FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Pierwszy ,,supercrack” w Blaugranie:
14 sierpnia 1912 . Paulino Alcantara zdobywa swój drugi z rzędu hattrick w swoim drugim meczu dla Dumy Katalonii. Dokonał tego w towarzyskim meczu z CE Sabadell, wygranym przez Barçe 8:2. Ja tylko przypomne że ,,nasza” legenda liczyła sobie w tym meczu tylko 15 lat i 10 miesięcy! Z przekazów tekstowych z tamtej epoki można wywnioskować że Filipińczyk nie był gorszy od Messiego a kto wie czy nie lepszy….? Pamiętajmy że Alcantara ma nawet lepszą średnią gola na mecz od Messiego, wynoszącą 1,01. Messi natomiast dysponuje średnią 0,86…
@Adran360
@Arkon
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sysia11
1
@Lionel_Messi10 No to w takim razie nic innego mi nie pozostaje jak tylko zapamiętać ksywe... ,,Arana"
1
@Lionel_Messi10 Aha, więc wnioskuje że ci się to bardzo podoba tak okreslać Juliana. Ciekawe czy komentatorzy będą tak na niego mówić...?
1
@Lionel_Messi10 Arana?? A kto to taki?
0
@Hosh Ależ oczywiście że Jagiellonia ma prawo nas reprezentować. Chodziło mi tylko o to że mam nieodparte wrażenie że taki klub jak Legia zdecydowanie lepiej poradziła by sobie w eliminacjach Ligi Mistrzów(nie mówie awansowała) a kto wie czy nawet Lech nie poradził by sobie lepiej....?
Pamiętajmy że każde zwycięstwo to punkty do rankingu UEFA...
11
Żywe legendy rodzimego futbolu:
13 sierpnia 1963 r. urodził się znany bramkarz Józef Wandzik. Pan Józef swoją przygodę z piłka rozpoczął w wieku 13 lat w LZS Rodło Górniki. Co prawda w ataku, ale szybko poznał się na nim "Tyjo" Henryk Hajda. To pod jego okiem czynił postępy w bramkarskim rzemiośle. Postępy były na tyle duże, że po czterech latach spędzonych w Górnikach, w lipcu 1980 roku, trafił do, trenowanego przez Leszka Jezierskiego, Ruchu Chorzów. Na debiut w ekstraklasie musiał trochę poczekać, bo w bramce "Niebieskich" grali bardziej doświadczeni Henryk Bolesta i Janusz Jojko. W końcu jednak i do Józka uśmiechnęło się szczęście: 20 marca 1982 roku wybiegł w pierwszym składzie Ruchu w wyjazdowym meczu ligowym z Wisłą Kraków (1:1) i odtąd to konkurenci musieli się martwić jak go "wygryźć" z bramki. Wysoki młokos z miejsca wdzierający się do szerokiej czołówki ligowych bramkarzy, kibicom piłkarskim w kraju był już znany z występów w reprezentacjach juniorskich (trenerzy Henryk Apostel i Mieczysław Broniszewski), z którymi święcił nie lada sukcesy: srebrny medal I Mistrzostw Europy Under-18 w RFN (1981r.) i IV miejsce w II Mistrzostwach Europy juniorów w Finlandii (1982). Później wespół z kolegami dorzucił do tej kolekcji jeszcze brązowy medal IV Mistrzostw Świata Under-20 w Meksyku (1983). Utalentowany Ślązak zbierał wówczas rewelacyjne recenzje, wielu fachowców wróżyło mu karierę reprezentacyjną na miarę legendarnych poprzedników - Edwarda Szymkowiaka, Huberta Kostki, czy Jana Tomaszewskiego... Po 3 sezonach spędzonych w klubie z ul. Cichej, Wandzik, zdecydował się na najbardziej ryzykowny krok w swojej karierze. Otrzymał propozycję z Górnika Zabrze i z niej skorzystał, wiedząc, że przeciwni są temu działacze Ruchu. Ostatecznie chorzowski klub nałożył na swego byłego bramkarza 8-miesięczną dyskwalifikację. Przez cały okres karencji Wandzik tylko trenował, nie rozgrywając żadnego oficjalnego meczu... Po takich przejściach mogło być już tylko lepiej. I rzeczywiście - było! W drugiej połowie lat 80-tych w Górniku zbudowano znakomitą drużynę, która w kraju nie miała sobie równych. W składzie aż roiło się od piłkarzy wybitnych - Waldemar Matysik, Jan Urban, Ryszard Komornicki, Andrzej Iwan, Andrzej Pałasz, Ryszard Cyroń, a później także Robert Warzycha. Wielkie nazwiska napotykamy także wśród szkoleniowców, którzy wtedy pracowali w klubie z ul. Roosevelta - Antoni Piechniczek, Hubert Kostka, Lesław Ćmikiewicz i Marcin Bochynek. W tym towarzystwie młody golkiper rozwinął skrzydła. Rychło stał się w Zabrzu zawodnikiem niezastąpionym - w okresie od jesieni 1985 roku do wiosny 1989 roku wystąpił w 101 kolejnych meczach ligowych swojej drużyny! Z Górnikiem kolekcjonował krajowe laury - m.in.: 4 tytuły mistrzowskie 1985-88 oraz III. miejsce w lidze 1989 i Superpuchar Gloria Victis Polski 1988. W Zabrzu grał przez 6 lat. Mecz ostatniej kolejki ligowej sezonu 1989-90: Motor Lublin - Górnik Zabrze (0:2), był dla niego pożegnalnym występem w polskiej lidze. W sumie Wandzik zaliczył niej 196 gier. W 87 z nich zachował czyste konto.
Latem 1990 roku Górnik wystawił Wandzika na listę transferową. W kolejce ustawiły się kluby zagraniczne - belgijski RSC Charleroi, francuski US Valenciennes i grecki Panathinaikos. Najkonkretniejsi byli Grecy, a w zamian za bramkarza do kasy górniczego klubu wpłynęło ok. 330 tys. marek. W Atenach na Wandzika czekał już Krzysztof Warzycha (serdeczny druh z czasów wspólnej gry w Ruchu Chorzów), który do Panathinaikosu trafił w grudniu 1989 roku. Pierwsze miesiące w nowym otoczeniu nie były łatwe: drużyna Wszechateńskich gładko przegrała dwumecz PEMK z Lechem Poznań, a jednym z głównych winowajców porażki uczyniono nowego bramkarza. Jednak trenerzy zespołu nie odwrócili się od Polaka, konsekwentnie wystawiając go w meczach ligowych. Ten zaś wkrótce zaaklimatyzował się w zespole i świetną grą szybko zaczął spłacać kredyt zaufania. Wspólnie z "Guciem" Warzychą, poprowadził Koniczynki do wielu sukcesów - m.in.: 3 mistrzostw (1991, 95 i 96) i 3 wicemistrzostw kraju (1993, 94 i 98) oraz 4 Pucharów (1991, 93, 94 i 95) i 2 Superpucharów Grecji (1993 i 94). Dobrze wiodło się Wandzikowi także w europejskich pucharach: z ekipą "Koniczynek" docierał do ćwierćfinału (1991-92) i półfinału Ligi Mistrzów (1995-96)! W historii greckiej ekstraklasy - Alfa Ethniki zapisał się Wandzik także jako autor okazałych seriali gry bez straty gola - w sezonie 1992-93 nie puścił bramki przez 906, a w sezonie 1994-95 przez 873 minuty ligowych zmagań Panathinaikosu! Z racji świetnych występów w bramce i wzrostu (195 cm) kibice Panathinaikosu nazwali Polaka "Górą" i ten sympatyczny przydomek przylgnął do niego już na stałe. Przez ponad 10 lat gry w greckiej Alfa Ethniki zaliczył w niej 280 spotkań, w 129 meczach ligowych w Grecji nie wpuścił żadnej bramki! Józef Wandzik jest także rekordzistą polskiej drużyny narodowej: aż w 25 ze swych 52 meczów reprezentacyjnych nie wpuścił żadnej bramki (dalsze miejsca: Jan Tomaszewski - 23 gry bez strat, Adam Matysek - 21)! Po zakończeniu kariery zawodniczej Wandzik rozpoczął karierę trenerską. Pracował z młodzieżą w dzielnicowym klubie z ateńskiej Vrilissii, opiekował się młodymi bramkarzami i samodzielnie prowadził jedną z drużyn. Został asystentem trenera i szkoleniowcem bramkarzy w beniaminku pierwszej ligi - PAE Kalithea Ateny. Tam podopieczni Wandzika - Jorgos Souloganis i Albańczyk Fotis Strakosha należeli do wyróżniających się golkiperów ekstraklasy.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No prosze, uderz w stół a nożyce się odezwą a ja tylko wyraziłem swoją opinie. Osobiście uważam że to Legia powinna reprezentować nas w Lidze mistrzów, pomimo że nie jestem kibicem Legii...
1
Jagiellonia Białystok mistrzem Polski? No dobra! Chwała im za to. Pytanie tylko czy to właśnie Jagiellonia powinna reprezentować polski klub w eliminacjach Ligi Mistrzów? Według mojej opinii Jagiellonia przynosi tylko wstyd w tych rozgrywkach...
0
@FcPortoFan1999 Tak czułem że do mnie odpiszesz, no ale rzeczywiście masz absolutną racje! Powiem więcej, o czym większość z nas raczej wie, otóż I i II wojna zabrała nam nie tylko piłkarskie pokolenie ale również całe rzesze wybitnych sportowców, ba! wybitnych artystów, naukowców i ludzi wielkiej wiary i wielkiego talentu...
7
Polska reprezentacja na Olimpiadzie:
13 sierpnia 1936 r. Norwegia pokonała Polske 3:2 w meczu o 3 miejsce na Olimpiadzie w Berlinie. W 1936 r. na igrzyskach w Berlinie nasi reprezentanci odnieśli największy sukces w swojej dotychczasowej historii. Ich wynik poprawiły dopiero Orły Górskiego 36 lat później. Początkowo brano pod uwagę 36 piłkarzy. Zgrupowanie rozpoczęło tylko 25, a po nim wyłonić planowano 18 wybrańców, którzy dostąpią zaszczytu reprezentowania barw narodowych na berlińskich igrzyskach. W gronie 36 zawodników był Ernest Wilimowski. Ostatecznie jednak nie pojechał na igrzyska, a jego usunięcie z kadry było, delikatnie mówiąc… kontrowersyjne. Pisano o pijaństwie, czy o rzekomym zawodowstwie w Ruchu, ale do dziś trudno ustalić, co tak naprawdę chcieli osiągnąć działacze, pozbywając się najlepszego w tamtym czasie napastnika.
13 sierpnia na Stadionie Olimpijskim zgromadziło się 90 tys. widzów. Widowisko okazało się jednym z najlepszych spotkań turnieju. Oba zespoły, mimo bolesnych porażek w poprzednich starciach, walczyły z niezwykłą ambicją i bardzo fair. Szanse obu drużyn były równorzędne, a styl gry podobny. O zwycięstwie miały więc decydować lepsza kondycja i przygotowanie mentalne. Nasi trenerzy dali pograć kilku rezerwowym, którzy zastąpili najbardziej zmęczonych zawodników pierwszej jedenastki. Po szybkich atakach już w 4. minucie wywalczyliśmy rzut rożny. W podbramkowym zamieszaniu piłkę w siatce zdołał umieścić Gerard Wodarz. Po szybkim wyjściu na prowadzenie poszliśmy za ciosem, a norweski bramkarz znalazł się w sporych opałach. Po upływie dziesięciu minut gry, w rzutach rożnych było już 5:0 dla nas, ale nie potrafiliśmy przełożyć tej przewagi na gole. Stopniowo zaczęli do głosu dochodzić Skandynawowie i ich ataki przyniosły skutek w 15. minucie. Wtedy to Arne Brustad zdobył wyrównującą bramkę. Sześć minut później, ten sam zawodnik, który później zostanie uznany w opinii fachowców najlepszym na całym turnieju, wykorzystał zdenerwowanie i niedokładność naszych graczy, pokonując Albańskiego po raz drugi. Podrażnieni Polacy odpowiedzieli w mgnieniu oka. Trzy minuty po stracie gola Wodarz zacentrował do Peterka, ten uderzył z półobrotu i na tablicy wyników znowu był remis. Kibice musieli być zachwyceni, ledwie 25 minut gry, a zdążyli obejrzeć już cztery trafienia. Strzelona bramka podziałała na naszych zawodników motywująco i w 30. minucie byli o krok od zdobycia trzeciego gola, ale norweski obrońca zdołał wybić piłkę z linii bramkowej. W kolejnych akcjach świetne strzały Gada i Wodarza obronił Henry Johansen. Norwedzy niebezpiecznie kontratakowali, ale do przerwy rezultat nie uległ zmianie. W drugiej części obraz gry pozostał taki sam. Na przemian atakowali jedni i drudzy. Po naszej stronie świetne okazje mieli Kisieliński i Gad, a w bramce dobrze spisywał się Albański. W 67. minucie Wodarz trafił w poprzeczkę, ale nie było nikogo, kto mógłby dobić. Wszystko wskazywało na to, że rozstrzygnięcie zapadnie dopiero w dogrywce. Niestety, pięć minut przed końcowym gwizdkiem Gałecki nie upilnował Monsena, który przerzucił futbolówkę do niekrytego Brustada. Norweg strzelił, piłka trafiła w poprzeczkę i odbiła się od pleców naszego bramkarza, wolno wtaczając się do bramki. Szał radości w zespole rywali, rozpacz w naszych szeregach. Polacy przegrali 2:3 i wracali do domu z niczym.
Niezależni obserwatorzy twierdzili, że w meczu o brąz spotkały się dwie najlepsze drużyny turnieju. Polacy pokazali światu, że potrafią grać w piłkę. Potwierdzili to dwa lata później na mistrzostwach świata we Francji w fantastycznym starciu z Brazylią. Gdyby do Berlina pojechał bohater tamtego spotkania, czyli Ernest Wilimowski, to kto wie, czy w stolicy III Rzeszy nie wybrzmiałby Mazurek Dąbrowskiego. Na to, żeby nasz hymn został odegrany na niemieckiej ziemi, musiało czekać jednak aż całe pokolenie miłośników futbolu.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
8
Przełomowe wydarzenie w dziejach FC Barcelony:
13 sierpnia 1973 r. Barça sfinalizowała transfer Johana Cruyffa. Na okładce ,,El Mundo Deportivo’’ pojawili się między innymi trener Rinus Michels, Johan Cruyff oraz jego reprezentanci, świętujący podpisanie umowy. Razem z nimi na zdjęciu znalazł się także prezydent Ajaxu Jaap van Praag, który jednocześnie ,,pod stołem’’ torpedował transfer. Najpierw przedstawiciele holenderskiego klubu zdementowali osiągnięcie porozumienia, następnie obiecali transfer Cruyffa w grudniu ale z biegiem czasu zmieniali postawe, zwłaszcza że Johan zagroził iż nie zagra na Mundialu w RFN, jeżeli jego przejście do FC Barcelony nie dojdzie do skutku. W końcu ,,boski” Johan zadebiutował 28.10.1973 r. przeciwko Granadzie. Cruyff mógł trafić do Blaugrany dużo wcześniej, gdy trenerem Barçy był Vick Buckingham, odkrywca jego talentu w Ajaksie. Na przeszkodzie stanął jednak zakaz transferów obcokrajowców, zniesiony dopiero w 1973 r. Ten transfer stworzył podwaliny największych sukcesów w historii Dumy Katalonii.
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Cules pamiętają o wielkich legendach Blaugrany:
13 sierpnia 1895 r. urodził się hiszpański defensywny pomocnik Ramon Torralba Larraz. Zawodnik znany pod pseudonimem ,,La Vella”(starzec) zakończył karierę w FC Barcelonie mając… 40 lat! Grał w środku pola i do dziś jest uważany za jednego z najlepszych piłkarzy środka pola w historii klubu. Został zapamiętany przez lojalność wobec klubu, w którym spędził 14 kolejnych sezonów. Dla Dumy Katalonii rozegrał 567 spotkań, strzelając 20 goli. W tym czasie zdobył 5 Pucharów Króla oraz 10(!) mistrzostw Katalonii. Trzeba pamiętać że w okresie kariery Ramona nie było jeszcze rozgrywek La Liga a Puchar Hiszpanii traktowany był jako mistrzostwo Hiszpanii.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
0
Nie no, ale żeby tak gładko przegrać mecz o puchar założyciela klubu z takim AS Monaco, to jest po prostu wstyd! Wstyd i hańba! Śp. Gamper w grobie się przewraca...
0
Wszystko po chińsku! Ech, to już wole ten strumyk kliknąć choćby po arabsku...
11
Supercopa de España:
12 sierpnia 2018 r. FC Barcelona pokonała Sevillę 2:1(1-1) w meczu o Superpuchar Hiszpanii i po raz trzynasty w historii zdobyła to trofeum. Gola na wagę triumfu zdobył Ousmane Dembele. Po raz pierwszy w historii o zdobyciu Superpucharu Hiszpanii zadecydował jeden mecz. Po raz pierwszy mecz tych rozgrywek rozegrano poza granicami tego państwa. W tamtej edycji wybór padł na marokański Tanger. W dotychczasowych edycjach Duma Katalonii triumfowała 12-krotnie, zaś Sevilla tylko raz. W tym meczu faworytem mógł być tylko jeden zespół. Spotkanie piłkarze Blaugrany rozpoczęli jednak kiepsko. Już w 9. minucie kapitalnym zagraniem popisał się Luis Muriel a adresatowi tego podania Pablo Sarabii nie pozostało nic innego jak skierować piłkę do bramki strzeżonej przez Marca-Andre Ter Stegena. Przy tej okazji doszło także do pierwszego wykorzystania systemu VAR w hiszpańskiej piłce. Ubiegłe lata wobec licznych błędów arbitrów pokazywały przydatność zastosowania tej technologii. Nie inaczej było tym razem. Dzięki systemowi VAR sędzia uznał gola dla Sevilli. Podopieczni Ernesto Valverde wzięli się do roboty. Dobrych okazji na wyrównanie nie wykorzystali Clement Lenglet oraz Luis Suarez. Tuż przed przerwą w końcu drogę do siatki znalazł Gerard Pique. Były reprezentant Hiszpanii dobił piłkę po niefortunnej interwencji bramkarza Andaluzyjczyków. Po zmianie stron zawodnicy Sevilli przygaśli, a piłkarze FC Barcelony rozpędzali się. W bramce tych pierwszych dwoił się i troił nowy nabytek - Tomas Vaclik, który odkupił winy za błąd z pierwszej połowy. Nie zdołał jednak uchronić swojego zespołu od utraty drugiego gola. W 79. minucie pięknym uderzeniem zza pola karnego popisał się Ousmane Dembele. Kiedy wydawało się, że trofeum da piłkarzy "Dumy Katalonii" jest już pewne, w ostatnich sekundach zaatakowali zawodnicy Pablo Machina. W pole karne wbiegł Aleix Vidal, który został powalony przez interweniującego Ter Stegena. Sędzia podyktował rzut karny. "Jedenastkę" po kiepskim strzale zmarnował jednak Francuz Wissam Ben Yedder. FC Barcelona dzięki temu zwycięstwu zapewniła sobie trzynaste trofeum w Superpucharze Hiszpanii, co czyni ją zdecydowanie najbardziej utytułowaną ekipą w historii tych rozgrywek. Oto gole i składy z tego historycznego wydarzenia: Gerard Pique(42 m.), Ousmane Dembele(79 m.) / Pablo Sarabia(9 m.)
FC Barcelona: Marc-Andre ter Stegen - Nelson Semedo, Gerard Pique, Clement Lenglet, Jordi Alba - Rafinha (46' Ivan Rakitić), Sergio Busquets, Arthur (53' Philippe Coutinho) - Leo Messi, Luis Suarez, Ousmane Dembele (86' Arturo Vidal)
FC Sevilla: Tomas Vaclik - Gabriel Mercado (85 ' Wissam Ben Yedder), Simon Kjaer, Sergi Gomez - Jesus Navas, Roque Mesa, Ever Banega, Sergio Escudero - Franco Vazquez, Luis Muriel (60' Andre Silva), Pablo Sarabia (71' Aleix Vidal)
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Aitor!
Swoje 60 urodziny obchodzi dzisiaj Aitor ,,Txiki” Beguiristain. Baskijski skrzydłowy w latach 80-tych był wielką gwiazdą Realu Sociedad. W sezonie 1987/88 jego drużyna zajęła 2 miejsce w La Liga i ,,Txiki” wraz z kolegami z zespołu- Bakero i Lopezem Rekarte trafili do FC Barcelony. Na Camp Nou spędził aż 7 lat, przez cały czas będąc podstawowym zawodnikiem pierwszej drużyny. Strzelił dla Barçy 81 goli w 313 meczach, wydatnie przyczyniając się do zdobycia 11 pucharów. Kariere kończył w 1999 r. w japońskiej Urawie. W 2003 r. powrócił do Barcelony i został dyrektorem sportowym podczas dwóch kadencji Joana Laporty. Po wyborach w 2010 r. odszedł aby po 2 latach przyjąć propozycje posady dyrektorskiej w Manchester City.
Dziękujemy z głębi serca za oddanie barwom Blaugrana nasza legendo.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
1
@FcPortoFan1999 Dokładnie. ,,Królewscy" byli wówczas poza zasięgiem...
8
Porażka ale z podniesionym czołem:
11 sierpnia 2004 r. Wisła Kraków uległa Realowi Madryt 0:2 w pierwszym meczu trzeciej rundy eliminacji do Ligi Mistrzów. Obydwa gole strzelił niezawodny Fernando Morientes. Pierwszą w 72 min., tuż po wejściu na boisko za Ronaldo. Zgubił obrońcę, otrzymał doskonałe podanie w pole karne od Davida Beckhama i wbił piłkę do siatki. Drugą bramkę strzelił w 90 min.; zamknął akcję przeprowadzoną przez Roberto Carlosa. Wisła nie przestraszyła się utytułowanego rywala. Jedynie na początku spotkania widać było lekką bojaźń krakowskich piłkarzy ale już w 2 min. Wisła zdobyła się na przeprowadzenie pierwszej ofensywnej akcji. Pierwsza połowa należała jednak zdecydowanie do Realu. "Królewscy" kontrolowali grę, zamykali piłkarzy Wisły pod własną bramką na długie minuty, zmuszali do ataku pozycyjnego. Sami tworzyli zaś groźne sytuacje. Na szczęście dla Wisły doskonale spisywał się bramkarz Radosław Majdan a obrońcy potrafili się asekurować. Wisła miała doskonałą okazję do zdobycia bramki w 32 min. Po szybkiej akcji i zamieszaniu w polu karnym Realu, do piłki doszedł Kalu Uche. Zamiast jednak posłać piłkę do siatki nad bramkarzem, uderzył ją płasko, po ziemi, prosto w nogi Ikera Casillasa i interweniującego obrońcy. Druga połowa była już o wiele szybsza. Wisła, zmotywowana przez trenera w przerwie, odważniej zaatakowała. Arkadiusz Gorawski i Mirosław Szymkowiak, którzy weszli po przerwie, zaczęli wspierać napastników. Maciej Żurawski i Tomasz Frankowski zaczęli więc groźnie atakować. W 71 min. doskonałą okazję miał Żurawski. Po podaniu piłki z rzutu wolnego, przyjął ją w polu karnym, lecz jego strzał został zablokowany przez bramkarza. Końcówka spotkania należała już do gości. ,,Myślę, że pokazaliśmy się z jak najlepszej strony”- Maciej Żurawski. Pomeczowe komentarze są zgodne - wynik jest zły dla Wisły, choć rozegrała ona całkiem dobry mecz. Lider Wisły Maciej Żurawski mówi, że strata pierwszej bramki w 72 minucie załamała jego zespół: „Do momentu utraty pierwszej bramki na pewno nie graliśmy defensywnie, staraliśmy się grać otwarcie, stwarzać sytuacje, atakować przeciwnika. Myślę, że pokazaliśmy się z jak najlepszej strony”. Obrońca krakowskiej Wisly Arkadiusz Głowacki nie kryje rozczarowania niekorzystnym wynikiem: „Naprawdę groźne mają akcje skrzydłami, wrzutki... Trochę przykro nam, że takim wynikiem zakończył się mecz. Wierzyliśmy, że uda nam się wygrać, a jeśli nie wygrać to przynajmniej zremisować”. Luis Figo powiedział reporterowi BBC, że jego zespół po prostu wykonał dobrą pracę: „Zagraliśmy dobrze, zrobiliśmy dobrą robotę, to naprawdę ważne zdobyć dwie bramki na wyjeździe”. Z kolei David Beckahm mówił, że Wisła była trudnym przeciwnikiem: „Tu niełatwo gra się w piłkę, ale musimy być zadowoleni z wyniku. W pierwszej połowie czuliśmy się nieswojo, ale czasem tak bywa. Porozmawialiśmy w przerwie i poprawiliśmy się. Najważniejszy jest dla nas wynik, ale potrafimy grać lepiej”. Słynny przed laty piłkarz, a obecnie dyrektor sportowy Realu Emilio Butragenio w wywiadzie dla BBC podkreślił, że Wisła była groźna, ale jego zespół był bardziej skoncentrowany: „Myślę, że Wisła zagrała bardzo dobrze, miała sporo sytuacji. Na szczęście to my strzeliliśmy dwa gole pod koniec meczu i można przyjąć, że przed rewanżem możemy się czuć raczej pewnie”.
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
10
Polski pionier w słonecznej Italii:
Urodzony 11 sierpnia 1899 roku Józef Słonecki, swoją przygodę z wielką piłką rozpoczął w roku, kiedy wybucha „Wielka Wojna” nazwana później I wojną światową. Uganiając się za szmacianką uczył się od legendarnych braci Kucharów, założycieli słynnego i utytułowanego klubu z Kresów. Błyskotliwy skrzydłowy, świetny technik, szybko zwrócił na siebie uwagę sympatyków piłki nożnej. Andrzej Gowarzewski, katowicki wydawca, w swoim znakomitym opracowaniu „Mistrzostwa Polski. Ludzie, fakty 1918-1939”, tak pisze w biogramie poświęconym jego osobie: „Sam Słonecki, jako żołnierz austriacki w czasie pierwszej wojny światowej, zdezerterował z armii i przeszedł na stronę włoską, występując w 1918 roku w kilku meczach słynnego Torino Calcio!”. Był więc pierwszym graczem z polskich ziem w słynnym klubie. Wszystko prawie sto lat wcześniej, nim pojawił się tam Kamil Glik, późniejszy kapitan „Granaty”, jedna z legend Torino w ostatnich latach. Słonecki w czasie gry w klubie z Piemontu musiał się więc zetknąć z jedną z legend światowej piłki jaką jest Vittorio Pozzo. Ten urodzony 2 marca 1886 roku w Turynie wspaniały trener, który w latach 30-tych ubiegłego wieku dwa razy doprowadził do tytułu mistrza świata Italię (1934 i 1938), w latach 1912-22 był „direttore tecnico” czyli trenerem Torino, wtedy czołowego klubu na Półwyspie Apenińskim. Słonecki grał nie tylko w Torino, ale też w innym włoskim klubie. Jesienią 1925 roku, za namową austriackiego trenera Karla Fischera, który raz za razem doprowadzał do mistrzostwa Polski Pogoń Lwów w pierwszej połowie lat 20-tych, z katowiczaninem, świetnym bramkarzem Emilem Goerlitzem, tak jak Słonecki też kilkukrotnym reprezentantem Polski, wyjechali grać do Edery Triest, gdzie Fischer został szkoleniowcem. „Uważa się to za precedensowy przypadek profesjonalnej gry polskich futbolistów za granicami” – pisze Andrzej Gowarzewski. Jak dodaje w swojej publikacji znakomity katowicki historyk futbolu, po niespełna rocznym pobycie obaj piłkarze wrócili do kraju, odzyskali status amatorski i w domu kontynuowali swoje kariery . Goerlizt w „swoim” 1.FC Katowice, a Słonecki wrócił do Lwowa, gdzie dalej błyszczał w Pogoni, w której grał do 1929 roku. ,,Był bożyszczem kibiców. Pogoń to był klub miejski. Czarni Lwów, którym ja kibicowałem i gdzie później jako zawodnik trochę trenowałem, to był klub inteligencji. Ta wzajemna rywalizacja napędzała jednych i drugich” – opowiada Stefan Żywotko.
Po wojnie, jak wielu Lwowiaków, Słonecki znalazł się w Bytomiu. Na dobre i złe związał się z Polonią. „Sport” pisał o nim: „Józku Słonecki odwiedzał podwórka na których za piłką uganiali się nieznani nikomu chłopcy. Przyglądał się maluchom, a kiedy w którymś odkrył prawdziwy talent powiada: chcesz grać w Polonii? W ten sposób wzbogacał co roku klubową kadrę o nowych piłkarzy. To jemu zawdzięczają wielką karierę byli i aktualni reprezentanci kraju, etatowi zawodnicy pierwszego zespołu bytomskiej Polonii, z którą związał swoje losy, swoje dole i niedole. Której pozostał wierny do ostatniego dnia pracowitego życia”. Kiedy zmarł na początku października 1970 roku, stosowny nekrolog w naszej gazecie zamieścił Polski Związek Piłki Nożnej. „Józku” Słonecki był przecież uczestnikiem przerwanego, z powodu wojny z bolszewikami, obozu kadry olimpijskiej latem 1920 roku. W reprezentacji zagrał w 6 spotkaniach a z Pogonią mistrzostwo zdobywał trzykrotnie w latach 1922, 1923 i 1925.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
9
Nie tylko dla prawdziwych cules:
W sierpniu 1928 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii rozegrała serie meczów towarzyskich ze słynnymi klubami Argentyńskimi. I tak: 11 sierpnia przegrała z CA Independiente 4:1, 15 sierpnia(również porażka) z River Plate 1:0 oraz 18 sierpnia po raz pierwszy w historii zagrała i pokonała słynny Boca Juniors 2:1 po dwóch golach znakomitego napastnika Josepa Sastre i honorowym napastnika Domingo Tarasconiego. Wszystkie te mecze rozegrane zostały w Buenos Aires.
@Sysia11
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Julio!
11 sierpnia 1962 r. urodził się Julio Salinas, napastnik FC Barcelony w latach 1988-94. Kariere zaczynał w Athletic Bilbao, skąd w 1986 r. przeszedł do Atletico Madryt. Po dwóch latach trafił na Camp Nou i w swoim pierwszym sezonie strzelił 26 goli we wszystkich rozgrywkach, co stanowiło rekord jego kariery. W dodatku został bohaterem finału Pucharu Zdobywców Pucharów z 1989 r., gdzie zdobył gola już w 4 minucie meczu z Sampdorią Genua. Przez 3 sezony był podstawowym napastnikiem, lecz transfery Stoiczkowa i Romario uczyniły z Salinasa rezerwowego. W 1994 r. odszedł do Deportivo La Coruña a karierę kończył natomiast w Deportivo Alaves. Ze 152 golami w 417 meczach znajduje się w gronie dwudziestu najlepszych strzelców w historii Primera Division.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
0
@FcPortoFan1999 Kto by nie chciał.......?
5
@FCBparasiempre
Niewiele brakowało a polskich piłkarzy zabrakłoby w Berlinie. Dwa główne w kraju okręgi, czyli lwowski i krakowski na walnym zgromadzeniu PZPN wyraziły swój sprzeciw wobec planów wyjazdu. Ostatecznie jednak federacja i PKOl podjęły decyzję, że nasi zawodnicy wezmą udział w piłkarskim turnieju. Decyzja zapadła dopiero w maju, a igrzyska rozpocząć się miały na początku sierpnia. Dwumecz z węgierską drużyną Phöbus był ważnym sprawdzianem. Pierwsze spotkanie rozegrano 18 lipca w Warszawie, gdzie wygraliśmy pewnie 3:1. Wodarz miał zagrać w drugim starciu, które zaplanowano dzień później w Łodzi. Odbywał w tym czasie służbę wojskową i na miejsce dotarł dopiero o 2:00 w nocy przed meczem. Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze musiałem wybić się ponad moje możliwości, gdyż kandydatów na lewoskrzydłowego było więcej, i to takich jak Król, Łyko, Niechcioł, Kisieliński. Byłem w wojsku, więc wiedziałem, co znaczy zacisnąć zęby i starać się – wspominał Wodarz. I faktycznie się postarał. Węgrzy chcieli za wszelką cenę pokazać się z lepszej strony niż w Warszawie. W 32. minucie gry prowadzili już 3:1, a nasza gra nie wyglądała za ciekawie. Wtedy jednak obudził się Wodarz, a najlepiej jego występ podsumował „Przegląd Sportowy”: ,,Przyjechał urlopowany Wodarz i bez cienia przesady mógłby o sobie powiedzieć, że veni, vidi, vici. Był on bohaterem spotkania i faktycznym jego zwycięzcą. Skrzydłowy Ruchu znajduje się w formie, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widzieliśmy. Błyskawicznie szybki, technicznie bez zarzutu, nerwowo opanowany, prowadzi piłkę w pełnym gazie krótko przy nodze, wybiega momentalnie na wolną pozycję, cofa się, idzie do przodu, centruje i… strzela, że raduje się serce!”. Wojsko widocznie mu posłużyło. Przestał się bać i z gracza zdanego przedewszystkim na współpracę z innymi stał się samodzielnym inicjatorem wszelkich groźnych akcji. Wyprowadzanie drużyny ze złej sytuacji było prawie jego wyłączną zasługą. Nie to, że sam strzelił trzy bramki, lecz natchnął drużynę bojowym duchem i wzbudził w niej wiarę we własne siły. Wodarz stał się też bohaterem dnia i zdobył sobie przebojem serca widowni. Jeśli utrzyma się w tej formie w Berlinie, będzie jednym z najpewniejszych naszych punktów – pisano. Zapewnił sobie miejsce w kadrze na igrzyska. Tam także błyszczał. W pierwszym spotkaniu z reprezentacją Węgier ustalił wynik spotkania na 3:0. Miał udział też przy pierwszej bramce, bo to jego obroniony strzał dobijał Gad. Prawdziwy koncert dał jednak w ćwierćfinale. Polacy mierzyli się z Wielką Brytanią. To nasi rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Po 10 minutach wyrównał Gad a tuż przed przerwą na 2:1 trafił bohater tekstu. Po przerwie dorzucił jeszcze dwa gole i w dziewięć minut skompletował hat-tricka. Na 5:1 podwyższył Piec i wydawało się, że jest po meczu. Sporego stracha napędzili nam jednak rywale, którzy na 10 minut przed końcem zdobyli kontaktową bramkę. Skończyło się jednak na 5:4. Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom, a dwie bramki strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem – wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Półfinał był szczytem naszych możliwości. W meczu z Austrią byliśmy faworytem, mieliśmy przewagę, ale nie potrafiliśmy jej udokumentować. Przegraliśmy 1:3. W meczu o brąz naszym rywalem byli Norwegowie. Wodarz już po pięciu minutach dał nam prowadzenie, po czym rywale zdobyli dwie bramki. Z rzutu karnego celnie uderzył Peterek i po ledwie 25 minutach gry było już 2:2. W 67. minucie szczęście było o włos, kiedy piłka po strzale Wodarza trafiła w poprzeczkę. Nie mieliśmy tego dnia szczęścia. Pięć minut przed końcowym gwizdkiem to przeciwnik uderzył w poprzeczkę. Futbolówka odbiła się po tym od pleców naszego bramkarza i wolno wtoczyła do bramki. Wielu fachowców uznało Wodarza za najlepszego lewoskrzydłowego igrzysk. Kiedy wrócił do domu, to zamiast o swoim wyczynie w starciu z Brytyjczykami, wolał opowiadać o fenomenalnym występie czarnoskórego Jessiego Owensa z USA. Swoją czerwoną olimpijską marynarkę tratował jak najlepsze odświętne ubranie. Wyciągał ją z szafy i paradował po mieszkaniu. Kiedy przytył, to nie mógł się dopiąć w piersiach. Oprócz olimpijskiego stroju przywiózł też pamiątkowy medal i znaczek z numerem 5713, który dostawał każdy olimpijczyk. Anglicy byli pod takim wrażeniem jego gry, że zaproponowano mu transfer na Wyspy. Gazety pisały o 10 tys. funtów. Dla Polaków były to pieniądze niewyobrażalne. Łucja Wodarz, żona piłkarza, wspominała po latach, że za taką kwotę można było kupić całą chorzowską ulicę. Mimo to Gerard wolał zostać w Ruchu. W 1937 r. mistrzowską serię Ruchu w lidze przerwała Cracovia, ale hajduccy piłkarze ciągle byli ważnym ogniwem w reprezentacji. Ta szykowała się do meczów z Jugosławią, które miały decydować o awansie na mistrzostwa świata we Francji. Pierwszy zaplanowany był na 10 października 1937 r. w Warszawie. Polacy rozegrali bardzo dobre spotkanie i pewnie wygrali 4:0. Wodarz co prawda bramki nie strzelił, ale był jednym z głównych architektów zwycięstwa. Wodarz był może mniej aktywny niż zazwyczaj, jednak ilekroć wkroczył w akcję pod bramką Jugosłowian, stawało się gorąco – pisano w „Przeglądzie Sportowym” 11 października 1937 r. W rewanżu, który rozegrano w Belgradzie 3 kwietnia 1938 r., nasza reprezentacja przegrała 0:1. Polacy po prostu utrzymali wynik. W linii napadu wśród wyróżniających się zawodników znalazła się hajducka dwójka – Wodarz i Wilimowski. W ostatnim poważnym sprawdzianie przed wyjazdem do Francji Polacy pokonali aż 6:0 Irlandczyków. Wodarz dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i obok Piątka i Wilimowskiego był najlepszy na boisku. O meczu z Brazylią w Strasburgu napisano już chyba wszystko. Błyszczał Wilimowski, ale i Wodarz zaprezentował się całkiem dobrze. Już na początku meczu mógł dać nam prowadzenie. Pewnie egzekwował rzuty wolne, ale brakowało nam szczęścia. Kiedy na początku dogrywki Brazylijczycy wyszli na prowadzenie, podziałało to mobilizująco na nasz zespół. Polacy atakowali z nieprawdopodobną wolą zwycięstwa. Znakomicie w 7. minucie doliczonego czasu uderzył Wodarz, ale piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę. Kto wie jak zakończyłby się ten pojedynek, gdyby lewoskrzydłowy trafił kilka centymetrów niżej… Wodarz był wzorem człowieka na boisku, jak i poza nim. Elegancki i spokojny w grze. Czasem zarzucano mu jednak bojaźliwość. Kiedy kogoś sfaulował, to zawsze kilka razy go przepraszał i upewniał się, czy na pewno nic złego się nie stało. Starał się grać jak najbardziej fair. Nie sztuka wpaść na rywala i go zadeptać. Sztuką jest odebrać mu piłkę tak, żeby się nawet nie zorientował – podkreślał. Kiedy w 1934 r. Ruch po raz drugi zdobywał mistrzostwo, to w „Przeglądzie Sportowym” opublikowano artykuł, w którym krótko przedstawiano każdego z zawodników. O Wodarzu pisano tak: ,,Lewoskrzydłowy Gerard Wodarz, teraźniejszy kapitan, liczący lat 21, jest piłkarzem spokojnym, wzorowym, stroni od częstych w obozie mistrza hulanek, a przez stworzenie ogniska domowego zjednał sobie całą drużynę. Reprezentacyjny i najelegantszy piłkarz nie tylko Śląska, ale bodaj i całej Polski, jest urzędnikiem w Hucie Batorego. Wodarz jest jedynym graczem bez złośliwego przydomka”. W 1930 r. ukończył Koedukacyjną Szkołę Handlową w Wielkich Hajdukach. Jak większość przedwojennych piłkarzy musiał normalnie pracować. Zatrudniony był w hucie jako księgowy. Praca, dopiero później trening. Żona przychylnie patrzyła na pasję męża. ,,Nigdy by mu nie zabroniła grać ani trenować. Zresztą sama też kopała piłkę! – wspominał syn Gerarda, Lucjan. Żonę poznał dzięki Franciszkowi Zarzyckiemu, który też grał w Ruchu. Łucja była jego młodszą siostrą. W 1934 r. Gerard i Łucja stanęli przed ołtarzem. Rano był ślub, a po południu wszyscy udali się na mecz. W klubie panowała wtedy taka tradycja, że kiedy w niedzielę rano któryś z piłkarzy wstępował w związek małżeński, to na popołudniowym meczu jego świeżo upieczona małżonka zasiadała na trybunach w białej sukni. Zwyczaj zapoczątkował Ewald Urban, późnej podtrzymał go Stefan Katzy. Tak samo było też z Wodarzami. Stanowili wzorowe małżeństwo. Gerard nie pił i nie palił. Rodzinę zawsze stawiał na pierwszym miejscu. ,,Ludzie do dziś zatrzymują mnie na ulicy i mówią, że tata tak kochał mamę, że był gotów całować ślady jej stóp” – opowiadał syn. Jego innymi pasjami poza piłką była muzyka i malarstwo. Potrafił grać na akordeonie i skrzypcach, a nawet na cytrze. Kiedy na placu przy ulicy Włodarskiego pojawiał się uliczny muzyk, to Wodarz schodził na dół, podawał mu do ręki złotówkę, siadał na ławce i z szacunkiem słuchał. ,,Z tęsknotą wspominam wigilijne wieczory, gdy muzykowaliśmy całą rodziną. Klatka naszej kamienicy miała świetną akustykę. Ludzie przystawali na schodach i mieli namiastkę koncertu” – mówił Lucjan Wodarz. Oprócz gry na instrumentach lubił także malować. Zastanawiał się nawet nad podjęciem nauki w Akademii Ssztuk Pięknych. Miał fotograficzną pamięć. To, co zobaczył, potrafił z najmniejszymi szczegółami odwzorować na płótnie. Najczęściej malował pejzaże i ludzi, dużo szkicował również ołówkiem. Był idolem i wzorem do naśladowania dla wielu młodych piłkarzy. Jednym z nich był Gerard Cieślik, który w swojej biografii tak mówił o swoim mistrzu: ,,Wodarz imponował mi pod każdym względem. Starałem się go naśladować i na boisku, i poza nim, bo był uczciwy i prostolinijny. Grał wspaniale, a nigdy się tym nie chwalił. To on utwierdzał mnie w przekonaniu, że dom rodzinny i własny klub to najwyższe wartości. Jego rajdy lewą stroną boiska i potężne uderzenia z dystansu siały postrach wśród najlepszych”. Kiedy 1 września niemieckie samoloty zrzucały bomby na Wieluń, a pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwał Westerplatte, Wodarz miał 26 lat. Był więc w najlepszym dla piłkarza wieku. Po cichu pewnie liczył, że największe sukcesy jeszcze przed nim. Z dnia na dzień trzeba było stawić czoła brutalnej rzeczywistości. Pod koniec sierpnia dostał powołanie do wojska. Z tego też powodu nie zagrał w meczu z Węgrami. Służył w 75. Pułku Piechoty. We wrześniu 1939 r. pod Przeworskiem dostał się do niewoli niemieckiej. Udało mu się jednak zbiec z transportu na stacji Kraków-Płaszów. Przez pewien czas się ukrywał, później zatrzymano go w Gliwicach i wreszcie wypuszczono do domu. Kiedy córka zobaczyła wychudzonego, zarośniętego ojca, to uciekła z podwórka z płaczem. Uważano go co prawda za Ślązaka, ale o polskim duchu. Przez ponad rok nie było dla niego pracy. Dostawał tylko dziewięć marek zasiłku tygodniowo. W rodzinie Wodarzów nastały ciężkie czasy. Żeby mieć z czego żyć, małżeństwo musiało sprzedać niektóre rzeczy. Najpierw pozbyli się kupionych pół roku wcześniej mebli, a później efektownego żyrandola. 12 listopada 1939 r. w Bismarckhütte, jak przemianowano Wielkie Hajduki, odbyło się spotkanie założycielskie nowego klubu. Nazwano go Bismarckhütter Sport Vereingung 1899 e.V. Tydzień później BSV rozegrał swój pierwszy mecz z TuS Lipinie, czyli przedwojennym Naprzodem Lipiny. Mimo zmienionych nazw, na boisku pojawili się gracze, którzy rywalizowali ze sobą już od kilku lat. BSV przegrał 1:2 a gola z podania Wodarza strzelił Peterek. Żona Gerarda wspominała, że mąż musiał się zgodzić na grę pod szyldem niemieckiego klubu. Inaczej utraciłby zasiłek i jakiekolwiek szanse na zatrudnienie. Dzięki temu, że grał i to całkiem nieźle, po roku otrzymał upragnioną posadę w hucie. Zarabiał ledwie połowę tego, co „prawdziwi Niemcy”, ale rodzina zyskała w ten sposób stałe źródło utrzymania. W zespole BSV, który obok Germanii był czołowym klubem na Śląsku, grał do końca 1941 r. Wtedy został wcielony do Wehrmachtu. Służył w wojskach lądowych stacjonujących na zachodzie Europy. Początkowo trafił do Pfalzburga w Lotaryngii. Tam jeden z niemieckich oficerów dowiedział się, że przed wojną Wodarz był piłkarzem. Niemiec silnie kopnął go w kolano i powiedział mu: już nigdy nie będziesz grał w piłkę. Po tym zajściu Gerard spędził trzy miesiące w szpitalu, następnie skierowano go do Antwerpii. Tam był członkiem oddziału pod dowództwem generała von Raisensteina. Niemiec cenił jego umiejętności księgowego i uczynił buchalterem oddziału. ,,Wtedy wiodło mu się lepiej, wysyłał nawet co miesiąc do nas, do domu paczkę z żywnością” – opowiadała żona piłkarza. Z Antwerpii trafił do Ostendy, leżącej na wybrzeżu Morza Północnego. W 1944 r. dostał przepustkę i przyjechał w rodzinne strony. BSV grało wtedy prestiżowy mecz z Germanią, który miał zadecydować o mistrzostwie. Razem z Wodarzem na przepustce przebywał inny przedwojenny ligowiec – Andrzejewski. Obaj dali się namówić kolegom na wzięcie udziału w meczu. Mimo takich wzmocnień BSV przegrało 1:2. ,,Mąż przyjechał na urlop, gdy zmarł jego ojczym, Franciszek Samol. Na pogrzeb nie zdążył, ale długo nie dał się namawiać, żeby zagrać z kolegami. Na pewno nie był w formie, bo w wojsku nie grał w piłkę, ani nie trenował” – mówiła Łucja Wodarz. Po powrocie do jednostki trafił na front. Jego kompania została rozbita, a żona otrzymała wiadomość, że Gerard zaginął i nie wiadomo, co się z nim dzieje. ,,Dopiero potem, z listu dowiedziałem się, że cudem uniknął śmierci. W Normandii został zatrzymany, wraz z Serbem i rodowitym Niemcem, przez amerykański patrol. Całą trójkę w niemieckich mundurach od razu postawiono pod ścianę. Gerarda uratowało, że miał w mundurze zaszyty polski paszport i wizę francuską z 1938 roku. Dwaj jego towarzysze zostali bez sądu rozstrzelani” – relacjonowała żona. Francuscy partyzanci oddali go w ręce Amerykanów. Ci z kolei przekazali go Anglikom. To w Anglii spędził ostatnie miesiące wojny. Pracował w obsłudze naziemnej RAF-u. Codziennie rano jako „polski sportowiec” był wyznaczony do prowadzenia gimnastyki. Koledzy namawiali, żeby został. Sam podobno też się nad tym zastanawiał. Zdecydował się wrócić. Wziął swoją walizkę i pieniądze, które zdołał zaoszczędzić. Miały one pomóc w rozpoczęciu nowego życia w nowej Polsce. Niestety w trakcie podróży statkiem został okradziony. Jedyne, co udało mu się ocalić to złote kolczyki, zawieszkę na szyję i pierścionek dla żony. Do kraju powrócił na przełomie 1945 i 1946 roku. Był szczęśliwy, że wreszcie ma przy sobie rodzinę, ale to nie był koniec kłopotów… ,,Pracę w hucie „Batory” dostał dopiero na przełomie kwietnia i maja. Nie chcieli mu dać roboty, bo każdy mówił, że jak przyjechał z Zachodu, to ma dość pieniędzy” – wspominała Łucja Wodarz. Dołączył do Ruchu przed rundą wiosenną sezonu 1945/46. Już w pierwszym swoim spotkaniu wpisał się na listę strzelców. Ruch zremisował na wyjeździe z Siemianowiczanką 3:3. Znowu zachwycał precyzyjnymi dośrodkowaniami. Teraz jednak obsługiwał nimi nie Wilimowskiego, ale Cieślika, który stawał się coraz ważniejszym zawodnikiem w szeregach Ruchu. Wodarz zagrał jeszcze w kolejnym sezonie w mistrzostwach klasy A, gdzie strzelił kilka goli. Pomógł zespołowi zdobyć mistrzostwo Śląska i przejść eliminacje międzyokręgowe o wejście do I ligi. 22 września wystąpił w kwalifikacjach krajowych, w wygranym meczu z Lechią. W ekstraklasie już nie wystąpił. Do ekstraklasy jednak wróci, ale już w innej roli. W połowie 1949 r. zasiadł na ławce Ruchu jako trener. Pod jego wodzą Niebiescy rozegrali 12 spotkań. Wygrali pięć i zremisowali dwa. Ruch zajął w tabeli dopiero ósme miejsce, choć kiedy opiekę nad nim przejmował Wodarz, było jeszcze gorzej. Po sezonie zastąpił go jednak Ryszard Koncewicz. W okresie powojennym piłkarze wielkiego Ruchu z lat 30. nie mieli jednak łatwo. Trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Działacze z klubu przy ul. Cichej nie widzieli u siebie miejsca dla Gerarda. Znalazł zatrudnienie w innej śląskiej drużynie. W październiku 1950 r. zasiadł na ławce drugoligowego Górnika Zabrze. Pierwszym jego krokiem w nowej roli było sprowadzenie do Zabrza swojego byłego klubu. 6 grudnia z okazji Barbórki Ruch rozegrał z Górnikiem towarzyskie spotkanie, które wygrał 4:2. To wtedy właśnie zaczęła się pomiędzy klubami rywalizacja, która później będzie znana jako święta wojna i to właśnie ten pojedynek był pierwszym w historii wielkich derbów Śląska. Na zabrzańskiej ławce spędził cztery sezony. Piłkarze garściami czerpali z jego doświadczenia i umiejętności. Warto pamiętać, że to on wprowadzał do dużej piłki takich zawodników jak Antoni Franosz, Ginter Gawlik czy Henryk Czech. Zawsze uczciwie podchodził do powierzonych mu obowiązków. Kiedy jedno z trzecioligowych spotkań Górnika, rozgrywane w Zagłębiu miało być ponoć ustawione, Wodarz nie wybrał się nawet na mecz. Wszystko pewnie by się rozeszło, ale w przedmeczu juniorów rywale młodych górników tak ich skopali, że starsi koledzy postanowili nie puszczać tego płazem. Górnik wygrał 2:0. To pod jego wodzą Górnik po raz pierwszy pokonał Ruch. Stało się to 6 kwietnia 1953 a dochód z meczu miał być przekazany na fundusz budowy nowego śląskiego stadionu. Pod koniec 1954 r. odszedł z Górnika. W klubie następowały zmiany, które miały uczynić go poważnym ekstraklasowym graczem a według działaczy poczciwy i uczciwy trener nie był najlepszym wykonawcą tych ambicji. Zajął się szkoleniem młodzieży, co zajmowało jego czas przez ponad 20 kolejnych lat. Mimo że nie zawsze był dobrze traktowany w klubach, nie stracił pogody ducha. ,,Nigdy nie widziałem, żeby ojciec był zasmucony czy zmęczony. Uśmiechał się 32 godziny na dobę. Gdy komukolwiek robił przysługę, to zawsze za darmo. Przez 30 lat kończył pracę w hucie, wsiadał w PKS czy pociąg i jechał na trening. W klubach pracował za grosze” – opowiadał syn. Nigdy nie chorował i do końca utrzymywał sprawność fizyczną, czym zadziwiał najbliższych. Pewnego dnia wyszedł z domu do dentysty. Skrócił sobie drogę przez cmentarz. Nagle przystanął przy jednym z nagrobków i po chwili upadł. Okazało się, że w tej samej chwili dostał zawału i wylewu. Zmarł 11 listopada 1982 r. Był wielkim patriotą. Pierwsze strony jego albumu z wycinkami prasowymi zdobi polska flaga i wizerunki Józefa Piłsudskiego i Józefa Poniatowskiego. W tym kontekście data jego śmierci nabiera szczególnego znaczenia. Na jego pogrzebie Gerard Cieślik tak mówił o swoim mistrzu: ,,Zmarł największy w historii polskiego piłkarstwa lewoskrzydłowy, jeden z najwybitniejszych w Europie w późnych latach trzydziestych… To był najporządniejszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek spotkałem w życiu. Wiedzy o piłce od niego się nauczyłem, techniki i strzału, podpatrując jego uderzenia i zagrania. Niedościgniony w zawodach, błyskawiczny w dryblingach, precyzyjny i sprytny w strzałach i prawdziwy przyjaciel na co dzień”. Stanisław Mielech w swoich wspomnieniach nazywa go ideałem na pozycji lewoskrzydłowego. Trudno znaleźć kogoś, kto mógłby się z nim równać. Nie byłoby bez niego wielkich sukcesów Ruchu w latach 30-tych. Dużo trudniej byłoby o gole Wilimowskiemu czy Peterkowi. Równie dużo dawał reprezentacji. Jeszcze raz możemy westchnąć – gdyby tylko w tamtych latach liczono asysty… Nie dowiemy się, jak wyglądałaby jego kariera, gdyby nie wojna. Mógł zostać za granicą, ale wolał wrócić do kraju, do rodziny i do Ruchu, który zawsze zajmował szczególne miejsce w jego sercu. Był spokojny, uczynny i uczciwy, choć nie zawsze dobrze na tym wychodził. Chciał być jednak wierny wobec ideałów.
9
@FCBparasiempre
10 sierpnia 1913 r. w Chorzowie urodził się Gerard Wodarz, złote skrzydło Ruchu i reprezentacji Polski. Był jednym z najlepszych polskich piłkarzy nie tylko okresu międzywojennego ale również w całej historii polskiego futbolu. Najlepsze lata kariery zabrała mu wojna. Już jako nastolatek grał w reprezentacji. Na igrzyskach w Berlinie czarował na lewym skrzydle i strzelił 3 gole w starciu z Wielką Brytanią. Dobrymi występami zyskał uznanie w oczach Anglików i niewiele brakowało a zagrałby w tamtejszej lidze. Pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Z jego podań dziesiątki goli strzelali Peterek i Wilimowski. Dzisiaj niewielu o nim pamięta ale dla kibiców chorzowskiego Ruchu Gerard Wodarz jest postacią legendarną. I to w pełni zasłużenie. Igrzyska olimpijskie w Berlinie były pierwszą dużą imprezą, na której zaistniała nasza reprezentacja. Polacy dotarli do półfinałów, gdzie niestety musieli uznać wyższość Austrii. W meczu o trzecie miejsce natomiast pechowo przegraliśmy z Norwegami. Według wielu obserwatorów, to właśnie zespoły, które walczyły o brąz, były najlepszymi w całym turnieju. Nasi zawodnicy pokazali się z dobrej strony i udowodnili, że poziom futbolu nad Wisłą jest coraz wyższy. Niespełna miesiąc po igrzyskach mieli okazję do potwierdzenia swoich umiejętności w starciu z Jugosławią. W Belgradzie polegli jednak aż 3:9. Mimo że mecz odbywał się w trudnych warunkach i duży wpływ na naszą postawę miała kontuzja naszego kapitana Henryka Martyny, to trudno było o optymizm przed zbliżającym się starciem z Niemcami. W niedzielne popołudnie 13 września 1936 r. kibice tłumnie ruszyli na Stadion Wojska Polskiego. Trybuny pękały w szwach a frekwencja wyniosła około 45 tys. Co najmniej kilka tysięcy sympatyków piłki dostało się na stadion nielegalnie dzięki sfałszowanym biletom. PZPN zupełnie nie docenił skali zainteresowania meczem i na związek spadła fala krytyki za fatalną organizację. Zabrakło telefonu dla prasy, policja odnotowała setki kradzieży, pobić i nieszczęśliwych wypadków. Wielu ludzi zostało poturbowanych. Zagrania Polaków często nagradzano gromkimi brawami. Pierwsza połowa była dość wyrównana. Ataki Niemców stawały się coraz bardziej niebezpieczne a akcje Polaków raziły nieskutecznością. Pierwsi na prowadzenie wyszli nasi zachodni sąsiedzi. Już w 19. minucie błąd Wasiewicza wykorzystał Euler, podał do Hohmanna a ten strzałem po ziemi z kilkunastu metrów pokonał Albańskiego. Druga odsłona była już dużo lepsza w naszym wykonaniu. W ataku, w którym Scherfke i Gad nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie Buchloha, odpowiedzialność za zdobywanie goli wziął na siebie Wodarz. W 70. minucie wykorzystał świetne podanie od kolegów i mijając obrońców, strzelił płasko w prawy róg. ,,Z poszczególnych formacji drużyny najbardziej zawiódł napad, który de facto zwalił całą pracę ofensywną na barki świetnego Wodarza. A fakt, że w takich warunkach nasz pilnowany do niemożliwości lewoskrzydłowy potrafił zdobyć bramkę, oraz o włos nie uzyskać drugiej świadczy raz jeszcze o jego nieprzeciętnych walorach”– pisał na łamach Przeglądu Sportowego Jerzy Grabowski 14 września 1936 r. Do końca spotkania wynik nie uległ już dużej zmianie. Wodarz potwierdził swoje znakomite umiejętności, które prezentował już w Berlinie. Polacy po raz pierwszy zremisowali z Niemcami, a wcale dużo nie brakowało, żeby przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Na uwagę zasługuje też postawa kibiców, którzy gorącym dopingiem wspierali swoich ulubieńców. Dobrą grę Polaków w drugiej części gry zauważył też prowadzący zawody Szwed Rudolf Eklöw: ,,Polska była stanowczo bliższa zwycięstwa niż Niemcy. Gdyby zaś na Olimpiadzie z Austrią zagrała na poziomie, jak w drugiej części z Niemcami, byłaby zwyciężyła bardzo lekko”. Gdyby w tamtym meczu zagrali Wilimowski i Peterek, z którymi Wodarz świetnie rozumiał się w Ruchu, może na zwycięstwo nad Niemcami nie musielibyśmy czekać do 2014 r. Zanim jednak Wodarz wraz z kolegami stworzył niezapominane trio, pierwsze swoje piłkarskie kroki stawiał, grając typowe mecze ulica na ulicę, czy osiedle na osiedle. Gerard w swoich wspomnieniach Od szmacianki do olimpiady, które były publikowane w latach 40. na łamach „Sportu”, przyznawał, że nie pamięta, kiedy po raz pierwszy miał kontakt z piłką. Z pewnością należał jednak do drużyny z ulicy Św. Jadwigi, a ich największym rywalem był zespół „Bloków”. W wielu zaciętych spotkaniach tych ulicznych klubów wykuwały się charaktery późniejszych reprezentantów Polski. Razem z Wodarzem swoje umiejętności podnosili wtedy m.in. Teodor Peterek czy Karol Dziwisz. Kto wie, jak potoczyłyby się losy przyszłych reprezentantów, gdyby nie pewien nauczyciel. Zainteresował się on pasją swoich podopiecznych i pomógł im zorganizować mecze na hałdzie Kalina. Nawierzchnia boiska była żużlowo – piaskowa, a dodatkowo pokryta popiołem. Kiedy rozgrywał tam swoje mecze Ruch, to tak się kurzyło, że w przerwie straż pożarna polewała płytę wodą. Młodym chłopakom to jednak nie przeszkadzało. Często wracali do domów z pozdzieranymi kolanami czy rękami, ale cieszyli się, że mieli gdzie grać. Pedagog zadbał również o piłkę. Wodarz z towarzyszami nie musieli już grać szmacianką lub taką o mniejszych rozmiarach, ale jak to określił sam piłkarz oryginalną „kulą”. ,,Była ona co prawda trochę jajowata, ale to nie przeszkadzało wówczas w grze” – wspominał Gerard. Wodarz przyszedł na świat 10 sierpnia 1913 r. w ówczesnym Bismarckhütte. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, miejscowość przemianowano na Wielkie Hajduki. Największym i najsilniejszym klubem w okolicy był Ruch. Gra w tym zespole była marzeniem każdego młodego hajduczanina uganiającego się za piłką. Podobnie było z naszym bohaterem. Wodarz dołączył do juniorskiej drużyny Ruchu w wieku 12 lat. Dwa lata później, czyli w roku 1927 doszło do rozłamu w hajduckiej drużynie. Zawodnicy drużyny rezerw opuścili klub i założyli własny, który nazwali Haller. Wywołało to konieczność utworzenia nowej drużyny rezerwy w Ruchu z dotychczasowych juniorów. W ten sposób mając zaledwie lat czternaście, dostałem się już do rezerwy, gdzie grałem tak jak dziś zawsze na lewym skrzydle, gdyż jestem „mańkutem” – opowiadał Wodarz na łamach „Sportu”. Na zapleczu pierwszej drużyny nie spędził jednak zbyt wiele czasu. W rezerwach prezentował się na tyle dobrze, że już wkrótce dostał szansę debiutu w podstawowym składzie. Pewnej niedzieli przed południem – w tym roku po przydzieleniu do rezerwy – podszedł do mnie w kościele pracownik 1-szej drużyny, oświadczając, iż szuka mnie. Mam natychmiast jechać do Bielska, gdzie Ruch grał, gdyż ich lewoskrzydłowy zachorował. Pojechałem tam jak stałem. Nosiłem jeszcze wówczas krótkie spodnie i koszulę z wyłożonym kołnierzem. Graliśmy z BTS. Pojawienie się moje na boisku w Bielsku wywołało złośliwe uwagi tamtejszych kibiców pod adresem „chłopaczka”. Wkrótce jednak po rozpoczęciu się meczu i strzeleniu przeze mnie nieczęsto widzianej bramki z odległości 30 metrów, zwolennicy tamtejszego Klubu zmienili zdanie: nabrali szacunku dla moich umiejętności. Partnerem moim był wówczas starszy o 10 lat, lecz niższy Sobocik. Słuchałem go jak ojca, on to kierował mną w akcji – opisywał Wodarz swój pierwszy mecz w Ruchu we wspomnieniach „Od szmacianki do olimpiady”. Od czasu tamtego meczu powoli, ale systematycznie robił postępy. Ciężko pracował na treningach i dzięki swojemu zaangażowaniu wkrótce na stałe dołączył do pierwszej drużyny. W cytowanych już wspomnieniach opowiadał o wyjazdowym meczu we Lwowie. W czerwcu 1929 r. Ruch mierzył się z miejscową Pogonią z Kucharem w składzie. Wodarz pojechał tam jako rezerwowy, ale co ciekawe nie jako lewoskrzydłowy. Wystawiono mnie jako rezerwowego bramkarza, gdyż zasadniczo zabrano mnie, abym widział jak lwowiacy grają. Przebrać się przebrałem i stanąłem za bramką, ale jak zobaczyłem tempo gry, to ze strachu serce biło mi jak oszalałe i prosiłem Boga, abym nie musiał czasem bramkarza zastąpić – wspominał. Widoczne jego modlitwy zostały wysłuchane, bo mimo ostrej gry i faktu, że Ruch kończył w dziewiątkę, pierwszy bramkarz wytrwał na posterunku. Niebiescy wygrali 4:3, co było sporą niespodzianką, bo plasowali się wtedy raczej w dolnych rejonach tabeli. Niespełna miesiąc później Wodarz zaliczył swój pierwszy mecz w lidze. 7 lipca na boisku AKS-u w Królewskiej Hucie, Ruch podejmował Warszawiankę. Przed rozpoczęciem spotkania okazało się, że przybyło tylko dziesięciu graczy podstawowego składu – zabrakło Pawła Buchwalda. Jego miejsce na łączniku zajął Karol Frost, który zwykle grał na lewym skrzydle. W ten sposób otworzyła się szansa dla Gerarda. Przepisy stanowiły wtedy, że minimalny wiek dla ligowca to 16 lat. Wodarzowi brakowało kilku tygodni, ale działacze postanowili zaryzykować. W ten sposób nastolatek zaczął pisać nowy rozdział w swojej karierze. W tym samym roku Wodarz razem z Ruchem pojechał na dwutygodniowy turniej do Gdańska. Był to jego pierwszy tak daleki wyjazd. Na razie powoli wchodził do zespołu, ale już w następnym roku miał stać się podstawowym zawodnikiem drużyny. Jako jedyny(!) wystąpił wtedy we wszystkich ligowych meczach i to w wieku tylko 17 lat. 25 maja 1930 r. młody lewoskrzydłowy po raz pierwszy wpisał się do protokołu meczowego, strzelając drugą bramkę w wygranym 2:1 meczu z warszawską Polonią. Stał się tym samym najmłodszym strzelcem bramki w polskiej lidze. Jedynie podkreślić należy grę młodego lewoskrzydłowego Wodarza, który staje się bardzo wydatną podporą ligowej drużyny – chwalono występ Gerarda w Przeglądzie Sportowym z 28 maja 1930 r. Wodarz coraz lepiej spisywał się w lidze. To on najczęściej swoimi podaniami czy dośrodkowaniami otwierał kolegom drogę do bramki lub sam je zdobywał. Zarówno w 1931 r., jak i w 1932 nie opuścił żadnego ligowego spotkania. Jeśli w relacjach prasowych kogoś wyróżniano, to najczęściej był to właśnie Wodarz do spółki z Peterkiem. Dobre występy jednostek nie szły w parze z formą całej drużyny, choć w porównaniu do poprzednich sezonów Ruch piął się w górę. W połowie kwietnia 1931 r. hajduccy piłkarze po raz pierwszy nawet liderowali tabeli. Do podium dalej było jednak daleko, a fakt, że z powodów finansowych klub ciągle musiał sobie radzić bez trenera, na pewno nie pomagał w rywalizacji. Dobre występy Wodarza w lidze nie przeszły niezauważone. Postępy, jakie czynił, zapewniły mu miejsce w reprezentacji okręgu. Wkrótce zwrócił też na siebie uwagę Józefa Kałuży. Kapitan związkowy PZPN zdecydował się powołać młodego zawodnika na towarzyskie spotkanie z Rumunią. Nasi ówcześni sąsiedzi należeli wtedy do europejskiej czołówki. Dobrze radzili sobie w Pucharze Bałkańskim. Byli też równorzędnym rywalem dla tak renomowanych ekip jak: Węgry, Austria czy Czechosłowacja. 2 października 1932 w Bukareszcie górą byli jednak Polacy. Drużyna nasza wygrała wtedy 5:0, ale spotkanie należało mimo wysokiego wyniku do trudnych. Temperatura wynosiła 42oC. Każdy może sobie wyobrazić, jak się gracze pocili. Ja, 18-letni młodzieniec wówczas, miałem do pokonania prócz tych 42 stopni, jeszcze swą „gorączkę” pierwszego oficjalnego występu w reprezentacji Polski – opowiadał po latach o swoim pierwszym meczu w kadrze. W momencie debiutu miał 19 lat i 53 dni. Przed nim koszulkę z białym orłem na piersi zakładało tylko dwóch młodszych graczy. Zaprezentował się na tyle dobrze, że znalazło się dla niego miejsce w zbliżającym się wyjeździe kadry do Włoch. Polska miała zagrać tam trzy oficjalne spotkania, ale skończyło się tylko na dwóch i to nieoficjalnych. Nieznane są przyczyny odwołania oficjalnego charakteru spotkań, ale wiadomo, że przyjęto nas z najwyższymi honorami. Przed oboma spotkaniami odegrano hymny gospodarzy i gości, a także zaproszono neutralnych sędziów. Polacy jednak dwa razy przegrali. W spotkaniu rozgrywanym w Neapolu z reprezentacją Włoch środkowo-południowych było 0:3 a w drugim, które odbyło się w Genui z zespołem północno-zachodnich Włoch aż 1:5. Naszym zawodnikom brakowało szybkości i mieli problemy z utrzymaniem narzuconego tempa. Na dodatek Włosi już wtedy nie przebierali w środkach, co w pierwszym starciu skończyło się dwiema kontuzjami Polaków. Również sędziowie, zwłaszcza w spotkaniu w Genui mogli się spisać lepiej. Za ewidentną rękę nie został podyktowany rzut karny. Prasa włoska jednak zauważała, że Polacy byli lepszym zespołem, niż zakładano. Wygranie meczu na gorącym nie tylko z powodu słońca terenie nie było łatwym, jak o tym prócz nas przekonało się wiele innych drużyn. Przegraliśmy – wspominał Wodarz. W 1933 r. w Ruchu doszło do wielu zmian. Powołano specjalny komitet, którego zdaniem miało być pozyskanie sponsorów klubu. Wybór padł na Hutę Bismarcka. Prezesem klubu został Wilhelm Blacha. Był zdania, że drużynę trzeba budować na lata i opierać ją na zawodnikach pochodzących z Górnego Śląska. Zmiany zaszły również w lidze. Rywalizowano w dwóch grupach – wschodniej i zachodniej. Trzy najlepsze drużyny z każdej z nich w drugiej części sezonu toczyły bój o mistrzostwo. Również w drużynie doszło do przetasowania. Niektórzy zakończyli kariery, inni zmienili barwy klubowe. Już w poprzedniej kampanii ligowej zaistniał 19-letni Edmund Giemza, wkrótce do pierwszej drużyny dołączył też wychowanek Alfred Gwoźdź. To właśnie ci dwaj panowie oraz Teodor Peterek okażą się na koniec sezonu najlepszymi strzelcami klubu.
Nie byłoby jednak ich bramek bez znakomitych podań Wodarza. Już w pierwszym meczu piłkarze pokazali, że będą liczącą się siłą, rozbijając 6:0 krakowską Garbarnię. Drużyna Ruchu przedstawiała się jako całość bardzo dobrze, tak pod względem technicznym, jak i taktycznym oraz kondycji fizycznej. Na pierwszy plan wysunął się bezapelacyjnie Wodarz, który bodajże nigdy jeszcze nie był w tak świetnej formie – relacjonował „Przegląd Sportowy” z 5 kwietnia 1933 r. Ruch w grupie grał z drużynami krakowskimi – Podgórzem, Garbarnią, Wisłą i Cracovią oraz z poznańską Wartą. Cracovia broniła tytułu, ale w starciu z hajducką drużyną była bez szans. Niebiescy wygrali aż 4:1. Poważnie zasygnalizowali chęć walki o tytuł. W relacjach prasowych znowu wychwalano lewoskrzydłowego Ruchu: ,,Na czoło wybija się bezapelacyjnie Wodarz, gracz wybitnie inteligentny, dysponujący doskonałą techniką, dużą ambicją, świetnymi dośrodkowaniami i bardzo niebezpiecznym strzałem” – chwalono go w „Przeglądzie Sportowym” z 31 maja 1933 r. Ciągle zbierał pochwały. Był prawdziwym motorem napędowym drużyny. Pierwszy ligowy tytuł Ruch zapewnił sobie po wyjazdowym zwycięstwie w ostatniej kolejce ligowej nad Cracovią. Co ciekawe sympatia krakowskich kibiców w dużej mierze była po stronie gości, bo ich wygrana oznaczała brak tytułu dla lwowskiej Pogoni. O ile mistrzowski tytuł w 1933 r. był dla wielu zaskoczeniem, o tyle rok później jego obrona była już piłkarskim kunsztem. Rozgrywki toczono „normalnie”, czyli 12 drużyn rywalizowało w jednej grupie. Ruch przegrał tylko dwa spotkania. Hajduczanie strzelili w 22 meczach 90 bramek, czyli prawie dwa razy więcej niż druga w tabeli Cracovia! Do zespołu dołączył Wilimowski. On sam zdobył 33 gole, Peterek dorzucił 28, a Wodarz kolejne 10, a gdyby tylko w tamtych czasach liczono asysty… byłby królem tej statystyki. Z takim atakiem musieli wygrać ligę. Sukces powtórzyli w dwóch kolejnych sezonach, choć już bez tak znaczącej przewagi. Na początku grudnia 1934 r. na Śląsk przyjechał wielki Bayern. Niemcy brali udział w turnieju, w którym uczestniczyły jeszcze zespoły Cracovii, Garbarni i Ruchu. Gospodarzem byli Niebiescy. Szkoda, że organizatorzy nie postarali się, żeby mistrz Polski spotkał się z Bayernem dopiero w finale. Oba zespoły starły się już w półfinale, gdzie po dość wyrównanym meczu górą byli goście. Pokonali oni Ruch lepszą organizacją gry i skutecznością. Wodarz znalazł się wśród wyróżniających się graczy Jako jeden z nielicznych starał się jakoś zapanować nad chaotycznymi atakami hajduczan. Na przełomie roku Ruch udał się do Monachium na rewanż. Po kolejnym wyrównanym pojedynku wygrali tym razem Niebiescy. Prasa niemiecka była pod wrażeniem wyszkolenia technicznego i bardzo dobrej taktyki. Podkreślali lepszy start do piłki gości z Polski i ofiarność piłkarzy. Na uroczystej kolacji były przemówienia na cześć zawodników Ruchu i pamiątkowe prezenty. Monachijczycy dostali statuetkę z węgla, a sami przekazali Polakom kufle. Drugi mecz na niemieckiej ziemi zaplanowano na 2 stycznia 1935 r. Ruch miał się zmierzyć z VfB Stuttgart. Pierwszy kwadrans spotkania nie był udany, bo gospodarze prowadzili już 2:0. Wtedy jednak piłkarze Ruchu wzięli się ostro do roboty, strzelili pięć bramek i na przerwę schodzili ze znaczną przewagą. Ruch grał świetne zawody, piłka krążyła jak po sznurku, a zawodnicy starali się kontrolować grę. W drugiej połowie dało o sobie znać zmęczenie i fatalna jakość boiska, wskutek czego gospodarze zdołali strzelić dwie bramki. To było jednak wszystko, na co ich było stać. Atak Ruchu był w stosunku do Monachium nie do poznania. Kombinacyjnie celujący, świetnie dysponowany strzałowo i w doskonałej kondycji fizycznej. Trudno kogoś wyróżnić, bo wszyscy pracowali się bez zarzutu. Jeśli decydujemy się na skrzydłowych, to dlatego, że zdobyli się oni na największy kontrast w stosunku do Monachium. Wodarz był długimi okresami najlepszym graczem na boisku, grał uważnie i miał szczęście w strzelaniu – czytamy w „Przeglądzie Sportowym” z 5 stycznia 1935 r. Trzy gole strzelił Wilimowski, a dwa Wodarz. W nagrodę obaj zawodnicy zostali wyróżnieni przez PZPN srebrnymi odznakami za godną obronę barw Polski w spotkaniach międzypaństwowych. Za kilkanaście miesięcy Polska weźmie udział w igrzyskach w Berlinie ale na niemieckich boiskach zaprezentuje się tylko jeden z tych wspaniałych piłkarzy.
7
Pamiętajmy! To był najwybitniejszy skrzydłowy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
9
Ostatnie pożegnanie katalońskiej osobistości:
10 sierpnia 2007 r. odbył się pogrzeb Nicolau Casausa. Casaus był wiceprezydentem FC Barcelony w latach 1978-2003. W 1939 r. aresztowano go za bycie ,,czerwonym separatystą” i pięć lat spędził w więzieniu, w tym 72 dni w celi śmierci za poglądy, które przedstawiał w magazynie ,, Horitzons”. Gdy wypuszczono go z więzienia na dworcu w Igualadzie powitali go policjanci, którzy w drwiący sposób nazywali go ,,Burmistrzem Igualady”. W latach 40-tych dzięki pomocy swojego przyjaciela słynnego Josepa Samitiera założył firme tekstylną. W 1948 r. został socio FC Barcelony i zaczął piąć się po szczeblach kariery w klubie. W latach 1961-77 znajdował się w opozycji wobec urzędujących prezydentów a w 1978 r. po przegranych wyborach dał się przekonać Nuñezowi i został jego zastępcą, mimo że wcześniej odrzucał taką możliwość. Jego głównym terenem zajęć stał się departament penyi. W czasie jego 25-letnich rządów liczba oficjalnych klubów kibica wzrosła z 60 do ponad 1,5 tysiąca a w 1999 r. na spotkaniu penyi podarowano mu jego popiersie z brązu, które obecnie znajduje się w klubowym muzeum.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
11
Żywe legendy włoskiego futbolu:
9 sierpnia 1973 r. w Piacenzie urodził się Filippo Inzaghi. W klubie z tego miasta rozpoczął piłkarską karierę w sezonie 1991/92, po czym na rok wypożyczony został do trzecioligowego Leffe. Następnie występował w Veronie i ponownie w Piacenzy. W 1995 roku trafił do Parmy, w barwach której zadebiutował w Serie A. Najczęściej jednak zajmował miejsce na ławce rezerwowych, skąd przyglądał się poczynaniom Zoli i Stoiczkowa. Rozegrał zaledwie 15 spotkań strzelając dwie bramki. Latem 1996 roku wypożyczono go do Atalanty Bergamo. To posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę i dla klubu z Lombardii i dla samego snajpera. W barwach Atalanty rozegrał 33 spotkania (nie zagrał tylko w jednym meczu), strzelając 24 gole. Latem 1997 roku transfer Inzaghiego do Juventusu nie stanowił więc niespodzianki. Bądź co bądź, mistrzowie Włoch kupowali z Atalanty Bergamo piłkarza, który z 24 golami na koncie został królem ligowych strzelców sezonu 1996/97. Działacze Bianconerich każdą bramkę wycenili na pół miliona dolarów. Inzaghi podpisał pięcioletni kontrakt i zarabiał na tamtą chwilę 1,2 miliona dolarów rocznie. Jak sam powiedział: “Gra w Juventusie to spełnienie moich marzeń“. Już w swym pierwszym sezonie spędzonym w Juve grał u boku wielkiego Alessandro Del Piero. Mimo wzajemnej niechęci, która była tajemnica poliszynela, na boisku stworzyli znakomity duet, którego Lippiemu mógł pozazdrościć każdy trener. We dwóch strzelili 39 goli. Mniej bramek niż ta dwójka zdobyli wszyscy piłkarze siedmiu drużyn Serie A, w tym słynnego Milanu. Mimo tak udanego sezonu w Juventusie, w okresie letniego mercato spekulowano, że Inzaghi może przejść do Romy. Miało się tak stać z chwilą sfinalizowania rozmów Juve z Christianem Vierim. Do tego jednak nie doszło. Vieri ostatecznie odszedł do Lazio, a Filippo Inzaghi, ku uciesze wielu fanów, pozostał na Stadio Delle Alpi. Tym samym złamał pewną regułę. Do tej pory od czasu wkroczenia w wiek seniorski co roku zmieniał klubowe barwy.
Zaraz po przyjściu do Juve, Inzaghi święcił swój pierwszy triumf. Był to Superpuchar Włoch rozegrany w 1997 r. Rywalem była Vicenza. Bianconeri wygrali ten mecz 3-0, a autorem dwóch goli był nie kto inny, jak sam Inzaghi (trzecią bramkę dołożył Conte). Kolejny sukces przyszedł za niedługo, bo już w pierwszym sezonie w nowych barwach. Wtedy to Juventus zdominował rywali i zdobył swe 25. scudetto. Jak się jednak później okazało, był to ostatni taki sukces bramkostrzelnego napastnika w barwach Juve. Mógł odczuwać niedosyt, lecz nie z powodu swojej postawy, co z braku większych osiągnięć, w końcu w Turynie spędził 4 lata. W sezonie 1998/1999 Inzaghi nie zawiódł strzelając 12 goli w 28 meczach. Wszystko ułożyłoby się zapewne lepiej, gdyby nie koszmarna kontuzja Del Piero, tuż na początku sezonu. W ostateczności klub z Turynu zakończył ligowe rozgrywki dopiero na 7. miejscu. Również w Lidze Mistrzów Pippo spisywał się na miarę oczekiwań. Otarł się nawet o wielki finał, jednak ostatecznie Juve musiał uznać w półfinale wyższość Manchesteru United. W sezonach 1999/2000 i 2000/2001 wszystko zdawało się wrócić do normy. Inzaghi zachwycał i robił to co do niego należało – strzelał bramki. Zdobył ich odpowiednio 15 i 11. Na niewiele się to zdało, ponieważ Juve dwa razy kończyło rozgrywki ligowe jako wicemistrz. Również w Europie turyński zespół nie zachwycał. Wygrał mało prestiżowe rozgrywki Pucharu Intertotto, by później szybko odpaść z Pucharu UEFA. Sezon później (2000/2001) Juve już w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów pożegnało się z rozgrywkami. Inzaghi zdobył 5 goli z 9 strzelonych przez Juve. W meczu z Hamburgerem udało mu się nawet ustrzelić hat-tricka. Już wtedy Filippo Inzaghi czuł na plecach oddech Davida Trezegueta. Jeśli obawiał się o miejsce w podstawowej jedenastce to miał rację, bo działacze Juve zdecydowali się sprzedać Włocha, by zrobić przestrzeń dla kupionego po Euro 2000 Francuza. W 2001 roku Filippo Inzaghi opuścił Turyn przenosząc się do Milanu za 38 milionów dolarów. Szybko się tam zaaklimatyzował i zdobywał dla nowego klubu mnóstwo bramek. W 2007 roku stał się bohaterem całego Mediolanu, gdy jego dwie bramki w finale z Liverpoolem zapewniły Rossonerim wygraną w Lidze Mistrzów. Ogółem w Milanie grał aż do 2012 roku i w 300 meczach strzelił 126 bramki. Regularnie powoływany do reprezentacji Włoch, w Squadra Azzurra wystąpił trzy razy w finałach mistrzostw świata (1998, 2002, 2006 – na tych ostatnich zdobył złoty medal) oraz na Euro 2000, skąd przywiózł srebro. Podczas 4 sezonów spędzonych na Delle Alpi, Superpippo rozegrał w barwach Juventusu 167 meczy zdobywając aż 91 goli. Bilans naprawdę imponujący, a samego piłkarza na pewno nigdy nie zapomni żaden kibic Juve z tamtych czasów. Po zakończeniu w 2012 roku kariery piłkarskiej Inzaghi postanowił spróbować swoich sił jako trener. Zaczynał od młodzieżowych drużyn Milanu, by w czerwcu 2014 roku zadebiutować w Serie A w nowej roli – trenera Rossonerich. Po pierwszym sezonie został jednak przez klub zwolniony ze względu na niezadowalające wyniki. Poźniej trenował drużynę Venezii, z którą najpierw awansował do Serie B, by sezon później dopiero w play-offach przegrać awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następnie bez większych sukcesów zasiadał na ławce Bologni, Benevento, Brescii i Regginy. Od października 2023 r. prowadził Salernitane, lecz w lutym tego roku został zwolniony. Od niedawna, gdyż od początku lipca został nowym trenerem Pisy, występującej na zapleczu Serie A.
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
12
Polskie kluby w Champions League(eliminacje):
9 sierpnia 2005 r. Wisła Kraków pokonała u siebie Panathinaikos Ateny 3:1 w pierwszym meczu el. Ligi Mistrzów. Dwa kroki do piłkarskiego nieba. Tyle trzeba było zrobić, aby w sezonie 2005/2006 zagrać w Lidze Mistrzów, bo tym razem najlepszy polski zespół rozpoczął kwalifikacje dopiero od trzeciej rundy. Do tego rywal, na którego trafiła krakowska Wisła, był w jej zasięgu. Wprawdzie w składzie Panathinaikosu nie brakowało znanych piłkarzy, z Brazylijczykiem Flávio Conceição, Chorwatem Igorem Bišćanem i Emmanuelem Olisadebe na czele ale w drużynie Białej Gwiazdy( nomen omen) gwiazd też była cała konstelacja. Mecz pod Wawelem nie zaczął się dla nas najlepiej, bo „Emsi” już w 4. minucie przypomniał polskim kibicom o swoich snajperskich umiejętnościach. Na tego gola szybko jednak odpowiedział Paweł Brożek a w drugiej połowie gospodarze powiększyli przewagę do dwóch goli autorstwa Kalu Uche i Tomasza Frankowskiego. Awans był na wyciągnięcie ręki...
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
4
Po co nam nietrafione transfery jak mamy genialną szkółke!? Po co nam drogie transfery jak mamy Fermina Lopeza! Fermin Lopez? Przecież on ma cechy rasowego napastnika, ba! on nawet może grać jako środkowy napastnik!
Panie Robercie, z całym szacunkiem ale pana czas już przemija(jeśli już nie przeminął)...
A kim jest Alex Baena? On chyba też mógłby u ,,nas" grać...
12
Skromna zaliczka:
9 sierpnia 1995 r. Legia Warszawa pokonała IFK Göteborg 1:0 po golu Jerzego Podbrożnego w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Pierwszy krok do raju. Od reformy Pucharu Europy i powołania Champions League w 1992 roku mistrz Polski po raz czwarty próbował zameldować się w fazie grupowej najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek. Po dwóch nieudanych próbach Lecha Poznań, swoje drugie podejście rozpoczynała Legia. Rok wcześniej warszawianie odebrali srogą lekcję od Hajduka Split. Teraz los na ich drodze postawił równie silnego mistrza Szwecji. IFK Göteborg to ćwierćfinalista poprzedniej edycji, który po dwóch remisach tylko bilansem bramek ustąpił Bayernowi Monachium. W konfrontacji z ekipą opartą na reprezentantach Szwecji (brązowych medalistach mundialu 1994) legioniści z pewnością nie byli faworytami. Podjęli jednak rękawice i przed własną publicznością wywalczyli skromną zaliczkę przed rewanżem.
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360