10

Brazylijski crack:

17 lipca 1993 r. Romario przyleciał do Barcelony. Brazylijski napastnik negocjował kontrakt w rezydencji Joana Gasparta i po udanych rozmowach udał się razem z wiceprezydentem na mszę. Ich zdjęcie z kościoła ukazało się na okładce dziennika ,,El Mundo Deportivo”, podobnie jak wizyta Brazylijczyka na arenie walk byków dzień później. Na 19 lipca przewidziano podpisanie umowy, podczas której Romario zadeklarował że ,,strzeli 30 goli w La Liga!”. Była to śmiała deklaracja ponieważ ostatnim graczem Blaugrany, który tego dokonał był wybitny napastnik Mariano Martin(32 gole w sezonie 1942/43). Ku zdumieniu większości obserwatorów Romario dotrzymał słowa i strzelił 30 gola w 70 minucie ostatniego meczu z FC Sevilla. Osobiście zawsze uwielbiałem Samuela Eto’o, lecz chwilami Romario bił na głowe ,,Czarną perłe Afryki”. Gdyby nie jego mocno rozrywkowy tryb życia niewiele ustępował by Messiemu, jeśli nie wcale!



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

6

@FCBparasiempre
Rzymianie zaliczyli swoją klęskę pod Carrhae, Napoleon poległ pod Waterloo, a Turcy zostali rozgromieni pod Chocimiem. Swoją narodową katastrofę, którą Nelson Rodriguez określił jako „brazylijską Hiroshimę”, zaliczyli także Canarinhos, kiedy to przegrali na Maracanie z Urugwajem podczas Mundialu w 1950 roku. Pierwsze rozgrywane na brazylijskiej ziemi mistrzostwa świata to było wielkie święto całego narodu. W 1946 roku w Brazylii obalona została dyktatura, a wygranie mundialu cztery lata później miało być ostatecznym stemplem transformacji ustrojowej i świetlanej przyszłości rysowanej przed południowo amerykańskim krajem. Canarinhos mieli notować dalszy rozwój gospodarczy, a obywatele państwa zacząć żyć w dobrobycie jako piłkarscy mistrzowie globu. Od startu mistrzostw wszystko układało się znakomicie a wiara wśród narodu była ogromna i rosła z każdym kolejnym sukcesem. W pierwszej fazie grupowej Brazylijczycy z kwitkiem odprawili Meksyk i Jugosławię, a w meczu ze Szwajcarią zanotowali remis, z łatwością awansując do decydujących rozgrywek. W finałowej rundzie, w której brały udział cztery zespoły, rozgromili Szwecję i Hiszpanię odpowiednio 7-1 i 6-1 a do końcowego triumfu potrzebowali jednego oczka w starcu z Urugwajem. W połączeniu z mistrzostwem Copa America, gdzie w finale Zizinho i spółka upokorzyli Paragwaj wygrywając aż 7-0, nie można się dziwić, że to Canarinhos byli zdecydowanymi faworytami ostatecznego starcia z Urusami. Z czasem jednak wiara w zwycięstwo przerodziła się w nadmierną pewność siebie i pychę. Dzień przed finałem „Gazeta Esportiva” na stronie tytułowej zamieściła napis „Jutro wygramy z Urugwajem”, a w poranek przed ostatnim pojedynkiem „O Mundo” opublikowało zdjęcie brazylijskiej ekipy z podpisem „O to mistrzowie świata”. Piłkarze ze wszystkich stron zbierali gratulacje i podpisywali autografy, a gubernator Rio Angelo Mendes de Moraes piał z zachwytu: ,,Wy, piłkarze, którzy już za kilka godzin zostaniecie okrzyknięci mistrzami świata przez miliony rodaków! Wy, którym nikt na całej półkuli nie jest w stanie dorównać! Wy, którzy pokonacie każdego przeciwnika! Wy, którym już teraz oddaję hołd jako zwycięzcom!” Wszyscy zapomnieli jednak o jednym małym szczególe, że mecz z ,,Urusami” jeszcze trzeba rozegrać i go nie przegrać. Gwoli ścisłości, spotkanie z Urugwajem nie było finałem mistrzostw, ale ostatnim meczem drugiej fazy grupowej, a los chciał, że przy okazji także decydującym o ostatecznym triumfie. Atmosfera meczu była wyjątkowa. Na olbrzymiej Maracanie według różnych danych zgromadziło się od 173 tysięcy aż do 203 tysięcy kibiców, a tumult i wrzawa były tak onieśmielające, że jeden z reprezentantów Urugwaju, Julio Perez, zsikał się w spodnie w trakcie odgrywania hymnu narodowego. Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Kilka minut po przerwie po podaniu Edemira, króla strzelców turnieju, piłkę do siatki wpakował Friaca, do dziś jedyny Brazylijczyk, który zdobył gola w finale rozgrywanym na Maracanie. Na trybunach trwało święto i oczekiwanie na końcowy gwizdek, a południowi sąsiedzi potrzebowali dwóch bramek, aby odwrócić losy rywalizacji. Ciosem ostrzegawczym, który wzbudził poczucie niepokoju wśród fanów, było wyrównujące trafienie Schiaffino po podani Ghiggii. Remis wciąż jednak dawał Brazylii zwycięstwo w ostatecznym rozrachunku. O godzinie 16:33 stało się jednak to, czego Canarinhos nie przewidywali nawet w najgorszych koszmarach. Ghiggia zdecydował się na niesygnalizowany strzał z ostrego kąta w krótki róg, a zaskoczony Barbosa nie zdążył z interwencją. Kibice na stadionie ucichli i w milczeniu oglądali wielki triumf Urusów. Ich życie podzieliło się na dwa etapy – przed i po golu Ghiggii.

Dla Brazylijczyków to nie był zwykły przegrany mecz – to była wielka tragedia, która dotknęła wszystkich obywateli, prawdziwy dzień żałoby narodowej. – Żaden wynik meczu piłki nożnej nie miał tak silnego i trwałego wpływu na życie emocjonalne całego narodu – pisał w „Futebolu” Alex Bellos. Choć od feralnego 1950 roku Canarinhos pięciokrotnie sięgali po tytuł mistrzowski, to właśnie porażka na Maracanie jest wspominana najwcześniej. O decydującym starciu z Urugwajem powstało wiele publikacji literackich, a poeci pisali o klęsce wiersze, podczas gdy o zespole z 1970 roku, uważanego za najlepszy w historii, powstała dotychczas w Kraju Kawy jedna książka. –Jesteśmy narodem pechowców, narodem, któremu odmówiono radości zwycięstwa, który z czystej złośliwości dziejów zawsze prześladuje nieszczęście – pisał o Maracanzie pisarz Jose Lins do Rego. Największy brazylijski stadion do dziś utożsamiany jest z areną upokorzenia Canarinhos. – Przesadzam z moimi uczuciami, bo nic większego się w moim życiu nie wydarzyło. Nawet teraz są tylko dwie daty w roku, które pamiętam: moje urodziny i 16 lipca – powiedział brazylijski dziennikarz Joao Luiz, wspominając lipcowe popołudnie. Dla Brazylijczyków drugie miejsce, to pierwsze przegrane. Miejsce godne zapomnienia, które przynosi ból świadomością, jak blisko było triumfu. ,,Jedyna okazja kiedy dobrze jest być wice, to wiceprezydentem, bo zostajesz prezydentem, jeśli obecny zginie. Tu nie morduje się prezydentów, więc nawet w tym przypadku nie opłaca się być „wice”– powiedział Zizinho, uznawany za najlepszego piłkarza tamtego zespołu. Wielu historyków futbolu uważa, że gdyby Canarinhos sięgnęli w 1950 roku po złoto, to Zizinho byłby wymieniany w jednym rzędzie obok Pelego. O wicemistrzach jednak w Kraju Kawy nikt nie próbuje nawet pamiętać… Gdy w Kraju Kawy trochę ochłonęli po Maracanzo, zaczęło się polowanie na czarownice. Oczywistym wyborem był Moacyr Barbosa, który przy drugim golu dał się zaskoczyć Ghiggii. Na nic zdało się to, że brazylijski golkiper został wybrany najlepszym bramkarzem mundialu, a i wcześniej błyszczał genialnymi interwencjami. Co ciekawe, autor decydującego trafienia nie uważa, aby golkiper popełnił błąd. – On zachował się logicznie, a ja wręcz przeciwnie.. i miałem trochę szczęścia. W piłce musisz mieć szczęście i musisz umieć z niego skorzystać – wspominał po latach Ghiggia. Brak farta w decydującym momencie skazał bramkarza na społeczny ostracyzm i podążał za nim aż do śmierci. ,,W Brazylijskim prawie najwyższy wyrok to 30 lat, ale moja kara trwa już 50”– powiedział o swoim losie Barbosa. Jako najsmutniejszy moment swojego życia podał sytuację ze sklepu, kiedy to pewna kobieta na jego widok powiedziała do swojego dziecka – zobacz, przez tego człowieka płakała kiedyś cała Brazylia. Przeświadczenie o pechu przynoszonym przez bramkarza Canarinhos panowało także w 1993 roku. BBC zaprosiło Barbosę jako jednego z ekspertów na zgrupowanie reprezentacji Brazylii, ale Mario Zagallo, asystent ówczesnego selekcjonera Carlosa Alberto Perreiry odmówił wpuszczenia go na zgrupowanie, widząc w nim uosobienie brazylijskiej tragedii. Według relacji autora biografii tej najbardziej tragicznej postaci Maracanazy, Barbosa zaprosił kiedyś znajomych na grilla, gdzie za podpałkę służyły słupki z meczu z Urugwajem. Duchowe oczyszczenie nie przyniosło mu jednak przebaczenia narodu. Po błędzie Barbosy w Brazylii wytworzyło się paranoiczne przekonanie, że żadna drużyna nie powinna mieć czarnoskórego bramkarza, jako że ten zawsze może zawieść w najważniejszym momencie i pociągnąć całą drużynę na dno. Okryty złą sławą golkiper umarł w biedzie w 2000 roku, kilka miesięcy po tym, gdy Dida zagrał w reprezentacji Canarinhos. Był to pierwszy czarnoskóry bramkarz między słupkami ekipy z Kraju Kawy od prawie 50 lat. Za winne porażki, oprócz nieszczęsnego Barbosy, zostały uznane także koszulki, w których grali reprezentanci Canarinhos. Białe koszulki z niebieskimi kołnierzykami zamienione zostały na żółte, a trykoty w kanarkowych barwach stały się cechą charakterystyczną reprezentacji Brazylii. Nowy kolor koszulek w pewien sposób jednoczy cały naród podczas najważniejszych wydarzeń sportowych. Co ciekawe, Aldyr Garcia Schlee, projektant nowego kroju stroju, prywatnie jest kibicem… Urugwaju. Dla Brazylijczyków porażka była wydarzeniem epokowym, które do dziś jest rokrocznie rozważane i analizowane, ale w Urugwaju nie spotkało się z euforią przenoszoną z pokolenia na pokolenie. ,,Młodzi Urugwajczycy tak naprawdę nie przejmują się przeszłością. Nie pamiętają o mistrzostwach świata w 1950. To wydarzyło się zbyt dawno temu”– powiedział Juan Jose Oliviera, przewodnik wycieczek po kraju ,,Urusów”. W zapomnieniu żyje także strzelec zwycięskiego gola a jego wyczyn wspominany jest praktycznie tylko raz do roku, w dniu rocznicy zdobycia mistrzostwa. ,,Czasem mam wrażenie, że jestem duchem Brazylii. Jestem wiecznie żywy w ich wspomnieniach. W Urugwaju cieszyliśmy się tamtą chwilą. Teraz już o niej zapomnieliśmy”– podzielił się swoimi spostrzeżeniami Ghiggia. Sam siebie dumnie nazywa jednak jedną z trzech osób, obok Franka Sinatry i Jana Pawła II, które uciszyły Maracanę. Choć porażka Brazylii z Niemcami jest najbardziej sromotną klęską w historii tamtejszego futbolu, to jednak ,,Maracanazo” było przegraną bardziej bolesną. Przyszło kompletnie niespodziewanie i było totalnym zaskoczeniem. Szokiem, który miał wpływ na dalsze życie wielu Brazylijczyków. Jedynie Garrincha uznał, że to głupie tak bulwersować się i opłakiwać niepowodzenie. Dla wielu Canarinhos to dalej najbardziej traumatyczne przeżycie i to nie tylko pod względem sportowym.

13

Wybitne legendy polskiego futbolu:

16 lipca 1957 r. urodził się Włodzimierz Smolarek, lewoskrzydłowy. Nie ma już z nami tego znakomitego, sprytnego zawodnika. Pozostała jednak pamięć o jego genialnych zagraniach. Jednak największą sławę przyniósł mu nie żaden z goli a… zastawianie piłki ciałem w meczu przeciwko ZSRR w drugiej fazie grupowej MŚ 1982. Remis w tym starciu dawał Polakom awans do półfinału mundialu. Nic dziwnego zatem że to raczej rywalom się spieszyło. Biało-czerwoni jednak umiejętnie się bronili i na tablicy wyników ciągle widniał rezultat 0:0. Na kilka minut przed końcem Smolarek wykorzystał swoje największe atuty: spryt, umiejętności techniczne a przede wszystkim żelazną kondycje. Wziął piłke, pognał w kierunku narożnika i sprytnie zastawiał się ciałem. Obrońca radziecki wybił piłke raz. Po wykonaniu autu, futbolówka trafiła znów do Smolarka i tak jak kilka chwil wcześniej, zakotwiczył z nią w narożniku. Zawodnik Widzewa w ten sposób pozbawił przeciwników piłki w sumie na okres prawie 1,5 minuty gry! To zagranie usiłowali kopiować w tym meczu zarówno Boniek, jak i Kupcewicz. Skutecznie udało się to jednak tylko Smolarkowi. ,,Żelazne Płuca”, przebojowość, zadziorność, ambicja a przy tym dobra technika i skromność poza boiskiem zapewniały mu rzesze fanów. ,,Mało jest w naszym kraju takich piłkarzy obdarzonych takim duchem walki jak Włodek. Dla każdego obrońcy walka ze Smolarkiem jest bardzo trudnym zadaniem. Potrafił obrzydzić na boisku życie każdemu”- charakteryzował go Boniek. On sam twierdził iż szybkość zawdzięczał swojemu pierwszemu szkoleniowcowi, Henrykowi Olszewskiemu. Był podporą Widzewa w okresie największych triumfów. Od Bońka przejął pozycje lidera pod względem liczby goli strzelonych dla tej drużyny w Ekstraklasie(potem wyprzedził go Marek Koniarek). Razem z Widzewem zdobył po 2 medale każdego kruszcu mistrzostw Polski. Wygrał też Puchar Polski. Piękną przygodę przeżył w europejskich pucharach. Z łódzkim zespołem awansował do półfinału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych. W poprzedniej fazie pokonał bramkarza zdobywców tego trofeum sprzed 2 lat- Liverpool FC. W innych bojach Widzewa na kontynentalnej arenie znalazł sposoby na golkiperów m.in. Anderlechtu(dwukrotnie), Juventusu i Borusii Mönchengladbach. Do czasów Roberta Lewandowskiego był rekordzistą pod względem liczby tytułów Piłkarza Roku katowickiego ,,Sportu”. Zdobył tę nagrodę trzykrotnie. Raz został Piłkarzem Roku według ,,Piłki Nożnej”. Do tego też dochodzi 4 i 9 miejsce w zestawieniu ,,Przeglądu Sportowego” na Sportowca Roku. Na arenie międzynarodowej znalazł się w 1981 r. na 28 miejscu w rankingu ,,Złotej Piłki”. Był filarem reprezentacji Polski na MŚ España ’82, zakończonych na 3 miejscu. Jego rajdy(jak ten z ZSRR) doprowadzały przeciwników do furii. Przez to Smolarek figurował na czele klasyfikacji faulowanych.

W 6 pierwszych meczach wystąpił w podstawowym składzie. W półfinale z Włochami zarobił jednak swą drugą żółtą kartke na tym turnieju, co wykluczyło go ze starcia o 3 miejsce. Krótko tliła się nadzieja na jego występ. W oficjalnym protokole nie było bowiem kartonika dla niego. Dopiero kilkadziesiąt godzin później FIFA zweryfikowała oficjalny dokument i ten ostatni mecz musiał spędzić na trybunach. Osłabieni koledzy zdołali jednak zwyciężyć, co zapewniło Polakom srebro. ,,Jeszcze nie uświadamiamy sobie chyba tego sukcesu ale wiem z doświadczenia że po odpoczynku, kiedy wszyscy dojdą do siebie, radość będzie wielka. Nie grałem w tym meczu i muszę przyznać że strasznie się denerwowałem. Znacznie bardziej niż na boisku”- powiedział po otrzymaniu medalu. Na mundialu strzelił pierwszego gola przeciwko Peru. Przed tym spotkaniem, gdy dalszy udział Polaków wisiał na włosku, w ramach przesądu postanowił wraz z Dziubą się nie golić. Częściej jednak sukces zawierzał umiejętnościom piłkarskim. Jego najsłynniejsze trafienia w biało-czerwonych barwach miały jednak miejsce w kwalifikacjach do tego mundialu. W decydującym starciu z NRD Polacy w Lipsku od pierwszych minut rzucili się zaskoczonym gospodarzom do gardeł. Po 300 sekundach od premierowego gwizdka prowadzili już 2:0! dzięki trafieniom Szarmacha i Smolarka. Włodek okiwał bramkarza rywali ale piłke do bramki wbił na raty bo jeszcze uwikłał się w drybling z obrońcą przeciwników. Po przerwie kontakt demokratycznym Niemcom dal rzut karny wykonany przez Schnuphase. Jednak wkrótce potem drugie trafienie zaliczył Smolarek. Ostatecznie skończyło się wynikiem 3:2 dla Polski, co zapewniło jej trzeci awans z rzędu do MŚ. Było to ostatnie trafienie zawodnika Ekstraklasy w meczu przesądzającym o wyjeździe na mundial aż do gola Mączyńskiego przeciwko Czarnogórze w 2017 r. Gola strzelił też na mundialu w 1986 r. Ten gol dał Polsce awans do 1/8 finału. Pozbawiała zaś tej okazji Portugalczyków. Luis Figo wspominał w swojej biografii że po tym trafieniu w jego domu zapanowała ,,przerażająca cisza”. O mały włos a sytuacja ta nie miała by miejsca. Tuż przed golem Piechniczek kazał rozgrzewać się Zgutczyńskiemu, z myślą wprowadzenia zmiany w ataku. Roszada ta została dokonana wkrótce po golu. Na więcej Polaków nie było już stać. Sam Smolarek narzekał że duży wpływ na ich forme miało rozrzedzone powietrze w Monterrey. Po odpadnięciu otrzymał od miejscowej firmy Pedro Gonzalez brązową statuetkę dla najlepszego polskiego piłkarza turnieju. Zza oceanu przywiózł też sombrero, w którym pokazał się kibicom na Okęciu oraz… odnowione kontakty rodzinne. Nieoczekiwanie po jednym ze spotkań pod hotelem spotkał Polonuske, która okazała się jego daleką krewną. Jej babcia(krewna Smolarka) przed laty wyjechała do Meksyku i zleciła potem wnuczce skontaktowanie się z kuzynem, sławnym piłkarzem. Pan Włodek był ostatnim medalistą MŚ grającym w kadrze. Po raz ostatni biało-czerwoną koszulke założył w 1992 r. Do tego czasu uzbierał 60 meczów i 13 goli. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Po grze w Widzewie występował w Bundeslidze i Eredivisie. Z Eintrachtem zdobył Puchar Niemiec. W Holandii grał dla Feyenoordu i FC Utrechtu. Po zakończeniu kariery pracował jako trener grup młodzieżowych i scout Feyenoordu. Z jego usługi korzystał PZPN. Zmarł nagle w 2012 r. Pochowany został w rodzinnym Aleksandrowie Łódzkim. Jego imię nosi ulica w Łodzi, opodal stadionu Widzewa.


@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

1

@BabyGang Oj to nie ładnie! Naprawde bardzo nieładnie...!

1

@Arkon Co to znaczy 007?

7

Wybitne postacie Dumy Katalonii:

Dokładnie 90 lat temu wybrano nowego prezydenta FC Barcelony. Został nim Esteve Sala, jako 27 w kolejności prezydent Blaugrany, zastępując na stanowisku Joana Come. Sala został wybrany podczas zgromadzenia w ,,Teatrze Barcelona” przy Rambla de Catalunya, po tym jak kandydat o znacznie lepszej pozycji do objęcia tej funkcji, Josep Sunyol, wycofał swoją kandydaturę, jako powód podając problemy natury zdrowotnej. Do Estevego Sali należał słynny barceloński ,,Hotel Orient". Jedna z najbardziej rozpowszechnionych legend na temat hotelu głosi iż Sala(z racji ogromnego uwielbienia jakim darzył Josepa Samitiera) postanowił opłacić jeden z pokoi i utrzymywać go dożywotnio dla piłkarza Barçy. Jednak nie do końca jest to prawdą. Owszem Samitier mieszkał w hotelu Orient, lecz tylko przez jeden sezon. Było to w latach czterdziestych, kiedy wrócił do Barcelony po kilkuletnim pobycie na wygnaniu w Nicei, gdzie grał i trenował w tamtejszej drużynie. Przyjacielskie relacje łączące piłkarza z Estebanem Sala y Solerem, synem właściciela hotelu Orient, umożliwiły powrót Samitiera do miasta, w którym odnosił sportowe sukcesy. ,,Sami” na dłuższy czas zatrzymał się w hotelu ale mimo plotek z tamtych czasów głoszących że nigdy nie płacił za hotel, prawda jest taka iż właściciele pobierali od niego pieniądze, chociaż według niższych stawek.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@Antimadridista_WR Ależ naturalnie że Feliz cumpleanos ale czy na pewno najlepszego w historii? Lotar Matthaus czy Fernando Redondo na pewno nie byli gorsi!

14

Feliz cumpleaños Sergio! Z okazji urodzin!

Sergio Busquets kończy dzisiaj 36 lata. Dziękujemy ,,Busi” z głębi serca za poświęcenie klubowi i wierność przez długie lata. Zdrówka i powodzenia w nowym klubie nasza żywa legendo!



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

4

@misterio I ma racje! Kempesa nie oglądałem ,,na żywo" ale ,,Boskiego" Diego już tak! Jak widać na moim zdjęciu Maradona to mój pierwszy idol a ostatnim zostanie Messi. Do geniuszy futbolu dorzuciłbym jeszcze oprócz Pele, bezwzględnie Garrinche(Manoel Francisco dos Santos). Mane, jak go nazywają w Brazylii jest dla mnie najlepszym dryblerem w dziejach futbolu, nawet nieco lepszym od Messiego a do tego był kaleką. Bardzo mocno polecam jego autobiografie ,,Garrincha, Samotna gwiazda".

12

Wybitne legendy futbolu:

Dokładnie 70 lat temu urodził się Mario Kempes, argentyński napastnik, mistrz Świata z 1978 r., zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów oraz Superpucharu Europy z CF Valencia z 1980 r. Swoją karierę rozpoczynał w klubie Instituto Atlético Central Córdoba, w którym grał do roku 1973. Następnie przeszedł do wyżej notowanego Rosario Central. Z czasów gry w hiszpańskim klubie Valencia CF (do którego przeszedł w 1977) pochodzi jego przezwisko – Matador. W barwach Valencii dwukrotnie zdobył tytuł Pichichi dla najlepszego strzelca Primera División, strzelając odpowiednio 24 i 28 goli w latach 1976–1977 oraz 1977–1978. W zespole z Walencji grał do 1981 (w 1980 zdobywając z tym zespołem PEZP i Superpuchar Europy), kiedy to wrócił na pół sezonu do Argentyny do zespołu Club Atlético River Plate. W 1982 ponownie znalazł się w kadrze Valencii, z którą tym razem nie zdobył żadnych trofeów. Lata 1984–1986 to gra w niżej notowanym Hérculesie Alicante. W 1984 przeniósł się do Austrii do zespołu First Vienna FC. W kolejnych latach grał w zespołach: VSE Sankt Pölten (1987–1990) i Kremser SC (1990–1992). W 1995 grał w chilijskim klubie Fernández Vial Concepción. Oficjalnie karierę zakończył w 1996. W 1978 został wybrany Najlepszym Piłkarzem Ameryki Południowej. Kempes został uznany za jednego ze 100 najlepszych żyjących piłkarzy FIFA. Mario Kempes , zwany 'matadorem' przybył z Pasiequito, i swój debiut w Valencii zaliczył w 'Pucharze Pomarańczy' w 1976 r. gdzie nie miał zbyt udanego występu z powodu nie wykorzystania rzutu karnego. W rodzimej Argentynie, rozpoczął grę w środku pola i kiedy miał 19 lat dostał się do drużyny Rosario Central. Następnie uczestniczył w Mistrzostwach Świata w RFN. Kiedy miał 22 lata przybył do Valencii gdzie pobił godne pozazdroszczenia rekordy i stał się jednym z największych postaci w całej historii klubu.

Po zdobyciu dwóch "Pichichis"(czyt. król strzelców) z 24 i 28 golami w sezonach 1976/77 i 1977/78, Kempes został mistrzem świata i zdobył koronę króla strzelców na Mistrzostwach Świata Argentina '78. Wraz z Valencią wywalczył triumf w Pucharze Króla w 1979 r. a rok później zdobył Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. Wrócił do Argentyny, gdzie został zatrudniony w River Plate na sezon 1981/82, aby rok później powrócić do Valencii. Później występował jeszcze w Herculesie i w lidze austriackiej. W 1993 r. pożegnał się z kibicami Valencii w meczu na jego cześć. Mario Kempes pozostaje jednym z niewielu piłkarzy na świecie, którzy uczestniczyli w trzech mistrzostwach świata. Strzelał karne, wolne, główkował, z pola karnego, z poza niego... dla Kempesa każda pozycja była dobra do oddania strzału.



@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

1

@bartekvisca Teoretycznie może wygrać tak jak Passarella w Mexico '86 nie ruszając się z ławki rezerwowych ale może!

12

Zasłużone postacie Blaugrany:

15 lipca 1925 r. urodził się Josep Mussons. W latach 1978-2000 był wiceprezydentem FC Barcelony i przez większość swojej kariery w klubie zajmował się sekcjami juniorskimi. Mussons był zarządcą La Masii i to pod jego rządami do pierwszej drużyny trafili między innymi Amor, Ferrer i Guardiola. W 2000 r. po zakończeniu kariery został wybrany Honorowym Prezesem Sekcji Juniorskich. Josep Mussons zmarł na Covid-19, 17 kwietnia 2021 r. w wieku 95 lat. Duma Katalonii uczciła jego śmierć grając w finale Copa del Rey w czarnych opaskach.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

1

@FcPortoFan1999 To oczywiście przenośnia ale jeśli tego nie zrobi to go ,,zatłuke"! :)

4

14 i 15 lipca przejdzie do historii futbolu jako wyjątkowe wydarzenia. Dwa puchary Copa America przedzielone mistrzostwem świata Argentyny i czwarte w historii mistrzostwo Europy Hiszpanii ma swoją wielką wymowe. Widok płączącego Messiego schodzącego z boiska z kontuzja był dla mnie nie do zniesienia ale później Bóg się nad nim zlitował, gdyż zasłużył na radość i chwałę. Messi zasłużył na wielki szacunek ale również zasłużył na godne, wręcz majestatyczne pożegnanie z FC Barceloną. Jeśli Laporta nie zorganizuje mu należytego pożegnania z klubem to go zabije i znienawidze...!

7

Aj! aj! Argentyno, co ty robisz!!!? Co ty mi robisz!!!? Jakżesz uszczęśliwiasz wszystkich swoich kibiców! Argentina Campeonesss!!!! Campeoness!!! Argentina!!!!

2

@Jackazz Tu możesz mieć racje iż Argentyna gra słaby turniej ale Copa America zawsze będzie mnie fascynować i kręcić bardziej niż Euro. No cóż, chyba mam latynoską dusze....

1

@barca__rządzi Ja również czuje ten niepokój. Kolumbia zawsze była twardym i bardzo niewygodnym przeciwnikiem. Któryś z Argentyńczyków musi w tym finale błysnąć inaczej dojdzie do rzutów karnych a karne? Jak mawiają latynosi karne to taniec diabła...

10

Przed nami finał..,,..,. nie no, doskonale wiem że finał Euro(Vamos Espana!) ale mnie osobiście bardziej kręci inny finał a mianowicie: Przed nami wielki finał Copa America Argentyna-Kolumbia! Obie reprezentacje rozegrały 42 mecze: 25 zwycięstw Argentyny, 8 remisów i 9 zwycięstw Kolumbii. Natomiast w Copa America spotkali się 15 razy z czego 7 razy zwyciężali ,,Albicelestes”, 5-krotnie padł remis a 3 razy triumfowali ,,Los Cafeteros”. Przed turniejem pisałem że tylko Urugwaj może odebrać Argentynie złoty medal, jednak Kolumbia to również będzie bardzo ciężki orzech do zgryzienia i zrobi wszystko aby pozbawić Albicelestes rekordowego triumfu(16-tego w historii). Co ciekawe będzie to pierwszy finał tych ekip w dziejach Copa America! I jeszcze jedno, Argentyno(!) zagraj i wygraj Cope dla swego rodaka Mario Kempesa, który jutro kończy 70 lat.

Vamos!, vamos! Argentina, vamos, vamos a ganar!, que esta banda quilombera, no te deja, no te deja de alentar!


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11

1

@AFA Radamel Falcao jeszcze gra? Gorące kolumbijki video?

8

Carlos Alcaraz mistrzem świata? To wspaniale i od razu świat piękniejszy...

14

Najskuteczniejsi reprezentanci Argentyny:

Guillermo Stabile: 4 mecze i 8 goli; średnia gola na mecz: 2!

Humberto Maschio: 12 meczów i 12 goli; średnia: 1 gol

Di Stefano: 6 meczów i 6 goli; średnia gola na mecz: 1 gol

Luis Artime: 25/24; średnia: 0,96

Roberto Cerro: 16/13; średnia: 0,81

Manuel Seaone: 19/14; średnia: 0,73

Jose Sanfilippo: 30/21 goli; średnia: 0,7

Batistuta: 77/54; średnia: 0,7

Messi: 186/110; średnia: 0,60

Hernan Crespo: 64/35; średnia: 0,54

Julio Libonatti: 15/8 ; średnia: 0,53

Mario Kempes: 43/20; średnia: 0,46

Leopoldo Luque: 45/22 gole; średnia: 0,48

Gonzalo Higuain: 62/30; średnia: 0,48

Omar Sivori: 19/9; średnia: 0,47

Vicente de la Mata: 13/6; średnia: 0,46

Lautaro Martinez: 62/28; średnia: 0,45

Francisco Varallo: 16/7; średnia: 0,43

Sergio Aguero: 101/41 ; średnia: 0,40

Maradona: 91/34 ; średnia: 0,37

Felix Lustau: 28/10; średnia: 0,35

Daniel Passarella: 69/23; średnia: 0,33

Jedynie Messi i Lautaro Martinez mogą nieco poprawić swoją statystykę przed finałem Copa America.


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11

2

@FcPortoFan1999 No ciekawa uwaga z twojej strony. Rzeczywiście takich imion nie spotyka się dzisiaj u nas. Zresztą wogóle jak czytałem gdzieś ten tekst, to pierwszy raz w życiu słyszałem takie dziwne imiona, bynajmniej dla mnie dziwne...

12

Pionierzy w dziejach polskiego futbolu:

14 lipca 1894 r. we Lwowie odbył się drugi zlot Sokoli. W ramach tego zlotu rozegrano na Polskiej ziemi pierwszy w dziejach mecz piłki nożnej pomiędzy drużynami sokolimi z Krakowa i Lwowa. Głównym organizatorem tego meczu był Edmund Cenar. Program zlotu był tak napięty że mecz trwał tylko 6 minut a przerwano go po pierwszym golu zdobytym przez ucznia seminarium nauczycielskiego ze Lwowa- Włodzimierza Chomickiego. Do Lwowa piłkę z Anglii przywiózł w 1891 r. Edmund Cenar. On też w 1891 r. przetłumaczył z angielskiego pierwsze przepisy gry. Edmund Cenar to postać wyjątkowo zasłużona polskiemu społeczeństwu. Całe swoje życie poświęcił na rzecz wychowania fizycznego i sportu.

To właśnie podczas II Zlotu Towarzystw Sokolich we Lwowie, między „ćwiczeniem maczugami” a zawodami „w biegu, w skoku, w wspieraniu i rzucaniu ciężarów i budowaniu piramid”, postanowiono rozegrać pokazowy mecz nowego sportu zwanego właśnie jako foot-ball. Na teren zjazdu wybrano Park Stryjski. Zbudowano między innymi stadion na siedem tysięcy ludzi oraz utworzono na wzór angielski plac do gry o wymiarach 100 na 120 metrów. Naprzeciwko siebie stanęły dwie jedenastki Sokołów z Krakowa oraz ze Lwowa. Jak donoszą ówczesne opisy, obie drużyny wystąpiły w białych strojach, różniły się jedynie kolorem spodenek. 14 lipca 1894 roku dokładnie o godzinie 17.00 rozpoczęło się to spotkanie. W źródłach historycznych niestety nie zachował się skład gości z Krakowa. Znane natomiast są nazwiska jedenastki gospodarzy: Włodzimierz Chomicki, Ksenofont Teodorowicz, Ludwik Chrystelbauer, Seweryn Rudnicki, Marjan Bielecki, Karol Marcichowski, Wilibald Noach, Stanisław Mjanowski, Bronisław Gołorodski, Aleksander Kozeł i Juliusz Onyszkiewicz. Lwowianie wystąpili pod wodzą wspomnianego wcześniej szkoleniowca, Edmunda Cenara. Ze źródeł wiadomo również, że spotkanie sędziował pan Zygmunt Wyrobek z Krakowa.

@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360
@Arkon

9

Kochani cules czy wiecie że:

14 lipca 1936 r. ukazał się ostatni numer katalońskiego tygodnika humorystycznego ,,Xut”. W drugim wydaniu gazety z 30 listopada 1922 r. po raz pierwszy w prasie pojawiło się słowo ,,Barça”. Było ono używane w mowie potocznej praktycznie od początku istnienia klubu ale zostało oficjalnie uznane dopiero w latach 60-tych. 29 października 1924 r., również w tygodniku ,,Xut” pojawiła się pierwszy raz postać ,,L’Avi del Barça”(Dziadka Barçy), który jest personifikacją klubu. Od 1984 r. socio klubu Joan Casals stylizuje się na tę właśnie postać. W 1992 r. po finale Pucharu Europy z Sampdorią obiecał iż zgoli charakterystyczną białą brode, jeżeli Blaugrana zdobędzie drugi taki tytuł. W 2006 r. po wygranej w finale z Arsenalem dotrzymał słowa.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

1

Aż trzech asystentów głównego trenera? Dla mnie asystentem trenera był zawsze jeden człowiek a tu aż trzech? Tylko po co? Pytam się po jaką cholere aż 3 asystentów? Poza tym artykuł nie wyjaśnia nam kim jest Marcus Sorg i Toni Tapalović?

2

@palel95 Generalnie się zgodze, jednak na tej stronie nie jest to wymagane i wielu użytkowników nie stosuje się do tego, więc i ja nie zamierzam się stosować...

3

@palel95 Owszem zacytowałem fragment książki Leszka Orłowskiego. Po pierwsze to ja nic nie udaje bo już dawno mówiłem że większość moich tekstów nie jest przeze mnie pisana a po drugie nie zmuszam nikogo do ich czytania...
Ps. Gdybym sam pisał felietony i artykuły to raczej nie udzielałbym się tutaj na tym śmietnisku wszystkiego...

4

@FcPortoFan1999 Otóż to. To jeden z bardziej niedocenianych trenerów Blaugrany w historii. Miał tylko jedną wade: był za miękki wzgledem drużyny i za dużo pozwalał, zwłaszcza w porównaniu z Guardiolą...

6

@FCBparasiempre
Stara futbolowa zasada mówi że do każdego zespołu trzeba co roku dołączyć kilku nowych piłkarzy że co najmniej dwa ogniwa, te najsłabsze należy wymienić i chociaż jednego zawodnika wpuścić do podstawowego składu. Jeśli bowiem nie dokona się żadnych zmian w drużynie grozi stagnacja znający się jak łyse konie piłkarze popadną w rutynę a zespół nie będzie potrafił niczym zaskakiwać rywali, którzy znakomicie go rozszyfrują oczywiście nie bez znaczenia jest też aspekt marketingowy, wiadomo że koszulki z nazwiskiem nowej gwiazdy klubu świetnie się sprzedają a głośny transfer generalnie napędza koniunkturę. Dlatego też aktem wielkiej odwagi było to, na co latem 2005 roku zdecydowali się Frank Rijkaard, Txiki Beguiristain i Joan Laporta. Otóż uznali oni że drużynie nie jest potrzebny żaden nowy istotny piłkarz. Nie wydali pieniędzy aby tylko je wydać. Owszem do zespołu dołączyło dwóch zawodników ale tylko po to by uzupełnić do przepisowych 25 kadrę, osłabioną (ale oczywiście tylko liczebnie) odejściem takich futbolistów jak Rochembak, Sergio Garcia czy Damia. Za marka Van Bommela oraz Santiago Ezsquero Barça nie zapłaciła ani centa, ponieważ obu wygasły kontrakty z poprzednimi klubami: PSV i Athletikiem Bilbao. Obaj mieli swoje lata, przyszli do Barcelony by odciąć jeszcze kilka przysłowiowych kuponów od dotychczasowych osiągnięć w Barcelonie panowała przecież moda na bezpretensjonalnych weteranów. Szefowie Barçy najwyraźniej wyszli z założenia że zespół w żadnym wypadku nie jest wypalony że grając w tym samym składzie co w sezonie 2004/05 wciąż będzie skutecznie napędzany do kolejnych sukcesów wewnętrznym entuzjazmem i pozostanie nieprzewidywalny dla rywali. ,, Byliśmy grupą piłkarzy zachwyconych możliwością wspólnego grania w piłkę, pełną wiary w piękną przyszłość, zauroczoną naszym trenerem. Chcieliśmy wygrać wszystko i mieć cały świat u stóp"- wspominał tamten czas w kilka lat później Ronaldinho. Rijkaard to widział, rozumiał że akurat teraz zespół nie potrzebuje wzmocnień. Przewidywał że wpuszczenie do szatni kogoś ważnego mogłoby zakłócić idealną harmonię w drużynie. Dlatego postanowił nie dokonywać istotnych zmian w kadrze. Było to prawdziwie mistrzowskie posunięcie przyszłość dowiodła że wszystkie te optymistyczne przypuszczenie i wnioski były jak najbardziej słuszne. Jak się okazuje czasami opłaca się zadziałać wbrew schematom. Trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment, zrozumieć wyjątkowość sytuacji, dostrzec że to jest właśnie ten czas, kiedy od reguły należy zrobić wyjątek. Nie wszystko układało się w tym wspaniałym sezonie 2005/06 pomyśli Franka Rijkaarda i jego zawodników. Wielkość Barçy z tamtego czasu polegała jednak także na tym że drużyna potrafiła poradzić sobie z każdą przeciwnością losu, przezwyciężyć każdy kryzys, rozwiązać każdy problem. Kontuzja Leo Messiego po tym, co pokazał w meczu na Stanford Bridge była oczywiście ciosem bolesnym, jednak obecność Argentyńczyka na boisku nie stanowiła wówczas konieczności, tylko opcję. Dalece bardziej mogło zaszkodzić w drużynie to co stało się 2,5 miesiąca wcześniej (2 grudnia 2005) podczas treningu w starciu z rezerwowym bramkarzem Jorquerą, kontuzji zerwania więzadeł krzyżowych doznał mały generał Barcelony- Xavi. Pozycja Xaviego w zespole z pewnością nie była tak silna jak za kadencji Guardioli, jednak już od dosyć dawna, gdyż od sezonu 2001/02 był on podstawowym graczem. Początkowo jego rozwój nieco blokowała obecność w drużynie Guardioli defensywnego pomocnika grającego tuż przed formacją obronną ponieważ Xaviego przygotowywano przecież do roli jego następcy ale po sezonie 2000/01 ,,Pep” odszedł z klubu. Xavi rozwijał się powoli. W momencie odniesienia kontuzji nadal miał status wschodzącej gwiazdy, choć przecież stuknęło mu już 25 lat. Rozegrał dwa wielkie mecze, po których zyskał uwielbienie fanów. 25 kwietnia 2004 roku z Realem Madryt na wyjeździe i 2 listopada tego roku z Milanem w Lidze Mistrzów. W tym pierwszym Barça wygrała na Camp Nou 2:1 a trzeba wiedzieć że zaliczył genialną asystę przy golu Samuela Eto. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni publika skandowała jego imię. Kiedy owego feralnego drugiego grudnia doznał tak poważny kontuzji, oczywiście można się było zastanawiać czy aby jego brak w całej wiosennej części rozgrywek nie pokrzyżuje w Barcelonie planów. Jednak po czasie okazało się że to fatalne wydarzenie obróciło się na korzyść drużyny. Nie jest to stwierdzenie eleganckie wobec Xaviego ale opis jego rekonwalescencji i pełnej morderczych ćwiczeń rehabilitacji pod okiem Emiliego Ricarta należy do najciekawszych i najbardziej poruszających fragmentów jego autobiografii i w tym przypadku sprawdziło się porzekadło, które sportowcy powtarzają wyjątkowo często: Co cię nie zabije to cię wzmocni. Xavi pracował żeby zdążyć na finał Ligi Mistrzów. Ostatecznie cały mecz z Arsenalem spędził na ławce rezerwowych ale wystąpił w kilku ostatnich spotkaniach ligowych a ciężkie ćwiczenie ogólnorozwojowe, straszliwy reżim jakiemu został poddany przez te kilka miesięcy 2006 roku naprawdę mu pomogły. Po wakacjach Był jakby nieco innym piłkarzem, mocniej stojącym na nogach, bardziej stanowczym I zdecydowanym. Zmężniał, można powiedzieć definitywnie zmienił się z Xavito w Xaviego. Teza że bez tej ciężkiej kontuzji nie byłoby Wielkiego Xaviego (mistrza świata i Europy i konkwistadora Ligi Mistrzów) jest co najmniej ryzykowna. Fakty mówią jednak za siebie. Po powrocie do zdrowia barceloński ,,Napoleon” grał lepiej niż przed wypadkiem.

Ponadto należy pamiętać że dłuższa nieobecność Xaviego bardzo stymulująco wpłynęła na dwóch innych znakomitych pomocników: Deco i Iniesty. Deco to być może najbardziej niedoceniany dziś zawodnik drużyny Rijkaarda. I jego rola w sukcesach z lat 2005 2006 wydaje się z perspektywy czasu mniejsze niż Ronaldinho, Samuela Eto, Xaviego czy nawet Messiego i Iniesty a była w swej istocie ogromna. Gwiazdor Porto ery Jose Mourinho był bowiem ulubionym partnerem ,,Roniego”, zawodnikiem, z którym as Barçy rozumiał się bez słowa. Choć reprezentował Portugalię, Deco to przecież rodowity Brazylijczyk, wyszedł z tej samej piłkarskiej szkoły. Jeden szukał na boisku drugiego, drugi pierwszego. Deko podążał krok w krok z akcją Ronaldinho by ten mógł mu odegrać piłkę, kiedy znajdzie się w tarapatach. Wypadnięcie z gry Xaviego rozszerzyło jego pole działania. Miał teraz większy obszar boiska pod swoimi rządami a był wtedy naprawdę w znakomitej formie, prezentował bardziej twórczy futbol niż Xavi. Także adresowi i nieście kontuzja Xaviego pozwoliła w pełni rozwinąć skrzydła. Tu znów trzeba przypomnieć kilka faktów. Iniesta z perspektywy swych dokonań i jawi się nam jako Złote dziecko, zawodnik, który od kiedy tylko pojawił się u trenera pierwszego zespołu Barçy, szturmem wszedł do podstawowej 11. Otóż nic bardziej mylnego. Aby nie sięgać zbyt daleko w przeszłość prześledźmy jego losy tylko w sezonie 2005/06. Do czasu odniesienia przez Xaviego kontuzji, Iniesta (jeszcze wtedy z pewnością żaden Don Andres) wystąpił w 11 meczach. Tylko dwa razy grał od początku a dziewięciokrotnie pojawiał się na boisku w drugiej połowie. Trzy razy zmienił Edmilsona, 2 razy Xaviego i po razie Marqueza, Deco, Giuly'ego i Messiego. To doskonale obrazuje jego ówczesny status w zespole: mówiąc brutalnie zapchaj dziury. Rijkaard widział w nim zmiennika dla Deco i Xaviego, ewentualnie partnera, gdy trzeba było zagrać bardziej ofensywnie. Co się zatem stało po kontuzji Xaviego? Otóż i nie staw wybiegł na boisko w jedenastce w trzech pierwszych meczach Primera Division i wszystkie je Barça wygrała. Choć potem zdarzało mu się jeszcze zaczynać jako rezerwowy, to z miejsca udowodnił że jest zawodnikiem z tej samej półki co kontuzjowany Partner. Tak oto kontuzja lidera pomocy obróciła się na korzyść zespołu, pozwoliła wydobyć potencjał z innych występujących w nim zawodników. Gdy Xavi wrócił stworzył wielki duet z Iniestą. Deco zaś po pewnym czasie musiał odejść...

Opowieść o wiekopomnym sezonie 2005/06, próba wyjaśnienia Dlaczego w Barcelonie udało się wtedy tak wiele wygrać byłaby niepełna bez krótkiego choćby zajęcia się postacią zawodnika, który osiągnął wówczas pierwszy szczyt swojej kariery. Mowa o Samuelu Eto’o. Kameruńczyk został przecież dzięki swoim 27 golom królem strzelców sezonu ligowego, do tego zdobył gola w finale Ligi Mistrzów, 6 zresztą w całej edycji imprezy. Jego rolę w osiągnięciu zespołu należy przeanalizować dwutorowo: jako osoby i jako piłkarze. Ten pierwszy aspekt jest może nawet istotniejszy. Eto’o jest specyficznym człowiekiem, bardzo uczuciowym i ekstrawertycznym. Albo kogoś kocha albo nienawidzi, rzadko występują u niego stany pośrednie. Nie umie się hamować, o czym najlepiej świadczą słowa wykrzyczane po zdobyciu tytułu mistrzowskiego w 2005 roku, te o madryckim rogaczu. Jego zachowania, wypowiedzi czy nawet miny zawsze najlepiej świadczyły o tym, jaka atmosfera panuje w szatni. Wystarczyło na niego spojrzeć by się dowiedzieć czy między piłkarzami, albo między nimi a trenerem jest zgoda czy też powstały jakieś konflikty. Eto’o był najlepszym probierzem atmosfery w ekipie. W wyrazie jego twarzy, ruchach, boiskowych zachowaniach jak w soczewce skupiały się radości bądź problemy zespołu. Przez cały sezon Eto’o tryskał entuzjazmem. Na boisku był prawdziwą zadziorą, dobrym duchem drużyny. Jako Snajper czasami zawodził, marnował dużo sytuacji, często podejmował błędne decyzje ale ciągle był w ruchu, dochodził do dobrych pozycji do oddania strzału. Ponadto atakował obrońców rywali, wcielał się w rolę pierwszego obrońcy. Czuł się sprawiedliwie traktowany przez trenera, miał przekonanie że koledzy mu ufają, lubią go i akceptują takim jakim jest. Jego odwieczny konflikt z Ronaldinho znalazł się w fazie uśpienia. Kiedy jednak coś się w Samuelu zmieniło od razu odbiło się to na obrazie całego teamu. Z pewnością nie uwzględniliśmy tu wszystkich niuansów które doprowadziły Barçe do triumfów w sezonie 2005/06 Ligi Mistrzów w Paryżu. Brazylijczyk został wtedy zdjęty z boiska w przerwie by zrobić miejsce Andresowi Inieście. Sytuacja tego rodzaju nazywana w polskim slangu piłkarskim wędką, nie jest miła dla żadnego zawodnika ale Edmilson tak po latach w rozmowie z dziennikarzem ,,Asa” wspominał ten moment: ,, Odebrałem to normalnie. Już byłem mistrzem Hiszpanii czyli człowiekiem szczęśliwym. Teraz chodziło o to żeby wygrać mecz. Graliśmy w przewadze, potrzebny był zawodnik ofensywny. Odczułem tę zmianę wyłącznie jako spowodowaną koniecznością taktyczną, w żaden sposób nie odebrałem jej osobiście. Wiedziałem że mam pełne zaufanie trenera. Wszedł Andres i nadał naszej grze zupełnie nową dynamikę wygraliśmy a ja mimo tego co się stało w finale czułem się pełnowartościowym członkiem najlepszego zespołu Europy".

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?