FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Kto wygra mistrzostwo świata?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
16 listopada 1919 r. urodził się Tadeusz Parpan, środkowy obrońca i pomocnik. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, w bitwie o pierwsze miejsce w tabeli łeb w łeb szły ze sobą dwa krakowskie zespoły: Wisła i Cracovia. Biała Gwiazda górowała w ofensywie dzięki takim piłkarzom, jak Józef Kohut czy Mieczysław Gracz. ,,Pasy” potrafiły się jej jednak przeciwstawić znakomitą defensywą i to one wyszły z tego boju zwycięsko. Największą zasługę w tym dziele miał znakomity obrońca – Tadeusz Parpan. Kiedy UEFA po II wojnie światowej organizowała mecz Reprezentacji Europy z Wielką Brytanią, wysłała do selekcjonerów kadr narodowych listy zgłoszeniowe dla kandydatów do tego prestiżowego starcia. Henryk Reyman(Wiślak z krwi i kości) nie miał wątpliwości kto z Polaków mógłby unieść to ważne brzemię odpowiedzialności. Na karcie skreślił nazwiska Gracza oraz defensora Cracovii – Parpana. Ostatecznie piłkarzowi Pasów, pomimo powołania, nie udało się zagrać w tym meczu z powodu braku paszportu. Parpan budził wielkie zainteresowanie kibiców w tych pierwszych powojennych sezonach ze względu na swój wzrost. Mierzył 186 centymetrów, co wówczas stanowiło rzadko spotykany wymiar u piłkarza. Stąd nazywano go powszechnie ,,Wielkoludem z Cracovii”. Te warunki fizyczne dawały mu znaczną przewagę w pojedynkach główkowych. Jego główna zaletą było jednak znakomite ,,czyszczenie pola”. Parpan nie dopuszczał po prostu przeciwników w pobliże swojej ,,jedenastki”, przez o mawiano że bramkarz Cracovii na ogół jest bezrobotny. Znakomicie kierował też defensywą swej drużyny. Przyczyniło się to do wywalczenia przez Cracovie mistrzostwa Polski w 1948 r. O wszystkim(jedyny raz w historii Ekstraklasy) decydował baraż dwóch najlepszych drużyn tabeli.
Po zakończeniu rozgrywek okazało się bowiem że Pasy i Biała Gwiazda wywalczyły równą ilość punktów. Ostatecznie na neutralnym boisku Garbarni, Cracovia wygrała 3:1 i po raz ostatni w swej historii zdobyła mistrzostwo Polski. Parpan nie mógł zagrać w tym decydującym meczu. Przez cały sezon był jednak zdecydowanie najważniejszą postacią defensywnie nastawionych Pasów. Dowodzą tego liczne wyróżnienia indywidualne za ten okres. Obrońca znalazł się na 6 miejscu w Plebiscycie ,,Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca 1948 roku. Przez kolejne ćwierć wieku jedynym futbolistą, któremu udało się wyrównać ten wynik, był Deyna. W 1949 Parpan znalazł się zaś na 9 miejscu. Przez następne 20 lat dwa razy z rzędu pozycje w Top-10 udało się utrzymać tylko Cieślikowi oraz Szymkowiakowi. Oprócz mistrzostwa z Cracovią, wywalczył wicemistrzostwo. Miał wtedy 32 lata. Najlepszy okres zabrała mu niestety wojna. Nim wybuchła(a był przecież ledwie rok młodszy od Wilimowskiego) nie zdążył wpłynąć na szerokie wody. Grał tylko w Łagiewiance, klubie założonym przez swego ojca Piotra, z braćmi Tadeuszem i Leopoldem. Dopiero podczas okupacyjnych rozgrywek zwrócił na siebie uwagę Pasów, co pozwoliło zasilić szeregi tej drużyny w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości. Podczas II wojny światowej nie tylko kopał piłke ale był też żołnierzem Armii Krajowej i za swoje męstwo został uhonorowany odznaczeniami. Do dziś nikt z piłkarzy Cracovii nie pobił go w liczbie występów w reprezentacji. Jako zawodnik tego klubu rozegrał w biało-czerwonych barwach 20 meczów, strzelając jednego gola. Po ledwie 4 występach został nominowany kapitanem, co dowodziło jego umiejętności przywódczych. Lepiej pod względem skuteczności wygląda jego dorobek w Cracovii. W 63 meczach w Ekstraklasie zdobył 13 goli. Średnia 0,2 trafienia do dziś wygląda imponująco jak na obrońcę. Trzeba jednak wiedzieć iż Parpan zaczynał jako pomocnik i czasem jeszcze ustawiany był przez trenerów w linii środkowej a nawet jeśli grywał już tam, gdzie pokazywał najwięcej ze swoich umiejętności, to nie udało się całkowicie wyplenić z niego ciągu na bramke. Po odejściu z Cracovii krótko występował jeszcze w Garbarni razem ze swoim bratem Leopoldem. Kariere zakończył w 1951 r. Później pełnił role trenera obydwu krakowskich zespołów, w których występował w Ekstraklasie. Był też kierownikiem Pasów. Nie zdecydował się jednak na powiązanie tego etapu życia wyłącznie z piłką. Jako inżynier z wykształcenia pracował przede wszystkim na Politechnice Krakowskiej. Tadeusz Parpan został wybrany do najlepszej jedenastki 105-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Jest też patronem stadionu Armatury Kraków(dawnej Łagiewianki). Zmarł w 1999 roku.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
10
Niesamowita historia Winstona Coe, bramkarza z jedną ręką:
Historia Winstona Coe, który przeszedł do historii jako „jednoręki bramkarz”, z pewnością zasługuje na opowiedzenie. Był rok 1906. W Argentynie piłka nożna była jeszcze w fazie amatorskiej i grali w nią niemal wyłącznie Brytyjczycy, którzy przybyli do tego południowoamerykańskiego kraju i stanowili praktycznie wszystkie składy drużyn. Barracas Athletic miał dobrego bramkarza, José Laforię. Został on jednak przeniesiony do Alumni, jednego z najlepszych argentyńskich klubów tamtych czasów. Tak się złożyło, że Laforia nie był tylko podstawowym bramkarzem drużyny, był jedynym. Pojawił się problem ze znalezieniem zastępcy, ponieważ Barracas Athletic miał kolejny mecz zaledwie kilka dni po transferze. Wtedy zgłosił się Winston Coe, prawy obrońca drużyny. Irlandczyk miał jednak pewną osobliwość, która na pierwszy rzut oka znacznie utrudniała mu bronienie strzałów przeciwników. Brakowało mu jednej ręki. „Jeśli chcecie, mogę pomóc, bo w moim przypadku dwie to niewykonalne” – powiedział kolegom z drużyny. Ku zaskoczeniu wszystkich, Barracas Athletic wyszedł na boisko w kolejnym meczu z jednorękim bramkarzem. Zespół Coe'a poniósł minimalną porażkę 1:2 z Estudiantes de Buenos Aires, ale doniesienia w niektórych gazetach podkreślały znakomitą grę bramkarza. Publiczność na meczu nagrodziła go brawami za interwencje, a historia stopniowo się rozeszła. Winston Coe pozostał podstawowym bramkarzem swojej drużyny przez dwa kolejne mecze. Znów dwie porażki, tym razem znacznie bardziej jednostronne (odpowiednio 11:0 i 5:0). Prasa, daleka od obwiniania bramkarza, twierdziła, że gdyby nie on, wyniki byłyby jeszcze bardziej upokarzające. Tak zakończyła się przygoda Coe, jednorękiego bramkarza. Jego historia pokonywania przeciwności losu i niezłomnej determinacji odbiła się echem na przestrzeni lat i słusznie, że wciąż o niej pamiętamy. Irlandczyk powrócił na swoją naturalną pozycję prawego obrońcy, ale, co naturalne, pozostaje w naszej pamięci i historii ze względu na swoją rolę w bramce, pomimo ograniczeń fizycznych. Jak mawiają, gdzie wola, tam i droga. Nie chcielibyśmy kończyć tego artykułu bez odniesienia się do Klubu Sportowego Absolwentów, o którym wspomnieliśmy na początku. Drużyna Buenos Aires była bez wątpienia najlepsza w Argentynie w erze amatorskiej. Zdobyła 10 tytułów mistrzowskich od momentu powstania aż do rozwiązania w 1911 roku. Chociaż oficjalnie została założona w 1898 roku, jej działalność sportową rozpoczęła się w 1893 roku. Klub został założony przez uczniów liceum angielskiego w Buenos Aires (stąd jego nazwa). Przypadek Alumni nie jest odosobniony. Innym wielkim klubem amatorskim, który zapisał się w historii, był angielski Corinthian FC, który, jak się mówi, zainspirował Real Madryt do wyboru białego koloru, ponieważ brytyjskie stroje były białe.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
0
@FcPortoFan1999 Ja wiem że jesteś oddanym kibicem FC Porto ale w tym przypadku mógłbyś sobie darować! W końcu to był debiut geniusza a mecz był tylko towarzyski...
15
Absolutny debiut ,,La Pulgi”:
16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Taki oto był początek geniusza futbolu…
Tylko spójrzcie:
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Hattrick Basory:
16 listopada 1947 r.(również była niedziela) FC Barcelona pokonała na „Camp de Les Corts” Sporting Gijon 4:0 w ramach 8 kolejki Primera Division. Hattrickiem popisał się legendarny Katalończyk Estanislao Basora. Czwartego gola(pierwszego w kolejności) strzelił również Katalończyk Alfons Navarro. Po 8 kolejkach Duma Katalonii z 12 punktami umocniła się na pierwszym miejscu w tabeli wraz z Celtą Vigo i Valencią.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
5
Debiut ,,La Pulgi”:
16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2.
5
@FCBparasiempre
Hugo Maradona był młodszy od swojego legendarnego brata o 9 lat. Zawodową karierę rozpoczynał w 1985 roku w Argentinos Juniors. W 1987 roku trafił do włoskiego Napoli, z którego został błyskawicznie wypożyczony do Ascoli Calcio. 20 września tamtego roku bracia zmierzyli się w meczu, który ekipa z Neapolu wygrała 2:1. Potem występował w hiszpańskim Rayo Vallecano i awansował z nim do ekstraklasy. Kolejne lata to występy w Rapidzie Wiedeń, urugwajskim Progreso, a także japońskich drużynach PJM Futures, Avispa Fukuoka oraz Consadole Sapporo. Czynną karierę zakończył w 1998 roku i osiedlił się w Neapolu. Pracował jako trener drużyn amatorskich.
1979 rok. Maradona jeszcze przed rzuceniem świata na kolana, ale już elektryzujący całą Argentynę – to gwiazda ozłoconych na młodzieżowym mundialu Albicelestes, to nastolatek strzelający w dorosłej kadrze, tydzień w tydzień porywający w barwach Argentinos Juniors. Pewien dziennikarz z zaciekawieniem jedzie do „Villa Fiorito”, dzielnicy Buenos Aires, z której wywodzi się Diego, by przyjrzeć się młodszym braciom gwiazdy. Czy jedenastoletni Hugo „El Turco”, i czternastoletni Raul „Lalo”, mają porównywalną samą skalę talentu? Czy niedługo kadrą będzie trząść familia Maradonów? Reporter przywozi barwny materiał, dzieciaki pierwszy raz trafiają na prasowe łama. Wyrok jest jednak bezlitosny: to normalni chłopcy. Normalni, czyli nie obdarzeni piłkarską magią starszego brata. Don Chotiro i Dona Tota, rodzice Diego, mogliby jednak wydać na świat chłopca niezdolnego chodzić, a nawet on po 1986 nie byłby bez szans na profesjonalny kontrakt w Europie. Raul i Hugo byli skazani na spróbowanie sił w poważnej piłce, bez względu na faktyczne umiejętności. „Hugo może być lepszy ode mnie„- Diego Armando Maradona po transferze młodszego brata do Rayo Vallecano. – To najlepszy brat na świecie – komplementował „El Turco” przyszłą gwiazdę Napoli. Chłopcy mieli wszystko, czego zapragnęli. Podczas gdy starszy brat kilka lat wcześniej chodził na treningi w rozpadających się butach, oni mieli do dyspozycji najnowsze korki, świetny sprzęt, a podwożono ich Mercedesem. Cała rodzina została wyciągnięta za uszy z biedy dzięki talentowi najstarszego syna Don Chotiro. „Kiedy Diego dostał pierwszy kontrakt, zabierał nas do wszystkich sklepów z zabawkami z sąsiędztwa, aby kupić nam prezenty, buty, rowery. Chciał dać nam to, czego sam nie miał, gdy był dzieckiem. W jego towarzystwie wszystko było piękniejsze” – mówił Raul. Raul debiutował w reprezentacji Argentyny U-18 podczas prestiżowego starcia z Brazylią – nudne 0:0, na którym jego przygoda z „Albicelestes” się zakończyła. Hugo dla odmiany był w swoim roczniku jednym z niemalowanych, autentycznych liderów. Wspólnie z Redondo rozdawali karty w reprezentacji U-16, która zdobyła mistrzostwo kontynentu w 1985 – dwa gole „El Turco” w finale z Canarinhos mają swoją wymowę. Na mistrzostwach świata w Chinach kadra jednak zawiodła, odpadając już w grupie. Młody Maradona, choć został najlepszym strzelcem swojej ekipy, musiał oglądać plecy RFN i… Australii. Klubowo też młokos był lepszy – Raul w Boca zagrał raptem 147 minut, zawsze wchodząc z ławki, a za jego największy sukces trzeba uznać epizod w derbach z River. Młodziutki, szesnastoletni Hugo już wtedy regularnie grywał dla mocnego Argentinos Juniors, zarówno w lidze jak i Copa Libertadores. MŚ w Meksyku bracia oglądali w rodzinnym domu. Gdzieś tam, daleko, Diego swoją grą znowu w fundamentalnym stopniu wpływał na ich życie. Tym razem otwierając przed nimi wrota do kariery w Europie. Nazwisko Maradona stało się kluczem do wielu drzwi, a gwiazdor był dostatecznie umocowany w świecie piłki, by samemu móc pociągać za sznurki. Hugo trafił do Napoli, a plotka głosi, że Diego postawił szefom ultimatum: mają ściągnąć jego brata, bo jak nie to on się zwija. Czy faktycznie postawił sprawę na ostrzu noża – nie wiadomo, ale w jednym z wywiadów po latach ówczesny dyrektor sportowy Napoli przyznał, że chłopaka widział tylko raz. Granada z kolei zawarła z Raulem jedną z najdziwniejszych transferowych umów w historii. Aby transakcja doszła do skutku, pozostali bracia mieli się zgodzić na jeden mecz w barwach Granady. Z dzisiejszej perspektywy kuriozum, ale wówczas nikt nie robił problemów i 15 listopada 1987 r. Diego z dziewiątką na plecach (dyszka dla Lalo!) wyprowadził ekipę z Andaluzji jako kapitan. Rywalem w gloryfikowanym sparingu było Malmö prowadzone przez Roy Hodgsona. Wszyscy trzej zagrali świetne zawody. Ciągle szukali siebie na boisku, wymieniali między sobą mnóstwo podań. Lalo wyrównał na 1:1, pięknie przedstawiając się piętnastu tysiącom widzów na „Los Cármenes”, tymczasem Diego bajecznym strzałem z wolnego przesądził o wyniku 3:2. Po meczu najstarszy z braci przyznał: – Granada miała wspaniały pomysł. Zagrać razem z braćmi w poważnym meczu to coś, o czym zawsze marzyłem.
To był złoty czas dla nich wszystkich. Maradona na szczycie szczytów, w glorii mistrza świata, w randze niekwestionowanego numeru jeden. Raul z gwiazdorskim kontraktem w mocnej Segunda Division (podobno wszystkie wpływy z meczu, zarówno reklamowe, telewizyjne jak i ze sprzedaży biletów, poszły na pokrycie jego gaży), Hugo podczas debiutanckiego sezonu w Serie A. Do kibiców Granady szybko dotarło, że Raul ich nie zbawi. Stracił miejsce w składzie, wylądował na ławie, stając się diablo drogim rezerwowym. Drużyna spadła do Segunda B, Lalo łącznie strzelił dwie bramki, a kontrakt rozwiązano. Z perspektywy czasu i te dwa trafienia zakrawają na cud: Raul był modelowym przykładem beztalencia. Tajemniczy biznesmen z Japonii ściągnął go do Fukuoki, i nawet w warunkach absolutnie raczkującej japońskiej piłki Lalo sobie nie poradził. Potem nie zagrzał miejsca w anonimowej drużynie z Toronto, wkrótce pokazano mu drzwi w Wenezueli… Rok w Segunda, na poważnym przecież poziomie, gdzie strzelił dwa gole, i tak musi określać jako szczyt swojej kariery. Przynajmniej tej piłkarskiej, bo medialnie cały świat o nim usłyszał, gdy w 1990 tuż przed finałem mistrzostw świata włoska policja złapała go bez dokumentów w Ferrari brata. Gdy carabinieri stawili się na zgrupowaniu Argentyny, by wyjaśnić z Diego całą sprawę, ten wdał się z nimi w bójkę, posądzając ich o celowe mącenie wody w obozie Albicelestes, formę zemsty za to, że wyrzucili oni gospodarzy z turnieju. Hugo tymczasem nie miał szans zostać w Napoli. Drużyny Serie A mogły wystawiać wówczas jednocześnie tylko dwóch stranieri, a takimi w Neapolu był Diego i wybitny snajper z Brazylii, Careca. Młodego wypożyczono więc do Ascoli. „Maradonino„, jak nazywali go tifosi skupił się jednak na sprzedawaniu biletów, anie strzelaniu goli. Ludzie przychodzili go oglądać, fascynowała ich magia nazwiska, ale z boiska wiało nudą – trzynaście meczów, zero trafień i koniec przygody El Turco ze Stadio Cino e Lillo Del Duca. Jedno co może młody Maradona z tego okresu zapamiętać, to że zagrał na poziomie Serie A przeciwko swojemu bratu. Wciąż chodziło jednak o bardzo młodego piłkarza, nastolatka, który owszem, odbił się, ale od silnej Serie A – nie dziwi więc specjalnie, że znaleźli się kolejni sensowni chętni. Rayo Vallecano, wówczas w Segunda, ściągnęło Hugo z fanfarami. Pompowano balonik na całego: Diego komplementował brata w hiszpańskiej prasie, mówił, że młody może być lepszy od niego. Carles Bilardo przypominał znakomite występy dzieciaka w młodzieżówce Albicelestes, a dyrektor sportowy Rayo zaznaczał, że Maradonina to supertalent czekający na eksplozję. Sam Hugo nie był szaleńcem, nie twierdził, że jest lepszy, ale przekonywał, że jest… ofensywniejszą wersją starszego brata, cokolwiek miał na myśli. Kibiców porwał jeszcze przed pierwszym wyjście na boisku – wyglądał jak kopia Diego. Ten sam wygląd, styl, kolczyk w uchu, luz. Początek był obiecujący. W tej samej lidze, która wypluła Lalo, Hugo grał regularnie i awansował z Rayo do Primera Division. Strzelił sześć goli, wykonywał wolne, robił swoją robotę, zasłużył na szacunek. W Madrycie byli z niego zadowoleni. Niestety, La Liga okazała się za wysokimi progami dla całej drużyny. Rayo zajęło ostatnie miejsce, było zdecydowanym outsiderem, przepaść punktowa dzieliła ich do utrzymania. Hugo strzelił trzy razy: nakłuł Atletico, Sociedad i Sporting Gijon. Był jednak dwudziestojednolatkiem, który nie zasłużył na skreślenie. Segunda, gdzie błyszczał, to nieprzypadkowa liga, a i na najwyższym poziomie przecież trafiał, choć grał w beznadziejnej drużynie. Z jednej strony mogło mu ciążyć, że z uwagi na nazwisko wymagano od niego cudów, że tylko przyzwoity mecz był i tak rozczarowaniem. Z drugiej strony, cały czas mógł liczyć na duże zainteresowanie poważnych ekip. Ponoć po Vallecano chciały go ściągnąć Betis i Espanyol, ale Hugo Maradona zdecydował się na przedziwny ruch: wybrał Rapid Wiedeń. Prawdopodobnie przeważyła suma na kontrakcie, bo w klubie zaciągnięto kredyty, byleby tylko El Turco dołączył do Die Grün-Weißen. Ostatecznie transfer okazał się obustronną katastrofą. Stolica Austrii pogrzebała karierę Hugo na starym kontynencie, a Rapid wydał krocie na bezużytecznego piłkarza, który wybiegł na murawę raptem kilka razy. Legenda Rapidu Peter Shottel wspomina: – Trenowaliśmy często na sztucznej nawierzchni, na śniegu. To były trudne warunki, w których on, piłkarz z Ameryki Południowej, nie potrafił się odnaleźć. Hugo na boisku tylko z wyglądu przypominał Maradonę. Wielu zastanawiało się: jak to możliwe, że brat najlepszego piłkarza wszechczasów gra tak źle? Warunki klimatyczne mają znaczenie, ale dobry zawodnik to zawsze dobry zawodnik, słabemu pogoda będzie służyła jako wymówka i pretekst. Po przygodzie z Rapidem postanowił wrócić na rodzimy kontynent. Nie było już topowych drużyn: Deportivo Italia w Wenezueli i Progreso w Urugwaju to żadni giganci. Potem wybrał Japonię i tutaj znalazł swoją przystań. Łącznie w J-League i niższych ligach japońskich strzelił niemal sto bramek. Odegrał swoją rolę w popularyzacji piłki w kraju kwitnącej wiśni, z uwagi na nazwisko na brak kontraktów reklamowych i zainteresowanie kibiców nie mógł narzekać, ale też tutaj, w tym specyficznym piłkarskim środowisku, Maradonina był również czysto piłkarską gwiazdą.
Raul w późniejszych latach, być może zainspirowany sukcesem brata na dalekim wschodzie, też postanowił wrócić do piłki. Z wielkimi fanfarami ściągnięto go do Peru, zaryzykował Deportivo Municipal. Był 1998, ściągano gościa, który nigdy nic nie osiągnął, który miał 32 lata i odbijał się od słabszych lig, ale jednak dano się nabrać, zachorowano na zbiorową amnezję. Lalo w wywiadach opowiadał „Jestem mądrym zawodnikiem, prawie tak jak Diego„, a ludzie wariowali, skandowali jego nazwisko, cieszyli się, jak gdyby trafił do nich Diego u szczytu kariery. Potem poszło standardowo: wielka kasa i wielkie zainteresowanie mediów, gol w debiucie. A następnie katastrofalne występy, które obnażały Lalo. Dyrektor sportowy powiedział o nim tak: – dawał drużynie tak niewiele, że z nim na boisku praktycznie graliśmy w dziesiątkę. Jedyne, co wniósł pozytywnego, to że kibice mogli pokrzyczeć „Maradona, Maradona!”. Bracia boskiego Diego nie byli jedynymi, którzy próbowali zaczarować magią jego nazwiska. Jak komety przez świat futbolu przemknęli Hernan Diego Maradona i Jorge Raul Maradona, synowie Lalo, a także Sergio David Maradona i Diego Armando Sinagra (zresztą wychowanek Napoli), wszyscy mniej lub bardziej związani z mistrzem świata z 1986. Koniec końców w rodzinie znalazł się wybitny grajek, ale Diego jest tylko jego teściem – mowa oczywiście o Sergio Aguero, który poślubił najmłodszą córkę El Pibe de Oro. W konsekwencji syn Kuna, Benjamin, zmierzy się z historycznie wielkimi oczekiwaniami – ojciec gwiazdor, wybitny dziadek, a jeszcze jego chrzestnym jest Messi…
5
@Bernard777 i @AxelF znalazłem coś na internecie o Hugo i Raulu.
@Sysia11
@Lionel_Messi10
10
Kiedy FC Barcelona grała na biało:
Zacięta rywalizacja między Realem Madryt a FC Barceloną doprowadziła do tego, że wszystko było czarne albo białe (w tym przypadku niebieskie i czerwone), bez żadnego środka. Choć dziś może się to wydawać nieprawdopodobne, był czas, kiedy Barça nosiła biel. Prawdą jest, że nie było to powszechne i że zdarzało się to rzadko, ponieważ(inaczej niż w czasach współczesnych) aby drużyna nie zagrała w pierwszym stroju, musiała wystąpić niemal całkowita zbieżność z rywalem. W latach 40. XX wieku Barça często zakładała białą koszulkę, gdy odwiedzała legendarny stadion „Pasarón”, by stawić czoła Pontevedrze, lub gdy grała przeciwko Levante, które miało na sobie niebiesko-czerwony strój praktycznie identyczny z tym, który nosiła Barça. W sezonie 1946/47 Barça wystąpiła nawet w białych strojach przeciwko Levante na „Camp de Les Corts”, ponieważ w tamtym czasie gospodarze zwyczajowo zmieniali stroje. Kilka lat później Blaugrana zagrała w białych strojach przeciwko Birmingham w Pucharze Miast Targowych. Jednak wówczas nosili na koszulkach herb Barcelony, a nie klubu. 4 listopada 1959 roku Barça, z oficjalnym herbem, zagrała w białej koszulce, niebieskich spodenkach i niebiesko-czerwonych getrach przeciwko AC Milan w Pucharze Europy. Od tamtej pory Barça kilkakrotnie wystąpiła w białych koszulkach: przeciwko Hannoverowi w 1966 r., przeciwko Interowi Mediolan w 1970 r., przeciwko Steauie w 1971 r., a także kilka razy w Anglii przeciwko odpowiednio Ipswich Town i Aston Villi. Dziś wydaje się nie do pomyślenia, aby marki w ogóle zaryzykowały zaproponowanie tego typu koszulek FC Barcelonie, woląc zamiast tego „wymyślać” wzory i stroje w barwach pozbawionych historii. Udowodniono, że Barça używała bieli jako alternatywnego stroju od lat 40. do końca lat 70., więc gdyby doszło do reaktywacji, byłby to strój z bogatą historią, daleki od eksperymentów współczesnej piłki nożnej.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
3
@Adran360 No niestety ale nadeszły bardzo chude lata dla argentyńskich klubów i nie wiadomo kiedy to się zmieni?
Ostatnio nie śledze Copa Libertadores ale widze że Racing Club minimalnie przegrał walke o finał z Flamengo...
12
Cztery tytuły z rzędu, wyczyn nie do pobicia!
Mówią, że sukces łatwiej osiągnąć niż utrzymać a w takich rozgrywkach jak najważniejszy południowoamerykański puchar klubowy, Copa Libertadores, utrzymanie się na szczycie to nie lada wyczyn. Argentyński Club Atlético Independiente czterokrotnie z rzędu zdobywał Copa Libertadores w latach 1972-1975. Do dziś jest to jedyny zespół, któremu udało się tego dokonać. Dziś wydaje się to trudne do pobicia, ale jedno jest pewne: ten rekord zostanie zapamiętany na zawsze i podniósł poprzeczkę niezwykle wysoko. Nawet najlepsze serwisy bukmacherskie zarobiłyby krocie, gdyby podejrzewały, że jakakolwiek drużyna może powtórzyć takie osiągnięcie. Zobaczmy więc, jak, gdzie i kiedy Independiente zdołało wygrać Copa Libertadores cztery razy z rzędu.
Copa Libertadores w 1972 roku był jedną z najbardziej emocjonujących i niezapomnianych edycji turnieju kontynentalnego. Była to 13. edycja turnieju, w której wzięło udział 20 drużyn z 10 krajów Ameryki Południowej: Argentyny, Chile, Ekwadoru, Boliwii, Brazylii, Kolumbii, Urugwaju, Paragwaju, Peru i Wenezueli. Obie drużyny finalistów pokonały liczne przeszkody, aby dotrzeć do finału. W pierwszej fazie Independiente rywalizowało w bardzo zaciętej grupie z Rosario Central (innym argentyńskim klubem) oraz kolumbijskimi drużynami Santa Fe i Atlético Nacional. W drugiej fazie udało im się pokonać brazylijskie São Paulo i ekwadorską Barcelonę, zapewniając sobie awans do finału. Z kolei Universitario de Peru miał podobnie trudną drogę. W pierwszej fazie wyeliminował dwa chilijskie kluby, Universidad de Chile i Unión San Felipe a także Alianza Lima, lokalnego rywala. W drugiej fazie zmierzył się z urugwajskimi drużynami Nacional, obrońcą tytułu, oraz Peñarol, pokonując kolejną przeszkodę i awansując do finału. Finał rozegrano w dwóch meczach: pierwszy w Peru a drugi w Argentynie. Pierwszy mecz był zacięty i zakończył się bezbramkowym remisem, z niewielką liczbą klarownych sytuacji dla obu drużyn. Rewanż był bardziej otwarty i emocjonujący, a o jego losach zadecydowała celność w wykończeniu, z jaką napastnik Eduardo Maglioni strzelił dwa gole dla Independiente, a napastnik Percy Rojas strzelił gola honorowego dla Universitario. W ten sposób Independiente po raz trzeci w historii zdobyło tytuł mistrza Copa Libertadores, wyrównując ówczesny rekord Peñarolu. Zespół prowadzony przez Pedro Dellachę okazał się najlepszy na kontynencie dzięki solidnemu, ofensywnemu i zdecydowanemu stylowi gry.
W następnym roku drużyna rozpoczęła walkę o czwarty tytuł mistrza kontynentu. Pierwszy mecz finałowy odbył się 22 maja 1973 roku w Argentynie. Tam Independiente i Colo-Colo z Chile zremisowały 1:1. Rewanż rozegrano tydzień później na Estadio Nacional w Chile, gdzie Colo-Colo i Independiente zakończyły się bezbramkowym remisem. Po 180 minutach gry sytuacja była nadal nierozstrzygnięta i zamiast rzutów karnych, przed wprowadzeniem zasady bramek na wyjeździe, konieczne było rozegranie dogrywki na neutralnym boisku. Independiente przemierzyło Río de la Plata i dotarło do sąsiedniego Urugwaju na mecz na legendarnym Estadio Centenario w Montevideo, znanym z inauguracyjnego finału Mistrzostw Świata w 1930 roku. Mario Mendoza otworzył wynik meczu dla Independiente w 25. minucie, a Carlos Caszely wyrównał dla Chilijczyków w 39. minucie pięknym lobem. Bezbramkowa druga połowa doprowadziła do dogrywki, a wejście Ricardo Bochiniego przeważyło szalę na korzyść Argentyńczyków. Jego kolega z ławki rezerwowych, Miguel Ángel Giachello, strzelił zwycięskiego gola w 106. minucie. Ten wyczerpujący remis zachwycił kibiców, którzy oglądali starcie Independiente i Colo-Colo w trzech krajach przez ponad pięć godzin, zanim wyłoniono zwycięzcę.
Pokonawszy peruwiańskich i chilijskich rywale w dwóch poprzednich edycjach, Brazylia z FC São Paulo postanowiła spróbować powstrzymać Independiente w finale Copa Libertadores w 1974 roku. Argentyńska drużyna udała się do Brazylii na pierwszy mecz na „Estádio do Pacaembu” i wróciła z pustymi rękami po porażce 1:2. Cztery dni później, 16 października 1974 r., obie drużyny spotkały się w Argentynie, gdzie w 34. minucie Bochini strzelił gola, a Agustín Balbuena drugiego, ustalając wynik meczu na 2:0 i 3:2 dla Argentyńczyków, którzy wygrali trzeci mecz na Narodowym Stadionie Chile 1:0.
Independiente zakwalifikowało się do finału Copa Libertadores w 1975 roku minimalną przewagą a ich dążenie do zdobycia czterokrotnego tytułu mistrzowskiego niemal rozsypało się już na samym początku. Różnica zaledwie jednego gola sprawiła, że w finale zmierzyli się ze stosunkowo mało znaną chilijską Unión Española, drużyną, która w swojej prawie 80-letniej historii mogła pochwalić się czterema tytułami mistrzowskimi. Chilijczycy wygrali pierwszy mecz na Estadio Nacional w Santiago 1:0, ale Independiente zrewanżowało się, pokonując rywali 3:1. Trzeci mecz, w stolicy Paragwaju, Asunción, również zakończył się dwubramkową przewagą, Independiente wygrało 2:0, a zatem łącznie 5:2. Partner Bochiniego na boisku, Daniel Bertoni, strzelił gola w obu zwycięstwach. Tamta drużyna Independiente była niezwykle utalentowana i choć potrafiła grać agresywnie, byłoby błędem sądzić, że polegała wyłącznie na sile fizycznej. Potrafili łączyć inteligencję z siłą fizyczną, tworząc potężny koktajl, który pozwolił im osiągnąć tak wiele sukcesów w pierwszej połowie lat 70-tych.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
16
Cenne 3 punkty na wyjeździe:
O kolejne trzy punkty wzbogaciła się reprezentacja Polski w eliminacjach piłkarskich mistrzostw Europy. 15 listopada 2006 r. Biało-czerwoni wygrali w Brukseli bardzo ważny mecz z Belgią 1:0. Zwycięskiego gola strzelił napastnik GKS Bełchatów Radosław Matusiak. To trzecia wygrana z rzędu kadry prowadzonej przez Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner reprezentacji Polski zaskoczył wszystkich. W środku boiska za chorego Mariusza Lewandowskiego zagrał nie Przemysław Kaźmierczak, nie Łukasz Garguła i nie Rafał Murawski, a Dariusz Dudka. Jak widać Beenhakker wie co robi, bo piłkarz Wisły Kraków rozegrał w Brukseli dobre spotkanie. Podobnie jak Marcin Wasilewski, którego ostatecznie do gry na prawej obronie wystawił selekcjoner kosztem Marcina Baszczyńskiego. Od początku spotkania to Polska dyktowała warunki gry. Już w 10 minucie obrońcy gospodarzy uratowali swój zespół przed utratą gola po akcji Euzebiusza Smolarka z Radosławem Matusiakiem. W 19 minucie biało-czerwoni objęli prowadzenie. Rozgrywający świetny mecz Matusiak wygrał pojedynek biegowy z defensorem Bayernu Monachium Danielem Van Buytenem i technicznym strzałem w długi róg pokonał Stijna Stijnena. Matusiak potwierdził, że staje się zawodnikiem europejskiego formatu. Oprócz strzelonego gola radził sobie z obrońcami rywali, a także stwarzał sytuacje strzeleckie kolegom z drużyny. Widać, że dwa gole strzelone w meczu z Wisłą Kraków to nie był przypadek i mamy kolejnego dobrego napastnika. Po zdobyciu gola przez Polaków obraz spotkania nie zmienił się. Belgowie nie mieli atutów ani pomysłu na sforsowanie naszej obrony, która grała bardzo pewnie. Na środku defensywy nie mylili się Jacek Bąk i Michał Żewłakow a kolejny bardzo dobry mecz rozegrał Grzegorz Bronowicki. Biało-czerwoni czekali na okazje do kontr i mieli wyśmienite szanse na podwyższenie prowadzenia. W 36 minucie po bardzo dobrym podaniu Matusiaka w sytuacji sam na sam znalazł się bohater dwóch poprzednich spotkań eliminacyjnych, Smolarek, ale strzelił tuż obok słupka. Tuż przed przerwą ten sam piłkarz miał jeszcze jedną szansę. Tym razem dośrodkował Maciej Żurawski, a po uderzeniu głową piłki przez Smolarka centymetrów zabrakło nam do szczęścia.
W II połowie Belgowie zagrali ofensywnie i częściej robiło się nerwowo pod bramką Artura Boruca. Biało-czerwonych wspierało jednak 15 tys. wspaniale dopingujących kibiców, którzy zasiedli na stadionie w Brukseli. ,,Gramy u siebie. Polacy, gramy u siebie” - roznosiło się po obiekcie skandowanie fanów. Największe zagrożenie gospodarze stworzyli już w doliczonym czasie gry, kiedy do ataku przeszedł rosły Van Buyten. Bezbłędnie bronił jednak Boruc, który raz ubiegł właśnie wspominanego wcześniej piłkarza a później Emila Mpenzę. W 79 minucie na boisku pojawił się Rafał Murawski, wychowanek MRKS Gdańsk i były piłkarz Prokomu Arki Gdynia, czy Lecha Poznań i zapisał się w historii polskiej piłki nożnej jako 800 piłkarz, który wystąpił w biało-czerwonych barwach.
,,Zawsze gramy o trzy punkty i tak samo było w Brukseli. Staramy się jak najdłużej utrzymać przy piłce, żeby przejść do akcji ofensywnej. Mieliśmy więcej sytuacji i zasłużyliśmy na zwycięstwo. Cieszę się, że rok zakończyliśmy dwoma jakże cennymi wygranymi” - powiedział Dariusz Dziekanowski, asystent Leo Beenhakkera.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
16
Pyrrusowe zwycięstwo na zakończenie eliminacji:
15 listopada 1989 r. reprezentacja Polski wygrała wyjazdowe spotkanie z Albanią 1:2 w el. MŚ 1990 po golach Tarasiewicza i Ziobera. Jesień Ludów zrobiła swoje. W Albanii reżim komunistyczny mocno chwiał się w posadach. Mieszkańcy tego kraju coraz głośniej domagali się wolnych wyborów oraz idących za nimi głębokich zmian społecznych, gospodarczych i politycznych. W takiej scenerii nasi piłkarze kończyli nieudane eliminacje włoskiego mundialu. I mecz w Tiranie niczego w tym smutnym krajobrazie nie zmienił. Polacy wygrali szczęśliwie, bo gospodarze w niczym nie ustępowali drużynie Andrzeja Strejlaua. On przynajmniej miał małą satysfakcję, że prowadzona przez niego kadra odniosła pierwsze zwycięstwo w meczach o punkty. W wyścigu o awans biało-czerwoni wyraźnie ustępowali Szwedom i Anglikom. Kilka zrywów, indywidualnych szarż i okresów dobrej gry to za mało, by nawiązać walkę na pełnym dystansie ze Skandynawami i Wyspiarzami.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
15 listopada 1918 r. urodził się Adolfo Pedernera, napastnik; 3-krotny triumfator Copa America(1941, 1945 i 1946); 5-krotny mistrz Argentyny oraz 4-krotny mistrz Kolumbii. Pedernera uchodzi za największego stratega w historii argentyńskiej piłki. Jego niepowszednie walory dobrze wyraża wymowny przydomek ,, Napoleon futbolu". Adolfo był jednym z wychowanków ,, fabryki talentów" River Plate, dokąd trafił jako niespełna 15-latek z klubiku Cruceros del Plata w Patricios. Wraz z równie uzdolnionym Moreno zadebiutował w sezonie 1935. Zaczynał od lewego skrzydła, potem przeszedł na prawe. Czarował wtedy bajeczną techniką, krótkim, zabójczym dryblingiem i umiejętnością zaskakującego przeboju. Centrował z matematyczną dokładnością. Z biegiem lat ten ,, Bonaparte" przeobraził się w prawdziwego ,, Napoleona". Przeszedł na środek napadu i na tej pozycji stworzył własną szkołę gry. Był to Uniwersytet futbolowy na poziomie Oksfordu lub Sorbony. Pedernera, zwany również ,, Gran Adolfo" , skupiał wszystkie nici fenomenalnej ,, maszynki" River Plate, po mistrzowsku kierując najlepszym atakiem świata: Muñoz, Moreno, Pedernera, Labruna, Loustau. Pociągał ze sznurki, ustalał hierarchię zadań, regulował rytm gry, słowem rządził! Jego przywódczą funkcję plastycznie oddaje druga zwrotka popularnej pieśni triumfalnej ułożonej z okazji kolejnego tytułu mistrzowskiego River w sezonie 1945: ,,La Maquinita de River, Modelo de precision, Su capitan es Soriano, Pedernera el conductor". Tekst tak prosty że nie ma potrzeby go tłumaczyć. ,, konduktor" dawał sygnał do odjazdu pociągu, który do stacji docelowej(a mógł być nią tylko ligowy prymat) docierał z niezawodną punktualnością w latach 1936-37-41-42-45. W roku 1947 zwalniając miejsce dla młodej rewelacji Alfreda di Stefano, przeszedł do klubu Atlanta za rekordową sumę transferu 140 000 pesos. W następnym sezonie trafił na krótko do Huracan, po czym wyemigrował do Kolumbii. W latach 1935-48 i 1953(powrotny epizod w Huracan) strzelił 136 goli. Dla samego River strzelił 130 goli w 288 meczach. W reprezentacji rozegrał 20 spotkań z siedmioma bramkami na koncie, nieustannie rywalizując o miejsce na środku ataku z takimi asami jak Pontoni czy Masantonio. W Bogocie przeżył drugą młodość. Czterokrotnie poprowadził Milionarios do mistrzostwa kraju, w drugiej fazie tego imponującego cyklu pełniąc rolę grającego trenera. W Kolumbii, gdzie fetowano go niczym bohatera narodowego odniósł potem jeszcze wiele sukcesów szkoleniowych a w 1962 roku doprowadził reprezentację tego kraju po raz pierwszy w dziejach do finałów Mistrzostw Świata, gdzie sprawiła światową sensację remisując z faworyzowanym ZSRR 4:4.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
13
Wybitne legendy Dumy Katalonii:
15 listopada 1927 r. urodził się Joan Segarra, głównie środkowy obrońca, wielka legenda FC Barcelony. Segarra był charyzmatycznym kapitanem(miał przydomek ,,El Gran Capitan”) między innymi ,,Barcelony Pięciu Pucharów”. Cechował go wysoki wzrost i doskonałe przygotowanie fizyczne. Przez 15 sezonów rozegrał aż 402 spotkania we wszystkich rozgrywkach, co daje mu jedno z czołowych miejsc w historii klubu. Mimo gry na pozycjach defensywnych strzelał dużo goli, szczególnie w sezonie 1958/59, kiedy to Blaugrana zdobyła podwójną korone. Z powodu problemów z gałką oczną nie zagrał w finale Pucharu Europy z Benfiką. W reprezentacji rozegrał 25 spotkań, ostatnie na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 r. przeciwko Czechosłowacji. Zmarł 3 września 2008 r.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@AxelF A ja wyobraź sobie byłem już na świecie :)
Jednak tego Claresa też za dobrze nie znam ale hattricka udało mu się strzelić!
11
Pośredni rzut karny. Od Rika Coppensa do Messiego:
Rzut karny to niewątpliwie najdotkliwszy rzut karny, jaki drużyna może ponieść w meczu piłkarskim (oczywiście po strzeleniu gola). Bramkarz zawsze jest na przegranej pozycji w starciu z tego typu strzałami, ponieważ wykonawca rzutu karnego ma znaczną przewagę i rzadko jest on niecelny. Dzisiaj porozmawiamy o pośrednim rzucie karnym , który tylko nieliczni mieli odwagę skutecznie wykonać. W historii rzuty karne pośrednie były rzadkością. Oczywiście, musimy skupić się na „wynalazcy” tej osobliwej metody wykonywania rzutów karnych. Cofamy się do 5 czerwca 1957 roku. Tego dnia w Brukseli odbył się mecz kwalifikacyjny do Mistrzostw Świata 1958 pomiędzy Belgią a Islandią. W reprezentacji Belgii grał zawodnik o nazwisku Rik Coppens. Piłkarz z numerem 9 otrzymał rzut karny i zaskoczył wszystkich, podając piłkę do kolegi z drużyny (prawdopodobnie świadomego jego intencji), który oddał ją po minięciu bramkarza. Na szczęście istnieje doskonały materiał filmowy z tej historycznej akcji.
Bez wątpienia nazwisko Rika Coppensa na zawsze zapisało się w historii piłki nożnej właśnie dzięki tej akcji. Belgijski napastnik spędził całą karierę w lidze swojego kraju, grając w takich drużynach jak Beerschot VAC, gdzie rozegrał ponad 500 meczów w ciągu 15 sezonów i dwukrotnie był królem strzelców ligi. Podobno odrzucił nawet znaczące oferty od potężnych klubów tamtych czasów, takich jak Inter Mediolan i AC Milan, ponieważ był wierny swojemu klubowi od urodzenia.
Przez wiele lat Johan Cruyff był uważany za prawdziwego wynalazcę rzutu karnego pośredniego. Holenderski geniusz spopularyzował tę technikę w 1982 roku, grając w Ajaxie. Tym razem przeciwnikiem był skromny Helmond Sport, którego amsterdamska drużyna prowadziła już z dużą przewagą w momencie podyktowania rzutu karnego. Cruyff, naśladując ruch Coppensa, zagrał krótkie podanie do swojego kolegi z drużyny, Jespera Olsena, który oddał piłkę, dzięki czemu Cruyff mógł wpakować ją do siatki. Najzabawniejsze jest to, jak sam strzelec bramki wyjaśnił po latach wątpliwości, jakie wzbudził u sędziego tym strzałem: „Sędzia był pod wrażeniem. Podszedł do mnie i zapytał, czy to dozwolone. Powiedziałem: »Oczywiście, dlaczego nie?«, a on wskazał na środek boiska”.
Od czasów Cruyffa, byli inni odważni piłkarze, którzy próbowali wykonać tego typu rzut karny. Messi i Suárez z powodzeniem wykonali to w niedawnym meczu Barça-Celta; jednak dwie gwiazdy, takie jak Henry i Pires, zrobiły z siebie kompletnych idiotów, nie wykorzystując rzutu karnego przeciwko Manchesterowi City, kiedy obaj byli częścią Niepokonanych Arsenalu. Na szczęście dla dwóch gwiazd Arsenalu, ich drużyna nie potrzebowała tej bramki, by wygrać mecz i zdominowała cały sezon, zdobywając mistrzostwo Premier League bez porażki. Tak czy inaczej, to akcja, której nigdy nie zapomną.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
8
Wybitne legendy polskiego futbolu:
14 listopada 1907 r. w Krakowie urodził się Henryk Martyna, obrońca i kapitan Legii Warszawa, 24-krotny reprezentant Polski, członek zespołu, który zajął czwarte miejsce na IO w Berlinie w 1936 r. ,,Miał słynny, oswobadzający wykop oraz bił potężne rzuty karne i wolne. Pamiętam, jak raz na meczu z austriackim Rapidem strzelił wolnego niemal ze środka boiska i trafił w poprzeczkę. Gdzie te czasy?” – wspominał jego grę redaktor Bohdan Tomaszewski. Antałek to mała beczułka przeznaczona do przechowywania wina albo piwa, w potocznym języku oznaczająca po prostu grubasa. Właśnie Antałkiem nazywano Martynę i faktycznie jego sylwetka daleka była od ideałów fitnessu, przy wzroście 167 cm ważył ponad 80 kg. Jednak twardo stał na nogach, grał z wielkim wyczuciem i poświęceniem a rywali straszył swoimi atomowymi strzałami. Przygodę z futbolem zaczynał w krakowskich klubach (Orzeł, Korona), w stolicy Małopolski skończył też szkołę handlową. W 1928 r. rozpoczął służbę wojskową w Warszawie i trafił do Legii, gdzie przeżył najlepsze lata swojej kariery. Dla Wojskowych rozegrał 160 meczów i zdobył 18 goli. Odszedł w 1936 r. i do wybuchu wojny grał w Warszawiance. Był pierwszym strzelcem gola dla reprezentacji w meczu o punkty – 15 października 1933 r. w eliminacjach MŚ pokonał legendarnego bramkarza Františka Pláničkę strzałem z rzutu wolnego (przegraliśmy 1:2). W kadrze debiutował 28 września 1930 r. w towarzyskim meczu ze Szwecją (zwycięstwo 3:0) a przygodę z drużyną narodową zakończył 4 października 1936 r. z Danią (zszedł w 21. minucie w meczu przegranym 1:2). W czasie kampanii wrześniowej walczył w obronie Twierdzy Modlin. Niemcy zwolnili go z obozu jenieckiego w Iławie i wrócił do Warszawy. W rozgrywkach konspiracyjnych w stolicy reprezentował barwy KS Radość. W czasie Powstania Warszawskiego był cywilnym komendantem kamienicy przy ul. Mokotowskiej 52, a po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uciekł stamtąd i resztę życia spędził w Krakowie. Był współwłaścicielem firmy poligraficznej, a także kierownikiem sklepu, w czym z pewnością pomogło mu wykształcenie ekonomiczne. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 4 gole. Zmarł 17 listopada 1984 r.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
2
@Lionel_Messi10 W końcu to tylko mecz towarzyski...
8
Legendy argentyńskiego futbolu:
14 listopada 1936 r. urodził się Rubén Héctor Sosa, pomocnik i napastnik; zdobywca Copa America z 1959 r. oraz 2-krotny mistrz Argentyny z Racing Club de Avellaneda. Sosa nazywany był Markizem, ponieważ główkową z elegancją i klasą godną Markiza. Przyszedł z Platensy i w latach 1958- 64 strzelił(głównie głową) dla Racingu 79 goli w 147 meczach. Łącznie w lidze argentyńskiej Sosa rozegrał 181 meczów i zdobył 96 bramek. W 1965 roku przeniósł się do Urugwaju, gdzie do 1966 roku grał w klubie CA Cerro, a w 1967 roku w klubie Club Nacional de Football, z którym zdobył wicemistrzostwo Urugwaju i dotarł do finału Copa Libertadores 1967. Karierę piłkarską zakończył w 1968 roku w USA, w klubie Boston Beacons, w którym rozegrał 17 meczów i zdobył 7 goli. W reprezentacji Argentyny Sosa rozegrał 17 meczów, zdobywając 11 goli.
@Sysia11
@Safrani
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
1
@Symson O! przepraszam ale w natłoku ludzkich spraw nie dałem ci zielonego herba! :) Ależ naturalnie że legenda i to nie tylko Kolejorza ale i całej Polski!
9
Bitwa o ,,Highbury”:
Bardzo często mówi się, że styl wyspiarskiej piłki nożnej odznacza się grą siłową. W tamtych czasach jednak mieliśmy do czynienia z gladiatorami muraw. Brutalne mecze im więc nie były straszne. Mecz z 14 listopada 1934 roku jest również określany „prawdziwym meczem o mistrzostwo świata”. Do Londynu przyjechała reprezentacja Włoch, która w 1934 roku wygrała mundial na swoim terenie. Anglicy nie brali udziału w tamtym turnieju, ponieważ w 1928 roku rodzima federacja wystąpiła ze struktur FIFA. Choć był to mecz towarzyski, to brano go jak najbardziej na poważnie. Sam Benito Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi, że w przypadku wygranej, otrzymają po 150 funtów oraz samochód a konkretnie wybrany przez siebie model Alfy Romeo.
Anglicy już na początku spotkania pokazali, że traktują ten mecz towarzyski jak prawdziwy finał. W pierwszej minucie świetną okazję na zdobycie bramki zmarnował Eric Brook, który nie wykorzystał rzutu karnego, sprezentowanego przez Ceresciolego. Włoski piłkarz w dosyć głupi sposób sfaulował w polu karnym Teda Drake’a. Zaledwie 120 sekund później Brook się zrehabilitował i otworzył wynik tego spotkania. Można powiedzieć, że od tego momentu puściły hamulce po obu stronach. W 10. minucie Brook ustrzelił dublet, lecz na tym gospodarze nie poprzestali. Chwilę po wznowieniu gry, boisko musiał opuścić Luis Monti, który po zderzeniu z Drake’iem doznał złamania nogi. Od tej chwili goście grali w osłabieniu (w owym czasie nie wprowadzono jeszcze przepisu dotyczącego zmian). Wykorzystując przewagę, trzecią bramkę wbił na domiar złego…Ted Drake. Włosi nie wytrzymali i rewanżowali się jak tylko można. Najlepiej to obrazuje starcie, po którym Eddie Hapgood musiał opuścić boisko z powodu złamanego nosa. Mało? Niedługo potem opatrywany był Ray Bowden z powodu skręcenia kostki a Eric Brook opuścił murawę na skutek złamania kości przedramienia. Na drugą połowę Włosi wychodzili więc w przewadze. Bramka strzeżona przez Franka Mossa była ostrzeliwana raz za razem. Włosi szturmowali połowę Anglików, czego efektem były dwa gole Giuseppe Meazzy. O ile sytuacja na boisku trochę się uspokoiła, to nadal dochodziło do starć, choćby między Luigim Bertolinim i Wilfem Coppingiem. Na szczęście Anglików, wynik spotkania do ostatniego gwizdka nie uległ zmianie. Po tej batalii – piłkarzy uznano za bohaterów narodowych i mistrzów świata, a potocznie nazywano ich „Lwami Highbury”. W meczu tym wystąpił także sir Stanley Matthews. Agresja i brutalność, jaka towarzyszyła temu spotkaniu, w efekcie doprowadziła do poważnych rozmów na temat rezygnacji organizowania oficjalnych spotkań międzypaństwowych…
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Lionel_Messi10 Na jakim programie transmisja?
10
Hattrick Claresa:
14 listopada 1976 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Burgos CF 3:0 w ramach 10 kolejki Primera Division. Hattrickiem popisał się Manuel Clares Garcia, który został ściągnięty pod koniec maja 1974 r. z CD Castellon aby w przyszłości zastąpić Cruijffa.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Ku pamięci legend:
14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
12
Dwucyfrówka w “Campionat de Catalunya de Futbol”:
14 listopada 1926 r. FC Barcelona rozgromiła na „Camp de Les Corts” FC Gracia 10:2 w ramach 5 kolejki mistrzostw Katalonii. Po jednym hattricku zaliczyli Vicente Piera oraz legendarny Josep Samitier. Dublet zaliczył Jose Sastre a pozostałe gole zdobyli Sagi Barba oraz Paulino Alcantara. W mistrzostwach triumfowała Duma Katalonii a królem strzelców został genialny Josep Samitier z dorobkiem 18 goli.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
4
Ooo Portugalia przegrała z Irlandia? No kto by się spodziewał?
O! Pan Cristiano dostał czerwona kartke? A taki grzeczny chłopak ponoć. Najwyraźniej ktoś go musiał sprowokować, najprędzej chyba Messi...
1
@AxelF Po prostu są rankingi dotyczące wyłącznie Ligi Mistrzów i wyłącznie Pucharu Europy. Rzadko robi się ranking ogólny, zwłaszcza indywidualny a w tym rekord dzierży genialny Lubański...
12
Najmłodszy strzelec w historii Ligi Mistrzów?
W rozegranym 10 grudnia 2019 r. meczu Inter – FC Barcelona (1:2) Ansu Fati wpisał się na listę strzelców i został ogłoszony najmłodszym strzelcem gola w historii Ligi Mistrzów. I rzeczywiście, jeśli mielibyśmy trzymać się nomenklatury, tak jest. Zawodnik Dumy Katalonii liczył sobie wówczas 17 lat i 40 dni. Weźmy jednak pod uwagę, że Liga Mistrzów została powołana w 1992 roku jako naturalny kontynuator Pucharu Europy, do którego dziesiątki lat temu swoje trzy grosze dodawały polskie potęgi klubowe. W sezonie 1967/68 Górnik Zabrze był jedynym zespołem w Europie, który pokonał wielki Manchester United Matta Busby’ego w marszu Czerwonych Diabłów po najważniejsze klubowe trofeum. Przy obecności ponad 90 tys. osób na Stadionie Śląskim Zabrzanie pokonali Anglików 1:0. Niestety, w pierwszym meczu, rozegranym na Old Trafford, polegli 0:2 i pożegnali się z rozgrywkami na etapie ćwierćfinału. W obu spotkaniach wystąpił fenomenalny Włodzimierz Lubański, który niespełna pięć lat wcześniej dokonał niebywałej sztuki. W 1/8 finału Pucharu Europy Górnicy mierzyli się z Duklą Praga. 13 listopada 1963 roku pokonali czeską ekipę 2:0, a jednego z goli zdobył właśnie Lubański, mający wówczas zaledwie 16 lat i 258 dni! W statystykach klubowych do triumfów w Lidze Mistrzów (tej po 1992 roku) dodaje się triumfy w Pucharze Europy (tym przed 1992 rokiem). Wiemy na przykład, że Real Madryt wygrał Ligę Mistrzów piętnaście razy, choć tak naprawdę, znów trzymajmy się nomenklatury, dziewięciokrotnie (wcześniej, za czasów Pucharu Europy, w 1956, 1957, 1958, 1959, 1960 i 1966 roku). Dlaczego zatem sytuacja z wyczynami indywidualnymi jest zgoła odmienna? Dlaczego za najmłodszego strzelca nie uznaje się piłkarza grającego przed 1992 rokiem? To nie Ansu Fati powinien być liderem tej klasyfikacji. To wyróżnienie należy się Włodzimierzowi Lubańskiemu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
0
@Arkon Napisałeś Lato, więc uznałem że liczą się tez ci, których się na żywo nie widziało. Natomiast gdybyś śledził skrupulatnie moje historie to byś znał genialnego Gerarda Wodarza...