8

Mentor Guardioli(przeczytajcie proszę w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11

3

@misterio Masz absolutnie racje. Te tarcia na linii z zarządem zawsze były i będą, tyle że najgorsze są te ze szkodą dla klubu. Podobnie było z Cruyffem, Helenio Herrerą i z Van Gaalem również.

8

@FCBparasiempre
Na początku lat dwudziestych XX wieku w Europie panowało przekonanie, że sztukę futbolu najlepiej opanowali piłkarze ze Starego Kontynentu a niepodważalnymi mistrzami są Anglicy. W 1924 r. w Paryżu odbyły się VIII Letnie Igrzyska Olimpijskie. Do rywalizacji w piłce nożnej przystąpiły 22 reprezentacje – 19 europejskich oraz Egipt, Urugwaj i Stany Zjednoczone. Spekulowano, że trzy ekipy spoza kontynentu będą jedynie ciekawostką i urozmaiceniem turnieju, bowiem mało kto brał je na poważnie. Inna kwestia jest taka, że nikt nie wiedział, jak zagrają przybysze z obu Ameryk i Afryki. Jeśli chodzi o taktykę stosowaną w tym czasie przez większość ekip z Europy, najprościej opisać ją trzema słowami: laga do przodu. Dziś można się śmiać, jednak biorąc pod uwagę fakt, że wówczas grano systemem 2-3-5, taka filozofia wcale nie wydaje się niemądra. Stany Zjednoczone odpadły po pierwszym meczu, Egipt po dwóch, a Urugwaj szalał w najlepsze. Swoją grą, opartą na krótkich, szybkich podaniach do nogi, nieprzewidywanej wymienności pozycji oraz niezliczonej liczbie dryblingów, porwali niemal wszystkich obserwatorów. Początkowo brakowało chętnych na oglądanie gry przybyszy z Ameryki Południowej. Na ich pierwszym spotkaniu, przeciwko Jugosławii (7:0), stawiło się zaledwie 2 tys. kibiców. Po Igrzyskach nie było osoby, która nie pałała miłością do futbolu prezentowanego przez piłkarzy w błękitnych koszulkach. Urugwajczycy bez problemu sięgnęli po tytuł, z kompletem pięciu zwycięstw i bilansem bramkowym 20:2. Cztery lata później, na Igrzyska w Amsterdamie, przyjechało już czterech reprezentantów z obydwu Ameryk. Do Urugwaju dołączyła Argentyna, Chile i Meksyk. O ile Chile i Meksyk odpadły po swoich pierwszych spotkaniach, o tyle Urugwaj i Argentyna zamykały turniej. W związku z tym, że w finale padł remis 1:1, spotkanie trzeba było powtórzyć. W powtórce lepsi okazali się Urusi, zwyciężając 2:1, sięgając tym samym po drugie złoto olimpijskie z rzędu. Francuski pisarz, Henri Millon de Montherlant, takimi słowami określił grę prezentowaną przez Urugwajczyków: „Cóż za rewelacja, to jest prawdziwa piłka nożna! To, co znaliśmy i uprawialiśmy do tej pory, było tylko szkolną rozrywką”. Europa w mgnieniu oka poznała siłę południowoamerykańskiej piłki nożnej. Do wyścigu o organizację pierwszych w historii Mistrzostw Świata stanęły cztery kraje: Hiszpania, Węgry, Włochy i Urugwaj. FIFA od początku forowała tę ostatnią opcję, tłumacząc, że turniej należy się krajowi, który triumfował w dwóch Igrzyskach Olimpijskich z rzędu. Ponadto w 1930 roku państwo obchodziło setną rocznicę odzyskania niepodległości i zagwarantowało budowę ogromnego stadionu na ponad 80 tysięcy miejsc – Estadio Centenario. Europejczycy, widząc, że szanse na rozegranie mistrzostw w ich krajach są tylko iluzoryczne, solidarnie wycofali swoje wnioski. Tym samym na polu walki został tylko Urugwaj i to jemu przyznano prawo do zorganizowania dziewiczego czempionatu o piłkarskie panowanie na świecie. Jeden jedyny raz w historii nie rozgrywano kwalifikacji do turnieju. FIFA postanowiła, że szansę na zaprezentowanie swoich umiejętności dostanie każdy kraj będący członkiem organizacji. Wystarczy, że wyrazi taką wolę i w odpowiednim terminie zgłosi swoją obecność. Wielkim zaskoczeniem było otrzymanie potwierdzenia udziału w turnieju zaledwie od dziewięciu państw: Argentyny, Boliwii, Brazylii, Chile, Meksyku, Paragwaju, Peru, USA i, rzecz jasna, Urugwaju. Żaden z przedstawicieli Europy nie chciał wziąć udziału w Mundialu, tłumacząc, że podróż na drugą stronę Atlantyku jest zbyt długa i zbyt kosztowna. Kwestię finansową jeszcze bardziej piętnował krach na Wall Street. Po namowach Julesa Rimeta, prezydenta FIFA i pomysłodawcy Mistrzostw Świata, na uczestnictwo zdecydowały się drużyny Belgii, Francji, Rumunii i Jugosławii. Warunek był jeden – zwrot poniesionych kosztów. Działacze z Urugwaju wysłali specjalne zaproszenie do Anglików, nienależących do FIFA. Zadufani Brytyjczycy, od lat uznający się za najlepszych na świecie i mylnie wierzący, że nie muszą tego nikomu udowadniać, pogardzili propozycją przyjazdu. Na ponad dwa tygodnie przed rozpoczęciem Mundialu z Genui wypłynął statek ,,Conte Verde”. Na jego pokładzie znajdowali się piłkarze Rumunii. W kolejnych dniach dosiedli się Francuzi i Hiszpanie, a jeszcze później Brazylijczycy. Wraz z nimi podróżował Rimet z pucharem, Złotą Nike, oraz trzech wyznaczonych przez niego sędziów. Dwa tygodnie na pokładzie liniowca do Montevideo wydawały się wiecznością. Zawodnicy na wszelkie sposoby próbowali zabić panującą nudę. Trenerzy organizowali im zajęcia siłowe i gimnastyczne, wykorzystując szalupy, schody, leżaki. Na statku panował bezwzględny zakaz gry w piłkę nożną, ponieważ obawiano się, że futbolówki wpadną do wody i bezpowrotnie przepadną. Jugosławianie w tym czasie podróżowali do Urugwaju statkiem pocztowym Florida. Kiedy europejskie ekipy walczyły z nudą, w Montevideo walczono z czasem. Organizatorzy mieli spore opóźnienia w budowie wielkiego stadionu Centenario i wszystko wskazywało na to, że nie zostanie oddany do użytku na inaugurację turnieju. Co ciekawe, w tym samym okresie (26.06-6.07.1930 r.) w Genewie odbył się turniej, mający na celu stanowić poniekąd mundialową konkurencją. Dziesięć europejskich państw wystawiło po jednym klubie, a te rozegrały Klubowy Puchar Narodów. Zwycięzcą okazał się węgierski Ujpest, pokonując w finale Slavię Praga 3:0. Organizacja pierwszych w historii Mistrzostw Świata była wielką niewiadomą. Testowano na żywym organizmie, stąd bardzo dużo niedociągnięć. Sędziowie dostali jedynie prowizoryczne wytyczne dotyczące tego, co mają gwizdać, a czego nie. Nie wybrano oficjalnej piłki mistrzostw, w związku z czym każda ekipa miała swoje własne futbolówki i, niczym na podwórku, każdy chciał grać tą, do której był przyzwyczajony. Trzynaście zespołów podzielono na cztery grupy. Zwycięzca każdej z nich awansował do półfinału. Inauguracyjny gwizdek zabrzmiał 13.07.1930 r. na Estadio Pocitos, jednym z trzech stadionów, na którym rozgrywano mecze. Pierwotnie wszystko miało zacząć się na Centenario, jednak oddano go do użytku dopiero 5. dnia turnieju. Mundialowe granie rozpoczęły drużyny Francji i Meksyku. Na trybunach, wg danych FIFA, zasiadło zaledwie 3 tys. osób. Dane Urugwajczyków wskazują na 4444 kibiców, co i tak nie jest powodem do dumy. Już w pierwszym starciu doszło do sędziowskich kontrowersji. Francuski bramkarz Alexis Thepot został kopnięty w twarz i ze wstrząsem mózgu wylądował w szpitalu. Ówczesne przepisy nie przewidywały zmian, w związku z czym jego miejsce w bramce zajął pomocnik Chantrel, a przybysze znad Loary kończyli mecz w osłabieniu. W osłabieniu, bo urugwajski arbiter nie wyrzucił z boiska winowajcy z Meksyku. Francja i tak zwyciężyła 4:1, a autorem pierwszej bramki w historii Mistrzostw Świata został Lucien Laurent. Stronnicze sędziowanie stało się domeną turnieju. Arbitrzy z Ameryki Południowej często nie widzieli przewinień zawodników ze swojego kontynentu, jednocześnie dostrzegając zbyt wiele w poczynaniach piłkarzy z Europy. Najbardziej perfidny przekręt był autorstwa Almeidy Rego. Brazylijski rozjemca spotkania Argentyna – Francja zakończył mecz, gdy Francuz Langiller gnał samotnie od połowy boiska na bramkę oponentów. Była 84. minuta, wynik 1:0 dla pradziadów Messiego. Nie trzeba chyba dodawać nic więcej. Przyjrzyjmy się jeszcze na moment frekwencji. Starcie Rumunii z Peru oglądało… 300 osób. Grupowe zmagania padły łupem Argentyny, Jugosławii, Urugwaju i Stanów Zjednoczonych. Wszystkie ekipy odniosły komplet zwycięstw. W półfinałach Argentyna podejmowała Stany Zjednoczone, a Urugwaj Jugosławię. Ekipy znad La Platy okazały się bezkonkurencyjne, wygrywając po 6:1. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że przed wielkim finałem odbywa się mały finał o 3. miejsce. W 1930 roku nie został rozegrany. Dlaczego? Istnieją co najmniej trzy wersje zdarzeń. Jedna z nich, oficjalna, uznana przez FIFA, mówi, że w ogóle nie było pomysłu na mecz o najniższe miejsce na podium, więc przyznano je drużynie legitymującej się lepszym bilansem podczas całego turnieju. I tutaj zwyciężyły Stany Zjednoczone, wygrywając dwa mecze przy jednej porażce i bilansie bramkowym 6:6. Jugosławia miała ten sam stosunek zwycięstw i porażek, jednak minimalnie gorszy, zdaniem organizatorów, bilans bramek – 7:7. Druga wersja, przedstawiana m. in. przez piłkarzy Jugosławii, sugeruje, że to europejczycy zajęli trzecie miejsce, bo przegrali z drużyną, która okazała się triumfatorem zmagań w Montevideo. Niektóre pogłoski mówią, że Jugosłowianie przywieźli medal z Ameryki Południowej, ale do dzisiaj nie udowodniono, czy został on wręczony rzeczywiście za zajęcie trzeciego miejsca. I w końcu trzeci wariant. Mały finał był w planach organizatorów, jednak został zbojkotowany przez Jugosławię ze względu na stronnicze sędziowanie w półfinale. Trzecie miejsce przyznano więc Stanom Zjednoczonym. Wielki finał między Urugwajem a Argentyną rozegrano 30. lipca 1930 roku na Estadio Centenario. Od wczesnych godzin porannych do portu w Montevideo napływała cała rzesza statków z dziesiątkami tysięcy kibiców Albicelestes. Tłok był tak duży, że niektórzy nie dali rady wyjść na ląd, a wiedząc, że są spóźnieni, zawracali. Kibice gospodarzy również nie zawiedli, dzięki czemu frekwencja na stadionie wyniosła rekordowe 93 tysiące osób. Chętnych było tyle, że nawet gdyby obiekt był trzy razy większy, ze spokojem zostałby zapełniony. Widząc, że szykuje się mecz podwyższonego ryzyka, rozjemca finałowej batalii, Belg John Langenus, zapewnił sobie gwarancję nietykalności. Została mu powierzona zgraja ochroniarzy, która w przypadku zamieszek miała godzinę, by przetransportować go do portu, skąd drogą morską mógłby spokojnie wrócić do domu. Jego pierwsza ważna decyzja miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem spotkania. Urugwajczycy i Argentyńczycy przedstawili swoje piłki, którymi koniecznie chcieli rozegrać finał. Futbolówki różniły się kształtem, teksturą i gramaturą. Ostatecznie podjęto dość rozsądną i sprawiedliwą decyzję. Pierwszą połowę rozegrano piłką gości, a drugą gospodarzy. Przebieg meczu pokazał, jak wielkie znaczenie miało przywiązanie do własnej futbolówki. Po pierwszej połowie Argentyna prowadziła 2:1. Na bramkę Dorado odpowiedzieli Peucelle i król strzelców Mundialu, Stabile. W drugiej odsłonie zmieniła się piłka, a wraz z nią obraz gry. Gospodarze stłamsili swoich przeciwników i zaaplikowali im aż trzy gole. Na listę strzelców wpisali się Cea, Iriarte i Castro. Autor czwartej bramki, Hector Castro, jedna z największych gwiazd reprezentacji Urugwaju na przełomie lat 20. i 30. poprzedniego wieku, w dzisiejszych czasach nie miałby szans na zrobienie piłkarskiej kariery. Mając trzynaście lat uległ wypadkowi przy cięciu drewna, w wyniku czego stracił niemal połowę prawej ręki. Pomimo niepełnosprawności należał do najbardziej utytułowanych piłkarzy dwudziestolecia międzywojennego. Nie bez kozery kibice nadali mu pseudonim ,,Cudowny Jędnoręki”. Urugwaj, pomimo faktu, że trochę pomagały mu własne ściany, wywalczył Mistrzostwo Świata w stu procentach zasłużenie. Ondino Viera, były piłkarz i trener reprezentacji Urugwaju, trafnie stwierdził: „Byliśmy absolutnymi mistrzami kontroli nad piłką, którzy po przechwycie za nic w świecie nie pozwalali sobie jej odebrać. To była piłka nożna w dzikiej postaci, to była nasza gra. Na bazie empirycznych doświadczeń wykreowaliśmy urugwajski styl piłkarski własnej produkcji, który w najmniejszym stopniu nie przystawał do kanonu stworzonego przez menedżerów ze Starego Świata. Ten styl był tylko nasz. Tak powstała nasza szkoła piłkarstwa dająca podwaliny pod styl charakterystyczny dla całego Nowego Świata”. Na zakończenie ciekawostka z urugwajsko-argentyńskich potyczek finałowych z Igrzysk Olimpijskich w 1928 r. i Mistrzostw Świata 1930 r. W Ameryce Południowej od zawsze wierzy się w przesądy. Eduardo Galeano w swojej znakomitej książce Blaski i cienie futbolu opisał dwie sytuacje związane, jak sam to określił, z ciemnymi siłami. W drodze na finał Olimpiady w 1928 r. desygnowany do wyjściowego składu urugwajski obrońca Adhemar Canavessi zażądał, by autobus się zatrzymał. Zawodnik zabrał swoje rzeczy, ogłaszając trenerowi i kolegom, że nie może zagrać w tym meczu, bo gdy w przeszłości występował przeciwko Argentynie, jego zespół zawsze przegrywał. Nie wiadomo, jaki miało to wpływ na boiskowe poczynania kompanów ale kilka godzin później zwyciężyli 2:1. Dzień przed tym finałem do hotelu swoich rodaków udał się znakomity argentyński śpiewak, Carlos Romuald Gardel. Zaprezentował zawodnikom tango Dandy. Urugwajczycy wyciągnęli wnioski z holenderskiej lekcji – Canavessi już nigdy więcej w reprezentacji nie zagrał. Argentyńczycy nie wiązali porażki z artystycznym występem Gardela. Dwa lata później, w przeddzień finału Mistrzostw Świata, śpiewak został zaproszony do hotelu w Montevideo i zaprezentował piłkarzom ten sam utwór, co w Amsterdamie. Dopiero po porażce 2:4 stwierdzono, że Gardel reprezentacji już nie zaśpiewa.

9

,,Ale finał gramy naszą!” Puchar Rimeta po raz pierwszy w dziejach futbolu:

@Symson
@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

19

Cudowne lata Blaugrany:

13 lipca 2010 r. Pep Guardiola przedłużył kontrakt z FC Barceloną. Po dwóch latach pełnych sukcesów zarząd chciał zaproponować Guardioli wieloletni kontrakt, mówiono wręcz aby został ,,Fergusonem Barçy” w nawiązaniu do legendarnego menadżera Manchesteru United. Sam zainteresowany preferował jednak krótkie umowy i zgodził się na roczne przedłużenie. Ten sam manewr zastosował rok później i w 2012 r. mógł bez przeszkód opuścić Dume Katalonii.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

10

,,Les Bleus” po raz pierwszy w historii:

12 lipca 1998 r. na Stade de France w podparyskim Saint-Denis Francja pokonała Brazylię 3-0 w finale XVI Mistrzostw Świata. Gole zdobyli: Zinedine Zidane w 27 m. oraz 45+1 i Emmanuel Petit w 93 m. Pierwszy raz w historii Mistrzostw Świata w finale doszło do pojedynku gospodarza imprezy z obrońcą tytułu. W roli faworytów stawiano Brazylię. W dniu finału doszło jednak do sytuacji, która miała ogromny wpływ na przebieg całego spotkania. Około godziny 14:00, kiedy zawodnicy Canarinhos spędzali czas w swoich pokojach Roberto Carlos wybiegł na korytarz i zaczął krzyczeć, że Ronaldo nie żyje. ,,Dostałem konwulsji po lunchu, po południu. Straciłem świadomość na 3-4 minuty”– opowiadał po latach Ronaldo. Co było tego przyczyną? Najprawdopodobniej 22-letni wówczas Il Fenomeno nie potrafił wytrzymać presji, jaką nałożył na niego cały kraj. Przed pierwszym meczem ze Szkocją podobno płakał w pokoju a w trakcie turnieju miał z nerwów zniszczyć rower rzucając nim o ścianę. Ronaldo przewieziono do szpitala i nikt nie wyobrażał sobie, że w takim stanie zagra w finale. Reprezentacja Canarinhos była załamana. Selekcjoner Mario Zagallo próbował motywować zawodników nawiązując do 1962 roku, kiedy to Brazylia sięgnęła po Puchar Świata bez swojej największej gwiazdy, Pelego. Brazylijczycy byli jednak rozbici sytuacją swojego kolegi i nie wyszli nawet na rozgrzewkę. Na około 45 minut przed pierwszym gwizdkiem na stadionie pojawił się Ronaldo. Chwilę później do szatni wszedł także prezydent brazylijskiej federacji piłkarskiej Ricardo Teixeira i nakazał trenerowi wystawić Ronaldo od 1. minuty.

Co oczywiste, po tym, co przeszedł Il Fenomeno w meczu finałowym nie był sobą. To samo można powiedzieć o całej reprezentacji Canarinhos. Francja wygrała 3:0 a bohaterem finału został Zinedine Zidane. Ofensywny pomocnik Francji strzelił dwa gole (oba głową po rzutach rożnych) i jest wspominany jako główny architekt sukcesu Francji. Niemniej jednak, Zidane wcale nie rozegrał jakiegoś spektakularnego turnieju. Przez zawieszenie za czerwoną kartkę opuścił dwa mecze, a w fazie pucharowej Francja imponowała przede wszystkim świetną organizacją gry w defensywie, choć oczywiście wkładu Zidane’a nie można pomijać. – Wygrali dzięki bramkarzowi, czwórce obrońców i Zinedine’owi Zidane’owi – tak triumf Francji podsumował ówczesny trener Marsylii, Rolland Courbis. Nie dało też się uciec od nawiązań do Włoch. – Reprezentacja Francji grała w gruncie rzeczy włoską piłkę, tyle że miała bardziej utalentowanych zawodników – trafnie napisał Michael Cox w książce “Gegenpressing i tiki-taka”. Po finale mundialu została tylko jedna zagadka do rozwiązania. Dlaczego Ronaldo zagrał w spotkaniu z Francją? W Brazylii nie skupiano się na rezultacie finałowego meczu, a właśnie na tajemniczych sprawach związanych z gwiazdą reprezentacji. Brazylijski lekarz mówił, że to on dał zielone światło Ronaldo na grę nazywając to “swoją najgorszą decyzją w karierze”, a sam Ronaldo z kolei upiera się, że to on nalegał, aby wystąpić w tym spotkaniu.



Niemniej jednak, kiedy nie wiadomo o co chodzi to zazwyczaj chodzi o pieniądze. Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że Ronaldo został zmuszony do zagrania w finale przez prezydenta federacji, aby nie stracić pieniędzy z umowy z firmą Nike. W taką wersją wierzą też kibice reprezentacji. Po finale “witali” swoich piłkarzy flagami Brazylii z logiem Nike, co jasno sugerowało, że federacja dała się sprzedać. Ten incydent z Ronaldo powszechnie uważa się za punkt zwrotny, kiedy piłką nożną zaczęły rządzić pieniądze. Symbol końca ery gry z czystej pasji a początek komercjalizacji futbolu.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Przypadki krnąbrnego Bułgara:

12 lipca 1996 r. Christo Stoiczkow powrócił do Barcelony. Bułgar spędził rok w Parmie, ale ani on, ani jego rodzina nie przywykli do życia we Włoszech. Napastnik nie krył łez gdy ponowny kontrakt z FC Barceloną został już podpisany. Prezydent Nuñez również był bardzo wzruszony: ,,Kiedy żona Stoiczkowa zadzwoniła do mnie, powiedziała mi że Christo jest smutny i chce wrócić. Jest podobno bardziej podekscytowany niż za pierwszym razem”. Niestety drugi pobyt Bułgara na Camp Nou nie był tak udany. Na dodatek Christo odszedł z powodu konfliktów z Nuñezem, który tak bardzo namawiał go do powrotu. No cóż, powiedzenie że dwa razy się nie wchodzi do tej samej rzeki pasuje tu jak ulał.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

1

@Colon To znaczy co masz konkretnie na myśli?

13

Hiszpański temperament:

Po tytule mistrza Europy(2008) Hiszpanie zdobyli mistrzostwo świata. Grali tak pięknie jak FC Barcelona z Realem razem wzięte. Po wspomnianym Euro Hiszpania zmieniła trenera. Luis Aragoñes skończył 70 lat i postanowił zarobić jeszcze w tureckim Fenerbahce, na co zresztą pozwolono mu tylko przez jeden sezon. Następca- Vicente del Bosque, były piłkarz i trener Realu, w którym wprowadził rodzinną atmosferę, nadawał się do tej roli idealnie. Wielki fachowiec a jednocześnie spokojny, kulturalny człowiek. Na konferencjach prasowych nie traktował dziennikarzy jak szarą anonimową mase. Nie dość że słuchał pytań, to jeszcze na nie odpowiadał, patrząc dziennikarzom w oczy, jakby to była rozmowa między dwiema osobami. Tak się trenerzy na ogół nie zachowują. Hiszpański trener zabrał na mundial do RPA 15-tu piłkarzy z kadry na Euro 2008. Pierwsza jedenastke uzupełnił dziś powszechnie znanymi graczami Barçy: Pique, Busquetsem i Pedrem. Powstała drużyna jeszcze lepsza niż na Euro 2008. W bramce Casillas, w obronie Ramos, Pique, Puyol, Capdevilla. Dwaj defensywni pomocnicy to Xabi Alonso i oczywiście Busquets. Przed nimi Xavi, Iniesta i Pedro. Środkowym napastnikiem był naturalnie Villa. Fernando Torres przez kilka tygodni przed turniejem leczył kontuzje i wchodził na boisko z ławki rezerwowych. Fabregas też nie rozegrał ani jednego pełnego meczu ale to po jego podaniu Iniesta strzelił decydującego gola w finale. Torres, Fabregas i rezerwowy bramkarz Reina byli jedynymi piłkarzami w 23-osobowej kadrze z klubów zagranicznych. Dwudziestu grało w Hiszpanii. Hiszpanie nie rozpieszczali swoich kibiców. Zaczeli turniej od sensacyjnej porażki ze Szwajcarią, co wyszło im na dobre. Od tamtej pory przestano im liczyć mecze oraz minuty bez porażki i straty gola. Zaczeli więc grać bez takich psychologicznych obciążeń, które niepotrzebnie zaprzątają głowe. Honduras pokonali 2:0, Chile 2:1 a potem jak w zegarku- 4 mecze i 4 zwycięstwa z takim samym wynikiem 1:0 a mianowicie z Portugalią, Paragwajem, Niemcami i w finale z Holandią. Holenderscy piłkarze już od wielu lat zachwycali kibiców najlepszych zagranicznych klubów, w których grali ale reprezentacja zdobyła ważne trofeum tylko raz, na Euro w roku 1988. Finał mundialu w Johannesburgu był dla Holendrów trzecim w historii. Dwa wcześniejsze przegrali(z Niemcami w 1974 i z Argentyną w 1978). Teraz Sneijder, Robben, Van Persie czy Kuyt to była ścisła czołówka światowa a kapitan, 35-letni Van Bronckhorst zdobył w meczu z Urugwajem jednego z najpiękniejszych goli turnieju. Kopnął w pełnym biegu z około 30 metrów, piłka leciała jak strzała i zatrzymała się dopiero w siatce:



W finale spotkały się więc dwie jedenastki grające bardzo dobrze ale inaczej. Holendrzy używali więcej siły fizycznej, czasami ponad miare. W dogrywce czerwoną kartką ukarany został John Heitinga. Żółte kartki otrzymało aż ośmiu Holendrów i pięciu Hiszpanów. Tylu kar nigdy wcześniej w finale mundialu nie zanotowano. O zwycięstwie Hiszpanii zadecydowała akcja w 116 minucie. Fernando Torres podał z lewej strony na pole karne. Piłke wybił Mathijsen ale wprost pod nogi Fabregasa. Hiszpan podał na prawo gdzie czekał niepilnowany Iniesta. Spodziewał się podania ale nie mógł ruszyć wcześniej bo angielski sędzia Howard Webb odgwizdał by spalonego. Holendrzy jakby o Inieście zapomnieli. Mógł swobodnie przyjąć piłke a nawet poczekać aż odbije się na trawie żeby lepiej ułożyła się do strzału. Kopnął prawą nogą z około ośmiu metrów. Van der Vaart zrobił wślizg, jednak spóźnił się o ułamek sekundy. Bramkarz Stekelenburg zaledwie dotknął piłke ale zatrzymać jej nie mógł. Strzał był tak silny że piłka odbiła się od siatki i wróciła na boisko. Iniesta pobiegł do narożnika, zdejmując po drodze koszulke. Pod nią miał biały T-shirt z napisem ,,Dani Jarque: siempre con nosotros”- Dani Jarque: zawsze z nami. Oczywiście sędzia Webb, zgodnie z nieludzkimi przepisami ukarał za ten gest Inieste żółtą kartką. Hiszpania zwyciężyła 1:0 spełniając marzenia połowy świata. Tej samej, która na co dzień kibicuje FC Barcelonie. W XXI wieku to najpiękniej grająca drużyna naszej planety.

@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

1

@Colon Dokładnie! Specyficzny turniej, na ogół bez taktyki i kalkulowania. Grają na całego i strzelają z każdej pozycji. Kapitalnie to się ogląda...

3

Jeśli chodzi o turniej Copa America to chciałbym się podzielić opinią iż pierwszy taki turniej(o czym dzisiaj wspominałem) oglądałem właśnie w 2001 r. Jakżesz ogromnie żałowałem że z tamtego turnieju wycofała się reprezentacja Argentyny, no ale miała racjonalne podstawy do tego aby tak postąpić. Skoro nie mogła grać Argentyna to kibicowałem Meksykowi, który wówczas grał naprawde bardzo fajną piłke ale trafił w finale na mocnego gospodarza- Kolumbie. Od tamtego turnieju pokochałem Copa America bezgranicznie! To bardzo wyjątkowy turniej i nie da się go porównać z żadnym turniejem na świecie. Osobiście stawiam ten turniej na równi z mistrzostwami świata.

2

@mekston Owszem, zgadza się. Jednak sami sobie byli winni że tak postąpili z czego skwapliwie skorzystał Honduras...

8

@FCBparasiempre
11 lipca 1960 r. urodził się Kazimierz Przybyś, obrońca. Nigdy nie pękał, nawet jeśli grał przeciwko światowym gwiazdom. Kiedyś jednak dał się ponieść emocjom. Sprowokował go Enzo Francescoli, wielka legenda urugwajskiego futbolu. Takie mecze z udziałem Biało-Czerwonych zdarzają się bardzo rzadko a w ostatnich dekadach nie ma ich w ogóle. Liczą się już wyłącznie gry międzypaństwowe i to o konkretną stawke. W latach 80-tychbyło inaczej. Zdarzały się takie perełki, jak towarzyskie starcie River Plate z reprezentacją Polski w lutym 1986 roku w Mar del Plata. Zespół Piechniczka wybrał się do Ameryki Południowej aby przygotować się do czekających 4 miesiące później mistrzostw świata w Meksyku. Najważniejszym celem wyprawy był pierwszy w historii mecz z Urugwajem(2:2) ale potyczka z argentyńskim River Plate robiła może jeszcze większe wrażenie. To był topowy, legendarny klub, zresztą w tym samym roku zdobył Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny a w składzie znajdowali się piłkarze, którzy na meksykańskim mundialu w podstawowej jedenastce Argentyny zdobywali złoto: Pumpido, Ruggeri, Hector Henrique, no i był urugwajski napastnik Enzo Francescoli, zwany ,,El Principe” czyli ,,Książe”. Na trybunach pojawiło się aż 30 tysięcy ludzi, mecz transmitowała argentyńska telewizja. Polacy grali świetnie. Wprawdzie do przerwy stracili gola ale na początku drugiej połowy wyrównali i choć Francescoli szybko strzelili na 2:1, to później w 17 minut nasze orły zdobyły 3 gole. Było już 4:2 dla Polski i nic złego nie mogło się stać a jednak…. Wszystko przez tę nieszczęsną czerwoną kartke dla Przybysia, który został ukarany za scysje z Francescolim. Nasz obrońca do te pory umiejętnie się nim opiekował a strzelony przez Urugwajczyka gol był do przełknięcia, wkalkulowany w bilans zysków i strat, w końcu nasz zespół efektownie prowadził. Dopiero na kwadrans przed końcem meczu zaistniała nowa sytuacja. ,,Normalnie mnie opluł! Po takim światowcu spodziewałem się większej klasy. W każdym razie często sobie z nim radziłem, co go chyba frustrowało. W końcu dałem mu się sprowokować. Na pewno był cwańszy ode mnie, zabrakło mi doświadczenia. No więc gdy mnie opluł i jeszcze dyskretnie kopnął, wykonałem ruch jakbym zamierzał go uderzyć. Działałem w dużych emocjach, jak każdy opluty człowiek, lecz w ostatniej chwili się powstrzymałem. Jemu jednak tyle wystarczyło. Zasymulował że dostał ode mnie cios a sędzia łatwo mu uwierzył i wyrzucił mnie z boiska. Można się było tego spodziewać, w końcu arbiter był Argentyńczykiem”- opowiada pan Kazimierz. Po zejściu Przybysia za chwile doszło do kolejnego spięcia. Po czerwonej kartce obejrzeli Zgutczyński i Borelli. Na boisku zrobiło się więcej wolnej przestrzeni, gospodarze złapali wiatr w żagle, rozbujali się a już najbardziej Francescoli. Strzelił kontaktowego gola, potem był remis. W doliczonym czasie gry, pozbawiony uciążliwej opieki Przybysia ,,Książe” popisał się efektownymi nożycami i strzelił gola na 5:4! Zachwycone lokalne media nazwały to zwycięstwo meczem dekady. Pan Kazimierz był już wtedy sprawdzonym w bojach kadrowiczem i murowanym kandydatem do wyjazdu na mundial. Otwarta pozostawała tylko kwestia w jakiej roli. Miał prawo liczyć że będzie zawodnikiem podstawowej jedenastki bo na finiszu eliminacji gral regularnie. Po kiepskim meczu z Belgią(0:2), w którym gospodarze okrutnie nas zdominowali, Piechniczek musiał koniecznie coś zmienić w składzie i taktyce. Przybyś na tym skorzystał i wskoczył do drużyny. ,,Misja była trudna ale plan klarowny. Trzeba było pokonać w dwóch kolejnych meczach na wyjeździe Grecje i Albanie a we wrześniu nie przegrać u siebie z Belgią. Zadanie zrealizowaliśmy wzorowo”- opowiada Przybyś. Na środku obrony stworzył solidny duet stoperów z klubowym kolegą z Widzewa Romanem Wójcickim, choć w meczu w Atenach(4:1) był debiutantem, spadła na niego wyjątkowo odpowiedzialna rola bo w bloku defensywnym miał zastąpić postać pomnikową- Władysława Żmude. Poradził sobie, tak samo jak 11 dni później w Tiranie(1:0). Widzewiak dokonał dużej rzeczy bo wcześniej Piechniczek nie patrzył na niego łaskawym okiem. Można powiedzieć iż miał prawo być do niego nawet trochę zrażony. Wszystko przez sprawę z grudnia 1983 r., kiedy już pierwszego dnia po świętach selekcjoner zarządził zgrupowanie w Wiśle przed styczniowym wylotem do Indii na turniej o Puchar Nehru. W ośrodku ,,Startu” 27 grudnia nie pojawiło się trzech piłkarzy Śląska Wrocław: Tarasiewicz, Prusik i grający jeszcze w tej drużynie Przybyś. Twierdzili że nie mogli bo z uwagi na status regularnych żołnierzy mieli obowiązkowe szkolenie wojskowe. Piechniczek żadnego z nich do Indii nie zabrał. Szykowały się poważniejsze sankcje dla klubu ale przed specjalnie powołaną komisją Śląsk wygrał spór z szefem kadry. W tamtych czasach kwestie wojskowości były priorytetem, jeśli nawet absurdalnie konfrontowano je z interesami piłkarskiej reprezentacji Polski. Sprawa przycichła ale czyżby podświadoma niechęć Piechniczka do Bogu ducha winnego Przybysia została? Mundial w Meksyku zaczął jednak na ławce. Na środku obrony obok Wójcickiego zagrał bardziej doświadczony Stefan Majewski. Czas pokazał że na mistrzostwach Majewski nie miał szczęścia- indywidualnie krył Linekera, który strzelił Polsce 3 gole! a potem także Brazylijczyka Carece, który też mocno dał się nam we znaki. Przybyś pojawił się na boisku po zmianie stron już w pierwszym meczu z Marokiem; na prawej obronie zastąpił Kubickiego. Po laniu od Anglii, kiedy szczęśliwie udało się prześlizgnąć do 1/8 finału, zagrał znowu, wreszcie w wyjściowym składzie. W starciu z Brazylią(0:4) zastąpił Krzysztofa Pawlaka. Widać że z obsadą prawej obrony trener miał duży kłopot. ,,Do 30 minuty graliśmy super; był słupek Tarasiewicza, poprzeczka Karasia. Zdecydowanie nasze najlepsze pół godziny na mundialu. Na trybunach w pierwszych minutach był tumult, brazylijskie bębny i nagle zrobiło się cicho. Kibice chyba się dziwili że gramy aż tak dobrze. Niestety, chwila nieuwagi i sędzia gwizdnął dość problematyczną jedenastke. Straciliśmy gola i wszystko nam się posypało. Klasowa drużyna po przypadkowej stracie gola musi umieć się podnieść a myśmy tracili kolejne bramki. Widocznie nie byliśmy tak klasowi”- opowiada Przybyś. Po mundialu występował jeszcze w kadrze Wojciecha Łazarka ale to był już zdecydowanie okres schyłkowy. Ostatni raz zagrał z Holandią w Zabrzu, w ponurym dla Polski meczu bo łatwo przegranym 0:2, na dodatek kończącym nieudane eliminacje Euro 1988. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział że latem następnego roku Holandia zachwyci świat totalnym futbolem, który da jej tytuł mistrza Europy. ,,W całej karierze nigdy nie zagrałem z równie mocną drużyną, co wtedy w Zabrzu. Kryłem van Bastena i na własnej skórze mogłem się przekonać, jaki to czarodziej. Ciesze się że nie strzelił gola, no ale dwa razy trafił Gullit i przegraliśmy”- podsumowuje pan Kazimierz. Kariere klubowa kończył w Widzewie, wcześniej w elicie grał tylko w Śląsku. Występował więc w dwóch interesujących, charakternych drużynach. Zwykle odpowiadał za opieke najlepszych napastników rywali, więc sam mógł zapomnieć o strzelaniu goli ale jeden raz trafił i to w meczu swoich drużyn. ,,Grałem z Widzewem we Wrocławiu. Krótko rozegrany rzut wolny, piłka do mnie, kopnąłem w kierunku bramki i wpadła”- wspomina Przybyś. Niewiele to jednak dało drużynie bowiem Widzew przy Oporowskiej przegrał 1:2. Przybyś nigdy nie zagrał w zagranicznym klubie. Może gdyby urodził się 10 lat później, byłoby mu łatwiej podjąć decyzje bo wyjazdy Polaków stawały się coraz powszechniejsze. ,,Ciekawych piłkarskich wspomnień i tak mi nie brakuje, zawsze będę miał o czym opowiadać”- wspomina wychowanek Broni Radom.

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

7

@FCBparasiempre
11 lipca 2001 r. Chile pokonuje Ekwador 4:1(1:0) i tym samym mecz ten inauguruje 40-tą edycje Copa America. Organizację finałów Copa America 2001 przyznano Kolumbii już w 1987 roku, chodź do ostatnich dni przed rozpoczęciem turnieju nie było pewne czy impreza w ogóle się odbędzie! Sytuacja znów była dramatyczna, w tle pojawiały się zamachy, uprowadzenia i morderstwa Kolumbia, która przeżyła poważne upokorzenie związane z wycofaniem się z organizacji mistrzostw świata w 1986 roku, tym razem robiła wszystko aby uniknąć kompromitacji. Udało się, jednak zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek nerwów było co niemiara! Wcześniejsze doświadczenie Kolumbii w przygotowaniu dużych imprez piłkarskich nie było wielkie. To jedynie Mistrzostwa Ameryki Południowej do lat 20-tu, organizowane trzykrotnie w 1964,1987 i 1992 roku a także mistrzostwa kontynentu do lat 17-tu w 1993 i choć w 1973 kraj przeżywał chwilę triumfu, kiedy to FIFA przyznała Kolumbii prawa do Mistrzostw Świata w 1986, to w listopadzie 1982 prezydent Betancour ogłosił że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom postawionym przez światowe władze piłkarskie i rezygnuje z przeprowadzenia imprezy. To uzmysławia jak bardzo Kolumbii zależało aby tego rodzaju wpadka nie powtórzyła się w 2001 Choć i tak było tego bardzo blisko A wszystko przez wewnętrzny konflikt targający krajem. Lewicowa i prawicowe bojówki, kartele narkotykowe... Władze nie radziły sobie z przemocą i nie dziwiły coraz cięższe chmury zbierające się nad czterdziestą edycją Copa America. Początek 2001 r. to seria wybuchów samochodów pułapek, nierzadko w miastach, który miały organizować turniej. Zaczęło się 11 stycznia w Medellin, gdzie miały rywalizować zespoły grupy C: Argentyna, Urugwaj, Boliwia i Kostaryka. W zamachu zginęły dwie osoby a 35 odniosło rany. 4 maja w powietrzu wyleciał inny samochód, tym razem w Kali, które przygotowywało się do goszczenia grupy B: Brazylia, Paragwaj, Peru, Meksyk. Eksplozja miała miejsce tuż obok luksusowego hotelu, w którym w tamtym czasie przebywali piłkarze drużyny Once Caldas, pierwszoligowego zespołu. To miejsce było też siedzibą lokalnego komitetu organizacyjnego. Zamach nie spowodował ofiar śmiertelnych ale 36 osób odniosło rany. Mimo napiętej sytuacji CSF potwierdziła 17 maja na spotkaniu w Rio de Janeiro że turniej odbędzie się w Kolumbii. Tego samego dnia w Medellin wybuchł kolejny samochód a w następnych dniach znów po mieście roznosił się huk betonowanych bomb. To nie po raz ostatni postawiło wysiłek organizatorów mistrzostw pod znakiem zapytania ale 5 czerwca 2001 roku CSF po raz kolejny zadecydowała że impreza odbędzie się w uprzednio wybranym miejscu. Wszystko zmieniło się jednak 25 czerwca po porwaniu Hermana Mejii Campuzano, wiceprezesa kolumbijskiej federacji piłkarskiej i szefa Komitetu lokalnego W mieście Pereira, jednym z gospodarzy turnieju. Władze południowoamerykańskiej piłki zdecydowały się zwołać nadzwyczajne spotkanie, które wyznaczono na 28 czerwca w Buenos Aires. Choć Campuzano został w międzyczasie uwolniony, to decyzja ogłoszona 30 czerwca była nie do końca po myśli Kolumbijczyków. Wprawdzie nie odebrano im organizacji ale planowano przenieść imprezę na rok 2002. To jednak nie spodobało się firmie ,,Traffic", właścicielowi praw telewizyjnych. Jej szefowie argumentowali że przeniesienie Copa Americaa na styczeń 2002 spowoduje kolizję terminów z turniejem ,,Copa Oro”, w którym brały udział Kostaryka i Kanada, zaproszeni do rywalizacji w 40-tej edycji Copa America. Również termin lipiec sierpień 2002 był nie do przyjęcia ze względu na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii. Ponadto ,,Traffic" argumentował iż zmiana terminu spowoduje straty przekraczające 10 milionów dolarów. CFS uznała te wszystkie argumenty i 5 lipca podjęła ostateczną decyzję: gramy w ustalonym wcześniej terminie, czyli od 11 do 29 lipca! To jednak nie koniec kłopotów. Napięta sytuacja w Kolumbii sprawiała że uczestnicy finałów bali się o swoje bezpieczeństwo. Z grona 12 finalistów, co najmniej kilka zespołów poważnie zastanawiało się nad wycofaniem z turnieju. Jako pierwsza taką decyzję podjęła Kanada, którą błyskawicznie zastąpiono Kostaryką; oba związki ze strefy CONCACAF. Przyrody Kanady poszła Argentyna, która zrezygnowała na kilkadziesiąt godzin przed rozpoczęciem turnieju. Jednym z powodów były pisemne groźby, które wysłano do argentyńskiej ambasady w Bogocie list sygnowała nieznana nikomu organizacja terrorystyczna i choć Kolumbijczycy nie do końca wierzyli że ona istnieje to treść przekazu przestraszyła Argentyńczyków. Napisano tam między innymi: ,, chcielibyśmy mieć w swoich rękach los Takich piłkarzy jak Hernan Crespo, Diego Simeone czy German Burgos"... W takiej sytuacji Argentyna zdecydowała o wycofaniu drużyny. W jej miejsce wskoczył Honduras, też członek CONCACAF, który o tym że zagra w Copa America zadecydował głosem swoich federacji... 48 godzin przed pierwszym meczem! Trener Ramon Maradiaga błyskawicznie zebrał kadrę, która dotarła do Kolumbii samolotem wojskowym, podstawiony przez siły zbrojne.

Turniej gościły Barranquilla, Cali, Medellin, Pereira, Armenia, Manizales i Bogota. Największym stadionem dysponowała Barranquilla- Estadio Metropolitano Roberto Mendelez miał 60 000 miejsc. Najmniejszy obiekt znajdował się w Armenii, to Estadio Centenario niczym w Montevideo dla 29 000 kibiców. Kolumbijczycy Nigdy wcześniej nie wygrali turnieju Copa America, więc presja na miejscowych była ogromna. Gospodarze zaczęli bardzo dobrze od zwycięstwa nad Wenezuelą w drugim spotkaniu okazali się lepsi od Ekwadoru i mogli się cieszyć z awansu do ćwierćfinału. Aby nie było żadnych wątpliwości w trzecim meczu pokonali też Chile. Komplet zwycięstw i ani jednego straconego gole to było to, na co czekali miejscowi kibice! 23 lipca gospodarze podejmowali w pojedynku o półfinał ekipę Peru i też nie pozostawili wątpliwości. 3:0 mówi samo za siebie. Trzy dni później na ich drodze do upragnionego finału stanął Honduras, absolutna rewelacja turnieju. Zespół, który do imprezy dołączył w ostatniej chwili sprawił wielką sensację w ćwierćfinale eliminując Brazylią a 2.0 z tak utytułowanym rywalem to jeden z najpiękniejszych momentów w historii Hondurackiej piłki. Równocześnie jest to jedna z największych sensacji w dziejach zmagań o Copa America. ,, To były niesamowite chwile. Pamiętam że cały kraj oszalał ze szczęścia. Ludzie wyszli na ulicę. To była jedna wielka Fiesta. Byliśmy gotowi nosić naszych bohaterów na rękach. Najbardziej pamiętam Amado Guevara. To on i Limbert Perez poprowadzili nas do wielkiego triumfu, jakim dla Hondurasu było trzecie miejsce w imprezie"- wspominał Osman Chavez, honduraski obrońcy, który pokazał się w polskiej lidze w Barwach Wisły Kraków. Trawers miał wówczas 17 lat gdy jego rodacy pokonali Brazylię. Chavez z wypiekami na twarzy podobnie jak cały Honduras oglądał kolejny mecz o wszystko, czyli półfinał z gospodarzami. Tu jednak Czarny Koń imprezy nie miał już wiele do powiedzenia. Kolumbijczycy wygrali 2:0 i Euforia miejscowych kibiców sięgała zenitu, gdyż gospodarze znaleźli się w finale. Przeciwnikiem w decydującym meczu był Meksyk, też ekipa z CONCACAF, który odprawił w półfinale Urugwaj. Kolumbia ostatecznie wygrała ten finał 1:0, co oznacza że w całym turnieju nie straciła ani jednego gola! Najlepszym strzelcem imprezy okazał się napastnik gospodarzy Wiktor Aristizabal, który zdobył 6 goli, o jedno trafienie wyprzedzając Kostarykanina Paulo Wanchope'a. Ogólny dorobek Aristizabala w historii jego występów w reprezentacji na kolana nie rzuca (66 występów i 15 goli) ale trzeba mu oddać że z formą snajperską na Copa America wstrzelił się idealnie. W ojczyźnie nazywano go ,, Aristigol" lub ,, Pinokio"- od okazałego nosa. Na świat przyszedł w Medellin w dzielnicy Belen. Gdy miał kilkanaście lat stracił ojca i poza graniem w piłkę, za co jeszcze wtedy nie otrzymywał pieniędzy, musiał zająć się zarabianiem. Szkoła poszła w kąt a Aristizabal ruszył na ulicę aby sprzedawać jedzenie i gazety. Na szczęście nieprzeciętny talent sprawił że piłka szybko zaczęła dawać mu utrzymanie a mistrzostwa w 2001 były jedną z jego największych życiowych chwil triumfu. ,,Co sądzę o Aristiezabalu? No cóż, my Kolumbijczycy, byliśmy zakochani w innym napastniku a mianowicie Faustino Asprilli. Tak, to był jeden z najlepszych ofensywnych piłkarzy jakich kiedykolwiek wydała Kolumbijska ziemia. Miał wszystko, był naszym idolem ale w kopa Ameryka nie zagrał, jego reprezentacyjna kariera kończyła się i choć pod względem umiejętności Aristizabal Nie wytrzymuje z nim porównania, to jednak w trakcie turnieju spisał się jak trzeba"- opowiadał Arboleda, który jako obrońca patrzył też, a może przede wszystkim na grę formacji defensywnej swojego kraju. ,, Dla mnie największym autorytetem w obronie był, jest i będzie Iwan Cordoba. Rozgrywał wspaniały turniej, który okrasił decydującym golem w finałowym meczu z Meksykiem. Czego chcieć więcej? Cordoba uszczęśliwił siebie, mnie i miliony Kolumbijczyków. Tamtych chwil nigdy nie zapomnę, gdyż czułem się dumny że mój kraj, mimo tylu kłopotów zorganizował turniej na bardzo dobrym poziomie i jeszcze go wygrał. Po raz pierwszy w historii!- ze wzruszeniem wspominał Manuel Arboleda.

11

Butelkowy finał:

11 lipca 1968 r. na Santiago Bernabeu odbył się tzw. ,,butelkowy finał” Pucharu Hiszpanii pomiędzy Realem Madryt a FC Barcelona. W 1968r. Blaugrana była w głębokim kryzysie. Od ośmiu lat nie zdobyła mistrzostwa Hiszpanii i awans do finału krajowego pucharu z urzędującym mistrzem kraju został uznany za wielki sukces. W dodatku Duma Katalonii wygrała to spotkanie 1:0. Jedyny gol padł w 6 minucie po samobójczym trafieniu Zunzuregui. Później Barça broniła się mądrze i szczęśliwie. Arbitrem spotkania był pochodzący z Majorki Rigo Sureda. Zdaniem kibiców, w zdecydowanej większości kibicujących Realowi, sędzia powinien podyktować 2 karne dla Królewskich. Z trybun zaczął lecieć ,,deszcz” plastikowych i szklanych butelek, który nie ustał nawet, gdy Duma Katalonii robiła runde honorową w kordonie policji. Po meczu żona jednego z ministrów zwróciła się do prezydenta Blaugrany Narcisa de Carrerasa: ,,Gratuluję, ponieważ Katalonia to też Hiszpania, prawda?”. ,,Proszę pani, lepiej się nie denerwujmy nawzajem”- odpowiedział wzburzony prezydent. Krótko po tych wydarzeniach zakazano sprzedaży napojów w butelkach i puszkach na stadionach hiszpańskich a w 1977 r. zaczęto montować siatki za bramkami, chroniące przed obiektami rzucanymi z trybun.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

No i prosze! Co za niespodzianka, po raz pierwszy w dziejach Copa America(najstarszego na świecie turnieju międzypaństwowego) spotkają się w finale Argentyna z Kolumbią! Skoro po raz pierwszy to będzie bardzo ciekawie...

1

@Adran360 Ależ potwierdził! 3 pod rząd puchary Europy. Z reprezentacją też by potwierdził ale to nie do końca jego wina że niemieccy trenerzy go nie chcieli widzieć w kadrze...

1

@Adran360 Z najlepszym to może nieco przesadzam ale napewno nie był gorszy od wyżej wymienionych przez ciebie. Zresztą ponoć są tacy co twierdzą że Blankenburg bił na głowe(!) Beckenbauera a to nie są moje słowa, tak więc sam słyszysz...

9

Żywe legendy rodzimego futbolu:

10 lipca 1982 r. urodził się Sebastian Mila, pomocnik. Główny motor napędowy drużyny mistrzów Europy U-18 z 2001 r. Później kandydat na wieloletniego rozgrywającego reprezentacji Polski. Do historii Mila przeszedł jednak trafieniem w meczu z Niemcami w eliminacjach Euro 2016. Po golu Milika biało-czerwoni prowadzili z odwiecznym rywalem 1:0. Niemcy jednak przeważali a napór nie malał właściwie na żadnym etapie meczu. Kibice coraz bardziej nerwowo zerkali na zegar. Gdy minęła 87 m., gospodarzom udało się wywalczyć aut. Daleki wyrzut trafił do Roberta Lewandowskiego, ten zagrał futbolówkę do biegnącego środkiem Mili a pomocnik Śląska precyzyjnym strzałem lewą nogą nie dał szans Neuerowi, który kilka tygodni wcześniej cieszył się z tytułu mistrza świata! Wprowadzony kilka minut wcześniej zawodnik w szale radości pobiegł zaś do Adama Nawałki, który dojrzał w nim(po latach) piłkarza na miare reprezentacji. To trafienie zapewniło Polakom pierwsze zwycięstwo w historii z Niemcami. Kto wie, czy szukając kolejnego słynniejszego gola polskiego futbolu, nie należałoby się cofnąć do Jana Domarskiego z Wembley? Wielu dziwiło się powołaniu Nawałki bowiem Mila długo(poza dwoma symbolicznymi epizodami za kadencji Smudy) ponad 8 lat nie miał kontaktu z reprezentacją. Pierwszy raz trafił tam w 2003 r.. Uchodził wtedy za zdolnego rozgrywającego, jedną z największych gwiazd ME U-18, wygranego przez Polaków a zarazem reżysera gry wyróżniającej się Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Z tym zespołem wywalczył wicemistrzostwo Polski oraz brał udział w zakończonej tryumfem edycji Pucharu Polski. Później jednak wyjechał ,,podbijać świat”. Gra w Austrii przyniosła mu mistrzostwo oraz puchar tego kraju. Zaliczył potem jeszcze krótki epizod w Norwegii i wrócił do Polski.

Wielu uważało go w tym momencie za ,,piłkarza przegranego”. On jednak po jednej rundzie w ŁKS trafił do Śląska Wrocław i tu przeżył swój drugi szczyt kariery. W stolicy Dolnego Śląska, jak za dawnych lat w Grodzisku, był głównym reżyserem gry. Razem z tym zespołem zdobył mistrzostwo, wicemistrzostwo Polski, brązowy medal oraz Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę Pomocnika Sezonu 2011/12. Dwukrotnie ,,Piłka Nożna” wyróżniała go zaś tytułem Ligowca Roku. Znów pozwoliło mu to trafić na orbite zainteresowań selekcjonerów. Między 2006 a 2011 rokiem był bowiem z dala od kadry. Wcześniej z reprezentacją Janasa wywalczył awans na mundial 2006. Brał udział w 7 z 10 meczów tamtej kampanii. Został powołany także na sam turniej ale selekcjoner trzymał go w rezerwie. Poza golem z Niemcami wielu pamięta też Mile z trafienia przeciwko Manchesterowi City. Razem z Dyskobolią mierzył się z tym zespołem w 1 rundzie Pucharu UEFA. Blondwłosy pomocnik kapitalnym strzałem z rzutu wolnego zaskoczył słynnego Seamana. Stałe fragmenty gry były zresztą zawsze jego mocną stroną. Ostatecznie przygoda grodziszczan w tamtej edycji skończyła się na 1/16 finału. Wcześniej poza ,,The Citizens” wyeliminowali też Herte Berlin. W maju 2018 r. podjął decyzje o zakończeniu kariery pikarskiej. Na pożegnanie wygrał jeszcze klasyfikacje Turbokozaka, znanego programu Canal+ Sport. Nagrodę odebrał na Gali Ekstraklasy, gdzie pożegnał się z kibicami. Obecnie jest asystentem selekcjonera Michała Probierza.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

9

Związek Radziecki przechodzi do historii:

10 lipca 1960 r. ZSRR pokonuje po dogrywce Jugosławie 2:1(1:1;1:0) w finale pierwszych mistrzostw Europy(nazywanych jeszcze wówczas Pucharem Narodów Europy). Wyścig po złoto dwóch sportowych potęg ustroju socjalistycznego, niejednokrotnie ze sobą konkurujących. Paryski finał miał być rewanżem ,,Plavich” za porażke przed 4 laty w decydującym meczu podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne 1956. Wówczas o jednego gola, strzelonego przez nieobecnego teraz Iljina, lepsi okazali się Rosjanie. Tym razem miało być inaczej a było podobnie. Śliska murawa nie predestynowała do przeprowadzania widowiskowych akcji. Pierwszego gola, tak jak w półfinale z Francją, strzelili Jugosłowianie. Ponownie wynik rywalizacji otworzył Milan Galič. Maslenkin w ostrym starciu z Jerkoviciem walczyli o piłke przy końcowej linii boiska. Gdy obaj stanęli, sądząc że futbolówka opuściła plac gry, ich niezdecydowanie wykorzystał Galič i pokonał Jaszyna. Gol do szatni nie zdeprymował jednak Rosjan. Tuż po przerwie rzucili się do odrabiania strat. Pięć minut po przerwie Bubkin oddaje mocny strzał na bramke przeciwników. Vidinič broni ale tak niefortunnie odbija piłke że ta pada łupem zawodników radzieckich. Metreweli z bliska dopełnia formalności. Wynik remisowy utrzymał się do końca spotkania. Angielski arbiter Ellis zarządził pierwszą w historii dogrywke. Rozstrzygające trafienie padło dopiero na 7 minut przed końcem całego widowiska. Meschi ograł na lewej flance Durkovicia, po czym dośrodkował w pole karne a tam najwyżej do piłki wyskoczył Poniedielnik i umieścił ją w bramce. To był koniec marzeń Jugosłowian o zwycięstwie a zarazem początek wielkiej fety piłkarzy radzieckich. Kapitan zespołu Igor Netto nie krył dumy i zadowolenia odbierając z rąk Pirre’a Delaunaya puchar imienia jego ojca. Coupe Henri Delaunay zasłużenie przypadł Rosjanom. Wschód wykazał wyższość nad Zachodem ale głównie dlatego że Niemcy i Brytyjczycy zlekceważyli kontynentalne rozgrywki.


@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

@FCBparasiempre
Uwaga! To jest utytułowany, lecz dla większości kibiców zapomniany wybitny stoper ale ja już dopilnuje żebyście wszyscy go poznali. Pewnie znacie niewielu piłkarzy, którzy trzy razy z rzędu sięgali po Puchar Europy. Do tego nielicznego grona należy Horst Blankenburg. Ale historia tego niemieckiego zawodnika może dzisiaj zdumiewać także z innego powodu. Choć w piłce klubowej wygrał niemal wszystko, co było możliwe do wygrania, to nigdy nie doczekał się choćby jednego powołania do krajowej reprezentacji! To wprost niebywała historia! Prawdziwy patriota z tego Horsta. W występach dla reprezentacji musiał przeszkodzić mu jego charakter. Jest to trochę przewrotne, bo przecież każdy wie, że Niemcy słyną z dyscypliny. Ale niepokorni piłkarze z „wielką gębą” się trafiali. Przecież pamiętamy doskonale Toniego Schumachera, Lothara Matthaeusa, Stefana Effenberga i innych. Oni jednak mieli szczęście, ponieważ w kadrze Niemiec występowali. Najczęściej z powodzeniem. Blankenburg występował na pozycji libero. Karierę rozpoczynał w Niemczech, ale jako piłkarz na dobre rozwinął się dopiero w Holandii. W swojej ojczyźnie albo kłócił się z trenerami albo przez długi czas dochodził do zdrowia po wypadku samochodowym. Znajdował się w kadrze FC Nürnmberg, kiedy ta drużyna zdobywała tytuł mistrzowski, ale nie zagrał wtedy w lidze ani jednego meczu. W Niemczech po prostu mu się nie układało. I tak już pozostało właściwie do końca kariery. W TSV 1860 Monachium miarka się przebrała. Klub spadł z Bundesligi, a Blankenburg popadł w konflikt z trenerem Hansem Tilkowskim. Niemiecki libero nie zamierzał siedzieć cicho i głośno krytykował błędne decyzje szkoleniowca. Jego buntownicza natura coraz częściej dawała o sobie znać. Rozstanie wydawało się nieuniknione. Na szczęście dla piłkarza, jak z nieba spłynęła znakomita oferta z Holandii. Blankenburg wspominał, że po meczu ligowym z VFR Mannheim, jakiś obcy człowiek poklepał go mocno po ramieniu. To był Bobby Harms, trener od przygotowania fizycznego Ajaksu Amsterdam. Okazało się, że holenderscy skauci obserwowali Niemca już od ponad pół roku. Wpadł im w oko w czasie zwycięskiego spotkania z Borussią Dortmund (3-0). Ajax poszukiwał zawodnika na pozycję libero, po tym jak chęć opuszczenia klubu zgłosił Velibor Vasović, który miał wtedy odejść do PSG, ale ostatecznie musiał zakończyć karierę z powodów zdrowotnych. Transfer do Ajaksu to była chyba najlepsza rzecz, jaka mogła wówczas spotkać Blankenburga. W Amsterdamie trwała budowa zespołu, który niedługo potem całkowicie zdominował futbol na Starym Kontynencie. W tym okresie trenerami tej drużyny byli Rinus Michels oraz Stefan Kovacs. Obaj szkoleniowcy stworzyli z Ajaksu prawdziwą maszynę do wygrywania. W składzie nie brakowało wybitnych zawodników, którzy na trwale zapisali się w historii futbolu i do dzisiaj pozostają w pamięci kibiców. Johan Cruyff, Johan Neeskens, Ruud Krol czy Arie Haan – to tylko kilka nazwisk autorów tamtych sukcesów. Holendrzy grali futbol totalny, nastawiony na ofensywę, z wysoko ustawioną linią obrony. Takie ustawienie bardzo odpowiadało Blankenburgowi, który jako libero był równocześnie pierwszym rozgrywającym zespołu. Niemiec pojął holenderską filozofię futbolu jak mało kto. Kierowana przez niego linia defensywy do perfekcji opanowała umiejętność łapania rywali w pułapki ofsajdowe. Ajax rządził na boisku niepodzielnie – zarówno z przodu, jak i z tyłu. Widowiskowa gra przełożyła się na liczbę trofeów w klubowej gablotce. Trzy Puchary Europy (pod rząd), dwa Superpuchary Europy, Puchar Interkontynentalny, dwa mistrzostwa Holandii oraz dwa Puchary Holandii – pasmo sukcesów tej drużyny na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zdawało się nie mieć końca. Ajax nie miał sobie równych a Blankenburg na swojej pozycji należał do najlepszych zawodników na świecie! Lecz mimo to, Helmut Schön, ówczesny selekcjoner reprezentacji Niemiec, regularnie pomijał go przy powołaniach do drużyny narodowej. Jaki był tego powód? Z perspektywy czasu można wymienić co najmniej kilka przyczyn. Schön był bezgranicznie zakochany w Bundeslidze. Zawodnicy, którzy ją opuszczali, musieli liczyć się z tym, że o powołanie do jego kadry będzie znacznie trudniej. Selekcjoner doprowadził tę zasadę niemal do granic absurdu. Podobno ciężko obraził się na innego świetnego piłkarza – Guntera Netzera – kiedy ten zdecydował się na transfer do … Realu Madryt. W reprezentacji Niemiec na pozycji libero występował w tym okresie słynny Franz Beckenbauer. To na pewno również nie ułatwiło Blankenburgowi drogi do kadry.

Z takim zawodnikiem z tyłu Schön mógł przecież spać spokojnie. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że Blankenburg bił na głowę nawet samego Beckenbauera. Mało tego, dowodem na tę odważną tezę ma być fantastyczne zwycięstwo Ajaxu nad Bayernem w ćwierćfinale Pucharu Europy w 1973 roku. Holenderska drużyna w pierwszym spotkaniu zagrała wtedy koncertowo i rozbiła Niemców 4-0! To był koszmar Seppa Maiera, Gerda Mullera i … samego Beckenbauera. Blankenburg miał osobistą satysfakcję, bo nikt nie miał wątpliwości, kto wypadł lepiej w pojedynku dwóch niemieckich libero. Ale nawet ten mecz nie przekonał Schöna. Właśnie wtedy zaczęto głośno mówić o konflikcie selekcjonera z Blankenburgiem. W 1973 roku libero Ajaksu został wybrany do symbolicznej drużyny składającej się z najlepszych europejskich piłkarzy. Co ciekawe, trenerem tej drużyny był… Helmut Schön. Podczas jednego z pokazowych meczów tego zespołu, Blankenburg miał usłyszeć od selekcjonera, że otrzyma szansę występu w narodowej reprezentacji. Tak się jednak nigdy nie stało. ,,Może byłem dla trenera niewygodny, bo zawsze mówiłem to co myślę. Nie ukrywam tego co siedzi w mojej głowie” – przyznał Blankenburg w jednym z wywiadów. Wiele wskazuje na to, że jego słowa są prawdziwe. Schön zawsze wpajał swoim zawodnikom, że musi cechować ich przede wszystkim pokora. Zresztą kilka lat później sam miał przyznać w rozmowie z dziennikarzem, że zwyczajnie nie lubił Blankenburga. Po wspaniałych pięciu latach w Ajaksie niemiecki libero powrócił do swojej ojczyzny. Choć z HSV wygrał jeszcze Puchar Zdobywców Pucharów i Puchar Niemiec, to jednak najlepsze lata miał już za sobą. Z czasem stał się zbyt słaby na Bundesligę i wyjechał do Szwajcarii, a później do Stanów Zjednoczonych. Karierę zakończył w niższej, regionalnej lidze niemieckiej w klubie – Hummelsbutteler SV. Niektórzy mówią, że Blankenburg czuł się bardziej Holendrem niż Niemcem. Przed Mundialem w 1974 roku Johan Cruyff miał nawet poprosić swojego kolegę, by wystąpił w zespole „pomarańczowych”. Jeśli tylko wyraziłby zgodę, formalności bardzo szybko zostałyby dopięte. Ale Blankenburg powiedział „nie”. Cały czas liczył po cichu na powołanie od Schöna… Nie uległ pokusie gry na Mistrzostwach Świata, choć tak naprawdę miał do tego pełne prawo. Holendrzy zawsze traktowali go jak swojego rodaka. Podobnie było też w 2000 roku, kiedy Blankenburg został zaproszony na uroczyste obchody stulecia Ajaksu. Świętowano z wielką pompą, oddając cześć najlepszym piłkarzom w historii klubu. ,,W Amsterdamie nigdy nie zapomnimy co zrobiłeś dla naszego klubu”– głosił transparent specjalnie przygotowany dla legendarnego niemieckiego zawodnika. Mało tego, w pobliżu starego stadionu Ajaksu znajduje się 11 mostów i każdy z nich został nazwany imieniem jednego z graczy, którzy w latach siedemdziesiątych dokonywali historycznych sukcesów. Nie brakuje tam też mostu Blankenburga. Dzisiaj bohater tej opowieści mieszka w Hamburgu. Podobno sporo czasu spędza na polu golfowym razem ze swoimi przyjaciółmi z boiska: Uwe Seelerem, Willym Schulzem i Manfredem Kaltzem. Choć jego kariera opływała w sukcesy, to podkreśla, że nie jest z niej w pełni zadowolony. Blankenburg należał jeszcze do tej grupy piłkarzy, dla których występ w koszulce narodowej reprezentacji znaczy więcej niż niejedno klubowe trofeum…

Któryś z użytkowników swego czasu przeprowadzał ranking najlepszych piłkarzy w historii futbolu na poszczególnych pozycjach i ewidentnie pominął Horsta Blankenburga(nawet w kandydaturze), co dla mnie jest niemal skandalem!

9

Panie i Panowie, entuzjaści futbolu, śpieszę przypomnieć iż dzisiaj swoje 77 urodziny obchodzi bodaj najlepszy środkowy obrońca w dziejach futbolu a mianowicie Horst Blankenburg. Któż to taki, zapytacie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w odpowiedzi na mój komentarz.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

0

@kanver_ Zmieniły się czasy a wraz z nimi polscy piłkarze...

9

Argentina Campeon(!) po raz 15-ty w historii!

Argentyna triumfuje w Copa America, mistrzostwach Ameryki Południowej. W finale Lionel Messi i spółka pokonali ekipę Brazylii 1:0. Jedynego gola meczu zdobył w 22. minucie Angel Di Maria. Dla Lionela Messiego, jednego z najlepszych piłkarzy świata, to pierwsze w karierze trofeum zdobyte z reprezentacją Argentyny. Napastnik został uznany najlepszym zawodnikiem Copa America 2021, ponadto razem z Kolumbijczykiem Luisem Diazem sięgnął po tytuł króla strzelców imprezy: obaj zdobyli po cztery gole a Argentyńczyk zanotował dodatkowo pięć asyst. W finale Copa America Messi nie wpisał się jednak na listę strzelców. Jedynego gola w meczu zdobył Angel Di Maria, który w 22. minucie otrzymał precyzyjne podanie od Rodrigo De Paula i przelobował bramkarza Edersona. W 88. minucie Messi miał szansę przypieczętować sukces, ale potknął się w sytuacji sam na sam z Edersonem, próbując minąć go dryblingiem. Kilka minut później słynny Argentyńczyk cieszył się z pierwszego trofeum zdobytego z drużyną narodową (nie licząc złotego medalu igrzysk w Pekinie w 2008 roku, wywalczonego z reprezentacją olimpijską). Poprzednie cztery finały wielkich turniejów z jego udziałem były dla "Albicelestes" przegrane: mistrzostwa świata 2014 oraz Copa America 2007, 2015 i 2016. Argentyńczycy sięgnęli po tytuł mistrzów Ameryki Południowej po raz piętnasty w historii, wyrównując rekord Urugwaju. Długo jednak czekali na nowe trofeum: poprzednio triumfowali w Copa America w 1993 roku. Broniący trofeum Brazylijczycy ponieśli natomiast pierwszą porażkę od trzech lat, gdy w ćwierćfinale mistrzostw świata w Rosji przegrali z Belgią 1:2. Po raz pierwszy również nie wygrali Copa America jako gospodarze a wystąpili w tej roli po raz szósty. Gwiazdor ekipy "Canarinhos" Neymar schodził z boiska ze łzami w oczach. W jego kolekcji wciąż nie ma trofeum Copa America. Składy historycznego triumfu:

Brazylia: Ederson – Danilo, Marquinhos, Thiago Silva, Renan Lodi (76. Emerson) – Casemiro, Fred (46. Roberto Firmino), Lucas Paqueta (76. Gabigol) – Richarlison, Neymar, Everton Cebolinha (63. Vinicius Junior).

Argentyna: Emanuel Martinez – Gonzalo Montiel, Cristian Romero (79. German Pezzella), Nicolas Otamendi, Marcos Acuna – Angel Di Maria (79. Exequiel Palacios), Rodrigo De Paul, Leandro Paredes (54. Guido Rodriguez), Giovani Lo Celso (63. Nicolas Tagliafico) – Lionel Messi, Lautaro Martinez (79. Nicolas Gonzalez).



@Sysia11
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

10

Polacy trzecią ekipą na świecie!

Dokładnie 42 lata temu całą Polskę ogarnęło piłkarskie szaleństwo. 10 lipca 1982 roku Polacy rozegrali niezapomniany mecz o 3. miejsce na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii. Drużyna Antoniego Piechniczka pokonała Francję 3:2 na Estadio José Rico Pérez w Alicante. Gole dla Biało-Czerwonych zdobywali Szarmach(40 m.), Majewski(44 m.) i Kupcewicz(46 m.). Wielki sukces polskiej piłki nożnej. Sukces, którego nie udało się powtórzyć już nigdy potem. O tym meczu ojcowie i dziadkowie opowiadają swoim synom i wnukom do dziś.

„Wspaniali Francuzi! Powtarzam: uratowali finały! Zachowali się tak, jak przystało na prawdziwych sportowców. Stworzyli wraz z Polakami przepiękne, niezapomniane widowisko. Walczyli z ogniem, z pasją, chwilami miałeś wrażenie, że ciągle jeszcze grają o złoto. Z początku przeważali. Po bramce zdobytej w 14. minucie przez Rene Girarda cieszyli się euforycznie. Przy stanie 3:2 dla Polaków z uporem dążyli do wyrównania, które zresztą wisiało w powietrzu. Tigana, zmieniony w 83. minucie przez Sixa, uznany został »piłkarzem meczu«. To też ma swoją wymowę. Chcieli z nami wygrać. Za wszelką cenę. Chwała im za to, albowiem właśnie dzięki temu nasz srebrny medal nabrał prawdziwego blasku. Nie lubię opisywać tego, co wszyscy widzieli na ekranach ale należy się mały akapit Szarmachowi. Więc... Po dośrodkowaniu Bońka gracz ten był obiema nogami i z piłką we francuskiej bramce a mimo to nie strzelił i ku mojemu przerażeniu, na marginesie boiska zaczął rozgrzewać się Ciołek. Siedzieliśmy tuż nad krytą ławką trenera i rezerwowych. Zerwaliśmy się z miejsc i zaczęliśmy wrzeszczeć: »Nie zmieniać Szarmacha!«. Trudno przypuszczać, aby miało to jakiś wpływ na decyzję zdenerwowanego Piechniczka. Czuło się, że Szarmach powędruje zaraz na ławkę, i właśnie wtedy strzelił swoją wspaniałą, wyrównującą bramkę. Kropnął z biegu, z lewej nogi, tuż przy słupku i Ciołek przestał się rozgrzewać. Wielka to chwila dla pana Andrzeja. Praktycznie biorąc, przesiedział mistrzostwa na trybunach, jeśli pominąć niepełny mecz z Kamerunem”. – pisał Andrzej Makowiecki z książce pt. „Espana’82 – nerwy, radość, zwątpienie, zwycięstwo” wydanej w 1982 roku. Reprezentacja Polski mecz półfinałowy Mistrzostw Świata w roku 1982 przegrała z Włochami (którzy ostatecznie wygrali mundial, pokonując w finale RFN). 10 lipca 1982 roku odbył się mecz o 3 miejsce, w którym zagrały Polska i Francja. Antoni Piechniczek wystawił bardzo mocny skład. Zagrać nie mógł jedynie Włodzimierz Smolarek, zawieszony za kartki. Pośród Francuzów także zabrakło ważnego gracza - Michela Platiniego (po mundialu Platini i Zbigniew Boniek zostali sprowadzeni do Juventusu Turyn). Polska wystąpiła w składzie: Józef Młynarczyk (bramkarz), Marek Dziuba, Paweł Janas, Władysław Żmuda, Stefan Majewski (obrońcy), Waldemar Matysik, Andrzej Buncol, Grzegorz Lato, Janusz Kupcewicz (pomocnicy), Zbigniew Boniek, Andrzej Szarmach (napastnicy).

Antoni Piechniczek po powrocie do Polski wspominał: ,,Jak dwa dni później przylecieliśmy do Polski, to kibice skandowali w środku nocy: „A za cztery lata Polska będzie mistrzem świata!” (…) w 1982 roku radość była również niesamowita. Bezbramkowy remis z Związkiem Radzieckim, oznaczający awans do półfinału, to było coś wielkiego, co radowało serca rodaków”.


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

9

@FCBparasiempre
10 lipca 1946 r. w Zabrzu urodził się Henryk Kasperczak, pomocnik. Dziś wszyscy znają strzelca decydującego gola w meczu z Anglią na Wembley, czyli Domarskiego. Wielu zapomina jednak o inicjatorze tej akcji- Henryku Kasperczaku albo przypomina go z racji sukcesów trenerskich. Tymczasem był to zdecydowanie jeden z najlepszych pomocników w dziejach polskiego futbolu. W meczu z Anglią zademonstrował właśnie swój największy atut, czyli znakomity odbiór piłki. W przeciwieństwie do wielu kolegów unikał jednak częstych zagrań do tyłu; wolał raczej inicjować akcje podaniem do przodu lub w ostateczności do boku. Inna jego słynna asysta miała miejsce już podczas MŚ w RFN. W starciu z Włochami, kończącym zmagania grupowe, Kasperczak wybiegł do dalekiego podania i kątem oka zobaczył Kazimierza Deyne. Jakby linijką odmierzone podanie wzdłuż linii pola karnego idealnie usiadło na nodze ,,Kaki” a ten z pierwszej piłki pokonał Dino Zoffa. ,,Znów proszę państwa Henryk Kasperczak na ustach całej polski”- wołał do mikrofonu rozentuzjazmowany Jan Ciszewski. Znów, bo w tym samym spotkaniu kilkaset sekund wcześniej popisał się znakomitym zagraniem na głowę Szarmacha, które ten zamienił na pierwszego gola. Spotkanie z wicemistrzami świata i Europy kończył więc z dwiema asystami. Jego kolega klubowy i reprezentacyjny Jan Domarski stwierdził po tym spotkaniu: ,,W tym dniu precyzją dogrywania piłek dorównał Gościniakowi”- porównując go do wybitnego rozgrywającego siatkarskiej reprezentacji. Bardzo dobrze wypadł też przeciwko RFN w słynnym ,,meczu na wodzie”. ,,W pamięci zapisał się nam Kasperczak, demonstrując arcymistrzowskie prowadzenie piłki, mimo zaciekłych ataków aż trójki obrońców”- komentowały ,,Nowiny Rzeszowskie”. W całym turnieju Kasperczak był podstawowym wyborem Kazimierza Górskiego. Walecznego, bojowo usposobionego zawodnika trzeba było jednak zmienić na początku drugiej połowy decydującego starcia z Brazylią o 3 miejsce na świecie. Zawodnik Stali Mielec aby zapobiec wyjściu na czystą pozycje Mirandinhy, popełnił faul taktyczny, łapiąc go za koszulke. Wtedy za takie przewinienie groziła maksymalnie żółta kartka. Sędzia bez wahania nałożył na niego właśnie taką kare. Selekcjoner postanowił jednak nie ryzykować i za zawodnika zagrożonego wykluczeniem wprowadził Ćmikiewicza. Takie przewinienia były rzadkie u tego zawodnika. Na polskich boiskach znany był właśnie z dżentelmeńskiej postawy. Podczas turnieju dziennikarzy nurtowało też, czy nie czuje się on pechowcem, grając(przypadkowo) z ,,trzynastką” na plecach. ,,Chyba nie, skoro trenerzy i koledzy uważają, że gram dobrze”- odparł niezrażony. Był jedną z najważniejszych postaci drużyny Górskiego, choć ,,Trener Tysiąclecia” dostrzegł go późno. W szeregach reprezentacji pojawił się dopiero w marcu 1973 r., gdy liczył już sobie prawie 27 lat. W kilka miesięcy przeobraził się jednak w lidera zespołu. ,, W linii środkowej oczywiście najlepiej grał Kasperczak. Piłkarz ten na przestrzeni roku zrobił duże postępy, stał się silnym punktem drużyny”- pisała prasa po spotkaniu towarzyskim z Węgrami przed wyjazdem na MŚ. Do dania mu szansy skłoniła selekcjonera znakomita postawa Kasperczaka we wspinającej się o mistrzostwo Stali Mielec. ,,Kasper” dyrygował drugą linią tej drużyny i szanse wykorzystał, choć rywali w walce o miejsce w kadrze miał arcytrudnych: Ćmikiewicza, Maszczyka czy Guta. Tak się złożyło iż pierwsze spotkanie po medalowym mundialu w lidze było starciem Stali z Legią. Prasa zapowiadało go jako rywalizację dwóch najlepszych linii środkowych w Polsce: Kasperczaka i Laty przeciwko Deynie, Gadosze oraz Ćmikiewiczowi. Zwycięsko wyszli z niego przedstawiciele Podkarpacia. ,,Trzeba nagrodzić gre trójki reprezentantów w składzie Stali: Lato, Kasperczyk i Domarski, która zdecydowanie rozstrzygnęła na swoją korzyść prestiżową rywalizacje z równie renomowanym tercetem gości: Deyna, Gadocha, Ćmikiewicz”- pisały ,,Nowiny Rzeszowskie”. Sam Kasperczak w tym starciu nie dość że wyłączył z gry przeciwników, to jeszcze ustalił wynik meczu strzałem z dystansu. Poza odbiorem to właśnie umiejętność precyzyjnych zagrań z dużej odległości była jego znakiem rozpoznawczym. W tamtym sezonie Kasperczak zdobył wicemistrzostwo Polski. Dwukrotnie zostawał z mielczanami mistrzem kraju. Do tego doszedł też brąz. Dziwnym trafem rodowity zabrzanin nigdy natomiast nie zagrał w klubie z rodzinnego miasta- Górniku. Ze Sparty Zabrze trafił do drugoligowej Stali Mielec. Stąd został ściągnięty przez Legie. Wojskowi jednak go nie docenili i pozostało mu terminowanie w rezerwach. Po powrocie do Mielca został jedną z gwiazd ligi. W 1976 r, zdobył nawet tytuł Piłkarza Roku ,,Pilki Nożnej”(jest jedynym piłkarzem w historii Stali Mielec z tą nagrodą) oraz katowickiego ,,Sportu”. Z reprezentacją poza 3 miejscem na MŚ, zdobyl także wicemistrzostwo oimpijskie w Montrealu. Jego bilans w drużynie narodowej wyniósł 61 meczów i 5 goli. Kariere reprezentacyjną zakończył po MŚ w Argentynie. Tam Jacek Gmoch wpadł na osobliwy pomysł i w decydującym starciu przeciwko Argentynie wystawił go na… środku obrony!, z którą nie miał prawie nic wspólnego. Dwa razy nie upilnował on Mario Kempesa, co sprawiło że Polska przegrała 0:2 i ostatecznie nie awansowała do strefy medalowej. Za to podczas tego mundialu powiększyła mu się rodzina. Jego żona urodziła wtedy syna. Po wyjeździe z Polski grał we Francji w FC Metz. Zrobił największą karierę trenerską z pośród swoich kolegów z drużyny Orłów Górskiego. Z dawnym klubem, gdzie występował jako piłkarz, zdobył Puchar Francji, z HSC Montpellier awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, Wisłe Kraków doprowadził do 1/8 finału Pucharu UEFA, co stanowi największy sukces futbolu klubowego na arenie kontynentalnej w XXI wieku. Prowadził też reprezentacje afrykańskie: Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji, Maroka i Senegalu. Zdobył srebro i brąz Pucharu Narodów Afryki. Trzykrotnie wywalczył mistrzostwo Polski, był też trenerem roku we Francji w plebiscycie France Football(1990) i Trenerem Roku w Polsce(2002). Jest również pierwszym Polakiem, który uczestniczył w MŚ zarówno jako piłkarz(1974 i 1978), jak i jako trener(1998 z Tunezją).

10

Wszystkiego najlepszego panie Heniu!

Wybitne legendy polskiego futbolu(opis w odpowiedzi na komentarz):


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

8

RFEF i jego działania wobec FC Barcelony:

10 lipca 2012 r. RFEF uchwaliła amnestie za wydarzenia w Superpucharze Hiszpanii z 2011 r. Hiszpański Związek Piłki Nożnej zdecydował się anulować kary nałożone po rewanżowym meczu Superpucharu Hiszpanii 2011. Jose Mourinho miał pauzować przez 2 mecze a Tito Vilanova przez jeden. Postanowienie szefa związku Angela Marii Villara było niejako ,,prezentem” na początek jego siódmej kadencji. Przypomnę iż pod koniec sierpniowego meczu o Superpuchar Hiszpanii, który Barcelona wygrała 3:2, brazylijski obrońca Realu Marcelo sfaulował Cesca Fabregasa, co wywołało przepychankę przy linii bocznej; udział wzięła w niej większość piłkarzy i członków sztabów szkoleniowych obu drużyn. Trener Jose Mourinho próbował wsadzić palec w oko asystenta Josepa Guardioli Tito Vilanovy, który w rewanżu popchnął Portugalczyka. No cóż, pana Mourinho zawsze cechowała wyszukana bezczelność i tupet.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?