La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1290 Culés

8

Jak brzydkie kaczątko stało się prześlicznym łabędziem:

@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

7

@FCBparasiempre
Pewnej niedzieli w marcu 1952 roku pochodzący z Rio prawy obrońca Botafogo Araty Pedro Vianna, został zaproszony do Pau Grande przez swego znajomego Paula Olegario, kierownika banku Boavista w Bonsucesso. Mieli pojechać pociągiem do Reis da Serda, skąd miał zabrać ich do Pau Grande fabryczny autobus. Atrakcjami wycieczki miały być ,,feijoada” a po niej mecz towarzyski pomiędzy drużyną lokalnej fabryki i związkiem pracowników bankowych z Cavalcante, z zespołem uważanym za jeden z silniejszych pośród amatorskich drużyn północnego Rio. Araty zawahał się. Nie była to najbardziej ekscytująca impreza, na jaką go zaproszono ale Botafogo, którego był jednym z podstawowych zawodników nie grało akurat w tamten weekend i Araty nie miał nic lepszego do roboty. Wobec tego pojechał do Pau Grande, zjadł ,,feijoade” i być może po to by ją lepiej strawić, zgodził się być sędzią meczu. W drużynie gospodarzy był zawodnik, który wyprawiał cuda. Miał na koszulce numer 7 i nazywał się Garrincha. Miał krzywe nogi ale po pół godzinie gry niewiarygodnymi dryblingami ośmieszył już wszystkich bankowców z Cavalcante. Jakby tego było mało, strzelił trzy gole, do których wkrótce dołożył jeszcze czwartego i piątego. Araty nie wiedział czy sędziować mecz, czy biec do linii i krzyczeć do stojących tam kibiców: ,, ten gość jest 100 razy lepszy niż wszyscy skrzydłowi Botafogo!". Kiedy mecz dobiegł końca a raty dopadł Garrincha przy chorągiewce w narożniku boiska: ,, Słuchaj, twoje miejsce jest w Rio i w Botafogo nie ma tam lepszego od ciebie". Dał Garrinchy wizytówkę, na której widniało: ,,Araty Vianna- klub piłkarski i regatowy Botafogo” i powiedział mu żeby poszukał go na stadionie Botafogo przy ulicy generała seweriana. Garrincha podziękował. Obiecał że przyjedzie, schował wizytówkę i nie pojechał. Ani następnego dnia, ani w następnych miesiącach. Pojawił się w Botafogo dopiero rok i 3 miesiące później. Araty, który w 1952 roku miał 30 lat był twardym zawodnikiem. Pośród jego dzieł zebranych znajdują się druzgocące kości wejścia w Jaira Pinto, w latach 40-tych, kiedy obaj występowali w barwach Mandurairy opowiadają że ponoć w czasie jednego z treningów rezerwowy Araty krył Jaira tak brutalnie że ten w obawie o swoje kryształowe piszczele wziął piłkę i wręczył mu ją mówiąc: ,, masz. Jest twoja. Możesz ją sobie zabrać do domu". Wiele lat później, już w Botafogo, a raty miał reputację tak brutalnego gracza że kiedy znoszono z boiska jednego z zawodników, który miał nieszczęście skrzyżować z nim nogi, dziennikarz Stanisław Ponte Preta (Sergio Porto) mawiał że nieszczęśnik padł ofiarą ,, Aratybójstwa". Przy całym tym życiorysie to właśnie Araty’emu football zawdzięcza odkrycie Garrinchy, mimo że nie był jedyną osobą odpowiedzialną za to że pojechał do Botafogo mecz, w którym a raty widział ręczę miał miejsce w połowie marca 1952 roku tydzień później sam a raty został powołany przez trenera Zezego Moreirę do kadry, która wygrała turniej pan amerykański w Chile. Rozgrywano go w kwietniu i a raty zagrał nawet w pierwszym meczu przeciwko Meksykowi. Na jego miejsce wszedł Djalma Santos i Araty usiadł na ławce. Innymi słowy nawet gdyby Garrincha chciał odszukać go przy ulicy Seweriana w tygodniach zaraz po meczu, Araty’ego i tak nie było w Rio. Ale zarówno przed, jak i po tym turnieju Araty opowiadał o Garrinchy tylu ludziom w Botafogo i gdzie tylko się dało z takim entuzjazmem że ktoś musiał na to zwrócić uwagę. Problem polegał na tym że jego peany na temat Garrinchy sprawiały wrażenie majaków. Według niego na Prowincji Rio był prawo skrzydłowy o krzywych nogach, który kiwał jak diabeł wcielony i był niedopilnowanie. To by w coś takiego uwierzył? To było tak, jakby ktoś polecał Botafogo ,,Curupire" albo inną mitologiczną postać i skoro gość był aż tak dobry, to czemu nikt o nim wcześniej nie słyszał(?) i co to za historia z tymi krzywymi nogami? Trenerzy i działacze traktowali takie dziwaczne opowieści z dystansem. Raz na jakiś czas pojawiali się gracze, którzy więcej mieli wspólnego z cyrkiem niż futbolem i nie należało ich traktować serio. Lecz pewna osoba uwierzyła a raty emu i postanowiła to sprawdzić. Był to jeden ze zrzeszonych członków Botafogo Eurico Salgado, który traktował klub z pasją i dyskrecją. Salgado był pracownikiem brazylijskiej sekcji lloyda ale o wiele bardziej niż daleko morski handel interesował go futbol. Przy najbliższej okazji, która nadarzyła się kilka miesięcy później, wybrał się Incognito do Pau Grande zobaczyć Garrinche.

Pod koniec 1952 roku Pau Grande rozegrało dwa mecze towarzyskie na własnym boisku z Ana Nery, trzykrotnym mistrzem Departamento Autonomo, jednej z amatorskich lig Rio wygrali oba mecze 5:0 i w obu Garrincha, który nie wiedział nawet że ktoś go obserwuje, wywarł ogromne wrażenie na Eurico. Ana Nery, nieprzyzwyczajony do porażek zażądał jeszcze jednego rewanżu, tyle że tym razem w Rio. Trzecie spotkanie odbyło się 7 lipca 1953 roku na boisku Sampaio, w dzielnicy Riahuelo i Eurico Salgado znów zasiadł na trybunach. Pau Grande objęło w pierwszej połowie prowadzenie 3:0, po kolejnym popisie Garrinchy ale w drugiej po bójce, Ana Nery odwrócił niekorzystny rezultat na 5:3. Kiedy mecz się zakończył, Salgado poszedł porozmawiać z Garrinchą przy bocznej linii. ,, Pojedziesz ze mną do Botafogo". Garrincha, który nigdy przedtem nie widział tego mężczyzny na oczy wysłuchał go grzecznie ale dał mu wymijającą odpowiedź. Powiedział że próbował już w innych klubach z Rio i że nie ma ochoty się w to dalej bawić. Tracił dniówkę w pracy, nie pozwalano mu grać i jeszcze wyzywano go od kaleki. ,, Tym razem będzie inaczej. Jak ja kogoś zabieram to ta osoba zostaje w klubie"- zapewnił go Salgado. Franklin Leocornyl ponownie wybrany na prezesa SC Pau Grande i Carlos Duarte Pinto- trener drużyny byli świadkami tej rozmowy. Salgado dał swą wizytówke Leocornylowi, wcisną do ręki Garrinchy banknot o nominale 100 cruzeiro, z podobizną cesarza Piotra II i powiedział że będzie na niego czekał za 2 dni, we wtorek o 12:00, na stacji Leopoldina, żeby zabrać go ze sobą do Botafogo. Leocornyl zagwarantował Garrinchy specjalne zwolnienie z pracy a Duarte Pinto obiecał Salgado że wsadzi piłkarza do pociągu. We wtorek Eurico Salgado wyszedł po Garrinche na stację Leopoldina i zawiózł go taksówką na stadion Botafogo. Tam przedstawił go newtonowi Cardoso który był trenerem Juniorów i zarazem synem trenera pierwszej drużyny Gentila Cardoza. Powiedział że Garrincha to ,, ten As Araty'ego" i poprosił Newtona żeby pozwolił mu zagrać z jego chłopakami. Ten został już najwyraźniej uprzedzony, gdyż nie wyraził sprzeciwu. Garrincha zapytał go o Araty'ego i dowiedział się że pierwsza drużyna miała treningi rano i pojechała już do domu ale miał być jeszcze trening juniorów i jeżeli Garrincha chciał zagrać to mógł pójść do szatni się przebrać. Garrincha został wystawiony na prawym skrzydle w zespole rezerw i do rozpoczęcia treningu nikt z Juniorów nie zwracał na niego uwagi. Nie zauważyli nawet że ma krzywe nogi. Musiał się sporo naczekać żeby mu ktoś podał piłkę ale kiedy to się wreszcie stało od razu pokazał klasę zawołał żeby mu podali i piłka potoczyła się w jego kierunku. Nie była zagrana w tempo, doszła do niego jakieś pół metra za plecami. Nie zwalniając biegu, podbił ją piętą, przerzucił nad głową Autonomo, ruszył w stronę linii końcowej boiska i strzelił przy samym słupku. Pozostałych 21 zawodników i trener Newton Cardozo patrzyli, nie wierząc własnym oczom, to było coś nowego i przez następnych 20 minut wykonał inne zagrania, które odebrały Cardoso mowę. Po 30 minutach Cardozo odgwizdał koniec pierwszej połowy i zapytał Garrinche jak się naprawdę nazywa i ile ma lat. Garrincha odparł że Manuel i że ma 19 lat. W tym wieku nie mógł już grać w juniorach i co tu dużo gadać, z jego umiejętnościami powinien być w podstawowej drużynie. Cardozo nie wystawił go nawet na drugą połowę. Powiedział mu że porozmawia z Gentilem i zapytał czy może wrócić nazajutrz na trening z zawodowcami. Salgado odparł za niego że tak a potem odwiózł go taksówką na dworzec wsiadł do pociągu do Pau Grande. Kiedy Garrincha opuścił już klub newton Cardozo powiedział grupie rezerwowych zawodników, którzy przyszli właśnie na gimnastykę i wśród których był środkowy pomocnik Richard: ,, Słuchajcie. Jutro będziecie trenować z chłopakiem, którego wypatrzył Araty. Ma takie krzywe nogi że nikomu się nie chce wierzyć że potrafi grać w piłkę ale jest fenomenalny. Będzie z niego gwiazda".

Następnego dnia Garrincha przyjechał na stadion Botafogo, tak jak było umówione o 9:00 rano. Musiał W tym celu wyjść z domu 3 godziny wcześniej i nie przyjechał sam. Razem z nim pociągiem na stację Leopoldina i autobusem pod siedzibę klubu jechali Wilson Duarte Pinto, dyrektor Pau Grande i syn trenera Fabrycznej drużyny, brat Wilsona- Camula i Roberto Leite Rodriguez ale tylko Garrincha wszedł na boisko. Trener Cardoso przyjął go wiedząc już, z kim ma do czynienia. I jego syn Newton spędził cały poprzedni dzień zatruwając mu głowę opowieściami o prawym skrzydłowym, który trenował z juniorami. Być może dlatego nie mógł się powstrzymać od zadania uszczypliwego pytania: ,, To ty jesteś tym Asem Araty’ego? - Garrincha poczuł się zażenowany. Nie czekając na odpowiedź Gentil przekazał go swojemu pomocnikowi trenerowi przygotowania ogólnorozwojowego Paulo Amaralowi: ,, To jest as Araty’ego. Wystaw go przeciwko Niltonowi Santosowi. Wśród legend na temat Garrinchy znajdują się opowieści o tym, jakoby w tym momencie Cardoso odwrócił się do kogoś i powiedział pół głosem: ,, mamy to wszystko, nawet kaleki". Albo że zapytał Garrinchy: ,, Jak grasz synu?", na co ten miał odpowiedzieć: ,,W korkach". Istnieje tyle wersji odnośnie do tego co wydarzyło się w trakcie minut poprzedzających trening, ile osób, które twierdzą że były naocznymi świadkami owego dnia, 10 czerwca 1953 roku. Gdyby dać im wiarę, to połowa Rio de Janeiro była obecna podczas historycznego ,, pierwszego treningu Garrinchy". Co ciekawe, większość z tych osób nie miała pojęcia(i nie ma do dziś) że dzień wcześniej Garrincha był już na treningu Juniorów, podczas którego wywarł duże wrażenie na wielu osobach. Rzekoma arogancja Gentila- to ,, mamy tu wszystko, nawet kaleki" - sugerowałaby że Botafogo było miejscem, w którym roiło się od beznadziejnych okazów ludzkich i to wśród nich pojawił się niby zbawienny anioł coś podobnego pasowałoby jak ulał do legendy ale ani Botafogo nie było takim miejscem, ani Garrincha takim beznadziejnym okazem, wręcz przeciwnie, miał całkiem imponujące poparcie, zresztą czarny Gentil nie powiedział nic podobnego. Gentil nie był łatwym człowiekiem ale nie utrudnił życia Garrinchy, wręcz przeciwnie. Zwykle trenerzy wstawiali nowicjuszy na boisko na ostatnie 10 minut, kiedy nie było już czasu na to żeby mogli za wiele pokazać. Robili to tylko po to by działacze którzy polecili gracza nie mieli do nich potem pretensji ale Gentil Cardoso kazał Paulowi Amaralowi wydać czy koszulkę numer 7 zespołu rezerw, tak by mógł grać od początku treningu. Co to oznaczało? Że albo gentil potraktował bardzo poważnie rekomendację swojego syna albo, jako u byłego matrosa marynarki handlowej, Eurico Salgado z Lloyda miał specjalne względy. Paulo Amaral zabrał do szatni. A raty już się przebiorę w środku. Zobaczył Garrinche i go uściskał. Odniósł wrażenie że jest skrępowany, powiedział więc uspokajająco: ,, graj swoje. Tutaj wszyscy są równi". Garrincha zdjął w tym czasie swoją skromną koszulę. Kiedyś ściągnął jeszcze biedniej wyglądające spodnie i został w samych spodenkach, oczy wszystkich rezerwowych skierowały się na jego nogi nie spodziewali się że będą aż tak krzywe co więcej, kiedy szedł, chwiał się lekko nie na boki ale do przodu. Nie mieli wątpliwości: Araty i Nelson Cardoso musieli być pijani jeżeli im się wydawało że ten facet potrafi grać w piłke. Botafogo w 1953 też chwiało się na nogach. Swój ostatni tytuł klub zdobył w 1948 roku i w zespole grały jeszcze niedobitki z tamtych czasów, jak środkowy obrońca Gerson, pomocnik Juvenal, prawy pomocnik Geninho i lewy skrzydłowy Braguinha. Dobrze graczy ale wszyscy u schyłku kariery. No i rzecz jasna był też Milton Santos, w którym wieku 28 lat mógł już prowadzić konferencję w ONZ na temat lewej obrony, chociaż nikt nie miał wątpliwości że jeszcze nie osiągnął szczytu swej kariery. Pozostałymi zawodnikami byli bramkarz Gibson, obrońcy Bob i Araty, napastnicy Zezinho, Dino i Winicius. Symbol klubu kaczor Donald nie miał powodów żeby się wstydzić ale wielka drużyna to nie była. Garrincha nałożył postrzępiony strój rezerwy i przyłączył się do pozostałych zawodników, z których wielu, jak bramkarz Amaury, obrońcy Floriano, Haroldo i Orlando Maia oraz napastnik Ariosto, miało przejść w swoim czasie do pierwszego składu. Paulo Amaral od meczu i prawie 10 minut później, Kiedy Garrincha otrzymał wreszcie pierwsze podanie, znalazł się przed rosłym i dobrze zbudowanym zawodnikiem, którego nie znał: Niltonem Santosem. Nilton Santos nie był jeszcze ,, encyklopedią futbolu", jak nazwał go 5 lat później, podczas Mistrzostw Świata w 1958 roku sprawozdawca Waldir Amaral ale byli już tacy, którzy uważali że jest ,, nowym da Guią", porównując go do Domingosa da Guia, najwszechstronniejszego obrońcy Tysiąclecia. Lecz tamtego ranka na ulicy generała Seweriano Nilton nie czuł się wcale wszechstronnie. Można było wręcz powiedzieć że zostawił głowę w domu w worku z lodem.

Nilton Santos wyróżniał się spośród większości graczy. Był inteligentny, wygadany, przyjaźnił się z gwiazdami estrady, Lucia Alvesa i Elizetę Cardoza, z którą miał romans i chodził do modnych klubów nocnych. Niewielu wiedziało że pomimo sławy jaką zdobył grając w Botafogo i w reprezentacji, wrócił do nauki, zapisując się na wieczorowy kurs, gdzie ukończył edukację przynajmniej na poziomie gimnazjum. Na 20 dni przed swoim ślubem Nilton Santos cieszył się każdą upływającą sekundą swego wolnego stanu. Lokalne rozgrywki o mistrzostwo jeszcze się nie rozpoczęły, udzielał się zatem intensywnie w hałaśliwych knajpkach Copacabany. Nilton nie był fanem alkoholu ale w przeddzień tamtego treningu zasiedział się do samego rana w ,,Ranchinho do Alvarengo” z dziennikarzem sportowym Nogueirą, piszącym dla ,, Diario da Noite”. Tych kilka whisky, które wypił odbyły się na nim tak, jakby wyżłopał całe morze okalające wyspę Goernador, na której się urodził. Przynajmniej takiego miał kaca. Naturalnie nie można tego traktować jako usprawiedliwienie. 10 minut, jakie upłynęły pomiędzy gwizdkiem Paula Amarala a pierwszym dojściem do piłki Garrinchy starczyło aby Nilton uświadomił sobie że nie cierpi na morską chorobę w domu, tylko uczestniczy w treningu na boisku Botafogo. Kiedy ten nowy skrzydłowy opanował piłkę i zatrzymał się w oczekiwaniu na niego a jednak Milton ruszył w jego stronę spokojnie z zamiarem odebrania mu jej. Jednak za spokojnie, gdyż zanim się zorientował co się święci, już został okiwany. Ruszył za napastnikiem i kiedy się z nim zrównał, ten zatrzymał się z piskiem hamulców. Stanęli ponownie naprzeciwko siebie. Nilton wszedł w niego ostro żeby go przestraszyć i znów został okiwany i to w ten sam sposób. Parę minut później przy innej akcji ten gnojek pozwolił sobie na bezczelność założenia mu siatki. Do tej pory Nilton nigdy jeszcze nikomu nie pozwolił tak się upokorzyć. To wszystko fakty ale z czasem opowieści przerosły rzeczywistość. Później opisywano fantastyczny balet Garrinchy z Niltonem Santosem kropkę co nie było zgodne z prawdą. Zdarzały się zagrania, gdy Nilton również odebrał z łatwością piłkę Garrinchy czy i go okiwał kropkę w sumie był to pojedynek równego z równym, podczas którego obaj mieli przewagę w pewnych momentach i potwierdzają to różni gracze obecni na boisku podczas tamtego treningu. Niewiarygodne jest właśnie to że był to pojedynek równego z równym, biorąc pod uwagę i że z jednej strony stał Nilton Santos, który rozegrał już 16 spotkań w Barwach brazylijskiej reprezentacji a z drugiej nieznany i pokrzywiony młodzież, który wolał grać boso tam, skąd pochodził, i który nakładał korki jedynie do towarzystwa. Gentilowi Cardoso nie trzeba było już nic więcej. Ściągnął Garrinche w przerwie i kazał mu iść porozmawiać z szefami. Kiedy trening dobiegł końca, w strone Garrinchy pobiegli reporterzy. Weteran Geninho, kapitan drużyny, zwrócił się do głównego skarbnika Azevedo: ,, Gdybym był działaczem ten chłopak nie wróciłby już do siebie tylko Botafogo podpisałoby z nim od razu kontrakt". Cóż, Julio był działaczem i nie musiał nawet słuchać komentarza Garrinchy. Złapał za telefon i zadzwonił do Carlita Rochy, który był na mieście. Musieli jak najszybciej skłonić Garrinche do podpisania jakiegoś dokumentu, zanim inne kluby dowiedzą się że jest bez kontraktu. Carlito Rocha był jednak daleko i nie widział treningu ale gdyby ktoś mu powiedział że Indianka ,,Diacui” gra rewelacyjnie na środkowej obronie, to kazałby przygotować dla niej kontrakt z Botafogo. Nie był już prezesem klubu ale pozostawał jego eminencją i to nie szaro, lecz w czarno-białe klubowe pasy. W tym samym czasie w siedzibie klubu czyniono już kroki by Garrincha się nie wymknął. Pierwszym, który wygłosił swoją opinię był sam Nilton Santos wycieńczony kacem i treningiem powiedział gentilowi: ,, Ten chłopak to geniusz. Trzeba podpisać z nim kontrakt. Lepiej żeby był z nami niż przeciwko nam".

3

@FCBparasiempre
Sandro Moreira, reporter ,, Diario de Noite" także pobiegł do telefonu żeby zadzwonić do biura Paula Azeredo, aktualnego prezesa Botafogo ale ten już został poinformowany o Garrinchy. Skontaktował się z nim natychmiast Madureira, dyrektor działu trenerskiego. Było tylko jedno wyjście- sporządzić fałszywy kontrakt, składający się z czystej kartki papieru, którą chłopak podpisałby Najpierw a działacze wypełnili potem treścią wymaganą przez przepisy ale żeby piłkarz mógł podpisać kontrakt musiał się najpierw zgodzić na proponowane honorarium. Kiedy Madureira skończył rozmawiać przez telefon Poinformowano go że trening gari czy oglądał z trybun szpieg. Szpiegiem tym był Edgar Freitas, zwany popularnie Freitinhas, odpowiednik Madureiry w dziale trenerskim Vasco. Kluby szpiegowały się nawzajem i podkradały sobie zawodników. Dwa lata wcześniej, kiedy w trampkarzach Botafogo objawił się talent na prawym skrzydle Joel, Flamengo skaperowało go do siebie i teraz strzelał on gole w jego barwach. Aleksander Madureira był wściekły, nie mógł pozwolić żeby historia się powtórzyła. Freitinias myślał trzeźwo. Nie był aż tak bezczelny żeby namawiać Garrinche pod nosem Botafogo ale z pewnością jak tylko dowie się że Garrincha mieszka w Pau Grande popędzi tam żeby na niego zaczekać i podebrać go rywalowi. Aby tego uniknąć należało zatrzymać go w klubie ( albo go stamtąd zabrać) i nie pozwolić mu wrócić do domu aż do momentu gdy podpisze dokument, cokolwiek to będzie. Madureira oznajmił Garrinchy że mogą rozmawiać o jego garze jedynie w obecności Paula Azeredo. Sęk w tym że stary Paulo miał wrócić dopiero wieczorem. Trzeba by czekać cały dzień w klubie. ,,Jeżeli to długo potrwa to nie zdążę na ostatni pociąg do Pau Grande"- oponował Garrincha. ,, Nie ma problemu. Prześpisz się tu, w klubie". - dobra. moja żona jest przyzwyczajona do tego że śpię poza domem. - jaka żona?- przestraszył się Madureira. - Nair. Mam żonę i lada dzień będę miał dziecko. Madureira poczuł jakby mu ktoś wylał na głowę kubeł zimnej wody. Myślał że ten wątły i dziecinnie wyglądający chłopak nie ma jeszcze 18 lat i że będzie można z nim podpisać amatorski kontrakt. Dopiero wtedy Gentil Cardoso poinformował Madureirę że Garrincha ma prawie 20 lat. Czyli trzeba podpisać z nim kontakt zawodowy i skoro miał żonę, to znaczyło że decyduje o sobie. Jeszcze lepiej bo nie musieli jechać do Pau Grande po podpis Ojca. Żeby zyskać na czasie Madureira zabrał go do miasta w celu zrobienia zdjęcia, bez którego nie mogli podpisać kontraktu. Zamówili 6 zdjęć legitymacyjnych u fotografa na ulicy 7 września. Skoro już byli w tej okolicy i musieli zaczekać na wywołanie negatywu, Madureira zabrał go na obiad do portugalskiej restauracji ,,Timpanas”. Timpanas była uczęszczana przez pisarzy, którzy przesiadywali całe dnie antykwariatach przy tej samej ulicy. Właściciel restauracji przyrządził wyborne dania z ośmiornicy i dorsza. Właściciel znał Madureirę, podszedł do jego stolika osobiście i zapytał co podać. Garrincha obejrzał menu, udając że czyta i odparł: ,, ryż, fasola i makaron". Właściciel próbował zwrócić uwagę na swoje bardziej wyszukane danie: ,, może wolał by pan dorsza ala ze do pipo?" Garnicza pozostał przy swoim: ,, nie proszę pana. Wolę ryż, fasolę i makaron". Prostota i naiwność Garrinchy były cechami, które od razu zjednały mu wszystkich Botafogo. Nie mogli się nadziwić że drybluje w ten sposób a jednocześnie używa języka zapadłej prowincji. Nawet mówiąc o futbolu nie potrafił się wyrażać poprawnie. Mówił ,, karniok" na karnego i ,, śródkowy" na zawodnika środka pola. Zanim co bardziej zbulwersowani zdążyli oskarżyć go o ignorancję, działacza Już im odpowiadali: ,, no i co z tego?". Na boiskach roiło się od piłkarzy, którzy posługiwali się takim samym językiem i Nie potrafili zrobić nawet połowy z tego, co on pokazał na treningu. W tym samym czasie, kiedy Garrincha robił zdjęcie i jadł fasolę z makaronem, czytelnicy popołudniówek dowiadywali się że Botafogo odkryło ,, rewelacyjnego skrzydłowego". Oba artykuły choć niewielkie miały nagłówki i były napisane w entuzjastycznym tonie. ,, O Globo" podało niewłaściwy wiek- 18 lat ale zrelacjonowało całą historię bardzo wiernie. Araty odkrył go, sędziując mecz poza Rio, zaprosił go do grania w Botafogo, Garrincha się nie pojawił i dopiero dużo później inny ,, czynnik z Botafogo"(bez nazwiska) sprowadził go i oddał w ręce Newtona Cardoso nie było żadnej wzmianki o rzekomym ośmieszeniu Santosa, jego nazwisko w ogóle nie padło i co najważniejsze, ,, O Globo" użyło już właściwego przydomka piłkarza Garrincha. Notka w ,, Diario da Noite" ukazała się nawet ze zdjęciem ale upraszczała historię podawała że Araty zabrał go bezpośrednio na trening zawodowych piłkarzy. Ujawniła też nazwisko piłkarza, Manuel do Santos, dodając że ,, Botafogo dało mu przydomek ,,Gualicho". ,,Botafogo" oznaczało Sandra Moreiro, autora artykułu. Reporter zapomniał powiedzieć że ,, Botafogo" to w tym wypadku był on sam, żarliwy kibic klubu i nieoficjalny znajomy wielu z jego najważniejszych działaczy. Tak jak i pozostali dziennikarze obecni na treningu, Sandro doskonale słyszał, kiedy Garrincha przedstawił się jako ale nie przypadł mu do gustu ten pseudonim, zwłaszcza kiedy piłkarz wyjawił że pochodzi od nazwy małego ptaka. Sandro uważał że to kiepskie żeby nie powiedzieć zniewieściałe przezwisko. Zresztą był już w Rio ktoś, kto się nim posługiwał a mianowicie pewna dama z wyższych sfer Garrincha Melo Franco Lobo. Jej prawdziwe nazwisko brzmiało Maria de Lourdes i pochodziła z rodziny znanych polityków. Być może nie znał jej ale tak czy inaczej uważał że ten pseudonim nie pasował do młodzieńca, który haseł po prawym skrzydle jak źrebię, kiwając wszystkich, którzy próbowali odebrać mu piłkę.

Kiedy wrócił zadyszany do redakcji żeby napisać artykuł, wspomniał o Garrinchy redaktorowi działu sportowego Bruce’owi. Z uwagi na swe stanowisko Bruce był zmuszony odstępować szpalty w piłce nożnej ale jego prawdziwą namiętnością były wyścigi konne i jak wszyscy koniarze w owych czasach był fanem Gaulicho, ogiera, który wygrał wyścig o wielką nagrodę Brazylii rok wcześniej i był zdecydowanym faworytem w gonitwie, która miała się odbyć 4 sierpnia. Sandro i Bruce zgodzili się że Garrincha powinien nazywać się Gualicho i postanowili że ,, Diario da noite" się tym zajmie. Tak będzie lepiej dla zawodnika kojarzonego z niepokonanym rumakiem i dla gazety, która będzie mogła w ten sposób pisać jednocześnie o piłce nożnej i wyścigach. Madureira i Garrincha wrócili do klubu pod wieczór. Paulo Azeredo dotarł tam dopiero o 9:00 i wspólnie z Madureirą, Azeredo oraz dyrektorem do spraw futbolu Pamploną i uzgodnili wszystko z Garrinchą. Pare minut później wychodzili już uśmiechnięci i objęci z małego biura po lewej stronie wejściowego holu. Garrincha podpisał pierwszy dokument in blanco w życiu, pierwszy z wielu, godząc się na to żeby zarabiać zaledwie 300 cruzeiro więcej, niż dostawał jako robotnik w fabryce i miał spędzić swą pierwszą noc w Ciudade Maravilhosa. Niestety nie w hotelu w dzielnicy Cinelandia ani w mieszkaniu jakiegoś działacza przy Alei Atlantica ale w najpodlejszym internacie jaki Botafogo prowadziło pod trybunami stadionu przy ulicy Generała Seweriana, na zawszonych materacach z szorstkiego materiału naprzeciw szpitala pinel. Tamtego pierwszego dnia, kiedy Garrincha debiutował w prasie nie można było w żaden sposób zapobiec temu żeby inne gazety tak go nazywały ale już w następnych dniach ,, Diario da Noite" obstawało przy Gualicho i przydomek zaczął się przyjmować. Artykuły poświęcone wyścigom konnym robiły żarty na temat konia, ilustrując je fotografiami piłkarza. Parę tygodni później, gdy Garrincha zadebiutował w Botafogo i zaczął strzelać gole sprawozdawcy sportowi w rodzaju Cozzego i Amarala już używali pseudonimu Gualicho. Jedynie Louis Mendes z radia Globo pozostał przy Garrinchy i jeśli ktoś słuchający meczu w radiu zmienił falę mógł odnieść wrażenie że ta sama bramka została strzelona przez dwóch różnych piłkarzy. Co gorsza, koń Gualicho z Olavo rosą w siodle był bezkonkurencyjny w gonitwie o wielką nagrodę Brazylii, wyprzedzając o 9 długości najbliższego rywala. Wyglądało na to że Garrincha jest skazany na to by zostać Gualicho. Nie to żeby on sam wolał ten pseudonim. Nie chciał nosić tego samego imienia co koń i kiedy reporterzy robili z nim wywiady na murawie dawał im nieśmiało do zrozumienia że woli, kiedy mówi się na niego Garrincha, gdyż jakby nie było, tak mówili na niego wszyscy w Pau Grande. Echo imienia Garrincha zaczęło znów pobrzmiewać w redakcjach ale tylko echo. Dziennikarze zaczynali się gubić i rezultat był taki że w trakcie pierwszych pięciu miesięcy jego kariery gazety nazywały go Guelicho, Garribo, Gerlico, Garricho, Garrinha, Garrincho i Garrincha. Tygodnik ,,O Cruzeiro” poświęcił mu artykuł w cyklu ,, idole brazylijskiej piłki" ale nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji, nazwał go Garri(n)cha. Nawet popołudniówka ,,O Globo, która nazwała go właściwie na samym początku, zaczęła zmieniać pisownię. Aż wreszcie reporter Geraldo Romualdo da Silva, także z ,,O Globo", położył kres zamieszaniu ogromnym tytułem: MAM NA IMIĘ MANUEL I MÓWIĄ NA MNIE GARRINCHA. ,, Zawodnik wykazał się wyjątkowymi umiejętnościami. Ma tylko jedną wadę, którą łatwo skorygować: za dużo się kiwa". Gdyby trener kondycyjny Paulo Amaral pożegnał się tymi słowami ze światem, zszargałby sobie na zawsze reputację. Albowiem tak właśnie opisał Garrinche w sprawozdaniu dla Botafogo, wracając do Rio z tourne po stanie, jakie odbyła pod jego kierownictwem mieszana drużyna rezerwy i podstawowych zawodników w drugiej połowie czerwca. Były to pierwsze dwa mecze Garrinchy w koszulce Botafogo i oba były towarzyskimi meczami. W pierwszym spotkaniu, 21 czerwca, mieszana drużyna Botafogo pokonała w Miguel Pereira zespół Averar 1:0 a gola strzelił... Garrincha. W drugim, rozegranym osiem dni później w Cantaggalo, wygrała z Cantagallo 5:1 i przy jednej z bramek w tym meczu Garrincha przedryblował całą obronę Cantagallo i stojąc w pustej bramce podał piłkę pomocnikowi. Ariosto strzelił gola ale nic z tego nie zrozumiał. Czemu u licha Garrincha nie strzelał sam? To było tylko pierwsze z pytań, jakie zaczęło sobie zadawać Botafogo w związku z Garrinchą. Inne brzmiało: dlaczego po okiwaniu i minięciu przeciwnika Garrincha celowo czekał na niego i znowu go kiwał? Czemu służyła ta obsesja ciągłego dryblowania, kiedy cała obrona przeciwnika była już pokonana? Nikt nie wiedział jeszcze że Garrincha był najbardziej amatorskim zawodowcem, jakiego mógł wydać futbol i że dla niego radość futbolu nie brała się ze strzelania goli ani wygrywania meczów, ani nawet z pieniędzy za wygrane mecze. Gole, zwycięstwa, premie- wszystko to były małostki cywilizacji frajda polegała na tym żeby dryblować, po prostu dryblować. Polegała na futbolu w formie dzikiej i ludycznej, tak jak uprawiali by ten sport Indianie, gdyby go znali…

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?