La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1453 Culés

8

6

@FCBparasiempre
Stara futbolowa zasada mówi że do każdego zespołu trzeba co roku dołączyć kilku nowych piłkarzy że co najmniej dwa ogniwa, te najsłabsze należy wymienić i chociaż jednego zawodnika wpuścić do podstawowego składu. Jeśli bowiem nie dokona się żadnych zmian w drużynie grozi stagnacja znający się jak łyse konie piłkarze popadną w rutynę a zespół nie będzie potrafił niczym zaskakiwać rywali, którzy znakomicie go rozszyfrują oczywiście nie bez znaczenia jest też aspekt marketingowy, wiadomo że koszulki z nazwiskiem nowej gwiazdy klubu świetnie się sprzedają a głośny transfer generalnie napędza koniunkturę. Dlatego też aktem wielkiej odwagi było to, na co latem 2005 roku zdecydowali się Frank Rijkaard, Txiki Beguiristain i Joan Laporta. Otóż uznali oni że drużynie nie jest potrzebny żaden nowy istotny piłkarz. Nie wydali pieniędzy aby tylko je wydać. Owszem do zespołu dołączyło dwóch zawodników ale tylko po to by uzupełnić do przepisowych 25 kadrę, osłabioną (ale oczywiście tylko liczebnie) odejściem takich futbolistów jak Rochembak, Sergio Garcia czy Damia. Za marka Van Bommela oraz Santiago Ezsquero Barça nie zapłaciła ani centa, ponieważ obu wygasły kontrakty z poprzednimi klubami: PSV i Athletikiem Bilbao. Obaj mieli swoje lata, przyszli do Barcelony by odciąć jeszcze kilka przysłowiowych kuponów od dotychczasowych osiągnięć w Barcelonie panowała przecież moda na bezpretensjonalnych weteranów. Szefowie Barçy najwyraźniej wyszli z założenia że zespół w żadnym wypadku nie jest wypalony że grając w tym samym składzie co w sezonie 2004/05 wciąż będzie skutecznie napędzany do kolejnych sukcesów wewnętrznym entuzjazmem i pozostanie nieprzewidywalny dla rywali. ,, Byliśmy grupą piłkarzy zachwyconych możliwością wspólnego grania w piłkę, pełną wiary w piękną przyszłość, zauroczoną naszym trenerem. Chcieliśmy wygrać wszystko i mieć cały świat u stóp"- wspominał tamten czas w kilka lat później Ronaldinho. Rijkaard to widział, rozumiał że akurat teraz zespół nie potrzebuje wzmocnień. Przewidywał że wpuszczenie do szatni kogoś ważnego mogłoby zakłócić idealną harmonię w drużynie. Dlatego postanowił nie dokonywać istotnych zmian w kadrze. Było to prawdziwie mistrzowskie posunięcie przyszłość dowiodła że wszystkie te optymistyczne przypuszczenie i wnioski były jak najbardziej słuszne. Jak się okazuje czasami opłaca się zadziałać wbrew schematom. Trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment, zrozumieć wyjątkowość sytuacji, dostrzec że to jest właśnie ten czas, kiedy od reguły należy zrobić wyjątek. Nie wszystko układało się w tym wspaniałym sezonie 2005/06 pomyśli Franka Rijkaarda i jego zawodników. Wielkość Barçy z tamtego czasu polegała jednak także na tym że drużyna potrafiła poradzić sobie z każdą przeciwnością losu, przezwyciężyć każdy kryzys, rozwiązać każdy problem. Kontuzja Leo Messiego po tym, co pokazał w meczu na Stanford Bridge była oczywiście ciosem bolesnym, jednak obecność Argentyńczyka na boisku nie stanowiła wówczas konieczności, tylko opcję. Dalece bardziej mogło zaszkodzić w drużynie to co stało się 2,5 miesiąca wcześniej (2 grudnia 2005) podczas treningu w starciu z rezerwowym bramkarzem Jorquerą, kontuzji zerwania więzadeł krzyżowych doznał mały generał Barcelony- Xavi. Pozycja Xaviego w zespole z pewnością nie była tak silna jak za kadencji Guardioli, jednak już od dosyć dawna, gdyż od sezonu 2001/02 był on podstawowym graczem. Początkowo jego rozwój nieco blokowała obecność w drużynie Guardioli defensywnego pomocnika grającego tuż przed formacją obronną ponieważ Xaviego przygotowywano przecież do roli jego następcy ale po sezonie 2000/01 ,,Pep” odszedł z klubu. Xavi rozwijał się powoli. W momencie odniesienia kontuzji nadal miał status wschodzącej gwiazdy, choć przecież stuknęło mu już 25 lat. Rozegrał dwa wielkie mecze, po których zyskał uwielbienie fanów. 25 kwietnia 2004 roku z Realem Madryt na wyjeździe i 2 listopada tego roku z Milanem w Lidze Mistrzów. W tym pierwszym Barça wygrała na Camp Nou 2:1 a trzeba wiedzieć że zaliczył genialną asystę przy golu Samuela Eto. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni publika skandowała jego imię. Kiedy owego feralnego drugiego grudnia doznał tak poważny kontuzji, oczywiście można się było zastanawiać czy aby jego brak w całej wiosennej części rozgrywek nie pokrzyżuje w Barcelonie planów. Jednak po czasie okazało się że to fatalne wydarzenie obróciło się na korzyść drużyny. Nie jest to stwierdzenie eleganckie wobec Xaviego ale opis jego rekonwalescencji i pełnej morderczych ćwiczeń rehabilitacji pod okiem Emiliego Ricarta należy do najciekawszych i najbardziej poruszających fragmentów jego autobiografii i w tym przypadku sprawdziło się porzekadło, które sportowcy powtarzają wyjątkowo często: Co cię nie zabije to cię wzmocni. Xavi pracował żeby zdążyć na finał Ligi Mistrzów. Ostatecznie cały mecz z Arsenalem spędził na ławce rezerwowych ale wystąpił w kilku ostatnich spotkaniach ligowych a ciężkie ćwiczenie ogólnorozwojowe, straszliwy reżim jakiemu został poddany przez te kilka miesięcy 2006 roku naprawdę mu pomogły. Po wakacjach Był jakby nieco innym piłkarzem, mocniej stojącym na nogach, bardziej stanowczym I zdecydowanym. Zmężniał, można powiedzieć definitywnie zmienił się z Xavito w Xaviego. Teza że bez tej ciężkiej kontuzji nie byłoby Wielkiego Xaviego (mistrza świata i Europy i konkwistadora Ligi Mistrzów) jest co najmniej ryzykowna. Fakty mówią jednak za siebie. Po powrocie do zdrowia barceloński ,,Napoleon” grał lepiej niż przed wypadkiem.

Ponadto należy pamiętać że dłuższa nieobecność Xaviego bardzo stymulująco wpłynęła na dwóch innych znakomitych pomocników: Deco i Iniesty. Deco to być może najbardziej niedoceniany dziś zawodnik drużyny Rijkaarda. I jego rola w sukcesach z lat 2005 2006 wydaje się z perspektywy czasu mniejsze niż Ronaldinho, Samuela Eto, Xaviego czy nawet Messiego i Iniesty a była w swej istocie ogromna. Gwiazdor Porto ery Jose Mourinho był bowiem ulubionym partnerem ,,Roniego”, zawodnikiem, z którym as Barçy rozumiał się bez słowa. Choć reprezentował Portugalię, Deco to przecież rodowity Brazylijczyk, wyszedł z tej samej piłkarskiej szkoły. Jeden szukał na boisku drugiego, drugi pierwszego. Deko podążał krok w krok z akcją Ronaldinho by ten mógł mu odegrać piłkę, kiedy znajdzie się w tarapatach. Wypadnięcie z gry Xaviego rozszerzyło jego pole działania. Miał teraz większy obszar boiska pod swoimi rządami a był wtedy naprawdę w znakomitej formie, prezentował bardziej twórczy futbol niż Xavi. Także adresowi i nieście kontuzja Xaviego pozwoliła w pełni rozwinąć skrzydła. Tu znów trzeba przypomnieć kilka faktów. Iniesta z perspektywy swych dokonań i jawi się nam jako Złote dziecko, zawodnik, który od kiedy tylko pojawił się u trenera pierwszego zespołu Barçy, szturmem wszedł do podstawowej 11. Otóż nic bardziej mylnego. Aby nie sięgać zbyt daleko w przeszłość prześledźmy jego losy tylko w sezonie 2005/06. Do czasu odniesienia przez Xaviego kontuzji, Iniesta (jeszcze wtedy z pewnością żaden Don Andres) wystąpił w 11 meczach. Tylko dwa razy grał od początku a dziewięciokrotnie pojawiał się na boisku w drugiej połowie. Trzy razy zmienił Edmilsona, 2 razy Xaviego i po razie Marqueza, Deco, Giuly'ego i Messiego. To doskonale obrazuje jego ówczesny status w zespole: mówiąc brutalnie zapchaj dziury. Rijkaard widział w nim zmiennika dla Deco i Xaviego, ewentualnie partnera, gdy trzeba było zagrać bardziej ofensywnie. Co się zatem stało po kontuzji Xaviego? Otóż i nie staw wybiegł na boisko w jedenastce w trzech pierwszych meczach Primera Division i wszystkie je Barça wygrała. Choć potem zdarzało mu się jeszcze zaczynać jako rezerwowy, to z miejsca udowodnił że jest zawodnikiem z tej samej półki co kontuzjowany Partner. Tak oto kontuzja lidera pomocy obróciła się na korzyść zespołu, pozwoliła wydobyć potencjał z innych występujących w nim zawodników. Gdy Xavi wrócił stworzył wielki duet z Iniestą. Deco zaś po pewnym czasie musiał odejść...

Opowieść o wiekopomnym sezonie 2005/06, próba wyjaśnienia Dlaczego w Barcelonie udało się wtedy tak wiele wygrać byłaby niepełna bez krótkiego choćby zajęcia się postacią zawodnika, który osiągnął wówczas pierwszy szczyt swojej kariery. Mowa o Samuelu Eto’o. Kameruńczyk został przecież dzięki swoim 27 golom królem strzelców sezonu ligowego, do tego zdobył gola w finale Ligi Mistrzów, 6 zresztą w całej edycji imprezy. Jego rolę w osiągnięciu zespołu należy przeanalizować dwutorowo: jako osoby i jako piłkarze. Ten pierwszy aspekt jest może nawet istotniejszy. Eto’o jest specyficznym człowiekiem, bardzo uczuciowym i ekstrawertycznym. Albo kogoś kocha albo nienawidzi, rzadko występują u niego stany pośrednie. Nie umie się hamować, o czym najlepiej świadczą słowa wykrzyczane po zdobyciu tytułu mistrzowskiego w 2005 roku, te o madryckim rogaczu. Jego zachowania, wypowiedzi czy nawet miny zawsze najlepiej świadczyły o tym, jaka atmosfera panuje w szatni. Wystarczyło na niego spojrzeć by się dowiedzieć czy między piłkarzami, albo między nimi a trenerem jest zgoda czy też powstały jakieś konflikty. Eto’o był najlepszym probierzem atmosfery w ekipie. W wyrazie jego twarzy, ruchach, boiskowych zachowaniach jak w soczewce skupiały się radości bądź problemy zespołu. Przez cały sezon Eto’o tryskał entuzjazmem. Na boisku był prawdziwą zadziorą, dobrym duchem drużyny. Jako Snajper czasami zawodził, marnował dużo sytuacji, często podejmował błędne decyzje ale ciągle był w ruchu, dochodził do dobrych pozycji do oddania strzału. Ponadto atakował obrońców rywali, wcielał się w rolę pierwszego obrońcy. Czuł się sprawiedliwie traktowany przez trenera, miał przekonanie że koledzy mu ufają, lubią go i akceptują takim jakim jest. Jego odwieczny konflikt z Ronaldinho znalazł się w fazie uśpienia. Kiedy jednak coś się w Samuelu zmieniło od razu odbiło się to na obrazie całego teamu. Z pewnością nie uwzględniliśmy tu wszystkich niuansów które doprowadziły Barçe do triumfów w sezonie 2005/06 Ligi Mistrzów w Paryżu. Brazylijczyk został wtedy zdjęty z boiska w przerwie by zrobić miejsce Andresowi Inieście. Sytuacja tego rodzaju nazywana w polskim slangu piłkarskim wędką, nie jest miła dla żadnego zawodnika ale Edmilson tak po latach w rozmowie z dziennikarzem ,,Asa” wspominał ten moment: ,, Odebrałem to normalnie. Już byłem mistrzem Hiszpanii czyli człowiekiem szczęśliwym. Teraz chodziło o to żeby wygrać mecz. Graliśmy w przewadze, potrzebny był zawodnik ofensywny. Odczułem tę zmianę wyłącznie jako spowodowaną koniecznością taktyczną, w żaden sposób nie odebrałem jej osobiście. Wiedziałem że mam pełne zaufanie trenera. Wszedł Andres i nadał naszej grze zupełnie nową dynamikę wygraliśmy a ja mimo tego co się stało w finale czułem się pełnowartościowym członkiem najlepszego zespołu Europy".

3

@FCBparasiempre Rijkaard, pomimo nieudanej końcówki zbudował wielką drużynę odbudowując ją w dość krótkim czasie.W ciągu tylko 3 lat, odbił Barcę od dna po puchar europy.

4

@FcPortoFan1999 Otóż to. To jeden z bardziej niedocenianych trenerów Blaugrany w historii. Miał tylko jedną wade: był za miękki wzgledem drużyny i za dużo pozwalał, zwłaszcza w porównaniu z Guardiolą...

4

@FCBparasiempre Przede wszystkim, za dużo pozwalał Ronaldinho który miał potencjał na coś więcej niż koniec poważnej kariery w 2008.

0

@FCBparasiempre czy Ty naprawdę przeklepałeś fragment książki "Barca. Złota Dekada" Leszka Orłowskiego i udajesz, że to Twój felieton? Czy może jesteś Leszkiem Orłowskim i to taka zajawka, żeby ktoś sięgnął po książkę, by poznać więcej?

3

@palel95 Owszem zacytowałem fragment książki Leszka Orłowskiego. Po pierwsze to ja nic nie udaje bo już dawno mówiłem że większość moich tekstów nie jest przeze mnie pisana a po drugie nie zmuszam nikogo do ich czytania...
Ps. Gdybym sam pisał felietony i artykuły to raczej nie udzielałbym się tutaj na tym śmietnisku wszystkiego...

0

@FCBparasiempre no skoro używa się czyjejś wypowiedzi wprost, to może jednak wypadałoby napisać skąd zaczerpnięto tekst, a nie podpisywać go swoim nickiem.

2

@palel95 Generalnie się zgodze, jednak na tej stronie nie jest to wymagane i wielu użytkowników nie stosuje się do tego, więc i ja nie zamierzam się stosować...

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

MVP sezonu 2025/26 FC Barcelony jest: