1

@wojopancer A jednak mineło...
Ja dopiero rok później zakochałem się w Barcunie i to przez gazete, dowiadując się że do Barcy przechodzi Eto'o. No ciekawe czy rok a nawet dwa wcześniej nie zabujałbym się w Barcuni, gdybym miał możliwość oglądania jej meczów, przynajmniej retransmisji...?

9

Wymarzony debiut o punkty:

3 września 2003 r. Ronaldo de Asis Moreira, zwany Ronaldinho strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w 59 minucie meczu rozgrywanego na Camp Nou z FC Sevilla i zakończonego rezultatem 1:1. Niezwykłej urody gol padł w niecodziennych okolicznościach. Spotkanie przeciwko FC Sevilli rozpoczęło się… 5 minut po północy. Wszystko dlatego iż w dniu meczu(środa) rozpoczynały się zgrupowania reprezentacji narodowych i rywale z Andaluzji nie zgodzili się na przełożenie meczu na wtorek. Istniało poważne ryzyko że w meczu nie zagrają tacy piłkarze jak Ronaldinho, Rustu, Kluivert, Cocu, Overmars, Reiziger i Van Bronchorst. Działacze Barçy mieli jednak pełną dowolność w wyborze godziny spotkania dlatego zaplanowali je na godzine… 0:05 w nocy z wtorku na środe. Mimo tak późnej pory na Camp Nou zjawiło się aż 80 tys. widzów, lecz Blaugrana tylko zremisowała 1:1. Warto było jednak przyjść tej nocy na stadion dla gola Ronaldinho. Popularny ,,Gaucho” otrzymał długie podanie od… Valdesa, przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów, minął dwóch rywali i huknął pod poprzeczke ze sporej odległości.

Tylko popatrzcie:




@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Premierowe starcie w najważniejszym z pucharów:

3 września 1959 r. FC Barcelona zadebiutowała w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych. Miało to miejsce w Sofii w wyjazdowym meczu z tamtejszym CSKA zakończonym wynikiem 2:2. ,,Sprawiedliwy wynik”- donosiło Mundo Deportivo. Gole dla gości zdobyli Segarra oraz Eulogio Martinez. Przy stanie 1:0 dla Bułgarów Luis Suarez zmarnował rzut karny(trafił w słupek). Gracze CSKA byli niezadowoleni z wyniku ponieważ obawiali się rewanżu na Camp Nou. Słusznie ponieważ Blaugrana rozgromiła w rewanżu Bułgarów 6:2(!) i awansowała do następnej rundy.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

8

@FCBparasiempre
Wygrywał wszelkiego typu zestawienia na „najdziwniejsze fryzury wszech czasów” a wielu kibicom na samą myśl o latach 90-tych do głowy przychodzi jego wizja gry i technika użytkowa. Do statusu legendy MLS wystarczyło mu sześć sezonów, gdzie grając już grubo po trzydziestce, bardziej człapał niż biegał. Mimo to, wynik 114 asyst przypomina bardziej wyczyny dzisiejszych kosmitów z Realu Madryt i Barcelony, niż ówczesnych piłkarzy. Carlos Valderrama na stałe wpisał się do panteonu wielkich, piłkarskich osobowości i mimo, że nigdy nie osiągnął sportowego Olimpu, dla wielu i tak ma status futbolowego „półboga”. Wczesne lata 90., Kolumbia. Kraj w stanie permanentnej wojny domowej, gdzie kartele narkotykowe z Cali i Medellin, rząd i lewicowi ,,guerillas” z FARC i ELN toczyli wyniszczającą walkę między sobą. Świetnie zobrazował to bijący ostatnio rekordy popularności serial „Narcos”. W tym okresie jedynym powodem radości dla zwykłych Kolumbijczyków była piłka nożna, gdzie zarówno reprezentacja, jak i zespoły klubowe należały do absolutnej czołówki na kontynencie. Futbol stanowił remedium na ciągle odnawiające się rany po wewnętrznych konfliktach, a Valderrama należał do tych, którzy swoim rodakom podawali je najczęściej. Niewielu jest obecnie piłkarzy, którzy wyprzedzają swoją epokę. Może o kilku można napisać, że „byli kimś lub zrobili coś, zanim stało się to popularne”. Valderrama jak na drugą połowę lat 80. i pierwszą 90. był inny. Owszem, na ulicach panowała plastikowa, kiczowata moda. Był grunge i początki detroit techno, wszędzie pełno kolorów, a ludzie wzorowali się na bohaterach amerykańskich seriali. Piłkarskie boisko, w przeciwieństwie do dzisiejszego, nie odwzorowywało tych trendów i rzadko można było spotkać futbolowych outsiderów. Fryzurami wyróżniali się Alexi Lalas czy inny Abel Xavier, a kulminacją była fryzura Taribo Westa, do dzisiaj pokazywanego dzieciom przez matki jako koszmar nocny. Za tego, który dzięki swojej fryzurze był najbardziej zapamiętany, należy uznać jednak Carlosa Valderramę.

Prosząc o pomoc moją bratanicę, skądinąd biegłą we wszelkiego rodzaju fryzjerskich modach (tak to nazwijmy), po ujrzeniu przez nią Valderramy, usłyszałem tylko „o jeny”. Tak, to „o jeny” bywało zapewne pierwszą reakcją nie tylko młodej dziewczyny w XXI wieku, ale wszystkich tych, którzy w latach 80. i 90. pierwszy raz widzieli kolumbijskiego piłkarza na oczy. Bujne, lokowane, blond włosy a’la afro i charakterystyczny wąs sprawiały, że ludzie wpadali w osłupienie, zapewne zastanawiając się, jak głupi zakład Kolumbijczyk przegrał i jak bardzo nie może doczekać się momentu, kiedy termin jego obowiązywania upłynie. Artykuł o Valderramie byłby jednak zbyt płytki, gdybym jego włosom poświęcił więcej niż trzy akapity. Statusu legendy nie otrzymuje się wszak dzięki posiadaniu charakterystycznej fryzury, a dzięki umiejętnościom piłkarskim, poświęceniu i zasługom. Pomocnik ten status uzyskał, głównie dzięki niebywałej charyzmie, technice i wizji gry, którą w ówczesnych czasach mogło posiadać jedynie kilku piłkarzy na globie. Mimo to nie był uznawany za klasycznego playmakera, a stylem gry przypominał bardziej Dennisa Bergkampa czy Ruuda Gullita. Za młodu zyskał przydomek „El Pibe” (z hiszp. dzieciak). Nadał mu go argentyński kolega z drużyny jego ojca. Swój debiut w pierwszej lidze zaliczył w wieku dwudziestu lat i po czterech latach trafił do Deportivo Cali. Drużyna Los Azuceros (z hiszp. cukiernicy) nie przypominała już wielkiej ekipy z lat 70., lecz to właśnie Valderrama miał nadać jej nowy blask. Przez lata stał w samym centrum futbolowo-narkotykowej wojny między Deportivo, a Atletico Nacional Medellin, klubem będącym w posiadaniu słynnego narkobossa Pablo Escobara. To właśnie w klubie z Cali wyrobił sobie markę piłkarskiego magika, która zaowocowała najpierw debiutem w reprezentacji, a trzy lata później transferem do francuskiego Montpellier. Na transfer do Francji zasłużył sobie przede wszystkim świetnym turniejem Copa America w 1987 roku, gdzie dostał miano MVP turnieju. Prawdziwy stempel pod swoim znakiem jakości, dał jednak w towarzyskim meczu przeciwko Anglii na Wembley, w którym padł remi 1:1, a Valderrama zaimponował samemu Bobby’emu Robsonowi, który grę całej Kolumbii z pomocnikiem Deportivo na czele komentował następująco: ,,Nie mamy piłkarzy grających w taki sposób. Ich futbol jest całkowicie inny, krótki i kompaktowy”.

W efekcie Valderrama wylądował na południu Francji, gdzie zebrała się wówczas ekipa całkiem niezłych piłkarzy. Kapitanem drużyny był wówczas Laurent Blanc, a z przodu obok Valderramy miał grać sam Roger Milla. Mimo niewątpliwie wielkich umiejętności, Kolumbijczykowi wiele zajęło przystosowanie się do szybszej i bardziej fizycznej gry w Europie. W efekcie, w pierwszym sezonie zaliczał przede wszystkim wejścia z ławki. Wielu uznawało jego transfer za duże rozczarowanie. Kolumbijczyk zabrał się do pracy i poskutkowało to szybkim powrotem do pierwszego składu. Co więcej, w tym okresie uważany był za jednego z najbardziej pracowitych pomocników tego typu w Europie. Mimo, że w ogólnej świadomości uważany był za piłkarza dosyć leniwego, to ten okres zdecydowanie zaprzeczał tej tezie. Pomocnik wrócił później do Kolumbii, po czym wylądował na Florydzie, stając się jednym z symboli chwilowego szału na „soccer” w USA. W ciągu zaledwie sześciu sezonów zaliczył aż 114 asyst w barwach swoich zespołów. Choć poruszał się coraz wolniej, to przewyższał sprytem i umiejętnościami całą ligę o dwie klasy. W efekcie został wybrany MVP całych rozgrywek w 1996 roku, a w 2005 roku zaklasyfikowano go do jedenastki wszech czasów MLS. “El Pibe” należał do wybitnego pokolenia kolumbijskich piłkarzy, którzy w latach 1990-1994 tworzyli jedną z najlepszych reprezentacji na świecie. Oprócz niego, szkielet drużyny tworzyły takie tuzy jak: Freddy Rincon, Faustino Asprilla, Rene Higuita czy też Andres Escobar. Zawodnicy, których w większości nie trzeba przedstawiać szerszej publiczności. Mimo tak wielkich indywidualności, to właśnie Valderrama był symbolem tamtej kadry. Swój szczyt Kolumbijczycy osiągnęli w legendarnym zwycięstwie 5:0 nad Argentyną w 1993 roku, po którym zespół zaczął być uznawany za potencjalnego faworyta całych mistrzostw świata w USA. Jak się jednak miało okazać, turniej zakończyli na fazie grupowej, a sam występ przyniósł tragiczne konsekwencje w postaci śmierci Andresa Escobara. Na jego wizerunku pojawiały się jednak rysy, a do jednej z nich należało m.in. posądzenie go o przekazanie Rogerowi Milli wideo z zagraniami Rene Higuity, co miało ułatwić Kameruńczykowi strzelenie bramki Kolumbii na mundialu w 1990 roku. Wobec przyjaźni, jaka wiązała tych dwóch zawodników, plotki te należałoby włożyć między te najsłabiej napisane bajki… Karierę zakończył w 2002 roku, po blisko 21 latach czynnej gry zawodowej. Pozwoliło mu się to na stałe zapisać do kronik futbolu i zyskać miano najwybitniejszego piłkarza w historii Kolumbii. Jego umiejętności docenił sam Pele, umieszczając go na swojej liście „100 najlepszych żyjących piłkarzy”. Sam też doczekał się pomnika w swojej rodzimej miejscowości Santa Marta, wzniesionego w 2006 roku. W ostatnim czasie „El Pibe” udzielał się w polityce. Został też ambasadorem niedawnego Copa Centenario w Stanach Zjednoczonych. W ostatnich latach nie szczędził również języka na kontrowersyjne wypowiedzi. Dwa lata temu bez ogródek stwierdził, że najlepszą drogą do relaksu w trakcie turnieju jest… seks. Z kolei w kwietniu oberwał od niego Zinedine Zidane, którego Valderrama posądził o uprzedzenia wobec Jamesa Rodrigueza. Posiadając jednak taki status, jaki obecnie ma w kolumbijskim futbolu, jakakolwiek jego wypowiedź nie może przejść bez echa.

Sukcesy:

Montpellier HSC:

1 x Puchar Francji (1990)

Atletico Junior Barranquilla:

2 x mistrzostwo Kolumbii (1993, 1995)

Tampa Bay Mutiny:

1 x MLS Supporter’s Shield (1996)

1

@FcPortoFan1999 W tej chwili mam,więc na szybko znalazłem. Ale nie zawsze tak jest. Na ogół mam mniej czasu...

0

@Arden W tym wieku organizm jeszcze bardzo szybko się regeneruje po urazach. Za 5 lat będzie już dużo większy problem wrócić do pełnej sprawności...

1

@FcPortoFan1999 Nie mam aż tyle czasu aby bacznie śledzić Argentyńczyków. Gdybym mógł pozwolić sobie na luksus nie chodzenia do roboty, to ogladałbym po nocach chyba wszystkie mecze mojej ulubionej CA Boca Juniors...

1

@FcPortoFan1999 No tak ale w natłoku tylu moich historycznych komentarzy i codziennego życia, to nie śledze ich na bieżąco...

3

@FcPortoFan1999 Nie wiem, naprawde nie wiem. Trzeba by zapytać @Lionel_Messi10 on na bieżąco śledzi ,,Albicelestes". Zresztą podobnie ukłon w strone @Sysia11 , gdyż ona również ma fantastyczną wiedze o Argentyńczykach.

1

@escarabajo Często nie panował nad sobą, odgrywał się złośliwie przeciwnikom bardzo ostrymi faulami. To jest to o czym piszesz i co do mnie nie przemawia ze strony Gaviego...

1

@FcPortoFan1999 Otóż to! Ale i nie tylko...!

0

@La Pulgaa No ok. ale żeby choć troche się odbudował to potrzebuje gry(nie ogony tylko przynajmniej połówki) i zaufania przedewszystkim trenera...

14

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

Dzisiaj swoje 32 urodziny obchodzi Damian Emiliano Martinez Romero, argentyński bramkarz, aktualny mistrz świata oraz mistrz Ameryki Południowej. Swoją drogą Damian mógłby zastąpić u nas Ter Stegena...

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11
@tristan87

0

No to skoro nasza kochana Barcunia pod przywództwem pana Flika gra tak rewelacyjnie(przynajmniej na razie), to nie pozostaje nic innego jak natychmiast włączyć do drużyny sympatycznego Ansu Fatiego i dać mu szanse już w meczu z FC Gorona...

13

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

2 września 1998 r. Patrick Kluivert debiutuje w barwach Blaugrany towarzyskim meczem z FC Palamos wygranym przez Barçe 2:0. W swoim debiucie strzela nawet jednego z dwóch goli. Natomiast debiutanckiego gola w meczu o punkty Patrick strzela w… El Clasico, nieco ponad 2 tygodnie później, o czym nie omieszkam wspomnieć.


@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

13

Debiuty ,,naszych” legend:

2 września 1973 r. w przegranym meczu ligowym z Elche zadebiutował w barwach FC Barcelony Hugo Sotil(pełne 90 minut). Barça na początku była zainteresowana jego rodakiem Teofilo Cubillasem ale w końcu postawiła na Sotila i początkowo był to strzał w dziesiątke. W pierwszym sezonie Sotil wraz z Cruyffem walnie przyczynił się do zdobycia mistrzostwa Hiszpanii. Był drugim po Holendrze ulubionym piłkarzem wśród cules. W 1974 r. pozyskano Neeskensa i Peruwiańczyk musiał przyjąć obywatelstwo hiszpańskie. Niestety cała procedura przeciągała się przez interwencje władz reżimu i Sotil praktycznie cały rok nie mógł grać w meczach oficjalnych. Peruwiańczyk grał w efektownym stylu jak Ronaldinho ale miał podobną wade, otóż lubił się dobrze zabawić w klubach nocnych. W 1975 r. dostał wreszcie paszport hiszpański, lecz problemy poza boiskowe sprawiały iż stracił błysk w grze. Nawet powrót na ławke Rinusa Michelsa nie pozwolił mu odzyskać formy. W 1977 r. wyjechał na spotkanie eliminacyjne mistrzostw Świata i już nie powrócił do Katalonii. Obecnie mieszka w Peru i walczy z chorobą alkoholową a Barça nawet wspierała go ekonomicznie.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

1

@Pawel13sz Jeśli tak miałoby się to zakończyć, to prawdopodobnie kilka firm bukmacherskich zbankrutowałoby...

3

@FCBparasiempre
Sandro Moreira, reporter ,, Diario de Noite" także pobiegł do telefonu żeby zadzwonić do biura Paula Azeredo, aktualnego prezesa Botafogo ale ten już został poinformowany o Garrinchy. Skontaktował się z nim natychmiast Madureira, dyrektor działu trenerskiego. Było tylko jedno wyjście- sporządzić fałszywy kontrakt, składający się z czystej kartki papieru, którą chłopak podpisałby Najpierw a działacze wypełnili potem treścią wymaganą przez przepisy ale żeby piłkarz mógł podpisać kontrakt musiał się najpierw zgodzić na proponowane honorarium. Kiedy Madureira skończył rozmawiać przez telefon Poinformowano go że trening gari czy oglądał z trybun szpieg. Szpiegiem tym był Edgar Freitas, zwany popularnie Freitinhas, odpowiednik Madureiry w dziale trenerskim Vasco. Kluby szpiegowały się nawzajem i podkradały sobie zawodników. Dwa lata wcześniej, kiedy w trampkarzach Botafogo objawił się talent na prawym skrzydle Joel, Flamengo skaperowało go do siebie i teraz strzelał on gole w jego barwach. Aleksander Madureira był wściekły, nie mógł pozwolić żeby historia się powtórzyła. Freitinias myślał trzeźwo. Nie był aż tak bezczelny żeby namawiać Garrinche pod nosem Botafogo ale z pewnością jak tylko dowie się że Garrincha mieszka w Pau Grande popędzi tam żeby na niego zaczekać i podebrać go rywalowi. Aby tego uniknąć należało zatrzymać go w klubie ( albo go stamtąd zabrać) i nie pozwolić mu wrócić do domu aż do momentu gdy podpisze dokument, cokolwiek to będzie. Madureira oznajmił Garrinchy że mogą rozmawiać o jego garze jedynie w obecności Paula Azeredo. Sęk w tym że stary Paulo miał wrócić dopiero wieczorem. Trzeba by czekać cały dzień w klubie. ,,Jeżeli to długo potrwa to nie zdążę na ostatni pociąg do Pau Grande"- oponował Garrincha. ,, Nie ma problemu. Prześpisz się tu, w klubie". - dobra. moja żona jest przyzwyczajona do tego że śpię poza domem. - jaka żona?- przestraszył się Madureira. - Nair. Mam żonę i lada dzień będę miał dziecko. Madureira poczuł jakby mu ktoś wylał na głowę kubeł zimnej wody. Myślał że ten wątły i dziecinnie wyglądający chłopak nie ma jeszcze 18 lat i że będzie można z nim podpisać amatorski kontrakt. Dopiero wtedy Gentil Cardoso poinformował Madureirę że Garrincha ma prawie 20 lat. Czyli trzeba podpisać z nim kontakt zawodowy i skoro miał żonę, to znaczyło że decyduje o sobie. Jeszcze lepiej bo nie musieli jechać do Pau Grande po podpis Ojca. Żeby zyskać na czasie Madureira zabrał go do miasta w celu zrobienia zdjęcia, bez którego nie mogli podpisać kontraktu. Zamówili 6 zdjęć legitymacyjnych u fotografa na ulicy 7 września. Skoro już byli w tej okolicy i musieli zaczekać na wywołanie negatywu, Madureira zabrał go na obiad do portugalskiej restauracji ,,Timpanas”. Timpanas była uczęszczana przez pisarzy, którzy przesiadywali całe dnie antykwariatach przy tej samej ulicy. Właściciel restauracji przyrządził wyborne dania z ośmiornicy i dorsza. Właściciel znał Madureirę, podszedł do jego stolika osobiście i zapytał co podać. Garrincha obejrzał menu, udając że czyta i odparł: ,, ryż, fasola i makaron". Właściciel próbował zwrócić uwagę na swoje bardziej wyszukane danie: ,, może wolał by pan dorsza ala ze do pipo?" Garnicza pozostał przy swoim: ,, nie proszę pana. Wolę ryż, fasolę i makaron". Prostota i naiwność Garrinchy były cechami, które od razu zjednały mu wszystkich Botafogo. Nie mogli się nadziwić że drybluje w ten sposób a jednocześnie używa języka zapadłej prowincji. Nawet mówiąc o futbolu nie potrafił się wyrażać poprawnie. Mówił ,, karniok" na karnego i ,, śródkowy" na zawodnika środka pola. Zanim co bardziej zbulwersowani zdążyli oskarżyć go o ignorancję, działacza Już im odpowiadali: ,, no i co z tego?". Na boiskach roiło się od piłkarzy, którzy posługiwali się takim samym językiem i Nie potrafili zrobić nawet połowy z tego, co on pokazał na treningu. W tym samym czasie, kiedy Garrincha robił zdjęcie i jadł fasolę z makaronem, czytelnicy popołudniówek dowiadywali się że Botafogo odkryło ,, rewelacyjnego skrzydłowego". Oba artykuły choć niewielkie miały nagłówki i były napisane w entuzjastycznym tonie. ,, O Globo" podało niewłaściwy wiek- 18 lat ale zrelacjonowało całą historię bardzo wiernie. Araty odkrył go, sędziując mecz poza Rio, zaprosił go do grania w Botafogo, Garrincha się nie pojawił i dopiero dużo później inny ,, czynnik z Botafogo"(bez nazwiska) sprowadził go i oddał w ręce Newtona Cardoso nie było żadnej wzmianki o rzekomym ośmieszeniu Santosa, jego nazwisko w ogóle nie padło i co najważniejsze, ,, O Globo" użyło już właściwego przydomka piłkarza Garrincha. Notka w ,, Diario da Noite" ukazała się nawet ze zdjęciem ale upraszczała historię podawała że Araty zabrał go bezpośrednio na trening zawodowych piłkarzy. Ujawniła też nazwisko piłkarza, Manuel do Santos, dodając że ,, Botafogo dało mu przydomek ,,Gualicho". ,,Botafogo" oznaczało Sandra Moreiro, autora artykułu. Reporter zapomniał powiedzieć że ,, Botafogo" to w tym wypadku był on sam, żarliwy kibic klubu i nieoficjalny znajomy wielu z jego najważniejszych działaczy. Tak jak i pozostali dziennikarze obecni na treningu, Sandro doskonale słyszał, kiedy Garrincha przedstawił się jako ale nie przypadł mu do gustu ten pseudonim, zwłaszcza kiedy piłkarz wyjawił że pochodzi od nazwy małego ptaka. Sandro uważał że to kiepskie żeby nie powiedzieć zniewieściałe przezwisko. Zresztą był już w Rio ktoś, kto się nim posługiwał a mianowicie pewna dama z wyższych sfer Garrincha Melo Franco Lobo. Jej prawdziwe nazwisko brzmiało Maria de Lourdes i pochodziła z rodziny znanych polityków. Być może nie znał jej ale tak czy inaczej uważał że ten pseudonim nie pasował do młodzieńca, który haseł po prawym skrzydle jak źrebię, kiwając wszystkich, którzy próbowali odebrać mu piłkę.

Kiedy wrócił zadyszany do redakcji żeby napisać artykuł, wspomniał o Garrinchy redaktorowi działu sportowego Bruce’owi. Z uwagi na swe stanowisko Bruce był zmuszony odstępować szpalty w piłce nożnej ale jego prawdziwą namiętnością były wyścigi konne i jak wszyscy koniarze w owych czasach był fanem Gaulicho, ogiera, który wygrał wyścig o wielką nagrodę Brazylii rok wcześniej i był zdecydowanym faworytem w gonitwie, która miała się odbyć 4 sierpnia. Sandro i Bruce zgodzili się że Garrincha powinien nazywać się Gualicho i postanowili że ,, Diario da noite" się tym zajmie. Tak będzie lepiej dla zawodnika kojarzonego z niepokonanym rumakiem i dla gazety, która będzie mogła w ten sposób pisać jednocześnie o piłce nożnej i wyścigach. Madureira i Garrincha wrócili do klubu pod wieczór. Paulo Azeredo dotarł tam dopiero o 9:00 i wspólnie z Madureirą, Azeredo oraz dyrektorem do spraw futbolu Pamploną i uzgodnili wszystko z Garrinchą. Pare minut później wychodzili już uśmiechnięci i objęci z małego biura po lewej stronie wejściowego holu. Garrincha podpisał pierwszy dokument in blanco w życiu, pierwszy z wielu, godząc się na to żeby zarabiać zaledwie 300 cruzeiro więcej, niż dostawał jako robotnik w fabryce i miał spędzić swą pierwszą noc w Ciudade Maravilhosa. Niestety nie w hotelu w dzielnicy Cinelandia ani w mieszkaniu jakiegoś działacza przy Alei Atlantica ale w najpodlejszym internacie jaki Botafogo prowadziło pod trybunami stadionu przy ulicy Generała Seweriana, na zawszonych materacach z szorstkiego materiału naprzeciw szpitala pinel. Tamtego pierwszego dnia, kiedy Garrincha debiutował w prasie nie można było w żaden sposób zapobiec temu żeby inne gazety tak go nazywały ale już w następnych dniach ,, Diario da Noite" obstawało przy Gualicho i przydomek zaczął się przyjmować. Artykuły poświęcone wyścigom konnym robiły żarty na temat konia, ilustrując je fotografiami piłkarza. Parę tygodni później, gdy Garrincha zadebiutował w Botafogo i zaczął strzelać gole sprawozdawcy sportowi w rodzaju Cozzego i Amarala już używali pseudonimu Gualicho. Jedynie Louis Mendes z radia Globo pozostał przy Garrinchy i jeśli ktoś słuchający meczu w radiu zmienił falę mógł odnieść wrażenie że ta sama bramka została strzelona przez dwóch różnych piłkarzy. Co gorsza, koń Gualicho z Olavo rosą w siodle był bezkonkurencyjny w gonitwie o wielką nagrodę Brazylii, wyprzedzając o 9 długości najbliższego rywala. Wyglądało na to że Garrincha jest skazany na to by zostać Gualicho. Nie to żeby on sam wolał ten pseudonim. Nie chciał nosić tego samego imienia co koń i kiedy reporterzy robili z nim wywiady na murawie dawał im nieśmiało do zrozumienia że woli, kiedy mówi się na niego Garrincha, gdyż jakby nie było, tak mówili na niego wszyscy w Pau Grande. Echo imienia Garrincha zaczęło znów pobrzmiewać w redakcjach ale tylko echo. Dziennikarze zaczynali się gubić i rezultat był taki że w trakcie pierwszych pięciu miesięcy jego kariery gazety nazywały go Guelicho, Garribo, Gerlico, Garricho, Garrinha, Garrincho i Garrincha. Tygodnik ,,O Cruzeiro” poświęcił mu artykuł w cyklu ,, idole brazylijskiej piłki" ale nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji, nazwał go Garri(n)cha. Nawet popołudniówka ,,O Globo, która nazwała go właściwie na samym początku, zaczęła zmieniać pisownię. Aż wreszcie reporter Geraldo Romualdo da Silva, także z ,,O Globo", położył kres zamieszaniu ogromnym tytułem: MAM NA IMIĘ MANUEL I MÓWIĄ NA MNIE GARRINCHA. ,, Zawodnik wykazał się wyjątkowymi umiejętnościami. Ma tylko jedną wadę, którą łatwo skorygować: za dużo się kiwa". Gdyby trener kondycyjny Paulo Amaral pożegnał się tymi słowami ze światem, zszargałby sobie na zawsze reputację. Albowiem tak właśnie opisał Garrinche w sprawozdaniu dla Botafogo, wracając do Rio z tourne po stanie, jakie odbyła pod jego kierownictwem mieszana drużyna rezerwy i podstawowych zawodników w drugiej połowie czerwca. Były to pierwsze dwa mecze Garrinchy w koszulce Botafogo i oba były towarzyskimi meczami. W pierwszym spotkaniu, 21 czerwca, mieszana drużyna Botafogo pokonała w Miguel Pereira zespół Averar 1:0 a gola strzelił... Garrincha. W drugim, rozegranym osiem dni później w Cantaggalo, wygrała z Cantagallo 5:1 i przy jednej z bramek w tym meczu Garrincha przedryblował całą obronę Cantagallo i stojąc w pustej bramce podał piłkę pomocnikowi. Ariosto strzelił gola ale nic z tego nie zrozumiał. Czemu u licha Garrincha nie strzelał sam? To było tylko pierwsze z pytań, jakie zaczęło sobie zadawać Botafogo w związku z Garrinchą. Inne brzmiało: dlaczego po okiwaniu i minięciu przeciwnika Garrincha celowo czekał na niego i znowu go kiwał? Czemu służyła ta obsesja ciągłego dryblowania, kiedy cała obrona przeciwnika była już pokonana? Nikt nie wiedział jeszcze że Garrincha był najbardziej amatorskim zawodowcem, jakiego mógł wydać futbol i że dla niego radość futbolu nie brała się ze strzelania goli ani wygrywania meczów, ani nawet z pieniędzy za wygrane mecze. Gole, zwycięstwa, premie- wszystko to były małostki cywilizacji frajda polegała na tym żeby dryblować, po prostu dryblować. Polegała na futbolu w formie dzikiej i ludycznej, tak jak uprawiali by ten sport Indianie, gdyby go znali…

7

@FCBparasiempre
Pewnej niedzieli w marcu 1952 roku pochodzący z Rio prawy obrońca Botafogo Araty Pedro Vianna, został zaproszony do Pau Grande przez swego znajomego Paula Olegario, kierownika banku Boavista w Bonsucesso. Mieli pojechać pociągiem do Reis da Serda, skąd miał zabrać ich do Pau Grande fabryczny autobus. Atrakcjami wycieczki miały być ,,feijoada” a po niej mecz towarzyski pomiędzy drużyną lokalnej fabryki i związkiem pracowników bankowych z Cavalcante, z zespołem uważanym za jeden z silniejszych pośród amatorskich drużyn północnego Rio. Araty zawahał się. Nie była to najbardziej ekscytująca impreza, na jaką go zaproszono ale Botafogo, którego był jednym z podstawowych zawodników nie grało akurat w tamten weekend i Araty nie miał nic lepszego do roboty. Wobec tego pojechał do Pau Grande, zjadł ,,feijoade” i być może po to by ją lepiej strawić, zgodził się być sędzią meczu. W drużynie gospodarzy był zawodnik, który wyprawiał cuda. Miał na koszulce numer 7 i nazywał się Garrincha. Miał krzywe nogi ale po pół godzinie gry niewiarygodnymi dryblingami ośmieszył już wszystkich bankowców z Cavalcante. Jakby tego było mało, strzelił trzy gole, do których wkrótce dołożył jeszcze czwartego i piątego. Araty nie wiedział czy sędziować mecz, czy biec do linii i krzyczeć do stojących tam kibiców: ,, ten gość jest 100 razy lepszy niż wszyscy skrzydłowi Botafogo!". Kiedy mecz dobiegł końca a raty dopadł Garrincha przy chorągiewce w narożniku boiska: ,, Słuchaj, twoje miejsce jest w Rio i w Botafogo nie ma tam lepszego od ciebie". Dał Garrinchy wizytówkę, na której widniało: ,,Araty Vianna- klub piłkarski i regatowy Botafogo” i powiedział mu żeby poszukał go na stadionie Botafogo przy ulicy generała seweriana. Garrincha podziękował. Obiecał że przyjedzie, schował wizytówkę i nie pojechał. Ani następnego dnia, ani w następnych miesiącach. Pojawił się w Botafogo dopiero rok i 3 miesiące później. Araty, który w 1952 roku miał 30 lat był twardym zawodnikiem. Pośród jego dzieł zebranych znajdują się druzgocące kości wejścia w Jaira Pinto, w latach 40-tych, kiedy obaj występowali w barwach Mandurairy opowiadają że ponoć w czasie jednego z treningów rezerwowy Araty krył Jaira tak brutalnie że ten w obawie o swoje kryształowe piszczele wziął piłkę i wręczył mu ją mówiąc: ,, masz. Jest twoja. Możesz ją sobie zabrać do domu". Wiele lat później, już w Botafogo, a raty miał reputację tak brutalnego gracza że kiedy znoszono z boiska jednego z zawodników, który miał nieszczęście skrzyżować z nim nogi, dziennikarz Stanisław Ponte Preta (Sergio Porto) mawiał że nieszczęśnik padł ofiarą ,, Aratybójstwa". Przy całym tym życiorysie to właśnie Araty’emu football zawdzięcza odkrycie Garrinchy, mimo że nie był jedyną osobą odpowiedzialną za to że pojechał do Botafogo mecz, w którym a raty widział ręczę miał miejsce w połowie marca 1952 roku tydzień później sam a raty został powołany przez trenera Zezego Moreirę do kadry, która wygrała turniej pan amerykański w Chile. Rozgrywano go w kwietniu i a raty zagrał nawet w pierwszym meczu przeciwko Meksykowi. Na jego miejsce wszedł Djalma Santos i Araty usiadł na ławce. Innymi słowy nawet gdyby Garrincha chciał odszukać go przy ulicy Seweriana w tygodniach zaraz po meczu, Araty’ego i tak nie było w Rio. Ale zarówno przed, jak i po tym turnieju Araty opowiadał o Garrinchy tylu ludziom w Botafogo i gdzie tylko się dało z takim entuzjazmem że ktoś musiał na to zwrócić uwagę. Problem polegał na tym że jego peany na temat Garrinchy sprawiały wrażenie majaków. Według niego na Prowincji Rio był prawo skrzydłowy o krzywych nogach, który kiwał jak diabeł wcielony i był niedopilnowanie. To by w coś takiego uwierzył? To było tak, jakby ktoś polecał Botafogo ,,Curupire" albo inną mitologiczną postać i skoro gość był aż tak dobry, to czemu nikt o nim wcześniej nie słyszał(?) i co to za historia z tymi krzywymi nogami? Trenerzy i działacze traktowali takie dziwaczne opowieści z dystansem. Raz na jakiś czas pojawiali się gracze, którzy więcej mieli wspólnego z cyrkiem niż futbolem i nie należało ich traktować serio. Lecz pewna osoba uwierzyła a raty emu i postanowiła to sprawdzić. Był to jeden ze zrzeszonych członków Botafogo Eurico Salgado, który traktował klub z pasją i dyskrecją. Salgado był pracownikiem brazylijskiej sekcji lloyda ale o wiele bardziej niż daleko morski handel interesował go futbol. Przy najbliższej okazji, która nadarzyła się kilka miesięcy później, wybrał się Incognito do Pau Grande zobaczyć Garrinche.

Pod koniec 1952 roku Pau Grande rozegrało dwa mecze towarzyskie na własnym boisku z Ana Nery, trzykrotnym mistrzem Departamento Autonomo, jednej z amatorskich lig Rio wygrali oba mecze 5:0 i w obu Garrincha, który nie wiedział nawet że ktoś go obserwuje, wywarł ogromne wrażenie na Eurico. Ana Nery, nieprzyzwyczajony do porażek zażądał jeszcze jednego rewanżu, tyle że tym razem w Rio. Trzecie spotkanie odbyło się 7 lipca 1953 roku na boisku Sampaio, w dzielnicy Riahuelo i Eurico Salgado znów zasiadł na trybunach. Pau Grande objęło w pierwszej połowie prowadzenie 3:0, po kolejnym popisie Garrinchy ale w drugiej po bójce, Ana Nery odwrócił niekorzystny rezultat na 5:3. Kiedy mecz się zakończył, Salgado poszedł porozmawiać z Garrinchą przy bocznej linii. ,, Pojedziesz ze mną do Botafogo". Garrincha, który nigdy przedtem nie widział tego mężczyzny na oczy wysłuchał go grzecznie ale dał mu wymijającą odpowiedź. Powiedział że próbował już w innych klubach z Rio i że nie ma ochoty się w to dalej bawić. Tracił dniówkę w pracy, nie pozwalano mu grać i jeszcze wyzywano go od kaleki. ,, Tym razem będzie inaczej. Jak ja kogoś zabieram to ta osoba zostaje w klubie"- zapewnił go Salgado. Franklin Leocornyl ponownie wybrany na prezesa SC Pau Grande i Carlos Duarte Pinto- trener drużyny byli świadkami tej rozmowy. Salgado dał swą wizytówke Leocornylowi, wcisną do ręki Garrinchy banknot o nominale 100 cruzeiro, z podobizną cesarza Piotra II i powiedział że będzie na niego czekał za 2 dni, we wtorek o 12:00, na stacji Leopoldina, żeby zabrać go ze sobą do Botafogo. Leocornyl zagwarantował Garrinchy specjalne zwolnienie z pracy a Duarte Pinto obiecał Salgado że wsadzi piłkarza do pociągu. We wtorek Eurico Salgado wyszedł po Garrinche na stację Leopoldina i zawiózł go taksówką na stadion Botafogo. Tam przedstawił go newtonowi Cardoso który był trenerem Juniorów i zarazem synem trenera pierwszej drużyny Gentila Cardoza. Powiedział że Garrincha to ,, ten As Araty'ego" i poprosił Newtona żeby pozwolił mu zagrać z jego chłopakami. Ten został już najwyraźniej uprzedzony, gdyż nie wyraził sprzeciwu. Garrincha zapytał go o Araty'ego i dowiedział się że pierwsza drużyna miała treningi rano i pojechała już do domu ale miał być jeszcze trening juniorów i jeżeli Garrincha chciał zagrać to mógł pójść do szatni się przebrać. Garrincha został wystawiony na prawym skrzydle w zespole rezerw i do rozpoczęcia treningu nikt z Juniorów nie zwracał na niego uwagi. Nie zauważyli nawet że ma krzywe nogi. Musiał się sporo naczekać żeby mu ktoś podał piłkę ale kiedy to się wreszcie stało od razu pokazał klasę zawołał żeby mu podali i piłka potoczyła się w jego kierunku. Nie była zagrana w tempo, doszła do niego jakieś pół metra za plecami. Nie zwalniając biegu, podbił ją piętą, przerzucił nad głową Autonomo, ruszył w stronę linii końcowej boiska i strzelił przy samym słupku. Pozostałych 21 zawodników i trener Newton Cardozo patrzyli, nie wierząc własnym oczom, to było coś nowego i przez następnych 20 minut wykonał inne zagrania, które odebrały Cardoso mowę. Po 30 minutach Cardozo odgwizdał koniec pierwszej połowy i zapytał Garrinche jak się naprawdę nazywa i ile ma lat. Garrincha odparł że Manuel i że ma 19 lat. W tym wieku nie mógł już grać w juniorach i co tu dużo gadać, z jego umiejętnościami powinien być w podstawowej drużynie. Cardozo nie wystawił go nawet na drugą połowę. Powiedział mu że porozmawia z Gentilem i zapytał czy może wrócić nazajutrz na trening z zawodowcami. Salgado odparł za niego że tak a potem odwiózł go taksówką na dworzec wsiadł do pociągu do Pau Grande. Kiedy Garrincha opuścił już klub newton Cardozo powiedział grupie rezerwowych zawodników, którzy przyszli właśnie na gimnastykę i wśród których był środkowy pomocnik Richard: ,, Słuchajcie. Jutro będziecie trenować z chłopakiem, którego wypatrzył Araty. Ma takie krzywe nogi że nikomu się nie chce wierzyć że potrafi grać w piłkę ale jest fenomenalny. Będzie z niego gwiazda".

Następnego dnia Garrincha przyjechał na stadion Botafogo, tak jak było umówione o 9:00 rano. Musiał W tym celu wyjść z domu 3 godziny wcześniej i nie przyjechał sam. Razem z nim pociągiem na stację Leopoldina i autobusem pod siedzibę klubu jechali Wilson Duarte Pinto, dyrektor Pau Grande i syn trenera Fabrycznej drużyny, brat Wilsona- Camula i Roberto Leite Rodriguez ale tylko Garrincha wszedł na boisko. Trener Cardoso przyjął go wiedząc już, z kim ma do czynienia. I jego syn Newton spędził cały poprzedni dzień zatruwając mu głowę opowieściami o prawym skrzydłowym, który trenował z juniorami. Być może dlatego nie mógł się powstrzymać od zadania uszczypliwego pytania: ,, To ty jesteś tym Asem Araty’ego? - Garrincha poczuł się zażenowany. Nie czekając na odpowiedź Gentil przekazał go swojemu pomocnikowi trenerowi przygotowania ogólnorozwojowego Paulo Amaralowi: ,, To jest as Araty’ego. Wystaw go przeciwko Niltonowi Santosowi. Wśród legend na temat Garrinchy znajdują się opowieści o tym, jakoby w tym momencie Cardoso odwrócił się do kogoś i powiedział pół głosem: ,, mamy to wszystko, nawet kaleki". Albo że zapytał Garrinchy: ,, Jak grasz synu?", na co ten miał odpowiedzieć: ,,W korkach". Istnieje tyle wersji odnośnie do tego co wydarzyło się w trakcie minut poprzedzających trening, ile osób, które twierdzą że były naocznymi świadkami owego dnia, 10 czerwca 1953 roku. Gdyby dać im wiarę, to połowa Rio de Janeiro była obecna podczas historycznego ,, pierwszego treningu Garrinchy". Co ciekawe, większość z tych osób nie miała pojęcia(i nie ma do dziś) że dzień wcześniej Garrincha był już na treningu Juniorów, podczas którego wywarł duże wrażenie na wielu osobach. Rzekoma arogancja Gentila- to ,, mamy tu wszystko, nawet kaleki" - sugerowałaby że Botafogo było miejscem, w którym roiło się od beznadziejnych okazów ludzkich i to wśród nich pojawił się niby zbawienny anioł coś podobnego pasowałoby jak ulał do legendy ale ani Botafogo nie było takim miejscem, ani Garrincha takim beznadziejnym okazem, wręcz przeciwnie, miał całkiem imponujące poparcie, zresztą czarny Gentil nie powiedział nic podobnego. Gentil nie był łatwym człowiekiem ale nie utrudnił życia Garrinchy, wręcz przeciwnie. Zwykle trenerzy wstawiali nowicjuszy na boisko na ostatnie 10 minut, kiedy nie było już czasu na to żeby mogli za wiele pokazać. Robili to tylko po to by działacze którzy polecili gracza nie mieli do nich potem pretensji ale Gentil Cardoso kazał Paulowi Amaralowi wydać czy koszulkę numer 7 zespołu rezerw, tak by mógł grać od początku treningu. Co to oznaczało? Że albo gentil potraktował bardzo poważnie rekomendację swojego syna albo, jako u byłego matrosa marynarki handlowej, Eurico Salgado z Lloyda miał specjalne względy. Paulo Amaral zabrał do szatni. A raty już się przebiorę w środku. Zobaczył Garrinche i go uściskał. Odniósł wrażenie że jest skrępowany, powiedział więc uspokajająco: ,, graj swoje. Tutaj wszyscy są równi". Garrincha zdjął w tym czasie swoją skromną koszulę. Kiedyś ściągnął jeszcze biedniej wyglądające spodnie i został w samych spodenkach, oczy wszystkich rezerwowych skierowały się na jego nogi nie spodziewali się że będą aż tak krzywe co więcej, kiedy szedł, chwiał się lekko nie na boki ale do przodu. Nie mieli wątpliwości: Araty i Nelson Cardoso musieli być pijani jeżeli im się wydawało że ten facet potrafi grać w piłke. Botafogo w 1953 też chwiało się na nogach. Swój ostatni tytuł klub zdobył w 1948 roku i w zespole grały jeszcze niedobitki z tamtych czasów, jak środkowy obrońca Gerson, pomocnik Juvenal, prawy pomocnik Geninho i lewy skrzydłowy Braguinha. Dobrze graczy ale wszyscy u schyłku kariery. No i rzecz jasna był też Milton Santos, w którym wieku 28 lat mógł już prowadzić konferencję w ONZ na temat lewej obrony, chociaż nikt nie miał wątpliwości że jeszcze nie osiągnął szczytu swej kariery. Pozostałymi zawodnikami byli bramkarz Gibson, obrońcy Bob i Araty, napastnicy Zezinho, Dino i Winicius. Symbol klubu kaczor Donald nie miał powodów żeby się wstydzić ale wielka drużyna to nie była. Garrincha nałożył postrzępiony strój rezerwy i przyłączył się do pozostałych zawodników, z których wielu, jak bramkarz Amaury, obrońcy Floriano, Haroldo i Orlando Maia oraz napastnik Ariosto, miało przejść w swoim czasie do pierwszego składu. Paulo Amaral od meczu i prawie 10 minut później, Kiedy Garrincha otrzymał wreszcie pierwsze podanie, znalazł się przed rosłym i dobrze zbudowanym zawodnikiem, którego nie znał: Niltonem Santosem. Nilton Santos nie był jeszcze ,, encyklopedią futbolu", jak nazwał go 5 lat później, podczas Mistrzostw Świata w 1958 roku sprawozdawca Waldir Amaral ale byli już tacy, którzy uważali że jest ,, nowym da Guią", porównując go do Domingosa da Guia, najwszechstronniejszego obrońcy Tysiąclecia. Lecz tamtego ranka na ulicy generała Seweriano Nilton nie czuł się wcale wszechstronnie. Można było wręcz powiedzieć że zostawił głowę w domu w worku z lodem.

Nilton Santos wyróżniał się spośród większości graczy. Był inteligentny, wygadany, przyjaźnił się z gwiazdami estrady, Lucia Alvesa i Elizetę Cardoza, z którą miał romans i chodził do modnych klubów nocnych. Niewielu wiedziało że pomimo sławy jaką zdobył grając w Botafogo i w reprezentacji, wrócił do nauki, zapisując się na wieczorowy kurs, gdzie ukończył edukację przynajmniej na poziomie gimnazjum. Na 20 dni przed swoim ślubem Nilton Santos cieszył się każdą upływającą sekundą swego wolnego stanu. Lokalne rozgrywki o mistrzostwo jeszcze się nie rozpoczęły, udzielał się zatem intensywnie w hałaśliwych knajpkach Copacabany. Nilton nie był fanem alkoholu ale w przeddzień tamtego treningu zasiedział się do samego rana w ,,Ranchinho do Alvarengo” z dziennikarzem sportowym Nogueirą, piszącym dla ,, Diario da Noite”. Tych kilka whisky, które wypił odbyły się na nim tak, jakby wyżłopał całe morze okalające wyspę Goernador, na której się urodził. Przynajmniej takiego miał kaca. Naturalnie nie można tego traktować jako usprawiedliwienie. 10 minut, jakie upłynęły pomiędzy gwizdkiem Paula Amarala a pierwszym dojściem do piłki Garrinchy starczyło aby Nilton uświadomił sobie że nie cierpi na morską chorobę w domu, tylko uczestniczy w treningu na boisku Botafogo. Kiedy ten nowy skrzydłowy opanował piłkę i zatrzymał się w oczekiwaniu na niego a jednak Milton ruszył w jego stronę spokojnie z zamiarem odebrania mu jej. Jednak za spokojnie, gdyż zanim się zorientował co się święci, już został okiwany. Ruszył za napastnikiem i kiedy się z nim zrównał, ten zatrzymał się z piskiem hamulców. Stanęli ponownie naprzeciwko siebie. Nilton wszedł w niego ostro żeby go przestraszyć i znów został okiwany i to w ten sam sposób. Parę minut później przy innej akcji ten gnojek pozwolił sobie na bezczelność założenia mu siatki. Do tej pory Nilton nigdy jeszcze nikomu nie pozwolił tak się upokorzyć. To wszystko fakty ale z czasem opowieści przerosły rzeczywistość. Później opisywano fantastyczny balet Garrinchy z Niltonem Santosem kropkę co nie było zgodne z prawdą. Zdarzały się zagrania, gdy Nilton również odebrał z łatwością piłkę Garrinchy czy i go okiwał kropkę w sumie był to pojedynek równego z równym, podczas którego obaj mieli przewagę w pewnych momentach i potwierdzają to różni gracze obecni na boisku podczas tamtego treningu. Niewiarygodne jest właśnie to że był to pojedynek równego z równym, biorąc pod uwagę i że z jednej strony stał Nilton Santos, który rozegrał już 16 spotkań w Barwach brazylijskiej reprezentacji a z drugiej nieznany i pokrzywiony młodzież, który wolał grać boso tam, skąd pochodził, i który nakładał korki jedynie do towarzystwa. Gentilowi Cardoso nie trzeba było już nic więcej. Ściągnął Garrinche w przerwie i kazał mu iść porozmawiać z szefami. Kiedy trening dobiegł końca, w strone Garrinchy pobiegli reporterzy. Weteran Geninho, kapitan drużyny, zwrócił się do głównego skarbnika Azevedo: ,, Gdybym był działaczem ten chłopak nie wróciłby już do siebie tylko Botafogo podpisałoby z nim od razu kontrakt". Cóż, Julio był działaczem i nie musiał nawet słuchać komentarza Garrinchy. Złapał za telefon i zadzwonił do Carlita Rochy, który był na mieście. Musieli jak najszybciej skłonić Garrinche do podpisania jakiegoś dokumentu, zanim inne kluby dowiedzą się że jest bez kontraktu. Carlito Rocha był jednak daleko i nie widział treningu ale gdyby ktoś mu powiedział że Indianka ,,Diacui” gra rewelacyjnie na środkowej obronie, to kazałby przygotować dla niej kontrakt z Botafogo. Nie był już prezesem klubu ale pozostawał jego eminencją i to nie szaro, lecz w czarno-białe klubowe pasy. W tym samym czasie w siedzibie klubu czyniono już kroki by Garrincha się nie wymknął. Pierwszym, który wygłosił swoją opinię był sam Nilton Santos wycieńczony kacem i treningiem powiedział gentilowi: ,, Ten chłopak to geniusz. Trzeba podpisać z nim kontrakt. Lepiej żeby był z nami niż przeciwko nam".

8

Jak brzydkie kaczątko stało się prześlicznym łabędziem:

@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

0

@tristan87 O! No to bardzo jest mi miło z tego powodu że cię fascunują. Pozdrawiam gorąco i polecam się na przyszłość :)

0

@FcPortoFan1999 Azja, nowy świat, brak doświadczenia na wielkich imprezach plus złe(?) przygotowania itp.

2

@misterio Otóż to! Można jeszcze dodać że Azja i właśnie mocniejsi przeciwnicy zrobiło swoje...

0

@tristan87 Co konkretnie jest dla ciebie fascynujące?

12

Era Jerzego Engela:

1 września 2001 r. Polska pokonała Norwegie 3:0 w eliminacjach mistrzostw świata 2002, po golach Pawła Kryszałowicza, Olisadebe oraz Marcina Żewłakowa. 5556 dni od ostatniego występu polskich piłkarzy na mistrzostwach świata i porażki podopiecznych Antoniego Piechniczka z Brazylią w 1/8 finału turnieju w Meksyku nad Wisłą znów można było poczuć mundialowe szaleństwo. Drużyna prowadzona przez Jerzego Engela jak burza przeszła przez eliminacje i już po 8. kolejce grupowych zmagań mogła świętować awans. Kropkę nad „i” postawiła w meczu z Norwegią. Legendarny Stadion Śląski w Chorzowie znów był świadkiem historii polskiego futbolu.



@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

10

Z polityką i prowokacją w tle:

1 września 1972 r. Polska pokonała na Igrzyskach Olimpijskich NRD 2:1. Po efektownych zwycięstwach nad Kolumbią i Ghaną, przed ostatnim meczem grupowym z NRD Orły Górskiego były już pewne awansu do czołowej ósemki turnieju olimpijskiego w Monachium. Tyle że nikt z obu stron nie zamierzał traktować rywalizacji ulgowo. Zarówno biało-czerwoni, jak i Wschodni Niemcy(dziś kraj już nieistniejący ale wówczas sportowa potęga) mierzyli w pierwsze miejsce w grupie. A dodatkowo do wyrównania były jeszcze stare rachunki… Doktor Janusz Garlicki, wspominając w kwietniu 2020 roku tamto spotkanie z NRD nie miał wątpliwości: ,,Już sama data meczu, 1 września, tak jeszcze wtedy bolesna dla wielu Polaków, i jego miejsce, na które wyznaczono Norymbergę, były niczym prowokacja pod naszym adresem…”. Jakby tego było mało, na arbitra spotkania wyznaczono co prawda Kanadyjczyka, tyle że urodzonego (w 1933 roku) i wychowanego w hitlerowskich Niemczech – Wernera Winsemanna. A nie dość, że po raz ostatni przed olimpijską konfrontacją biało-czerwoni pokonali zespół NRD 11 lat wcześniej, to jeszcze – na świeżo – w pamięci mieli baty, które niespełna 2 lata wcześniej dostali w Rostocku. Co prawda pod wodzą poprzedniego selekcjonera, Ryszarda Koncewicza, ale z boiska pogrom 0:5 pamiętali Hubert Kostka, Antoni Szymanowski, Zygmunt Anczok, Kazimierz Deyna i Włodzimierz Lubański. Zatem – połowa zespołu! Zapewne także z tego powodu Kazimierz Górski zaskoczył wszystkich – łącznie z rywalami – decydując się na ustawienie 1-5-3-2, dodatkowo w linii środkowej wystawiając Lesława Ćmikiewicza, który w pierwszych dwóch spotkaniach turnieju w Monachium wprawiał się w grze na pozycji stopera. Tym samym, choć zapewne nie zasłużył na tytuł mistrza elegancji, pokazał – całemu światu, a nie tylko NRD-owcom – dużą sprawność taktyczną. ,,Nasza umiejętność , jeśli chodzi o płynne przechodzenie z ustawienia 1-4-3-3 do 1-5-3-2 i innych jeszcze wariantów, wynikała z tego, że wszyscy piłkarze grali w kraju i na zgrupowaniach mieliśmy czas, żeby to wszystko wyszlifować. Trzeba też oddać, że trenerzy klubowi wykonywali dla kadry narodowej znakomitą robotę. Kazio zwykł długo i merytorycznie dyskutować nie tylko z Gezą Kalocsay’em i Jaroslavem Vejvodą, bo nie tylko oni byli świetnymi fachowcami. Ufał specjalistom prowadzącym zespoły ligowe, polegał na ich robocie, liczył się z ich zdaniem i chętnie się w nie wsłuchiwał. I także dzięki temu później mieliśmy tak wspaniałe efekty” – wspominał po latach na naszej internetowej stronie Andrzej Strejlau, ówczesny asystent trenera Górskiego. Efekt w meczu z NRD był piorunujący. Już w 6 minucie biało-czerwoni zapomnieli o meczu w Rostocku. Robert Gadocha dośrodkował z rzutu rożnego z prawego narożnika wprost na głowę Lubańskiego, który uderzył fenomenalnie, ale asekurujący Jurgena Croya obrońca zdołał – także głową – wybić piłkę z linii bramkowej. Tyle że wprost pod nogi Jerzego Gorgonia, który huknął niczym z armaty z linii pola bramkowego i zapewnił naszemu zespołowi prowadzenie. Rywale wyrównali tuż przed przerwą. Joachim Streich skutecznie zamknął akcję Niemców na lewym skrzydle; po dośrodkowaniu z prawej flanki niczym siatkarz wybił się na piątym metrze i głową – po koźle – wpakował piłkę obok bezradnego Kostki. Na odpowiedź Polaków nie trzeba było jednak długo czekać. W 64 minucie Gorgoń, który korzystając z asysty Antoniego Szymanowskiego i Mariana Ostafińskiego w środku obrony często zapędzał się na przedpole przeciwnika, dostał piłkę w środku pola, nieco podciągnął i zdecydował się na uderzenie z 30 metrów. Kropnął niczym z armaty w prawe okienko, nie dając najmniejszych szans Croyowi na skuteczną interwencję. Jak Górski bronił tego wyniku? Otóż na końcówkę wprowadził na boisko(za stopera Ostafińskiego) napastnika Ryszarda Szymczaka, aktualnego króla strzelców naszej pierwszej (najwyższej wówczas) ligi z Gwardii Warszawa. Miał rację, bo wygrana powinna być okazalsza. Tyle że po akcji Lubańskiego z Jerzym Kraską Gadocha przestrzelił rzut karny.

@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

7

@FCBparasiempre
1 września 1962 r. urodził się holenderski pomocnik Ruud Gullit, Mistrz Europy z 1988 r.(RFN); 2-krotny zdobywca Pucharu Mistrzów(AC Milan) - 1989, 1990; 2-krotny zdobywca Superpucharu Europy(AC Milan) - 1989, 1990; 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(AC Milan) - 1989, 1990, jak również Zdobywca Złotej Piłki France Football za rok 1987. Urodził się w 1962 roku w Amsterdamie w rodzinie surinamskich emigrantów. Karierę rozpoczynał w wieku ośmiu lat w juniorach Meerboys Amsterdam. Tam w 1978 roku wypatrzył go Barry Hughes i zaproponował przejście do Haarlemu. Atletycznie, ale zarazem proporcjonalnie zbudowany Gullit był znakomitym kandydatem do gry na pozycji ostatniego obrońcy i tam ustawiali go trenerzy Haarlemu. W wieku 19 lat dostąpił zaszczytu debiutu w kadrze narodowej Holandii. Rok póĽniej zgłosił się po niego Feyenoord Rotterdam. Aby wykupić Gullita działacze Feyenoordu musieli pożyczyć pieniądze od miejscowego biznesmena. Ruud szybko udowodnił, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto i w 1984 roku pomógł Feyenoordowi wywalczyć tytuł mistrzowski i Puchar Holandii. W nowym klubie został przesunięty najpierw do drugiej linii, a potem na prawe skrzydło ataku. Doskonale strzelał zarówno prawą, jak i lewą nogą, jego walorem były też uderzenia głową. Słynął z niekonwencjonalnych i różnorodnych zagrań, a także z dynamicznych rajdów. To skłoniło działaczy PSV aby wyłożyli 400 tysięcy funtów i sprowadzili Gullita do Eindhoven. Dwa sezony w PSV tylko potwierdziły wielką klasę Ruuda. W 68 meczach strzelił 46 goli i doprowadził swój zespół do dwóch kolejnych tytułów Mistrza Holandii. Taki talent nie mógł ujść uwadze wielkich klubów i w rezultacie za 6.5 mln funtów Gullit przeniósł się do Milanu. W Mediolanie spędził najlepsze lata swojej kariery. Zdobył dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne, oraz trzy Mistrzostwa Włoch. W międzyczasie z reprezentacją Holandii sięgnął po Mistrzostwo Europy po pokonaniu ZSRR. Sukces Ruud ten okrasił bramką w meczu finałowym.

W barwach Rossonerich utworzył wraz z Van Bastenem i Rijkaardem słynne holenderskie trio, porównywane często z legendarnym szwedzkim tercetem Gre-No-Li. Mimo tak wielkich sukcesów Gullit sporo się też wycierpiał. Prześladowały go kontuzje. W sezonie 1988/89 doznał groźnego urazu kolana. Zdążył zaleczyć go na finał Pucharu Europy ze Steauą, w którym strzelił 2 gole. Jednak okazało się, że pospieszył się z powrotem na boisko. Kontuzja się odnowiła i Gullit stracił prawie cały kolejny sezon. Po raz kolejny jednak udało mu się wrócić na finał Pucharu Europy i wraz z kolegami dane mu było cieszyć się z pokonania Benfiki. Kontuzje nie opuszczały Holendra. Problemem była również zasada mówiąca, że w meczu Serie A może przebywać na boisku tylko trzech obcokrajowców w barwach jednej drużyny. Ruud czasem musiał nawet oglądać mecze z trybun. Po zdobyciu scudetto AD 1992 Gullit ogłosił rozbrat z reprezentacją Holandii. Wkrótce zmienił jednak decyzję. Kolejny rok przyniósł podobny scenariusz. Milan wygrał scudetto, a Gullit, po konflikcie z Dickiem Advocaatem, ponownie rozstał się z reprezentacją narodową. Ambitnemu Holendrowi przestało odpowiadać częste siedzenie na ławce czy na trybunach (znów zasada trzech obcokrajowców) i postanowił opuścić Milan. Do tego doszedł również konflikt z innymi graczami - głównie z Baresim i Massaro. Przeniósł się do Sampdorii, gdzie trener dał mu wolną rękę na boisku. Efekt był piorunujący: Gullit strzelił 16 goli (najwięcej w jednym sezonie we Włoszech) i poprowadził swych kolegów po Puchar Włoch. Po raz trzeci wrócił do reprezentacji Holandii, ale na 3 tygodnie przed Mistrzostwami Świata posprzeczał się z Advocaatem o taktykę i odszedł na dobre. Rok 1995 przyniósł jego powrót do Milanu. Jednak po 8 meczach, 3 golach i kilku kłótniach w szatni wrócił do Sampdorii. Po sezonie zgłosiła się po niego Chelsea. Skuszony wizją nocnego życia w Londynie przeniósł się na Wyspy. W Chelsea szybko zyskał szacunek i zaufanie, a kiedy Glenn Hoddle odszedł by poprowadzić kadrę Anglii, Gullit został grającym trenerem. W nowym wcieleniu Gullit odniósł olbrzymi sukces. 17 maja 1997 roku, jako pierwszy menadżer spoza Wysp Brytyjskich zdobył ze swoimi podopiecznymi Puchar Anglii. Ruud w finale nie zagrał; ubrany w elegancki garnitur z dumą odebrał po zwycięstwie gratulacje. Na życzenie Gullita do Chelsea sprowadzono włoskiego napastnika Gianlucę Vialliego. Kilka miesięcy później ten piłkarz wygryzł Gullita z roli menadżera. Ruud przeniósł się do Newcastle, ale słaba postawa zespołu i przede wszystkim konflikt z największą gwiazdą "Srok" Alanem Shearerem doprowadziły do pożegnania z tą drużyną.

Gullit długo odpoczywał od piłki, aż wreszcie w 2003 roku otrzymał posadę opiekuna jednej z młodzieżowych reprezentacji Holandii. Nie zagrzał tam jednak długo miejsca, bo ciekawą ofertę pracy przedstawił mu Feyenoord. W Rotterdamie jednak Ruud trofeów nie zdobył i po nieudanym sezonie zakończył współpracę z Holendrami. Ruud Gullit był niezaprzeczalnie jednym z najwybitniejszych piłkarzy świata końca lat osiemdziesiątych. Miał wszystko co musi mieć piłkarz kompletny: szybkość, siłę, wizję gry i olśniewającą technikę. Zachwycał swą grą niezależnie od pozycji na jakiej go ustawiano. Jednak najefektowniej grał, gdy trenerzy nie ograniczali go sztywnymi schematami. Jego słynne dredy były rozpoznawane na całym świecie, a peruki je imitujące rozchodziły się jak świeże bułeczki. Oprócz gry w piłkę nożną udzielał się również w akcjach przeciwko rasizmowi. Jego bronią stał się futbol, muzyka i akcje charytatywne. Uczestniczył w koncertach, podczas których grał na gitarze i śpiewał piosenki w swoim ukochanym stylu reggae. To, a także jego elokwencja, sprawiały, że był ulubieńcem prasy. Gdyby nie prześladujące go kontuzje kolan, konflikty z kolegami i trenerami, a także zamiłowanie do korzystania z uroków życia, Ruud Gullit mógłby być jeszcze doskonalszy. Jednak niezależnie od tego popularny "Czarny Tulipan" i tak zajął należne mu miejsce w panteonie sław światowego futbolu.

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?