6

Przed nami pierwszy półfinał Copa America pomiędzy Argentyną a Kanadą. Debiutująca na tym turnieju Kanada już po raz drugi spotka się z mistrzami świata, gdyż w fazie grupowej poległa 0:2. Co ciekawe debiutant przy takiej ilości zespołów dociera do półfinału i po raz drugi zagra z tym samym przeciwnikiem i to w dodatku mistrzem świata. Jakoś nie kojarze drugiego takiego przypadku...
Mimo wszystko Vamos Argentina! Vamos a ganar!

0

@MesQueUnClub96 Po prostu przypadek, czysty przypadek i nic więcej...

2

@MesQueUnClub96 Jaka znowu zmowa?

10

Czy wiemy że…

9 lipca 2006 r. na Olympiastadion w Berlinie rozegrano finał Mistrzostw Świata w którym Włochy pokonały Francję dopiero po serii rzutów karnych 5-4, po 90 minutach i dogrywce było 1-1 po golach Materazziego(19 minuta) i Zidane’a(7 minuta rzut karny).


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

6

@FCBparasiempre
Zanim Włoch zaczął pracować jako ekspert telewizyjny, marzył o karierze trenerskiej. Ukończył nawet w tym celu słynną szkołę Coverciano. Jako pierwsze, szansę zaprezentowania swojego talentu w roli menadżera, dało mu angielskie czwartoligowe Swindon Town. Tam pokazał się z niezłej strony, m.in. eliminując w FA Cup Wigan Athletic, grające wówczas w Premier League. Dzięki dobrym wynikom uzyskiwanym z ekipą The Robins pracę zaproponował mu Sunderland, również znajdujący się wówczas na najwyższym angielskim szczeblu rozgrywkowym. Jego zatrudnienie wzbudziło jednak niemałe kontrowersje. Oczywiście wszystko przez radykalne poglądy polityczne wychowanka Lazio. Ze stanowiska wiceprezesa Sunderlandu ustąpił David Miliband, który należał do Partii Pracy. Związek Zawodowy Górników postanowił natomiast symbolicznie zabrać ze Stadium of Light, które jest zbudowane na terenie byłej kopalni, swój sztandar jako akt sprzeciwu wobec nowego menadżera i jego niewygodnych poglądów. Rzymianin poprowadził Sunderland ostatecznie zaledwie w 13 meczach, zanim został zwolniony. Dużą cegiełkę dołożyli do tego podopieczni Włocha, którzy poskarżyli się zarządowi na nadmierne dokręcanie śruby przez menadżera. Więcej okazji do podjęcia pracy w roli szkoleniowca Di Canio nie otrzymał. Wiele wskazuje na to, że zła reputacja ciągnąca się za wychowankiem Lazio zamknęła mu wiele drzwi, a kluby nie chciały ryzykować zatrudnienia trenera z kłopotliwym życiorysem i poglądami. A co po latach sam Di Canio miał do powiedzenia na temat ideologii, którą się fascynował? ,,Czy w dalszym ciągu jestem faszystą? Nie jest tajemnicą, że zawsze mówiłem to, co myślę ale jeśli spytasz mnie o rasizm, antysemityzm czy popieranie Hitlera, to te rzeczy przyprawiają mnie o ciarki na plecach. Mogę zatem przyznać, że kiedyś byłem faszystą. Co się tyczy zaś Mussoliniego, miał kilka dobrych pomysłów, ale poparcie Hitlera doprowadziło do jego końca”. Di Canio nigdy nie było dane zagrać w narodowych barwach. Po raz kolejny trudno tutaj nie brać pod uwagę tego, że na przeszkodzie stanął trudny charakter Paolo. Gdy prezentował najwyższą formę, reprezentację Italii prowadził Giovanni Trapattoni, z którym Rzymianin pozostawał w konflikcie od czasu ich wspólnej pracy w Juventusie. Wcześniej Cesare Maldini ignorował przy powołaniach zawodników grających w Premier League, gdyż uważał, że Serie A zwyczajnie jest lepszą ligą. A czy piłkarskie CV Di Canio mogło wyglądać bardziej okazale? Oczywiście. Gdyby tylko włoski napastnik nie odrzucił oferty przejścia do Manchesteru United, którą otrzymał od sir Alexa Fergusona, kiedy znajdował się w najwyższej formie, grając dla West Hamu. Paolo twierdzi, że zrobił to, gdyż chciał być lojalny wobec klubu w którym mógł odbudować swoją karierę. ,,Fergie” w swojej autobiografii podaje bardziej prozaiczny powód – brak porozumienia w kwestii zarobków. Jaka jest prawda? Cóż, jaka by nie była, nie ulega wątpliwości, że chociaż możemy wymienić setki graczy, którzy byli lepsi pod względem umiejętności piłkarskich od Di Canio i mieli o wiele bardziej imponujące CV, to ilość wrażeń i niebanalnych historii, jakich dostarczał kibicom wychowanek Lazio, była tak olbrzymia, że moglibyśmy nią obdzielić tuzin graczy. A właśnie takich zawodników wspomina się latami!

9

@FCBparasiempre
Faszystowskie sympatie, pobicie arbitra, kłótnie z trenerami i kontrowersyjne wypowiedzi, ale także piękne gole, profesjonalne podejście do treningu i słynny gest fair play. Historia futbolu nie zna, wielu bardziej polaryzujących piłkarzy niż Paolo Di Canio. Przypomnijmy sobie wspólnie historię najlepszego Włocha, który nigdy nie przywdział reprezentacyjnego trykotu. I pomyśleć, że powyższy wstęp dotyczy chłopaka, który w dzieciństwie tak namiętnie obżerał się słodyczami, że koledzy z podwórka przezywali go kulą smalcu(palloca). Jeśli do tego dodamy fakt, że Paolo musiał nosić buty ortopedyczne i moczył w nocy łóżko, to nasze zdziwienie stanie się jeszcze większe. Traumatyczne doświadczenia z pierwszych lat życia Di Canio posłużyły jednak za proces, przypominający hartowanie stali. Młokos zacisnął zęby i wziął się za siebie. Wyszczuplał, nabrał tężyzny fizycznej i ukształtował tym samym swój niebanalny charakter. Często wybierał kręte ścieżki, krocząc pewnie przez życie. Bo jak inaczej nazwać kibicowanie Lazio, gdy mieszka się w dzielnicy zdominowanej przez fanów AS Romy? Zakazana miłość do ,,Biancocelestich” szybko przerodziła się w fanatyzm, okraszony dołączeniem do grupy kibicowskiej o nazwie ,,Irriducibili”. Najbardziej radykalnego odłamu stołecznych fanów. Wyjazdy na mecze, bójki i fascynacja ideologią faszystowską – która odcisnęła w przyszłości nieusuwalne piętno na jego karierze – stały się dla niego chlebem powszednim. Być może młody Paolo skończyłby jako członek rzymskiego półświatka, gdyby nie fakt, że tak samo jak kibicowskie życie kręciła go sama gra w piłkę. W dodatku jej kopanie wychodziło mu na tyle zgrabnie, że przebijał się przez kolejne szczeble kariery juniorskiej. Oczywiście w barwach ukochanego Lazio. W drużynie seniorów zagrał po raz pierwszy, mając 20 lat. Wówczas ,,Biancocelesti” tułali się po Serie B. Niebawem wrócili jednak na najwyższy szczebel rozgrywkowy, a Di Canio wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Gdy został bohaterem Stadio Olimpico, strzelając zwycięskiego gola w ,,Derby della Capitale”, zapowiadało się na to, że fani Lazio zyskali nowego, długoletniego idola, który wychowywał się wśród nich. Splot wielu niefortunnych wydarzeń sprawił jednak, że Paolo wkrótce opuścił rodzinny Rzym na długie lata. Pierwszym przystankiem w czasie włoskiej pielgrzymki Di Canio był Turyn. W ekipie Juventusu Paolo spędził trzy lata. Mając jednak za rywali do gry w pierwszym składzie takie tuzy piłkarstwa jak: Gianluca Vialli, Roberto Baggio czy Pierluigi Casiraghi, młody buntownik z Rzymu miał problem z tym, by na stałe przekonać do siebie trenerów. W dodatku szkoleniowcy starali się przekwalifikować go, a to na skrzydłowego, a to na podwieszonego napastnika, co nie sprzyjało jego stabilizacji w zespole. Przygodę Di Canio z Juve zakończyła kłótnia napastnika z Giovannim Trapattonim, w której czasie niemal doszło do rękoczynów. Trudny charakter rzymianina objawił się po raz kolejny, gdy ten dołączył do innego giganta Serie A. Poprzez Neapol i roczną grę w miejscowym Napoli, Paolo zawędrował do Mediolonu, by reprezentować barwy Rossonerich. W Milanie doszło do powtórki z rozrywki. Tym razem jednak Carlo Ancelotti i Di Canio musieli być rozdzielani przez resztę drużyny. Takie występki wychowanka Lazio spowodowały, że na stałe przylgnęła do niego łatka zawodnika o wybuchowym charakterze, trudnego do prowadzenia. W Italii nie mógł już liczyć na angaż w żadnym poważnym klubie. Rzymski banita musiał opuścić już nie tylko Wieczne Miasto, ale też cały półwysep Apeniński. Zbliżał się do trzydziestki i wydawało się, że świat piłki zapamięta go jedynie jako kłótliwy, niespełniony talent. Latem 1997 roku Di Canio parafował umowę z Celtikiem. Rok spędzony na Parkhead był dla niego pod względem piłkarskim bardzo udany. Zagrał w barwach The Bhoys 37 razy i zdołał ustrzelić 15 goli, a Stowarzyszenie Piłkarzy uznało go za zawodnika sezonu w lidze szkockiej. Niestety wraz z wysoką formą nie poszła w parze zmiana sfery mentalnej włoskiego buntownika. Inaczej mówiąc– Di Canio pozostał sobą.

W meczu z Hearts dostał czerwoną kartkę, gdy zaczął przepychać się z graczami rywala, chcąc zabrać piłkę na środek boiska po celnie wykonanym rzucie karnym. Natomiast w czasie Old Firm Derby spiął się z piłkarzem Rangersów Ianem Fergusonem tak, że po końcowym gwizdku arbitra koledzy z zespołu musieli go trzymać siłą, by nie narobił głupot. Mimo to Włoch i tak został wezwany do pokoju arbitrów, gdzie obejrzał drugą żółtą kartkę. Gdy w przerwie pomiędzy sezonami klubowi włodarze nie zgodzili się na żądanie Paolo, który domagał się podwyżki, wychowanek Lazio postanowił wytłumaczyć kolegom z zespołu i sztabowi szkoleniowemu, dlaczego od dekady nie potrafią zdetronizować Rangersów. ,,Wiecznie przegrywamy z Rangersami, bo jesteście gówniani! Dajecie gówniane podania i jesteście gównianymi piłkarzami. To wszystko jest gówno warte!” Te słowa musiały podziałać mobilizująco na resztę ekipy The Bhoys, gdyż rok później odzyskali mistrzowski tytuł. Oczywiście już bez Di Canio w składzie. Rzymianina zastąpiono Henrikiem Larssonem, który niebawem wyrósł na największą gwiazdę zespołu i idola trybun, w związku z czym po Włochu raczej nikt na Celtic Park nie płakał. Wychowanek Lazio postanowił pozostać w Wielkiej Brytanii. Zamienił jednak Szkocję na Anglię i podpisał kontrakt z Sheffield Wednesday. W barwach The Owls znów zaliczył dobry debiutancki sezon, strzelając 12 goli w rozgrywkach Premier League. A później? Wszystko po staremu. Protokół o kryptonimie- „rozkochać w sobie kibiców i zburzyć pomnik” – został odpalony po raz kolejny. Di Canio następną kampanię ligową również zaczął z przytupem, zdobywając trzy gole w sześciu pierwszych spotkaniach sezonu. Aż nadszedł feralny mecz z Arsenalem… Gdy w czasie spotkania doszło do scysji pomiędzy Patrickiem Vieirą i Wimem Jonkiem, pierwszy na odsiecz Holendrowi ruszył oczywiście Di Canio. Odepchnął Francuza, a chwilę później wziął się za łby z innym Kanonierem – Martinem Keownem. Gdy arbiter Paul Alcock ukarał obydwóch piłkarzy czerwonymi kartonikami, Paolo postanowił wyrazić swoje niezadowolenie z tej decyzji… odpychając sędziego i powodując jego upadek. Oczywiście tak idiotyczne zachowanie Włocha musiało się skończyć poważnymi konsekwencjami. 11-meczowa dyskwalifikacja i 10 tysięcy funtów kary to jedno. Działacze z Sheffield postanowili jednak, że Di Canio już więcej w barwach ,,The Owls” nie zagra. Paolo zostawił za sobą spaloną ziemię w kolejnym klubie i wydawało się, że już nikt więcej nie zaryzykuje zakontraktowania gracza, który bardziej niż regularne strzelanie goli, gwarantował permanentne kłopoty dyscyplinarne. I wtedy pojawił się Harry Redknapp. Cały na biało. A przynajmniej tak mógł go widzieć sam Di Canio, gdyż fani prowadzonego przez doświadczonego Anglika West Hamu, wymownie pukali się w czoło. Wszak menadżer Młotów wydał półtora miliona funtów na 31-letniego gościa, który zdawał się być tykającą bombą. Jak mawiał klasyk – a na co to komu? Sam Di Canio posypał głowę popiołem i przeprosił za ostatni incydent – Popełniłem duży błąd i przepraszam za to. West Ham dał mi szansę i jestem bardzo szczęśliwy – Te słowa włoski napastnik wypowiedział na pierwszej konferencji prasowej w nowym klubie. Redknapp dodawał – Wiem, że podpisując kontrakt z Di Canio wiele ryzykuję, ale on potrafi robić z piłką rzeczy, o których zwykli ludzie mogą tylko pomarzyć. Pomimo tego, że wychowanek Lazio nie byłby sobą, gdyby nie przysporzył nowemu menadżerowi masy problemów, to Redkanpp tej decyzji nigdy nie pożałował. Kultowa koszulka Młotów z reklamą Dr. Martensa i logiem firmy FILA, jako sponsora technicznego klubu oraz pełna pasji i determinacji, wiecznie wkurzona twarz Di Canio mogłyby służyć za symbol Premier League przełomu wieków. Szczególnie reklama wspomnianej, legendarnej firmy obuwniczej, produkującej popularne glany, tak ukochane przez subkulturę ,,skinheads”, dopełnia tutaj tę mieszankę wybuchową, gdy weźmiemy pod uwagę ciągotki ideologiczne buntownika z Rzymu. Wszystko to jednak nie miałoby znaczenia, gdyby włoski napastnik nie potrafił się odnaleźć na Upton Park. On jednak wykorzystał daną mu przez Redknappa szansę na maksa, stając się czołową postacią Premier League przełomu wieków. 16 ligowych goli strzelonych w 30 meczach. Pierwszy pełny sezon Paolo w barwach West Hamu był zarazem jego najlepszym w karierze. Wizytówką tamtej kampanii stał się przepiękny gol, strzelony przez Di Canio nożycami w meczu przeciwko Wimbledonowi. Bramka ta regularnie znajduje się w przeróżnych zestawieniach, klasyfikujących najpiękniejsze trafienia w historii ligi angielskiej.

Znany z ciągłego przysparzania kłopotów Włoch, pokazał w czasie pobytu w Londynie, że jeśli chce, to może pełnić także rolę wzoru dla młodych piłkarzy. Rzymianin zasuwał na treningach za dwóch i prowadził ascetyczny styl życia. Zdrowo się odżywiał, nie pił alkoholu i odbywał dodatkowe, indywidualne jednostki treningowe. Zarazem tego samego wymagał od innych kolegów z zespołu. Oczywiście żelazny reżim ćwiczeń niekoniecznie był wpisany w kodeks zasad starych angielskich boiskowych weteranów. ,,Hej, szefie! (pieklił się) K**wa! rozgrzewamy się, powinniśmy się rozciągać, a Neil Ruddock opowiada o ruchaniu i piciu zeszłej nocy. Czy to w porządku? Nie, to nie w porządku! a Johnny Moncur rechocze, zamiast się skupić na treningu. O co tu k**wa chodzi?”- Tak Harry Redknapp wspominał w swojej autobiografii jeden z pierwszych treningów Paolo na Upton Park i zniesmaczenie Włocha postawą swoich nowych kolegów. Możemy podejrzewać, że profesjonalizm, jakim Di Canio odznaczał się w czasie treningów, odcisnął piętno na grupie utalentowanych młodych graczy, którzy otaczali go wówczas w ekipie ze stolicy Anglii. Wśród nich byli Frank Lampard, Rio Ferdinand, Joe Cole i Michael Carrick. Postacie, które kilka lat później stanowiły filary reprezentacji Trzech Lwów. Oczywiście Paolo nie stał się aniołkiem i nadal potrafił dać upust swoim emocjom w stylu przywodzącym na myśl rozzłoszczonego byka. Jak wtedy, gdy zdemolował szatnię w przerwie meczu Pucharu Ligi, po tym, jak bramkarz Shaka Hislop zwrócił mu uwagę, że nie ustawił muru przy rzucie wolnym, po którym Młoty straciły gola. Najlepszym przykładem jego częstej huśtawki nastrojów był jednak mecz przeciwko Bradford, rozegrany w lutym 2000 roku. Wówczas to Di Canio sfrustrowany postawą sędziego – który jego zdaniem pozwalał na zbyt ostrą grę wobec niego – zasygnalizował w pewnym momencie Redknappowi, że chce, by menadżer ściągnął go z boiska, po czym usiadł obrażony za linią boczną. Bradford prowadziło wówczas 4-2, a w czasie szopki odstawianej przez Włocha, obiło dodatkowo słupek bramki The Hammers. W tym momencie sprawy w swoje ręce biorą kibice, zgromadzeni na Upton Park. Cały stadion na melodię piosenki “La donna è mobile”, zaczyna skandować imię i nazwisko swojego krnąbrnego idola. Di Canio wraca na boisko. Chwilę później Joe Cole jest faulowany w polu karnym, a arbiter w końcu wskazuje na jedenasty metr. Piłkę na wapnie chce ustawić Frank Lampard, ale włoski napastnik postanawia kolejny raz tego wieczora skraść show. Bezceremonialnie wyrywa piłkę z rąk młokosowi i samemu wymierza sprawiedliwość. Kilka minut później jest już remis po golu Cole’a. Siedem minut przed końce meczu Di Canio asystuje do Lamparda, a ten daje wygraną gospodarzom. Buntownik z Rzymu pisze kolejny niesamowity scenariusz. Zresztą jeśli wpiszecie w przeglądarkę internetową nazwisko Di Canio, wujek google wyświetli wam na dwóch pierwszych miejscach dwie skrajnie różne podpowiedzi. Dwie sytuacje, z których Di Canio zasłynął najbardziej, a które dobitnie pokazują z jak niejednoznaczną postacią mamy do czynienia. Pierwsza? Grudzień 2000 roku i mecz West Hamu z Evertonem. Di Canio dostaje dobre dośrodkowanie. Ma przed sobą pustą bramkę, ale zauważa, że bramkarz Paul Gerrard leży kontuzjowany poza polem karnym. Łapie piłkę w dłonie, nakazuje przerwać akcję i udzielić pomocy golkiperowi rywala. Dostaje za ten gest nagrodę Fifa Fair Play. Druga sytuacja? Chyba jeszcze bardziej znana, gdyż związana jest z tytułowym piętnem faszysty. Paolo zasłużył na nie kilkoma wydarzeniami, o których napiszę później, ale ta najbardziej znana miała miejsce w styczniu 2005 roku, już po powrocie napastnika do macierzystego Lazio. Di Canio znów strzelił gola w zwycięskich dla Biancocelestich Derbach Rzymu, ale nie to było tego wieczora najważniejsze. Już po spotkaniu świat obiegły zdjęcia Paolo, który świętował wygraną na murawie Stadio Olimpico, pozdrawiając trybunę najzagorzalszych fanów poprzez rzymski salut. Starzy znajomi z Irriducibili pogrążyli się w ekstazie. Reszta świata patrzyła na to zszokowana i zniesmaczona. Dwa wydarzenia, dwie różne postawy. Di Canio jako krzewiciel najpiękniejszych idei sportu. Di Canio w geście przywodzącym na myśl najczarniejsze rozdziały nowożytnej historii.

Rzymianin reprezentował barwy West Hamu do 2003 roku. W ostatnim sezonie spędzonym przez niego na Upton Park, Młoty zleciały z Premier League. Ciężko jednak winić za taki stan rzeczy Paolo, który przez znaczną część kampanii był odsunięty od składu przez menadżera Glena Roadera. Po sezonie przeniósł się na rok do Charlton Athletic, z którym wykręcił siódme miejsce w lidze. Najlepsze dla The Addicks od 50 lat. W sierpniu 2004 roku postanowił wrócić do ukochanego Lazio. Chciał pomóc macierzystemu klubowi, który pogrążył się w kłopotach finansowych. Kilka lat spędzonych na Wyspach Brytyjskich pozwoliło mu zaistnieć i pozostać w świadomości kibiców na lata. ,,Ten kraj ożywił moją karierę. Wprowadził mnie w nowy rodzaj piłki nożnej. To był styl gry, który prawdopodobnie nosiłem w sobie przez całą piłkarską karierę. Serie A nie potrafiło go ze mnie wydobyć. We Włoszech czułem się inny. Tutaj mogę być sobą”- Tak mówił jeszcze w czasie pobytu w Anglii. Trudno mu nie przyznać racji. Premier League stanowiła wówczas azyl dla wszelkiej maści piłkarskich banitów, a on wspaniale się odnalazł jako aktor tego brawurowego show. W Lazio spędził po powrocie dwa sezony. Był ważną postacią zespołu, ale jego gra została przyćmiona przez pozaboiskowe wybryki. Przytoczony wcześniej salut, wykonany po spotkaniu z Romą to nie był jedyny taki występek byłego piłkarza West Hamu. Wyprostowana prawa ręka Di Canio była przez niego traktowana jak niewinna cieszynka. Prowokował w ten sposób jeszcze kilkukrotnie. Chociażby w meczach z Torino i Livorno, którego kibice słyną ze skrajnie lewicowych poglądów. Dla radykałów z trybun stał się idolem, dla klubowego zarządu zbędnym balastem. Właściciel ,,Biancocelestich”, pan Claudio Lotitto postanowił zaoszczędzić sobie kolejnych skaz na wizerunku klubu i w 2006 roku zakończył tę kłopotliwą współpracę. Ostatecznie Paolo zakończył karierę dwa lata później, w międzyczasie kopiąc piłkę w trzecioligowym Cisco Roma. ,,Fascynuje mnie Mussolini. Myślę, że był głęboko niezrozumiałą jednostką. Oszukiwał ludzi. Jego czyny były często podłe ale wszystko to było motywowane wyższym celem. Był osobą opartą na zasadach.

Mimo to zwrócił się przeciwko swojemu poczuciu dobru i zła. Naraził na szwank swoją etykę”- Tak Di Canio pisał jeszcze w 2001 roku w swojej autobiografii. Kolejną pożywkę mediom dał w 2010 roku, kiedy wziął udział w pogrzebie Paolo Signorellego. Neofaszysty z ugrupowania Zbrojne Komórki Rewolucyjne, które było odpowiedzialne za zamach bombowy na dworzec w Bolonii, w którym życie straciło 85 osób. Rzesza ludzi pożegnała wówczas Signorellego, prezentując nad jego trumną rzymski salut.

CELA FAIT DES DÉCENNIES QUE CE CLUB EST GANGRENÉ PAR LE RACISME PRIMAIRE ENVERS UNE CULTURE DIFFÉRENTE..

PAOLO DI CANIO « CONNU POUR SES SYMPATHIES REVENDIQUÉES POUR LES IDÉES DE MUSSOLINI ET SES SALUTS FASCISTES ET NAZIS »

RAREMENT CONDAMNÉ C’EST AFFREUX #LAZIOOM #TEAMOM HTTPS://T.CO/RIE2GOPZAK PIC.TWITTER.COM/4FBXDBYBLJ — La Casa Del OM (@LaCasaDelOM) October 21, 2021

Pracę jako ekspert w telewizji Sky stracił za to przez zdjęcie, na którym widać było zdobiący jego ramię tatuaż. Uwiecznione na skórze słowo Dux to łaciński odpowiednik przydomka Benito Mussoliniego – Duce (wódz). ,,To wciąż było lato, dlatego nosiłem koszulkę polo. Robiliśmy wówczas krótkie video, i to zdjęcie było jego częścią. Gdybym ubrał wówczas garnitur, ta sprawa mogłaby nigdy nie wyniknąć. Takie życie. Co się stało? Moja duma została zraniona. Czułem się jak trędowaty. Ten tatuaż zrobiłem w Bolonii w 2000 roku. Grałem wtedy w Anglii, ale we Włoszech leczyłem kontuzję. Dla mnie Mussolini przedstawiał ideały odpowiedniego społeczeństwa, z zasadami, których każdy przestrzegał. Trzech moich braci głosowało na ugrupowania lewicowe. Phil Spencer mój angielski agent jest praktykującym żydem. Chodziłem nie raz do baru prowadzonego przez jego syna. Nie mam w sobie rasizmu”- Tak tłumaczył tamten incident.

13

Wspominamy ,,nasze” żywe legendy:

9 lipca 2003 r. Duma Katalonii zaprezentowała nowego zakontraktowanego piłkarza, którym był Rafael Marquez. Urodzony w 1979 r. meksykański środkowy obrońca i defensywny pomocnik nie bez powodu otrzymał od rodaków pseudonim ,,Cesarz”. Kariere rozpoczął w Atlasie Guadalajara, lecz już w 1999 r. trafił do AS Monaco. Po 4 latach w Księstwie przeniósł się na Camp Nou. ,,Będę wzorował się na Puyolu” – przekonywał Meksykanin. Bardzo szybko został łącznikiem pomiędzy formacjami: defensywną i pomocy a z czasem idealnym partnerem Puyola, z którym stworzył zapore nie do przejścia w drodze po podwójną koronę w sezonie 2005/2006. Miał też swój wkład w grę drużyny ,,sześciu pucharów” z 2009 r., choć nie wystąpił w żadnym z finałów w tamtym roku. Spory wpływ na spadek jego formy miały kontuzje. W końcu w 2010 r. odszedł z Blaugrany do New York Red Bulls. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 242 mecze strzelając 13 goli, w tym także kilka z rzutów wolnych. W mojej subiektywnej opinii Rafael Marquez jest trzecim(po Puyolu i Pique) najlepszym defensorem Barçy XXI wieku.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Debiut wybitnej legendy FC Barcelony:

9 lipca 1939 r. w towarzyskim spotkaniu z Deportivo Alaves, przegranym przez Barçe 2:4, zadebiutował legendarny, genialny napastnik Cesar Rodriguez, strzelając jednocześnie jednego z goli w tym debiucie.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

4

@John_Doe Bardzo dobre pytanie, zwłaszcza że ,,Murzyn" to był wielki cwaniak. Tak czy owak do półfinału podeszliśmy zdecydowanie osłabieni...

13

Dokładnie 42 lata temu reprezentacja Polski przegrała z Włochami 0:2 w półfinale mistrzostw świata rozgrywanych w Hiszpanii. Oto jedna z przyczyn porażki:
,,Chodź od mistrzostw w Hiszpanii minęły już ponad cztery dekady, wciąż aktualne i nadal pozostające bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy gdyby w półfinale z Włochami Antoni Piechniczek pauzującego za kartki Zbyszka Bońka posłał na boisko Andrzeja Szarmacha a nie Andrzeja pałasza, to pokonalibyśmy Włochów i zagrali w wielkim finale z RFN? Nigdy się tego nie dowiemy. Jedno jest natomiast pewne. Gdyby nie cicha, zimna wojna pomiędzy trenerem a Szarmachem, to Andrzej z Italią zagrałby pewnie od początku a nasze szanse na zwycięstwo byłyby zdecydowanie większe. Tym bardziej że tak jak Brazylijczycy bali się jak ognia mnie, gdyż zawsze im coś strzelałem, tak Włosi dostawali ataku paniki już na sam dźwięk nazwiska ,, Diabła" bo Szarmach jak mało kto na świecie miał patent na pokonywanie bramkarzy reprezentacji azzurich. Konflikt zaczął się na przed mundialowym zgrupowaniu w Wiśle. Piechniczek dał wtedy chłopakom solidnie w kość a że ,,Diabeł” był mocno zmęczony po ciężkim sezonie we francuskim Auxerre, to zwyczajnie został zajechany. Nigdy nie był typem wytrzymałościowca, który na treningach pokonuje kolejne kilometry w kamizelce z obciążnikami a wtedy dostał porządnie w dupę i do Hiszpanii pojechał wrak a nie jeden z najlepszych napastników świata. Dopiero na miejscu stopniowo zaczął dochodzić do siebie ale żal miał wielki. Tłumaczyłem mu, kiedy przed zgrupowaniem w Wiśle rozmawialiśmy przez telefon: ,, Zadzwoń do ,,Piechnika” i powiedz że nie przyjedziesz. Wymigaj się jakąś kontuzją, chorobą, trądzikiem. Wymyśl coś!". Ja sam od razu zakomunikowałem trenerowi że mnie nie będzie, gdyż po ciężkim sezonie ligowym rozgrywam jeszcze finał pucharu Belgii a po nim muszę odpocząć, inaczej drużyna nie będzie miała ze mnie pożytku. I nie pojechałem a ,,Diabeł” owszem i wyszło jak wyszło. Skończyło się na tym że obaj panowie ograniczali się jedynie do ,, dzień dobry" przy wejściu na stołówkę a i przy tym unikali się wzrokiem. W ogóle ze sobą nie rozmawiali, traktowali się jak powietrze. Podczas Mistrzostw mieszkałem z Diabłem w pokoju i z ręką na sercu mogę rzec że nigdy nie powiedział złego słowa na Piechniczka ale żal aż z niego bił. Chodził markotny. Rozumiem go. Mógł czuć się źle, tym bardziej że na mundial przyjechał jako zdobywca 24 goli w Ligue 1 i jako najlepszy obcokrajowiec we Francji.

Na turnieju w 1982 roku zagrał w zaledwie dwóch meczach. Z Kamerunem wszedł za kontuzjowanego Andrzeja Iwana i dopiero w pojedynku z Francją(3:2), którego stawką było trzecie miejsce, wreszcie wybiegł na boisko w podstawowym składzie i zdobył pięknego gola na 1:1. Dostał dogranie z lewej strony pola karnego i huknął z pierwszej piłki nie do obrony. Futbolówka wpadła do siatki a Diabeł nic. Stał jak posąg z pokerową twarzą. Dobiegliśmy do niego, zaczęliśmy go ściskać i całować, gratulować wspaniałego trafienia a on wciąż tylko zimnym wzrokiem patrzył na Piechniczka. Po czym pokiwał głową jakby chciał tym gestem zakomunikować trenerowi: ,, Zobacz co straciłeś odsyłając mnie z Włochami na trybuny”. Bardzo cenię Antka ale myślę że przed półfinałem się zagotował i popełnił brzemienny w skutkach błąd. Rozwalił świetnie funkcjonującą w tym turnieju linię pomocy. Mnie ze skrzydła przesunął do ataku a do środka delegował Andrzeja Pałasza z Górnika Zabrze, jednego ze swoich ulubieńców w drużynie i to właśnie Pałasz się zakiwał i stracił piłkę w akcji, po której Włosi strzelili nam drugiego gola. Cała drużyna, może poza Pałaszem, uważała że w przodzie za Zbyszka powinien wyjść Diabeł a wtedy zostałbym na swojej pozycji. Zresztą Piechniczek poniekąd przyznał się do pomyłki tuż po meczu, kiedy z grupą chłopaków udzielał w studiu wywiadu dla Telewizji Polskiej. Powiedział wówczas że Lacie i Smolarkowi zabrakło wsparcia z drugiej linii. Lata później, kiedy w drużynie Orłów Górskiego rozgrywaliśmy jeden z meczów, po spotkaniu podszedł do mnie jakiś dziennikarz i powiedział że Piechniczek stwierdził że dlatego nie wystawił Szarmacha z Włochami bo taka była decyzja Rady drużyny. Odpowiedziałem wówczas: ,, To po co mi taki trener, który słucha rady drużyny a nie sam podejmuje decyzje?” Piechniczek to mądry człowiek i sądzę że dziś kiedy złe emocje zatarł już czas, żałuję że w meczu z Włochami nie schował własnych ambicji i niechęci do Szarmacha do kieszeni. Z nim na boisku wszystko w tym półfinale mogło potoczyć się inaczej ale piwniczek zawsze i w stosunku do każdego był do bólu konsekwentny. W biografii Szarmacha autorstwa Jacka Kurowskiego pojawia się zdanie: ,, Andrzej, chcę żebyś wiedział że przyjechałeś tu na Mistrzostwa za zasługi dla polskiej piłki ale u mnie grać już nie będziesz". Nie wiem czy naprawdę tak było. Nie słyszałem tego na własne uszy ani od Andrzeja. Jeśli jednak szkoleniowiec naprawdę odezwał się w ten sposób do piłkarza, to zachował się bardzo słabo, gdyż za zasługi to się leży na Powązkach a nie jedzie na Mistrzostwa Świata. Natomiast Szarmach w 1982 roku był wciąż na tyle klasowym piłkarzem że dodałby drużynie jeszcze więcej jakości”- opowiadał Grzegorz Lato.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

8 lipca 1961 r. urodził się Janusz Nawrocki, pomocnik. Papierosy szkodzą zdrowiu ale Janusz Nawrocki nie jest dobrym przykładem potwierdzającym tę słuszną teze. Jak wielu innych piłkarzy namiętnie palił, co nie zmienia faktu że na boisku zawsze zasuwał za dwóch albo i trzech, zarówno w klubie, jak i reprezentacji, no i w piłke skończył grać grubo po 40-tce. W czasach jego kariery świadomość o szkodliwym wpływie nikotyny na zdrowie była znacznie mniejsza niż dzisiaj. ,,Większość piłkarzy paliła. Jeżeli ktoś był dobrze wytrenowany, dawał sobie rade a ja na boisku ciągle zapindalałem jak mały samochodzik. Nikt mi nie zarzuci że się oszczędzałem.”- podsumowuje pan Janusz. Wisła Kraków była jego domem, w niej nauczył się futbolu. ,,Ojciec zawsze mi powtarzał: ,,Jeśli chcesz grać, czekaj na swoją szanse, na kartki, na kontuzje innych a jeśli już wejdziesz na boisko, to pokaż co potrafisz! Później niech się trener martwi na kogo stawiać”. Z Wisłą rozstałem się zanim zadebiutowałem w reprezentacji. Ja już wcześniej chciałem odejść ale odrabiałem wojsko w milicji, więc mnie to trzymało. Spadek w 1985 r. stał się dodatkowym bodźcem. Nie chciałem grać w drugiej lidze, choć pół roku i tak w niej spędziłem. Trzymał mnie kontrakt.”- wspomina Nawrocki. To była dość niezwykła drugoligowa drużyna bo występowali w niej wciąż bardzo dobrzy piłkarze, byli reprezentanci Polski a nawet medalista mistrzostw świata – Jan Jałocha a także Marek Motyka, Leszek Lipka, Michał Wróbel i jeszcze wielu innych uznanych ligowców. ,,Ten spadek ciągle nie daje mi spokoju. Byliśmy zbyt dobrą drużyną żeby spadać. Nawet po wielu latach próbowałem dociec dlaczego tak się stało. Analizowałem różne fakty. Prawdy pewnie nigdy nie poznamy. Obiło mi się o uszy że kilka meczów niektórzy puścili ale ciągle nie wiem czy to jest prawda.

W każdym razie ja mam czyste sumienie, byłem wtedy młody i nawet gdyby coś podobnego się działo, starsi nie wciągnęli by mnie w takie sprawy.”- przypuszcza pan Janusz. Wówczas Nawrocki intensywnie pracował nad zmianą klubu. ,,Wciąż miałem dobre relacje z Lenczykiem i właśnie on polecił mnie Alojzemu Łysko, który prowadził GKS Katowice. Szybko się dogadałem, była przerwa zimowa a ja klub mogłem zmienić dopiero po zakończeniu sezonu. Przez pół roku musiałem kiblować. Siedziałem w Katowicach, nielegalnie grałem w sparingach w zespole rezerw bo musiałem dbać o forme. Byłem już zawodnikiem GieKsy ale ciągle nie mogłem grać. Z wytęsknieniem czekałem na nowy sezon.”- wspomina Nawrocki. W GieKsie zapracował na solidną marke. Ślązacy w szatni i na trybunach docenili jego zaangażowanie. Walczył na każdych warunkach, miał serce do biegania. ,, Z przodu grali Furtok, Koniarek i Kubisztal. Jeden szybszy od drugiego. Gdy odebrałem piłke na środkowym kole i zagrałem ją do przodu, to w trzech się ścigali, który pierwszy do niej dopadnie a potem trener miał pretensje że nie mnie pod polem karnym rywali. Nie było takiej opcji, nawet teoretycznie bo ja dopiero startowałem od zera a oni, urodzeni szybkościowcy, byli już w pełnym biegu.”- tłumaczy Nawrocki. W kadrze rozegrał w sumie 23 mecze, wszystkie u Andrzeja Strejlała, w jednym nawet z opaską kapitana. Dwukrotnie był blisko awansu na mistrzowską impreze ale zawsze czegoś brakowało. Andrzej Strejlał do tej pory sugeruje że kilku naszych zawodników świadomie mogło się nie przyłożyć do solidnego grania, choć wszelkie szczegóły pozostają w sferze niemożliwych do zweryfikowania domysłów. Ważnym argumentem było zachowanie Nawrockiego, który schodząc w końcówce meczu ze Szwedami z boiska przy stanie 0:2, zdenerwowany miał rzucić kąśliwą uwagę że nie da się wygrać w ośmiu. ,,Całkiem możliwe że coś takiego powiedziałem. Dziwnie ten mecz wyglądał z naszej strony, choć akurat ze Szwedami zawsze gra się bardzo ciężko, oni są świetnie zorganizowani. Nic więcej nie potrafie powiedzieć, zwłaszcza po tylu latach.”- wspomina nasz bohater. Ostatni raz w kadrze zagrał z Irlandią w kwalifikacjach EURO 1992. Polacy zremisowali w Poznaniu 3:3, choć było już 1:3. Pięknie gonili wynik ale do awansu nie wystarczyłoby im nawet zwycięstwo. Za remis z Irlandią polscy piłkarze dostali premie ale Nawrockiego pominięto. ,,Już nigdy nie zagrałem w reprezentacji bo media krytykowały że powoływany jest piłkarz z drugiej ligi austriackiej a ja wtedy naprawdę dawałem rade. Byłem topowym zawodnikiem w tej drugiej lidze, grałem regularnie. Zresztą z Mödling awansowałem do elity i jeszcze pograłem tam 3 sezony. Gdy jeszcze grałem w Ruchu Chorzów, spotkałem Strejlała i powiedziałem mu o tej premii za mecz z Irlandią. Był bardzo zaskoczony, nie mógł uwierzyć i na tym się skończyło. Do dzisiaj mi nie zapłacili, czego nie rozumiem tym bardziej że również nigdy nie zostałem zaproszony na mecz kadry, nikt nie zaproponował mi żadnego biletu. Było EURO w Polsce, były różne mecze. Nie mówię że byłem wybitnym reprezentantem ale taki gest mogli wykonać, zwłaszcza że są mi winni kase!”- wspomina po latach pan Janusz.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

2

@don'T.R.I.P.e Dokładnie mam tak samo jak ty. Też musze do roboty wstawać rano a już swoje lata mam, więc gdybym zarywał nocki to w robocie byłbym nieprzytomny! Jedyny wyjątek to mecze z piątku na sobote i z soboty na niedziele...

25

Copa America w pigułce:

1.Copa América to najstarszy reprezentacyjny turniej na świecie.

2. Pierwszy oficjalny turniej finałowy został rozegrany w 1916 roku w Argentynie, gdzie triumfował Urugwaj.

3. Urugwajczyk José Piendibene zdobył pierwszego gola w historii Copa América w 44 minucie wygranego przez Urugwaj meczu z Chile 4:0 a działo się to 2 lipca 1916 r.

4. Najwyższy wynik w historii Copa América to wygrana Argentyny z Ekwadorem (12:0) w 1942 roku.

5. W rozgrywkach przeważnie bierze udział 10 drużyn z Ameryki Południowej i dwie reprezentacje, które zostają zaproszone.

6. Najwięcej wygranych ma na swoim koncie mają wspólnie Argentyna i Urugwaj, którzy po 15 razy sięgali po to trofeum.

7. Dopiero od roku 2011 Mistrzostwa rozgrywane są co cztery lata. Wcześniej turniej miał miejsce co dwa, trzy lata, czasem co rok, a zdarzyła się także sześcioletnia przerwa.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11

6

@Popitek12 To jest typ z bardzo mocno przerośniętym ego, nadający się do leczenia...

8

Brazylijski Klasyk:

7 lipca 1912 r. w Brazylii odbył się pierwszy piłkarski Klasyk Fla – Flu; Fluminense pokonało Flamengo 3:2. Był to mecz brutalny i pełen nagłych zwrotów akcji, które wielu kibiców o mały włos nie przyprawiły o zawał serca. Loża honorowa tonęła w kwiatach, owocach i piórach a zasiedli w niej najznamienitsi kawalerowie i damy. Po każdym golu panowie rzucali na boisko swoje słomiane kapelusze, panie upuszczały wachlarze i mdlały z powodu gorąca i zbyt ciasnych gorsetów. Drużyna Flamengo powstała na krótko przed tym pamiętnym meczem, w wyniku rozłamu, do jakiego doszło w klubie Fluminense. Rozstanie odbyło się w gorącej i wrogiej atmosferze. Szybko okazało się że ojciec powinien był w kołysce zadusić pyskatego syna ale było już na to za późno. Fluiminense wyhodowało na własnej piersi hydre, swoje przekleństwo. Od tamtej pory opuszczony ojciec i zbuntowany syn szczerze się nienawidzą. Każdy klasyk w wykonaniu tych dwóch zespołów jest kolejną bitwą w niekończącej się wojnie. Oba kluby kochają to samo miasto Rio de Janeiro – leniwe, grzeszne, które ospale daje się wielbić i czerpie rozrywkę z tego że nie ulega żadnemu z nich. Ojciec i syn walczą o kochanke prowadzącą z nimi własną gre. O nią się biją a ona pojawia się na kolejnych pojedynkach odświętnie wystrojona.


@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Legendarny snajper FC Barcelony:

7 lipca 1935 r. znakomity kataloński napastnik Josep Escola strzelił w wygranym meczu FC Barcelony z Real Union Club de Irun(11:1) 9 goli! Był to ostatni towarzyski mecz sezonu 1934/35. Wartym podkreślenia jest fakt iż Escola strzelił wszystkie gole w 60 minut. Escola był rewelacyjnym napastnikiem jednak pamiętajmy iż był to tylko mecz towarzyski.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

6

@FCBparasiempre
6 lipca 1991 r. rozpoczęła się 35-ta w historii edycja Copa America. Po raz kolejny gospodarzem imprezy było Chile. Tym razem były to pierwsze rozgrywki transmitowane przez satelitę na cały świat. Telewizyjny przekaz docierał także do Polski. Brazylijska firma Traffic wykupiła prawa do transmisji za 1,7 miliona dolarów. Turniej zorganizowano w kilku miastach. Uczestników podzielona na 2 grupy. W pierwszej zmierzyły się Argentyna, Chile, Paragwaj, Peru i Wenezuela; w drugiej Brazylia, Urugwaj, Kolumbia, Ekwador i Boliwia. Utrzymano też w mocy regulamin sprzed 2 lat, wedle którego po dwie najlepsze drużyny tworzyły pule finałową. Argentyna była zdecydowanym faworytem nie tylko pierwszej grupy ale i całych mistrzostw. Głodna sukcesu(ostatni raz tytuł zdobyła w roku… 1959!) przywiozła do Chile niezwykle silną, doskonale przygotowaną ekipe, którą trenował nowy trener Alfio Basile. Musiał on obyć się bez ,,boskiego” Diego, bowiem wiele zdawało się wówczas wskazywać iż kapryśny Diego na finałach MŚ’90 zakończył przygodę z wielką piłką. W bramce stał bohater sprzed roku, jeden z trzech ludzi, oprócz Maradony i Caniggi, którym dosyć bezbarwna Argentyna zawdzięczała wicemistrzostwo świata. To 27-letni Sergio Goycochea, niezrównany obrońca rzutów karnych, człowiek o sprężystości i refleksie pantery. Na środku obrony niczym latarnia morska trwał od lat godny następca Passarelli, kapitan drużyny Oscar Rugeri. W reprezentacji rozegrał 95 meczów, strzelając bodaj 7 goli. Zdobył mistrzostwo świata 1986 i wicemistrzostwo 1990 oraz Copa America 1991 i 1993. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny, szybki i nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. W życiu prywatnym cichy, skromny, bez reszty oddany rodzinie a na boisku jego wybuchowy temperament eksplodował niczym gejzer. W pomocy wybijał się zwłaszcza wysoki, jasny szatyn, 22-letni Dario Franco, pracowity, wydajny fizycznie, bardzo pożyteczny dla zespołu i skuteczny w destrukcji. Świetne warunki sprawiały że równie ochoczo włączał się do akcji zaczepnych a głową strzelał silnie i precyzyjnie. Zadania typowo ofensywne spełniał Diego Simeone. Ten utalentowany młodzian to syn Carmelo Simeone, w latach 50-tych i 60-tych doskonałego prawego obrońcy Velezu, Boca i reprezentacji. Jednak młody Diego dziedzicząc w prostej linii futbolową tradycje, skalą zdolności chyba przerósł ojca. Znakomity technik i strzelec, zwrotny, szybki, momentami nadużywał dryblingu, zapominając o czekających na podanie partnerach. Kiedy zdołał poskromić wybujały egoizm, jego wielkie umiejętności grały na korzyść drużyny. To był typ piłkarza zdolny jedną niekonwencjonalną akcją przesądzić losy meczu. Dosyć nieoczekiwanie wielką rewelacją i odkryciem tego turnieju okazał się dokoptowany niemal w ostatniej chwili Leonardo Rodriguez. 20-letni chłopak miał jedną ceche na wage złota, otóż potrafił zmylić czujność obrońców, błyskawicznie przyspieszyć i w pełnym biegu posłać centre tak dokładną że obsłużonemu w ten sposób partnerowi wystarczyło przyłożyć do piłki noge lub głowe. Jego mierzone dośrodkowania bardzo często otwierały drogę do bramki. Rzecz jasna na tym nie kończyły się walory Rodrigeuza. Umiał mądrze rozegrać piłke w środku pola, zmienić rytm gry a uderzenie posiadał ,,wymowne”. Na chilijskich stadionach rozgrywał życiowe partie.

W ataku Basile dysponował duetem, o jakim może tylko pomarzyć każdy trener. Atuty chyżonogiego Caniggi znane już były całemu światu. Teraz u jego boku pojawił się młodzian równie przystojny, o włosach niewiele krótszych a był nim Gabriel Batistuta. Harmonijnie zbudowany, bardzo sprawny i szybki, wszystkie dodatkowe zdolności podporządkował temu, co stanowi kwintesencje futbolu: zdobywanie goli. Technike strzału doprowadził do absolutnej perfekcji, bez różnicy czy uderzał lewą czy tez prawą nogą, z wolnego, karnego bądź też w pełnym biegu. Mocno trzymający się w ,,siodle” potrafił dopiąć swego, nawet mając na karku napierających na niego obrońców. Podczas turnieju Gabriel trafił z dyspozycją strzelecką w sam punkt i z 6 golami został goleadorem imprezy. Z takimi asami atutowymi trener Basile mógł sobie pozwolić na wszystko. W mniej ważnych meczach dowolnie eksperymentował ze składem. Albicelestes szli niepowstrzymanie od zwycięstwa do zwycięstwa. Grając na ,,ćwierć gwizdka” rozprawiła się 3:0 z Wenezuelą, w twardym boju pokonała 1:0 bardzo tym razem mocne Chile, rozgromiła Paragwaj 4:1 i w rezerwowym składzie nie dała szans Peru(3:2). O drugie premiowane miejsce gospodarze zmagali się z Paragwajem, prowadzonym przez znakomitego ongiś piłkarza, zdobywcę Copa America w 1979, Carlosa Kiee. Teoretycznie zgromadził on całkiem niezłych zawodników na czele z legendarnym Jose Luisem Chilavertem. Mimo to zgranie zespołu szwankowało, obrona interweniowało nerwowo, no i kondycyjnie ,,Guarani” nie wytrzymali trudów imprezy. Wysoka porażka z Chile(0:4) wyrzuciła ich za burte. Jeszcze słabiej zaprezentowało się Peru, grające futbol jak zwykle miły dla oka ale mało zdecydowany a zwłaszcza w obronie niefrasobliwy. Gospodarze turnieju ulegli tylko rewelacyjnej Argentynie, pokonując pozostałych przeciwników. Grali ostro, z ogromną determinacją ale też pokazali naprawdę dobrą, widowiskowa piłke. W ataku szalał postrach wszystkich obrońców na obu kontynentach Ivan Zamorano. Ten napastnik zasmakował już występów w Copa America 1987 ale był wówczas tylko skromnym rezerwowym. Rozgrywka w drugiej grupie była bardziej emocjonująca i obfitowała w nie lada dramaty. Wydawało się że obrońca tytułu Brazylia, poradzi sobie łatwo, lecz ekipie Roberto Falcão szło jak po grudzie. Ledwo wymęczyła zwycięstwo z odważną Boliwią, z najwyższym trudem zremisowała z zawsze niewygodnym Urugwajem i gładko(0:2) przegrała z Kolumbią, ku zdumieniu obserwatorów ustępując jej także pod względem techniki. Do nie dawna było to w ogóle nie do pomyślenia! I oto jej losy zawisły na włosku. Dopiero desperacka szarża z kompletnie wyzbytym respektu Ekwadorem zapewniła Brazylijczykom awans. Nie pokazali oni niczego nadzwyczajnego. Komuś, kto przyglądał się szarpaninie, w jaką wikłali się Taffarel, Branco, Mazinho, Marcio Santos, Mauro Silva czy rai, do głowy by nie przyszło iż widzi w akcji przyszłych mistrzów świata. No może najwyżej Mauro Silva pokazał przebłyski wielkiego talentu. Lansowany na ,,drugiego Falcão” Neto zawiódł na całej linii. W ataku najgroźniejszy był grubonogi João Paulo, puszczający się w samotne długie rajdy. Jego pięknie zapowiadającą się karierę we włoskim Bari przekreśliło złamanie nogi. Do ostatniej chwili Brazylii zagrażał Urugwaj, chociaż ten niczym nadzwyczajnym nie zachwycił. Z kolei Kolumbie prowadził tym razem nie trener Maturana, lecz Luis Garcia. Miał wszelako ułatwione zadanie bowiem ,,odziedziczył” aż 10 zawodników występujących w Copa America przed dwoma laty. U boku Higuity, perei, Escobara, Alvareza, Valderramy i de avili pojawili się właściwie dwaj nowi nader obiecujący zawodnicy. Czarnoskóry Freddy Rincon oraz młodziutki, ledwie 19-letni Ivan Valenciano. Ma się rozumieć iż gra Kolumbijczyków obracała się wokół alfy i omegi zespołu, czyli Carlosa Valderramy, rozdzielającego piłki z matematyczną dokładnością. Wpadka z Urugwajem nie zmieniała faktu że to właśnie Kolumbia była najlepszym teamem rugiej grupy i ona też, wraz z Brazylią przeszła do puli finałowej dzięki korzystniejszej różnicy bramkowej, bowiem wszystkie 3 drużyny zebrały po 5 punktów. Jeszcze słowo należy się ambitnym jedenastkom Ekwadoru i Boliwii, grającym naprawdę lepszy futbol niż wskazywałyby na to miejsca w ostatecznej punktacji. Twarda Boliwia tyle wysiłku włożyła w zaszczytne remisy z Urugwajem i Kolumbią że świeższy na finiszu Ekwador rozłożył ją 4:0. Tak oto uformowała się finałowa czwórka: Argentyna, Brazylia, Chile i Kolumbia. Teraz już każdy musiał grać z każdym. Widownie Estadio Nacional rozgrzał szczególnie pasjonujący mecz dwóch kolosów- trzykrotnego mistrza świata z dwukrotnym. Bohaterem tego dramatycznego spotkania był skromny Dario Franco. Dwukrotnie po idealnych centrach Rodrigueza skakał wyżej od Ricardo czy Santosa i dwukrotnie piłka lądowała obok bezradnego Taffarela. Wprawdzie Branco w typowy dla siebie sposób huknął z rzutu wolnego z odległości ponad 35 metrów ale przypomniał o sobie najlepszy snajper turnieju Batistuta i było 3:1. João Paulo tylko zmniejszył rozmiary porażki(3:2). Brazylia przegrała po zażartej walce; sędzia z Paragwaju wyrzucił z boiska Caniggie i Enrique oraz Mazinho, Marcio Santosa i Carece! Ale wreszcie zagrała w stylu chociaż cokolwiek przypominającym dawnych ,,Canarinhos’ i to był pozytywny przełom, chociaż przyszedł trochę zbyt późno. Podopieczni Falcão złapali drugi oddech i bez nadmiernych problemów uporali się zarówno z Chile, jak i z Kolumbią. Rozkręcili się Branco, Luis Enrique i niezwykle dynamiczny obrońca Cafu, zaś Renato Gaucho z Botafogo zamaszystymi zwodami wprost ośmieszał obrońców przeciwnika. Jednak argentyńska maszyna też nie zwalniała obrotów. Minimalnie tylko zacieła się w bezbramkowym meczu z gospodarzami, którzy dosłownie gryźli trawe Estadio Nacional, co zresztą przypłacili ogromnym ubytkiem sił ale już z Kolumbią ,,Albicelestes” udowodnili że nie mają godnych siebie rywali. Podczas rzęsistego deszczu, na grząskiej rozmytej murawie, taplając się w wodzie i błocie, pokazali futbol piękny i skuteczny. Kolumbijczycy nie chcieli pozostać dłużni. I oto na koniec imprezy, obie drużyny zafundowały 50-tysięcznej publiczności oraz milionom telewidzów wspaniałe widowisko. Valderrama popisywał się techniką zgoła baśniową; odebranie mu piłki graniczyło z nieprawdopodobieństwem. Szczwany lis Basile zalecił więc swoim graczom przemyślana taktykę. Kolumbijskiemu wodzirejowi pozostawiono ograniczoną swobode, obstawiając za to jego partnerów i przechwytując kierowane do nich podania. ,,Żółto-niebiescy” grali elegancki, estetyczny futbol, co skłoniło któregoś z obserwatorów do uwagi: ,,Tak właśnie grali Brazylijczycy ale to było 30 lat temu…”. Argentyńczycy paradoksalnie rzadziej utrzymywali się przy piłce, lecz nigdy nie stracili kontroli nad sytuacją. W razie potrzeby przyspieszali i błyskawiczna wymiana podań, jeden przerzut do Caniggi czy Batistuty momentalnie stwarzały zagrożenie pod bramka Higuity. Zderzyły się dwa style: subtelny, miękki, lekko archaiczny i pragmatyczny, nowoczesny, choć też nie pozbawiony nieco surowej urody. 2:1 dla Argentyny nie pozostawiało złudzeń, ,,co jest grane” we współczesnym futbolu. Team Basilego zademonstrował taką klase że komentatorzy szeptali o narodzinach wielkiego zespołu, który właśnie wyruszył na podbój świata i któremu, podobnie jak w 1978 i 1986, nikt nie stawi czoła. Tak więc Argentyna o jeden punkt nad Brazylią triumfuje po raz 13-sty w historii Copa America.


7

Argentina! Argentina Campeones!(czytajcie kochani w odpowiedzi na mój komentarz):

@Symson
@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

0

@FcPortoFan1999 A choćby Harry Kane lub Kylian Mbappe

0

@FcPortoFan1999 No bez przesady, znajdzie się taki co pokona...

10

Pierwszy triumf nad Canarinhos:

Polska pokonała na mistrzostwach świata Brazylie 1:0! 6 lipca 1974 reprezentacje Polski i Brazylii wybiegły na Olympiastadion (Stadion Olimpijski) w Monachium, gdzie na oczach ponad 70 tysięcy widzów miały zagrać o honorowe, trzecie miejsce w turnieju. Polacy przystępowali do tego spotkania kilka dni po przegranym 0:1 meczu z RFN, który ze względu na fatalne warunki atmosferyczne przeszedł do historii jako “Mecz na wodzie”. Eksperci długo zastanawiali się jeszcze po tym spotkaniu jaki mógłby być rezultat, gdyby mecz odbył się w normalnych warunkach, bowiem Polaków jako rewelację turnieju uznawano za jedną z nielicznych drużyn, które były w stanie pokonać reprezentację RFN. Stało się jednak inaczej, lecz nasi reprezentanci wciąż walczyli o historyczny i wyjątkowy sukces. Spotkanie z Brazylią odbywało się w godzinach popołudniowych i w skrajnym upale. Uczestnicy tamtego meczu wspominają, że warunki były iście tropikalne a temperatura znacznie przekraczała 30 stopni Celsjusza. Brazylijczycy przystępowali do spotkania mimo wszystko w roli faworytów i liczyli na stosunkowo szybkie rozprawienie się z reprezentacją Polski, lecz ta mimo trudów turnieju oraz panującego upału, stawiała przeciwnikowi twarde warunki, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. Efekt był taki, że mimo optycznej przewagi “Canarinhos”, w trakcie pierwszej połowy spotkania obie drużyny stwarzały sobie porównywalnie groźne sytuacje, lecz nie zbliżyły się specjalnie do otworzenia wyniku. Groźniejsze sytuacje przyniosła druga połowa, w której do głosu coraz bardziej dochodzili Brazylijczycy, lecz w bramce doskonale spisywał się Jan Tomaszewski, broniąc choćby groźne uderzenie Valdomiro, po tym jak ten urwał się prawym skrzydłem i uderzał niebezpiecznie z ostrego kąta. W 71 minucie spotkania Henryk Kasperczak musiał ratować się faulem taktycznym, długo przytrzymując próbującego urwać się na naszą bramkę Mirandinhę. Za to przewinienie otrzymał żółtą kartkę, a trener Górski obawiając się wykluczenia swojego podopiecznego z boiska szybko dokonał zmiany. Kilka minut później wydarzyła się najważniejsza sytuacja tego spotkania, gdy Zygmunt Maszczyk przejął piłkę i doskonałym podaniem uruchomił Grzegorza Lato. Ten ruszył z własnej połowy i nie decydując się na uruchomienie łapanego przez brazylijską defensywę na spalonego Zdzisława Kapki, sam wypuścił sobie piłkę na dobieg i ubiegł obrońcę, umieszczając futbolówkę w siatce strzałem po długim słupku, obok bezradnego Leao. W kolejnych minutach Polacy dbali o defensywę i kontrowali, lecz Lato przegrał dwie kolejne sytuacje sam na sam z brazylijskim golkiperem. Ostatecznie Polska wygrała tamto spotkanie 1:0 i została trzecią drużyną świata, zdobywając za ten triumf srebrne medale, bowiem dla wicemistrzów świata przypadały wtedy medale pozłacane.


@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

12

Wotum nieufności wobec Laporty:

6 lipca 2008 r. odbyło się referendum dotyczące odwołania Joana Laporty. Jego inicjatorem był Oriol Giralt, jeden z socio klubu. 60,6 % socios było za dymisja Laporty ale wniosek o wotum nieufności musiał przejść większością 2/3 głosów i tym samym upadł. Laporta zdecydował się na pozostanie w klubie. W 1998 r. obecny prezydent znajdował się po drugiej stronie barykady i pragnął odwołać ówczesne władze. ,,Nuñez powinien zrezygnować w imie demokracji”- mówił wówczas Laporta, gdy wniosku nie poparła wymagana większość socios.



@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

1

@FcPortoFan1999 Ato, to prawda. Martinez jest ,,the best" jak to się mówi :)

1

@FcPortoFan1999 Po męczarniach z Ekwadorem, to mecz z Kanadą napewno nie będzie spacerkiem. Przewiduje kolejne męczarnie i minimalną wygraną Albicelestes...

11

Wybitne legendy Dumy Katalonii:

6 lipca 1920 r. w Leon urodził się genialny napastnik Cesar Rodriguez Alvarez. Piłkarz momentami niedoceniany ale z ogromnym talentem i z pewnością jeden z najlepszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek występowali w FC Barcelonie. Cesar w barwach Blaugrany zaliczył 433 występy, strzelając 294 gole. W samej tylko La Liga Cesar uzbierał 190 goli, co jest drugim wynikiem w historii Blaugrany po Lionelu Messim. W roku 1939 Cesar Rodriguez przeszedł z małego klubiku Frente Leon do wielkiej FC Barcelony, by tam podwyższać swe umiejętności. W chwili przekroczenia budynków klubowych, młody Hiszpan z pewnością nie zdawał sobie sprawy że to właśnie tutaj spędzi najlepsze chwile życia. Jego debiut w drużynie nieco się opóźnił, za sprawą obowiązków wobec armii. Mimo że oficjalnie był zawodnikiem Barçy, grał na wypożyczeniu w Granada CF, gdzie w 1941 pomógł małemu klubowi w awansie do Primera Division a rok później oficjalnie zadebiutował w La Liga w barwach FCB. Już w trakcie pierwszego sezonu młodzian pokazał się z bardzo dobrej strony. W meczu z CD Castellon(7:3) udało mu się aż 6-krotnie(!) pokonać bramkarza rywali. Ostatecznie zakończył ligowe zmagania na drugiej pozycji w tabeli strzelców La Liga a jego najlepszy okres właśnie nadchodził… Po powrocie w 1942 r., Cesar musiał czekać aż 3 lata aby zatriumfować z Blaugraną w Primera Division. Dopiero rok 1945 dał jemu i drużynie upragnione mistrzostwo. Rok później doprowadził katalońską jedenastke do finału Copa del Generalismo, w którym strzelił 2 gole Realowi Sociedad, dając swojej ekipie ostateczne zwycięstwo. Kolejny sezon był przełomowy; właśnie wtedy, wraz z Basorą, Kubalą, Manchonem i Moreno, stworzył zabójczą linie ataku, która zapewniła klubowi aż 5(!) tytułów w ciągu zaledwie jednego sezonu 1951/52. Mimo tak doborowego towarzystwa, Cesar nadal świecił własnym blaskiem, strzelając gola w doliczonym czasie finału Copa del Generalismo z Valencią, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Katalończyków. Udało mu się także zdobyć jedynego gola w finale z OGG Nice w Copa Latina.

Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy. Cesar musiał w końcu opuścić Dume Katalonii, gdyż nikt nie mógł mu tam zapewnić miejsca w podstawowym składzie a taki snajper nie może przecież przesiadywać na ławce rezerwowych. Po dwóch drobnych epizodach w mało znaczących klubikach, przeszedł do Elche CF i tam również osiągał sukcesy. Najpierw jako gracz a później jako grający trener poprowadził swój zespół z 4 ligi aż do samej Primera Division! Spędził tam jeszcze sezon prowadząc już jako normalny trener, lecz nie zawojował La Ligi. W ciągu 7 lat Cesarowi udało się zaliczyć niezbyt imponującą ilość występów w reprezentacji Hiszpanii. Między 1945 a 1952 rokiem 12 razy wystąpił w kadrze ,,La Roja”. Należy jednak pamiętać iż w tamtych czasach reprezentacje europejskie nie rozgrywały tylu meczów co dzisiaj. Jednak za to Rodriguez może się pochwalić powołaniem na mistrzostwa świata rozgrywane w Brazylii w 1950 r. Po pierwszych doświadczeniach w roli trenera, Cesar przejął zespół Realu Saragossa i ponownie osiągnął wspaniałe rezultaty, jak na możliwości klubu. W dwóch kolejnych sezonach był odpowiednio czwarty i piąty. Udało mu się także dojść do finału Copa del Generalismo, gdzie został pokonany przez swoją ukochaną Barçe. Niezłe wyniki i styl, w jakim grała Saragossa zwróciły uwagę działaczy Katalończyków na Cesara. W krótkim czasie powierzono mu drużynę, w której odniósł wiele sukcesów, lecz tym razem nie poszło mu tak dobrze i po 85 meczach dano mu do zrozumienia iż powinien odejść. Cesar Rodriguez jako piłkarz zdobył z Blaugraną 5 mistrzostw Hiszpanii, raz udało mu się zgarnąć nagrodę ,,Pichichi”(w 1949, 28 goli), dwukrotnie wygrał Copa del Generalismo oraz triumfował w wielu mniej prestiżowych turniejach. Z pewnością można o nim powiedzieć że był człowiekiem sukcesu i pozostanie w pamięci cules jako jeden z najwybitniejszych napastników Dumy Katalonii.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

10

,,Celestes” tryumfują po raz 14-ty w historii:

5 lipca 1995 r. Urugwaj pokonał Wenezuele 4:1(2:0) w meczu otwierającym 37 edycje Copa America. Na turniej po raz drugi w historii zaproszono reprezentacje Meksyku i USA. Krytykowano gwiazdy futbolu, które odmówiły gry bo czuły się zmęczone sezonem. W tej grupie znalazł się chilijski snajper, król strzelców Primera Division- Ivan Zamorano. Zabrakło też kilku znakomitych Brazylijczyków- Romario, Bebeto, Cafu czy Marcio Santosa. W dodatku selekcjonerowi Argentyny, Danielowi Passarelli coś odbiło! Nie chciał w składzie Redondo i Caniggi, gdyż oni nie chcieli na jego życzenie… obciąć włosów. Takie czasy bo moda… Ta Copa była historyczna także z powodu regulaminowej nowinki. Od 1 lipca 1995 z woli FIFA można było dokonywać trzech zmian a więc trenerzy ekip uczestniczących w turnieju ochoczo z tego korzystali. W pierwszej rundzie głośniej niż o wyczynach piłkarzy było o zdarzeniu, do którego doszło po meczu Argentyny z Chile. Pobili się w swoim gronie argentyńscy kibice, jedna osoba zgineła. Po pierwszej fazie faworytem pozostawała Brazylia. Gospodarze, Urugwaj, męczyli się wygrywając minimalnie, zaś Canarinhos przeszli przez pierwszą faze nie tracąc ani jednego gola. Brylował napastnik Tulio, który Kolumbii strzelił pięknego gola przewrotką. Jednak do kronik przeszło inne jego trafienie, w znakomitym meczu ćwierćfinałowym z Argentyną: ekipa Pasarelli nie zajęła pierwszego miejsca w grupie bo w meczu z USA wystawił on rezerwowy skład a Tulio strzelił gola ręką, co widzieli wszyscy na stadionie i przed telewizorami, poza arbitrem Alberto Tejadą. Za ślepotę został ukarany dożywotnią dyskwalifikacją. Jednak dzięki temu trafieniu Brazylia wyrównała a potem wygrała w karnych 4:2. Bohaterem został Claudio Tafarel, który obronił dwie ,,jedenastki”, w tym strzelaną przez Diego Simeone. Z 4 ćwierćfinałów aż 3 zostały rozstrzygnięte w rzutach karnych. Przyczyniła się do tego nowinka regulaminowa, ponieważ zrezygnowano z dogrywek. Podobał się weteran Carlos Valderrama, jednak został całkowicie odsunięty w cień przez Enzo Francescoliego. ,,Książę” wypracował obydwa gole dla swojego zespołu i po raz czwarty w karierze osiągnął finał Copa America. Turniej w Urugwaju stał pod znakiem kiepskiej frekwencji. Zawinili organizatorzy, którzy ustalili zbyt wysokie ceny biletów. Wyjątkiem stał się mecz finałowy Urugwaju z Brazylią, który na Estadio Centenario zgromadził 70 tysięcy widzów. Mecz nie porywał, irytowało wolne tempo, za to Tulio ponownie zaliczył niebywałego gola. Piłke podawali sobie w powietrzu tak, że nie spadała na ziemie- Juninho, Edmundo, Zinho, Edmundo i wreszcie klatką piersiową do bramki skierował ją Tulio. Ten z kolei pomylił się w serii rzutów karnych, która rozstrzygnęła o złotym medalu(w regulaminowym czasie było 1:1 a w karnych 5:3 dla Urugwaju). Tak oto po raz 7-my u siebie i 14 w historii Urugwaj triumfuje w Copa America. Trenerem ,,Celestes” był Hector Nunez, niegdyś znakomity zawodnik, uczestniczył w Copa America 1959, kiedy Urugwaj doznał klęski. Najpiękniejszą karte swojej kariery zapisał jako napastnik Valencii CF, z którą 2 razy zwyciężał w Pucharze Miast Targowych. Natomiast królem strzelców został Gabriel Batistuta, powtarzając wyczyn z 1991 r. a w 1993 był wicekrólem. W 3 turniejach zdobył aż 13 goli(!) co jest osiągnięciem niezwykłym.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sysia11

2

@NeroTFP1 Nie wiem czy przesadzam ale dla mnie Paulino Alcantara był wówczas takim samym zjawiskiem FC Barcelony jak jeszcze nie tak dawno Lionel Messi. To był genialny snajper, wcale nie gorszy od Messiego a kto wie czy nawet nie lepszy? Przykładem jest średnia goli w meczach o stawke Alcantary wynosząca 1,01 na mecz. Messi ma 0,86 gola na mecz. Warto podkreślić że za czasów Alcantary o stawke grało się tylko i wyłącznie w Copa del Rey i Campeonato Catalonya. Messi grał dodatkowo w La Liga i Lidze Mistrzów, więc miał dużo większe pole do popisu a mimo to ma mniejszą średnią gola na mecz...

11

Transferowe niewypały:

5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się najzwyczajniej w świecie pomylić…



@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Pożegnalny występ wybitnej legendy Katalońskiej Dumy:

5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?