17

Kalendarium FC Barcelony:

8 września 2011 r. otwarto FC Barcelona Escola Varsovia. Blaugrana posiada filialne szkółki piłkarskie rozrzucone po całym świecie. Najlepsi młodzi piłkarze są zapraszani do La Masii. Pierwszą tego typu szkółke w Europie otwarto w Warszawie. Inicjatorem powstania akademii Barçy był Wiesław Wilczyński, ówczesny dyrektor Biura Sportu Miasta Stołecznego Warszawa a w przeszłości między innymi prezes klubu żużlowego Polonii Piła. FC Barcelona zaprosiła na pierwsze testy chłopaków w wieku 6-12 lat a stolica przygotowała kilka boisku w różnych miejscach miasta, na których docelowo trenować miało tysiąc dzieci.



@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

11

Gładkie zwycięstwo na wyjeździe:

8 września 1997 r. FC Barcelona pokonała na Estadio Mestalla Valencie 0:3 w 2 kolejce Primera Division i umocniła się na prowadzeniu w tabeli z 6 punktami. Już w pierwszej minucie meczu gola dla przyjezdnych strzelił Sonny Anderson. Na 2:0 podwyższył jego rodak Rivaldo z rzutu karnego w 37 minucie a dzieła zniszczenia dokonał w 81 minucie Ivan de la Peña.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

10

@FCBparasiempre
Choć po latach nie pamiętał już szczegółów, sześcioletni Messi dostarczał rozrywki widowni meczu, podczas którego Maradona debiutował w Newell’s Old Boys, kapkując i popisując się rozmaitymi sztuczkami w przerwie towarzyskiego meczu z Emelec. Po raz drugi przeznaczenie splotło ich losy podczas mistrzostw świata do lat 20-tu w 2005 roku a kolejny raz po golu w meczu z Albacete w następnym sezonie. Przez długi czas relacje dwóch argentyńskich ikon były jeśli nie bliskie, to z pewnością poprawne. Sytuacja uległa zmianie w 2008 roku. We wrześniu Maradona ostro skrytykował gracza FC Barcelony po zremisowanym 1:1 meczu z Peru w eliminacjach mistrzostw świata. ,, Czasami(powiedział) Messi gra tylko dla Messiego. Dla klubu sportowego Messi. Gdyby grał bardziej z Aguero czy Riquelme, rywale mieliby dużo więcej zmartwień. Meczów nie wygrywa się atakując za każdym razem, gdy ma się piłkę ale wiedząc, co z nią zrobić". Przy następnej okazji poszedł dalej, oskarżając Messiego że ,, brak mu charakteru" i że nie walczył dostatecznie ciężko żeby móc dołączyć do reprezentacji olimpijskiej, choć przecież nie tylko do niej dołączył ale jeszcze zdobył Złoty Medal. Nawet biorąc pod uwagę skłonności Maradony do nieoczekiwanych wybuchów można było odnieść wrażenie że tym razem obrał sobie niewłaściwy cel a z perspektywy lat nie należy wykluczać że starał się specjalnie popsuć atmosferę w reprezentacji Alfio Basile, samemu ubiegając się o posadę selekcjonera. Próbował przy tym zjednać sobie Riquelme, którego pozycja symbolu drużyny słabła z każdym świetnym meczem Messiego w Barcelonie. Jakiekolwiek były jego motywacje, dopiął swego. Eliminacje Mistrzostw Świata rozpoczęły się od zwycięstw nad Chile, Wenezuelą i Boliwią ale późniejsza wyjazdowa porażka z Kolumbią poprzedzała serię czterech remisów. 11 października 2008 roku udało się wygrać z Urugwajem ale 3 dni później trzeba było uznać wyższość prowadzonego przez Marcelo Bielse Chile. Była to dopiero szósta porażka Argentyny w dziejach starć z zachodnimi sąsiadami, pierwsza od 1973 roku i pierwsza w meczu, który miał jakieś znaczenie. Na fali wywołanego tym oburzenia Basile podał się do dymisji a Argentyńczycy zrobili to, co robili tak często w chwilach trudnych czyli zwrócili się do Maradony. Powrót Diego do reprezentacji w 1993 roku nie był, jak pamiętamy przemyślany a skończył się dyskwalifikacją po kontroli antydopingowej, Choć jego obecność na boisku dawała nadzieję na wykrzesanie dodatkowej energii z reszty drużyny. Problem w tym że podczas dwóch poprzednich epizodów trenerskich wygrał zaledwie trzy razy, więc powierzenie mu losów reprezentacji kraju wydawało się aktem ślepej wiary. Jego politykowanie przyniosło jednak efekty. Riquelme przyznawał po latach że Maradona zachęcał grupę kluczowych piłkarzy by podważyli pozycję Basile. Inna sprawa że wkrótce nowy selekcjoner krytykował już przygotowanie fizyczne Riquelme i napięcie między tą dwójką stało się bardzo widoczne. Pierwszy mecz drużyny narodowej pod jego przywództwem, w marcu 2009 roku przyniósł fałszywe nadzieje. Grający z dziesiątką na koszulce Messi(jak tylko Maradona dostał pracę, zaczął odbudowywać mosty wiodące do zawodnika FC Barcelony) poprowadził Argentyńczyków do wygranej 4:0 z Wenezuelą ale na El Monumental można było zobaczyć głównie indywidualne popisy poszczególnych zawodników, prezentujących się nieźle głównie ze względu na przerażenie rywali. 4 dni później wyglądało to już kompletnie inaczej. Gra na dużej wysokości w La Paz zawsze stwarzała Argentyńczykom problemy ale nigdy nie poszło im tak źle jak za czasów Maradony wypadli beznadziejnie i przegrali z Boliwią 1:6, przywołując na pamięć Helsingborg i wyrównując tym samym ustanowiony wówczas niechlubny rekord najwyższej porażki w dziejach drużyny. Później zdarzyło się zwycięstwo z Kolumbią ale także porażki z Ekwadorem, Brazylią i Paragwajem. Na dwie kolejki przed końcem eliminacji mundialu Brazylia, Chile i Paragwaj były już pewne wyjazdu do RPA, Ekwador miał 23 punkty, Argentyna 22 Urugwaj i Wenezuela 21 a Kolumbia 20. Wszystkie te zespoły walczyły o ostatnie miejsce dające awans i jeszcze jedno, uprawniające do gry w Play Off. Najpierw Argentyna musiała wygrać z Peru. Kiedy Higuain dobiegł do sprytnego podania Pablo Aimara wszystko wydawało się iść po myśli Maradony ale w końcówce mecz zaczął się toczyć według zaskakującego scenariusza. W ostatnich minutach nad stadionem przeszła straszliwa ulewa i boisko pokryły Kałuże stojącej wody. Na kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem Argentyńczycy dwukrotnie nie zdołali wybić piłki, która za każdym razem wracała w pole karne, aż w końcu nie pilnowany Rengifo wyrównał po główce z najbliższej odległości. Mecz rozgrywano późnym wieczorem, Albicelestes wiedzieli więc że jeśli skończy się tym wynikiem będą mieli tyle samo punktów co Ekwador i Kolumbia oraz oczko straty do Urugwaju, który czekał na nich w ostatniej kolejce. Musieli zdobyć gole. W takich okolicznościach można było liczyć na jednego tylko człowieka. Maradone krytykowano za decyzję o powołaniu 36-letniego Martina Palermo ale doprawdy nikt poza nim nie byłby w stanie nagle zgubić krycia w polu karnym rywala i w ulewnym deszczu wepchnąć piłki do siatki.

Formalności trzeba było dopełnić w meczu z Urugwajem ale Argentyna potrafiła to zrobić! Zdobyty z najbliższej odległości gol Bolattiego dał awans. Diego Maradona, wciśnięty w dres z powiewającym wokół szyi czerwonym szalikiem, podskakiwał przy linii bocznej aż w końcu się przewrócił, później zaś powiedział dziennikarzom że ,, mogą mu obciągnąć". Dość dziwny popis buty jak na kogoś, kto w 13 meczach wykorzystał 55 piłkarzy a na mundial awansował rzutem na taśmę. Messiego tymczasem krytykowano za to że nie świętował gola Bolattiego odpowiednio entuzjastycznie. Klasyczny przykład na potwierdzenie porzekadła że kiedy chce się uderzyć psa, kij zawsze się znajdzie. Równie dobrze można by przecież mówić że względny spokój piłkarza po golu był wyrazem skupienia i determinacji aby doprowadzić sprawy do końca. Wątpliwości na temat zaangażowania Messiego rodziły się nawet bez wyraźnych powodów. Strona internetowa ,, Minutoono.com" przedstawiła na przykład opinię psychoanalityka że przeprowadzka we wczesnym dzieciństwie Wywołała w nim poczucie niechęci do ojczyzny. Maradona być może mając w pamięci podobne odwiedziny Bilarda, kiedy sam leczył się z żółtaczki, wyruszył więc do Barcelony by zapytać swojego gwiazdora, w jakim ustawieniu chciałby grać. Messi zasugerował 3-4-1-2 albo 4-3-1-2 tak aby mógł operować za duetem napastników, tworzonym przez Higuaina i Teveza. Aguero, który z pewnością mógł stanowić użyteczną alternatywę dla tej dwójki miał wówczas tylko 21 lat czasu występ Argentyny na Mistrzostwach Świata w 2010 roku nie wydaje się taki zły, choć od początku przebiegał pod znakiem permanentnego chaosu. W pierwszym meczu z Nigerią Messi faktycznie grał za Tevezem i Higuainem. W zestawieniu z drugą linią, w której operowali Mascherano, Veron i Di Maria miało to oczywiście sens nie miało go już jednak, choć było pewnie nieuniknione, zważywszy na brak w kadrze bocznych obrońców (i generalną argentyńską posuche na tej pozycji, pomijając może Javiera Zanettiego), ustawienie na prawej obronie Jonasa Gutierreza obok straszliwie wolnych skądinąd Martina Demichelisa, Waltera Samuela i Gabriela Heinze. Paradoksalnie to Heinze zdobył jednego gola w tym meczu głową po rzucie rożnym ale w komentarzach po spotkaniu umówiło się głównie o braku płynności i ospałej grze Argentyny. Zwycięstwo 4:1 nad Koreą Południową było już bardziej przekonujące a na zakończenie fazy grupowej mocno przemeblowana 11 wygrała 2:0 z Grecją. Rozpęd uzyskany w grupie udało się utrzymać w kolejnej rundzie. Pierwszy gol Teveza padł wprawdzie ze spalonego (napastnik Albicelestes przedłużę dobitkę Messiego po tym, jak jego pierwszy strzał został zablokowany przez bramkarza Meksykanów), później jednak nie było już wątpliwości. Higuain wykorzystał nieporozumienie w obronie rywali i do przerwy Argentyna prowadziła 2:0 a w drugiej połowie Tevez zdobył kolejnego gola potężnym uderzeniem zza pola karnego. Gol Javiera Hernandeza w samej końcówce nie był już w stanie odwrócić losów meczu. W ćwierćfinale trzeba było jednak zagrać z Niemcami, z punktu widzenia topornej argentyńskiej defensywy rywalem najgorszym z możliwych. Wszelkie nadzieję Argentyny runęły już w trzeciej minucie, kiedy po zagraniu Schweinsteigera z rzutu wolnego gola strzelił Thomas Muller. Od tamtej chwili każdy atak Argentyńczyków był tylko okazją dla Niemców do skontrowania, okazją, z której skwapliwie korzystali. Argentyna przegrała 0:4 a Maradona, który jako piłkarz był bez wątpienia architektem i reżyserem gry w o wiele większym stopniu niż Messi, w roli trenera okazał się beznadziejnym naiwniakiem. Kiedy po przegranej z Niemcami Messi wszedł w końcu do szatni, osunął się na posadzkę między dwiema ławkami, oparł o ścianę i zaczął płakać. ,, Nasi piłkarze(relacjonował ,,Clarin") przekonali się że Święty Mikołaj nie istnieje. Maradona nie jest tym, za kogo uważali". Problem w tym że w szoku byli nie tylko piłkarze. Choć nawet i tym razem zdania były podzielone i wciąż nie brakowało tych, którzy Nie potrafili skrytykować w jego Maradony. Jeśli stary Mesjasz miał pozostać bez winy, trzeba było nią obarczyć młodego. ,, Messi nie ponosi żadnej odpowiedzialności( zauważył przytomnie pisarz Eduardo Sacheri) że my, Argentyńczycy, nie potrafimy przepracować żałoby po Diego"...

10

10

Skromne ale jakże ważne zwycięstwo:

7 września 2005 r. reprezentacja Polski pokonała Walie 1:0 w eliminacjach MŚ 2006 po golu Macieja Żurawskiego z rzutu karnego. Jęk zawodu niósł się po stadionie Wojska Polskiego kilka minut po końcowym gwizdku. Osoba postronna, która nie była na meczu, mogła pomyśleć, że Polska nie sprostała oczekiwaniom kibiców i uległa Walii. Nic bardziej mylnego. Biało-czerwoni odnieśli ósme zwycięstwo w grupie. Co więcej, niespodziewanej porażki w Belfaście doznała Anglia. Wydawało się, że już za chwileczkę, już za momencik nasza drużyna zapewni sobie bezpośredni awans do mistrzostw świata. Po zakończeniu spotkania wszyscy nasłuchiwali wieści z Budapesztu, gdzie w grupie 8. Węgry grały ze Szwecją. Bezbramkowy remis promował Polaków. Gol Zlatana Ibrahimovicia w ostatnich sekundach przesunął świętowanie o miesiąc, i to bez wychodzenia na boisko. Wszystko dzięki zwycięstwu Holendrów nad Czechami. ,, Na pewno szkoda, że awansu nie zapewniliśmy sobie już teraz. Musimy patrzeć tylko na siebie. Jeżeli się postaramy, to możemy awansować nawet z pierwszego miejsca. Czy miałem jakieś obawy, gdy podchodziłem do rzutu karnego? Ja nie mam 15 lat. Nie wiem, dlaczego miałbym się bać”- Maciej Żurawski po meczu.


@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

8

Niespodziewane zwycięstwo nad ,,Oranje”:

7 września 1969 r. reprezentacja Polski pokonała Holandie 2:1 w eliminacjach mistrzostw świata Meksyk 1970. Arcyważny mecz z Holandią w el. mś zakończył się niespodziewanym zwycięstwem biało-czerwonych 2-1 po golach Andrzeja Jarosika i Włodzimierza Lubańskiego. Goście objęli prowadzenie już w 20 min, wtedy Henrik Wery pokonał Huberta Kostkę. W końcówce spotkania ten sam zawodnik przestrzelił rzut karny, co zachwyciło dużą rzeszę kibiców na Stadionie Śląskim. Szkoda, że z kadrą pożegnały się dwie wielkie postacie śląskiej piłki, Eugeniusz Faber z Ruchu Chorzów, i Zygmunt Schmidt z GKS Katowice.


@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

7

@FCBparasiempre
Bohater tego tekstu nie zagrał na mundialu choćby minuty. Jako selekcjoner nigdy nie przywiózł ze światowego czempionatu żadnego medalu. Bora Milutinović jednak mimo to zasługuje na miano niezapomnianej postaci w historii mistrzostw. Aż pięć razy z rzędu zasiadał na trenerskiej ławce, za każdym razem prowadząc na mundialu inną reprezentację. Charyzmatyczny Serb to prawdziwa definicja obywatela świata. Meksyk, Kostaryka, USA, Nigeria, Chiny – wszędzie tam nie bał się wyzwań, a często wręcz osiągał wyniki ponad stan. Jeśli na wzór Teleexpressu istniałaby „mundialowa galeria ludzi pozytywnie zakręconych”, to z pewnością wiecznie uśmiechnięty i ekscentryczny Bora miałby w niej miejsce. Velibor, bo takie właściwie imię posiada Milutinović, przyszedł na świat 7 września 1944 roku. Jugosławia w tym czasie była ogarnięta wojną z niemieckim okupantem, a także bratobójczymi walkami pomiędzy komunistyczną partyzantką Josepa Tity oraz promonarchistycznymi czetnikami. Narodziny w takim miejscu i czasie odcisnęły piętno na małym chłopcu. Ojciec Velibora zginął na polu bitwy, a matka zmarła wkrótce po wojnie z powodu choroby. Bora nigdy nie zdążył zapamiętać swoich rodziców. Wraz z rodzeństwem został przygarnięty i wychowany przez ciotkę. Chłopiec posiadał talent do futbolu, podobnie jak jego dwaj starsi bracia – Miloš oraz Milorad. Został zauważony przez belgradzkie kluby. W stołecznym mieście występował najpierw w zespole OFK, później trafił do Partizana. Tym samym dołączył do swoich braci, którzy już wcześniej zakładali koszulkę w biało-czarne pasy. Z całego rodzeństwa Milutinoviców najwięcej osiągnął Miloš. Dwukrotnie (w 1954 oraz 1958 roku) reprezentował Jugosławię na mundialach. Velibor nigdy nie zrobił tak zawrotnej kariery na boisku. Grał dla kraju tylko na Igrzyskach Śródziemnomorskich, choć został zapamiętany raczej jako solidny ligowiec. Bora już jako piłkarz rozpoczął swoją życiową przygodę globetrottera. Po wyjeździe z Belgradu trafił najpierw do Szwajcarii (gdzie grał w Winthertur), a następnie do Francji (Monaco, Nice, Rouen). Największe piętno na jego życiu odcisnęła jednak decyzja o wyjeździe do Meksyku. Ten kraj stał się dla niego nowym domem, w którym zapuścił korzenie. Krótka przygoda, która miała trwać ledwie dwa lata, przemieniła się wieloletni związek pomiędzy Borą i krajem potomków Azteków. W Meksyku przez cztery lata występował w stołecznym klubie Club Universidad Nacional AC (znanym jako Pumas UNAM). Następnych siedem spędził jako szkoleniowiec tej drużyny. Na ławce trenerskiej odniósł kilka sukcesów. W 1980 roku wygrał Ligę Mistrzów CONCACAF, a rok później zdobył mistrzostwo Meksyku oraz Copa Interamericana. Wyniki charyzmatycznego Serba nie mogły umknąć włodarzom krajowego związku. Meksyk w maju 1983 roku oficjalnie przejął od Kolumbii organizację najbliższego mundialu. Rozkochani w futbolu gospodarze nigdy nie osiągali na światowym czempionacie wyników na miarę oczekiwań. Ich siedem z ośmiu wcześniejszych występów kończyło się na pierwszej fazie turnieju. Wystarczy wspomnieć, że na 24 mundialowe mecze wygrali oni… zaledwie trzy. Jedyne naprawdę udane mistrzostwa miały miejsce w 1970 (ćwierćfinał). Należy jednak pamiętać, że turniej wtedy również odbywał się w Meksyku. Gospodarze po pierwsze nie musieli się w ogóle kwalifikować, a po drugie, do najlepszej ósemki droga wiodła tylko przez jedną fazę grupową. Dla Meksykanów sprawą honoru stało się jak najlepsze przygotowanie reprezentacji do mistrzostw na własnych stadionach. Zadanie to powierzono właśnie Milutinovicowi. Serb, choć nie pozostało wiele czasu do startu zmagań, nie bał się wziąć odpowiedzialności na swoje barki.

Gospodarze trafili do grupy z Paragwajem, Belgią oraz Irakiem. Wszystkie grupowe mecze rozegrali na monstrualnie wielkim Estadio Azteca, na co nalegał sam Milutinović. Podopieczni Serba w pierwszym spotkaniu pokonali mocnych Belgów. Jedną z dwóch bramek w tym spotkaniu strzelił największy gwiazdor reprezentacji, Hugo Sanchez. Remis z Paragwajem i skromna wygrana 1:0 z Irakiem pozwoliła Meksykanom zająć w grupie pierwsze miejsce. W 1/8 finału przyszło im się zmierzyć z Bułgarami. Gospodarze wygrali 2:0, a sam mecz na zawsze zapisał się w annałach mistrzostw świata. Wszystko dzięki cudownej bramce strzelonej przez Manuela Negrete, którą na żywo oglądało prawie 115 000 widzów. Ćwierćfinał z Republiką Federalną Niemiec rozgrywany był już na mniejszym stadionie w Monterrey. Po 120 minutach nie padł żaden gol. W serii rzutów karnych Meksykanie nie wytrzymali napięcia – strzelili jedną bramkę na trzy próby. Nie pomylili się za to Niemcy i to oni awansowali dalej. Dla Meksykanów był to i tak bardzo udany turniej. W regulaminowym czasie gry nikt nie okazał się od nich lepszy. Awans do czołowej ósemki sprawił, że Bora ze swojego pierwszego mundialu wracał z tarczą. Takiego wyniku Meksykanom nie udało powtórzyć się do dzisiaj. Wiemy dobrze, że 1/8 finału jest ich przekleństwem, gdyż odpadali w tej fazie… sześć razy z rzędu. Serb po mistrzostwach rozstał się jednak z kadrą. Z Meksykiem zresztą i tak nie miałby szans jechać na kolejne mistrzostwa. Jak się okazało, FIFA ukarała federację za przekroczenie limitu wieku w młodzieżowej reprezentacji. Konsekwencją tych działań było niedopuszczenie do startu w kwalifikacjach mundialu we Włoszech. Milutinović wyruszył dalej w świat. Po niedługich epizodach w Argentynie (San Lorenzo) oraz Włoszech (Udinese) wrócił ponownie do Meksyku. Niespodziewanie w 1989 roku dostał telefon z Kostaryki. Ten niewielki środkowoamerykański kraj pierwszy raz w swojej historii zakwalifikował się na mundial. Autor awansu, Marvin Rodríguez, został jednak zwolniony przez federację po eliminacjach. Serb przejął drużynę zaledwie na siedem miesięcy przed mundialem. Kadencję zaczął od trzęsienia ziemi. Wiedział, że trudno będzie w tak krótkim czasie stworzyć z kostarykańskich piłkarzy globalnych potentatów. Postanowił więc przede wszystkim dobrać kadrę pod względem mentalnym oraz postawić na szybkich graczy. Z tego powodu „odstrzelił” szóstkę, która odgrywała istotne role w czasie kwalifikacji. Wraz z całą reprezentacją przyleciał do Genui aż pięć miesięcy przed startem turnieju. Dał swoim graczom wolną rękę. Mogli korzystać z nocnych atrakcji miasta. Był to jeden z jego nietypowych sposobów budowy atmosfery w zespole. Turniej dla Kostaryki rozpoczął się znakomicie. W inauguracyjnym meczu pokonali Szkotów. Wygrana, choć skromna, była sporą niespodzianką i odbiła się w szerokim echem. W drugim meczu przyszło im zmierzyć się z Brazylijczykami. Gracze Milutinovica wystąpili w tym spotkaniu w bardzo oryginalnych strojach. Zgodnie z wytycznymi FIFA, zespół powinien posiadać trzeci wariant kompletu. Zdecydowano się na nietypowe barwy – biało-czarne pasy. Oficjalnie był to hołd dla klubu CS Libertad. Milutinović zabiegał jednak o takie kolory z dwóch innych powodów. Po pierwsze, w takich samych grał w Partizanie. Po drugie, jedno ze swoich spotkań reprezentacja Kostaryki miała rozegrać na stadionie Stadio delle Alpi w Turynie. Obiekt ten był domem Juventusu. W ten sposób Bora chciał zaskarbić sobie sympatię miejscowej publiczności. Spotkania z Brazylią nie udało się wygrać, ale Kostaryka i tak sensacyjnie wyszła z grupy. Wszystko dzięki wygranej 2:1 w ostatnim spotkaniu ze Szwecją. Po tym sukcesie zaczęto nazywać Milutinovica „Miracle Worker”, czyli „cudotwórcą”. Kostaryka odpadła w 1/8 finału, ale po latach sam Bora wspominał ten mundial jako wielkie osiągnięcie. Na kolejny sukces tej miary środkowoamerykański kraj musiał czekać 24 lata. Nie przedłużył swojego kontraktu. Od 1991 czekało na niego inne, również niezwykle ambitne zadanie. Mundial pierwszy raz w historii miał odbyć się w USA. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby mistrzostwa były rozgrywane w kraju, gdzie futbol nie jest sportem numer jeden. „Jankesi” wiedzieli, że do przygotowania reprezentacji potrzebują kogoś wyjątkowego. Ekscentryczne metody Milutinovica nie do końca pasowały jednak do profesjonalnych amerykańskich standardów. Ostatecznie szefostwo soccera przekonał Franz Beckenbauer. Zareklamował Borę jako jedynego człowieka, który będzie w stanie mentalnie przygotować kadrę na tak wielki turniej. Zdania dwukrotnego mistrza świata nie można było zignorować. Milutinović rozpoczął więc przygotowania do swojego trzeciego mundialu.

Dla kraju, gdzie mówi się „soccer”, mistrzostwa miały być kamieniem milowym. W USA wciąż piłka nożna była nieodkryta niczym cały kontynent przed Kolumbem. Gracze wywodzili się głównie z akademickich drużyn, nie działała jeszcze profesjonalna liga. Większość nigdy nie miała do czynienia z zawodową piłką w wydaniu europejskim. Milutinović wyselekcjonował bardzo szeroką kadrę, którą zgrupowano na południu Kalifornii. Trzon reprezentacji stanowili przede wszystkim doświadczeni piłkarze z mistrzostw w 1990 roku oraz paru młodych chłopaków z kadry olimpijskiej 1992 (min. Brad Friedel, Cobi Jones czy Alexi Lalas). Wszyscy piłkarze bez profesjonalnych kontraktów otrzymali 2 500 dolarów miesięcznej wypłaty i mieli się czuć jak w prawdziwym klubie. Bora zadecydował, by drużyna rozgrywała w ciągu roku dużą liczbę spotkań towarzyskich. Gracze mieli wejść w rytm regularnego sezonu klubowego. ,,Z perspektywy tradycyjnych amerykańskich metod zarządzania, Bora był dosyć ciężkim człowiekiem. Często zmieniał swoje zdanie, bywał przebiegły niczym lis. Za jego czarującym uśmiechem niekiedy kryły się chłodne kalkulacje finansowe ale rozumieliśmy się wzajemnie. Ten człowiek ma w sobie jakiś pierwiastek geniuszu”– Hank Steinbrecher, ówczesny sekretarz generalny federacji soccera. Niejednokrotnie zaskakiwał piłkarzy nietypowymi pomysłami. Z kadrą pierwszy raz przywitał się, mówiąc: My name is B-O-R-A, literując każdą sylabę jak dzieciom. Przez długi czas rozmawiał z graczami tylko po hiszpańsku. Szybko jednak odkryto, że nie miał problemów, by mówić płynnie po angielsku. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, kiedy Serb udawał, że nie rozumie zawodników. Nie odpowiadał na zadane pytania, choć znał doskonale ich treść. Znana jest też anegdota, gdy nakazał Lalasowi ścięcie brody i skrócenie długiej fryzury. Dla rudowłosego obrońcy o wyglądzie hipisa była to bardzo trudna decyzja. Mimo wszystko wykonał rozkaz trenera. Widząc ogolonego gracza, Bora skwitował tylko krótko: Wygląda Pan bardzo dobrze, Panie Lalas. Nigdy później nie wrócił do tematu. Włosy i broda szybko odrosły do poprzedniego stanu, a Milutinović kompletnie tego nie komentował. Jak się okazało, miał to być po prostu test dla Lalasa. Bora często dawał nam ćwiczenia, które kompletnie nie miały sensu. Kazał przykładowo biegać przez 15 minut bez celu od bramki do bramki, czy po prostu toczyć piłkę. Testował naszą psychikę – tak naprawdę chodziło o sprawdzenie naszej reakcji, prowokował nas – Tab Ramos, środkowy pomocnik reprezentacji USA. Serb starał się w graczach zaszczepić miłość do futbolu. Jego podopieczni lubili grać w piłkę, ale kompletnie nie mieli pasji Europejczyków czy kibiców z Ameryki Południowej. W tym celu zmuszał więc zawodników do oglądania Ligi Mistrzów, nawet po pięciogodzinnych treningach. Metody Bory szybko zaczęły bronić się wynikami. Amerykanie jako gospodarze zwyciężyli w 1991 roku w Złotym Pucharze CONCACAF. W półfinale pokonali Meksyk 2:0. Wcześniej, licząc od 1934 roku, zaledwie dwa razy w historii wygrali ze swoimi południowymi sąsiadami. Bardzo długo w kadrze Milutinovica utrzymywał się Janusz Michalik. Ten urodzony w Chorzowie obrońca rozegrał ponad 40 spotkań. Niestety, nie znalazło się dla niego miejsce w ostatecznej selekcji na mundial. Bora był niesamowitym połączeniem Misia Yogi oraz Mistrza Yody. Czasami miałem wrażenie, że jego słowa nie miały sensu nawet dla niego. Ale była w tym szaleństwie metoda. Nauczył mnie tego, że każda decyzja na boisku ma swoje konsekwencje – Alexi Lalas. Mistrzostwa świata okazały się sukcesem dla Stanów Zjednoczonym, nie tylko pod względem organizacyjnym. Na stadionach osiągano rekordy frekwencji, a sama reprezentacja wypadła nadspodziewanie dobrze. W pierwszym meczu turnieju zremisowali ze Szwajcarią. Kolejne spotkanie zakończyło się sensacyjną wygraną nad Kolumbią, min. dzięki tragicznemu w skutkach samobójowi Andresa Escobara. Amerykanów z turnieju w 1/8 finału wyeliminowali Brazylijczycy, ale porażka 0:1 z przyszłymi mistrzami świata wstydu nie przyniosła. Jednym z największych sukcesów Bory było całkowite przebudowanie modelu amerykańskiej drużyny. Udało mu się wprowadzić południowoamerykański styl, polegający na posiadaniu piłki i kontroli gry w środku pola. Zaszczepił w swoich graczach przekonanie, że pełnoprawnie należą do rodziny mistrzostw świata i nie są tylko piłkarskimi turystami.

Pomimo sukcesu na mundialu, nie zagrzał długo miejsca na stanowisku. Federacja zwolniła go w 1995 roku z powodu braku zaangażowania w administracyjne obowiązki. Z okazji skorzystali Meksykanie, którzy wkrótce ponownie go zatrudnili. El Tricolor pod wodzą Milutinovica zwyciężyli w Golden Cup 1996. Turniej rozgrywany był w Stanach Zjednoczonych, a amerykańska publika owacyjnie witała uśmiechniętego trenera. Bora stał się jedynym w historii trenerem, który zdobył to trofeum dla dwóch reprezentacji. W kolejnych miesiącach przyszedł jeszcze awans do zbliżającego się mundialu we Francji oraz brązowy medal na turnieju Copa América 1997. Kadencja na meksykańskiej ławce nie przebiegała jednak kolorowo. Włodarze nie byli zadowoleni ze stylu reprezentacji oraz wyników. Kwalifikacja na mistrzostwa została wywalczona bez porażki, ale aż przy sześciu remisach w 10 spotkaniach. Milutinović pierwszy raz wywalczył samodzielnie awans na mundial i, o ironio, został zwolniony przed turniejem. Długo jednak nie pozostał na bezrobociu. Po usługi Bory zgłosiła się Nigeria. Tym razem przyszło mu dowodzić kadrą, która nie była ousiderem. Super Orły były mieszanką utalentowanych gwiazd z najlepszych europejskich klubów. Trzon kadry stanowili: Nwankwo Kanu, Jay-Jay Okocha, Victor Ikpeba, Sunday Oliseh czy Taribo West. Nigeria dwa lata wcześniej zdobyła złoto Igrzysk Olimpijskich. Oczekiwania przed turniejem France 1998 były więc bardzo duże. W inauguracyjnym spotkaniu zawodnicy z Afryki pokonali Hiszpanów, a zdjęcia załamanego Zubizarretty obiegły świat. Nigeria zapewniła sobie awans, pokonując rewelację poprzedniego turnieju, Bułgarię. Bora stał się pierwszym trenerem w historii, który czwarty raz z rzędu wyszedł z grupy z czterema różnymi reprezentacjami. Marzenia o medalu zostały brutalnie przerwane przed Duńczyków w 1/8 finału. Miałem okazję poznać wspaniały kraj i cudownych ludzi. Dużo podróżowałem po Nigerii, ponieważ chciałem dowiedzieć się o korzeniach swoich graczy. Nagrałem i puściłem zawodnikom przesłania od ich rodzin. Kiedy to zobaczyli, byli gotowi oddać swoje serce na boisku. Natomiast nigdy nie powiem co stało się przed spotkaniem z Danią. To są szczegóły, które pozostaną między nami. Przykro mi, że nie udało się ponownie rozbudzić apetytu na chwałę, który mieliśmy w pierwszej rundzie. Zostańmy przy stwierdzeniu, że niektórzy źle podeszli do tego meczu – mówił Milutinović o przyczynach porażki z Danią. Mundial 1998 się skończył, a Bora kontynuował swoją podróż dookoła piłkarskiego świata. Tym razem los rzucił go do Azji. Został selekcjonerem reprezentacji Chin. Przez pierwszą rundę eliminacji mundialu 2002 przeszli jak burza z kompletem zwycięstw. W ostatniej fazie eliminacji najgroźniejszymi rywalami byli Uzbekistan oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Chińczycy dalej jednak osiągali świetne wyniki. 7 października 2001 roku stał się historycznym dniem dla Państwa Środka. Tego dnia Milutinović ze swoimi podopiecznymi pokonał Oman. Wygrana zapewniła pierwsze w dziejach Chin bilety na mundial. Piąte mistrzostwa świata dla Bory stały się faktem. Cudotwórca. Tym razem jednak nawet jego charyzma nie była w stanie pomóc. Szanse Chińczyków u bukmacherów były porównywalne mniej więcej z wylądowaniem człowieka na Marsie jeszcze w 2002 roku. Warto jednak wspomnieć, że w grupie Chiny grały z dwoma przyszłymi medalistami – Brazylią oraz Turcją. Pierwszy raz dla Bory mistrzostwa zakończyły się w pierwszej fazie, ale tym razem sukcesem był sensacyjny awans. Pomimo ogromnych nakładów finansowych, dla Chin to nadal była i jest jedyna kwalifikacja w historii. Lata mijały, a Milutinović nie zwalniał tempa i intensywności podróży. Szósty mundial z rzędu jednak przeszedł mu koło nosa. W kwalifikacjach do MŚ 2006 poprowadził przez pewien czas Honduras. Nie najlepsze wyniki na boisku oraz rozbieżności dotyczące oczekiwań finansowych zadecydowały o jego zwolnieniu. Bezrobotny, lecz nadal namiętnie zakochany w futbolu, na własną rękę przebył ponad 11 000 km, by obejrzeć w Niemczech na żywo 25 spotkań mistrzostw. Przed emeryturą nie zmienił swojego podróżniczego trybu życia. Pracował w Katarze, prowadził reprezentacje Jamajki oraz Iraku. Związał się z katarską Aspire Academy, regularnie spędza czas w ukochanym Meksyku, skąd pochodzi jego żona. Chętnie udziela wywiadów, a charakterystyczny uśmiech nadal nie schodzi z jego twarzy. Lubię być w drodze. Ludzie nazywają mnie cyganem ale po prostu sprawia mi to przyjemność. Lubię zmiany, poznawać nowe języki, kulturę. Dzięki temu jestem szczęśliwy. W moim sercu piłka jest taka sama, gdziekolwiek jestem.

13

Niedoceniane i zapomniane legendy polskiego futbolu:

7 września 1909 r. urodził się Fryderyk Scherfke, przedwojenny napastnik Warty Poznań. Popularny „Fryc” , bo taki właśnie pseudonim nosił Scherfke, urodził się w Cesarstwie Niemieckim, a dokładniej w Poznaniu. Przez całą swoją karierę związany był z Wartą Poznań, której był wychowankiem. Już w wieku 17 lat grywał regularnie w pierwszym zespole. Jak przystało na napastnika, grał z numerem 9 na koszulce, jednak w późniejszym czasie trener przesunął go do linii pomocy. Fryderyk wywalczył z Wartą pierwsze w jej historii mistrzostwo Polski w roku 1929, oraz wicemistrzostwo w 1938 roku. W 1932 roku zdobył wraz z Kajetanem Kryszkiewiczem, koronę króla strzelców polskiej ekstraklasy z 15 golami na koncie. Był także jednym z pierwszych piłkarzy, który trafił do „klubu 100”. Do dzisiaj znajduje się na wysokim 10 miejscu w tym rankingu. W 235 meczach, w których reprezentował Wartę, strzelił 134 gole! W reprezentacji w ciągu 6 lat rozegrał tylko 12 spotkań, w których strzelił jednego gola. Był to jednak gol, na miarę zapisania się w historii piłki nożnej na zawsze. Podczas Mundialu we Francji w 1938 roku (udział w nim przez wiele lat był w czasach PRL pomijany), w meczu z Brazylią sfaulowany w polu karnym został Wilimowski, tym samym sędzia podyktował rzut karny, którego na bramkę zamienił właśnie Scherfke! Była to pierwsza bramka w historii, strzelona przez Polaków na mistrzostwach świata a na temat samego meczu krążyły legendy. O Brazylijczyku Leonidasie, zwanym „Czarnym Diamentem”, który podobno w trakcie meczu miał powiedzieć , że źle gra mu się w butach, bo na plażach Copacabany przyzwyczaił się do gry w piłkę bez nich, po czym ściągnął je i odtąd strzelał gole bosą stopą. Jednak to był tylko wymysł, który do dzisiaj cieszy uszy kibiców. Scherfke zagrał również na igrzyskach olimpijskich rozgrywanych w Berlinie, na których reprezentacja zajęła 4 miejsce. Byliśmy wtedy o krok od medalu. Większość spotkań z orłem na piersi, w których wystąpił, było jednak spotkaniami przegranymi. Debiutował w starciu z Łotwą, w 1932 roku a przygodę z reprezentacją zakończył 6 lat później, wychodząc z opaską kapitana, również z Łotwą. Mówiono, że we wrześniu 1939 roku zawiesił całkowicie piłkarskie buty na kołku. Nie było to prawdą.

W czasie okupacji w dystrykcie poznańskim działało osiem klubów niemieckich. W lipcu 1940 roku zespół 1. FC Posen zajmował pierwsze miejsce. Wtedy drużyna klubów poznańskich wygrała z drużyną klubów berlińskich 4:3. ,,Mam notatkę z wydania „Kickera z 9 lipca 1940 roku, która informuje o tym, że Scherfke strzelił dla 1. FC Posen jedną bramkę”– redaktor Thomas Urban. Scherfke był także kapitanem i napastnikiem drużyny Kraju Warty, która przegrała 1:2 w Poznaniu z drużyną Śląska w pucharze regionów niemieckich (Reichsbundpokal). Strzelił nawet gola z rzutu karnego w tym meczu. Zespół Śląska prowadził Kurt Otto a Fryc wybiegł przeciwko grającym dla Śląska innym byłym reprezentantom Polski, Erwinowi Nycowi i Leonardowi Piątkowi, którzy razem z nim grali z Brazylią w słynnym meczu strasburskim w 1938 r. Gdy w październiku 1940 roku 1. FC Posen zmieniło nazwę na Luftwaffen SV Posen, Fryderyk zrezygnował z gry dla tej drużyny. Śp. Paweł Zarzeczny, podczas jednego ze swych wywodów popisał się niezłą wiedzą twierdząc, iż w okresie II wojny światowej, Fryderyk wcielony do armii niemieckiej przechadzał się po ulicach Poznania w mundurze esesmana. ,,To nie chodzi o to, że był to Niemiec, Niemców mieliśmy w składzie w tamtym meczu z Brazylią przynajmniej trzech, bo jeszcze Wilimowskiego(4 gole!), i Piontka… Z tym Scherfke problem taki, że nie tyle grał jak tamci w niemieckich zespołach (a co, miał dać się zabić, Górski grał w sowieckich, oj piłkarze to nie byli żołnierze wyklęci), ale wstyd jest taki, że w okupację paradował ponoć po Poznaniu, polskim przecież po jedynym wygranym Powstaniu, w mundurze esesmana. To są zbrodnie, według kodeksu międzynarodowego nawet, nieprzedawnione”. Ciężko do końca zrozumieć stanowisko Zarzecznego. Straszną zbrodnią byłoby to wtedy, gdyby była to prawda a ową jest, iż należał do Wehrmachtu. Taki mundur zakładały setki Wielkopolan, Ślązaków czy Kaszubów. Dla wielu to była zdrada, dlatego wcześniej wspomniałem o „wymazaniu z archiwów”. Fakt, takie mieliśmy czasy, w Polsce Scherfke przez wiele lat był nikim, w Niemczech zaś uchowały się informację na jego temat. Wiele osób nie wie, że podczas wojny starał się ratować swoich kolegów. Takie informacje podawał Radosław Nawrot w swoim tekście. Czy był zatem aż tak złym essesmanem? Pewnego razu na ulicy Scherfke spotkał żonę Mariana Fontowicza, z którym grał w Warcie. Dowiedział się od niej, że mąż trafił do niewoli. Wysłuchał, pokiwał głową i odszedł. Jakiś czas potem pociąg wiozący polskich jeńców w stronę Rzeszy zatrzymał się na stacji. Drzwi otworzyły się, był w nim właśnie Marian, który usłyszał słowa wypowiedziane przez znajomy głos „Jesteś w Posen. Nie chcesz iść do domu?” – to był Fryc. W Warcie grał także bramkarz Zbigniew Szulc. Jego żonę Scherfke wyciągnął z listy na ,,einsatz” (wywóz na przymusowe roboty). Uważany przez wszystkich za esesmana i współpracownika gestapo uratował także Bolesława Genderę zatrzymanego na stadionie za grę w piłkę. Innego byłego gracza Warty Michała Fliegera kilkakrotnie ostrzegał przed aresztowaniem i dekonspiracją. Jego praca w gestapo tak naprawdę ograniczyła się do tego, że był tam kierowcą. W 1942 roku wszystko się pozmieniało, w Poznaniu widywano go rzadko, unikał ludzi. Gdy ktoś zaczynał temat o wstawiennictwo na gestapo, urywał go. Prawdą było, iż był śledzony, inwigilowany, wzywany na przesłuchania i podejrzewany o zdradę III Rzeszy i współpracę z Polakami, jednak nie znaleziono na to dowodów. W ostatniej fazie wojny Fryc był podoficerem Wehrmachtu i służył na froncie wschodnim a potem w Jugosławii. W walkach z jugosłowiańskimi partyzantami w styczniu 1945 roku został ranny. W polskich źródłach nie było żadnych wzmianek na jego temat, jednak w niemieckich zachowało się to, że trafił do brytyjskiej niewoli, z której został zwolniony po 3 miesiącach. Po powrocie osiedlił się w południowej Brandenburgii. Jednak po śmierci żony wraz z synem Michaelem przeniósł się pod Berlin Zachodni, gdzie założył sklep meblowy, który do lat 80-tych przynosił spore zyski. Zmarł w Bad Soden, 15 września 1983 roku.



@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

10

Pierwszy hattrick Polaka w FC Barcelonie:

Dokładnie 2 lata temu Robert Lewandowski ,,upolował” swojego pierwszego hattricka w barwach Dumy Katalonii. Miało to miejsce na Camp Nou w otwierającym pierwszą kolejke meczu Ligi Mistrzów z Victorią Pilzno. Robert strzelał kolejno w 34, 45(+3) oraz w 67 minucie meczu. Ostatecznie Blaugrana wygrała to spotkanie aż 5:1!


@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

Prezydenci FC Barcelony:

7 września 1931 r. urodził się Josep Lluis Nuñez. Był on 35 w historii prezydentem FC Barcelony i rekordzistą pod względem długości piastowania tej funkcji. Sprawował ją od 1 lipca 1975 aż do 2000 r. Za jego prezydentury sekcja piłkarska zdobyła 27 trofeów a pozostałe sekcje profesjonalne łącznie 113 trofeów. Nuñez zwiększył budżet klubu z 816 milionów do 17,5 miliarda peset a liczba socios wzrosła z 77 905 do 104 500. Duma Katalonii zanotowała wielki skok ekonomiczny nie przypadkowo, gdyż Nuñez był znakomitym biznesmenem i dorobił się fortuny na prowadzeniu wraz z żoną firmy budowlanej Nuñez y Navarro. Wrodzone skąpstwo stało się też często powodem krytyki Nuñeza, który uparcie nie godził się na podwyższenie pensji największym gwiazdom, przez co klub opuścili tacy zawodnicy jak Maradona, Schuster, Stoiczkow czy też Luis Nazario de Lima. Pod tym względem to osobiście najbardziej mnie boli odejście fenomenalnego brazylijskiego Ronaldo, mimo iż wtedy nie kibicowałem jeszcze Blaugranie.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

7

@FCBparasiempre
Pokolenie okresu międzywojennego wychowywało się w specyficznych warunkach. Patriotyzm, poświecenie się dla ojczyzny, obowiązkowość i dyscyplina – to były podstawowe zasady wpajane od dzieciństwa. Sport pociągał dlatego, że godził kulturę ciała i ducha. Dawał radość życia. Pokolenie okresu międzywojennego wychowywało się w specyficznych warunkach. Patriotyzm, poświecenie się dla ojczyzny, obowiązkowość i dyscyplina – to były podstawowe zasady wpajane od dzieciństwa. Sport pociągał dlatego, że godził kulturę ciała i ducha. Dawał radość życia. Przykładem, w którego postępowaniu powyższa maksyma znalazła potwierdzenie był Henryk Jaźnicki. „Mnie interesowały gry zespołowe. Dążyłem, żeby być pożytecznym członkiem zespołu, wyzwalać z siebie wszystkie siły i umiejętności. Sukces zespołu traktowałem jako największą osobistą satysfakcję. Największym marzeniem każdego z nas był występ w reprezentacji Polski. To zaszczyt, którego nikt nie próbował pomniejszać”. Henryk Jaźnicki urodził się 6 września 1917 roku w Radzyniu Podlaskim. Następnie wraz z rodzicami przeniósł się do Brześcia nad Bugiem. Uprawianie sportu rozpoczął w gimnazjum im. R. Traugutta. Z równym, dużym powodzeniem uprawiał koszykówkę i siatkówkę. Reprezentował w latach 1932-33 Okręgowy Ośrodek Wychowania Fizycznego miasta Brześcia właśnie w tych dwóch dyscyplinach sportu. Na wielkie zdolności młodego sportowca zwrócił uwagę Edward Ałaszewski, w latach międzywojennych piłkarz i instruktor w-f, później znakomity karykaturzysta. Podczas pobytu nad Bugiem w czasie zawodów sportowych, wpadł mu w oko, niepozorny, ale niebywale sprawny ruchowo młodzik. Gdy więc rodzina Jaźnickich przeprowadziła się do Warszawy, za sprawą Ałaszewskiego, Henryk trafił do Polonii Warszawa. Jednocześnie uczęszczał do gimnazjum im. Wyrzykowskiego, które ukończył zdaniem egzaminu maturalnego w 1937 roku. W tym samym roku odniósł swój pierwszy sukces sportowy. Zespół siatkarzy „Czarnych Koszul” po wielu perypetiach zdobył tytuł mistrza kraju. W drużynie tej Henryk Jaźnicki był kluczowym zawodnikiem. Jak pisał ówczesny „ Przegląd Sportowy” ,,Najlepszych siatkarzy miała Polonia w Jaźnickim, Wittengergu i Perkowskim, którzy grali dobrze zarówno w ataku jak i obronie. Nie załamywali się nawet w najtrudniejszych sytuacjach.” Zdobycie tytułu mistrzowskiego w siatkówce w 1937r. należało do największych sukcesów, jakie zawodnicy Polonii osiągnęli w grach zespołowych w latach międzywojennych. Rok wcześniej z zespołem koszykarzy też święcił spory triumf, został wicemistrzem Polski. W tamtych latach jednak ekipa stołeczna była na tyle silna, że drugie miejsce osiągała niemal etatowo. Talent Jaźnickiego nie uszedł jednak uwadze. Brał on udział w zgrupowaniach przedolimpijskich, był jednak jeszcze zbyt mało doświadczonym koszykarzem, by móc występować w reprezentacji olimpijskiej w Berlinie. W 1938 roku drużyna piłkarska Polonii wróciła w szeregi pierwszoligowców. I w tym czasie zadebiutował w niej – Henryk Jaźnicki. „Do piki nożnej zostałem zwerbowany z sekcji gier sportowych na wiosnę 1938 roku przez prezesa klubu Stanisława Frenkiela. Po zakończeniu przeze mnie cyklu rozgrywek mistrzowskich w siatkówkę i koszykówkę byłem przygotowany kondycyjnie i sprawnościowo, brakowało mi tylko umiejętności techniczno – taktycznych do gry w piłkę nożną. Trener klubowy Karol Kossok po trzech tygodniach intensywnego treningu specjalistycznego i dwóch sprawdzianach wstawił mnie do składu na mecz I ligi z Cracovią w Krakowie, aktualnym mistrzem Polski. Debiut był udany, znalazłem stałe miejsce w zespole będącym rewelacją rozgrywek 1938 roku.” Trener Kossok zaryzykował, wystawiając bardzo sprawnego, szybkiego i skocznego siatkarza i koszykarza na prawe skrzydło ataku Polonii. Atak kierowany przez Odrowąża ze skrzydłowymi Jażnickim i Kisielińskim był rewelacją rozgrywek ligowych. Grał bardzo szybko, a jednocześnie prosto, ambitnie i z fantazją. Prawoskrzydłowy okazał się piłkarzem bramkostrzelnym, i z meczu na mecz lepszym technicznie. Redaktor Stefan Sieniarski, wielki fanatyk Polonii, tak wyrażał się o grze ataku „Czarnych Koszul”: „ Atak nadawał ton grze, a zespół wypracował swój styl – nie uznawał zawiłych kombinacji, prostymi środkami atakował non-stop. Stosowano podania długie i prostopadłe, przez co zdobywano teren błyskawicznie. Zawodnicy byli szybcy, zwrotni, wytrzymali, skoczni i dobrzy technicznie.” Rok 1938 był dla klubu najlepszym w całym okresie międzywojennym. Piłkarze zajęli najwyższą lokatę – czwartą, w lidze, a władze sportowe uznały Polonię za całokształt działalności – pierwszym klubem Polski. Na to wyróżnienie zapracował swoimi bardzo dobrymi występami, na parkietach i boisku Henryk Jaźnicki.

W następnym roku, tak pamiętnym dla wszystkich Polaków i jakże tragicznym, spełniły się sportowe marzenia naszego bohatera. „W marcu dostąpiłem zaszczytu reprezentowania barw narodowych w koszykówce na meczu Polska – Niemcy wygranym 50:10. Pół roku później, 27 sierpnia po raz drugi założyłem koszulkę z Białym Orłem. Tym razem debiutowałem w meczu Polska – Węgry w piłce nożnej, w którym pokonaliśmy wicemistrzów świata 4:2.” Ten historyczny mecz opisywany i wspominany przez wszystkich, był już wielokroć. Przytoczę tu refleksję Wojciech Trojanowskiego, wybitnego dziennikarza i sprawozdawcy radiowego. „Nikt z tych tysięcy, które zaległy stadion Legii tuż przed wojną na spotkaniu naszej jedenastki z reprezentacją Węgier – tego meczu nie zapomni. Nasi chłopcy grali jakby natchnieni, wznosząc się na poziom, którego aż do czasu mistrzostw w 1974 roku żaden polski zespół nie osiągnął. Dziwny nastrój panował na tym meczu. Nikt przecież spokojnie wtedy nie spał. Wszyscy byli pełni okropnych przeczuć i bolesnego niepokoju. A jednak … jakaś w ludzi wstąpiła bezsensowna nadzieja, nielogiczny optymizm. Jeśli na boisku, wbrew wszelkim teoretycznym rozważaniom, doszło do tak nieprawdopodobnego zwycięstwa – to może i losy wojny potoczą się pomyślnie, Może to dobry omen, może się nie damy? No i tak. Tysięczne tłumy, rozweselone zwycięstwem, opuszczały stadion. Szedłem i ja wśród tego tłumu, nie wiedząc jeszcze wtedy, że to po raz ostatni na długie, długie lata ludzie się głośno śmieją na warszawskiej ulicy. Że to już ostatni raz…” Kapitan związkowy, dzisiejszy selekcjoner – Józef Kałuża nie mógł skorzystać ze wszystkich najlepszych piłkarzy. Wiadomo mobilizacja. Ale ci, których wystawił w tym meczu, nie zawiedli ani jego, ani tysięcy na trybunach. W takiej atmosferze i w tak pamiętnym meczu zadebiutował Henryk Jaźnicki. Znalezienie się kadrze prawoskrzydłowego Polonii było dla wielu zaskakujące, zważywszy na to, że jeszcze dwa lata wcześniej nie grał on w piłkę nożną. Jednak talent upoważniał piłkarza „Czarnych Koszul” do występu w tym spotkaniu. Już bowiem w lipcu brał on udział w zgrupowaniu kadry młodzieżowej, na warszawskiej CIWF na Bielanach. Z tą grupą piłkarzy wiązano nadzieje na przyszłość naszego piłkarstwa. Zajęcia prowadził z nimi słynny szkocki piłkarz i trener Alex James. Za cztery dni wybuchła wojna… Napastnik Polonii zapisał się jeszcze w historii polskiej piłki nożnej, jednym wydarzeniem. 20 sierpnia 1939 roku w ostatniej kolejce ligowej przed napaścią hitlerowską, był autorem ostatniego gola w spotkaniach ligowych. Polonia na Konwiktorskiej w Warszawie podejmowała lwowską Pogoń. Przewaga należała do gospodarzy, ale do 88 minuty wynik utrzymywał się remisowy 1:1. „ Na dwie minuty przed końcem Polonia uzyskuje szóstego kornera. Bije precyzyjnie Kisieliński. Znów róg i znów Kisieliński bije dobrze. Jeżewski odbija „świecą”, piłka zakręca na lewo. Bala szpetnie kiksuje, piłkę ma znów Kisieliński, który podaje wysoko do środka i nadbiegający Jaźnicki lokuje piłkę główką pod poprzeczkę. Wynik 2:1 jest zasłużony.” Po tym zwycięstwie zszedł z trybuny na boisko prezes klubu generał Kazimierz Sosnkowski i gratulował drużynie wygranej. Było to ostatnie spotkanie prezesa klubu z zawodnikami. Zajęty występami, aż w trzech dyscyplinach pan Henryk nie zaniedbywał nauki. Po uzyskaniu matury w 1937 roku został przyjęty na Uniwersytet Warszawski, a w 1939 roku przeniósł się na Wydział Administracji Państwowej w Szkole Nauk Politycznych w Warszawie. Wybuch wojny pokrzyżował plany sportowe i naukowe.

W marcu 1940 roku Henryk Jaźnicki wraz z gronem sportowców zostaje aresztowany. Przebywa w więzieniu mokotowskim, a następnie na Pawiaku, gdzie widział aresztowanego Janusza Kusocińskiego. Stąd zostaje przetransportowany do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, a potem do Mathausen w Austrii. Codziennie widział śmierć współwięźniów, lecz nie poddawał się, walcząc o życie poprzez sport. Dzięki wiedeńczykowi, kibicowi piłkarskiemu, który był blokowym polskiego pawilonu nr 7, zaczęto rozgrywać mecze piłkarskie, z więźniami innych narodowości. Przy pomocy i dzięki staraniom koszykarki Polonii pani Duch-Markowskiej udało mu się po dwóch latach powrócić do Warszawy. Tu toczyły się konspiracyjne rozgrywki, powołano do życia tajny, podziemny WOZPN. W II okupacyjnych mistrzostwach Warszawy w 1943 roku, w barwach Polonii grał już Henryk Jaźnicki. Nie występował we wszystkich meczach, przeszkadzała mu w tym kontuzja kolana jakiej, za sprawą esesmana (uderzył go żelaznym prętem), nabawił się w obozie. Później wobec fali wzmożonej przemocy i represji, spotkania odbywały się sporadycznie. W 1944 roku mistrzostw Warszawy nie dokończono – wybuchło powstanie. Rok 1945 to powrót jej mieszkańców, w tym również piłkarzy, do ruin i zgliszcz. Już 25 marca Polonia rozegrała pierwszy mecz. W drugim zagrał Henryk Jaźnicki. Pod koniec lipca drużyna Polonii wybrała się na mecze do Krakowa, w składzie nie zabrakło oczywiście Jaźnickiego. Wrócił również do składu koszykarzy. Ze względu na pracę, którą podjął w Społem, przez cały rok 1946 trenował i grał w zespole piłkarskim tego klubu i który dzięki jego dobrej grze awansował do klasy A. Ominął go za to największy triumf, „Czarne Koszule” zostały mistrzem Polski w piłce nożnej, akurat wtedy gdy ten jedyny rok nie grał w jej barwach. W 1947 roku powrócił do Polonii i występował w niej do roku 1952, w większości meczów jako kapitan. Jednocześnie pełnił rolę trenera sekcji koszykówki kobiet Polonii. W tym zespole poznał swoją przyszłą żonę, Irenę Kamecką, wielokrotną reprezentantkę Polski w koszykówce. W tym okresie prezentował cały czas dobrą, równą formę. Był etatowym reprezentantem Warszawy, wtedy mecze między miastami były czymś normalnym i bardzo częstym. Wyróżniającego się piłkarza powołano w skład reprezentacji Polski na dwa trudne spotkania wyjazdowe ze Szwecją i Finlandią we wrześniu 1947 roku. Niestety zawodnika Polonii zatrzymały w kraju „kłopoty paszportowe” i szansa na kolejne występy w barwach biało – czerwonych minęła bezpowrotnie. Pozostała więc gra w swojej ukochanej drużynie „Czarny Koszul”. Osiągnięcia zespołu można określić na miarę oczekiwań, górna połowa ligowej tabeli, to nie było źle. A czwarta pozycja w 1949 roku, to powtórka najlepszego wyniku sprzed wojny. Pan Henryk nie poprzestawał tylko na piłce nożnej. W 1946 roku zagrał w mistrzowskiej ekipie siatkarzy Polonii, a w rok później zapisał na swoim koncie tytuły mistrzowskie w zespołach siatkówki i koszykówki AZS Warszawa. Obarczony tak wieloma obowiązkami sportowymi, równolegle studiował w Akademii Nauk Politycznych 1947/50. Swej edukacji na tym jednak nie zakończył. W 1956 roku postanowił kontynuować naukę, tym razem na Wydziale Budownictwa Lądowego w Wieczorowej Szkole Inżynieryjnej i którą ukończył, uzyskując dyplom inżyniera w 1961 roku. Wróćmy jednak do sportu. Z wiekiem pan Henryk zmienił pozycję na boisku, stał się prawym obrońcą. Nadal wyróżniał się grą kulturalną i dżentelmeńską, stanowił wzór do naśladowania dla młodszych, wchodzących do zespołu, zawodników. Przykładem takiej postawy kapitana Polonii był, chociażby mecz z Ruchem Chorzów w 1952 roku. Mecz ten przeszedł do legendy, to w nim decydowały się losy pozostania warszawskiego klubu w I lidze. Liczne starcia i incydenty, brutalna gra gospodarzy, skończyła się przerwaniem meczu w związku z agresją kibiców Ruchu.

„Cała drużyna znalazła się w szatni. Po około 20 minutach kapitan zespołu Henryk Jaźnicki namówił kolegów, aby po wezwaniu sędziego kontynuować grę. Nikt nie spodziewał się tego, że wznowienie spotkania sędzia rozpocznie od podyktowania rzutu karnego przeciwko Polonii. Gdybyśmy – mówili po latach poloniści – wobec trwającego zagrożenia pozostali w szatni, to byłaby szansa na walkower lub inne korzystniejsze rozstrzygnięcie. No, ale Jaźnicki wychowany w Polonii był zwolennikiem uzyskania rezultatów na boisku piłkarskim, a nie przy zielonym stoliku… W ten sposób, po skutecznie wykonanym karnym, Polonia zremisowała 3:3, tracąc 1 punkt – jak się okazało – na wagę gry w I lidze.” Jeszcze dwa spotkania i nadeszła gorzka chwila degradacji do II ligi. Przegrany mecz z Cracovią 0:3, był ostatnim spotkaniem ligowym, jaki Henryk Jaźnicki rozegrał w swej przebogatej w sukcesy karierze. Rozgoryczony postanowił zawiesić buty na kołku. Nie poczekał kilku tygodni, nie zagrał w meczach pucharowych. I znowu jak w 1946 roku zabrakło go w chwilach triumfu, Polonia wzniosła Puchar Polski w jej składzie nie było pana Henryka. Co za ironia losu. Nie odszedł jednak od sportu. W okresie pracy zawodowej, jako inspektor inwestycji i kapitalnych remontów obiektów sportowych w Federacji „Kolejarz” w latach 1950 – 1963, pełnił funkcję sekretarza Komisji Sportu Wyczynowego. Przez wiele lat był kierownikiem sekcji koszykówki i piłki nożnej. Wchodził w skład zarządu klubu. W latach siedemdziesiątych wybrany został wiceprezesem klubu. Na przełomie lat 1966 – 1993 działał jako członek Wydziału Gier i Dyscypliny oraz Funduszu Pomocy Koleżeńskiej Polskiego Związku Piłki Nożnej. W 1983 roku otrzymał tytuł Honorowego Członka PZPN. Wielki talent, pracowitość, zdyscyplinowanie i miłość do sportu te wszystkie cechy miał w sobie Henryk Jaźnicki. Dziś jest legendą Polonii…

10

@FCBparasiempre
6 września 1913 r. urodził się brazylijski napastnik Leonidas da Silva; Zdobywca 3 miejsca na świecie na mundialu w 1938 roku oraz Król strzelców Mistrzostw Świata 1938.

Kariera Leonidasa owiana jest kilkoma legendarnymi opowieściami. Jedna z nich mówi o tym, że w pierwszym meczu mistrzostw świata w 1938 roku z Polską grał na boso i został bohaterem. Strzelił trzy gole, z czego dwa w dogrywce. Według innej to właśnie on jako pierwszy zaczął strzelać przewrotką. Podobno sędziowie widząc jego niebywałe uderzenia, niekiedy odgwizdywali przewinienie, bo nie wiedzieli, czy przepisy na to pozwalają. Ze względu na jego wielką sprawność fizyczną nazywano go „człowiekiem z gumy". Leonidas Da Silva urodził się 6 września 1913 roku w Rio de Janeiro. Wychowywał się w dzielnicy Sao Cristovao i, jak większość jego kolegów, od najmłodszych lat biegał na bosaka za skórzaną piłką, co nie podobało się jego rodzicom, którzy woleli, aby syn postawił na wykształcenie. Ten jednak na przekór uciekał z lekcji, by grać. W wieku 14 lat zrezygnował ze szkoły i w pełni poświęcił się futbolowi. Już dwa lata później podpisał kontrakt z lokalną drużyną z Sao Cristovao. Na początku kariery wystawiany był na środku ataku i wyróżniał się na tej pozycji niższym wzrostem od pozostałych napastników. Charakteryzowała go za to niezwykła szybkość, zwinność, technika oraz doskonały drybling. Na krajowych boiskach zasłynął w Bonsucesso, kiedy wyszedł mu strzał z przewrotki. Był pierwszym zawodnikiem w historii, który uderzył w ten ekwilibrystyczny sposób. Później wielu zawodników - z różnym skutkiem - próbowało go naśladować. W tamtym czasie bardzo zacięta, mająca podtekst nie tylko sportowy, była rywalizacja między dwoma miastami - Rio de Janeiro i Sao Paulo. Do historii przeszedł mecz z 1931 roku, gdy w São Paulo grał jeszcze pierwszy wielki brazylijski piłkarz Arthur Friedenreich. Dwie legendy stanęły naprzeciwko siebie - jedna dopiero rozkwitająca, druga schodząca ze sceny. Leonidas strzelił wówczas dwa gole i zapewnił wygraną swojej drużynie. Po meczu mający niemieckie korzenie Friedenreich podszedł do młodszego kolegi i serdecznie mu pogratulował. Była to symboliczna zmiana warty. Dobra postawa w kolejnych spotkaniach zaowocowała powołaniami do reprezentacji. W corocznym turnieju Rio Branco, w 1933 roku w meczu z Urugwajem (2:1) zdobył obydwa gole, co zwróciło to uwagę miejscowego Peñarolu, który zaproponował Brazylijczykowi kontrakt. Ten nie wahał się długo i parafował kontrakt. Po dobrym sezonie ( 28 goli w 25 meczach) spędzonym w zespole z Montevideo, wrócił Brazylii. Zasilił skład Vasco da Gama, z którym wygrał ligę w stanie Rio. W 1934 roku pojechał z reprezentacją do Włoch na drugie mistrzostwa świata, ale wtedy to nie była ta Brazylia, o której mamy wyobrażenie dzisiaj. Wówczas w kraju kawy panował rasizm, ale Murzyni i Latynosi, z racji większych umiejętności nad Białymi, powoli wchodzili do zespołu. Jednym z nich był właśnie Leonidas, który na mundialu zdobył honorową bramkę w przegranym meczu z Hiszpanią (1:3). Dla Brazylii turniej był zupełnie nieudany, ale po powrocie do kraju Leonidas stał się prawdziwą gwiazdą. Był uwielbiany przez kibiców, którzy nadali mu przydomek „Czarny diament". Po mistrzostwach przeniósł się również do Botafogo, z którym zdobył drugi tytuł Rio. W tym zespole spędził dwa lata, po których został kupiony przez Flamengo, stając się jednocześnie pierwszym ciemnoskórym piłkarzem w historii klubu. W międzyczasie regularnie występował w reprezentacji Brazylii, z którą pojechał na mistrzostwa świata do Francji. To właśnie dzięki turniejowi w 1938 roku Leonidas przeszedł do historii. W pierwszym meczu Brazylijczycy trafili na Polskę. W pierwszej połowie dominowali i na przerwę schodzili przy stanie 3:1 (jedną z bramek zdobył bohater artykułu). W drugiej części w polskim zespole pierwsze skrzypce grał Ernest Wilimowski, który popisał się hat-trickiem. Brazylia też strzeliła gola i o wyniku meczu decydowała dogrywka. W niej na boisku dominowali dwaj główni aktorzy - Wilimowski i Leonidas. Pierwszy zdobył jedną bramkę, a drugi dwie, co zadecydowało o zwycięstwie Canarinhos. Ze spotkaniem z biało-czerwonymi wiąże się jeszcze jedna legenda. Otóż w trakcie meczu Leonidas zmieniał obuwie, a późniejsze przekazy mówiły, że wielki Brazylijczyk grał w tym spotkaniu na bosaka. Historia chwytliwa, ale kompletnie zmyślona. Gry bez butów już wtedy zabraniały przepisy.

W ćwierćfinale Leonidas również trafił do siatki, ale po regulaminowym czasie i dogrywce dało to tylko remis z Czechosłowacją. Ówczesny regulamin nie przewidywał rzutów karnych, dlatego mecz został powtórzony. W nim Brazylia przegrywała po pierwszej połowie 0:1, ale po przerwie strzeliła dwa gole - autorstwa Leonidasa i Roberto. W półfinale Leonidas nie mógł zagrać z powodu kontuzji i od razu odbiło się to na grze zespołu. Canarinhos przegrali z późniejszymi triumfatorami Włochami 1:2 a bramkę stracili w ostatniej minucie meczu (strzelił ją słynny Giuseppe Meazza). W finale pocieszenia ze Szwecją „Czarny diament" wrócił do składu. Efekt? Dwa strzelone gole, zwycięstwo 4:2, wywalczenie trzeciego miejsca w mistrzostwach i wygranie klasyfikacji strzelców mundialu. Dla Brazylii był to spory sukces. Wtedy piłkarzy z kraju kawy cechowała inna gra, niż ta, którą kilkanaście lat później pokochał cały świat. Grali przede wszystkim bardzo brutalnie a taktycznie odstawali od zespołów z Europy. Mieli też jednego piłkarza, który decydował o obliczu zespołu. I to ich wyróżniało. Być może Leonidas pokazałby jeszcze więcej na mundialach, ale przeszkodziła mu w tym II wojna światowa. W 1942 roku miałby 29 lat a więc byłby w kwiecie piłkarskiego wieku. Cztery lata później także był w niezłej formie. Można więc śmiało założyć tezę, że w międzynarodowym futbolu osiągnąłby jeszcze więcej. W sumie w kadrze strzelił 37 goli w 37 meczach. Po MŚ we Francji wciąż znakomicie spisywał się na brazylijskich boiskach. W Flamengo grał do 1942 roku, a w barwach zespołu strzelił aż 153 gole w 149 meczach! W tym czasie postanowił zmienić otoczenie - wyprowadził się z Rio de Janeiro i przeszedł do FC São Paulo. Kibice jednego i drugiego zespołu nie byli zadowoleni z tej przeprowadzki, ale sympatycy jego nowej drużyny szybko się do niego przekonali. W trakcie siedmioletniego pobytu w klubie-Sao Paulo pięć razy sięgało po wygraną w lidze ogólnokrajowej. Ostatni mecz w reprezentacji zagrał na Copa America 1946, w zremisowanym meczu z Urugwajem (1:1). Buty na kołku zawiesił w 1950 roku, kiedy Brazylijczycy byli gospodarzami mistrzostw świata. Po zakończeniu kariery próbował sił jako trener, później jako kierownik drużyny, ale nie sprawdzał się w tym. Więcej radości przynosiło mu komentowanie meczów w radiu. Prowadził też sklep meblowy w Sao Paulo i miał agencję detektywistyczną. Jego życie zmieniło się na początku lat 60, kiedy wykryto u niego chorobę Alzheimera. Do końca życia był pod stałą opieką lekarzy. Dożył późnej starości. Zmarł 24 stycznia 2004 roku w wieku 90 lat.

9

12

Feliz cumpleaños panie Pedro!

6 września 1948 r. urodził się Pedro Maria Artola Urrutia, były bramkarz FC Barcelony w latach 1975-84. Jest wychowankiem Realu Sociedad, lecz w barwach baskijskiego klubu przez 5 sezonów zagrał w La Liga tylko 30 razy gdyż pozycję pierwszego bramkarza zajmował Urruti. Artola zdecydował się na transfer do FC Barcelony i w 1977 r. wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie, którego nie oddał przez następne 5 lat. W końcu z pierwszej jedenastki Blaugrany wygryzł go… Urruti.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

8

Gdyby nie pan Kazimierz Górski i Zygfryd Szołtysik… nie byłoby żadnych sukcesów polskiego futbolu!

5 września 1972 r. Polska pokonała ZSRR 2:1 na igrzyskach olimpijskich w meczu, który w praktyce decydował o wejściu do finału imprezy. Sportowe zwycięstwa nad wielkim bratem ze Wschodu zawsze miały dla nas wyjątkowe znaczenie. To smakowało dość gorzko, bo zdarzyło się w cieniu tragedii. W dniu meczu z ZSRR w wiosce olimpijskiej doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło siedemnastu ludzi. Piłkarze mimo to wyszli na murawę i stoczyli pełen dramaturgii, niesamowity bój. Mecz z ZSRR był z gatunku „dla ludzi o mocnych nerwach”. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1 (gola strzelił młodziutki Oleg Błochin) i wyglądaliśmy na boisku słabo. Po przerwie nie było wcale lepiej i kto wie, czy udałoby się w tym meczu cokolwiek ugrać, gdyby nie nos trenerski Kazimierza Górskiego. W 70. minucie wprowadził na boisko Zygfryda Szołtysika, który tchnął w naszych nowego ducha. W efekcie w 79. minucie Kazimierz Deyna wyrównał z rzutu karnego a na trzy minuty przed końcem właśnie Szołtysik, kapitalnym strzałem w „okienko”, dał nam upragnione zwycięstwo.



@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

10

Fenomenalny debiut, fenomenalnego napastnika:

5 września 1993 r. Romario da Souza Faria dokonał iście spektakularnego wyczynu. Otóż w swoim debiucie w La Liga w barwach FC Barcelony strzelił hattricka na Camp Nou przeciwko Realowi Sociedad. Jako jedyny w tym meczu zdobywał gole w 15, 65 oraz 88 minucie meczu.


@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

Pożegnalne spotkanie legendy:

5 września 1989 r. odbył się pożegnalny mecz jednej z największych legend Dumy Katalonii a mianowicie Migueliego Bernardo Bianquettiego. Ten urodzony w 1951 r. wychowanek FC Cadiz trafił na Camp Nou w 1973 r. i choć w swoim pierwszym sezonie w barwach Blaugrany rozegrał zaledwie jedno spotkanie pozostał w klubie przez 15 lat i wystąpił w aż 549 meczach, w tym 391 razy w La Liga, co stanowiło przez lata klubowe rekordy pobite dopiero przez Xaviego. W ramach benefisu popularnego ,,Tarzana” FC Barcelona zagrała z reprezentacją Bułgarii. W składzie Dumy Katalonii wystąpili trenerzy- Cruijff i Rexach a Johan strzelił nawet gola. Jedynego gola dla Bułgarów strzelił Stoiczkow, który dopiero rok później trafił do składu Barçy. ,,Nie ma takich pieniędzy na które zamieniłbym miłość tej publiki”- stwierdził wzruszony Migueli.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

9

Panie i Panowie, szanowni cules, 5 września 1973 r. zadebiutował w barwach Blaugrany wielki człowiek i wielki sportowiec a mianowicie Śp. Johannes Hendrikus Cruijff. Miało to miejsce w towarzyskim meczu z Cercle Brugge, w którym to FC Barcelona zwyciężyła 6:0 a hattrickiem w tym meczu popisał się nie kto inny jak sam ,,Boski” Johan.

@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

13

Prawdziwi cules kultywują pamięć o legendach:

5 września 1953 r. zmarł Szkot George Pattullo. Był pierwszym, zapomnianym już dzisiaj superstrzelcem FC Barcelony. Do składu trafił podobno przypadkiem. Podczas treningowej gierki Barçy z drugą drużyną brakowało zawodników i zaproponowano mu grę. Strzelił gola już w oficjalnym debiucie i w sumie w 23 meczach zdobył niesamowitą liczbę 43 goli! Natomiast w oficjalnych meczach o stawke strzelił 15 goli w 8 meczach, co daje mu rewelacyjną średnią 1,87(!) gola na mecz i plasuje na 3 pozycji klubu wszechczasów. W maju 1911 r. po zaledwie jednym sezonie postanowił wrócić do Szkocji. Rok później działacze Blaugrany próbowali namówić go do powrotu na półfinał Pucharu Pirenejów. Po kilku dniach bez odpowiedzi przyszła do klubu wiadomość z Londynu z krótką odpowiedzią: ,,Będę w piątek”. Okazało się później że piłkarz bał się iż telegram przejmie pracownik poczty Green, były zawodnik… Espanyolu. Pattullo strzelił oczywiście w finale 2 gole i wywalczył decydującego karnego na 3:2 w dogrywce. Co ciekawe Szkot sam zapłacił za hotel bo stwierdził że na zawsze zostanie amatorem. W 1928 r. wrócił ponownie do stolicy Katalonii i symbolicznie rozpoczął mecz z Oviedo. Publiczność zgotowała mu owacje, pamiętając jego dokonania sprzed lat.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

0

Igunia! Coż ty znowu nawyprawiała w tym meczu z Pegulo?

7

@FCBparasiempre
Tak się jakoś złożyło że najbardziej widowiskowe pomysły miewali Francuzi i to im przypisuje się ich autorstwo. Jules Rimet doprowadził kiedyś do mistrzostw świata. W latach 50-tych spełniły się najpierw sny Gabriela Hanota i latem 1955 r. ruszył klubowy Puchar Europy a nieco później Henry Delaunay sprawił że narodziły się mistrzostwa Europy. W każdym razie gdy 16 grudnia 1954 r. na łamach ,,L’Equipe” ukazał się artykuł Hanota: ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”, kości zostały rzucone. Odmienił się los europejskiej piłki. Najpierw puchar krajowych mistrzów a potem rozgrywki zdobywców klubowych pucharów i turniej UEFA, wcześniej zwany Pucharem Miast Targowych, stały się najbardziej popularnymi imprezami na kontynencie i nawet mistrzostwa Europy nie zagroziły tej popularności. Rozgrywki klubowe odniosły niebywały sukces sportowy, propagandowy, finansowy. Powstaje pytanie jak to się stało że pojedynki klubów przyćmiły inne formy futbolowej rywalizacji. Inicjatorzy tych rozgrywek po prostu spostrzegli iż towarzyskie mecze międzypaństwowe, różne okazjonalne turnieje międzynarodowe i mecze pokazowe nie mobilizują już w dostatecznym stopniu ani zawodników, ani kibiców. Słabnie zainteresowanie pojedynkami ,,bez stawki” Co więcej, w połowie lat 50-tych Europa była głęboko podzielona w następstwie zimnej wojny. Kontakty sportowe między Zachodem a Wschodem istniały ale w szczątkowej formie. Należało wymyślić taką formę rozgrywek, która by wciągnęła wszystkie kraje do konkurencji. W efekcie miało to wpłynąć na wzmożone zainteresowanie krajowych federacji, zawodników i kibiców i szybko się okazało że wpłynęło. Pomysł chwycił. Rozgrywki pucharowe przede wszystkim podniosły rangę i znaczenie wielkich klubów. Otrzymały one szanse sprawdzenia się na międzynarodowym forum i skorzystały z tej szansy. Choć idea wyszła od Francuzów, pierwsi ,,odcieli od niej kupony” Hiszpanie. Właśnie w pierwszych edycjach PEMK madrycki Real zbudował swą potęgę. Dziś pod kątem tych rozgrywek komponuje się drużyny i kupuje głośnych graczy. Trzeba powiedzieć że system rywalizacji był też dobrze wykoncypowany. Kolejne rundy wzmagały emocje. Duża częstotliwość pojedynków sprawiła że zaczęto mówić o ,,pucharowej karuzeli” a częstotliwość to także liczba widzów na trybunach. W ciągu kilku lat zainteresowanie wzrosło niesamowicie. Miało to oczywiście swoje skutki. Puchary zaczęły ,,zabezpieczać” pieniądze. Kluby odnoszące sukcesy stawały się coraz bogatsze. Mistrzowie krajów stawali się futbolową ,,wizytówką narodową”. Hierarchie klubowe zaczęły więc ważyć na hierarchiach narodowych. Już nie tylko wyniki reprezentacji stawały się istotne, tym bardziej że sławne drużyny klubowe prezentowały coraz wyższy poziom gry. Dzięki zgraniu zawodników i dzięki temu że mogły korzystać z graczy z innych kontynentów. Ba! Doszło do tego iż reprezentacje krajowe zaczęto budować ,,na bazie” klubów, które odnosiły w pucharach sukcesy. Karykaturalną formę przybrało to w przypadku Dynama Kijów. Zwłaszcza ranga PEMK rosła z roku na rok i znamienny jest przykład z roku 1983, kiedy to w finale HSV Hamburg po golu Maghata wygrał z Juventusem a mecz potraktowano w Niemczech jako rewanż za porażkę z Włochami w hiszpańskim mundialu. To świadczy najlepiej o znaczeniu, jakie przypisuje się klubowej rywalizacji. Nie jest przesadne stwierdzenie że rozgrywki te otworzyły nowe perspektywy przed piłka europejską. Stworzyły nowe fundamenty jej siły. Futbol w kilka lat po wojnie zagrożony w swej popularności zdobył władzę nad milionami. Mecze klubowe powodowały wygaśnięcie normalnego życia, wyludnienie miast. Zrodziły rytuały regularnego tele-kibicowania. Rozgrywki te, mając swoje istotne znaczenie sportowe, wprowadziły więc do naszego życie także nowe obyczaje. Wpisały się w świadomość ,,piłkarskiej środy”, kiedy króluje futbol. Niebywałe ale tak się właśnie stało! Z perspektywy lat widać wyraźnie jak silne było dążenie do stworzenia nowych form rozgrywek, rozszerzenia rywalizacji poza krajowe mistrzostwa czy pucharowe turnieje, w których bierze udział ograniczona i często dość przypadkowa grupa konkurentów. 16 grudnia 1954 r. na łamach wpływowej paryskiej ,,L’Equipe” , gazety wówczas o największym znaczeniu w sportowym światku Starego Kontynentu, ukazał się artykuł, w którym redakcja wykorzystując martwy sezon pragnie wywołać atrakcyjną dyskusje. ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”- tyle w tytule a pod tekstem podpisany jest redaktor Jacques Ryswick.

Sam pomysł nie do końca był przemyślany bowiem zaproszenia do grona 16 uczestników miałyby być wyłącznie subiektywną oceną organizatorów. Nie mówi się nic o kryteriach wyboru uczestników, ani o obowiązkowym udziale mistrzów. Z punktu widzenia paryskiego komentatora, według bardzo subiektywnych kryteriów, ocenia się wartość europejskiego futbolu klubowego. Autor proponuje swoiste ,,klubowe mistrzostwa Europy” z udziałem kilkunastu zespołów a wśród nich: Stade Reims, Anderlech Bruksela, Grasshoppers Zurich, 1.FC Kaiserslautern, Real Madryt, Partizan Belgrad, Rapid Wiedeń, AC Milan, Volverhampton Wanderers, Honved Budapeszt oraz Dynamo Moskwa. To kryterium ,,mistrzostwa” wcale nie będzie zresztą długo najważniejsze, bodaj dopiero wiosną 1965 a więc w 10 lat po narodzinach idei, komitet organizacyjny wprowadzi obowiązek posiadania tytułu przez uczestników rywalizacji i to tytułu uzyskanego w ostatnich zakończonych rozgrywkach. Ten pomysł musiał narodzić się w czasie, gdy niemal w tym samym momencie nastąpiło działanie różnorodnych bodźców. Od politycznych uwarunkowań poczynając, bowiem okres ,,zimnej wojny” dzielącej Europe i świat ,,żelazną kurtyną”, męczył już nie tylko społeczeństwa ale i polityków, a z obu stron pojawiały się znaki otwarcia się na świat bez podziałów albo ukrycie ogromnych różnic politycznych pozornym współdziałaniem na niwie sportowej. W sporcie otwierała się epoka telewizji. Rodził się boom turystyczny. Europa a nawet świat bez granic, to hasło, które sięgało i do sportu. Specjalne pociągi piłkarskie, początkowo w jednym kraju, potem już międzynarodowe, przenosiły kibiców na atrakcyjne widowiska i zapewniały powrót. Było także wreszcie realizowane w praktyce organizowanie się Europy we własnej organizacji piłkarskiej, czemu długo przeciwstawiał się Jules Rimet, francuski prezydent FIFA ale też działacz czuły na swe wpływy i nie dopuszczający konkurencji na własnym europejskim podwórku. W tej sytuacji nie wystarczyły już krajowe rozgrywki, stadiony kurczyły się, ograniczając możliwości rozwoju, hamowały dopływ kapitału do przedsiębiorstw zwanych klubami piłkarskimi. Wiadomo że trzeba było grać częściej, coraz atrakcyjniejsze mecze aby przyciągnąć większą liczbę publiczności na trybuny. Zagraniczny rywal w grze o wszystko, czyli o awans do następnej rundy, miał być panaceum na spełnienie marzeń piłkarskiego swiata. W 1954 powstała UEFA, która zajęła się tworzeniem podstaw organizacyjnych i z wielkim trudem forsowała pomysł mistrzowskich rozgrywek dla reprezentacji narodowych. Tak się jednak dziwnie stało że pomysł ,,mistrzostw klubowych”, prywatna zrazu idea paryskiego dziennika, uzyskała zgode i oficjalny placet UEFA już na pierwszym kongresie w dniach 2 i 3 marca 1955 r. w Wiedniu. Myślę że działacze UEFA nie do końca zdawali sobie sprawę ze znaczenia klubowej rywalizacji o ,,mistrzostwo” kontynentalne a mając na głowie dziesiątki innych problemów, wśród których mecze narodowych drużyn ciągle miały jeszcze wyższą range, postawili na sprawę ich zdaniem łatwiejszą. Cztery miesiące po wiedeńskim kongresie wybrano komitet organizacyjny klubowych pucharów Europy(pucharów, ponieważ przeczuwano ze będzie ich więcej niż tylko turniej mistrzów). Piątka działaczy, mając pełnomocnictwa od Komitetu Wykonawczego UEFA, 18 lipca 1955 r. opracowała zasady rywalizacji i rozpoczęła praktyczną działalność. Siedem tygodni później rozegrano pierwszy mecz. Postanowiono zaprosić 16 zespołów a wśród nich londyńską Chelsea. Niestety władze angielskiej ligi nie wyraziły na to zgody i stąd w gronie premierowej edycji uczestników znalazła się polska drużyna. Zaproszono imiennie warszawską Gwardie choć ta nigdy nie była posiadaczem mistrzowskiego tytułu! Wyznaczono regulamin, który nie narzucał konkretnych terminów spotkań ale czas wyłonienia awansującej z każdej pary drużyny. Dopiero w 1966 r. ustalono sztywne ,,pucharowe” terminy dla wszystkich ekip. Znakomicie uprościło to rywalizacje a likwidacja tak zwanych ,,dodatkowych” trzecich spotkań(przy równym bilansie dwóch pierwszych) uczyniła rywalizację w każdej parze i w każdym meczu istną grą o wszystko. Potrzeba było jednak lat doświadczeń aby drobne na pozór innowacje(jak ,,podwójne” gole na wyjeździe czy konkurs rzutów karnych) uprościły system rozgrywek. Na początku sporom o terminy nie było końca a zmagania poprzez skomplikowany, rozciągnięty w czasie przebieg, nieco tonowały emocje. Jednak nie narzekajmy, pucharowe szaleństwo opanowało kibiców w całej Europie z siłą, jakiej Monsieur Hanot doprawdy nie mógł się spodziewać!

Pierwszy mecz PEMK rozegrano 4 września 1955 r. w Lizbonie, na Estadio Nacional. Miejscowy Sporting Clube de Portugal podejmował FK Partizan Belgrad, remisując 3:3 wobec około 30 tysięcy widzów. Sędziował Francuz Edouard Harzic a kapitańskie powitanie było dziełem Manuela Passosa i Stjepana Bobka. Pierwszy historyczny gol był dziełem João Martinsa w 14 minucie. Z kolei pierwszy mecz(trzy dni później) wygrał MTK Budapeszt pokonując na własnym stadionie Anderlecht Bruksela aż 6:3 a jednocześnie w tym meczu zanotowano premierowy hattrick, którego autorem był Węgierski napastnik Peter Palotas. Po tym pierwszym spotkaniu następne potoczyły się jak lawina, przekraczając w 35 edycji w sezonie 1989/90 liczbę 2 tysięcy. Kto nie docenia znaczenia tych gier dla rozwoju futbolu, dla wzrostu popularności tego sportu, nie zrozumie nic. Niemal wszystko co dobre ale i złe, wiązało się z klubową rywalizacją pucharową. To ona obok ligi i krajowych rozgrywek, stanowi o sile tego sportu. Dodajmy że na tyle atrakcyjną aby z czasem rozszerzyć się na turniej krajowych zdobywców pucharów oraz rywalizację zespołów miast targowych, przekształconych w rozgrywki o UEFA Cup. Wróćmy teraz do polskiego debiutanta w PEMK. Jak już wspomniałem przeciwnikiem warszawskiej Gwardii miał być mistrz Anglii Chelsea, która to zrezygnowała jednak ze startu, podając za przyczynę brak wolnych terminów. Tak naprawdę wyspiarze bali się kolejnej kompromitacji na arenie międzynarodowej a wycofanie wymogły władze angielskiej ligi. Tym samym pozostało wolne miejsce a Szwedzki Djurgardens Sztokholm musiał poczekać na nowego rywala. Władze UEFA proponowały Szwedom przeciwnika z Bułgarii, Rumunii bądź… Polski i właśnie ten ostatni kraj Skandynawowie wybrali. Dużo niejasności było także z nominacją naszego przedstawiciela. W Polsce grano wtedy systemem wiosna-jesień i mistrza za rok 1955 mieliśmy poznać dopiero w listopadzie. Logiczne zatem wypadało zgłosić do pierwszej rundy mistrza z poprzedniego roku – Polonię Bytom. Ta jednak spisywała się słabo w obecnym sezonie, więc aparatczykowiec z sekcji piłki nożnej Głównego Komitetu Kultury Fizycznej(ówczesny PZPN) postanowił zgłosić prowadzącą w tabeli ekstraklasy Gwardie Warszawa. Wówczas był to milicyjny klub, zatem stało za nim poparcie ważnego resortu. O milicyjnych wpływach przekonaliśmy się już podczas pierwszego meczu Gwardii, gdy do Sztokholmu zabrano Mariana Norkowskiego, słynącego z mocnego strzału napastnika… Polonii Bydgoszcz(kolejny klub z pionu gwardyjskiego). Dziś taki szwindel nie mógłby przejść ale Szwedzi zorientowali się dopiero po pierwszym meczu i oczywiście zaprotestowali a Norkowskiemu pozostał w biografii mecz w europejskich pucharach. W Sztokholmie wszystko było dla nas pierwsze. Premierowe spotkanie w pucharach, w dodatku w świetle jupiterów, pierwszy obroniony rzut karny(Stefaniszyn wspaniałą paradą wybił piłke zmierzającą w prawy dolny róg bramki). Co ciekawe, pechowy strzelec Parling, podbiegł do polskiego golkipera i pogratulował mu pięknej interwencji. Ostatecznie mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Trenerem Gwardii był wtedy Edward Brzozowski ale z racji swoich przekonań, nie był on lubiany przez władzę ludową, która… nie pozwoliła mu wyjechać z drużyną na mecz do Szwecji. Dlatego opiekę nad zespołem na to jedno spotkanie przejął Tadeusz Foryś. W rewanżu na ławce zasiadł już Brzozowski ale swojego debiutu w europejskich pucharach nie zaliczył do udanych. Na stadionie Wojska Polskiego 25 tysięcy widzów oglądało popisowy występ Szwedów, którzy już do przerwy strzelili ,,warszawskim harpaganom” cztery gole. Trzy z nich Erikson- pierwszy piłkarz, który zaaplikował polskiemu klubowi hattricka. Wynik(4:1 dla gości) ustalono już w pierwszych 29 minutach. Odnotujmy historycznego zdobywcę gola dla naszej drużyny Krzysztofa Baszkiewicza. Popularny ,,Baśka” miał smykałkę do tego rodzaju trafień bo był też autorem premierowej bramki Gwardii w Ekstraklasie. Dziś to zapomniana postać a szkoda, gdyż Baszkiewicz słynął z niekonwencjonalnych strzałów, zaś jego specjalnością były gole zdobywane bezpośrednio z rzutu rożnego, jak choćby dwie strzelone bydgoskiej Polonii w kwietniu 1956 r. Wprawdzie żadnemu polskiemu klubowi nie udało się tryumfować w jakimkolwiek europejskim pucharze, jednak batalie Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, Widzewa Łódź a zwłaszcza Górnika Zabrze, który jako jedyny polski zespół zagrał w finale europejskiego pucharu, będą zawsze z dumą wspominane przez polskich kibiców i przez całe środowisko polskiego futbolu.

7

Narodziny najważniejszego pucharu w dziejach futbolu oraz jego premierowy mecz:

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

11

Kalendarium FC Barcelony:

Dokładnie 40 lat temu Stowarzyszenie Futbolistów Hiszpańskich zbojkotowało rozgrywki Primera Division. Domagało się ono większych praw do podejmowania decyzji dotyczących kształtu ligi hiszpańskiej. Wobec braku porozumienia w kolejny weekend ligowy kluby w większości postanawiają wystawić zespoły amatorskie bądź juniorskie. Barça uważała iż obcokrajowcy tacy jak Schuster czy Archibald powinni zagrać z uwagi na to iż nie należą do żadnej ze stron konfliktu. Trener Venables zdecydował jednak że nie wystawi ich aby nie zaognić sytuacji. W efekcie juniorska drużyna FC Barcelony pokonała Real Saragosse 4:0. Z zawodników, którzy występowali w tym meczu największą karierę zrobił Luis Milla, gracz ,,Dream Teamu” Cruijffa i Realu Madryt. Dla większości graczy był to jednak jedyny mecz w pierwszej drużynie Blaugrany.



@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Pierwszy gol o punkty ,,El Pelusy”:

4 września 1982 r. Diego Armando Maradona strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w barwach Blaugrany. Ma to miejsce na Estadio Luis Casanova w przegranym meczu z Valencią 2:1. Pierwszego gola w tym meczu w 20 minucie strzelił właśnie Maradona.


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Lucho_Juchacho
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11

9

Czerwony od kartek:

Włoska Serie A zna mnóstwo piłkarzy, którzy w swojej karierze słynęli z ostrej gry i sporej liczby zdobywanych kartek. Nikt jednak w tej kwestii nie może równać się z pewnym Urugwajczykiem, który dyrygował obroną Juventusu za czasów Marcello Lippiego. Mowa o Paolo Montero, czyli rekordziście ligi włoskiej pod względem zdobywanych czerwonych kartek. Urodzony w 3 września 1971 r. w Montevideo Paolo Montero od początku pałał miłością do futbolu. Trudno o to nie było, ponieważ pochodził z piłkarskiej rodziny. Jego ojciec, Julio, tak jak później Paolo, był reprezentantem Urugwaju. Nawet miał okazję wystąpić w dwóch turniejach o mistrzostwo świata. Pierwszy miał miejsce w 1970 roku, czyli rok przed urodzeniem późniejszego obrońcy Juventusu. „La Celeste” zajęli wtedy czwarte miejsce, a grający na pozycji defensywnego pomocnika lub obrońcy Montero, zagrał we wszystkich sześciu meczach. Drugi turniej Julio nie był tak udany, ponieważ jego drużyna odpadła już w pierwszej rundzie. Było jasne, że młodszy z Monterów ma w domu wybitny wzór do naśladowania. 41 występów w narodowych barwach czy gra w hiszpańskich klubach. Sam jednak podkreślał, że jego największym idolem był Hugo de Leon, który z kolei dowodził obroną Urugwaju w 1990 roku. Nie było wątpliwości, że bohater tego tekstu będzie grał w piłkę. Mając 19 lat, trafił do pierwszej drużyny stołecznego Peñarolu Montevideo. Tam krok po kroku rozwijał się jako środkowy obrońca, co w 2 lata dało mu łącznie 34 występy w seniorskim zespole. Wydawać by się mogło, że to bardzo mało, lecz Paolo pokazał, że jest gotowy do wyjazdu z kraju. Tak oto mający 179 cm wzrostu Montero opuścił ukochany Urugwaj i trafił do Włoch, gdzie zatrudniła go w 1992 roku Atalanta. W Bergamo z miejsca stał się kluczową postacią formacji defensywnej, którą dowodził jak stary kapitan. Miał on wówczas 21 lat, co pokazało dobitnie, z jakim charakterem mieli Włosi wówczas do czynienia. W pierwszym sezonie Paolo był w stanie zdobyć nawet 2 gole w 27 meczach, by w kolejnym rozegrać o trzy spotkania więcej. Niestety nawet jego postawa nie była w stanie uratować Atalanty, która spadła wtedy do Serie B. Kolejne lata Paolo to udana kampania powrotna do Serie A, w której po raz kolejny udowodnił swoją wartość, a w następnym sezonie męcząc się z kontuzjami, nie był w stanie dać zbyt wiele zespołowi. Najbardziej Montero dał się jednak poznać kibicom z czasów swojej gry w Juventusie. Trafiając tam w 1996 roku miał już status gwiazdy ligi, która ma za zadanie pomóc Juventusowi zyskać status wielkich w Serie A. Ekipa, którą tworzył wówczas Lippi i Moggi, z każdym kolejnym rokiem była coraz mocniejsza, a przyjście Paolo tylko utwierdzało widzów Serie A w tym, że Juventus będzie niezwykle trudny do pokonania. Co prawda w kraju nie było im wówczas łatwo, ponieważ za rywali mieli silne drużyny pokroju Interu, Lazio i Romy. Ambicje w Turynie były jednak olbrzymie. Potwierdzały się one w rozgrywkach europejskich. Trzy finały Ligi Mistrzów z rzędu, w tym jeden zwycięski nad Ajaxem. Mocno w tych sukcesach pomagał oczywiście Montero, ponieważ już w pierwszym roku w Turynie on i zespół wygrali Puchar Europy. Warto nadmienić, że Montero wszystkie puchary, które zdobył w karierze, zawdzięcza właśnie Juventusowi, ponieważ nigdy wcześniej, ani później nie zdobył żadnego trofeum. Juventus z nim stał się potęgą, która wzbudzała przerażenie w oczach przeciwników, ale również i Paolo sam wywoływał strach u napastników – i to nie tylko rywala. Właśnie w Juventusie potrafił podczas gierki treningowej, będąc ośmieszony przez rodaka, Daniela Fonsecę, potraktować go brutalnym wślizgiem, po którym aż musieli oni być rozdzielani przez resztę zespołu. Zresztą nie tylko takimi wybrykami popisywał się Montero. Adam Digby, autor książki „Juventus. Historia w biało – czarnych barwach” przytacza historię, w której Paolo w starciu ze znienawidzonym Interem potrafił uderzyć pięścią Luigiego Di Biagio, po czym został zawieszony. Nawet „Il Capitano” Francesco Totti nie był w stanie uciec od brutalności Montero. Od początku zyskał miano brutala, ale on się tym nie przejmował, ponieważ pokazywał jedynie swoją boiskową odwagę. Swój styl gry przekuł na 16 czerwonych i 27 żółtych kartek.

Paolo Montero po tym, jak spędził 9 lat pełnych sukcesów w Juventusie, postanowił najpierw wrócić bliżej swoich rodzinnych stron. W 2005 roku trafił do argentyńskiego klubu San Lorenzo de Almagro, w którym spędził jeden sezon, by następnie wrócić do ukochanego Peñarolu. Przywitany z wielkim entuzjazmem w swoim mieście postanowił pomóc swojemu ukochanemu klubowi w walce o mistrzostwo kraju, jednak ta sztuka nie udała się mu. Po tym powrocie do Penarolu zakończył karierę, by rozpocząć przygodę jako trener. W tej roli jednak nie szło mu już tak dobrze, jak w karierze piłkarskiej. Zaczął od prowadzenia młodzieżowych zespołów Peñarolu, by w każdym kolejnym zespole być szkoleniowcem przez rok. Były to: Boca Unidos, Colon de Santa Fe, Rosario Central, Sambenedettese, San Lorenzo. Obecnie jest trenerem w młodzieżowym zespole Juventusu, Juventusu Next Gen oraz drugiej drużyny Juventusu.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

12

Zwycięstwo dało awans na mundial:

3 września 2005 r. na Stadionie Śląskim reprezentacja Polski pokonała w el. MŚ 2006, Austrie 3:2, po golach Eusebiusza Smolarka, Kamila Kosowskiego i Macieja Żurawskiego. Ten mecz miał praktycznie przypieczętować wyjazd polskich piłkarzy na niemiecki mundial. Austriacy musieli wygrać, żeby zachować szanse na drugie miejsce w grupie. Po jednostronnej pierwszej połowie nikt nie przypuszczał, że w końcówce emocje sięgną zenitu: poprzeczka, słupek i walka do ostatnich sekund. Mecz ostatecznie zakończył się triumfem biało-czerwonych, którzy wyjątkowo zagrali w nim w biało-czarnych barwach.



@tristan87
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

0

@Lucho_Juchacho No już nie raz pisałem i z pewnością nie ostatni. Widze jednak że jesteś nowym użytkownikiem, więc z wielką przyjemnością wrzuce ci ten oto artykuł:
,,Boski” Diego w Barcelonie i transfer do Napoli:

FC Barcelona nie kupowała Maradony tylko ze względów sportowych. Prezydent Josep Lluis Nuñez uważał iż dzięki nowym możliwościom, które pojawiły się po śmierci Franco zespół z Katalonii może stać się globalną marką. Maradona znany już na całym świecie idealnie wpisywał się w tę strategie, co oznaczało skądinąd udział w jeszcze większej liczbie wyczerpujących meczów towarzyskich. Sam piłkarz nie krył ogromnych ambicji. Po przylocie do Katalonii był, wedle relacji skrzydłowego Lobo Carrasco, ,,niewinny i głodny… chciał pożerać cały świat, co mnie trochę przerażało”. Na początku była więc seria świetnych występów, szczególnie w trakcie wyjazdowej wygranej 4:2 z Crveną Zvezdą, kiedy to belgradzka widownia zgotowała mu aplauz gdy opuszczał boisko ale już w jej trakcie zaczęło dochodzić do pierwszych spięć. Maradona zatrudnił jako osobistego trenera, mieszkającego w Barcelonie Argentyńczyka Fernando Signoriniego, co rzecz jasna nie spodobało się sztabowi medycznemu jego nowego klubu. Niepokojono się także liczbą członków rodziny i przyjaciół, którzy zasiedlili przygotowany dla niego dom, tak zwanym klanem Maradony. Mówiono o niekończących się imprezach, o braniu narkotyków, o awanturach w nocnych klubach, atmosferze braku dyscypliny i rozluźnienia obyczajów. Dziesięć lat później Maradona przyznał że to podczas pobytu w Barcelonie po raz pierwszy sięgnął po kokainę. ,,Kiedy w to wchodzisz – tłumaczył – w gruncie rzeczy chciałbyś powiedzieć ,,nie”, ale potem słyszysz swój głos mówiący ,,tak”. Wydaje ci się iż będzie potrafił to kontrolować że wszystko będzie OK… a potem sprawy się komplikują”. Był wówczas twarzą kampanii antynarkotykowej. Na boisku sprawy też nie układały się najlepiej. Wedle jego własnych słów miał kłopoty z dostosowaniem się do ,,furii” hiszpańskiej piłki. Inni zawodnicy byli dużo lepiej przygotowani fizycznie a on wciąż nie potrafił podporządkować się zaleceniom trenera Udo Lattka, podczas treningów każącego im biegać z piłkami medycznymi, jak mówił, im ważniejszy mecz, tym cięższa piłka. W ciągu pierwszych 6 miesięcy w Barcelonie zdobył tylko 6 goli, w grudniu zaś zachorował na żółtaczke. Pierwsze Boże Narodzenie z dala od ojczyzny przeżył bardzo boleśnie. ,,Boję się samotności jak cholera”- powiedział ,,Marce”. Jego stosunki z Nuñezem pozostawały napięte po tym, jak prezydent skrytykował go za zaproszenie kolegów z drużyny do paryskiej knajpy po wygranym meczu towarzyskim z PSG ale klub zrobił wiele by zadowolić swoją supergwiazdę. Był to jeden z oczywistych powodów zastąpienia Lattka Menottim. Nowy szkoleniowiec zaś niemal od razu zdecydował o przeniesieniu godziny treningów z przedpołudniowej na piętnastą, dużo bardziej odpowiadającą argentyńskiemu stylowi życia. Nie był to jednak udany sezon. FC Barcelona zajęła 4 miejsce w lidze z 15 punktami straty do mistrzowskiego Athletic Bilbao, przegrała z Aston Villą w Superpucharze Europy i odpadła z Pucharu Zdobywców Pucharów po meczu z nienajsilniejszą przecież Austrią Wiedeń. Nastroje mogły poprawić nieco występy w Copa del Rey, gdzie Barça doszła do finału, choć tuż przed nim doszło do kolejnej kontrowersji z udziałem Maradony. Argentyńczyk wraz z Schusterem zostali zaproszeni do występu w meczu pożegnalnym legendarnego Paula Breitnera. Problem w tym że ów mecz miał się odbyć na 4 dni przed finałem Pucharu Króla i choć Breitner wysyłał po Maradone prywatny samolot, Nuñez zabronił mu podróży do Monachium. Argentyńczyk nie miał zamiaru posłuchać ale klub odmówił wydania mu paszportu przechowywanego wraz z dokumentami reszty zespołu. Maradona uznał to za niedopuszczalne ograniczenie wolności i nie tylko skomentował to nie przebierając w słowach ale rozwścieczony rozwalił kilka pucharów w klubowym gabinecie z trofeami. Dzień później grupa kibiców zaatakowała go po zakończeniu treningu. Niezależnie od tego zamieszania Barça pokonała jednak Real Madryt w finale 2:1 a Maradona wypracował gola strzelonego przez Victora.

Zwycięstwo nie poprawiło mu jednak humoru. Krytykował sędziów za to że nie chronią utalentowanych piłkarzy przed atakami rywali i narzekał iż kiepska realizacja transmisji telewizyjnych umożliwia faulowanie poza kamerami. Jego krytycy, których w Hiszpanii nie brakowało mówili że symulował i rozdmuchiwał rzekome faule. W tym samym czasie Menotti wdał się w publiczną polemikę z trenerem Athletic Bilbao, Javierem Clemente. W czwartej kolejce kiedy Barça spotykała się z drużyną z Bilbao, atmosfera była wyjątkowo napięta. Rankiem w dniu meczu Maradona odwiedził w miejscowym szpitalu chłopca potrąconego przez samochód. Kiedy wychodził, młody pacjent powiedział: ,,Diego, bądź ostrożny, będą na ciebie polować”. Jak zawsze przesądny, Argentyńczyk uznał to za przepowiednie. Mecz początkowo przebiegał po myśli Blaugrany. Katalończycy prowadzili 3:0. Później doszło jednak do nieprzyjemnego incydentu, którego konsekwencje okazały się dramatyczne. Schuster szukający rewanżu za faul i kontuzje jeszcze z ubiegłego sezonu sfaulował Andoniego Goikoetxee, po czym zachwycony tłum zaczął skandować nazwisko Niemca. Maradona widząc narastającą furie obrońcy Athleticu, powiedział mu żeby się uspokoił ale kilka minut później Goikoetxea wszedł ostrym wślizgiem w jego noge łamiąc mu lewą kostke. ,,Zabrania się być artystą”- napisano na pierwszej stronie dziennika ,,Marca”. Początkowo zapowiadało się że dla Maradony oznacza to koniec sezonu ale(ciężko pracując z Olivą) zdołał wrócić do gry już po 3 miesiącach, w swoim stylu uświetniając pierwszy występ dwoma golami w wygranym 3:2 meczu z FC Sevillą. Trzy kolejki później Barça znów spotkała się z Athletikiem. ,,Bronca” odezwała się po raz kolejny, gdyż Maradona zdobył obydwa gole a Katalończycy wygrali 2:1. Na wygranie ligi nie wystarczyło czasu. FC Barcelona zakończyła rozgrywki na 3 miejscu. Aby móc wystąpić w marcowym ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem United, Maradona dostał zastrzyk przeciwbólowy ale grał słabo i musiał zejść z boiska na 20 minut przed końcem. Wybuczany przez widownie siedział w szatni i płakał. Zmiana scenerii nie przyniosła zmiany oczekiwań publiczności. Jego stosunki z Nuñezem pogorszyły się po raz kolejny, kiedy piłkarz udzielił wywiadu Jose Marii Garcii, dziennikarzowi krytycznemu wobec prezydenta klubu. Nuñez zareagował sugestią że żółtaczka Maradony to efekt wystawnego trybu życia. Czując że ma coraz więcej fanów przeciwko sobie, Argentyńczyk uznał iż musi odejść a Cyterszpiler aż zacierał ręce na myśl że będzie mógł się tym zająć. Poza wszystkim Maradona potrzebował pieniędzy. Przed końcem pobytu piłkarza w Barcelonie First Champion Productions(tak teraz nazywała się firma Maradona Productions) przynosiła straty. Kontuzje i niepowodzenia w walce o tytuły obniżyły wartość marketingową zawodnika, reklamę McDonalda trzeba było kręcić od pasa w góre, tak żeby nie widać było gipsu, przepadł milion dolarów zainwestowany w film biograficzny a styl życia Maradony do tanich nie należał. Bez przerwy kupował nowe samochody, nie tylko dla siebie ale także dla pozostałych członków ,,klanu”. Kiedy Nuñez odmówił pokrycia czeku wystawionego przez Olive a Cyterszpiler(prowokując prezydenta klubu) zaczął mówić o odejściu, doszło do kolejnego zaognienia konfliktu. Czara goryczy przelała się jednak w następnym finale Copa del Rey, gdzie rywalem Barçy znów był Athletic. W tygodniu poprzedzającym mecz Maradona i Clemente ścierali się na łamach prasy a napięta atmosfera zamieniła się we wrogą, gdy kibice Athleticu zaczeli buczeć podczas przedmeczowej minuty ciszy ogłoszonej w związku ze śmiercią 2 fanów Blaugrany, którzy zgineli w wypadku samochodowym. Athletic wygrał 1:0 a po ostatnim gwizdku Maradona do reszty stracił panowanie nad sobą. Jak później stwierdził, czuł się sprowokowany przez baskijskiego obrońcę Jose Nuñeza, z którym wcześniej starł się twarzą w twarz, a który teraz pokazał mu znak wiktorii ale trudno to potraktować jako usprawiedliwienie brutalnego ataku na Miguela Angela Sole. Rezerwowy Athleticu wybiegł właśnie na boisko by cieszyć się z wygranej, kiedy Maradona rzucił się na niego kopiąc go w twarz i obalając na ziemie. Wywołało to regularną bójke nie tylko z udziałem kopiących się nawzajem piłkarzy obu drużyn ale także rezerwowych, policjantów, dziennikarzy i kibiców, którzy wdarli się na boisko. Argentyńczyk był jednym z 6 graczy zdyskwalifikowanych później na 3 miesiące(ukarano po 3 z każdej drużyny). ,,Po meczu rzuciłem się na nich ponieważ przez cały czas bili nas i zaczepiali aż w końcu jeden z nich pokazał mi 2 palce i gówno wpadło w wentylator… Napieprzaliśmy się wszyscy na środku boiska… Bogu dzięki że Migueli i reszta chłopaków stanęli w mojej obronie, gdyż inaczej chyba by mnie zabili”- tłumaczył Maradona w autobiografii.

Po rezygnacji Menottiego nowym trenerem FC Barcelony został Terry Venables a Maradone sprzedano za 13 milionów dolarów do Napoli, dzięki czemu stał się pierwszym piłkarzem w historii, który dwukrotnie zmienił klub bijąc transferowy rekord świata. Presja pod jaką miał się znaleźć w Neapolu nie była jednak mniejsza niż w Argentynie czy Katalonii. Jeśliby je porównać była wręcz większa. Lądując we Włoszech w lipcu 1984 r. najpierw udał się na Capri, później podróżował bocznymi drogami żeby uniknąć tłumów, w końcu zaś przyleciał na stadion San Paulo helikopterem, prawdziwy mesjasz zstępujący z nieba, którego nadejście entuzjastycznie przyjmowały tysiące wiernych a ponieważ FC Barcelona zażądała 600 tysięcy dolarów zadatku, ponoć złożyły się na niego tysiące Neapolitańczyków przekazując drobne sumy do miejscowego towarzystwa budowlanego. To ostatnie można zresztą potraktować jako ilustracje tego, jak bardzo zależało mieszkańcom miasta na ściągnięciu Maradony do klubu albo tego, w jakim stopniu klub i miasto znajdowały się w kleszczach camorry. Trudno tu o twarde dowody ale biograf Maradony Jimmy Burns należy do grupy wielu autorów kwestionujących dobrowolność tamtej zbiórki. Cyterszpiler szybko się przekonał ze panujące w Neapolu reguły kompletnie różnią się od tych, które dotąd poznał. Na ulicach sprzedawano mnóstwo produktów z wizerunkiem jego podopiecznego, od kaset po papierosy. Kiedy próbował nad tym zapanować tłumacząc że wszystko co nosi twarz Maradony powinno uzyskać licencje, został ostrzeżony przez camorrę, handlarze pracują pod opieką mafii i płacą jej prowizje. W końcu strony doszły do porozumienia. W końcu strony doszły do porozumienia. First Champion Productions zachowało prawa do reklam i marketingu ale na rynku lokalnym rządziła camorra…

11

,,Złote” igrzyska:

3 września 1972 r. w Ratyzbonie Polska remisuje z Danią 1:1. Na igrzyskach olimpijskich w Monachium Dania była naszym rywalem w drugiej rundzie. To było nasze czwarte spotkanie na turnieju. Zremisowaliśmy 1:1 po dość ciężkim boju. To wtedy zaczęło się mówić o syndromie czwartego meczu, który miał być najsłabszym na długich turniejach. Do starcia z Duńczykami przystępowaliśmy tylko dwa dni po równie trudnym i wyczerpującym pojedynku z NRD. Być może to było przyczyną naszej słabszej postawy. Dania jednak wcale jednak nie była taka słaba, a do tego pierwsze kroki w kadrze stawiał Allan Simonsen, który wkrótce miał stać się gwiazdą europejskiego formatu. Lubański po meczu skarżył się, że nogi miał ciężkie jakby przyczepiono do nich ciężary. Wtórowali mu inni zawodnicy. Postanowiono nasilić zabiegi odnowy biologicznej i zmienić nieco treningi. Pomogło. Remis ten znacząco skomplikował naszą sytuację w grupie. Żeby myśleć o złocie i grze w finale musieliśmy pokonać ZSRR, co ostatecznie się udało, ale o tym innym razem.



@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@tristan87

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?