10

Hiszpańska federacja przesiąknięta dyktaturą:

9 sierpnia 1978 r. FC Barcelona zatrudniła Alberto Tarantiniego, lecz reżim anulował ten transfer. Lewy obrońca reprezentacji Argentyny był wówczas świeżo upieczonym mistrzem Świata. Alberto rok wcześniej w barwach Boca Juniors zagrał nawet z Blaugraną na Camp Nou w Pucharze Gampera. W sierpniu 1978 r. zaprezentowano go nawet na jednym z treningów w koszulce Barçy ale nie posiadał jeszcze hiszpańskiego obywatelstwa. Jego żoną była Hiszpanka, więc wydawało się iż załatwienie formalności potrwa krótko i będzie mógł zagrać już w pierwszym meczu ligowym. Niestety reżim na to nie pozwolił. Machina propagandowa oskarżyła piłkarza między innymi o to, że wziął ślub tylko dla hiszpańskiego paszportu. W końcu Tarantini trafił do Birmingham City, gdzie jednak nie spełnił oczekiwań ze względu na swój porywczy charakter. Jak widać nawet 3 lata po śmierci dyktatora niewiele się właściwie zmieniło. Zresztą do dzisiejszego dnia Real Madryt jest faworyzowany przez władze piłkarskie z Madrytu i to się już chyba nie zmieni…



@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
@Symson

8

Był czas że Śląsk potrafił się postawić:

8 sierpnia 2013 r. Śląsk Wrocław zremisował na wyjeździe z Club Brugge 3:3 w ramach III Rundy eliminacji Ligi Europy. Gole dla Śląska zdobyli: Waldemar Sobota(2) oraz Marco Paixão. Choć w drugim kolejnym wyjazdowym spotkaniu europejskich pucharów, Śląsk tracił wygraną w doliczonym czasie gry, we Wrocławiu nikt się tym specjalnie nie przejmował. Tym bardziej, że zespół z Dolnego Śląska wyeliminował faworyzowanego rywala, który w lidze belgijskiej zajął wcześniej najniższe miejsce na podium. Żeby najlepiej zobrazować miarę sukcesu podopiecznych Stanislava Levý’ego, należy wskazać na dotychczasowy bilans polskich zespołów z rywalami z tego kraju. Na 25 spotkań, drużyny znad Wisły, wygrywały dotychczas zaledwie sześciokrotnie. Zwycięstwo w dwumeczu sprawiło, że Wojskowych czekała już tylko jedna przeszkoda do pokonania, aby awansować do fazy grupowej Ligi Europy. Tą przeszkodą była FC Sevilla…


@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

5

@FCBparasiempre
Jak było naprawdę? Na tak postawione pytanie trudno dzisiaj jednoznacznie odpowiedzieć. Co zrozumiałe, inaczej te wydarzenia zapamiętano w Peru, a inaczej w Europie. W rozmaitych opracowaniach, książkach i artykułach pojawia się sporo wersji. Według jednej z nich norweski sędzia miał wyraźnie sprzyjać Austriakom, przez co nie uznał prawidłowo według Peruwiańczyków zdobytych bramek. Po strzeleniu czwartego gola stało się jednak już jasne, że to Peru wygra mecz. Rozradowani kibice mieli wbiec na boisko i wyściskać i wycałować swoich bohaterów. W powstałym zamieszaniu miał ucierpieć jeden z Austriaków. Według różnych wersji Anton Krenn został kopnięty lub mocno poturbowany i nie był w stanie kontynuować gry. Niektóre źródła podają też, że do wtargnięcia kibiców doszło po zdobyciu trzeciej bramki przez Peru. Inna wersja jest trochę bardziej złożona. Według niej przed rozpoczęciem dogrywki gotowość do gry zgłosił kontuzjowany wcześniej Adolf Laudon. To miało rozzłościć zarówno piłkarzy, jak i rozgorączkowanych kibiców. Zamieszanie i chaos, któremu dali się ponieść peruwiańscy kibice na trybunach, narastały. Można się było zastanawiać, co mogło doprowadzić Peruwiańczyków do tak ślepej furii. Dopiero stopniowo zrozumiano, że uwierzyli oni, że Austriacy wymienili kontuzjowanego Laudona na innego zawodnika, czego zabraniały reguły olimpijskiego turnieju piłki nożnej – pisano w Sport-Tagblatt. Tę relację po części potwierdza też korespondent brytyjskiej Daily Sketch W. Capel Kirby. W opublikowanej w poniedziałek 10 sierpnia relacji pisał, że powrót kontuzjowanego Austriaka do gry wywołał wielkie protesty Peruwiańczyków. Twierdzili oni, że to nie Laudon, ale inny rezerwowy piłkarz. Wszyscy gracze stanęli na środku i kłócili się, żywo gestykulując. Warto jednak zaznaczyć, że Capel Kirby nie mógł być naocznym świadkiem tych wydarzeń, gdyż w tym samym czasie był na meczu Polski z Wielką Brytanią. Jedną z bardziej przejmujących relacji opublikowano w gazecie Der Morgen. Według jej doniesień jednym z widzów na meczu był niemiecki sędzia Peco Bauwens. Miał on zostać obrażony przez peruwiańskich kibiców, kiedy próbował zaprowadzić jakiś porządek i zapanować nad sytuacją. Kiedy egzotyczni piłkarze trafili w dogrywce, to setki ich zwolenników z Ameryki Południowej wtargnęły na plac gry i wszelkie pozory porządku zostały zniszczone. W trakcie dzikiej walki ciężko ranny został Austriak Krenn. Miejscowa publiczność gwałtownie protestowała przeciwko tego typu zabawie i można było usłyszeć okrzyki „wynocha z Europy!”. Nawet po zakończeniu meczu, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Peru, kibice nadal demonstrowali – pisano w Der Morgen. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie na relacji Der Morgen oparł swoje sprawozdanie Capel Kirby. Ponad tysiąc peruwiańskich kibiców, wrzeszczących, wyjących i wymachujących flagami, przeskoczyło barierki i wtargnęło na boisko. Austriaccy gracze byli kopani i bici. W pewnym momencie dr Bauwens zobaczył, jak jeden z Peruwiańczyków wsuwa rękę do kieszeni na biodrze, tak jakby chciał wyciągnąć broń. Dr Bauwens bez chwili wahania chwycił mężczyznę za gardło i nie pozwolił mu sięgnąć do kieszeni. Zanim jednak udało się go zneutralizować, doszło go gwałtownej walki – pisał Capel Kirby na łamach Daily Sketch. Tak naprawdę co gazeta, to inna wersja wydarzeń. Polska prasa w ogóle nie wspominała o wtargnięciu Peruwiańczyków na murawę. Informacja to pojawiła się dopiero po decyzji o ponownym rozegraniu meczu. Trenerem Austrii był wówczas Anglik James Hogan. Był znany ze swojego zamiłowania do czystej gry i raczej mało prawdopodobne, żeby uciekał się do takich sztuczek, jak zamiana kontuzjowanego zawodnika na zdrowego. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że peruwiańscy kibice jednak wtargnęli na boisko. Mecz obserwowało ledwie pięć tysięcy widzów, więc sił porządkowych też za dużo nie było. Wątpliwości nasuwają się, kiedy spojrzymy na rzekomą liczbę Peruwiańczyków. Mało prawdopodobne, żeby z tak biednego kraju, jakim było wówczas Peru, aż tylu kibiców zdecydowało się na podróż do Europy. Wyjazd do Berlina był wielkim logistycznym wyzwaniem dla całej reprezentacji. Do Europy przypłynęła ona na parowcu Orazio, a sama podróż trwała półtora miesiąca. Prezydent Peruwiańskiego Komitetu Olimpijskiego Eduardo Dibós Dammert musiał się mocno starać, żeby uzbierać wystarczające fundusze na berlińską wyprawę. Dla przeciętnego kibica tak daleka podróż była praktycznie nieosiągalna. W 1976 r. w czterdziestą rocznicę berlińskich igrzysk zorganizowano w Peru specjalną ceremonię upamiętniającą tamtą imprezę. Eduardo Dibós Dammert rozmawiał wtedy z kilkoma zawodnikami i każdy potwierdził, że peruwiańscy kibice byli bardzo nieliczni. Ciekawe jest też to, że prawdopodobnie nie zachowało się żadne zdjęcie, które dokumentowałoby tę rzekomą inwazję setek rozgorączkowanych kibiców na boisko. Fotografii z samego meczu trochę jest, więc dlaczego nikt nie uwiecznił tak donośnego wydarzenia? W cytowanym wyżej artykule ze Sport-Tagblatt znajdziemy też informację, która każe inaczej spojrzeć na zachowanie kibiców: ,,Fanatycy znowu wtargnęli na boisko i zaczęli całować zawodników. Pod koniec było naprawdę źle. My, cywilizowani mieszkańcy Europy Środkowej, współczuliśmy graczom! Wysiłek dwóch godzin gry na boisku nie był naszym zdaniem tak wielki, jak ceremonia całowania po wygranej. Każdy gracz był całowany przez każdego z obecnych Peruwiańczyków”– pisano. Być może to, co dla kibiców z Ameryki Południowej były czymś względnie normalnym, w Europie budziło zdziwienie i przerażenie. Być może ktoś nieco podkoloryzował prasową relację i ukazał gości z Peru jako nieokrzesanych dzikusów. Nie byłby to zresztą pierwszy ani ostatni raz, kiedy Europejczycy z wyższością patrzyliby na przybyszy z drugiej strony Atlantyku. Prawdy o berlińskich wydarzeniach nie sposób dzisiaj dociec.

Wiemy za to, co wydarzyło się później. Powtórzenie meczu wyznaczono na 10 sierpnia na godzinę 17:00. Ekipa Peru jednak nie zjawiła się na stadionie. Włoski sędzia Rinaldo Barlassina odczekał razem z austriacką ekipą na pojawienie się Peruwiańczyków, ale po pół godziny odgwizdał walkower dla Austrii. Nie jest do końca jasne, dlaczego Peru się nie zjawiło. Przez lata utarło się, że poczuli się dotknięci decyzją komisji odwoławczej i nie mieli zamiaru brać udziału w tak zorganizowanych rozgrywkach. Nie brakuje też głosów, że drużyna wyruszyła na powtórzone spotkanie. Jednak z uwagi na problemy komunikacyjne spowodowane zamknięciem kilku berlińskich ulic z powodu rozgrywanego wyścigu kolarskiego, nie zdążyła dojechać na czas. Mecz podobno miał zostać przełożony na 11 sierpnia, ale w Berlinie pojawiły się już wtedy pogłoski, że tego dnia Peru wyjeżdża do Paryża. Tak czy inaczej, do ponownego spotkania obu ekip nie doszło. Tymczasem w Limie hucznie świętowano awans do strefy medalowej. Wieści z Europy dotarły do Peru z dwudniowym opóźnieniem i spowodowały masowe protesty na ulicach. Dwudziestotysięczny tłum zebrał się pod pałacem prezydenckim, gdzie wysłuchał przemowy prezydenta Óscara R. Benavidesa. Poinformował on kibiców, że otrzymał pilny telegram z Berlina, w którym przedstawiono mu sytuację. Stojąc na straży honoru Peruwiańczyków, nakazał on całej delegacji powrócić do kraju, czym wywołał brawa wśród zgromadzonych. Na tym jednak się nie skończyło. New York Times na pierwszej stronie informował, że konsulat niemiecki został obrzucony kamieniami. Z kolei w głównym porcie w Callao robotnicy odmówili załadunku niemieckich i norweskich statków. Pojawiały się też opinie, że zamieszki wywołane meczem z Austrią, były dodatkowo na rękę rządzącym, którzy chcieli wywołać większe poczucie krzywdy w kraju przed zbliżającymi się wyborami. Berlin opuściła cała peruwiańska reprezentacja olimpijska. Oprócz piłkarzy, byli to także koszykarze, którzy w ćwierćfinale mieli mierzyć się z Polską. Pod koniec tygodnia Ilustrowany Kuryer Codzienny informował, że być może uda się dojść do porozumienia i Peru zostanie w Berlinie, ale nic takiego się nie stało. Argentyna, Chile, Urugwaj i Meksyk wyraziły solidarność z Peruwiańczykami, a Kolumbia na znak protestu też wycofała się z udziału w igrzyskach. Nie wierzymy w europejski sport. Przyjechaliśmy tutaj i zastaliśmy tylko grono kupców – mówił członek Peruwiańskiego Komitetu Olimpijskiego Miguel Dasso po wycofaniu się Peru z imprezy. Warto jeszcze wspomnieć, że przez dziesięciolecia utrwaliła się w Peru wersja wydarzeń, w której swoje trzy grosze mieli wtrącić naziści. Po porażce Niemców z Norwegią w innym ćwierćfinale gospodarze za wszelką cenę chcieli, żeby to Austria jako przedstawiciele aryjskiej rasy wyszła zwycięsko z pojedynku z Peru. Mówiło się, że naciski w tej sprawie miał wywierać sam Adolf Hitler. Mało to jednak prawdopodobne, bo pierwszy raz na meczu piłkarskim był właśnie podczas starcia z Norwegią, a futbol był daleko na liście jego ulubionych sportów. Niemniej ta wersja przez lata pokutowała wśród peruwiańskich kibiców i dopiero niedawno te teorie obalono. W półfinale Austriacy spotkali się z Polską. Nieoczekiwanie wygrali 3:1 i zameldowali się w finale. Tam jednak musieli uznać wyższość Włochów i zadowolić się srebrnymi medalami. Dla większości tamtych piłkarzy to największy sukces w karierze. Peruwiańczycy do domu wrócili w połowie września. Rodacy witali ich jak bohaterów narodowych. Wręczono im złote medale i nazywano prawdziwymi mistrzami. Jedną z przełęczy w Andach nazwano na cześć berlińskiego zwycięstwa Punta Olímpica. Swoje piłkarskie umiejętności Peruwiańczycy potwierdzili w 1939 r. Na rozgrywanych u siebie mistrzostwach Ameryki Południowej wygrali wszystkie mecze i zdobyli swój pierwszy tytuł. Na igrzyskach peruwiańscy piłkarze następny raz zagrali w 1960 r. w Rzymie, gdzie przegrali wszystkie mecze. Dziesięć lat później wrócili na mistrzostwa świata. Olimpijski dorobek Peruwiańczyków to ciągle tylko jeden złoty medal i trzy srebrne. Kto wie, czy nie byłby on bogatszy, gdyby mecz Peru – Austria odbywał się w normalnych warunkach.

9

@FCBparasiempre
Igrzyska olimpijskie w Berlinie były wyjątkowe z kilku powodów. Pierwszy raz zapalono znicz od przyniesionego z Grecji ognia olimpijskiego a wydarzenia ze sportowych aren po raz pierwszy transmitowano w telewizji. Po raz pierwszy też sport olimpijski stał się tak ważnym narzędziem w rękach polityki, a wielu omamionych hitlerowską propagandą Niemców spodziewało się triumfu aryjskiej rasy panów nad resztą świata. Nie brakowało również kontrowersji. Jedne z największych towarzyszyły turniejowi piłkarskiemu i ćwierćfinałowemu spotkaniu Peru – Austria. Mimo że na boisku wyraźnie lepsi byli Peruwiańczycy, to do gier o medale przeszli Austriacy. Lata trzydzieste XX wieku to czas, w którym Peru dysponowało naprawdę utalentowanym piłkarskim pokoleniem. Narodowa reprezentacja wzięła udział w premierowym turnieju o mistrzostwo świata i choć nie wyszła z grupy, to na urugwajskiej publiczności zrobiła spore wrażenie swoimi umiejętnościami. W Berlinie Peruwiańczycy byli jednymi przedstawicielami południowoamerykańskiego futbolu. Dla sporej grupy z nich nie była to jednak pierwsza wizyta w Europie. We wrześniu 1933 r. na europejskie tournée wybrał się zespół określany jako Combinado del Pacífico. Drużyna ta była złożona z graczy klubów Universitario de Deportes, Alianza Lima i Atlético Chalaco z Peru oraz z chilijskiego Colo-Colo. Wielu spośród zawodników miało za sobą występy w narodowych reprezentacjach. W Europie bawili aż do lutego 1934 r. i rozegrali w ciągu tych kilku miesięcy grubo ponad trzydzieści spotkań. Odwiedzili m.in. Irlandię, Szkocję, Anglię, Holandię, Czechosłowację, Niemcy, Francję czy Hiszpanię. Organizacja całej wyprawy pozostawiała wszakże trochę do życzenia i niejednokrotnie zdarzało się, że zawodnicy musieli rozgrywać mecze dzień po dniu. Wyniki były różne, zdarzały się dotkliwe porażki, ale i wysokie zwycięstwa. Ogólnie jednak Peruwiańczycy zostawili po sobie całkiem dobre wrażenie. Najbardziej w pamięć europejskim kibicom zapadły strzeleckie popisy Teodoro Lolo Fernándeza, który według niektórych źródeł miał strzelić podczas całego tournée aż 48 bramek. Obok niego największymi gwiazdami zespołu byli kierujący defensywą jego brat Arturo Fernández, bramkarz Juan Mago Valdivieso i grający w napadzie Alejandro Manguera Villanueva. To oni stanowili trzon peruwiańskiej ekipy na rozgrywanych w 1935 r. mistrzostwach Ameryki Południowej. Turniej zorganizowano w Limie, żeby uczcić w ten sposób 400-lecie miasta. Wzięły w nim udział ledwie cztery ekipy. Oprócz gospodarzy były to Urugwaj, Argentyna i Chile. Ze startu wycofały się wcześniej Brazylia, Boliwia i Paragwaj. Najlepsi okazali się Urugwajczycy, którzy wygrali wszystkie mecze. Druga lokata przypadła Argentynie, a trzecia Peru. Mistrz zyskiwał prawo startu w berlińskich igrzyskach, ale zarówno Urugwaj, jak i Argentyna z powodów ekonomicznych zrezygnowały z udziału w olimpijskim turnieju. Zdecydowano więc, że reprezentantem Ameryki Południowej w Berlinie będzie reprezentacja Peru. W swoim premierowym występie w olimpijskim turnieju Peru mierzyło się z Finlandią. Finowie dysponowali wówczas znakomitymi długodystansowcami, ale w futbolu nie znaczyli zbyt wiele. W grach zespołowych zdecydowanie lepiej czuli się na lodzie niż na trawie. Do ich największych przedwojennych sukcesów można zaliczyć jedynie pojedyncze zwycięstwa nad Danią, Norwegią czy Szwecją. Poza krajami nordyckimi często grali też z Litwą, Łotwą czy Estonią, ale reprezentacje te były wówczas na peryferiach wielkiego europejskiego futbolu. Kilka tygodni przed wyjazdem do Berlina przegrali u siebie z Danią 1:4 i na igrzyska jechali w raczej średnich nastrojach. Peruwiańczycy przystąpili do gry z wielką werwą i wiarą we własne umiejętności. Bardzo szybko wypracowali sobie przewagę i kontrolowali przebieg spotkania. Wynik już w 17. minucie otworzył Lolo Fernández. Dalej źródła różnie podają kolejność strzelców, ale na przerwę Peru schodziło przy prowadzeniu 3:1. W drugiej połowie dorzucili kolejne cztery trafienia, a Finowie myśleli już tylko o tym, żeby sędzia jak najszybciej zakończył to widowisko. Fernández w sumie pięć razy wpisał się na listę strzelców, a kolejne dwa trafienia dołożył Villanueva. Na dziesięć minut przed końcem Finom udało się co prawda strzelić dwa gole, ale tylko zmniejszyli tym rozmiary porażki.

Peru rozbiło Finlandię 7:3 i nie pozostawiło rywalom złudzeń, kto jest lepszy. Narcyz Süssermann, który po wojnie zmieni nazwisko na Tadeusz Maliszewski, chwalił występ Peruwiańczyków, ale jednocześnie współczuł Finom. Fiński związek piłki nożnej miał upierać się przy decyzji o wyjeździe piłkarzy do Berlina, wbrew woli tamtejszego komitetu olimpijskiego. Dziennikarz zauważał też, że piłkarzy Peru nie można lekceważyć. Byli jedynym przedstawicielem swojego kontynentu i zamierzali się naprawdę godnie zaprezentować. Nie wiemy, czy i inni nie odczują na skórze swej lwi pazur Peruwiańczyków, którzy mają widocznie zamiar znów wywalczyć sobie w Europie respekt dla wielkiego kunsztu południowej Ameryki– czytamy w Przeglądzie Sportowym z 8 sierpnia 1936 r. Ich ćwierćfinałowym przeciwnikiem miała być drużyna Austrii. W latach trzydziestych austriacka reprezentacja należała do najsilniejszych na świecie. Grą słynnego Wunderteamu, którym opiekował się znakomity Hugo Meisl, zachwycano się w całej Europie, a sława takich graczy jak Matthias Sindelar czy Josef Bican wykraczała daleko poza granice kraju. Do Berlina jednak wysłano zespół złożony z amatorów, bo już w 1924 r. wprowadzono w austriackim futbolu zawodowstwo. Pierwszym przeciwnikiem, z jakim na igrzyskach mierzyli się austriaccy amatorzy, był zespół Egiptu. Dla Egipcjan była to już druga duża piłkarska impreza w ciągu ostatnich kilku lat. W 1934 r. po łatwych zwycięstwach nad reprezentacją Mandatu Palestyny zakwalifikowali się na mistrzostwa świata we Włoszech jako pierwsza w historii drużyna z Afryki. Na turnieju w rozgrywanym w Neapolu spotkaniu mierzyli się z silną drużyną Węgier. Po pół godziny przegrywali już 0:2, ale jeszcze w pierwszej połowie dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Abdulrahman Fawzi i na przerwę oba zespoły schodziły przy wyniku 2:2. W drugiej części gry Węgrzy zdołali jednak przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Strzelili dwie kolejne bramki i wygrali 4:2. Egipt pozostawił jednak po sobie bardzo dobre wrażenie i pokazał, że afrykańskiego futbolu nie powinno się lekceważyć. 5 sierpnia 1936 r. w składzie Egipcjan na mecz z Austrią było kilku zawodników, którzy pamiętali pojedynek z Węgrami. Brakowało co prawda Fawziego, ale prasa wskazywała właśnie Afrykanów jako faworytów tego starcia. Nieoczekiwanie jednak ambitni Austriacy pokazali się z bardzo dobrej strony i zaskoczyli wszystkich swoją skuteczną grą. Już na początku meczu strzelili dwa gole i mogli kontrolować przebieg spotkania. Po przerwie nie stracili koncentracji i dorzucili jeszcze jedno trafienie po błędzie egipskiego bramkarza, który nie potrafił utrzymać piłki w rękach. Egipt był w stanie odpowiedzieć tylko jednym trafieniem i po porażce 1:3 pożegnał się z turniejem. Skończyła się chwilowo passa niespodzianek. Ostatnią sprawiła Austria, wygrywając wbrew ogólnym oczekiwaniom pewnie z Egiptem 3:1. Amatorzy austriaccy okazali się godnymi nosicielami wielkich tradycyj piłkarskich swego kraju. Zademonstrowali berlińczykom grę nie tylko skuteczną, ale i dobrą. Wykazali, że wbrew panującym tutaj nagminnie pojęciom, wygrać można równie dobrze, mając wszystkich pięciu napastników z przodu i nie ściągając środkowego pomocnika kurczowo do tyłu – oceniał ich grę Narcyz Süssermann na łamach Przeglądu Sportowego z 8 sierpnia 1936 r. Ćwierćfinałowy pojedynek Peru – Austria zaplanowano 8 sierpnia na stadionie berlińskiej Herthy. Peruwiańczycy po pewnym zwycięstwie nad Finlandią w oczach wielu ekspertów stali się jednymi z głównych faworytów do końcowego triumfu. Austria była niedoceniania i traktowana nieco lekceważąco. Mało kto wierzył, że ambitni amatorzy będą w stanie nawiązać równorzędną walkę z południowoamerykańskimi wirtuozami. Jednak ku zaskoczeniu zarówno ekspertów, jak i kibiców, to właśnie Austriacy lepiej zaczęli spotkanie. Grali odważnie i chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. W 23. minucie meczu wyszli na prowadzenie po trafieniu Waltera Werginza. Kilkanaście minut później Juan Valdivieso po raz drugi musiał wyciągać piłkę z siatki. Tym razem pokonał go Klement Steinmetz. Do końca pierwszej połowy pozostawało wtedy osiem minut, ale przez ten czas żadna z ekip nie była w stanie stworzyć zagrożenia pod bramką rywali.

Sytuacja zmieniła się po zmianie stron. Początkowo walka toczyła się w środkowej strefie boiska, ale wkrótce Peruwiańczycy ostro wzięli się za odrabianie strat i na bramkę Austrii sunął atak za atakiem. Nie przynosiło to jednak spodziewanych efektów, bo brakowało skuteczności. Po godzinie gry boisko wskutek urazu musiał opuścić Austriak Adolf Laudon. Gazeta Freie Stimmen pisała później, że wcześniej piłkarz został kopnięty w brzuch. Peru grało więc z przewagą jednego zawodnika i wkrótce tę przewagę udało im się wykorzystać. Na kwadrans przed końcem kontaktowego gola strzelił Jorge Campolo Alcalde. Niektóre źródła jednak, w tym nasz Ilustrowany Kuryer Codzienny, podają, że był to gol samobójczy, który padł w zamieszaniu pod austriacką bramką. Peru poszło za ciosem i już sześć minut później mogło cieszyć się z wyrównania. Po mocnym uderzeniu Lolo Fernándeza piłka odbiła się od poprzeczki, ale w pobliżu był Alejandro Villanueva, który natychmiast skierował futbolówkę do siatki. Mimo zaciekłych ataków Peruwiańczyków wynik 2:2 utrzymał się do końca drugiej połowy i norweski sędzia Thoralf Kristiansen zarządził dogrywkę. W dogrywce na boisku grał już tylko jeden zespół. Peruwiańczycy raz za razem atakowali bramkę rywali. W ciągu 30 minut dodatkowego czasu strzelili aż pięć bramek. Norweski sędzia jednak aż trzech z tych goli nie uznał. Dopiero bramka Villanuevy w 117. minucie dała Peru prowadzenie, a zwycięstwo zostało przypieczętowane trafieniem Fernándeza na minutę przed końcem meczu. Goście z Ameryki Południowej wygrali 4:2 i wydawało się, że mogą się szykować do półfinałowego meczu z Polską. Kierownictwo austriackiej ekipy wystosowało jednak oficjalny protest. Prezydent tamtejszej federacji Richard Eberstaller w złożonym na ręce FIFA piśmie wzywał do unieważnienia wyniku spotkania z powodu niespotykanie brutalnych ekscesów Peruwiańczyków, jak również z uwagi na powtarzające się zakłócanie przebiegu gry przez wtargnięcie publiczności na boisko. W skład Jury d’Appel weszli prezydent FIFA Francuz Jules Rimet, Włoch Giovanni Mauro, Belg Rodolphe William Seeldrayers, Szwed Anton Johanson i Rudolf Pelikán z Czechosłowacji. Warto zauważyć, że w komisji próżno szukać jakiekolwiek przedstawiciela Ameryki Południowej. Nie wiadomo też, czy Peru dostało w ogóle szansę przedstawienia swojego stanowiska. Początkowo nie chciano wierzyć, by nastąpić mogła jakaś rewelacyjna decyzja. Przypuszczano raczej, że utartym zwyczajem protest pójdzie do aktów i mecz zostanie zweryfikowany ściśle według wyniku uzyskanego na boisku. Tymczasem z sali obrad przenikać zaczęły jakieś nieskontrolowane wieści o prawdopodobnej powtórce, przy drzwiach zamkniętych, z dopuszczeniem jedynie oficjelów i prasy. Panowie z FIFA zachowywali tajemnicze milczenie. Późno, bardzo późno ukazał się komunikat potwierdzający pogłoski. W jego pierwszej redakcji nie podano jeszcze motywów tej niezwykłej decyzji, ograniczając się jedynie do zapowiedzi, że zostaną one później ogłoszone. Pojawiły się też one w nocnym biuletynie, w stylizacji przypominającej mocno noty Ligi Narodów ­– relacjonował na łamach Przeglądu Sportowego Narcyz Süssermann. Głównym powodem podjęcia decyzji o powtórzeniu meczu był fakt, że jeden z austriackich zawodników miał zostać poturbowany przez peruwiańskich kibiców, którzy w pewnym momencie wtargnęli na boisku. W oficjalnym raporcie z igrzysk zauważono, że dochodzenie komisji wykazało, że: ,,Istniały czynniki utrudniające normalny przebieg wydarzeń w trakcie meczu i choć nie można zgłaszać zastrzeżeń do strony technicznej, to materialna organizacja turnieju przewidziana przez zwyczajowe przepisy zawiodła z powodu zaistnienia nieprzewidzianych okoliczności, tak więc nie można było zapobiec wtargnięciu widzów na boisko i niemożliwym było też powstrzymanie jednego z tych widzów przed kopnięciem jednego z graczy”. W raporcie odnotowano również, że wydarzenia te spowodowały w austriackiej ekipie spadek energii walki zespołu oraz że takich incydentów nie da się pogodzić z duchem dobrej sportowej rywalizacji. Zaznaczano też, że komisja nie była w stanie jednoznacznie wskazać winnego.

8

9

Wisła z Barçą jak niemal równy z równym:

8 sierpnia 2000 r. na stadionie im. Henryka Reymana, FC Barcelona pokonała Wisłe Kraków 3:4 w ramach 3 rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Blaugrana grała wówczas w czarnych opaskach z powodu śmierci ojca Javiera Savioli. Spotkanie miało bardzo dramatyczny przebieg. Wisła objęła prowadzenie lecz Rivaldo wyrównał w 31 minucie z rzutu karnego po faulu na Kluivercie. Zaledwie 30 sekund później drugiego gola zdobył Grzegorz Pater, ponownie wyprowadzając ,,Białą Gwiazde” na prowadzenie. Radość gospodarzy nie trwała długo. W 34 minucie Rivaldo znów doprowadził do wyrównania. Szaloną pierwszą połowe golem zamknął Tomasz Frankowski. W drugiej części gry mistrzowie Polski opadli jednak z sił i Patrick Kluivert strzelił najpierw gola a następnie wyłożył piłke Rivaldo, który skompletował hattricka i zapewnił Dumie Katalonii zwycięstwo.



@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

8

Wspominamy byłych trenerów Blaugrany:

8 sierpnia 1951 r. urodził się Luis Van Gaal, dwukrotny trener FC Barcelony. W młodości był całkiem niezłym piłkarzem lecz nie przebił się do pierwszej drużyny Ajaxu, gdzie zaczynał jako zawodnik rezerw. Największą karierę zrobił w Sparcie Rotterdam, której barw bronił w latach 1978-86. Kilka lat po zawieszeniu butów na kołku został szkoleniowcem Ajaxu, z którym w latach 1991-97 wygrał aż 11 trofeów, w tym Lige Mistrzów w 1995. Z Amsterdamu trafił na Camp Nou i jego pierwsza przygoda z Dumą Katalonii trwała 3 lata co dało 170 spotkań. Dwa mistrzostwa kraju, Puchar Króla oraz Superpuchar Europy były jednak zbyt słabymi wynikami dla klubu, który chciał błyszczeć w Lidze Mistrzów. Van Gaal odszedł do sztabu reprezentacji Holandii lecz w 2002 r. powrócił do prowadzenia Blaugrany. Tym razem jego przygoda w Katalonii trwała bardzo krótko – został zwolniony po 31 meczach, z których jego zespół przegrał aż 10! Następnie trenował AZ Alkmaar i Bayern Monachium a w 2012 r. ponownie przejął reprezentacje ,,Oranje”.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

7 sierpnia 1900 r. w Krakowie urodził się Leon Sperling, jedna z legend krakowskiej piłki, związany z Jutrzenką (z której się wywodził) oraz Cracovią, w której święcił największe sukcesy. Pomimo drobnej postury i niskiego wzrostu był jednym z najlepszych skrzydłowych w kraju. Wyróżniała go zwinność i spryt. Wielu uważało go za „czarodzieja piłki”, budził podziw olśniewającą techniką, wspaniałym dryblingiem i znakomitymi dośrodkowaniami. Karierę piłkarską zakończył w 1934 r. Po niej zajął się pracą jako urzędnik bankowy. W barwach Cracovii rozegrał 381 meczów, co plasuje go na 10. miejscu wśród piłkarzy z największą liczbą występów. Z drużyną tą zdobył trzy mistrzostwa kraju oraz Puchar Polski. Poza tym regularnie występował również w reprezentacji narodowej, biorąc udział w igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Wystąpił w pierwszym, historycznym meczu naszej reprezentacji. Swojego pierwszego gola zdobył w meczu z Turcją 2 października 1925 r. Ostatni raz nasz kraj reprezentował w 1930 r. w pojedynku ze Szwecją. Wybuch wojny zmusił go do opuszczenia Krakowa z obawy przed holokaustem. Zamieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako trener. Niestety niedługo później naziści przejęli okupowane przez sowietów miasto, a Sperling trafił do getta. Podobnie jak Steuermann i wielu innych piłkarzy żydowskiego pochodzenia wziął udział w wygranym meczu przeciwko drużynie żołnierzy niemieckich, co przypłacił życiem. W Reprezentacji rozegrał 16 meczów, strzelając 2 gole.


@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

11

Wspominamy bo warto!

7 sierpnia 1996 r. Widzew Łódź pokonał u siebie Brøndby IF 2-1 w eliminacjach Ligi Mistrzów. Gole dla gospodarzy zdobyli: Jacek Dembiński 63' i Sławomir Majak 73’. W czasach, w których drzwi do europejskiej elity dla mistrza Polski otwierały się już po pokonaniu jednego rywala, los przydzielił Widzewowi w eliminacjach ekipę Brøndby. W powszechnej opinii był to rywal w zasięgu ambitnie grających piłkarzy Franciszka Smudy, którzy po tytuł w kraju sięgnęli nie ponosząc choćby jednej porażki. Przed rewanżem na terenie rywala udało się co prawda wypracować niewielką przewagę, ale kibice czerwono-biało-czerwonych żałowali, że ich drużyna nie utrzymała dwubramkowej zaliczki. Wynik 2:1 sprawiał jednak, że dwa tygodnie później w Danii można było się spodziewać wielkich emocji…



@Arkon
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj

8

Charyzmatyczny kapitan:

7 sierpnia 2003 r. Carles Puyol przemówił: ,,Jeżeli to ma pomóc, odejde”. W 2003 r. Duma Katalonii znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Nowe władze wykazały że klub posiada rekordowy deficyt(164 miliony euro) oraz dług(218 milionów). Jednym z powodów tak fatalnych wyników były niespodziewane wydatki- wypożyczenia Mendiety i Sorina, zwolnienie Van Gaala i zatrudnienie Anticia, które w sumie złożyły się na kwote 27 milionów euro. Manchester United znając problemy finansowe Katalończyków, złożył oficjalne zapytanie w sprawie Puyola. Obrońca w wywiadzie zgodził się na ewentualny transfer gdyby wymagała tego sytuacja: ,,Jeżeli ktoś się po mnie zgłosi i Barça zaakceptuje te ofertę, to zgodzę się na transfer. Nie pójdę jednak do władz i nie powiem że chce odejść. Chciałbym wygrać jakiś tytuł, jestem to winny kibicom”- oznajmił popularny ,,Tarzan”. Na szczęście działacze postawili na cięcie kosztów w innych miejscach. Puyol został w Blaugranie aż do zakończenia swojej kariery. Niewiele brakowało a Joanowi Gaspartowi, który mocno zadłużył klub, zawdzięczalibyśmy sprzedaż ,,Tarzana”…



@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360
@Arkon

1

@kanver_ No zgadza się. Właśnie sobie odświerzyłem. Taki gol w stylu Bayernu Monachium. Tylko ten jego kontrakt z Barcą... zdecydowanie za długi...

12

Pamiętamy?

Dokładnie 2 lata temu(8.08.2022) Robert Lewandowski strzelił swojego debiutanckiego gola w barwach ,,Blaugrana” i to już w 3 minucie. Miało to miejsce na Camp Nou w meczu o Puchar Gampera, w którym FC Barcelona pokonała meksykański Pumas UNAM aż 6:0!


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

5

@FCBparasiempre
Mário Coluna. To on zaopiekował się młodym Eusébio, kiedy ten trafił do Europy, a dzięki swoim umiejętnościom świetnie dyrygował grą partnerów zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Był jednym z najlepszych pomocników swoich czasów. Położona przy południowo-wschodnim wybrzeżu Afryki wyspa Inhaca (port. Ihla da Inhaca) po raz pierwszy w świadomości Europejczyków zaistniała w połowie XV w. Wtedy to portugalski kupiec Lourenço Marques penetrował tereny przy ujściu rzeki Maputo, gdzie dziś leży stolica Mozambiku o tej samej nazwie. Niedługo później powstała w tym miejscu osada, którą na cześć kupca nazwano jego imieniem, podobnie jak zatokę, nad którą leżała. Po drugiej stronie tej niewielkiej zatoki położona jest właśnie wspomniana wyspa, która swoją nazwę zawdzięcza z kolei wodzowi ludu Tsonga o imieniu Nhaca. Nie wchodząc w historyczne szczegóły, przez kolejne lata na okolicznych terenach kwitł handel niewolnikami i kością słoniową, a pod koniec XIX w. na wyspie zbudowano latarnię morską. Od początku XX stulecia w portugalskich posiadłościach w Afryce nasilał się proces systematycznego ograniczania praw tubylców i ich marginalizacja na rzecz Portugalczyków. W końcu w 1930 r. wszedł w życie Akt kolonialny, który przekształcił tereny dzisiejszego Mozambiku w posiadłość zarządzaną przez metropolię (tak określano centralne terytorium imperium kolonialnego). Pięć lat po tym wydarzeniu na świat przyszedł Mário Esteves Coluna. Urodził się 6 sierpnia 1935 r. właśnie na wyspie Inhaca w osadzie o tej samej nazwie. Pochodził z mieszanej rodziny. Jego ojciec José Maria Coluna był Portugalczykiem i pochodził z regionu Beira w centralnej Portugalii a matka Lúcia Chibure wywodziła się z okolic miasta Machanga w środkowym Mozambiku. Mały Mário od najmłodszych lat z upodobaniem spędzał czas na aktywności fizycznej. Już jako dziecko potrafił wspinać się na drzewa mango i nerkowca, nie robiąc sobie przy tym nic z zakazów rodziców. Dorastał w bardzo skromnych warunkach na przedmieściach Lourenço Marques w dzielnicy Alto Maé. W tej samej okolicy wychowywali się także Hilário da Conceição i Vicente Lucas, którzy będą ważnymi częściami portugalskiej reprezentacji w 1966 r., a także znakomity Matateu (prywatnie brat Vicente Lucasa), który przecierał szlaki mozambijskim piłkarzom w Portugalii na początku lat 50. Mimo że dorastał w biedzie, to rodzice zadbali o to, żeby zaszczepić w nim odpowiednie wartości. Jako nastolatek Mário był dość grzeczny i zdyscyplinowany, potrafił się ładnie wypowiadać i szybko nauczył się czytać, co nie było wówczas tak oczywiste, jak dzisiaj. Wcześnie też musiał zacząć pracować, żeby pomóc rodzinie.

Nie zapominał przy tym jednak o sporcie. Bardzo dobrze radził sobie w boksie, a kiedy zainteresował się lekkoatletyką, nie potrzebował wiele czasu, żeby pobić rekord kraju w skoku wzwyż. Wynik 1,82 m pozwalał nawet marzyć o występie na igrzyskach olimpijskich (w Helsinkach w 1952 r. rezultat ten dałby mu miejsce pod koniec drugiej dziesiątki). Na szczęście dla całego piłkarskiego świata bardzo dobrze czuł się też na boisku, kopiąc piłkę. To w futbolu właśnie dostrzegł szansę wyrwania się z biedy i marazmu i postanowił ją wykorzystać. Porzucił marzenia o zawodzie mechanika samochodowego i coraz bardziej skupiał się na futbolu. Początkowo grywał w małych klubach, takich jak Clube Desportivo João Albasini i Clube Ferroviário de Lourenço Marques. Jednym z największych klubów w stolicy kolonii był założony w 1921 r. Grupo Desportivo de Lourenço Marques. Z uwagi na rasowe uprzedzenia dla Coluny drzwi tego klubu były przez pewien czas zamknięte. Nie pomógł w tym nawet fakt, że w zakładaniu klubu pomagał jego ojciec, który zaliczył w zespole nawet epizod jako bramkarz. Dopiero kiedy Mário udowodnił swoją wartość, grając dla Ferroviário, sytuacja uległa zmianie. Lokalny potentat nie mógł sobie pozwolić na stratę utalentowanego nastolatka i w 1951 r. Coluna został zawodnikiem Grupo Desportivo. Na starcie swojego pobytu w klubie próbował swoich sił również jako koszykarz. Na parkiecie umiejętności wystarczało mu jednak tylko na występy w drużynie rezerw, więc wkrótce w całości poświęcił się piłce nożnej. Szybko wywalczył sobie miejsce w składzie i dał się poznać jako bardzo skuteczny napastnik. W Portugalskiej Afryce Wschodniej, którą od 1952 r. przemianowano na Mozambik, nie było wówczas ogólnokrajowej ligi. Kluby piłkarskie rywalizowały w rozgrywkach lokalnych. Najwyższy poziom sportowy był naturalnie w rejonie stolicy i to właśnie w mistrzostwach dystryktu Lourenço Marques zaczynała błyszczeć gwiazda Coluny. Ferroviário trzykrotnie z rzędu zdobywało tytuł mistrzowski w latach 1949-51, ale kiedy Coluna przeniósł się do Grupo Desportivo, to w 1952 r. ta drużyna mogła cieszyć się z triumfu. Nasz bohater miał wówczas ledwie 17 lat, ale z roku na roku wchodził na coraz wyższy poziom. O jego talencie i umiejętnościach robiło się coraz głośniej i kwestią czasu było, aż zwróci na siebie uwagę klubów z Portugalii.

Zanim jednak trafił do Europy, zdążył się dać we znaki sąsiadom z południa. Sukces, jakim dla Grupo Desportivo była wygrana w lokalnych rozgrywkach, a także stabilna i dobra forma całego zespołu nie pozostały niezauważone. Pewnego dnia do klubu wpłynęła propozycja rozegrania towarzyskiego spotkania w Związku Południowej Afryki. Niestety z uwagi na fakt, że w tym ówczesnym brytyjskim dominium nasilała się w tamtych latach polityka apartheidu, Coluna jako ciemnoskóry nie mógł wziąć udziału w tym meczu. Mozambijski klub złożony w całości z białych graczy przegrał tamto spotkanie 1:2. Jednak w rewanżu, który odbył się w Lourenço Marques, nic nie stało na przeszkodzie, żeby Coluna wystąpił od pierwszych minut. Gospodarze roznieśli w pył zawodników ze Związku Południowej Afryki, wygrywając aż 7:0. Zaledwie 17-letni Mário dał tamtego dnia prawdziwy popis swoich strzeleckich umiejętności, stając się autorem wszystkich siedmiu trafień. Nastoletni Coluna miał już wówczas w Mozambiku status gwiazdy. Mimo młodego wieku imponował przeglądem pola i zaczynał wykazywać coraz więcej cech przywódczych. Aktywność ruchowa od najmłodszych lat w późniejszym wieku zaowocowała znakomitym przygotowaniem fizycznym. Do tego trzeba doliczyć skuteczność pod bramką rywali, a także ogromną ambicję i zaangażowanie w grę. Wkrótce największe portugalskie kluby rozpoczęły między sobą wyścig o pozyskanie wielce utalentowanego młodzieńca. Jako pierwsi do konkretów przeszli działacze FC Porto, ale spotkali się z odmową. Niepowodzeniem zakończyła się też próba pozyskania Coluny przez Sporting, który podwoił złożoną przez Smoki ofertę. Grupo Desportivo de Lourenço Marques było satelickim klubem Benfiki i ojciec Mário cierpliwie i z nadzieją czekał na ruch przedstawicieli Orłów. Dopiero kiedy ci złożyli ofertę, Coluna otrzymał zgodę na odejście z klubu. Do Lizbony przeniósł się w 1954 r. Miał wówczas 19 lat i z optymizmem zapatrywał się na swoją przyszłość w zespole. Benfica wkraczała wówczas w swój najlepszy w historii okres. W 1952 r. prezydentem klubu został Joaquim Ferreira Bogalho, który miał ambicję zbudować prawdziwie profesjonalny klub. W tym celu podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Prace przy budowie oficjalnie rozpoczęto 14 czerwca 1953 r., a już 1 grudnia 1954 r. (w dniu narodowego święta) nowo wybudowane Estádio da Luz było areną prestiżowego pojedynku z FC Porto. Do dyspozycji graczy oddano także nowe centrum treningowe, które określano mianem Lar do Jogador (w dosłownym tłumaczeniu „dom graczy”). W tym samym czasie, co Coluna, do klubu dołączyli też ściągnięty z Ferroviário bramkarz Alberto da Costa Pereira i mający za sobą pracę w Vasco da Gama brazylijski trener Otto Glória. Benfica stanie się dla Coluny domem na kolejne kilkanaście lat, ale początki pobytu w Europie wcale nie były dla młodego zawodnika łatwe. Po trwającej 34 godziny podróży z Mozambiku został tymczasowo zakwaterowany w ośrodku treningowym, gdyż klub nie zdążył mu jeszcze zorganizować stałego lokum w Lizbonie. Musiał też szybko przystosować się do europejskiego, wielkomiejskiego życia, co w nowym otoczeniu z pewnością nie było łatwe. Samo wejście do drużyny też nie było dla urodzonego w Mozambiku piłkarza łatwe. Pierwszy raz czerwoną koszulkę Benfiki założył w sparingowym starciu z FC Porto. Debiut ligowy z kolei zaliczył w wygranym 5:0 meczu z Vitórią Setúbal. Od razu przy tym zabrał się za przekonywanie do siebie kibiców, strzelając dwie bramki. Brazylijski szkoleniowiec Otto Glória miał zamiar grać popularnym wówczas w swojej ojczyźnie ustawieniem 4-2-4. W Benfice stosował je jednak dość elastycznie, uwzględniając przy tym klasę rywala i umiejętności własnych podopiecznych. Mimo że Coluna przyjechał do Lizbony z etykietą skutecznego snajpera, to trener potrzebował trochę czasu, żeby znaleźć mu miejsce na boisku. W ataku niepodważalną pozycję miał wówczas pochodzący z Angoli José Águas. Coluna początkowo był ustawiany obok niego, potem został przesunięty bliżej lewej strony, ale swoją postawą na boisku nie do końca potrafił przekonać do siebie sztab szkoleniowy. Nie był pierwszym wyborem brazylijskiego trenera i nie zawsze pojawiał się na murawie. Co zrozumiałe, samemu piłkarzowi rola rezerwowego też nie odpowiadała i w tym trudnym dla siebie czasie przez moment nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Na szczęście Glória postanowił spróbować przesunąć go bliżej środka boiska. Dostrzegł w nim naturalne predyspozycje do roli rozgrywającego. Widział, że młokos ma bardzo dobry przegląd pola i dobrze potrafi obsłużyć podaniem kolegów, więc zaryzykował. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę i przez kolejne lata Coluna dzielił i rządził w środku pola Benfiki. Dzięki swojej sile, umiejętnościom technicznym a przede wszystkim dzięki wizji gry bardzo szybko stał się jednym z kluczowych graczy lizbońskiej drużyny. Mimo trudnych początków swój debiutancki sezon w stolicy Portugalii zakończył z 14 golami na koncie, pokazując, że potrafi też bardzo dobrze uderzyć z dystansu. Miał w ten sposób swój niemały udział w zdobycie przez klub mistrzostwa kraju i przerwaniu tym samym czteroletniej dominacji Sportingu. Co ciekawe losy tytułu ważyły się do ostatniej kolejki. Benfica swój mecz wygrała, ale to wcale nie gwarantowało jej jeszcze mistrzostwa. Kluczowy był wynik meczu pomiędzy Sportingiem a trzecim wielkim klubem z Lizbony, czyli Belenenses. To ta ekipa, w której grał świetny Mateteu, miała tytuł na wyciągnięcie ręki. Prowadzili 2:1 i już powoli szykowali się do świętowania, ale stracona bramka w samej końcówce przekreśliła marzenia o sukcesie i ze swojego ósmego mistrzostwa w historii mogła cieszyć się ekipa Águias.

W kolejnym sezonie wystartowała inauguracyjna edycja Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Mimo że Benfica była mistrzem Portugalii, to francuski magazyn piłkarski L’Equipe do udziału zaprosił Sporting, który cieszył się wówczas w Europie większym uznaniem. Na swój debiut na europejskich salonach Coluna musiał więc jeszcze poczekać. Ta nadarzyła się w sezonie 1957/58. Po zdobyciu kolejnego mistrzostwa w 1957 r. Benfica na starcie Pucharu Mistrzów trafiła na hiszpańską Sevillę. Debiut nie okazał się jednak udany. Porażka 1:3 na wyjeździe i bezbramkowy remis u siebie oznaczały koniec przygody z pucharami. Jesienne niepowodzenie nie oznaczało, że Coluna z kolegami są za słabi na rywalizację z najlepszymi. W lipcu tego samego roku z dobrej strony pokazali się w Pucharze Łacińskim. W półfinale pokonali francuskie AS Saint-Étienne, a w finałowym pojedynku okazali się tylko minimalnie gorsi od wielkiego wówczas Realu Madryt, przegrywając 0:1. Swoją klasę potwierdzali też na krajowym podwórku. Oprócz dwóch tytułów w 1955 i 1957 r. dorzucili w tych samych latach po Pucharze Portugalii. W 1959 r. Coluna po raz trzeci w karierze mógł wznieść to trofeum. Tym razem dubletu nie udało się ustrzelić, gdyż w ligowej tabeli Benfikę dzięki lepszej różnicy bramek wyprzedziło FC Porto. Po tamtym sezonie z klubem pożegnał się Otto Glória, który przeniósł się do Belenenses. Miesiąc po jego odejściu w klubie zjawił się inny wielki trener z wizją, pod którego wodzą Benfica osiągnęła największe sukcesy w historii. Tym kimś był oczywiście Béla Guttmann. Węgierski szkoleniowiec już w pierwszym roku swojego pobytu w klubie doprowadził zespół do mistrzostwa (dla niego osobiście było to drugie mistrzostwo z rzędu, bo to on był trenerem FC Porto, które rok wcześniej sprzątnęło Benfice tytuł sprzed nosa). Dzięki temu dla Coluny i kolegów stworzyła się kolejna szansa pokazania się w Europie. Guttmann wiedział jednak, że jeśli jego podopieczni mają osiągnąć sukces, to muszą na bok odłożyć swoje indywidualne zapędy i stworzyć drużynę, gdzie na pierwszym miejscu będzie dobro wspólne całego zespołu. ,,Jesienią 1960, Benfica była już inną drużyną niż w czasie debiutu w europejskich rozgrywkach pucharowych. Lepszą, rozumiejącą zasady nowoczesnego futbolu, pełną ambicji odegrania niepośledniej roli”– pisał o przemianie lizbońskiej ekipy Janusz Dobrzyński. Coluna był jednym z kluczowych elementów układanki węgierskiego szkoleniowca i jednym z tych piłkarzy, od których Guttmann rozpoczynał ustalanie składu. Pierwszym rywalem po powrocie na europejskie salony było szkockie Heart of Midlothian. Portugalska ekipa nie miała z przeciwnikami większych kłopotów i pewnie wygrała oba mecze. Następni w kolejce czekali już Węgrzy z Újpesti Dózsa. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego, która z drużyn jest lepsza, to zostały one rozwiane po pierwszym starciu na Estadio da Luz. Benfica rozbiła mistrzów Węgier aż 6:2, a tym, który rozpoczął kanonadę, był nie kto inny, jak Coluna. Wobec tak wysokiej wygranej rewanż był już tylko formalnością i Benfica zameldowała się w ćwierćfinale. Tutaj czekało ich starcie z duńskim AGF. Amatorzy z Aarhus nie byli jednak w stanie nawiązać równorzędnej walki z maszyną z Lizbony i w dwumeczu przegrali 2:7. Na drodze do wielkiego finału stał jeszcze wiedeński Rapid. Austriacka ekipa również musiała w Lizbonie przełknąć gorycz porażki i przegrała 0:3. Coluna znowu był tym, który otwierał wynik spotkania. W rewanżu długo utrzymywał się korzystny dla lizbończyków remis 1:1. Bardzo nie podobało się to wiedeńskiej publiczności, która na parę minut przed końcem wszczęła burdy, w wyniku których poszkodowane zostały aż 63 osoby. Parę dni po meczu UEFA zweryfikowała jego wynik jako walkower dla Benfiki. W ten sposób Portugalczycy znaleźli się w wielkim finale, gdzie naprzeciw im stanęła FC Barcelona. Katalońska drużyna w pokonanym polu zostawiła m.in. Real Madryt i HSV z Uwe Seelerem w składzie. W rozgrywanym na berneńskim stadionie Wankdorf finale to właśnie Blaugrana jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Cieszyła się z niego tylko 10 minut. Po tym czasie Benfica wyrównała, a chwilę później wyszła na prowadzenie. Raz jeszcze zacytujmy tutaj Janusza Dobrzyńskiego: ,,Defensorzy Benfiki doskonale kryli groźnych napastników katalońskich, utrudniając im budowanie akcji. Atak portugalski umiejętnie rozciągał grę, wykorzystując swoich szybkich skrzydłowych. Benfica być może miała trochę szczęście przed przerwą, gdy słońce świeciło w oczy Antonia Ramalletsa, który oślepiony jego promieniami najpierw przepuścił strzał José Aguasa a w minutę później chyba sam wepchnął piłkę do siatki po płaskim dośrodkowaniu Joaquima Santany(niektóre źródła podają tu Aguasa). Po przerwie znakomity Mário Coluna podwyższył na 3:1 wspaniałym strzałem z 18 metrów, oddanym w pełnym biegu w lewy róg bramki. Sytuacji nie była już w stanie zmienić bramka zdobyta dla Barçy przez drugiego Węgra w drużynie– Zoltana Czibora, choć należy zaznaczyć, że wcześniej dwa razy poprzeczka i tyleż raz słupki uchroniły portugalczyków od utarty gola. Puchar dla Benfiki, drugiego zespołu na honorowej liście zdobywców PEMK.

Prasa pisała o piłkarskim cudzie na Tagiem i że Benfica upaja jak porto. Portugalczycy o grze swoich ulubieńców potrafili mówić godzinami i był to główny temat rozmów w kawiarniach, restauracjach i tramwajach. W Bernie narodziła się wówczas wielka europejska drużyna. W klubie był już wówczas pewien młody, niesamowicie zdolny młodzieniec. Żeby dołączyć do drużyny, musiał pokonać równie długą drogę, co Coluna. W podróż do Lizbony wyruszał podobnie jak jego starszy kolega, z dalekiego Mozambiku. Jego matka, bojąc się zagrożeń, jakie mogą na niego czyhać w wielkomiejskim świecie, przed wyjazdem włożyła mu do kieszeni list, którego adresatem był Mário Coluna. Kobieta prosiła w nim, żeby starszy i bardziej doświadczony piłkarz zaopiekował się jej synem i wziął go pod swoje skrzydła. Jako że obie rodziny znały się jeszcze z czasów, kiedy Mário mieszkał w Lourenço Marques, to Coluna nie wahał się ani chwili i spełnił prośbę kobiety, którą była Elisa Anissabeni. Owym młodzieńcem, dla którego Coluna stał się starszym bratem i dobrym wujkiem w jednej osobie, był Eusébio da Silva Ferreira. Obaj panowie bardzo szybko znaleźli ze sobą wspólny język i już rok po wygranej w Bernie poprowadzili Benfikę do drugiego Pucharu Europy z rzędu.

6

Wybitne legendy futbolu:

W sukcesach portugalskiego futbolu lat 60-tych wielki udział miało dwóch zawodników pochodzących z dzisiejszego Mozambiku. Tym, który pierwszy przychodzi na myśl, jest oczywiście król strzelców mistrzostw świata z 1966 r., czyli znakomity Eusébio. Równie wielki wpływ na grę reprezentacji i Benfiki miał też jego starszy kolega, którym był operujący w środku pola…(o kim mowa? tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz)


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

7

Czy wiemy(pamiętamy) że:

6 sierpnia 2003 r. Wisła Kraków zremisowała z Omonią Nikozja 2:2 w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Wyspa Afrodyty przywitała piłkarzy Wisły upalną pogodą. Gorąco było jednak nie tylko w powietrzu, ale również podczas rewanżowego meczu w Nikozji. Głośno dopingowani przez fanatycznych kibiców gracze Omonii nie zamierzali tanio sprzedać skóry i od początku spotkania rzucili się na przybyszów z Krakowa. Szybko zostali skarceni za sprawą Macieja Żurawskiego, ale potem wiślacy musieli się sporo napocić, aby nie przegrać. Gospodarze mieli ułatwione zadanie, bowiem od 25. minuty krakowianie grali w dziesiątkę – dwie żółte kartki obejrzał Maciej Stolarczyk i musiał opuścić boisko. Ostatecznie z trudnego terenu „Biała Gwiazda” wróciła z remisem i awansem do 3. rundy eliminacji Ligi Mistrzów, w której czekał już belgijski Anderlecht. ,, Zasłużenie awansowaliśmy, a mecz mógł się podobać. Czerwona kartka dla Stolarczyka wymusiła pewne zmiany w taktyce, ale czasami trzeba improwizować i zawodnicy wywiązali się ze swoich obowiązków. Czy się bałem, gdy Omonia prowadziła 2:1? Nie, bo w futbolu nie boję się niczego. Boję się tylko własnej żony”- tak wypowiedział się na pomeczowej konferencji trener Henryk Kasperczak.



@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

12

O takiej zbrodni prawdziwi cules nigdy nie zapomną:

6 sierpnia 1936 r. zamordowany został 28 w historii prezydent FC Barcelony- Josep Sunyol. Prezydent Barçy podróżował do Madrytu wraz z sekretarzem dyrektora generalnego ds. publicznych, milicjantem oraz szoferem. Według relacji miał przy sobie listy do ważnych działaczy politycznych i 25 tysięcy peset przeznaczone na transfer zawodników z Oviedo. Szofer pomylił droge i samochód znalazł się na drodze kontrolowanej przez wrogie frakcje. Podczas rutynowej kontroli na drodze w okolicach Sierra de Guadarrama, Sunyol postanowił rozprostować nogi i wyszedł z auta krzycząc: ,,Niech żyje republika!”. Kiedy odkryto że jest prezydentem FC Barcelony i republikaninem, rozstrzelano go na miejscu wraz z pozostałymi pasażerami auta. Wiadomość dotarła do Barcelony dopiero po tygodniu.

Szerzej o tym wydarzeniu opisuje choćby pani Julia Cicha: https://www.fcbarca.com/94186-josep-sunyol-prezydent-fc-barcelony-zamordowany-w-trakcie-hiszpanskiej-wojny-domowej.html



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

0

@Lionel_Messi10 No to zobaczymy, gdyż jego skuteczność ostatnio mocno spadła.
Asyst nie biore pod uwage bo jest napastnikiem, no chyba że będzie grał ofensywnego, tak jak u Pepito...

0

@Lionel_Messi10 Wiem, wiem! Ale z Alvarezem to nie przesadzaj. Julian jako piłkarz jest dobry ale biorąc pod uwage jego pozycje, czyli napastnik, to ostatnio wygląda to źle, dlatego porównałem jego skuteczność(a nie jakość) do Ferrana Torresa. Alvarez nie strzelił żadnego gola na Olimpiadzie, na Copa America bodaj tylko z Kanadą a przecież napastnika rozlicza się wyłącznie ze strzelanych goli...

0

@Lionel_Messi10 Już nie przesadzaj z tymi dwoma półkami! Dwie półki wyżej to co najwyżej może być Messi ale nie Alvarez. No ale ponoć każdy może wyrazić swoją opinie...

1

@SeWo77 Dobrze wiedzieć, dzięki ci za informacje :)

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

5 sierpnia 1941 r. urodził się Jan Gomola. Od początku wiedział, że chce być bramkarzem. Wzorował się na starszym bracie, który też grał na tej pozycji. Pochodził z biednej rodziny, więc ojciec wolał, żeby syn zdobył jakiś konkretny zawód, zamiast uganiać się za piłką. Kiedy jednak Gomola zaczął występować w Górniku, ojciec przepraszał go, że na początku jego przygody z piłką trochę mu przeszkadzał. Zanim został zawodnikiem zabrzańskiego klubu, występował w Kuźni Ustroń. Kiedy miał 18 lat, zwrócił na siebie uwagę trenera Augustyna Dziwisza ale do transferu jednak nie doszło. Do Górnika trafił dopiero kilka lat później. Wcześniej grał na wypożyczeniu w Unii Racibórz, która szukała następcy Huberta Kostki. Dla chłopaka był to jednak stracony okres, bo okręg śląski nie chciał dać mu zwolnienia na stałe do okręgu opolskie, pod który podlegała Unia. Chciały go jeszcze u siebie Szombierki, ale ostatecznie wrócił do Ustronia. W listopadzie 1964 r. przypomniał sobie o nim Górnik. Zaproszono go na testy i przysłano po niego samochód. Dzięki swojemu zaangażowaniu i umiejętnościom zaprezentował się najlepiej spośród ośmiu testowanych bramkarzy. Rodzina była zachwycona, bo za przejście Janka dostała pralkę Franię. Przez cały okres pobytu w Górniku zawzięcie rywalizowali o miejsce między słupkami z Hubertem Kostką. Raz bronił jeden, raz drugi. Każdy z nich byłby niekwestionowanym numerem jeden w każdym polskim klubie. Rywalizacja między nimi była ostra, ale uczciwa. Jan Banaś wspominał, że Gomola był strasznie ambitnym człowiekiem i pracował dwa razy więcej od Kostki. Jego rozgrzewka często była bardziej intensywna niż cały trening innego bramkarza. Gomola bronił bardzo odważnie, często wręcz brawurowo. W wyjazdowym meczu z LASK Linz po zderzeniu z rozpędzonym napastnikiem stracił przytomność na kilka minut. Na szczęście akurat wtedy z zespołem po raz pierwszy był lekarz i po chwili Gomola mógł kontynuować grę. Innym razem w meczu Pucharu Europy z Olympique Marsylia obrońca rywali trafił go kolanem w kark. Ból promieniował na całe ciało, ale bramkarz nie miał zamiaru się poddać. Mimo ostrzeliwania jego bramki dotrwał do końca, a zespół zremisował 1:1. Po pomeczowych badaniach okazało się, że Gomola ma pęknięty kręg szyjny. Miał ogromnego pecha, bo Kazimierz Górski chciał mu dać szansę występu z RFN w ramach eliminacji mistrzostw Europy, ale kontuzja pokrzyżowała te plany. Znakomicie grał na przedpolu i bardzo dobrze piąstkował, co podpatrywał u Lwa Jaszyna. W Górniku spędził 10 sezonów i wystąpił w 117 ligowych spotkaniach. Pięć razy był mistrzem Polski (1965, 1966, 1967, 1971 i 1972) i cztery razy zdobywał puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971). W reprezentacji zagrał po raz pierwszy 18 maja 1966 r. w meczu ze Szwecją we Wrocławiu (1:1). Ogółem zaliczył tylko siedem występów. Po odejściu z Górnika jako pierwszy Polak występował w klubach meksykańskich.



@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

7

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

5 sierpnia 1910 r. urodził się argentyński środkowy napastnik Herminio Masantonio. Większość kariery spędził w barwach Huracánu, grał w tym klubie w latach 1931–1943 oraz w 1945. Już w debiucie ligowym przeciwko Quilmes strzelił 4 gole! Łącznie w Argentyńskiej Primera Division uzyskał 256 goli, co daje mu trzecie miejsce na liście najskuteczniejszych zawodników ligi argentyńskiej (za Arsenio Erico i Angelem Labruną). W reprezentacji Argentyny grał w latach 1935–1942, gdzie rozegrał 19 spotkań strzelając 21 goli! Ponadto dwukrotnie zdobywał tytuł króla strzelców Copa America(1935 i 1942), odpowiednio z 4 i 7 golami. Herminio jak czołg wchodził w każdą obrone, chociaż ten czołg nie był pozbawiony swoistej elegancji. Trafiał z potworną siłą, nawet z 40 metrów. Mocniej robił to tylko bodaj Bernabe Ferreyra. Co ciekawe rzuty wolne bił wyłącznie prawą nogą, podczas gdy piłke w ruchu uderzał raczej lewą. Uwaga! 11 listopada 1937 roku w meczu Argentyny z Urugwajem w ramach Pucharu Liptona, Herminio Masantonio strzelił gola w 23. sekundzie meczu. Jest to absolutny rekord Albicelestes.



@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11

11

Czy wiecie że:

5 sierpnia 2007 r. w meczu o Tarczę Wspólnoty mistrz Anglii z poprzedniego sezonu Manchester United pokonał po rzutach karnych zdobywcę Pucharu Anglii Chelsea Londyn 3-0(po 90 minutach gry było 1-1) Gole zdobyli: Ryan Giggs 35' oraz Florent Malouda 45'. Mecz rozegrano na nowo wybudowanym stadionie Wembley.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

8

Cóż za historia!

5 sierpnia 1988 r. wyszło na jaw że Jose Alexanco siedzi w więzieniu! Po 48 godzinach od zatrzymania klub przyznał iż obrońca FCB został zatrzymany w Holandii w trakcie okresu przygotowawczego. O napaść oskarżyła go pracownica hotelu, w którym zatrzymała się Barça. Po 5 dniach Alexanco został wypuszczony wskutek braku dowodów. ,,Mój wyrok zaczyna się dopiero teraz”- narzekał Bask, wychodząc z sądu w towarzystwie żony. Cruyff postanowił wówczas nie karać zawodnika odnosząc się słowami: ,,Uważam że brakowało dyscypliny w klubie. Myślę że 5 dni za kratkami jest wystarczającą karą”.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson

6

@FCBparasiempre
Ojcem piłki nożnej w Argentynie okazał się Alexander Watson Hutton, osierocony przez oboje rodziców zanim skończył 5 lat. Wychowywany przez babke ze strony matki trafił później do ,,Daniel Stewart Hospital School” w Edynburgu. Watson Hutton był zapalonym piłkarzem. W 1880 r. zaproponowano mu prace w ,,St Andrew’s Scots School” w Buenos Aires. Rok później ukończył z bardzo dobrym wynikiem filozofie na uniwersytecie w Edynburgu i wypłynął z Liverpoolu aby objąć nową posade, choć do Argentyny przybył dopiero 25 lutego 1882 r. Piłka nożna była zaś dla niego czymś dużo ważniejszym niż sport. Być może ze względu na to że dwóch jego braci zmarło na gruźlice uważał że dzięki niej może poprawić swoją kondycje a innymi słowy: przedłużyć życie. Mało kto ze społeczności wygnańców mógłby się z tym nie zgodzić ale większość wolała jednak rugby. Jeden z artykułów w ,,Heraldzie” określał nawet futbol lekceważącym mianem ,,zwierzęcej gry”. Zarząd szkoły ,,St Andrew’s” także był sceptyczny i różnica zdań na tle liczby godzin poświęconych piłce nożnej w programie nauczania a także niezgoda na budowę sali gimnastycznej i powiększenie boiska sprawiły że Watson Hutton stracił w końcu cierpliwość i zrezygnował z posady. Człowiek mniej zdeterminowany pogrążyłby się pewnie w żalu i poczuciu krzywdy a może nawet rozważał powrót do kraju ale Watson Hutton był wierny swojej drodze. Założył English High School, która rozpoczęła działalność drugiego lutego 1884 roku. Dwa lata później, z piłką na czołowym miejscu w programie nauczania, szkoła miała 50 uczniów w internacie oraz 500 dochodzących na lekcje i musiała się przeprowadzać w poszukiwaniu większej powierzchni a że brytyjskie szkoły przyjmowały nie tylko członków rodzin przybyszów z ojczyzny ale także dzieci argentyńskiej elity, piłka nożna zaczęła się rozprzestrzeniać wśród lokalnej społeczności. Edynburskie korzenie Watsona Huttona pozostały dla nich najważniejsze także w Buenos Aires. W marcu 1855 roku poślubił Margaret Budget w kościele prezbiteriańskim Świętego Andrzeja. Rok później urodziło się pierwsze z ich trójki dzieci Arnold, który również będzie miał ważną rolę do odegrania we wczesnych latach rozwoju argentyńskiej piłki. W lipcu 1886 r. z kolei na scenie pojawił się inny stary znajomy William Waters, syn gospodyni Watsona Huttona z Edynburga, który przybył do Buenos Aires aby podjąć pracę w ,,English High School” i przywiózł ze sobą worek skórzanych piłek. Legenda głosi że sflaczałe futbolówki zdumiały celników w porcie, którzy z początku sądzili że mają do czynienia z bukłakami na wino albo czapkami ze skóry aż w końcu opisali je jako,, rzeczy dla zwariowanych Anglików". W przyszłości Waters stanie się wziętym importerem sprzętu sportowego do Ameryki Południowej ale pierwsze sukcesy odnosił na boisku. Gdy tylko Watson Hutton umieścił futbol w centrum programu nauczania ,,English High School”, inne szkoły poszły za jego przykładem a równocześnie do Argentyny zaczęli napływać zaznajomieni już z grą robotnicy kolejowi z Wielkiej Brytanii. Spotkanie starych Mistrzów i niedawno nawróconych przyniosło znakomite efekty i nowa dyscyplina rozwijała się błyskawicznie. Już w 1888 roku Argentyna miała pierwszą okazję do oglądania piłki w wydaniu międzynarodowym. Z okazji urodzin królowej Wiktorii reprezentacja brytyjskiej społeczności z Buenos Aires rozegrała mecz z Brytyjczykami z Montevideo; wydarzenie to powtarzano co roku przez kolejne sześć lat. Do 1890 roku nawet Rosario położone blisko 200 mil na północny zachód od Buenos Aires miało już dwie drużyny: Athletic dla klasy zarządzającej i Central dla robotników. Rok później postawiono kolejny ważny krok w dziejach argentyńskiej piłki. Grupa imigrantów pod przywództwem Aleca Lamonta, szkockiego nauczyciela z Saint Andrews doprowadziła do spotkania przedstawicieli pięciu klubów: Old Caledonians, Buenos Aires and Railways, Buenos Aires Futbol Club, Belgrado Football Club i San Andreas Scots Athletic Club i założenia Argentine Association Football League. Waters został kapitanem i trenerem St Andrews, które zdobyły pierwsze Mistrzostwo Ligi, pierwsze w historii mistrzostwo ligi piłkarskiej powstałej poza Wielką Brytanią. W drużynie Watersa grali wyłącznie Szkoci, podobnie jak w zespole, który zajął drugie miejsce czyli Old Caledonians złożonym głównie z pracowników brytyjskiej firmy hydraulicznej Bautaume & Peason, którą sprowadzono do budowy sieci kanalizacyjnej w Buenos Aires.

Rok później cierpiąca na brak środków i kryzys przywództwa liga się rozpadła. Ocalenie przyniósł Watson Hutton, który doprowadził do wznowienia rozgrywek 21 lutego 1893 roku. Od tamtej pory boję o mistrzostwo Argentyny toczą się co roku a zarządzającą nimi instytucję uważa się za najstarszą w Ameryce Południowej i ósmą pod tym względem na całym świecie. Watson Hutton stał na jej czele do 1886 roku, co jakiś czas sędziując mecze i dalej zarządzając English High School w rozgrywkach z sezonu 1893 wzięło udział 5 drużyn a tytuł wywalczył Lomas, brytyjski klub założony przez absolwentów ,,Bedford School” na fotografii przedstawiającej pierwszych Mistrzów Argentyny widzimy 12 mężczyzn siedzących wokół A. Lesliego, mężczyzny o łagodnym spojrzeniu i siwych wąsach, ubranego w ciemny garnitur z muszką i poszetką, malowniczo wylewającą się z kieszeni na piersi. Z 13 nazwisk tylko jedno (F. Nobili) nie jest w sposób oczywisty brytyjskie lub irlandzkie. Jak podaje książka wydana w 2006 roku z okazji 115-lecia klubu, ponad 500 osób przyszło obejrzeć pojedynek Lomas z Flores. W tamtym pierwszym sezonie fotografia z epoki pokazuje widzów siedzących na drzewach i oglądających mecz ponad głowami trzech czy czterech rzędów fanów znajdujących się dookoła linii bocznej. Na kolejnym zdjęciu ze starcia z ,,English High School” zwraca uwagę arbiter, którego podkręcone wąsy korespondowały z dewizą, sędziujący spotkanie w marynarce, kamizelce, szerokich białych spodniach i cyklistówce. Z początku Lomas nadawał ton rozgrywkom wygrywając pięć z sześciu pierwszych sezonów nowo powstałej ligi. Kiedy ten jeden raz ulegli, wyprzedziły ich własne rezerwy Lomas Academicals. Zmierzch jednak, gdy już się rozpoczął zapadł szybko. Kiedy w 1908 roku wprowadzono możliwość spadku z Ligi, klub cudem uniknął degradacji ale rok później nie udało mu się już powtórzyć tego wyczynu a jego upadek był zarazem symbolem słabnącej siły starych brytyjskich drużyn w czasach, gdy piłka podbijała kolejne społeczności i stawała się coraz bardziej argentyńska. Do 1930 roku Lomas zrezygnowało w ogóle z sekcji piłkarskiej, Chodź klub nadal istnieje i nosi zielono szkarłatno-złote barwy przyjęte w 1896 roku, skupia się na rugby. Kres hegemonii Lomas nadszedł akurat wtedy, gdy argentyński futbol uczynił wielki krok naprzód. W kwietniu 1898 roku Ministerstwo Sprawiedliwości i Edukacji Publicznej wprowadziło do szkół Wychowanie fizyczne jako przedmiot obowiązkowy zważywszy na początkową nieufność rządu wobec piłki nożnej i panikę wywołaną dekadą wcześniej na wieść o rzekomych 400 ofiarach uprawiania tego sportu w Wielkiej Brytanii (doniesienia nie precyzowały, jaką część tej liczby stanowiły ofiary śmiertelne A jaką ofiary kontuzji) a także na fakt że kompanie ubezpieczeniowe zaczęły reklamować specjalne polisy dla graczy. W ,,Standardzie" zaś przestrzegano rodziców przed zezwalaniem dzieciom na udział w tak brutalnej grze. Był to wyraźny znak że dyscyplina zyskuje akceptację. Utwierdzony w przekonaniu że futbol zapuści korzenie na ziemi argentyńskiej Watson Hutton kupił teren na boisko w północnym Buenos Aires i założył ,,Club Atletico English High School” dla uczniów, absolwentów i nauczycieli swojej szkoły. Rok później drużyna występowała już w drugiej lidze AAFL i zakończyła rozgrywki z zaledwie punktem straty do lidera Banfield. Pod nazwą Alumni przyjętą 2 lata później w związku z zakazem używania nazw placówek oświatowych w miejscach, gdzie pojawiały się reklamy, stała się potęgą, która zdominowała argentyński futbol w pierwszej dekadzie XX wieku wygrywając pierwszą ligę dziesięciokrotnie(!) w latach 1900-1911. Watson Hutton od dawna już nie grał ale jego syn Arnoldo, jak tu na niego mówiono, zadebiutował na lewym skrzydle Alumni w 1902 roku jako zaledwie 15-latek. Prawdziwa siła drużyny leżała jednak wówczas nie w latorośli Huttona ale w potomkach innej rodziny Szkockiej, która opuściła Wielką Brytanię znacznie wcześniej a w Argentynie zdążyła zapuścić korzenie znacznie głębiej. James Brown znalazł się wśród 220 Szkotów płynących na ,,Symetrii”, jednym ze statków, które wyruszyły z Leith i Greenock do Buenos Aires w 1825 roku, opłacone przez dwóch właścicieli ziemskich z Rocksbergshire, Johna i Williama Parish Robertsonów, którzy otrzymali zgodę argentyńskiego rządu na założenie ,, eksperymentalnej wspólnoty rolniczej" w Monte Grande na południe od Buenos Aires. Po czterech latach stało się jasne że eksperyment się nie powiódł ale mało kto z osadników wrócił do ojczyzny. Brown kupił własny kawałek ziemi i stał się rolnikiem pełną gębą. Jego najmłodszy syn również James miał z kolei 9 synów, z których siedmiu grało dla Alumni.

Alumni była jedną z ostatnich wielkich anglo-argentyńskich drużyn, podkreślającą że podtrzymywanie ,, brytyjskich wartości" było dla niej celem równie istotnym, jak wygrywanie i ,, dobra gra bez zaciętości". Podczas jednego ze słynnych meczów z Estudiantes piłkarze tego klubu odmówili wykonania rzutu karnego przyznanego im za zagranie jednego z rywali ręką. Mylna byłaby jednak sugestia że drużyna ta cieszyła się popularnością jedynie wśród społeczności brytyjskiej w Argentynie. Jej członkowie byli mistrzami zdolnymi do fantastycznej gry a siła ich przyciągania miała wymiar niemal powszechny i jak to zwykle bywa politycy także usiłowali ogrzewać się w ich blasku. Przy pewnej okazji Jose Figueroa Alcorta uściskał Alfredo Browna, co zdaniem pisarza Oswaldo Soriano było ,, pierwszym przypadkiem, w którym prezydent wykorzystał piłkę nożną dla własnej chwały". W czasach dominacji Alumni krajobraz wokół dynamicznie się zmienił. Buenos Aires błyskawicznie się rozrastało, częściowo za sprawą urbanizacji a częściowo z powodu imigracji z Atlantyku, głównie Włochów i Hiszpanów ale także znaczącej liczby Żydów z Polski i Rosji oraz Niemców, Brytyjczyków i ,, turcos". To ostatnie pojęcie rozciągano na wszystkich Przybyszów z Bliskiego Wschodu. W 1914 roku 80% wszystkich ludzi urodzonych w Argentynie było potomkami imigrantów, którzy przybyli tu po 1860 roku. Piłki nożnej. Drugą ligę utworzono w 1895 roku, trzecią w 1899(początkowo dla drużyn do lat 17, które brały udział w całodziennych rozgrywkach w jednej ze szkół), a czwartą w 1902 roku. Do tego czasu piłka dawno już przestała być domeną brytyjskich emigrantów. Z badań Julio Frydenberga wynika że w 1907 roku istniało co najmniej 300 klubów działających poza oficjalnym systemem ligowym. Niektóre skupiały przedstawicieli poszczególnych zawodów lub grup społecznych ale większość reprezentowała konkretne ,, barrios"(dzielnice). To fenomen który pojawił się wraz z nadejściem masowej urbanizacji i elektryfikacji. Od kiedy budynki zaczęto oświetlać i ogrzewać za pomocą prądu a nie jak dawniej gazu, można było budować dużo wyższe domy, co prowadziło do powstawania osiedli apartamentowców, charakteryzujących dzisiejsze Buenos Aires można przecież traktować jako coś, co choć częściowo zaspokaja potrzebę tożsamości. Jak twierdził Frank Zappa, każdy kraj potrzebuje armii, banku i drużyny piłkarskiej, więc klub dawał mieszkańcom ,,barrio" coś, wokół czego mogli się jednoczyć, co odróżniało ich od reszty świata i dawało poczucie przynależności do własnego obszaru. Nieprzypadkowo ogromna większość klubów tworzących dziś argentyński system ligowy powstawała w latach 1887- -1915 a więc w czasach, gdy zaczęła się także formować argentyńska tożsamość narodowa. Pierwszą całkowicie argentyńską instytucją, która powołała do życia drużynę piłkarską była Gymnasia i Esgrima z La Platy, miasta oddalonego o ponad 50 km od centrum Buenos Aires. Klub założono w 1887 roku a sekcję piłkarską utworzono w 1901 roku a więc w czasie gdy powstało już wszystkie 5 ,, grandes" tutejszego futbolu: imigranci pracujący w Dokach Buenos Aires założyli River Plate w 1901 i Boca Juniors w 1905 roku, francuscy imigranci z fabryk w Avellanedzie utworzyli Racing Club w 1903 roku, lokalnych rywali tego ostatniego klubu Independiente powołali do życia hiszpańskojęzyczni pracownicy należącego do Brytyjczyków i zarządzanego przez nich domu towarowego ,,City of London” a w końcu w 1908 roku pewien ksiądz z Almagro szukający bezpiecznej przystani dla lokalnej młodzieży wymyślił San Lorenzo. Właściwe rozgrywki międzynarodowe rozpoczęły się w maju 1901 roku, gdy drużyna złożona w większości z piłkarzy Lomas i Alumni wyprawiła się do Montevideo, gdzie pokonała reprezentację Urugwaju 3:2. Rok później Urugwaj wygrał w tym samym stosunku w Buenos Aires a od kolejnego meczu w 1905 roku grano o srebrny puchar, ufundowany przez Magnata herbacianego to masa Liptona, który również urodził się w Gorbals, kilka ulic dalej od Watsona Huttona, tyle że w 1848 roku. 1905 roku system ligowy obejmował 77 klubów rozgrywających między sobą ponad 500 meczów w sezonie. 1 czerwca tamtego roku przykładowo rywalizowały ze sobą 52 drużyny oglądane łącznie przez ponad 5000 widzów. Czterocyfrowa widownia szybko stała się normą anglo i hiszpańskojęzyczne gazety zaczęły publikować sprawozdania z meczów ligowych. Relacje ze spotkań traktowano tak poważnie że w 1912 roku ,, Herald" utrzymywał że prasa potrzebuje na stadionie specjalnych warunków do pracy i nie może zadowolić się zwykłymi miejscami na trybunach.

Największe zainteresowanie Budziły jednak zespoły przejeżdżające na tournee, co samo w sobie Zresztą świadczyło o tym że ligę argentyńską zaczęto traktować serio. Pierwszy Tour zorganizował Hippic Club, Towarzystwo Sportowe zrzeszające społeczną Elitę i kierowane przez Barona Antonio de Marchiego, który w 1904 roku zaprosił do Argentyny Southampton. Na pierwszy mecz angielskich drużyny przeciwko Alumni wstawił się nawet prezydent Republiki Julio Roca, co świadczyło o społecznej(choć może jeszcze nie sportowej) doniosłości chwili. Southampton był wówczas w pełni zawodowym klubem i Choć wciąż jeszcze grał w Southern League, awansował do finału Pucharu Anglii w 1900 i 1902 roku. Jako Zdecydowanie lepsza drużyna pokonał Alumni 3.0, wygrywając także cztery pozostałe mecze w Argentynie, strzelając ich w trakcie 29 goli i tracąc zaledwie 4 a potem udał się na drugą stronę La Platy i ograł reprezentację Urugwaju 8:1! Ewidentna wyższość Southamptonu nad miejscowymi drużynami stanowiła w oczach Brytyjczyków Buenos Aires potwierdzenie że stary kraj i stare wartości wciąż są niezrównane. Byli pod takim wrażeniem że jeszcze w 1923 roku ,, Herald" wychwalał ,, nadzwyczajną pracę głów i stóp, kunsztowną mieszankę mózgów i butów". Rok później w ślad za Southampton do Argentyny przybył Nottingham Forest robiąc taką furorę że drużyna Independiente po tej wizycie postanowiła zmienić barwy swoich koszulek z białych na czerwone(takie jakie nosili goście z Nottingham) choć została przy granatowych spodenkach. Na tamtym etapie argentyńskie drużyny nie mogły się równać nawet dość przeciętnymi zespołami angielskimi. Dzięki przyjezdnym z 1906 roku natomiast można się było zorientować, jak kraj wypada na tle reszty świata. Drużyna Afryki Południowej Przybyła rok po Nottingham Forest, była Amatorska i tworzyło ją 8 Brytyjczyków oraz siedmiu piłkarzy, którzy urodzili się w Afryce Południowej. Chociażby w tym sensie trudno ją nazwać reprezentacją kraju ale jej dyspozycja dała wgląd w poziom futbolu poza jego wyspiarską ojczyzną. Piłkarze z Afryki pokonali San Martin 6:0 i drużynę złożoną z uczniów 14:0 aż w końcu doszło do meczu który okazał się najważniejszy spośród rozegranych w Argentynie do tamtej pory. Widownia na ,,Sociedad Sportiva” nie była prawdopodobnie tak liczna jak ta, która oglądała klęskę Alumni z rąk Notthingam Forest rok wcześniej ale wiele jej nie ustępowała a tym razem mogła zobaczyć, jak drużyna Alumni z Arnoldo Watson Huttonem w składzie wygrała 1:0, odnosząc pierwsze w historii lokalnej piłki zwycięstwo nad zespołem, który przyjechał do Argentyny na tournee. ,,Herald" z typową dla siebie rzeczowością zauważył że było to szczęśliwe zwycięstwo ale szczegółowo opisał jego świętowanie. Po strzeleniu gola widzowie ,, wiwatowali aż do zachrypnięcia, kapelusze, laski i gazety pofrunęły w powietrze, wysoce Szanowni, dostojni i stateczni zwykle obywatele tańczyli z radości". Po ostatnim gwizdku tłum wbiegł na boisko i zniósł zawodników Alumni na ramionach. Piłkarze z Afryki Południowej wygrali 8 pozostałych spotkań w Argentynie ale tamto zwycięstwo Alumni okazało się przełomowe, pokazując że dystans do czołowych angielskich klubów wciąż pozostaje ogromny. Tamte pojedynki, szczególnie z Tottenhamem, stanowiły też ilustrację rosnącej różnicy zdań na temat tego, jak powinno się grać w piłkę. Widownia reagowała szczególnie nieprzychylnie na prowokowane przez Anglików starcia barw w bark. W przyszłości tego rodzaju odmienne interpretacje przepisów będą miały poważne konsekwencje.

5

0

@Lionel_Messi10 W jakiejś części użytkownik Herato ma racje. Co prawda Juliana Alvareza nigdy nie nazwałbym plackiem ale on w ostatnich meczach Argentyny nie miłosiernie pudłował! Ostatni przykład to mecz ćwierćfinałowy Argentyny z Francją, gdzie mógł a nawet powinien wyrównać stan meczu na 1:1. Z taką ,,skutecznością" to my już mamy Ferrana Torresa i drugiego takiego to ja osobiście nie chce...

0

@PatrykBarca Nie no oczywiście że to się nie wyklucza. Za Pepa również kupowano piłkarzy, tylko ilu z tych kupionych grało w wyjściowym składzie? Bodaj zaledwie trzech(Dani Alves, Abidal i David Villa). Tak więc to tylko uzupełnienie a podstawą byli i będą wychowankowie...

7

Bez pamięci zakochany w Palmeiras:

W Copa Libertadores dokonał niesamowitego wyczynu. Na mundialu w Korei i Japonii wygryzł Didę i zdobył złoto. Tak najkrócej możemy scharakteryzować tego zapomnianego nieco piłkarza. Oto Marcos, człowiek bez pamięci zakochany w Palmeiras. Brazylijski futbol zdecydowanej większości kibiców piłki nożnej kojarzy się z ofensywną i widowiskową grą. Jeśli spojrzymy choćby na skład obecnych mistrzów olimpijskich, to nasza uwaga skupi się raczej na graczach ofensywnych, takich jak Neymar czy Gabriel Jesus. Zapominamy jednak, że nie byłoby wielkich drużyn bez znakomitych bramkarzy. Jeśli spytałbym was o brazylijskiego golkipera, to wszyscy pamiętający dobre czasy Rossonerich, wskazaliby jednoznacznie na Didę, zaś kibice z czarno-niebieskiej części Mediolanu przywołaliby postać Julio Cesara. Jedynie starzy wyjadacze lub piłkarscy „hipsterzy” wspomnieliby o Gilmarze czy Emersonie Leao. Jednak mało kto pamięta, że Brazylia z 2002 roku(ta z Rivaldo, Ronaldinho i Ronaldo) posiadała w swoich szeregach Marcosa Roberto Silveira Reisa, czyli w skrócie po prostu Marcosa. Człowieka, który został legendą swojego ukochanego Palmeiras. Marcos urodził się 4 sierpnia 1973 roku w Oriente, w stanie São Paolo. W bramce Palmeiras zadebiutował jako 18-latek. Mierzący 193 cm wzrostu zawodnik rozegrał dla swojego klubu aż 532 spotkania. Od innych bramkarzy odróżniał go nie tylko talent i wierność klubowa, ale także… numer na plecach. Zawodnik popularnych Verdão przez całą karierę występował z, nie tak popularnym wówczas, numerem „12” na plecach. Rolę podstawowego bramkarza klubu wywalczył w 1999 roku na skutek kontuzji odniesionej przez Velloso, który w tamtym czasie był pierwszym wyborem trenera. To był przełomowy moment w karierze Marcosa. W ćwierćfinale Copa Libertadores, Palmeiras trafił na odwiecznego rywala – Corinthians. Dwumecz nie rozstrzygnął rywalizacji (2-2). O zwycięstwie musiały zadecydować rzuty karne. w których lepsi okazali się gracze z Sao Paolo (4-2). Wybroniona jedenastka Marcosa była wisienką na torcie.

W półfinale Palmeiras okazał się lepszy od River Plate. Klub stanął przed szansą wywalczenia swojego pierwszego w historii tytułu dla najlepszej drużyny Ameryki Południowej. Po zaciętych spotkaniach finałowych z kolumbijskim Deportivo Cali (2-2), drużyna Marcosa ponownie musiała sprawdzić się w strzelaniu jedenastek. Znowu dzięki wspaniałej postawie swojego bramkarza, dowiodła, że potrafi wyjść z tej rywalizacji zwycięsko (4-3). To dzięki jego wspaniałym popisom w bramce doszło do niecodziennej sytuacji. Golkiper Palmeiras został wybrany najlepszym bramkarzem turnieju, najbardziej wartościowym graczem finału i MVP całego Copa Libertadores, choć trzeba uczciwie przyznać, że w samym konkursie jedenastek, to rywale pudłowali. Dostał doceniony za całokształt. Rok później los ponownie skrzyżował Corinthians z Palmeiras. Tym razem na poziomie półfinału. Nikogo nie powinno dziwić, że o zwycięstwie musiały zadecydować… rzuty karne. Najjaśniejszą postacią konkursu jedenastek okazał się być – nikt inny jak Marcos. Dopiero w finale drużyna z Sao Paulo uległa Boca Juniors. Popisy bramkarza Palmeiras nie mogły umknąć uwadze selekcjonera Vanderleia Luxemburgo. Reprezentacyjny debiut Marcosa przypadł na towarzyskie spotkanie z Hiszpanią w listopadzie 1999 roku. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Później przez dłuższy czas golkiper z Sao Paolo musiał godzić się z rolą rezerwowego. Pierwszym wyborem w kadrze był Rogerio Ceni lub Dida. W czerwcu 2001 r. Luiz Felipe Scolari objął stanowisko selekcjonera Canarinhos, zastępując Emersona Leao. W jego reprezentacji podstawowym bramkarzem został Marcos, którego znał doskonale z Palmeiras. To brazylijski trener poprowadził ich do tryumfu w Copa Libertadores. Golkiper dopasował się poziomem gry do kolegów z zespołu – wystąpił we wszystkich siedmiu spotkaniach turnieju, cztery razy zachował czyste konto i pomógł Brazylii wywalczyć piąty tytuł mistrzów świata. Marcos znalazł się w trójce najlepszych piłkarzy mundialu na swojej pozycji. Przeciwnicy Brazylijczyków jedynie cztery razy zmusili go do kapitulacji. Po udanym mundialu, Marcos otrzymał propozycję gry w Arsenalu. Bramkarz udał się do Londynu w celu podpisania kontraktu z Kanonierami. Oparciem dla piłkarza w szatni miał być jego rodak – Edu. Przed ostatecznym zawiązaniem transakcji okazało się, że bramkarz zniknął… Po prostu wrócił do rodzinnego Sao Paolo i oznajmił, że wolałby grać z Palmeiras nawet w drugiej lidze, niż występować w klubie z Europy. Pieniądze nigdy nie były dla niego najważniejsze. W ten sposób został „one club manem”.

Miłość, która połączyła Marcosa z Palmeiras była zdecydowanie obustronna. 21 września 2008 r. rozegrał on mecz numer 400 dla swojego klubu. Okazja ta nie mogła umknąć włodarzom i kibicom. Zawodnik został uhonorowany symboliczną koszulką. Na jej odwrocie widniał napis „O melhor goleiro do Brasil” („najlepszy bramkarz Brazylii”) oraz symboliczny numer „400”. Ponadto trykot zdobiły wymienione tytuły Marcosa, wywalczone zarówno z Palmeiras, jak i brazylijską kadrą. Ot, kolejny dowód wiernego uczucia. W styczniu 2012 r. Marcos zakończył piłkarską karierę w wieku 38 lat, pozostając do końca wierny jednej drużynie z rodzinnego São Paolo.


@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

0

@ObiwanKenobi To akurat nie tragedia, takie coś trener może szybko skorygować i będzie cacy...

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?