8

Legendy polskiego futbolu:

3 stycznia 1940 r. w Otmęcie urodził się Bernard Blaut. Na zewnątrz mógł sprawiać wrażenie spokojnego, czasami wręcz flegmatycznego, ale ci, którzy z nim grali, mówili, że miał cechy dyktatora. Był jednym z czołowych defensywnych pomocników w Europie. Świetnie potrafił organizować grę, a po boisku poruszał się z wielką gracją. Przygodę z piłką rozpoczął dzięki rodzicom, którzy byli mocno zaangażowani w działalność klubu Strzała w Gogolinie. To tam stawiał pierwsze piłkarskie kroki, ale szybko poznano się na jego talencie i wkrótce trafił do opolskiej Odry. Po trzech latach zdolny pomocnik zasilił szeregi warszawskiej Legii. W stolicy udowodnił swoją klasę i szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Miał niesamowitą wydolność, dzięki czemu mógł biegać po całym boisku i w razie potrzeby wspierać kolegów w ataku lub w obronie. Z czasem dorobił się w Legii funkcji kapitana zespołu. Był starszy od większości kolegów, którzy nazywali go Dziadkiem. Kiedy trener Jaroslav Vejvoda, chciał chodzącego swoimi ścieżkami Deynę wyrzucić z drużyny, to właśnie Blaut, wraz z grupą starszych zawodników, ujęli się za młodym zawodnikiem. W Legii spędził 12 sezonów, w których trakcie dwukrotnie zdobył puchar Polski (1964 i 1966) i dwukrotnie mistrzostwo Polski (1969 i 1970). W kadrze zadebiutował jeszcze jako zawodnik Odry w 1960 r. Łącznie rozegrał w narodowych barwach 36 spotkań i strzelił trzy gole. Kiedy polska reprezentacja pod wodzą Kazimierza Górskiego wkraczała na salony, Blaut był nękany kontuzjami. Głównie dlatego nie pojechał na igrzyska do Monachium. Po zakończeniu czynnej kariery zawodniczej zajął się trenerką. Był współpracownikiem czterech kolejnych selekcjonerów. Kazimierza Górskiego wspierał w Montrealu a Jacek Gmoch uczynił go odpowiedzialnym za bank informacji. Pomagał Ryszardowi Kuleszy i Antoniemu Piechniczkowi. Pracował też w Tunezji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W Reprezentacji rozegrał 36 meczów, strzelając 3 gole

@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

0

@escarabajo Aha, Piątek, ten patałach.... Ech...

0

@Oskar00 Kto? Co!? bo nie panimaju...!

0

O prosze! To dzisiaj Valencia podejmuje Real Madrid i jednocześnie grany jest Puchar Króla? A to ciekawe że w piątek takie coś...?
O! i jeszcze do tego Juventus z Milanem w Superpucharze, no no no
I to wszystko w piątek...!

9

Kultywowanie wartości klubowych:

Na początku 1982 r. za prezydentury Josepa lluisa Nuñeza klub nabył na własność obiekt znajdujący się w dzielnicy Sant Andreu. Był to sportowy kompleks, na który składało się boisko przystosowane do gry w piłke wraz z trybunami, boisko do uprawiania innych sportów, basen oraz kilka ogrodów. Operacja była wydatkiem rzędu 96,540,375 peset, które klub zapłacił właścicielom czyli firmie włókienniczej ,,Companyia Anonima Filatures de Fabra i Coats”, powstałej w 1903 r. Boisko kupione przez FC Barcelone, znajdujące się między ,,Passeig de Fabra” i ulicą Dublin miało 93 metry długości i 54 szerokości. Na trybunach mieściło się 4700 widzów, z czego 800 miało miejsca siedzące. Był to plac, na którym grała drużyna CE Fabra i Coats utworzona w 1922 r. jako CE Filatures z inicjatywy firmy włókienniczej. W 1953 r. zmieniła nazwe ale zachowała pionowe biało-czarne pasy na koszulkach. Jeszcze jako CE Fabra i Coats w sezonie 1962/63 walczyła o awans do Segunda Division. Niedługo potem w 1965 r. przemianowała się na Atletic Catalunya Club de Futbol i rozpoczęła współprace z Barçą, dlatego też od tamtej pory występowała w strojach ,,Blaugrana”. Przed nabyciem boiska ,,Fabra i Coats” FC Barcelona płaciła za wynajem ażeby drużyny juniorskie i młodzieżowe mogły rozgrywać swoje mecze. Wśród tych zespołów była Barcelona Atletic, która grała tutaj w latach 1970-1982, czyli do chwili, gdy zbudowano ,,Miniestadi”. Pozostałe drużyny juniorskie korzystały z tego boiska aż do lat 90-tych. Później zarząd klubu z Nuñezem na czele postanowił sprzedać w dwóch fazach obiekt ,,Klubowi Pływackiemu Sant Andreu” założonemu w 1971 r. przez pracowników fabryki ,,Fabra i Coats”. Dzięki tej operacji Barça zarobiła 198 milionów peset. Na kupionych terenach klub z Sant Andreu zbudował obiekt sportowy dla swoich członków a boisko wraz z trybunami zostało zburzone aby w tym miejscu mógł stanąć basen olimpijski. Niezależnie od przeszłości obiektu sportowego, w 1995 r. budynek fabryki włókienniczej sąsiedzi z Sant Andreu zamienili w Centrum Kulturalne.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

11

Legendarni snajperzy, wybitne postacie FC Barcelony:

3 stycznia 1904 r. FC Barcelona gromi w 7 kolejce Mistrzostw Katalonii zespół FC Sant Gervasi 10:0! Hattrickiem w tym meczu popisuje się legendarny Katalończyk Roma Forns, jednak jeszcze większego wyczynu dokonuje również legendarny Katalończyk Carles Comamala, który strzela w tym meczu aż 5 goli! Ostatecznie jednak Duma Katalonii zajęła w mistrzostwach dopiero 4 miejsce ale za to królem strzelców został wspomniany właśnie Comamala z dorobkiem 15 goli. Wówczas Comamala, obok Gampera i Romy Fornsa był jednym z najlepszych napastników w Hiszpanii.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

12

,,La Manita" Wilimowskiego:

Jeszcze nie wybrzmiały Sylwestrowy fajerwerki, jeszcze świat nie począł toczyć ,, koła historii" Anno Domini 1938 a piłkarze Ruchu Hajduki Wielkie już wybiegli na zaśnieżone boisko by w ponad 13-stopniowym mrozie zmierzyć się z rywalem zza miedzy- AKS-em Chorzów w meczu towarzyskim. Ekipa z Chorzowa w roku 1937 ,, urosła" do poziomu ligowego potentata i w tabeli końcowej sezonu wyprzedziła ,, Niebieskich", zdobywając tytuł wicemistrza polski. Hegemonia ruchu została przerwana. W ostatnich zawodach AKS zwyciężył w ruch, to też miał nastąpić dawno oczekiwany rewanż ze strony byłego Mistrza Polski, który miał udowodnić że jego ostatnie porażki z Naprzodem i AKS były tylko dziełem przypadku względnie słabego zestawienia całej drużyny mecz pomiędzy wielkimi rywalami zaplanowano na niedzielę o godzinie 14 :00 na stadionie w wielkich hajdukach. ,, Przegląd Sportowy" informował iż gruba warstwa śniegu nie tylko nie odstraszyła graczy ale nawet widzów, którzy zjawili się w ilości około 5000 i brali żywy udział w zawodach. ,, Udział" widowni udzielił się zresztą najdobitniej AKS w wynikłej zaraz po meczu bójce. Ruch wziął więc bezpardonowy rewanż nad swym sąsiadem. Pomimo licznych argumentów a przede wszystkim słabego sędziego różnica trzech goli jest jednak sprawiedliwym wykładnikiem sił. Aparat Hajduczan pracował jak zegarek najprzedniejszej konstrukcji. ,, Niebiescy" w tym meczu zagrali w następującym składzie: Brom, Giemsa, Czempisz, Panchyż, Nowakowski, Dziwisz, Przecherka, Skóra, Peterek, Wilimowski i Wodarz. Już na początku meczu w wyniku starcia z Wostalem kontuzji doznał Panchyż a w jego miejsce na boisko wszedł Henryk Mikunda. Bohaterem meczu okazał się Wilimowski, który zdobył 5 goli a pozostałe trafienia zanotował Peterek. Wynik spotkania brzmiał 7:4(3-2) dla Ruchu. Obserwatorzy oraz dziennikarze relacjonujący to spotkanie byli zgodni co do tego iż był to wielki mecz ,, Eziego", natomiast cichym bohaterem był Mikunda, który wyszedł z ławki rezerwowych a swoją nadspodziewanie dobrą postawą na boisku miał duży wkład w końcowy sukces drużyny. Co ciekawe, Ernest Wilimowski trzy dni wcześniej jako lider drugiego ataku hokejowej reprezentacji Śląska rozegrał mecz z FTC Budapeszt na lodowisku w Katowicach. Pomimo dużej przewagi Ślązaków zakończył się on wynikiem 2:1 dla drużyny Węgierskiej. Dziennikarz ,, Polski Zachodni" pisał o grze Wilimowskiego: wysilał się na kombinację zgoła piłkarskie. Wilimowski nie zdaje sobie sprawy że podstawą hokeja jest szybkość i błyskawiczna orientacja w sytuacjach podbramkowych. Można zatem powiedzieć iż drużyna Ruchu niejako z marszu na pełnych obrotach, z impetem wkroczyła w rok 1938. Był to czas, w którym świat obserwował pożogę wojny domowej w Hiszpanii oraz ruchy na Dalekim Wschodzie między Japonią a Chinami. W Europie Środkowej coraz większym hegemonem stawała się III Rzesza pod wodzą kanclerza Adolfa Hitlera, która zaczęła stosować coraz bardziej agresywną politykę zarówno wewnętrzną, jak i międzynarodową...

@Adran360
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

7

@FCBparasiempre
2 stycznia 1900 r. w Krakowie urodził się Józef Klotz. Był synem żydowskiego szewca. Z zachowanych źródeł możemy dowiedzieć się, że był to obrońca mierzący 185 centymetrów i ważący 75 kilogramów. Pierwszym zespołem w karierze krakowskiego defensora była obecnie nieistniejąca drużyna Jutrzenki, którą tworzyli zawodnicy wyznania mojżeszowego. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że znane dzisiejszym kibicom hasło „Święta Wojna” pierwotnie odnosiło się do derbów rozgrywanych między klubem Józefa Klotza, a innym syjonistycznym zespołem – Makkabi Kraków. Dopiero z czasem te wyrażenie przerodziło się w określenie odnoszące się do meczu Cracovii z Wisłą. Stało się tak za sprawą Ludwika Gintela, który po przejściu do zespołu Pasów użył tego hasła przed rozgrywanym szlagierem z Białą Gwiazdą. Sam Klotz występował w trakcie swojej piłkarskiej przygody w dwóch klubach. W swoim pierwszym zespole występował w latach 1912-1925 i przeniósł się następnie do Makkabi Warszawa. W reprezentacji Polski rozegrał dwa spotkania– z Węgrami i Szwecją. Podróżując trasą, której stacje wyznaczają poszczególne etapy kariery krakowskiego obrońcy, przenieśmy się pamięcią do jego rodzinnego miasta, w którym było mu dane zadebiutować w koszulce z białym orzełkiem na piersi. Dużym wydarzeniem w karierze Józefa Klotza był bez wątpienia jego premierowy mecz w biało-czerwonych barwach. Kartki kalendarza wskazywały datę 14 maja 1922 roku. Polska drużyna narodowa, która występowała pierwszy raz w roli gospodarza, podejmowała tego dnia reprezentację Węgier. Skład naszej drużyny w głównej mierze opierał się na piłkarzach krakowskich klubów – byli to tak znani zawodnicy jak Ludwik Gintel, Henryk Reyman, czy Józef Kałuża. Wyjątek od reguły stanowiło dwóch zawodników – bramkarz Polonii Warszawa Jan Loth oraz legendarny Wacław Kuchar z lwowskiej Pogoni. Trenerem tamtego zespołu był Józef Lustgarten – międzynarodowy sędzia piłkarski i zawodnik, który w czasie swojej kariery występował w zespole Pasów.

W roku 1939 ówczesny szkoleniowiec został uprowadzony przez NKWD, co w konsekwencji poskutkowało jego trafieniem do stalinowskiego łagru, w którym został zmuszony spędzić długie 17 lat życia. Mecz był rozgrywany na boisku Cracovii. Warto przypomnieć, że stadion Pasów znajduje się obecnie przy ulicy upamiętniającej grającego w tamtym spotkaniu Józefa Kałużę. Miejsce, które wybrano na scenę zmagań obu zespołów stanowi ponadto najstarszą strukturę piłkarską dotychczas użytkowaną w Polsce. Licznie zgromadzeni na trybunach kibice niestety nie przynieśli szczęścia swojej reprezentacji. Już na samym początku spotkania Ludwik Gintel feralnie zaskoczył warszawskiego bramkarza i niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki. Zegar odmierzający czas wskazywał czwartą minutę gry. Nasz bohater wystąpił w tym meczu na pozycji stopera. Kiepski początek naszej drużyny podziałał uskrzydlająco na goszczących w Krakowie Węgrów. To goście przejęli inicjatywę, którą udokumentowali następnymi bramkami. Dzieła zniszczenia dokonał Michaly Solti, który zdobył w trakcie tego spotkania jeszcze dwa gole. Polska poniosła dotkliwą porażkę i w kiepskim stylu przegrała 0-3. Józef Klotz, podobnie jak cały zespół nie mógł być zadowolony z tamtego występu. Podopieczni krakowskiego trenera musieli poczekać na swoją pierwszą oficjalną bramkę zdobytą w międzypaństwowym meczu. Był 28 dzień maja 1922 roku. Kadra Józefa Lustgartena rozgrywała tego dnia towarzyskie spotkanie w Sztokholmie. Polacy mierzyli się ze Szwedami. Biorąc pod uwagę ostatni pojedynek z Węgrami, nikt nie był pewny korzystnego wyniku, zważywszy, że mecz odbywał się na trudnym terenie stadionu olimpijskiego. Gdyby jednak znalazł się optymista, który miałby tego dnia wskazać potencjalnego strzelca gola dla Biało-czerwonych, to z pewnością postawiłby na bramkostrzelnego Wacława Kuchara. Sądzę, że przed pierwszym gwizdkiem nikomu nie przeszła przez głowę myśl, że to właśnie Józef Klotz zostanie autorem historycznej bramki.

W porównaniu do poprzedniego meczu szkoleniowiec postanowił wprowadzić do składu, aż siedmiu piłkarzy Cracovii. Nowymi zawodnikami zespołu zostali znani z krakowskich boisk- Leon Sperling, Adam Kogut i Józef Fryc. Ponadto skład został uzupełniony drugim zawodnikiem Pogoni Lwów- Józefem Garbieniem. To jednak obrońca Jutrzenki w 23. minucie spotkania podjął się wykonywania rzutu karnego, który został odgwizdany w polu karnym skandynawskiego zespołu. Oznaczało to, że zespół trenera Lustgartena stanął przed szansą strzelenia pierwszego gola w międzypaństwowym występie. Siła i precyzja uderzenia z 11 metra zaowocowała strzeleniem tak upragnionej przez polskich zawodników bramki. Warto dodać, że w 74 minucie przewagę Biało-czerwonych udokumentował jeszcze Józef Garbień. Polska pozwoliła sobie wbić jedynie jednego gola i ostatecznie wygrała na ciężkim terenie wynikiem 2-1. Pierwsze bramki i premierowe zwycięstwo kraju znad Wisły stało się faktem. Jak pokazała przyszłość – był to drugi i ostatni występ Józefa Klotza z orzełkiem na piersi. Mimo, iż właśnie w tym spotkaniu zapisał się w historii naszego futbolu jako strzelec pierwszego gola w kadrze, to nigdy później nie otrzymał szansy, by zaistnieć w niej na stałe. W 1925 roku piłkarz Jutrzenki postanowił przenieść się do zespołu Makkabi Warszawa i kto wie, jak potoczyłoby się jego dalsze życie, gdyby nie zdecydował przenieść się do stolicy…? 2 października 1940 roku w okupowanej stolicy Polski władze niemieckie zdecydowały się utworzyć największe getto dla ludności żydowskiej w całej zniewolonej przez agresora Europie. Do odizolowanego w listopadzie od reszty miasta więzienia trafili wszyscy ludzie związani z wyznaniem mojżeszowym. Tragiczny los nie oszczędził również bohatera meczu ze Szwecją. Bezwzględne jarzmo drugiej wojny światowej nie oszczędziło nikogo bez względu na dokonania i zasługi. Obrońca trafił podobnie jak inni Żydzi mieszkający w Warszawie do getta. Strzelec historycznego gola w Biało-czerwonych barwach zginął w 1941 roku za murami hitlerowskiego piekła.

10

Rekord ,,Generała”:

2 stycznia 2011 r. Xavi Hernandez wyrównał rekord Bernardo Bianquettiego(zwanego Miguelim) w ilości spotkań dla pierwszej drużyny FC Barcelony. Otóż wygrany ligowy mecz z Levante był dla niego 549 meczem w barwach Dumy Katalonii. Dokonał tego w swoim 13-tym sezonie występów. Po zakończeniu spotkania cała rodzina ,,Blaugrana” zaprezentowała baner z napisem ,,Xavi t’estimem”(co po katalońsku znaczy ,,Xavi kochamy cię”). Natomiast Migueli pojawił się na boisku z wnukiem aby pogratulować nowemu rekordziście. Xavi rozegrał 767 oficjalnych spotkań i jeszcze do niedawna dzierżył absolutny rekord pod tym względem, jednak wyprzedził go nie kto inny jak sam Messi(778 spotkań).



@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@NeroTFP1 Jakoś ciężko w to uwierzyć....

11

Barça w europejskich pucharach:

2 stycznia 1963 r. FC Barcelona przegrała na ,,Stade du Ray” w Nicei z Crveną Zvezdą Belgrad 0:1 po golu Kosticia z rzutu karnego. To był dodatkowy(de facto finałowy) mecz 1/8 Pucharu Miast Targowych, po którym Blaugrana odpadła z rozgrywek.


@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

10

Zapomniane El Clasico:

2 stycznia 1944 r. FC Barcelona pokonuje na ,,Estadio Chamartin” Real Madryt 1:0 w 13 kolejce Primera Division. Zwycięskiego gola zdobył Jose Valle Mas w 50 minucie. Po tym zwycięstwie Blaugrana zachowała 2 pozycje w tabeli tracąc jedynie 1 punkt do prowadzącej Valencii. Co ciekawe, na półmetku rozgrywek Real Madryt zajmował dopiero 8 pozycje, kończąc zmagania na miejscu siódmym. Natomiast Barça zakończyła sezon dopiero na 6 pozycji, z tą samą ilością punktów co ,,Los Blancos” a mianowicie 28 ale za to większą ilością zdobytych goli.


@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

18

Tak oto powstali ,,cules”:

2 stycznia 1916 roku przy okazji towarzyskiego meczu FC Barcelona - Athletic Bilbao, który wzbudził ogromne zainteresowanie wynikające po części z obecności słynnego baskijskiego napastnika Rafaela Moreno Aranzadiego, znanego jako ,, Pichichi" , pojawiły się pierwsze koniki. Zbijali biznes sprzedając za 5 peset wejściówki kosztujące normalnie półtorej pesety. Praktyka ta rozwinęła się gdy odpowiedzialny za boisko Manuel Torres zaczął oznaczać karnety, kiedy socios wchodzili na stadion, co spowodowało że nie mogli już rzucać ich za ogrodzenia, tak by inni kibice mogli ich użyć wchodząc bez płacenia. Kiedy stadion zapełniał się do ostatniego miejsca, tak jak na meczu z Athletikiem, gdy ponad 2000 ludzi nie dostało biletów, wielu z nich nie mogąc dopchać się na trybuny siadało na murach okalających obiekt. W ten właśnie sposób zrodził się termin cules, który od tamtej pory używany jest dla określenia sympatyków FC Barcelony, jako że siedząc na murze pokazywali tyłki pieszym przechodzącym przyległymi do stadionu ulicami.



@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

10

Wybitne postacie Blaugrany:

Dokładnie 140 lat temu urodził się Jack Greenwell, piłkarz oraz piąty w historii trener FC Barcelony. Jedenaście lat kariery piłkarskiej spędził w Crook Town, skąd w 1912 r. trafił do Barçy, w której grał do zakończenia kariery w 1916 r. Rok później prezydent Gamper zatrudnił go w roli trenera. Greenwell zadebiutował na ławce 7 lipca 1917 r. w wygranym 3:1 meczu z Club Esportiu Europa. Prowadził drużynę nieprzerwanie przez 7 lat, co jest drugim najlepszym wynikiem w historii(najdłużej pracował śp. Johan Cruyff). Przez ten okres zdobył 5 mistrzostw Katalonii i 2 Puchary Hiszpanii(La Liga jeszcze wówczas nie istniała). W 1931 r. powrócił jeszcze na 2 sezony do FC Barcelony i dołożył jeszcze mistrzostwo Katalonii.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

10

Żywe legendy futbolu:

1 stycznia 1968 r. urodził się chorwacki snajper Davor Šuker, Zdobywca Pucharu Mistrzów-1998(z Real Madryt) ; Zdobywca 3 miejsca na świecie w debiucie reprezentacji-1998 ; Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1998( z Realem Madryt) ; Mistrz Świata-1987 z reprezentacją Jugosławii U-21 oraz Król strzelców Mundialu 1998. Davor warunki fizyczne miał dobre jak na napastnika (184 cm wzrostu). Grę zaczął w NK Osijek, miejscowym klubie sportowym w 1982 roku. Jego talent odkrył trener tego zespołu Ljupko Petrovič. W 1989 roku został królem strzelców ligi jugosłowiańskiej z 18 golami na koncie. W 1990 r. podpisał pierwszy zawodowy kontrakt z NK Dinamo Zagrzeb. W tym samym roku zadebiutował w reprezentacji Chorwacji (popularna „Hrvatska”) w meczu z Rumunią, wygranym 2-0 przez Chorwację. Swojego pierwszego gola dla reprezentacji strzela w meczu z Wyspami Owczymi wygranym przez Chorwację 7-0. W 1991 r. przechodzi do FC Sevilli. W sezonie 1992/93 Davor Šuker grał w zespole z... samym „Boskim” Diego Armando Maradoną! Z tym że on grał na szpicy a Maradona za nim. Po latach Šuker powiedział że jego idolem był, jest i pozostanie Diego. Dodał też że „Maradona miał wspaniałą technikę, wizję gry, szybkość i moc strzału”. W latach 1991-1996 strzelił tam 76 goli w 153 występach i został wybrany najlepszym graczem zagranicznym w historii FC Sevilli. W 1994 roku Chorwat był drugim (po Romario) strzelcem Primera Division- zgromadził 23 gole. W 1996 roku, Davor przechodzi do Realu Madryt za 1 milion funtów! Jak powiedział, było to spełnienie jego marzeń. Gra tam z numerem 9. Już w pierwszym roku swego pobytu na Santiago Bernabeu zdobywa 24 gole. Był ważną osobą w kadrach kolejnych trenerów Realu: Juppa Heynckesa, Guusa Hiddinka i Johna Toshacka. Wielką pracę włożył w zdobycie przez Real Ligi Mistrzów w sezonie 1997/98 razem z Mijatoviciem, Seedorfem, Raulem, Hierro i innymi. Często wykonywał rzuty karne, robiąc to bezbłędnie. Z Realem wygrał też ligę hiszpańską (1997) i Puchar Interkontynentalny (1998).

Dla Królewskich zdobył łącznie 38 goli w 86 meczach, mając też dużo asyst. Na boisku zawsze walczył, nigdy się nie poddawał. Jak sam mówił jego "lewa noga działa bez zarzutu choć nad prawą musi jeszcze popracować". Gole oczywiście strzelał zarówno z prawej jak i lewej nogi. W 1998 roku miał „najlepsza lewą nogę w Europie". W 1999 roku po trzech latach pobytu w Realu odchodzi za 3.5 miliona funtów do Arsenalu Londyn. Jednak gra tam tylko rok i w 39 (w tym aż 24 jako zmiennik) grach zdobywa 11 goli. Z Arsenalu idzie do innego klubu z Londynu, popularnych „Młotów”- West Hamu. W tym klubie jednak również długo nie pograł, po roku odchodzi do TSV 1860 München. W 25 meczach dla TSV strzela 5 goli w tym swojego 200 gola strzelonego w lidze. Gra tam 2 lata (2001-2003). Z kolei w reprezentacji, jak już było wspomniane debiutuje w 1990 roku. Jest w drużynie z takimi graczami jak Robert Prosinečki czy Zvonimir Boban. Stworzyli oni drużynę, która w 1998 roku na Mundialu we Francji zdobyła brązowy medal, eliminując w meczu o trzecie miejsce Holandię 2-1 (Davor strzelił gola w 36 minucie na 2-1 i został królem strzelców tej imprezy i otrzymał Złotego Buta - miał w dorobku 6 bramek). Z kolei wcześniej w 1996 roku na EURO ‘96, "Šukerman" zdobył 3 gole w turnieju i był na drugim miejscu w kategorii strzelców ex aequo z Alanem Shearerem. Chorwacja odpadła w ćwierćfinale. Łącznie w 60 występach reprezentacyjnych strzela 43 gole (Chorwacja: 58 występów- 42 gole, Jugosławia: 2 występy- 1 gol). W 1998 roku jest najlepszym strzelcem Kwalifikacji i samych Mistrzostw Świata z dorobkiem 18 goli (prześcignął takie legendy jak Marco van Basten czy Gerd Müller- obydwaj po 16 bramek). W 2003 roku kończy piłkarską karierę: "Jestem prawie pewny, że latem tego roku chcę zakończyć piłkarską karierę, po 25 latach biegania po boiskach. Treningi w Dubaju czy gra w śniegu w Monachium nie sprawiają mi już przyjemności" - powiedział Šuker. Miał wtedy 35 lat. W 2001 roku Davor Šuker otworzył Akademie Piłkarską w Porecu- miejscowosci w północnej Chorwacji, w której kształci się przyszłych piłkarzy. W marcu 2004 roku sam Pele ogłasza że Šuker został wybrany jednym ze 125 największych żyjących graczy w historii futbolu.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

7

@FCBparasiempre
1 stycznia 1958 r. urodził się Andrzej Zgutczyński, napastnik. Z polskiej ligi do Auxerre wyjeżdżał z tytułem króla strzelców, zaraz po występie na mundialu w Meksyku. ,,Miałem 28 lat a już byłem zmęczony piłką. Czekała mnie gra w ataku z Erikiem Cantoną. Jednak czułem że nic lepszego nie będę mógł z siebie dać bo najlepszy czas jest za mną”- wspomina pan Andrzej. Nie lubi opowiadać o tym dawnym futbolu, choć ciekawych przygód miał mnóstwo. Nie zabiega by doceniano jego piłkarskie dokonania i jest szczęśliwy kiedy ma święty spokój. ,,Oczywiście nie krytykuje innych starych piłkarzy że zamierzchłą przeszłość na swój sposób celebrują ale nie widze potrzeby żebym też tak robił. Odwiedzam dawnych kumpli w ich mieszkaniach i czasem widze że mają piłkarski ,,ołtarzyk”: jakieś puchary, dyplomy, medale, zdjęcia. Nie mogę się powstrzymać: ,,Sam o to dbasz, czy ktoś musi za ciebie przecierać z kurzu? No bo kurz się na tym na pewno cały czas zbiera”. Nigdy do takich przedmiotów nie przywiązywałem nabożnej wagi. Było, minęło i nad czym tu się roztkliwiać”- konstatuje nasz bohater. Mimo iż Zgutczyński takiego miejsca w swoim domu nie ma, o gromadzenie odpowiednich eksponatów w czasie kariery nie byłoby trudno. W sezonie 1985/86 był w tak świetnej formie że w wielkim Górniku Zabrze zdobył 20 ligowych goli i został królem strzelców. To wyczyn szczególny gdyż w zabrzańskiej drużynie grali wybitnej klasy specjaliści od posyłania piłek do siatki, jak Jan Urban, Andrzej Iwan i Andrzej Pałasz a jednak ,,Zgutek” był najskuteczniejszy. Niektórzy zaznaczali że przy takiej klasie dogrywających piłkarzy nie było to dużym osiągnięciem bo wystarczyło tylko przytomnie dostawiać noge. Zgutczyński taką złośliwostke kwituje uśmiechem i wzruszeniem ramion. Świetnie odnalazł się w Zabrzu w roli łowcy goli, lecz i sam dostrzegał lepiej ustawionych kolegów. Górnik zdobył wtedy mistrzostwo Polski drugi raz z rzędu, zostawiając za plecami bardzo mocne drużyny Legii, Widzewa i Lecha. Króla strzelców docenił trener Piechniczek, zabierając go na mundial w Meksyku, choć innych wartościowych ofensywnych piłkarzy nie brakowało. Droga chłopaka z Mazur do sukcesów w Górniku, występów w reprezentacji Polski i lidze francuskiej była dosyć kręta. Z rodzinnego Ełku wyfrunął już jako osiemnastolatek. Musiało jednak minąć jeszcze sporo czasu zanim zadomowił się w ekstraklasie, choć debiut nastąpił bardzo szybko. Problem w tym iż po pierwszym meczu w elicie na następny musiał czekać ponad cztery lata! ,,Wynikało to z mojego zauroczenia Gdynią i Bałtykiem, który grał w II lidze. Trenowałem już z tym zespołem ale Mazur Ełk dogadał się na transfer z Lechem Poznań i nie był to problem, gdyż chodziło o dwa branżowe kolejowe kluby. Szkoda tylko że mnie nikt nie pytał o zdanie a ja od pierwszego dnia doskonale czułem się w Gdyni i nie miałem zamiaru przenosić się do Poznania. Za wiele nie miałem jednak do gadania a alternatywą było pozostanie w Ełku. Pojechałem więc do Lecha, lecz z negatywnym nastawieniem. Uznałem że nie będę się specjalnie przykładał aż w Kolejorzu dojdą do wniosku że takiego ,,cieniasa” nie potrzebują. W takiej sytuacji, skoro już udało się odejść z Mazura, pójde sobie do mojej do mojej wymarzonej Gdyni. To była taktyczna zagrywka. Muszę przyznać że plan się powiódł”- z wyraźną satysfakcją wyjaśnia Zgutczyński. W ekstraklasie w barwach Lecha zagrał na wyjeździe ze Stalą Rzeszów w kwietniu 1976 r. i na tym koniec. Cierpliwie czekał aż się skończy sezon i będzie mógł opuścić Poznań. W Bałtyku był plan na awans, lecz za nim udało się go zrealizować, Zgutczyński zajrzał jeszcze do Legii Warszawa. ,,Wszystko przez służbe wojskową, którą zacząłem w Gdyni. Legia chciała żebym dokończył ją w stolicy a potem został w drużynie z Łazienkowskiej na dłużej. To był czas, kiedy CWKS do wojska wziął też z Widzewa Włodka Smolarka. Byliśmy w jednej kompanii ale zwykle mieszkałem na mieście u rodziny. Po mundialu w Argentynie spotkałem się z trenerem Strejlauem. Powiedział że da mi szanse. Jednak uparcie myślałem o Bałtyku. Po odsłużeniu wojska chciałem wracać”- wspomina. Na razie jednak zanosiło się na ciekawą runde w drużynie, w której wciąż grały takie asy jak Ćmikiewicz, Deyna, Kusto czy Tadeusz Nowak. ,,Byłem przewidziany do ekipy na otwierający sezon mecz ze Śląskiem we Wrocławiu. Na gierce tuż przed wyjazdem Paweł Janas, oczywiście przypadkowo, wjechał mi wślizgiem i złamał palec u nogi. Trzeba było szybko poszukać Smolarka żeby jechał zamiast mnie. Gdy wreszcie się wyleczyłem, trener Strejlau wysłał mnie na mecz rezerw. Miałem się trochę ograć i co za traf: złamałem ręke! Uważam że nic nie dzieje się bez przyczyny bo tym bardziej mogłem wrócić do Gdyni”- zaznacza pan Andrzej. Z Bałtykiem upragniony awans wywalczył w 1980 r. Strzelił dla niego historycznego pierwszego gola na poziomie ekstraklasy. Gdynię już z własnej woli opuścił w 1983 r. Miał 25 lat i był jednym z najbardziej pożądanych napastników na wewnętrznym rynku transferowym. Pojawiła się oferta z Górnika Zabrze. ,,Nie przyszedłem do Górnika tylko Górnik przyszedł do mnie. W Bałtyku finansowo zaczynało dziać się gorzej, natomiast Górnik był coraz mocniejszy. Ważne było zdanie trenera Waldemara Obrębskiego. Znaliśmy się z kadry olimpijskiej. Gorąco polecał mi przenosiny do Zabrza. To była ogromna różnica, poczułem że podpisuje pierwszy naprawdę zawodowy kontrakt. Poziom zarobków oznaczał przeskok o kilka pięter”- przyznaje. Górnik za chwile był najlepszy w Polsce. Sprowadzono kolejnych wartościowych piłkarzy. Zespół grał ofensywnie i widowiskowo. Połowa składu występowała w reprezentacji kraju. Gdy przychodził Zgutczyński, trenerem był Zdzisław Podedworny. Potem nastąpiła era Huberta Kostki. ,, Na zgrupowaniu umiał nas przygotować w taki sposób że byliśmy w niesamowitym gazie. No i chodziło o granie do przodu, cały czas, bez względu na rywala”- zwraca uwagę pan Andrzej. Mundial w Meksyku powinien był być dla niego otwarciem nowych, międzynarodowych drzwi ale on ocenia go jako początek końca i co znamienne, już wtedy tak mu się wydawało. ,,Czułem jakby ktoś mi odciął prąd i nie chodziło tylko o zmęczenie po sezonie. Ja w ogóle powoli miałem już dość. Piłka przestawała mnie kręcić. Nie tylko granie ale nawet jej oglądanie. Pamiętam że gdy miałem 32 lata i występowałem jeszcze we Francji, wolałem patrzeć w telewizji na turniej tenisowy French Open niż na mecze mundialu we Włoszech. Sprawdzałem tylko wyniki meczów i to mi wystarczyło”- przyznaje nasz bohater. Na turnieju w Meksyku zagrał w jednym meczu, akurat w tym wygranym 1:0 z Portugalią. Zastąpił na ostatni kwadrans Włodzimierza Smolarka, który zdobył zwycięskiego gola. Po mistrzostwach został piłkarzem AJ Auxerre. We Francji wierzyli że znaleźli następcę Andrzeja Szarmacha. Pozycja na boisku, narodowość i nawet imię się zgadzały. ,,Jasno powiedziałem we francuskiej prasie żeby tak wiele sobie po mnie nie obiecywali bo Szarmach był jednym z najlepszych piłkarzy świata a ja wiedziałem że z każdym meczem uchodzi ze mnie powietrze i nie potrafiłem tego powstrzymać”. W pierwszym meczu przed miejscową publicznością zagrałem przeciwko PSG. Przegraliśmy 1:2 ale mógł być przynajmniej remis. Wyłożyłem piłke Ericowi Cantonie, lecz on walną 3 metry nad poprzeczką. Żałowałem że sam tego nie kończyłem bo gdybym trafił, może jednak inaczej potoczyła by się moja francuska historia a za chwile złapałem kontuzje, potem kolejną. Nic się nie układało”- podkreśla Zgutczyński. Spędził tam półtora roku, za jego sprawą udało się sprowadzić również z zabrzańskiego Górnika Waldemara Matysika. Zgutczyński jeden sezon spędził w drugiej lidze francuskiej. Potem grał jeszcze niżej aż wreszcie już zdecydowanie bardziej amatorsko w Szwecji, gdyż gorąco go do tego namawiał kolega z Bałtyku Gdynia Adam Walczak. Pomagał także Bałtykowi i był grającym trenerem w Raduni Stężyca, gdzie pojawił się również jego młodszy brat Dariusz, też znany niegdyś ligowiec. ,,Miałem ponad 40 lat a jeszcze kopałem piłke, co jest do mnie niepodobne ale to był już nieodwołalny koniec. Dałem sobie raz na zawsze spokój z futbolem, z pracą trenerską i dobrze mi z tym. Czasem obejrze jakiś mecz ale musi być naprawdę sensowny powód żebym dał się skusić”- kończy wywód nasz bohater.

10

Kolejne tournee po Niemczech i kolejny hattrick Wilimowskiego:

Początek roku 1937 Ruch Hajduki Wielkie spędzał w Niemczech a głównym celem wyprawy był Stuttgart. Najważniejszym rywalem czterokrotnego mistrza Polski był VFB Stuttgart, drużyna zaliczająca się do absolutnej czołówki niemieckiego futbolu. VFB w sezonie 1936/37 zwyciężył w rozgrywkach o mistrzostwo Gauliga Würtenberg, następnie już w finałach mistrzostw Niemiec okazał się lepszy od grupowych rywali: Wormatii, SV Dessau 05 i SV 06 Kassel. Dopiero w półfinale VFB musiało uznać wyższość późniejszego triumfatora tych rozgrywek Schalke 04, przegrywając 2:4. Z tego sezonu nie wyszli jednak piłkarze z Stuttgartu z pustymi rękoma i w meczu o trzecie miejsce pokonali Hamburger SV 1:0. Przed graczami z Górnego Śląska stało więc arcytrudne zadanie, tym bardziej że drużyna ze stolicy Wirtenbergii pałała rządzą odwetu za dwie poprzednie porażki z Ruchem z 1935 r. W noworoczne popołudnie jako pierwsza na murawe ,,Adolf Hitler Kampfbahn” wybiegła ekipa Ruchu w składzie: Tatuś – Giemza, Czempisz – Dziwisz, Nowakowski, Zorzycki – Malcherek, Górka, Peterek, Wilimowski i Wodarz. Wyczerpująca sylwestrowa noc nie sprzyjała chyba jednak aktywnemu noworocznemu kibicowaniu. Stadion mogący pomieścić 30 tys. widzów, odwiedziło zaledwie 5-6 tys. kibiców. Niespodzianie od pierwszych chwil meczu przewagę zdobył Ruch. Efektem było zdobycie przez ,,Eziego” już w 3 minucie prowadzenia. Wilimowski rozgrywał zresztą fenomenalny mecz. Kilkakrotnie jego efektowne zagrania oklaskiwała publiczność. Prowadzenie mistrzów Polski spowodowało że rozdrażnieni gospodarze przeciwstawili im ostrą gre, czego efektem była zmiana kontuzjowanego Nowakowskiego przez Badure. Ruch nie pozostał widać dłużny, gdyż wyrównanie padło w 37 minucie z rzutu wolnego. Szczęśliwym strzelcem był kapitan VFB Rutz. Po przerwie rozpoczął się koncert gości. Ruch dominował a genialny ,,Ezi” strzelił kolejne 2 gole i tylko świetnej postawie bramkarza i obrony gospodarze zawdzięczali wynik 1:3.

W niemieckiej prasie postawa Ruchu spotkała się z najwyższym uznaniem. Pisano o mistrzu Polski jako o jedenastce prezentującej najwyższy poziom europejski. Na słowa uznania zasłużył ,,mały” bramkarz Tatuś, którego niezwykła skoczność, refleks i brawurowy styl gry kazały dziennikarzom określić go mianem ,,Teufelskerl”(dosłownie ,,diabelski facet”, potocznie ,,zuch, kozak, chojrak”) a zwłaszcza atak Ruchu stanowiący mieszankę uznanych graczy reprezentacyjnych, takich jak Peterek, Wilimowski i Wodarz. Podkreślono znakomitą postawe Wodarza na olimpiadzie, komplementowano Malcherka i Górke jako graczy o znakomitej technice. Natomiast jeśli idzie o Wilimowskiego, to właściwie brakuje już słów, które mogłyby oddać jego światową klase jaką prezentował…

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@FcPortoFan1999
@Adran360

1

@Safrani Wiem, wiem, jesteśmy zaprzyjaźnieni, na tej polskiej ziemi :) Jak to fajniutko brzmi...

9

Epokowe tournee ,,Niebieskich”:

1 stycznia 1935 r., dwa dni po historycznym zwycięstwie 1:0 nad Bayernem Monachium, Ruch Hajduki Wielkie pokonuje w Stuttgarcie tamtejszy VFB 5:4, prowadząc sensacyjnie już do przerwy 5:2! Koncert w Stuttgarcie zagrali: Wilimowski, który popisał się hattrickiem oraz Peterek strzelec 2 goli. Przypominam że Ruch Chorzów to jedyny polski klub, który zdołał pokonać Bayern Monachium!



@Adran360
@FcPortoFan1999
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

10

Legendy polskiego futbolu:

1 stycznia 1900 r. we Lwowie urodził się Mieczysław Batsch, legendarny polski napastnik. ,,Niechaj zwycięstw wciąż seria nowa wieńczy łuki twoich bram, strzelaj bramki na chwałę Lwowa, Pogoń niechaj żyje nam” – tak brzmi fragment przedwojennego hymnu Pogoni Lwów, czterokrotnego mistrza Polski, drużyny 19 reprezentantów Polski. Mieczysław Batsch jest jednym z symboli najlepszego okresu „Pogoniarzy”. Przygodę z piłką zaczynał w uczniowskim klubie Hellada Lwów, jednak jako 16-latek przeszedł do Pogoni i jest powszechnie uważany za jej wychowanka. Razem z Wacławem Kucharem i Józefem Garbieniem tworzył słynne ofensywne trio Pogoni w jej najlepszym okresie przed powstaniem ligi polskiej (tytuły mistrzowskie w latach 1922, 1923, 1925, 1926). Niezwykle przebojowy, waleczny, świetnie wyszkolony technicznie, z nosem do strzelania goli – to wszystko zjednało mu szerokie grono entuzjastów w całym kraju. Był członkiem reprezentacji olimpijskiej, która przygotowywała się do występu na igrzyskach w Antwerpii w 1920 r. (do startu nie doszło wskutek wojny polsko-bolszewickiej). W 1924 r. do Paryża już pojechał, jednak tam Polacy zakończyli udział w turnieju po porażce 0:5 z Węgrami. Jako rezerwowy był obecny na pierwszym historycznym meczu Polaków w Budapeszcie (18 grudnia 1921 r.), a zadebiutował ostatecznie 2 grudnia 1923 r. z Rumunią (remis 1:1). W sumie w reprezentacji zagrał 11 razy i strzelił osiem goli, w tym aż cztery w wygranym 7:1 meczu z Finlandią (Poznań, 8 sierpnia 1926 r.). Z koszulką z orłem na piersi pożegnał się 12 września 1926 r. – Polska wygrała z Turcją 6:1, a Batsch dwa razy trafił do siatki rywali. Debiutował i żegnał się z reprezentacją w swoim ukochanym Lwowie. Po zakończeniu kariery w 1929 r. grywał w Oldboyach Lwów, był także członkiem Sądu Koleżeńskiego LKS Pogoń Lwów. Znalazł czas na naukę i w 1931 r. ukończył Wydział Mechaniczny Politechniki Lwowskiej. Pracował w okręgowej dyrekcji PKP we Lwowie, po wojnie to samo robił w Przemyślu i Medyce. Tuż przy nowej granicy z ZSRR codziennie obserwował odjeżdżające do Lwowa pociągi, jednak sam nigdy nie zdecydował się pojechać do miasta swojej młodości. Do pięknych lwowskich czasów miał okazję wrócić na chwilę w 1957 r. Odbył się wtedy w Warszawie z okazji jubileuszu 50-lecia kariery sportowej Wacława Kuchara mecz byłych zawodników Pogoni z Polonią Warszawa. Zmarł 27 września 1977 r. w Przemyślu i tam został pochowany.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360

9

Cules pamiętają:

1 stycznia 2014 r. w wieku 90 lat zmarł Josep Seguer, legenda Blaugrany. Josep Seguer całe swoje życie spędził grając w FC Barcelonie. W 1940 roku dołączył do młodzieżowych rezerw Barçy, zaś w 1943 roku awansował do pierwszej drużyny, gdzie spędził czternaście sezonów. Seguer występował najczęściej na pozycji pomocnika i zdobył wszystkie najważniejsze tytuły z Barçą w latach 40-tych. Być może stało się to dlatego, że miał wielką zdolność do przystosowywania się do każdej pozycji. Ponadto był zarówno silny jak i utalentowany. Przeciwnikom zawsze bardzo trudno było przewidzieć jego następny ruch. Jego przydomek ,,Diesel” wziął się od niesamowitej ilości przebiegniętych kilometrów podczas każdego spotkania. Jego umiejętności i wytrzymałość sprawiły, że stał się filarem legendarnej drużyny ,,Pięciu Pucharów’’. W sezonie 1942/43 został wypożyczony do Granollers, sezon później wrócił do pierwszego zespołu Barcelony, w którym grał przez 14 lat(1943-1957), rozegrał 495 spotkań i zdobył 133 gole. Seguer z Barçą pięciokrotnie wygrywał Primera Division, czterokrotnie Puchar Hiszpanii, dwa razy Copa Latina oraz dwa Copa Eva Duarte. W 1959 roku zakończył karierę piłkarską i rozpoczął pracę jako trener. Początkowo występował jako zastępca Salvadora Artigasa, jednak na początku sezonu 1969/1970 pierwszy trener został zwolniony i to właśnie Seguer objął to stanowisko, jednak prowadził Dume Katalonii tylko w 11 meczach. Zastąpił go Vick Buckingham a Seguer został jego asystentem. Będąc trenerem Villareal w trzeciej lidze odkrył talent Roberta, który grał później dla Barçy i Valencii. W latach 80-tych na stałe zamieszkał w L’Hospitalet de L’Infant, gdzie założył penye Barcelony i został jej pierwszym prezydentem. W kwietniu 2013 r. na krótko przed śmiercią Seguera prezydent Rosell oddał mu hołd, odwiedzając go w domu wypełnionym trofeami i pucharami zdobytymi w ciągu całej kariery.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

9

Zapomniane El Clasico:

1 stycznia 1932 r. FC Barcelona zremisowała na ,, Camp de Les Corts” z Realem Madryt 1:1 w 6 kolejce Primera Division. Pierwszego gola dającego prowadzenie Blaugranie strzelił znakomity napastnik Angel Arocha w 68 minucie. Do remisu na 12 minut przed końcem doprowadził Luis Regueiro z rzutu karnego. Ten remis uplasował Dume Katalonii na 4 pozycji, tracąc 4 punkty do prowadzącego Espanyolu.


@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

8

Debiut legendarnej Katalońskiej ,,La Brujy”:

1 stycznia 1921 r. znakomity prawoskrzydłowy Vicenç Piera zadebiutował w pierwszej drużynie Blaugrany. Młodziutki Vicenç zastąpił wówczas kontuzjowanego Paulino Alcantare i w swoim debiucie przeciwko Arenas de Getxo strzelił 2 gole! To był mecz towarzyski wygrany ostatecznie przez Barçe 3:1. Od tamtego dnia Piera grał we wszystkich meczach Barçy aż do przejścia na piłkarską emeryturę.


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

7

@FCBparasiempre
Zdaniem niektórych była to kara za ślub z katoliczką. Fergusona niesłusznie oskarżano, że jego pierwszy syn Martin był ochrzczony w kościele katolickim. Żeby zrozumieć powagę sytuacji, trzeba przypomnieć sobie, że tamte czasy pełne były konfliktów na tle wyznaniowym. Inni twierdzili, że Alex nie poradził sobie z presją ogromnej kwoty transferowej. Sam Ferguson stwierdził po latach, że jego walka o akceptację przebiegała trudniej, niż powinna. Choć Alex Ferguson miał propozycję transferu do Nottingham Forrest, zdecydował się na przenosiny do występującego w Second Division Falkirk. Grał tam dla swojego byłego menadżera z Dunfermline – Williego Cunnighama. Drużyna szybko awansowała do wyższej ligi, a Ferguson kilka razy pokazał partnerom, co oznacza jego gniew. W przerwie meczu Pucharu Szkocji na Ibrox pobił się z Johnem McLaughanem, który popełnił błąd przy golu dla Rangersów. W tym czasie menadżer, jak gdyby nigdy nic, opierał się łokciem o ścianę, czekając na rozstrzygnięcie bokserskiego pojedynku. Rozdzieliło ich dopiero kilku młodszych zawodników. W następnym sezonie przeniesiono do go trzeciego zespołu, gdzie trenował praktycznie samotnie. Zdarzało się, że wyjeżdżał na mecze tak niskiego szczebla i nawet nie wchodził na boisko. Doskonale wiedział, że jego dni na Ibrox są policzone. Klub, który kochał za dziecka, co chwilę wystawiał go na pośmiewisko. Choć Alex Ferguson miał propozycję transferu do Nottingham Forrest, zdecydował się na przenosiny do występującego w Second Division Falkirk. Grał tam dla swojego byłego menadżera z Dunfermline – Williego Cunnighama. Drużyna szybko awansowała do wyższej ligi, a Ferguson kilka razy pokazał partnerom, co oznacza jego gniew. W przerwie meczu Pucharu Szkocji na Ibrox pobił się z Johnem McLaughanem, który popełnił błąd przy golu dla Rangersów. W tym czasie menadżer, jak gdyby nigdy nic, opierał się łokciem o ścianę, czekając na rozstrzygnięcie bokserskiego pojedynku. Rozdzieliło ich dopiero kilku młodszych zawodników. Następnym razem furię okazał w meczu pożegnalnym Arthura Hamiltona. Kiedy jego kolega z boiska, niejaki Ford, niecelnie podał piłkę, wystawił się na gniew Alexa. ,,Fergie przebiegł sprintem przez całe boisko, żeby mnie opieprzyć, a gra toczyła się dalej. Wbijał mi palec w twarz. Nie podobało mi się to co mówił i nie podobał mi się ten palec, więc mu trochę oddałem” – opowiadał uczestnik zajścia. Temperament i kontuzje ostatecznie zgasiły karierę Fergusona. Przed końcem zdążył jeszcze zagrać killa spotkań w Ayr, by ostatecznie zawiesić piłkarskie buty ma kołku. Miał 33 lata i był już ojcem trójki synów. W 1974 roku powrócił do Falkirk, żeby podpisać swój pierwszy kontrakt trenerski z East Stirlingshire.

10

@FCBparasiempre
Panie i Panowie, 83 lata kończy dziś Alex Ferguson. Kiedy 8 maja 2013 roku Alex Ferguson ogłosił, że po sezonie kończy z futbolem, piłkarski świat się zatrzymał. Przecież odchodził największy menadżer w historii dyscypliny, człowiek, którego sepleniący szkocki akcent już na zawsze będzie kojarzyć się ze słynną „suszarką”. W trakcie 27 lat w Manchesterze United prowadził tę drużynę w 1500 spotkaniach, co jest absolutnym rekordem. Żeby zrozumieć etos pracy Szkota, trzeba cofnąć się do Wielkiej Brytanii z czasów tuż po II wojnie światowej. Ulice pełne kataryniarzy, piosenkarzy i sprzedawców owoców. Gdzieś w tle migoczące stoczniowe żurawie. I ciągłe odgłosy stoczni. Właśnie tak wyglądało Govan, dzielnica Glasgow, w której dorastał Alexander Chapman Ferguson. Urodził się w Sylwestra 1941 roku, kilkanaście dni po tym, jak Japonia zaatakowała Pearl Harbor. Wielka Brytania była już w stanie wojny, jednak największy zbrojny konflikt w dziejach, nie miał bezpośredniego wpływu na dzieciństwo małego Szkota. Imię otrzymał po ojcu, który należał do klasy robotniczej. Pracował jako ochroniarz w sklepie, później także jako stoczniowiec. Był człowiekiem skrytym, jednak niezwykle impulsywnym. To właśnie po nim późniejszy menadżer Manchesteru United odziedziczył tę cechę charakteru. Matkę Lizzie Ferguson opisywał jako „kamień naszego życia”. Była kobietą niezwykle silną, uwielbiała tańczyć. „Pochodzenie nigdy nie powinno stanowić przeszkody w osiągnięciu sukcesu. Skromne początki w życiu mogą czasem pomóc raczej niż zaszkodzić. Jeśli przyjrzeć się ludziom, którzy odnoszą sukces, warto spojrzeć na to, czym się zajmowali ich rodzice, by zrozumieć, skąd u ich dzieci taka energia i motywacja” – Alex Ferguson w swojej autobiografii wydanej przez Wydawnictwo Literackie. Ferguson lubił powtarzać, że człowiek jest tym, kim są jego rodzice. Doskonale rozumiał fakt, że to właśnie oni mają największy wpływ na życie potomka. Tak jak w wielu rodzinach w tamtym czasie, Fergusonów nie było stać na wystawne życie, jednak nigdy też nie głodowali. Nie mieli telewizora, ani własnego samochodu. ,,Zawsze mieliśmy co jeść, nigdy nie chodziliśmy na wagary, byliśmy czyści” – opowiadał po latach Alex Ferguson. Mieszkał we wspólnym pokoju z młodszym bratem Martinem. To właśnie jego kilkadziesiąt lat później mianuje szefem skautów Manchesteru United, a brat odwdzięczy się wynalezieniem dla klubu Ruuda van Nistelrooya czy Diego Forlana. Wróćmy jednak do Govan. Chłopców uczono prostych zasad, w myśl których postępowali przez całe życie. Ich matka w obawie przed wejściem w złe towarzystwo, zapisała synów do młodzieżowych organizacji charytatywnych. Nie przynosiło to jednak zamierzonych skutków, ponieważ Alex i Martin co jakiś czas wracali do domu ze śladami bójki na twarzy. A wszystko przez impulsywny charakter Szkota, który od najmłodszych lat, twardo stał przy swoim zdaniu. Martin wspominał, że jego brat kochał rywalizację, ale nienawidził przegrywać. Zdarzało się też, że podkradał pieniądze, żeby grać z kolegami w karty. Od najmłodszych lat Alex Ferguson był zakręcony na punkcie piłki nożnej. Podobnie jak większość Govan od dziecka był „niebieski”. Kibicował Rangersom, choć jego ojciec potajemnie kochał się w drugiej drużynie z Glasgow-Celticu. Miłości do zielono-białych nie odziedziczył też drugi z potomków Alexandra, więc w trakcie Old Firm Derby w domu państwa Ferguson, musiało dochodzić do ciekawej wymiany zdań. Chłopcy wspólnie chodzili na Ibrox podziwiać swoich idoli. Później wracali na ulice i grając z kolegami, wyobrażali sobie, że są jednymi z nich. W tym przypadku nie różnili się od miliardów dzieci z innych zakątków świata. Duży wpływ na młodego, uczęszczającego do szkoły średniej Alexa miał Douglas Smith, który włączył go do drużyny Drumchapel Amatuers. To właśnie on wychował m.in. Kenny’ego Dalglisha, Paddy’ego Creranda czy Davida Moyesa, który później zastąpi Alexa Fergusona na stanowisku trenera United. Smith swoim podopiecznym wpajał twarde zasady moralne, które pokrywały się z wizją wychowywania dzieci przez Alexandra seniora. Były to: dyscyplina, dobre zarządzanie czasem, nieprzeklinanie, duch sportowy, a także duch walki. Wiele z tych cech Alex przekazywał swoim podopiecznym. Być może wyjątkowa barcelońska noc 1999 roku miała swój początek już w latach 50. w Glasgow…

Wkrótce po szesnastych urodzinach Ferguson odszedł z Drumchapel, żeby grać w amatorskim, aczkolwiek legendarnym Queen’s Park. To najstarsza szkocka drużyna, która dwukrotnie grała w finałach Pucharu Anglii. Już sama możliwość kopania piłki na słynnym Hampden, była dla młodego Fergusona wielką nobilitacją. Tak dużą, że jak przystało na kluby amatorskie, grę stawiał ponad zarobki. Za występy w The Hoops nie dostawał ani centa. Pieniądze zarabiał na praktykach w narzędziowni Wickman’s. Tam też zasłynął jako prowodyr strajku praktykantów, domagając się większych pensji. Po sześciu tygodniach strajk zakończył się fiaskiem. Grał na pozycji napastnika. Szybko przeszedł przez młodzieżowe szczeble, by kilkanaście miesięcy później zadebiutować już w rozgrywkach seniorskich. Było to miesiąc przed jego siedemnastymi urodzinami. Drużyna Queens Park udała się na mecz do dalekiego Stranraer. W trakcie tamtego spotkania odebrał kolejną cenną lekcję. Kiedy w przerwie poskarżył się trenerowi, że został ugryziony przez lewego obrońcę przeciwnika, usłyszał w odpowiedzi, że ma odwdzięczyć się tym samym. Niestety źródła nie podają, czy Ferguson posłuchał rady trenera. Wiadome jest, że strzelił bramkę po solowym rajdzie, jednak jego drużyna przegrała 1:2. Po zawstydzającej porażce cała drużyna wymknęła się ze stadionu i przeszła przez tory kolejowe, czekając na pociąg do Glasgow. Ostatecznie w Queen’s Park spędził trzy sezony. Pozostawił po sobie 15 zdobytych goli a także opinię zawodnika, który… unikał treningów. ,,Dwóch czy trzech z nas dobrze biegało na ćwierć mili. Niektórym się to nie podobało. Zaczynając bieg, szukaliśmy wzrokiem pozostałych, ale na torze nie było nikogo. Chowali się w tunelu albo gdzieś indziej i dołączali do nas na trasie, gdy trochę już przebiegliśmy. Alex był zawsze jednym z nich. Nie wyróżniał się też jako zawodnik. Ale to był dobry chłopak” – wspominał wspólne czasy w Queen’s Park, bramkarz Bill Pinkerton. Skuszony obietnicą regularnych występów w First Division, Alex Ferguson podpisał kontrakt z drużyną St. Johnstone. Tam szybko zrozumiał, że został oszukany. Obietnica w gry w pierwszym składzie szybko stała się mrzonką, gdy do klubu mającego swoją siedzibę w Perth dołączył Jimmy Gauld. Szkot dalej pracował w narzędziowni, jednak przeniesiono go do innego zakładu. Żeby dostać się na trening, dwa razy w tygodniu musiał przesiadać się z autobusów do taksówek, a następnie pociągu. Podróż była długa, umilały ją jedynie żarty z kolegami z zespołu. I także w tym przypadku, klub złamał dane wcześniej słowo. Alexowi obiecano, że St. Johnstone będzie zwracać pieniądze za dojazdy, które były bardzo kosztowne. Jak nie trudno się domyślić, nic takiego nie miało miejsca. W ostatniej kolejce sezonu 1961/1962 doszło do spotkania Dundee United z drużyną Fergusona. Dundee do wygrania ligi wystarczał remis, który również satysfakcjonował „Świętych” – dawał im utrzymanie w lidze. Przed meczem jeden z piłkarzy St. Johnstone zaproponował po trzydzieści funtów dla każdego piłkarza Dundee, w zamian za podział punktów. Trzeba wiedzieć, że była to niezła suma, w wysokości tygodniowych zarobków. Ofertę odrzucono, choć zdaniem Iana Ure, byłego obrońcy United, nie wszyscy piłkarze w tamtym meczu grali zgodnie z przyjętymi standardami i zasadami moralnymi. W tym spotkaniu grał także Ferguson. Zdobył nawet gola głową, jednak sędzia go nie uznał. Zdaniem Alexa- niesłusznie. Dundee wygrało 3:0 i mogło cieszyć się z mistrzostwa Szkocji, a St. Johnstone musiało pogodzić się ze spadkiem z ligi. Co prawda „Święci” szybko wrócili do najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak bez znacznego udziału Alexa, którego kariera zdecydowanie zwolniła. Z tamtym okresem wiąże się jednak pewna ciekawa anegdota. Zniechęcony brakiem występów w pierwszej drużynie Ferguson, poprosił dziewczynę brata, żeby zadzwoniła do klubu, udając jego matkę i poinformowała trenera, że Alex zachorował na grypę. Było to dzień przed spotkaniem drużyny rezerw z ukochanymi Rangersami na Ibrox. Trener szybko odkrył spisek i wysłał telegram do rodzinnego domu z prośbą o jak najszybszy kontakt. Okazało się, że część piłkarzy faktycznie zachorowała na grypę. Rodzice się wściekli, a ich potomek stawił się w hotelu, oczekując na mecz. Kiedy wspólnie z bratem przychodzili na Ibrox podziwiać piłkarzy w niebieskich koszulkach, wiele razy Alex wyobrażał sobie, jak pakuje piłkę do bramki rywala. Tak też było i w tamtym spotkaniu. Trzykrotnie pokonał bramkarza Rangersów, czarując do tego stopnia, że o jego wyczynie wspomniała telewizja. Miał wtedy już ponad 20 lat i spełnił jedno ze swoich dziecięcych marzeń, z jedną różnicą. To Rangersi byli ofiarą. St. Johnstone wygrali to spotkanie 3:2, a obecny na trybunach papa Ferguson, przez całe 90 minut czytał książkę. Tego dnia przyszły menadżer „Czerwonych diabłów” odebrał kolejną lekcję, która przyda mu się w kontaktach z piłkarzami. Kiedy zapytał ojca o swój występ, usłyszał jedynie „okej”. Po latach zrozumiał, że dzięki temu nie popadł w samozachwyt. I wielokrotnie podobne chwyty stosował na Davidzie Beckhamie czy Cristiano Ronaldo. Mniej więcej w tym samym czasie poznał Cathy Holding – kobietę, która na zawsze odmieniła jego życie. Kobietę, która spędziła całe życie z najbardziej utytułowanym menadżerem w historii futbolu, nazywając jego dyscyplinę „głupią grą”.

Związek z Cathy uświadomił Fergusonowi, który już wtedy zarabiał dobre pieniądze, że najwyższy czas podążać za własnymi marzeniami i spróbować dostać się Rangersów. Zanim jednak do tego doszło, odebrał kolejną, niezwykle cenną lekcję… Latem 1964 roku podpisał kontrakt z Dunfermline. Ekipa z regionu Fife robiła wrażenie w Szkocji. Pod przewodnictwem Jocka Steina zaliczyła przygodę w Pucharze Miast Targowych w sezonie 1962/1963, gdzie wyeliminowała Everton, a w kolejnej rundzie potrafiła ograć na własnym boisku Valencię 6:2. Kiedy Ferguson przechodził na East End Park, Stein był już trenerem Hibernianu. Pozostawił po sobie spuściznę, która tak zainspirowała Alexa, że schemat powielał w każdym klubie, w którym pracował jako menadżer. Jock Stein był wizjonerem. Doskonale wiedział, że klub piłkarski nie może opierać się jedynie na zagranicznych, ani nawet krajowych transferach. Rozumiał biznes tego sportu i doskonale wiedział, że z ekonomicznego punktu widzenia lepiej jest wychowywać własnych piłkarzy, niż kupować. Wiedział też, że lokalni gracze, zawsze będą bardziej zżyci z kibicami i poświęcą więcej dla zwycięstwa drużyny. Znajome, prawda? Grając w Dunfermline, Ferguson ostatecznie porzucił pracę w narzędziowni, na rzecz całkowitego skupienia się na futbolu. Gdy zostałem pełnoetatowym piłkarzem, byłem zdecydowany, by pozostać w futbolu. Jako praktykant w narzędziowni wstawałem z łóżka i wskakiwałem do zatłoczonego autobusu do Hillington, w którym każdy palił fajki. Potem mogłem kupić swój pierwszy samochód i codziennie rano jeździć do Dunfermline w świeżym powietrzu – co za odmiana! – wspominał po latach, cytowany w książce „Futbol cholera jasna! Patricka Barclaya. To właśnie w trakcie pobytu w tym klubie zdecydował, że zrobi licencję trenerską. W klubie panowała rodzinna atmosfera. Piłkarze znali się doskonale, bo w większości awansowali do pierwszego zespołu z drużyny juniorów. Wszyscy zarabiali takie same pieniądze, a po treningach spotykali się w kinowej kafejce, by za pomocą pieprzniczek i solniczek dyskutować o taktyce. Oczywiście, jednym z najbardziej zaangażowanych w dyskusje był Alex Ferguson. I ta atmosfera miała bezpośrednie przełożenie na postawę na boisku. Duży wkład w grę drużyny miał Ferguson, który właśnie w tym historycznym szkockim mieście grał najlepszy futbol w karierze. Strzelał regularnie i zadebiutował w europejskich pucharach. Było to w szwedzkim Goteborgu, w meczu przeciwko Orgryte. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, a z racji zwycięstwa w pierwszym starciu (4:2), to Szkoci awansowali dalej. Następnie odprawili Stuttgart, by przegrać w trzeciej rundzie z Athletikiem Bilbao po dodatkowym meczu. W debiutanckim sezonie w „The Pars” miał szansę na Puchar Szkocji, jednak jego zespół przegrał z Celtikiem prowadzonym przez Steina (2:3). Ferguson cały mecz przesiedział na ławce, w międzyczasie w dość ostrych słowach komentując decyzję trenera. Po meczu zażądał nawet transferu, jednak klub nie wyraził na to zgody. W marcu 1966 roku Alex Ferguson poślubił Cathy. Ślub odbył się w sobotę rano, a już po południu Szkot był w na boisku w starciu z Hamilton Academical. Co więcej, następnego dnia zameldował się w hotelu, gdzie wspólnie z resztą drużyny przygotowywał się do rewanżowego meczu 1/4 finału Pucharu Miast Targowych. Tam strzelił nawet dwie bramki Realowi Saragossie, jednak Dunfermline odpadło po dogrywce. Mając dwadzieścia pięć lat, uzyskał dyplom trenera, szkoląc się wcześniej w centrum treningowym reprezentacji Szkocji w pobliżu Largs. Dzielił tam pokój z Jimem McLeanem, a uczył ich Bobby Seith. ,,Alex i Jim byli dobrymi uczniami. Już wtedy można było odnieść wrażenie, że daleko zajdą. Zawsze chętnie analizowali różne rzeczy, chcieli się uczyć i zadawali pytania” – wspomina Seith. Tam odebrał kolejną lekcję. Wpajano mu zasady, że warto dopasowywać strategię do piłkarzy, nie odwrotnie. Rok 1967 był ostatnim w Dunfermline. Zanim odszedł z tego klubu, zdążył jeszcze w barwach reprezentacji Szkocji odbyć tournée po świecie. Była to reprezentacja złożona z piłkarzy występujących tylko w lidze szkockiej. Coś na wzór reprezentacji Polski na turniejach w Tajlandii. Spotkań tych nie zalicza mu się jednak do oficjalnych statystyk, choć zdaniem Fergusona zupełnie nie słusznie. Do Glasgow trafił po głośnym, wartym 65 tysięcy funtów transferze. Już pierwszego dnia po podpisaniu kontraktu , Alex Ferguson musiał mierzyć się z przeszkodami. Pierwszą, choć z pozoru niewinną, było pytanie dyrektora klubowego o ślub z Cathy. Ferguson, który był protestantem, idealnie pasował w wizję klubu, który opierał się właśnie na ludziach tego wyznania. Cathy zaś była katoliczką, co nie odpowiadało wielu osobom związanymi z „The Gers”. Co ciekawe, dopiero pierwszym katolikiem, który reprezentował barwy Rangersów po I wojnie światowej, był Mo Johnston. Choć drużyna z niebieskiej części Glasgow była wymarzonym klubem Alexa, którym kibicował od dziecka, czas spędzony na Ibrox był niezwykle trudny. Niedługo po jego przyjściu do klubu w niezbyt elegancki sposób zwolniono trenera Scota Symona, co nie spodobało się impulsywnemu Fergusonowi do tego stopnia, że sam chciał wymierzyć sprawiedliwość włodarzom klubu i zażądać transferu. Do protestu jednak nie doszło. W zamian za to, Ferguson strzelił dwie bramki FC Koeln w Pucharze Miast Targowych. W pierwszym sezonie gry w Rangersach, nasz bohater był najlepszym strzelcem zespołu. Atmosfera w klubie nie była jednak najlepsza. Pogorszyła ją utrata w ostatnim meczu sezonu mistrzostwa Szkocji, które zdobył największy rywal z drugiej części miasta. Rangersi przegrali decydujące spotkanie na własnym boisku z Aberdeen, a kibice ze złości wybili szyby w szatni. Czekając kilka godzin na wsparcie, Alex Ferguson miał dużo czasu na przeanalizowanie słów Jocka Steina, który był trenerem Celtiku. Przed decydującym spotkaniem wypowiedział się dla prasy, że mistrzostwo jest już w rękach Rangersów i to tylko oni sami mogą je oddać. Tę zagrywkę psychologiczną Alex będzie praktykował później wiele razy. Nauki Steina przyszły menadżer „Czerwonych Diabłów” chłonął jak gąbka. Miał na to wiele okazji, ponieważ często spotykali się wspólnie z żonami na kolacjach, w miejscowych restauracjach. W barwach „The Gers” nie grał zbyt dużo. Nie zgadzając się odejść z klubu, ściągnął na siebie gniew trenera, który przeniósł go do zespołu rezerw. Co prawda Alex miał szansę na rehabilitację w finale Pucharu Szkocji przeciwko Celtikowi w 1969 roku, jednak zawalił tam gola. Rangersi przegrali 0:4, a kozłem ofiarnym uznano właśnie Fergusona. To starcie było jego ostatnim w pierwszej drużynie tego klubu. W następnym sezonie przeniesiono do go trzeciego zespołu, gdzie trenował praktycznie samotnie. Zdarzało się, że wyjeżdżał na mecze tak niskiego szczebla i nawet nie wchodził na boisko. Doskonale wiedział, że jego dni na Ibrox są policzone. Klub, który kochał za dziecka, co chwilę wystawiał go na pośmiewisko.

9

Sir Alex obchodzi dzisiaj…(reszty dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz)

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

11

Pięć szwów nad okiem:

Obecnie ciężko usłyszeć o wybrykach piłkarzy Barçy w Sylwestrową noc, lecz zupełnie inaczej było przed laty, gdy klub reprezentowali tacy zawodnicy jak Neymar czy bohater naszego tekstu- Romario. Brazylijczyk pojawił się co prawda na pierwszym treningu w 1995 r. a w jego przypadku było to dość rzadkim wydarzeniem, ponieważ z każdego pobytu w Brazylii wracał spóźniony. Niestety i tym razem nie obyło się bez skandalu, gdyż nad prawym okiem Romario widniało pięć szwów. Według relacji Brazylijczyka, podczas Sylwestra w Rio de Janeiro został trafiony puszką piwa i nie był zdolny do treningów przez kilka dni. Johan Cruijjf pozostał jednak nieugięty, mając w pamięci zbliżający się mecz z Realem Madryt i napastnik wziął udział w popołudniowym rozruchu. W międzyczasie Romario uciął w wywiadach plotki transferowe i zdementował pogłoski o planowanej wymianie na Denisa Bergkampa. Obiecał również wypełnić obowiązujący go kontrakt i dopiero wtedy wrócić do Brazylii. Niestety już po trzech dniach menedżer piłkarza oświadczył Joanowi Gaspartowi że rodzina Romario już nie chce wracać do Barcelony i piłkarz pragnie odejść. Gaspart jednak nie zgodził się na żadne negocjacje przed El Clasico. Cała sytuacja rozsadziła drużynę od środka i Blaugrana przegrała 5 stycznia z Realem 5:0! Dwa dni później Romario przeszedł do Flamengo za 4,5 mln euro, mówiąc że nigdy już nie wyjedzie z Brazylii żeby grać w piłke. Nie spełnił jednak kolejny raz danego słowa i w 1996 r. trafił do Valencii. Później zwiedził jeszcze Katar, USA i Australie ale już nigdy nie osiągnął poziomu gry z FC Barcelony. Ach ci Brazylijczycy, oni żyją w innym świecie…

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Safrani Przedewszystkim z powodu Kazimierza Deyny, który tam kiedyś grał ale też w dużej mierze z powodu Sergio Aguero, którego zawsze bardzo lubiłem i od kiedy wywalczył z Obywatelami mistrzostwo kibicuje im na całego w Premier Lig!

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?