym sobie wyobrazić, to na pewno nie byłaby wspanialsza od tej, którą przeżyłem”. Był świetnym obrońcą i prawdziwym kapitanem. O takim symbolu może pomarzyć każdy klub.
10
Wymarły gatunek piłkarza kończy dziś 58 lat(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@Ogorinho1974 Chwileczke! Bo ostatnio nie miałem siły ani czasu przez ten mundial odnieść się do twojego wpisu. O którym ty piłkarzu piszesz że kolana zginały się w drugą strone. o Zidanie? Ty czasem się nie pomyliłeś? Bo to co napisałeś, to idealnie pasuje do Garrinchy a nie do Zidana!
11
„Boski” Diego:
26 czerwca 1983 r. kibice na „Estadio Santiago Bernabeu” oklaskiwali Diego Maradone. Miało to miejsce w pierwszym meczu finału Pucharu Ligi z Realem Madryt. W 12 minucie drugiej połowy Barça wyprowadziła kontrę z własnej połowy a Carrasco podał Maradonie piłke na czystą pozycje. Argentyńczyk minął bramkarza Agustina i zaczekał na linii bramkowej na obrońcę Juana Jose, który wykonał rozpaczliwy wślizg. Maradona ograł go zwodem i skierował piłke do pustej bramki na oczach kibiców Realu, którzy wiwatowali na jego cześć, doceniając grę najlepszego piłkarza na świecie. Na stadionie Bernabéu w Madrycie rozegrano pierwszy mecz finałowy dawnego Pucharu Ligi. FC Barcelona prowadzona przez Diego Armando Maradone zremisowała 2:2, dając im niewielką przewagę przed rewanżem na Camp Nou. Argentyńczyk z numerem 10 zaliczył asystę przy pierwszym golu swojej drużyny, strzelonym głową przez Lobo Carrasco po celnym dośrodkowaniu kolegi z drużyny. Jednak najlepszy gol Maradony w koszulce FC Barcelony miał dopiero nadejść. Zaledwie cztery minuty później bohaterowie pierwszej bramki Barçy zamienili się rolami. Carrasco podał piłkę do argentyńskiej gwiazdy, która stanęła twarzą w twarz z bramkarzem Realu Madryt, Agustínem i z łatwością minęła go dryblingiem. Gdy musiał jedynie wpakować piłkę do siatki, czekał na Juana José, obrońcę Realu Madryt, i z niezwykłym opanowaniem pozwolił mu na podanie, podwyższając wynik na 2:0. W tym momencie kibice Realu Madryt docenili to, co widzieli i podobnie jak miało to miejsce lata później w przypadku Ronaldinho , piłkarz Barcelony został oklaskiwany przez kibiców odwiecznego rywala. Gospodarze zdołali się podnieść i strzelili dwa gole za sprawą Del Bosque'a i Juanito, otwierając drogę do rewanżu, który zakończył się zwycięstwem Blaugrany 2:1. W wywiadzie dla gazety „Olé” Maradona tak opisał tę sytuację: „Carrasco podał mi piłkę na środku boiska, ominąłem bramkarza i czekałem na Juana José, którego puściłem obok niego. Trafił w słupek a ja wbiłem piłkę do siatki. Później się spotkaliśmy i go przeprosiłem. Powiedział mi, żebym poszedł do diabła”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
15
Debiut ze „Starą Damą”:
26 czerwca 1952 FC Barcelona rozegrała swoje pierwsze w historii spotkanie z Juventusem Turyn. Mecz był rozgrywany w Paryżu w ramach bardzo prestiżowego wówczas, półfinału Pucharu Łacińskiego a zakończył się wygraną Blaugrany 4:2 po dwóch golach Basory i po jednym Kubali i Manchona. Juventus nie był wówczas taką potęgą jak w latach 60-tych czy 80-tych aczkolwiek była to już uznana marka. Skład Barçy z tego historycznego meczu:
Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Escudero, Bosch, Basora, Cesar Rodriguez, Vila, Kubala i Manchon.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
11
Pierwszy w dziejach Dumy Katalonii tak prestiżowy puchar:
26 czerwca 1949 r. FC Barcelona pokonała Stade Reims 5:0 w półfinale „Copa Latina”(Puchar Łaciński). Gole zdobyli: Cesar Rodriguez(2), Seguer, Nicolau oraz Canal. Tydzień później Blaugrana sięgnęła jako pierwsza w historii po ten puchar, pokonując w finale na „Estadio de Chamartin”, Sporting Lizbone 2:1. Rozgrywki „Copa Latina” były prekursorem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Rozgrywano je w latach 1949-1957 i brało w niej udział po jednym przedstawicielu krajów tak zwanej „Europy Łacińskiej” a mianowicie Francji, Hiszpanii, Włoch oraz Portugalii. Ze względu na wysokie koszty podróży turniej rozgrywano w jednym miejscu a co roku zmieniał się gospodarz zawodów.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
11
Kempes i Rensenbrink:
25 czerwca 1978 roku, Estadio Monumental; Argentyna-Holandia.
Kiedy na Estadio Monumental Daniel Alberto Passarella odbiera puchar świata z rąk prezydenta Argentyny Generała Jorge Rafaela Videli, tysiące kilometrów dalej siedzący w małym pokoju Yoichi Takahashi chwyta kartkę i ołówek. Kilkoma pociągnięciami szkicuje twarz swojego nowego idola: Mario Alberto Kempesa. „Marzenie mistrza". Po obejrzeniu wielu meczów na mundialu Yoichi przestał się uważać już tylko za fana baseballu. Cieszyła go gra Kempesa, plastyczność Johana Cruijffa, gole Roberto Dinamite i parady Ramona Quirogi. „Futbol to jego pasja". Kiedy kończy postać Kempesa, bierze drugą kartkę i zaczyna szkicować holenderskiego napastnika Roba Rensenbrinka. „Magowie piłki". Później chwyta oba rysunki, podchodzi do okna i przykłada je do szyby. Twarz, którą widzi przypomina mu twarz dziecka o wielkich oczach i nastroszonych włosach. Wyobraża go sobie z dziesiątką na plecach i opaską kapitana na ramieniu a także jego największego rywala: niepokalanego bramkarza, który skrywa swój wzrok pod daszkiem czapki. „Publiczność szaleje, oglądając grę obydwu". Kolejne miesiące Yoichi spędza zamknięty w pokoju. Rysuje spłaszczone piłki, efekt potężnych strzałów, takich jak uderzenia Nelinho. „Biegną z piłką przy nodze i nikt nie zdoła ich zatrzymać". Kilometrowe bramki, tak długie że zmuszają bramkarzy do fruwania, jak robił to Ubaldo Fillol. Wreszcie, po wykonaniu tysięcy rysunków nakreślił ostateczne rysy tego chłopca o wielkich oczach i nastroszonych włosach. Ma coś z Astro Boya. Cechy klasycznego bohatera i kocha piłkę ponad wszystko. W głowie pojawia mu się imię i nazwisko: Tsubasa Ozora. „Kapitan Tsubasa- mówi na głos. - Dla kibiców nie ma nikogo lepszego". Po zapełnieniu szkicami wielu koszy na śmieci Yoichi kończy pierwszą Mangę o kapitanie Tsubasie. Seria odnosi sukces w jego kraju a lata później także poza Japonią. „Grają tylko po to żeby wygrać ale zawsze uczciwie". Tsubasa Ozora staje się idolem całego nowego pokolenia, który marzy o grze z dziesiątką na plecach. „Tsubasa i Genzo, magowie piłki". Miliony dzieci uczą się grać w piłkę z telewizora. Miliony dzieci biegają razem z Tsubasą, w razie gdyby w którymś momencie zagrał do nich na ścianę. Nieważne że są na niekończącym się boisku: Tsubasa nauczy je że bieg po marzenie może trwać całą wieczność ale ostatecznie zawsze wpadnie gol, który zmienia wszystko w ciągu sekundy. „Od pierwszego do ostatniego piłkarza, zaczynając od trenera, wszyscy muszą znać swoje zadania żeby wyjść na boisko po zwycięstwo". Spod ołówka Yoichiego Takahashiego wychodzą dryblingi Tsubasy, parady Genzo, idealne podanie Taro Misakiego, podwinięte rękawy Kojiro Hyugi, wierność Takeshiego Sawady, odwaga Ryo Ishizakiego, ogromne serce Chikaru Matsuyamy, umięśnione nogi Hiroshiego Jito, akrobatyczne uderzenia bliźniaków Tachibana oraz lekcje Roberto Hongo między kolejnymi pociągnięciami z piersiówki. Trzeba szanować piłkę jak najlepszego przyjaciela. Tylko ci zawodnicy, którzy będą ją szanować zyskają jej szacunek. „Duma z walki na śmierć i życie o twoje barwy, twoje miasto, twój kraj jest bezgraniczna, jest czymś wyjątkowym...".
Miguel Angel Ortiz
@Sysia11
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
9
@FCBparasiempre
25 czerwca 1995 r. „Gigante de Arroyito”; Rosario Central – San Lorenzo.
Znowu jest sam w Paryżu. W 1981 roku jednego z tamtych smutnych dni na wygnaniu płakał jak dziecko, kiedy San Lorenzo spadło z Ligi. tej nocy Osvaldo Soriano może nie powstrzymać radości. W swoim mieszkaniu przy Chateau Rouge skacze, krzyczy, rzucaj się na łóżko. „Ciklon" został mistrzem po 21 latach! Nie może oderwać się od telefonu. Słucha śpiewów po drugiej stronie słuchawki. Główka Gallego Gonzaleza sprawiła że stał się cud. Czuje że tam jest, 11 000 km dalej, jako jeden z wielu w stadach „kruków”, które udały się do Rosario. Otwiera okno i ogłasza wszem wobec, chociaż w tym mieście nikt go nie rozumie: „San Lorenzo mistrz, kurwaaaa!" Sąsiedzi się skarżą, jest 2 w nocy. Dalej krzyczy w pustkę, opętany, ekstatyczny, za dawne czasy, za nowe, za San Filippo, za Pampe Biaggio. „Jak mam teraz świętować ten tytuł? Z kim mam dzielić radość?", pyta sam siebie. Nikt nie przeszedł ulicą, kawiarnia na rogu jest zamknięta. Nie powinien palić ale wyjmuje jedno ze swoich najlepszych kubańskich cygar, nie powinien palić ale nalewa sobie kilkuletnia whisky. Powoli ogarnia go wspaniałe uczucie spełnienia. „San Lorenzo mistrz, kurwa”, nie przestaje sobie powtarzać. Jedna szklanka, później następna i rozszalałe serce Osvaldo Soriano uspokaja się w samotności Paryża. Głowę opiera o ścianie, otępienie po whisky zmusza go do zamknięcia oczu. Widzi boisko z ubitej ziemi. Wie, że znajduje się na jakimś pustkowiu w Patagonii. Słyszy marsz, który jest coraz bardziej przybiera na sile. Za jednym ze wzgórz otaczających pole dostrzega czerwoną flage ze swastyką na środku. Pod nią maszeruje drużynę piłkarską, idealnie umundurowaną, wszyscy w surowej czerni. Włóczy się nie widząc nikogo aż nagle spotyka mężczyznę, który jest oprócz kapelusza nosi przy pasku rewolwer dużego kalibru. „Wie pan, to finał mundialu z 1942 roku. Ci Niemcy już tacy są, na każdym mecz muszą przyjechać z godzinnym wyprzedzeniem. - Słucham? Pyta Soriano. - Nazywam się William Brett Cassidy, jestem kowbojem i sędzią piłkarskim. Moje uszanowanie - mówi wyciągając do niego ręke. I wtedy dając się ponieść potokowi słów Cassidy zaczyna mu opowiadać historię nieznanego mundialu. Mówi o robotnikach budujących tamę w Barda del Medio, z których wielu to uchodźcy z Europy i o tym, jak uzgodniono zorganizowanie mistrzostw świata w miejsce turnieju odwołanego z powodu wojny. Sędzia informuje go o niektórych uczestnikach mundialu: włoskich antyfaszystach, robotnikach Guarani, argentyńskich poszukiwaczach złota i oczywiście elektrotechnikach z III Rzeszy, którzy instalują pierwszą linię telefoniczną łączącą Pacyfik z Atlantykiem. Soriano słucha go uważnie: „Ale co to za mundial?”, zastanawia się. Niemcy rozgrzewają się ze scholastycznym rygorem, recytując akapity z Heideggera. Ponieważ zobligowani są do trzymania uniesionej ręki przy każdej przemowie kapitana, momentami trudno im przyjąć piłke na klatke piersiową. Wygrali wszystkie mecze, w których rywalizują w rywalizacji, niszcząc systemy obronne i bezbłędnie wykonując rzuty karne. Ze względu na imperatyw kategoryczny i patriotyczny wystąpił zmiana systemu WM na H, ustawienie, które ich trener stara się utrzymać przez cały mecz. Dzisiaj w finale nikt nie ma wątpliwości, że bardzo szybko przechylą szale zwycięstwa na swoją korzyść.
Publiczność zaczyna przebywać i zajmować miejsca wokół placu gry. William Brett Cassidy kieruje się na oznaczony butelką burbona środek boiska. Niemcy się niecierpliwią, pragnął jak najszybciej przekazać Führerowi informację o zwycięstwie żeby podnieść morale wojsk na froncie wschodnim. Zbliża się jednak godzina rozpoczęcia meczu a ich rywale wciąż się nie zjawiają aż wreszcie nad jednym ze wzgórz rozbrzmiewa delikatna melodia wiatru. Drużyna Mapuczy ma tę przewagę że jest prawowitym gospodarzem turnieju. Awansowała do finału po tym, jak pewnie pokonała angielskich robotników budujących linię kolejową ich widowiskowa gra przez niektórych określana mianem magicznej nie przejmuje się taktykami ani rezultatami. Wygrywali mecze, nawet nie dotykając piłki prowadząc ją jedynie swoim śpiewem. Stale atakując jak nikt inny ucieleśniają idee futbolu jako widowiska, przy której obstaje ich trener szczupły i melancholijny dżentelmen z długimi wąsami, który właśnie usiadł obok niego. - Peregrino Fernandez, trener piłkarski- mówi. - Miło mi trenerze- odpowiada Soriano. Nie ma czasu na nic więcej ponieważ sędzia odgwizduje początek meczu. Wśród publiczności grupa spawaczy z Ligurii śpiewa międzynarodówkę, na co natychmiast odpowiadają chilijscy ewangelicy swoją cuecą. Broń błyszczy złowrogo Patagonii. Na placu gry Niemcy atakują frontalnie. Beztroscy ma płucze nie przestają zaś patrzeć w niebo. Piłkarze III Rzeszy dominują ale nie są w stanie trafić do bramki przeciwników. Cassidy chce odgwizdać dla nich pięć rzutów karnych, spłacić dług, zatrzymać tych Indian, wyrzucić ich, aresztować ale ktoś ukradł rewolwer. Wtem niebo ciemnieje. Raptowna burza wyładowuje się złowieszczo i w mgnieniu oka zamienia boisko w bagno. „Nie ma nic piękniejszego niż nurkowanie w błocie", myśli Soriano. Buty Niemców grzęzną, podczas gdy ma pucze tańczą z zadziwiającą lekkością. Peregrino Fernandez oklaskuje piękno i skuteczność swojej drużyny. Z Barda del Medio nikt nie skontaktuje się przez telefon z Adolfem Hitlerem. Nikt nie zadzwoni do Führera z Patagonii ponieważ napastnik lokalnego zespołu prowadząc piłkę między obiema stopami przygotowuje się do tego aby posłać ją na drugą stronę linii bramkowej... Z silnym bólem szyi Osvaldo Soriano dostrzega pierwsze promienie wschodzącego słońca. Z jego twarzy wciąż nie schodzi błogi uśmiech. „Ale z ciebie głupiec Cassidy". Budzi się i znowu szepcze tę samą litanię: „San Lorenzo mistrz, kurwa". Coś mu podpowiada że to będzie jego ostatni tytuł i chcę znowu płakać, znowu skakać ale w tym mieszkaniu nie ma z kim dzielić radości. Po 21 latach „Ciklon” znowu jest najlepszy. Chociaż jego płuca nie dają już rady musi zejść pięć pięter w budynku bez windy żeby komuś o tym powiedzieć. Po przejściu przez ulicę wyczerpany wchodzi do kawiarni przy Rue Dejean, Gdzie w każdy poniedziałek jest śniadanie. - Gordo powiedz mi do czego można porównać zdobycie mistrzostwa? - pyta go kelner pochodzący z Tandil. - słuchaj: to tak, jakby suchy i ciepły szampan spływał przez gardło. Takie łaskotanie - odpowiada Soriano.
David Garcia Cames.
8
Nikt nie zadzwoni do Fürera z Patagonii:
@1LY0
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
8
@FCBparasiempre
Mundial w Argentynie zwiększył w świecie zainteresowanie piłkarzami z tego kraju. Dziś grają w większości najlepszych klubów i lig europejskich. Nie ma futbolu bez transferów zawodników. Dziś motywem migracji są przede wszystkim pieniądze. Dawniej znaczenie miały także związki rodzinne i polityka. Gdyby Ferenc Puskas nie uciekł z komunistycznych Węgier, nie byłoby wielkiego Realu lat 50-tych. Podobną role w FC Barcelonie odgrywał Ladislao Kubala, który w roku 1949 przekroczył granice węgiersko-austriacką zagrzebany pod śmieciami w ciężarówce. Mistrzostwa świata w Argentynie przybliżyły nieco futbol tego kraju Europie i otworzyły szerzej drzwi tutejszego rynku. W 22-osobowej kadrze gospodarzy znalazł się tylko jeden piłkarz grający w klubie zagranicznym a mianowicie Mario Kempes z CF Valencia. Po mundialu Argentyńczycy stali się wyjątkowo atrakcyjnym towarem. Sensacją było kupienie przez londyński Tottenham Hotspur od razu dwóch argentyńskich pomocników: Osvaldo Ardilesa i Julio Ricardo Villi. Od tej pory zwiększyła się frekwencja na meczach Tottenhamu a jego kibice ułożyli nawet piosenke, w której Ardiles nie tyle śpiewa, co mówi trzy słowa a wszystko to w okresie napiętych stosunków pomiędzy Londynem a Buenos Aires. Nawet wojna o Falklandy/Malwiny nie zmieniła stosunku kibiców do obydwu Argentyńczyków, chociaż Ardiles opuścił wówczas Anglie na kilka miesięcy. Dziś obydwaj mają miejsce w Hali Sławy Tottenhamu. Wróćmy jednak do roku 1978, gdzie Argentyna była jednym z faworytów mistrzostw świata. Brało się to z klasy jej najlepszych zawodników, wyników w meczach towarzyskich oraz faktu że przystępowała do turnieju jako jego gospodarz. Nie wzięto pod uwagę że ta przewaga może być jeszcze większa, gdyż u schyłku XX wieku powtórzone zostaną działania charakterystyczne dla państw totalitarnych. W roku 1934 sędziowie prowadzili mecze Włochów tak, żeby zadowolony był Benito Mussolini. W roku 1978 Argentyną rządziła junta wojskowa generała Jorge Videli, głucha na wszelkie wołania o demokracje. Więzienia zapełniały tysiące ludzi, wielu z nich nigdy nie wróciło do domu; ba! Nie znaleziono nawet ich grobów. Lista tzw. ,,desaparecidos”(znikniętych) zawiera ponad 8 tysięcy nazwisk przeciwników junty. Wiele krajów potępiało te działania ale żaden z nich nie wycofał swojej reprezentacji z mundialu. Tylko Johan Cruyff odmówił wyjazdu do Argentyny, w proteście przeciw rządom junty, chociaż wydaje się że ktoś taką ideologie do jego absencji w mundialu dodał. Ostatni mecz w barwach ,Oranje” Cruyff rozegrał bowiem w marcu 1977 roku, czyli ponad rok przed mistrzostwami. Już podczas turnieju piłkarze Szwecji wzięli udział w manifestacji na placu w Buenos Aires, wspólnie z matkami aresztowanych przez junte synów oraz żonami i wdowami po bojownikach o demokracje. W sportowym świecie Szwecji taka reakcja była naturalna. Pomoc piłkarzom argentyńskim widoczna była od pierwszego meczu, ledwo wygranego z Węgrami 2:1 dzięki bramce Bertoniego na 6 minut przed końcem. Na ten mecz czekał cały kraj, miejsce w loży honorowej zajeli członkowie zarządu. Videla na stadion przychodził zawsze w dwurzędowym garniturze. Zresztą wyglądał w nim jak w mundurze, w którym było mu bardziej do twarzy. Portugalski sędzia patrzył przez palce na faule gospodarzy, z czym Węgrzy nie mogli się pogodzić. Dwaj najlepsi: Torocsik i Nyilasi ukarani zostali czerwonymi kartkami. W następnym meczu z Francja szwajcarski sędzia przyznał Argentyńczykom rzut karny po przewinieniu, którego nikt poza nim nie widział. W drugiej rundzie gospodarze pokonali 2:0 Polske ale sędzia nie miał nic wspólnego z tym że Kazimierz Deyna nie wykorzystał rzutu karnego. Poirytowany trener Gmoch powiedział tylko że nikt nie odbierze tytułu mistrza świata Argentynie na jej boisku. Słowa polskiego trenera przypomniały się tydzień później. Po bezbramkowym remisie z Brazylią i wygranej tej drużyny z Polską 3:1, Argentyna potrzebowała zwycięstwa nad Peru różnicą czterech goli. Wychodząc na boisko dobrze o tym wiedziała, ponieważ jej mecz rozpoczynał się godzine po zakończeniu meczu Polska-Brazylia. Tak to sobie organizatorzy wymyślili, co zresztą oprotestowano ale bez żadnych konsekwencji. Dopiero w przyszłości, chcąc uniknąć tego rodzaju sytuacji i podejrzeń, FIFA postanowi że ostatnie mecze w grupie będą się rozpoczynały o tej samej porze.
Argentyńczycy grali wtedy do jednej bramki. Peru w ogóle nie stawiało oporu. Prezentowało się zdecydowanie poniżej możliwości, jakby pogodzone z porażką jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, chociaż miało kilka gwiazd z Cubillasem i Chumpitazem na czele. Wynik 6:0 dawał Argentynie awans do ścisłego finału i śmierdział na kilometr. Już po mistrzostwach okazało się że Argentyna udzieliła Peru wysokiej pożyczki, wysłała zboże i podpisała umowę o pomocy wojskowej. Wszystko to w połączeniu z wynikiem na boisku, uznane zostało za dziwne nawet przez ekspertów do spraw południowoamerykańskich. Przypomniano przy okazji historie sprzed czterech lat, kiedy to Argentyńczycy rzekomo proponowali Polakom kwote około 20 tysięcy dolarów za pokonanie Włochów w ostatnim mecze fazy grupowej mundialu w RFN. Polska wtedy wygrała a Argentyna pozostała w turnieju i podobno jeden z polskich piłkarzy te pieniądze wziął. Piłkarz się wyparł, koledzy mieli mu za złe że się nie podzielił a wszystko to świadczyło o atmosferze nieufności i podejrzeń towarzyszących meczom nawet na najwyższym poziomie. Jakkolwiek by było, Argentyna znalazła się w finale, gdzie czekała na nią Holandia, prowadzona przez słynnego austriackiego trenera Ernsta Happela, którego imię nosi teraz narodowy stadion na Praterze w Wiedniu. Już bez Cruyffa i Wima van Hanegema ale z wszystkimi pozostałymi zawodnikami, którzy dotarli do finału cztery lata wcześniej. Jednak mecz z RFN w Monachium był(w porównaniu z finałem na Estadio Monumental) szczytem ,,savoir-vivre’u”. Problemy zaczęły się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Holendrzy wybiegli na boisko pierwsi ale musieli czekać na swoich przeciwników około 5 minut. Argentyńczycy zresztą zachowywali się podobnie w większości meczów. Niech pierwsi wyjdą przeciwnicy, czekają, denerwują się, narażają na gwizdy trybun. W zestawie sposobów na uzyskanie wyższości nad rywalem znalazły się nawet dość opięte spodenki z krótkimi nogawkami, mające ukazać nie tylko umięśnione uda ale sprawić wrażenie że nogi w krótkich spodenkach są dłuższe. Kiedy wreszcie drużyna Cesara Luisa Menottiego wyszła na boisko, kapitan Passarella zwrócił uwagę włoskiemu sędziemu że napastnik van de Kerkhof nosi na ręku gips a to jest zabronione. Mówiący po hiszpańsku Neeskens tłumaczył Argentyńczykom że van de Kerkhof złamał ręke w jednym z poprzednich meczów, ma tzw. miękki gips, nie stanowiący żadnego zagrożenia ani niebezpieczeństwa. Najlepszy dowód że sędziowie już wcześniej pozwalali mu na gre. Targi trwały około 10 minut. W tym czasie zawodnicy obydwu drużyn truchtali po boisku, jednak o koncentracji nie mogło być mowy. Zwłaszcza wśród Holendrów nieprzygotowanych na taką sytuacje. Rozgrzewke obliczoną na początek meczu o określonej godzinie też diabli wzięli. Argentyńczycy byli na to gotowi, gdyż to oni wywołali całe zamieszanie. Ostatecznie van de Kerkhof zmienił opatrunek na inny i mecz mógł się rozpocząć. Stał na wysokim poziomie i był bardzo wyrównany. Pierwszego gola strzelił przed przerwą Mario Kempes. Wbiegł między środkowych obrońców i upadając strzelił z okolic punktu karnego obok wychodzącego z bramki Jongbloeda. Wyrównał strzałem głową Nanninga, wykorzystując świetne dośrodkowanie van de Kerkhofa z prawej strony. Do końca meczu pozostawało w tym momencie 8 minut. W ostatniej minucie Rensenbrink trafił w słupek. Dziesięć centymetrów w prawo i mistrzami zostaliby Holendrzy. W dogrywce na boisku panowali Argentyńczycy. Pomarańczowi nagle stracili siły, nie stać ich było na żadną groźną akcje. Kempes, król strzelców turnieju, ponownie po dynamicznej akcji, w której piłka odbijała się od jego nóg i ciał przeciwników, dał swojej drużynie prowadzenie. Trzeci gol(Bertoniego) rozwiał wszelkie wątpliwości. Mecz kończył się na boisku zasłanym małymi skrawkami papieru, którymi publiczność na każdym stadionie obsypywała piłkarzy- to cecha charakterystyczna tamtego mundialu. Jeden wielki karnawał.
Puchar Świata wręczał generał Videla, ściskając wszystkich swoich zawodników. Oni nie mieli wyjścia, może zresztą niektórym te gesty nie przeszkadzały. Trener Menotti wykazał daleko idący dystans a Holendrzy w ogóle generała zlekceważyli. Niezależnie od wątpliwości dotyczących czystości gry, Argentyńczycy mieli bardzo dobrą drużynę a Menotti znalazł się na liście najlepszych szkoleniowców w historii futbolu. Był nowym typem trenera nieograniczającego swoich zainteresowań do boiska. Czytał książki, chodził do teatru, miał sprecyzowane poglądy polityczne, bliskie lewicy. Wysoki, przystojny, z włosami do ramion i papierosem w ręku należał do najbardziej rozpoznawalnych postaci futbolu lat 70-tych i 80-tych. Nazywano go ,,El Flaco”(Chudy). Rok po mundialu Menotti zdobył jeszcze jeden tytuł mistrza świata, z reprezentacją Argentyny do lat 20. Powołał do niej 19-letniego chłopca, którego kibice chcieli widzieć nawet w reprezentacji seniorów na mundialu. Menotti nie poddał się presji, mówiąc że chłopak nie jest jeszcze przygotowany do gry ze starszymi od siebie. Umiejętności piłkarskich starczało mu aż nadto, jednak gorzej było z mentalnością. Może trener miał racje? Ten chłopiec nazywał się Diego Armando Maradona…