9

FC Barcelona w europejskich pucharach:

6 października 1965 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou DOS Utrecht 7:1(!) w I rundzie Pucharu Miast Targowych. Aż 5(!) goli w tym meczu ustrzelił znakomity napastnik Jose Antonio Zaldua. Pozostałe gole strzelili Verges i Pereda. Zaldua już na stałe zapisał się w historii europejskiego futbolu, notując niezwykły występ, zdobywając pięć goli w meczu Pucharu Miast Targowych na Camp Nou. Napastnik z Nawarry, który dołączył do klubu latem 1961 roku razem z Peredą, Zaballą i Pesudo dzięki środkom uzyskanym z transferu Luisa Suáreza do Interu, ostatecznie został kapitanem Blaugrany i zaprezentował olśniewający występ przeciwko holenderskiej drużynie DOS, prowadząc do ogromnej wygranej 7-1 i ich eliminacji z turnieju. Pomimo rozgromienia, Barça grała w przerywanym tempie, jak wyjaśnił dziennikarz José María Hernández Pijuán na łamach 'El Noticiero Universal', dodając, że gdy zespół Roque Olsena złapał rytm, zaprezentowali "stylowy, a jednocześnie praktyczny futbol, który przyprawiał rywali o zawrót głowy, narażając ich na ogromne luki, które tamtejsi napastnicy mogli wykorzystać wedle woli." Co ciekawe, mecz przeciwko DOS Utrecht był drugim występem Zaldúi w sezonie 1965-66. Napastnik powrócił do drużyny azulgrana po okresie wypożyczenia w Osasunie od lutego do maja 1965 roku, gdzie na nowo odkrył formę i sprawność po poważnej kontuzji kolana. Zadebiutował w szóstym meczu przeciwko Córdoba na El Arcángelu (0-0) i opuścił siódmy mecz przeciwko Atlético Madryt na Camp Nou (1-4). Po jego pięciu golach przeciwko DOS Utrecht, Zaldúa zagrał prawie w każdym meczu i miał swój najlepszy sezon z Dumą Katalonii pod względem zdobytych bramek: 18 goli w 36 występach, co daje średnio 0,5 gola na mecz, imponujący wynik w czasach, gdy Barça mogła tylko "uzbierać" kilka tytułów Pucharu Generalissimusa...

Niecodzienny europejski rekord Zaldúi przetrwał 59 lat. Zdołał go wyrównać dopiero nie kto inny, jak sam Lionel Messi 7 marca 2012 roku. Tego dnia, w meczu Ligi Mistrzów (1/8 finału, rewanż), argentyński gwiazdor pogrążył Bayer Leverkusen, zdobywając pięć z siedmiu goli, które Niemcy stracili na Camp Nou (7-1).



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

6

@FCBparasiempre
5 października 1960 r. urodził się brazylijski napastnik Antonio de Oliveira Filho, znany bardziej jako Careca. Brazylia miała wielu wybitnych ofensywnych piłkarzy. Pele, Zico, Garrincha, Ronaldo, czy Ronaldinho to tylko nieliczni w panteonie wielkich zawodników atakujących rodem z Kraju Kawy. Mimo to w zespole „Canarinhos” nigdy nie było łatwo o środkowego napastnika. Zdarzało się jednak, że tę wymarzoną „dziewiątkę” udało się im wychować. Jednym z takich piłkarzy był właśnie Careca. Przyszły gwiazdor reprezentacji Brazylii i Napoli narodził się w mieście Araraquara, leżącym w stanie Sao Paulo. Swój pseudonim wziął od klauna o imieniu Carequinha. Wynikało to bowiem z podobieństwa słynnego brazylijskiego klauna do chłopaka z Araraquary. Miał on bowiem bujne włosy, przypominające mop. Carequinha z kolei miał czubek głowy łysy, a włosy na głowie pozostały mu z boku. Młody, bo ledwie szesnatoletni Careca swoją karierę rozpoczął w klubie Guarani FC (nie, nie sponsoruje ich słynna marka yerba mate). Tam zasłynął dobrym wykończeniem i szybkością, która wyróżniała go na tle rówieśników. Szybko został określony wielkim talentem brazylijskiej piłki, ale na szczęście dla niego i brazylijskiej piłki nie popełniono błędu powszechnego wśród działaczy z Kraju Kawy w XXI wieku. Mianowicie chodzi tu o to, że nie został on szybko sprzedany do Europy, co pomogło rozwinąć się młodemu napastnikowi na własnej ziemi i pomóc kadrze narodowej grając z kolegami w kraju. W Guarani FC mimo sześciu lat nie zagrał zbyt wiele. Rozegranie sześćdziesięciu trzech meczów w ciągu tylu lat w jednym klubie to nie jest dużo. Mimo to zdołał zdobyć trzydzieści osiem goli, co robi wrażenie. Ta spora liczba goli pozwoliła Carece się wypromować. Jego talent rozwinął się już na tyle, że był kandydatem do występu w reprezentacji Brazylii na mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 roku. Pech jednak chciał, że doznał kontuzji. Mowa o pechu, bo kto wie, co osiągnęliby Brazylijczycy, gdyby był on w składzie. Rok później, po dojściu do pełni zdrowia, Careca spełnił marzenie o grze w Sao Paulo FC, największym klubie z tamtego stanu i jednym z czołowych w Brazylii. Tam w krótszym okresie – czteroletnim – rozegrał o cztery mecze więcej, niż w Guarani FC i zdobył 54 bramki. Pokazało to dobitnie, jak rozwijał się z każdym kolejnym rokiem. W 1987 roku Careca wreszcie wyruszył w świat. Pomimo wszystko średnio udanych mistrzostwach świata w Meksyku, o których mowa będzie w części o reprezentacji, trafił on do Napoli. Klub z miasta w regionie Kampania we Włoszech, znanego z mafii miał już jednego wielkiego piłkarza w swoich szeregach. Był nim pewien niskiego wzrostu Argentyńczyk, który w Meksyku zrobił furorę. Mowa oczywiście o Diego Maradonie. Careca dołączył do niego i Bruno Giordano, z którym wkrótce mieli stworzyć tercet Ma – Gi – Ca. Napoli było wówczas wielkim klubem we Włoszech, który tworzył w latach osiemdziesiątych choćby z Juventusem, czy wielkim Milanem Arrigo Sacchiego najlepszą ligę na świecie. Duże grono znakomitych piłkarzy na czele z Van Bastenem, Gullitem, Platinim, Maradoną, czy Rijkaardem lgnęło do Serie A niczym pszczoły do miodu. Pozyskanie kogoś takiego do Neapolu, jak Careca miało być dla „Partenopei” utwierdzeniem w przekonaniu, że są najlepsi w kraju. Byli oni bowiem świeżo po zdobyciu mistrzostwa Włoch. Czy Careca był pomocnikiem Maradony w Napoli? Zdecydowanie nie, ponieważ po pierwsze ci dwaj byli z krajów, które niekoniecznie za sobą przepadają. Mimo to Brazylijczyk i Argentyńczyk w tym przypadku nie żarli się jak pies z kotem. Zdrowo ze sobą rywalizowali, stymulując cały zespół do sukcesów, które Napoli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych osiągało. Szybko stali się kolegami z boiska, a sam Careca traktował Diego przed transferem do Napoli wręcz mitycznie. ,,Przyjechałem do Neapolu, by spełnić moje marzenie o grze obok Diego”– podsumował Careca. Po drugie różnił ich styl gry. Maradona był klasycznym przykładem piłkarza grającego niezwykle pod względem technicznym, natomiast Careca był szybki, ale liczyło się dla niego przede wszystkim skuteczne wykończenie. Postawiona w tytule teza, czy Careca był pomocnikiem Maradony, patrząc na ich style gry, może być wręcz odwrócona. Styl gry boskiego Diego wskazywał na to, że to on mógł pomagać Brazylijczykowi, a nie odwrotnie. Ich wspólna gra doprowadziła wreszcie do tytułu mistrzowskiego w 1990 roku – ostatniego w historii Napoli. Sam Careca zdobył 74 gole w swojej sześcioletniej historii gry na Stadio San Paolo.

Po opuszczeniu Neapolu w 1993 r. roku Careca w wieku 33 lat powędrował do Japonii. Gra w zespole Kashiwa Reysol miała być stopniowym końcem kariery dla Brazylijczyka. Przyspieszyły to niestety dwie operacje nóg, które zmusiły go do wcześniejszego zawieszenia butów na kołku. Zanim do tego jednak doszło, zdążył on zdobyć w Japonii przez 3 lata 31 goli. ,,Grałem do 37 roku życia, bo miałem dwie operacje nóg, które zbyt mocno wpłynęły na moje zdrowie. Gdyby nie to, to mógłbym grać do 42 roku życia”– wspominał Careca. Po japońskiej przygodzie Careca postanowił wrócić do ojczyzny, by tam zakończyć swoją świetną karierę. Niestety łącznie od 1997 do 1999 roku rozegrał w trzech brazylijskich klubach – Santosie, Campinas i Sao Jose łącznie 21 meczów. W 1999 roku po raz pierwszy zakończył swoją karierę. ,,Pożegnalny mecz w 1999 zorganizowałem w Neapolu, bo Neapolitanie na to zasłużyli. W tym dniu padał śnieg, a mimo to przybyło pięćdziesiąt tysięcy ludzi”– opowiadał Careca. To tylko pokazuje, jak bardzo doceniał kibiców Napoli. Podkreślił tym fakt, że czuł się w tym klubie i mieście bardzo dobrze. Nikt nie miał wówczas pojęcia, że Careca kiedykolwiek jeszcze zagra w piłkę. W 2005 roku mając 45 lat Brazylijczyk wznowił na krótko swoją karierę w Galforth Town w Anglii. Brazylia w latach osiemdziesiątych miała niesamowite pokolenie piłkarzy. Falcao, Zico, Socrates, czy Toninho Cerezo to przykłady wybitnych zawodników, którzy tworzyli jedną z najpiękniej grających drużyn w historii futbolu. Wyznająca filozofię „joga bonita” ekipa „Canarinhos” miała w 1982 roku z łatwością zdobyć tytuł mistrza świata. Nikt jednak nie przypuszczał, że pokona ich reprezentacja Włoch z Paolo Rossim na czele. Pamiętny mecz, wygrany przez „Squadra Azzurra” 3:2 sprawił, że Brazylia nie mogła się z tym pogodzić. Wtedy jeszcze nie było Careci, który z powodu kontuzji przeżywał tę klęskę w domu. Jego czas miał dopiero nadejść. Debiut w kadrze narodowej przypadł na 1983 rok, w którym wystąpił po raz pierwszy na wielkiej imprezie. Była to Copa America, w której Brazylijczycy zajęli drugie miejsce. Światowa scena poznała go jednak w pełni dopiero trzy lata później w Meksyku na mistrzostwach świata. Brazylia jechała tam jak zawsze w roli głównego kandydata do tytułu najlepszego zespołu na świecie, a Careca miał być jednym z jej przodowników. Mundial wtedy różnił się od obecnych realiów. W grupie za zwycięstwo zdobywało się jeszcze dwa punkty, wychodziły z niej w niektórych przypadkach trzy drużyny. Brazylia trafiła w fazie grupowej na Hiszpanię, Algierię i Irlandię Północną i zdobyła wówczas komplet sześciu punktów. Careca zgodnie z oczekiwaniami był jednym z głównych bohaterów „Selecao”, zdobywając w grupie trzy gole. Później nadszedł czas na starcie z reprezentacją Polski, która już w fazie grupowej delikatnie mówiąc nie zachwycała. Brazylia pokonała drużynę Antoniego Piechniczka a Careca ustalił wynik spotkania na 4:0. Później jednak znowu Brazylia zawiodła w kluczowym momencie turnieju. Tym razem ich przeciwnikiem i pogromcą okazała się Francja. Mecz zaczął się dobrze dla Brazylii, ponieważ Careca wyprowadził Brazylię na prowadzenie, jednak jeszcze w pierwszej połowie Michel Platini wyrównał stan rywalizacji. Rywalizację rozstrzygnęły rzuty karne, które Francja wygrała 4:3. Później Careca brał udział jeszcze w rozgrywanym rok później Copa America, z którego Brazylia odpadła po fazie grupowej oraz w mistrzostwach świata w 1990 roku, w których „Selecao” wypadli niewiele lepiej, ponieważ odpadli w 1/8 finału. Trzeba przyznać, że Careca miał zdecydowanie lepszą karierę w klubie, niż w reprezentacji. Szybki i skuteczny pod bramką przeciwnika Brazylijczyk nie zaznał sukcesu z kadrą narodową mimo tego, że był otoczony wybitnymi kolegami z boiska. Mimo to należy podkreślić fakt, że był znakomitym napastnikiem, który wiele wniósł do świata futbolu.

7

@FCBparasiempre
5 października 1949 r. urodził się Zygmunt Garłowski, pomocnik. ,,Był kochanym bratem, tęsknił za nami. Gdy po urlopie znowu leciał do Australii, mówił że jeszcze tylko 4 lata, byle do emerytury i na stałe wróci do Polski. Wtedy widziałem go ostatni raz. Zmarł nagle. Do Polski wróciły już tylko jego prochy.”- mówi o Zygmuncie Garłowskim jego młodszy brat Ireneusz. Zygmunt to legenda Śląska Wrocław, kapitan i najlepszy strzelec drużyny, która w 1977 roku zdobyła pierwsze mistrzostwo Polski. Mistrzem w drużynie był również Ireneusz – niezły boczny pomocnik lub obrońca ale w cieniu błyszczącego na boisku brata. ,,Wszędzie szliśmy razem bo Zyga o mnie pamiętał. Nie tylko o mnie ale o całej rodzinie. Gdy gdzieś miał się przenieść, przenosiliśmy się wszyscy. Od dziecka zapowiadał się na superpiłkarza, więc ojciec uznawał że trzeba dostosować się do jego piłkarskich planów. Miałem 15 lat i pojechaliśmy do Bytomia bo Zygmunta chciała Polonia, tyle że Górnik Wałbrzych ani myślał go puszczać, więc czekaliśmy tam dobrych kilka tygodni na rozwój wypadków. Potem włączył się ROW i zamieszkaliśmy w Chwałowicach pod Rybnikiem. Musieliśmy wracać do Wałbrzycha bo Zygmuntowi groziła długa karencja.”- wspomina brat Irek. Dopiero 5 lat później Garłowskiego z Górnika Wałbrzych wyciągnął Śląsk Wrocław. ,,Argument służby wojskowej nie wchodził w gre bo brat formalnie był zatrudniony w kopalni na etacie górnika dołowego a tych do wojska nie brali. Trzeba się było zwyczajnie dogadać i gdy Śląsk już dopiął swego, Zygmunt przyjechał po mnie na zgrupowanie Górnika. Powiedział że wszystko załatwione i ja też się przenosze. Zyga był dla mnie piłkarskim wzorem już w naszej rodzinnej Bielawie i w pierwszym klubie, czyli w Bielawiance. Chodziłem na jego mecze jako kibic i też grałem w piłke. Nigdy jednak mu nie dorównałem, nie miałem takiego talentu ”- mówi o 4 lata młodszy brat. Z Bielawy(oczywiście również razem) bracia przenieśli się do pobliskiego Wałbrzycha. W mieście funkcjonowały 2 drugoligowe kluby. O Zygmunta mocno zabiegał Thorez, który za chwile zmienił nazwę na Zagłębie. Gdyby wybrał te oferte, jego kariera pewnie nabrałaby większego rozpędu bo już w następnym sezonie zespół awansował do Ekstraklasy ale… ,,Na Thoreza kategorycznie nie zgadzał się ojciec. Uważał że to mocno ,,czerwony” klub. Samo nazwisko francuskiego komunisty w nazwie było skutecznym straszakiem dla taty, byłego żołnierza Armii Krajowej. Jego synowie nie mogli przecież grać w Thorezie!”- wspomina Ireneusz. Zygmunt trafił więc do sąsiada zza miedzy. W 1968 r. Górnik Wałbrzych zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Na turnieju finałowym w Mielcu błyszczał Zygmunt Garłowski. W drużynie gospodarzy grał Grzegorz Lato, w Lechii Gdańsk wschodząca gwiazda trójmiejskiej piłki Zdzisław Puszkarz… Na przenosiny do Śląska duży wpływ miała również głowa rodziny Garłowskich. Wrocławianie akurat awansowali do elity, Górnik spadał do 3 ligi. Mimo że w Śląsku nie brakowało w tamtych czasach bardzo dobrych ofensywnych piłkarzy, jak Sybis, Kwiatkowski i Pawłowski, to Zygmunt nie tylko potrafił dogrywać kolegom piłke ale i sam był niezłym egzekutorem. Do niego należało też wykonywanie rzutów karnych. Przed finałami mistrzostw świata w 1974 r. był w szerokiej kadrze reprezentacji Polski. Kazimierz Górski dał mu szanse w towarzyskim meczu z Grecją ale po zaledwie 45 minutach został ściągnięty i mógł zapomnieć o turnieju. W pierwszej połowie zmarnował świetną okazje strzelecką i podobno w tym momencie selekcjoner uznał że nie potrzebuje go w 22-osobowej ekipie. ,,Zyga był raczej skryty, nie lubił głośno rozstrząsać takich spraw a już na pewno nie w jego stylu było użalanie się nad sobą. Dało się jednak wyczuć że brak powołania go zabolał a czy zadecydowała jedna zepsuta okazja? Jakiś powód musiał być, no i pamiętajmy że oprócz Deyny w środku pola grali Kasperczak, Ćmikiewicz i Maszczyk. Strasznie trudno było wskoczyć do takiej ekipy.”- zaznacza Ireneusz Garłowski. Tyle że jego brat przegrał walkę o miejsce w kadrze bezpośrednio z Romanem Jakóbczakiem. Pomocnik Lecha w tym ostatnim sprawdzianie z Grekami nie zmarnował szansy, strzelił gola. Górskiemu musiało się to spodobać. Zygmunt generalnie nie miał szczęścia do seniorskiej kadry. Nie było go też w drużynie na igrzyskach olimpijskich w Monrealu. Schemat się powtórzył: szansa pokazania się w ostatnim przedturniejowym meczu z Irlandią i zejście z boiska już po 45 minutach z negatywną cenzurką. Za to Śląsk nieustannie liderował! Nie chodzi tylko o mistrzowski sezon ale też o finał Pucharu Polski, kiedy w 1976 golem z rzutu karnego w starciu ze Stalą Mielec przypieczętował zdobycie trofeum, oraz o dobre mecze w europejskich pucharach, łącznie z ćwierćfinałem Pucharu Zdobywców Pucharów. Kapitanem drużyny przestał być po odejściu trenera Żmudy, kiedy zespół przejął Aleksander Papiewski. Nie tylko dla obu Garłowskich najważniejszym trenerem w historii Śląska pozostaje Władysław Zmuda. To on ,,przerobił” Zygmunta na środkowego pomocnika bo najpierw był napastnikiem. ,,W moim Śląsku zajął się organizacją gry ofensywnej. Tworzył w tej strefie bardzo interesujący duet z Janem Erlichem, który z kolei miał więcej zadań defensywnych. To byli świetni gracze. Mundial w Niemczech? Może jednak był za spokojny? Na pewno nie miał charakteru człowieka, który zawsze potrafi bić się o swoje. Nie chcieli go, to się nie napraszał. Troche mu chyba brakowało przebojowości poza boiskiem, charakterystycznej dla kilku innych piłkarzy, którzy zaistnieli w kadrze. W Śląsku nie musiał się przepychać łokciami bo szybko poznaliśmy jego wartość. Ani w szatni, ani poza klubem nie był wodzirejem. Co innego na boisku: tu miał kompletne papiery na kreowanie gry! Dlatego był kapitanem drużyny. Wydaje mi się że z powodu cech osobowościowych i boiskowego znaczenia dla Śląska był tym, kim Deyna dla Legii. Jego największą zaletą była umiejętność szybkiego wyboru najlepszego rozwiązania w danej sytuacji. Do każdej drużyny zawsze uporczywie szukałem tego typu piłkarza, bo to stanowiło bazę do wielu innych działań i cieszyłem się że w Śląsku trafiłem na kogoś takiego. Gdybym nie miał wtedy Zygmunta, zdecydowanie musiałbym szukać innych rozwiązań. Jego nie dałoby się ot tak zastąpić kimś innym, takich piłkarzy nie spotyka się codziennie na ulicy”- podkreśla trener Żmuda. Zygmunt ze Śląskiem rozstał się zimą 1981 r. Miał wówczas 32 lata, więc skorzystał z okazji i wyruszył do Australii, gdzie grał w Polonii Soccer Club. Wybrał się tam z dawnymi kolegami ze Śląska: Zygmuntem Kalinowskim i Henrykiem Sobczykiem oraz Antonim Galasem z Zagłębia Wałbrzych. Brat mieszkał w St. Marys i jak to już wcześniej bywało, załatwił miejsce w drużynie także dla mnie. Dołączyłem do niego razem z Henrykiem Kowalczykiem. Wszyscy graliśmy w Polonii Soccer Club.”- opowiada brat Ireneusz. Bracia wrócili do Polski w 1984 r. Zygmunt zaliczył jeszcze epizod w Polarze Wrocław. Później przez niecały sezon był asystentem Apostela w Śląsku. W 1987 r. Zygmunt Garłowski ponownie poleciał do Australii, tym razem już na stałe. ,,Miał australijski paszport, mógł więc legalnie tam zarabiać. Nieźle mu się wiodło ale mówił że gdy skończy 62 lata i zapracuje na australijską emeryture, to na pewno wróci do Polski.”- wspomina brat Irek. Wiosną 2007 r. przyleciał na krótki urlop do kraju. ,,Nie miałem pojęcia że widzimy się po raz ostatni. Odliczaliśmy te jego lata do emerytury. Pożegnaliśmy się a za chwile miała lecieć do niego żona i nagle przyszła ta tragiczna wiadomość. Skok ciśnienia, wylew! A nigdy nie chorował, nie narzekał.”- kręci z niedowierzaniem głową brat legendarnej gwiazdy Śląska. Prochy Zygmunta Garłowskiego wróciły do Polski. Pogrzeb odbył się 12 lutego 2008 roku na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu.

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(wiecie gdzie czytać):

@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Był sobie trener:

5 października 1997 r. trybuny Camp Nou wygwizdały Luisa Van Gaala. Rzadko zdarza się tak, iż nowy trener dopiero buduje nowy zespół, drużyna wygrywa cztery pierwsze mecze sezonu, w piątym prowadzi już od 6 minuty a trybuny reagują gwizdami. Dwa gole dla gości z Tenerife, przedzielone zmianą idola trybun Ivana de la Peñi, dolały jedynie oliwy do ognia. Rozwścieczeni kibice już w 25 minucie żegnali trenera białymi chusteczkami. Ostatecznie Blaugrana wygrała 3:2, lecz niezadowolenie trybun było słyszalne przez pełne 90 minut. ,,Wiem że zmiana Ivana była niespodziewana ale musiałem to zrobić. Mówiłem mu że musi uważać na Juanele. Poza tym w ofensywie też podawał niecelnie. Ja podejmuje ryzyko w przeciwieństwie do innych trenerów. Gdybyśmy przegrali, również uważałbym że miałem racje”- podsumował swoje decyzje Van Gaal.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

2

Vamos Pepito! Vamos ,,Obywatele"!

1

@trolownik Akurat reprezentacji nie ogląd, głównie ze wzgledu na Cristiano Ronaldo...

1

@Lionel_Messi10 Chodzi mi raczej o Juanma Lillo. Skąd on się wziął?

0

@FcPortoFan1999 A ten Krasiński to niby jaki jaki miał pseudonim?

3

Znakomicie ogląda się Bernardo Silve w Manchesterze City. To jest bardzo wszechstronny, czarujący zawodnik. Wypada żalować że nigdy nie mógł zagrać w ,,naszej" Barcuni.
Ps. Kim tak naprawde jest asystent ,,Pepito"(?) bo kompletnie się nie orientuje...

5

@FCBparasiempre
Przedstawiam wam sylwetkę znakomitego i bodaj najlepszego przedwojennego bramkarza, wybranego w 1933 roku najlepszym piłkarzem w kraju, którego śmiało można określić legendą lwowskich klubów. Pierwszą intrygującą rzeczą w tym zawodniku jest samo imię. Spirydion? Zapewne nie spotkaliście nikogo, kto by się tak nazywał. Urok tego imienia dopełnia nazwisko – Albański. W dodatku jego żona, która była znaną w okolicy śpiewaczką operetkową, także posiadała nietypowe imię – Eustachia. Lwów, który należał do Austro-Węgier, był prawdziwą mieszaniną nacji. Samych Ormian było kilkanaście tysięcy. Pochodzenie popularnego „Romka” czy „Spirytusa” (tak nazywali Albańskiego koledzy) nie było więc całkiem oczywiste. Zapytacie, kim czuł się Spirydion Albański. Oczywiście czuł się Polakiem. Z ciekawości zaglądałem do materiałów lwowskich sprzed wojny i tam było wyjaśnienie, że Spirydion pochodził z grekokatolików, Ormian a może wręcz Mołdawian. – Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. Zacznijmy więc od początku. Albański urodził się 4 października 1907 roku we Lwowie. W piłkę zaczął grać już w czasach szkolnych. Jako osiemnastolatek przeniósł się w 1925 z drużyny wojskowej do Pogoni Lwów. Przez trzy lata nie było dla niego miejsca w pierwszym zespole, więc grywał z konieczności w drużynie rezerw w pomocy i ataku. W Ekstraklasie zadebiutował 6 maja 1928 przeciwko Cracovii. Stosunkowo dosyć późno jak na piłkarza, bo jak łatwo policzyć, miał wtedy 21 lat. ,,Pół meczu grałem w rezerwie, w ataku. Kiedy okazało się, że etatowy bramkarz, Bogusław Lachowicz, nie zjawił się na zbiórce, w przerwie ściągnięto mnie z boiska, na którym grały rezerwy. Trener Karl Fischer nie miał innego wyboru i mnie – debiutanta wysłał na boisko z nr 1 na swetrze, zaś sam zajął miejsce za bramką i niczym sufler podpowiadał mi co w danej sytuacji robić. Robiłem co mogłem, ale już w pierwszej połowie przepuściłem dwukrotnie piłkę do siatki. W drugiej połowie grałem już jak „prawdziwy” bramkarz. Zainicjowałem nawet jedną akcję, po której wypuszczony w uliczkę dr Józef Garbień zdobył gola. Ponieważ nie przepuściłem już żadnej bramki, Pogoń wygrała 3:2.. „– w ten sposób swój debiut opisał Spirydion Albański, fragment książki „Polska Piłka Nożna” Józefa Hałysa. Miejsca między słupkami bramki już nie oddał. Był kolejnym wspaniałym bramkarzem po Emilu Görlitzu. Uprawiał również hokej – w ówczesnych czasach piłkarze zimą często zmieniali się w hokeistów. Jednym z przykładów jest tu zawodnik warszawskiej Polonii, Władysław Szczepaniak. Po wojnie Albański zdobył uprawnienia trenera i sędziego hokejowego. Nieobca była mu również piłka ręczna i koszykówka. Trzy lata później Spirydion stał się numerem jeden w reprezentacji, a jego debiut przypadł rozgrywany 5 lipca 1931 na wyjazdowy mecz z Łotwą. Polska wygrała 5:0, inna sprawa, że piłkarze łotewscy wyraźnie odstawali od naszych zawodników pod względem poziomu piłkarskiego. Pomimo tego trzeba było docenić zachowanie czystego konta przez tego kruczoczarnego chłopaka, który był obdarzony świetnym refleksem, chociaż mówiono o nim „zbyt lekki do walki, w powietrzu niczym piórko”. W dodatku był bardzo bystrym człowiekiem. I znów mamy przerwę w postaci meczu międzynarodowego z Łotwą w Rydze. Piłkarstwo polskie reprezentowała niemal cała „Wisła” uzupełniona Karolem Kossokiem, Albańskim, Szczepaniakiem i mną. Łotysze grali gorzej od nas, ale to nie wyklucza, że właśnie tego pamiętnego dnia, choć na trybunach zebrało się zaledwie 1500 widzów, chcieli wykazać, że nie dzieli ich przepaść od Polski. (…) Nie tylko, że nie udało im się strzelić choćby honorowego gola, ale atak polski zaokrąglił wynik do 5:0. (…) Żegnano nas w Rydze bardzo serdecznie, zasypywano nas komplementami, ale wyczuwało się na każdym kroku, że Łotysze po prostu są przerażeni kolosalną różnicą, jaka dzieli ich umiejętności od naszych piłkarzy. – Jerzy Bułanow, fragment książki „11 Czarnych Koszul – moje wspomnienia”

W reprezentacji rozegrał łącznie 21 spotkań. Jego największym sukcesem był wyjazd na igrzyska olimpijskie, rozgrywane w 1936 w Berlinie. Zagrał we wszystkich czterech spotkaniach turnieju. Po zwycięstwach nad Węgrami i Wielką Brytanią Polska musiała uznać w półfinale wyższość Austrii, przegrywając 1:3. W meczu o trzecie miejsce Spirydion wyprowadził drużynę z opaską kapitana na ramieniu, jednak szczęście nam nie dopisało. Brąz zdobyli Norwegowie wygrywając z nami 3:2, a Polska wracała do domu tylko, albo aż, z czwartym miejscem. Sporo pretensji po tym turnieju skierowanych zostało właśnie ku osobie Albańskiego. Twierdzono, że gdyby bronił jak z Austrią w Warszawie czy Rumunią w Bukareszcie (Stanisław Mielech, niegdyś reprezentacyjny napastnik, powiedział, że Spirydion bronił wtedy bezbłędnie), Polska mogłaby wywieźć nawet złoto. Kolejną cechą tego zawodnika, która zapewne was zaintryguje, jest jego wzrost. Gdybyśmy dzisiaj usłyszeli, że bramkarz ma 176 centymetrów, powiedzielibyśmy śmiało „niski, co on chce zdziałać między słupkami?”. Jest jednak na to proste wyjaśnienie, którego udzielił Robert Gawkowski. Wzrost? 1,76. Niski? Błąd! Dlatego, że średnia wzrostu podwyższyła się o kilkanaście centymetrów. Kiedyś oceniałem jedną z drużyn lwowskich czy krakowskich. Pisano o niej „niezwykle rosła drużyna, przeciętna wzrostu nawet ponad 170”. Niezwykle rosła drużyna i 170 cm? Dzisiaj to liliputy. Wystarczy spojrzeć na statystykę. Napastnik wysoki, 168 cm. Ludzie byli niżsi, bramkarz mający 176 cm był uważany za słusznego wzrostu faceta. Wtedy to był naprawdę wysoki człowiek, ze świetnym refleksem. Spirydion był wierny Pogoni. Od 1936 roku stał się jej kapitanem. W ciągu 11 lat opuścił tylko 5 spotkań! Łącznie rozegrał ich w barwach lwowskiego klubu 234. Był prawdziwym człowiekiem ze stali, kontuzje omijały go szerokim łukiem. Rozegrał nieprzerwanie 174 mecze, co jest drugim najlepszym wynikiem w historii tych rozgrywek (pierwsze miejsce zajmuje Jerzy Jóźwiak z wynikiem 185 gier).

Wynik ten trzeba bez wątpienia podziwiać, tym bardziej, iż w tamtych czasach piłka była czysto amatorska, choć nie do końca. Piłkarze mogli liczyć na drobne opłaty w postaci deputatów – a to 50 zł, a to zegarek czy żywność. Drużyna, która wygrała mecz, jadła obiad za darmo. Zresztą oprócz doznania urazu zawodnik zawsze mógł się rozchorować, nie dojechać czy po prostu nie dostać zwolnienia z pracy na mecz. Zanim nastał czas wojny, swój ostatni mecz Pogoń Lwów grała na Konwiktorskiej, 20 sierpnia 1939. Lwowiacy przegrali wtedy 1:2. ,,Pierwsza część tego mało emocjonującego spotkania mija bezbramkowo. Wspomnieć trzeba o pięknym strzale Kazimierowicza w poprzeczkę oraz wyróżnić nawrot formy u Albańskiego, broniącego skutecznie.” – Przegląd Sportowy Nr 67, 21 sierpnia 1939

Zespół Pogoni uznawano za jeden z najlepszych w tamtych latach. Lubiany przez wszystkich „Romek” nie wygrał jednak ani razu z nim mistrzostwa. Trzykrotnie święcił tytuł wicemistrza kraju. Przybył do klubu już po fenomenalnym okresie, gdy to w latach 1922-1925 Pogoń czterokrotnie zdobywała mistrzostwo Polski. Gdyby odbyły się rozgrywki z 1924 roku, przerwane przez igrzyska olimpijskie, zapewne miałaby pięć tytułów z rzędu! Już w tydzień po powrocie z Warszawy rozpętała się wojna. Potem nastąpił okres okupacji radzieckiej, który jednak nie doświadczył zawodników aż tak bardzo, jak mogło by się wydawać. Jak większość piłkarzy ze Lwowa, Spirydion grał w Dynamie czy Spartaku Lwów. Do grona tych zawodników zaliczał się późniejszy najlepszy trener XX wieku Kazimierz Górski. W 1940 Albański grał, mając już 33 lata, co było dość rzadkim przypadkiem. W owych czasach piłkarze o wiele wcześniej kończyli karierę, niż dziś. Dziś uważa się, że trzydzieści parę lat to najlepszy okres dla bramkarza. Jednak w tamtych czasach 35 urodziny oznaczały już schyłek kariery. Co pisał o nim Kazimierz Górski? Kiedy Kazimierz zaczynał swoją przygodę z piłką, to Spirydion zaczynał być już sławny. Podobno we Lwowie każdy chciał być Spirydionem Albańskim. Nawet ci, którzy grali jako napastnicy– Robert Gawkowski.

Po wojnie, jak większość lwowiaków „Spirytus”, przeniósł się na ziemie zachodnie. Najpierw do Rzeszowa, gdzie rozegrał kilka spotkań w barwach tamtejszej Resovii, a potem do Katowic, gdzie został na stałe. Po wojnie pracował w Instytucie Górnictwa. Próbował również swoich sił jako trener piłkarski. Początkowo był asystentem Ryszarda Koncewicza w Ruchu Chorzów jako „instruktor”, czyli formalnie drugi trener. W tym okresie świętował zdobycie pierwszego mistrzostwa w swojej karierze szkoleniowca. Był to sezon, w którym tytuł mistrza Polski otrzymywał, na wzór radziecki, nie mistrz ligi, a zdobywca Pucharu Polski, a w nim to Ruch Chorzów okazał się lepszym od Wisły Kraków. Warunki przedmeczowe nie były sprzyjające. W jednej z gazet Spirydion wypowiedział się na ten temat tak: ,,Warszawa przyjęła nas niezbyt gościnnie, ulokowano zawodników w brudnych, zapuszczonych pomieszczeniach.” Pomimo przeciwności, jakie postawiła im Sekcja Piłki Nożnej GKKF, która miała zająć się kwaterunkiem graczy, Ruch wygrał swój mecz 2:0 po bramkach Henryka Alszera i Jana Przecherki. Później „Spirytus” obejmował lokalne kluby typu Pogoń Katowice, Unia Strzemieszyce czy Zagłębianka Dąbrowa Górnicza. Na początku lat pięćdziesiątych był także sędzią na poziomie II ligi. Znamiennym dla czasów PRL było łatwe zapominanie o przedwojennych sportowcach. W tym okresie więcej pisano o sportowcach radzieckich czy czechosłowackich niż o polskich. W większości książek, które nawiązują do tamtych czasów, Albański figuruje jedynie jako jeszcze jedno nazwisko. Spirydion zmarł w 1992 roku w wieku 84 lat. Dziewięć miesięcy później odeszła jego żona Eustachia. 22 lata temu bramkarz Spirydion Albański został pochowany na cmentarzu przy ulicy Francuskiej w Katowicach ale dziś zdaje się, już nikt o tym nie pamięta a przecież to jedna z najciekawszych postaci naszego futbolu. Lwowiak, wychowanek tamtejszej Pogoni, 18 razy zagrał w reprezentacji Polski, wystąpił na olimpiadzie w Berlinie. Obdarzony świetnym refleksem był trochę zbyt szczupły (jak pisze encyklopedia FUJI, trzykrotnie stawał przed komisją poborową i trzykrotnie był zwalniany z powodu niedowagi. Był nawet okres, kiedy ważył mniej niż 50 kg!). Na Śląsk przyjechał z jednym kuferkiem w 1945 roku i został tu już do końca życia. Przez rok bronił w katowickiej Pogoni. Potem został trenerem. – Paweł Czado, dziennikarz Gazety Wyborczej Katowice, wydanie z 06.07.2002.

Przez wiele lat grób Albańskich był zaniedbany – nikt się nim nie opiekował. Postanowili to zmienić członkowie Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Katowicach i Zabrzu. Z pomocą przyszedł Zbigniew Boniek i wiele innych osób. Po renowacji grobu, przy okazji turnieju Ernesta Pohla, młodzi piłkarze reaktywowanej w 2009 roku Pogoni Lwów złożyli kwiaty i proporczyk na grobie Spirydiona. Piękny gest. Bo przecież o takich sportowcach jak on nie można zapomnieć.

5

Jeszcze jedna zaległość z wczorajszego dnia.

Zapomniane legendy polskiego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):

@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

2

@Safrani Również ślicznie dziękuje i gorąco pozdrawiam :)

1

@FcPortoFan1999 No jeśli tak mówisz i jest to szczera prawda, to jest mi niezmiernie miło :) Dziękuje ślicznie.

13

Witam ponownie po dwóch dniach kary nałożonej przez rządzących. Wiem że nikt za mną nie tęsknił ale mimo to chciałbym nadrobić nieco zaległości historyczne:

To był spektakl jednego aktora:

4 października 2008 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Atletico Madryt 6:1 w ramach 6 kolejki La Liga. W pierwszym sezonie pracy Guardioli nie warto było spóźniać się na żaden z meczów, czego najlepszym przykładem jest potyczka z Atletico. Futbol Barçy był totalny, gole strzelali nie tylko napastnicy ale również i obrońcy(przykładem Marquez, który strzelił gola w 3 minucie tego meczu). Widzowie, którzy weszli na stadion, bądź włączyli odbiorniki w 10 minucie meczu nie zobaczyli 3 goli gospodarzy i pierwszego gola Messiego z rzutu wolnego w karierze, w dodatku nietypowego, gdyż zdobytego w momencie gdy bramkarz gości ustawiał mur. Opuszczenie pierwszej połowy meczu odbierało właściwie sens oglądania drugiej, ponieważ Blaugrana zrezygnowała po przerwie z przygniatającego pressingu. FC Barcelona z reguły pilnowała już wysokiego prowadzenia, podając w nieskończoność piłke, której przeciwnik nie był w stanie przejąć i dobijała rywali kolejnymi golami.

Miło wspomnieć:





Nieco zapomniane legendy futbolu:

4 października 1955 r. urodził się Jorge Alberto Francisco Valdano Castellanos, były argentyńsko-hiszpański piłkarz i trener, administrator Realu Madryt. Był krępym napastnikiem (188 cm) obdarzonym dużymi umiejętnościami technicznymi. Przybył do Hiszpanii bez większego hałasu i powoli zrobił dla siebie miejsce wśród najlepszych. Real Madryt był ostatnim etapem jego kariery jako piłkarza i pierwszym jako trener i działacz klubowy. Historia Valdano to historia Madridista. W wieku 16 lat Jorge dołączył do młodzieżowych drużyn Newell's Old Boys w rodzinnej Argentynie i zadebiutował w pierwszej drużynie, gdy miał 18 lat. Zdominował grę w powietrzu, ale wyróżniał się także mobilnością i wykorzystaniem obu nóg. Jego umiejętności wzbudziły zainteresowanie menedżerem Deportivo Alavés, legendarnym kapitanem Madrytu José María Zárraga, który podpisał z nim kontrakt w 1975 roku. Jego dobre występy w czterech sezonach z klubem z Vitorii otworzyły drzwi Saragossy a stamtąd podpisał kontrakt z Realem Madryt w 1984 roku. Valdano udowodnił, że jest odpowiednim partnerem dla „Quinta del Buitre”, która właśnie awansowała do pierwszego zespołu. Z ,,Los Blancos” zdobył cztery tytuły, w tym jedyne dwa tytuły Pucharu UEFA w klubowej sali trofeów.

Na początku 1987 roku zdiagnozowano u niego zapalenie wątroby typu B, co doprowadziło do jego wycofania się z futbolu pod koniec tego samego sezonu. Do tego czasu utrzymywał dobrą średnią strzelonych bramek z Realem Madryt (40 bramek w 80 meczach La Liga). Rok wcześniej został również Mistrzem Świata z Argentyną. Skutki tej choroby i surowość leczenia były nie do pogodzenia z zawodowym sportem. Po przejściu na emeryturę nadal był związany z klubem. Najpierw trenował drużynę Under-19, a po poprowadzeniu skromnej Teneryfy do europejskich rozgrywek objął w 1994 roku dowództwo nad pierwszą drużyną. Valdano spełnił swój cel, jakim było zbudowanie zwycięskiej drużyny nastawionej na ataki z własną tożsamością. Drużyna znakomicie zdobyła tytuł La Liga w sezonie 1994/95. W tamtym sezonie zadebiutował Raúl w wieku 17 lat. Po zakończeniu kariery trenerskiej przeszedł do administracji, gdzie zajmował stanowiska Dyrektora Generalnego ds. Sportu Realu Madryt a później Dyrektora Generalnego Prezydencji.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11

1

@FCBparasiempre Chciałem edytować ale było już za późno. Otóż sprostowanie: Rewanż z FC Metz był rozgrywany w 1984 roku. W którejś z moich książek wkradł się błąd za co najmocniej przepraszam!

8

,,Raz na tysiąc lat”?

3 października 1983 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:4 z FC Metz w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. Barça Terry’ego Venablesa w pierwszym sezonie wszystko robiła efektownie. W La Liga wygrywała wszystkie mecze a w Pucharze Zdobywców Pucharów odpadła z rozgrywek w równie ,,efektowny” sposób. Po zwycięstwie w Metz 2:4 droga do awansu wydawała się otwarta, zwłaszcza że w 33 minucie meczu rewanżowego Blaugrana objęła prowadzenie. W dotychczasowych 4 meczach ligowych Katalończycy dali sobie strzelić tylko jednego gola. W takiej sytuacji strata 4 goli u siebie, potrzebnych przeciętnej francuskiej drużynie do awansu, wydawała się niemożliwa. Barça stosowała w tym meczu taktykę wymuszania spalonych wymyśloną przez Menottiego, polegającą na ustawianiu wysuniętej linii obrony, co Metz wykorzystało dwukrotnie w ciągu 2 minut, jeszcze w pierwszej połowie. W przerwie meczu nawet prezydent Metz nie wierzył w niespodziankę: ,,Sanchez(gracz Barçy, zdobywca samobójczego gola) dał nam prezent ale potrzebujemy jeszcze kilku aby zrekompensować nasze cztery podarunki z pierwszego meczu”. W drugiej połowie kolejne niemal identyczne zagrania za plecy stoperów zakończyły się trzecią i czwartą decydującą bramką dla gości . Wiceprezydent Joan Gaspart nie przebierał w słowach: ,,Proszę mnie nie pytać o naszych zawodników, bo mogę powiedzieć coś obraźliwego. Takie rzeczy dzieją się raz na tysiąc lat!”.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

8

@FCBparasiempre
2 października 1935 r. urodził się Omar Sivori, argentyński pomocnik i napastnik, Zdobywca Copa America-1957 ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ z 1961 roku oraz 3-krotny Mistrz Włoch. Z Argentyny do Włoch kilka tysięcy kilometrów. Kiedy jednak zajrzeć do kronik "calcio" można dojść do wniosku, że oba kraje dzieli miedza a w dodatku przechodzić można wyłącznie w jedną stronę, z Argentyny do Italii. Orsi, Monti, Libonatti, Demaria, Montuori, Cesarini, Lojacano, Ricagni, Angelillo, Maschio, Martino, Peasaola, Pucirelli czy Scopelli, to tylko nieliczni z najwybitniejszych graczy, którzy przywędrowali z Argentyny na Półwysep Apeniński. Jedni przyjechali do Europy pragnąc znaleźć się w kraju swoich przodków, drugich skusiła wizja solidnych zarobków. I chyba nie będziemy w błędzie twierdząc, iż ten drugi aspekt miał istotniejsze znaczenie, bowiem Argentyńczycy pojawili się również w Hiszpanii (di Stefano) czy Francji. Zbliżonym szlakiem podążył najlepszy piłkarz Europy 1961 roku, Omar Sivori. Urodził się w San Nicolas, kilkunastotysięcznym mieście w prowincji Buenos Aires, nad Paraną. W przeciwieństwie do wielu sławnych piłkarzy, których biografie rozpisano niemal na dni, od czasów chłopięcych począwszy, niewiele wiemy o początkach jego przygody z futbolem. Dopiero jako siedemnastolatka, identyfikuje go nam River Plate, chociaż wedle innych źródeł grę w tym klubie rozpoczął mając dziewiętnaście lat. Zresztą rozbieżności w interpretacji argentyńskiego fragmentu życiorysu Sivoriego, bez liku. Pozostaje wszak niepodważalne, iż w 1955 roku był już gwiazdą River. Miał szczęście doskonalić swój talent u boku takich znakomitości jak Labruna, Loustau czy Nestor Rossi. Ale rychło uczeń przerósł mistrzów. Oto w 1955 i 1956 roku Omar Sivori był najskuteczniejszym zawodnikiem "milionerów". Wprawdzie jego osiągnięcia: 10 i 11 bramek, wyglądają dosyć skromnie przy zdobyczach Labruny, Ferreyry, Moreno, Artime, Masa czy Morete, ale przecież "ważyły swoje". Nieprzeciętny talent zjednał mu uznanie opiekunów reprezentacji, budujących kadrę na mistrzostwa świata w Szwecji. Nazwisko Sivoriego znajdujemy w składzie drużyny narodowej, która triumfowała w XXV Mistrzostwach Ameryki Południowej, rozgrywanych na peruwiańskich boiskach w 1957 roku. Doskonale spisywała się w Peru środkowa trójka napadu: Maschio, Angelillo, Sivori. Jednak nadzieje Argentyńczyków na zmontowanie silnej reprezentacji prysnęły niczym bańka mydlana. Angelillo znalazł się w Interze, Maschio w Bolonii, zaś Sivori - za 180 milionów lirów - w Juventusie! Argentyński Związek Piłkarski (AFA) uznał, że "synowie marnotrawni" niegodni są występów w MŚ. Trener Guillermo Stabile, "król strzelców" I światowego championatu, musiał z nich zrezygnować. Wejście Sivoriego do Juventusu okazało się imponujące. Wraz z Walijczykiem Charlesem stworzył wyśmienity tandem, wspomagany przez Włocha Bonipertiego. W sezonie 1957/58 turyńczycy sięgnęli po prymat z przewagą ośmiu punktów nad Fiorentiną. Charles z 29 golami wygrał rywalizację strzelców, Sivori zajął w tej konkurencji trzecią pozycję z 22 trafieniami. W 1960 i 1961 Juventus znów był najlepszy we Włoszech, a prym w drużynie nadal wiodła trójka: Charles, Sivori i Boniperti, lecz w dorobku bramkowych Argentyńczyk zdecydowanie przodował. Zwyciężył w konkurencji "kanonierów" ligi w 1960 - 27 bramek, w następnym był drugi - 25, zaś w 1963 trzeci - 16. W tym czasie zespołowi, finansowanemu przez koncern "Fiata", dwukrotnie przypadł Puchar Italii. Sivori grał w Juventusie przez osiem sezonów, potem jeszcze cztery - do 1969 - w Napoli. Podczas występów na włoskich stadionach zdążył strzelić 188 goli, co dało mu eksponowaną lokatę wśród najskuteczniejszych zawodników historii "calcio". Swoją grą w turyńskiej armadzie zyskał europejską sławę. Synonim niedoścignionego kunsztu technicznego - pisano - czarował publiczność i fachowców niepowtarzalnym dryblingiem, bajecznym panowaniem nad piłką, instynktem rasowego strzelca. Wielka ruchliwość, iście południowy temperament oraz wyjątkowa zwinność, sprawiły iż przylgnął doń przydomek: "Scioattolo della Juve" (wiewiórka z Juve).

Gdzie indziej charakteryzowano odmienne oblicze piłkarza: " Sivori był przez parę ładnych lat bożyszczem włoskich kibiców, nie tylko ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie, lecz również z powodu malowniczego sposobu zachowywania się na boisku. Niemal w każdym meczu popadał w konflikt z sędzią a raz dopuścił nawet do bójki z trenerem drużyny... rywali. Charakter miał ogromnie wybuchowy. Pewien dziennikarz nazwał go aniołem i demonem "calcio". Omar Sivori lubił też popisywać się nieprawdopodobnymi sztuczkami. W czasach występów w Argentynie doprowadził do rozpaczy Chilijczyków. Otrzymawszy piłkę wpadł w istny trans. Minął w niewiarygodnym pląsie szesnastu (!) atakujących go przeciwników i by nie pozostawić wątpliwości, że jest panem sytuacji, uwieńczył "kiwkę" bramką. Ponoć do dziś mówi się o tym trafieniu - "gol Ameryki". Albo trenując w Juventusie przepadał za "przekomarzaniem" się z Charlesem. Kiedyś 20 razy zagrał mu piłkę między nogami co w piłkarski żargonie zowie się "założeniem siatki", innym razem przez godzinę podbijał nogą piłeczkę... ping-pongową, wygrywając zakład z Walijczykiem.Po trzech latach pobytu na Półwyspie Apenińskim, otrzymał obywatelstwo włoskie i mógł kandydować do reprezentacji Italii. Zadebiutował w niej potyczką z Irlandią Północną, 25 kwietnia 1961, strzelając jedną z trzech (3:2) bramek. 15 czerwca, na stadionie Comunale we Florencji gościli Argentyńczycy. Włosi zdeklasowali przybyszów 4:1, a dwoma trafieniami popisał się "oriundi" - Sivori. Ale prawdziwy koncert zaprezentował w eliminacyjnym spotkaniu mistrzostw świata z Izraelem (6:0), czterokrotnie pokonując bramkarza Hodorova. Ciekawe, że partnerował mu w ataku... Angelillo (Roma) a w następnym meczu, w maju 1962 roku z Francją... Maschio (Atalanta). Przyjaciele z reprezentacji Argentyny spotkali się w teamie Italii! "Wiewiórka z Juve" pojechała na MŚ do Chile, ale popisywała się tylko w meczach z RFN (0:0) i Szwajcarią (3:0). Dalszych okazji nie było, ponieważ po przegranej z Chile Włosi zostali wyeliminowani z turnieju. Gra przeciw Szwajcarom - 7 czerwca 1962 roku - stała się zarazem ostatnią, dziewiątą w reprezentacji Włoch. Wcześniej, 26-letni Sivori odniósł ogromny sukces. Oto wychowanek River Plate, zawodnik Juventusu wybrany został piłkarzem numer 1 Starego kontynentu za 1961 rok, w plebiscycie "France Football". Sivori z 46 punktami wyprzedził Luisa Suareza - 40, Anglika Haynesa - 22, Jaszyna - 21, Puskasa - 16, Di Stefano i Seelera po 13. W ogóle przedziwny był to plebiscyt. Eksperci zgłosili nazwiska aż 43 zawodników, skąd Sivoriemu wystarczyła do zwycięstwa skromna ilość punktów. Ani we wcześniejszych, ani późniejszych wydaniach plebiscytów "FF" pierwszeństwo laureata nie wyglądało tak mało przekonujące. Po kilkunastu latach flirtu z "calcio" i europejskim futbolem, Włoch Omar Enrique Sivori, odnalazł w sobie argentyńską duszę i wrócił do ojczystego kraju. Pracował troche jako przedstawiciel "Fiata", ale przecież bardziej pociągała go piłka. Zajął się tedy botą Argentinos Juniros, lecz w klubie nie działał długo. Wzuwało go wyższe cele. Prowadził najpierw młodzieżówkę, a niebawem powierzono mu ster pierwszej reprezentacji, po rezygnacji Pizuttiego. Sivori zabrał się z pasją do wykonywania nowej funkcji. Przyświecało mu ambitne zadanie - stworzenie zespołu, który awansuje do finału MŚ w RFN i odegra w nich niepoślednią rolę. Odmłodził drużynę i aby ją scementować wyruszył na europejsko-azjatyckie tournee. 14 lutego 1973 na stadionie olimpijskim w Monachium doszło do super sensacji. Team Sivoriego zwyciężył mistrzów Europy, zespół RFN - 3:2. "Argentyna będzie mistrzem świata!" - miał podobno powiedzieć po tym spotkaniu. Nadeszły eliminacyjne mecze MŚ z Boliwią i Paragwajem, ale też pojawiły się charakterystyczne kłopoty. Koncepcje Sivoriego nie zjednywały mu sympatyków w Argentyńskim Związku Piłki Nożnej. Działacze AFA nie chcieli przystać na propozycję comiesięcznych zgrupowań kadry. Ponadto jego współpracownicy nie zawsze nadążali za tokiem myślenia szefa. Za Sivorim musiał sie nawet ujmować ówczesny prezydent Argentyny - Juan Peron. Głośnym echem odbyła się scysja Sivoriego z Miguelem Ignomierielo. Otóż przed meczem z Boliwią, wysłano tam wcześniej rezerwy by przekonać się jak zawodnicy zareagują na specyficzne warunki - stolica Boliwii leży na wysokości 3800 metrów nad poziomem morza. Drużynie "duchów" towarzyszył Ignomierielo. Kiedy Sivori przybył do La Paz z zasadniczymi siłami, Ignomierielo oświadczył, że powinni wystąpił jego podopieczni. Ostatecznie w zwycięskim 1:0 uczestniczyło tylko czterech zawodników spośród wybrańców Sivoriego. Sukces z Paragwajem (3:1) przypieczętował awans Argentyńczyków do finałów MŚ. "Zrobiłem co do mnie należało - powiedział "directore tecnico" - moja misja skończona. Rezygnuję." Goryczy Sivoriego dopełniły odejścia najlepszych zawodników stworzonego przezeń zespołu do drużyn europejskich, Carnavaliego, Ayali i Gueriniego do Hiszpanii, Bargasa do Francji, partykularne interesy argentyńskich potentatów klubowych. Uznał, iż przy tych przeciwstawnościach nurtująca go wizja - Puchar Świata dla Argentyny! - nie może się ziścić. Kiedy we Frankfurcie n/Menem odbywało się losowanie MŚ a fortuna skojarzyła w jednej grupie Argentynę, Haiti, Włochy i Polskę, nominację na opiekuna "azul y biano" miał w kieszeni Vladislao Cap.

6

8

Pasja milionów:

2 października 1921 r. na Estadio Sportivo Barracas w Buenos Aires, od meczu Argentyna-Brazylia rozpoczęła się 5 edycja turnieju Copa America. W meczu otwarcia Argentyna pokonała Brazylię 1:0 po golu Julio Libonattiego. Wprawdzie w turnieju zabrakło Chilijczyków, których zatrzymały wewnętrzne konflikty i rozdarcia, lecz w ich miejsce pojawił się nowy uczestnik ,,Copy” a mianowicie Paragwaj. Paragwajczycy wprowadzili wiele ożywienia i świeżej krwi w dotychczasowy układ sił. Powszechny podziw budziła ich niezwykła zaciętość i bezgraniczne poświęcenie. Byli oni bardzo szybcy, sprawni i wytrzymali, potrafili również zaimponować walorami, cechującymi wyższą szkołe piłkarskiej jazdy. Kolejnym uczestnikiem turnieju był jak zawsze silny Urugwaj. Wprawdzie zabrakło w ekipie ,,Celestes” legendarnego Gradina i Hectora Scarone, lecz to nie tłumaczy ich sensacyjnej porażki właśnie z Paragwajem 2:1. Paragwajscy Indianie dosłownie zabiegali ,,urusów”. Tak jak i w poprzednich edycjach Copa America, tak i teraz każdy z zespołów grał z każdym po jednym meczu. Gospodarze nie przegapili życiowej szansy, wygrywając wszystkie 3 spotkania, w tym ostatnie(de facto finałowe) z Urugwajem 1:0, jednocześnie sięgając po pierwsze w historii trofeum Copa America. Argentyna długo i namiętnie napawała się pierwszym w historii tryumfem. Co prawda najlepszym zawodnikiem turnieju wybrano Argentyńskiego bramkarza Tresoriere, to wypada również wspomnieć o jednej z pierwszych w historii ,,Albicelestes” gwiazd a mianowicie o napastniku Julio Libonattim. W tym turnieju był nie do zatrzymania, niczym zaprogramowana maszyna, w każdym meczu strzelając akurat tego decydującego gola, co dało mu tytuł ,,goleadora” turnieju z dorobkiem 3 goli. Nie zapominajmy też, że Libonatti był pierwszym w historii tzw. ,,oriundi”, który wyjechał do Włoch by grać dla słonecznej Italii i AC Torino.



@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

7

Legendy, nie tylko Widzewa:

2 października 1955 r. w Gdyni urodził się Mirosław Tłokiński, występujący na pozycji napastnika, jak i obrońcy-stopera. Karierę zawodniczą rozpoczął we Flocie Gdynia (1969–1973). W latach 1973–1975 występował w Arce Gdynia. Następnie reprezentował barwy Lechii Gdańsk (w sezonie 1975/1976), Widzewa Łódź (w latach 1976–1983), RC Lens (1983–1985), CS Chênois (1985–1987), Vevey Sports (1987–1988), Stade Rennais FC (1988–1989), FC Onex (1990–1993) i Urania Genève Sport (1993). Największym sukcesem w karierze Tłokińskiego był awans z drużyną Widzewa Łódź do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Klubowych (1982/1983, obecnie Liga Mistrzów UEFA) a także dwukrotne zdobycie z tą drużyną mistrzostwa Polski (1981 i 1982) oraz zdobycie w 1983 roku tytułu króla strzelców polskiej ekstraklasy.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

1

@Kazragore Owszem ale nie w systemie ligowym. Chodziło mi wyłącznie o lige...

9

,,Biała gwiazda” jako pierwsza w historii:

2 października 1927 r. Wisła Kraków pokonuje u siebie Polonie Warszawa 7:1(!) w pierwszych w historii rozgrywkach ligowych w Polsce i tym samym zostaje pierwszym mistrzem tychże rozgrywek. Po pierwszej październikowej kolejce Wisła miała aż 10 punktów przewagi nad swoim najgroźniejszym rywalem, drużyną 1.FC Katowice, która w czterech ostatnich meczach mogła zdobyć co najwyżej 8 punktów. Mistrzostwo Polski wywalczone przez Wisłę najbardziej bolało kibiców ze Lwowa. Ich Pogoń była bowiem najlepszą polską drużyną w latach 1922-1926 i uchodziła za faworyta rozgrywek. Nie wystarczyło pokonanie Wisły ani we Lwowie(4:1), ani w Krakowie(2:0) i koniec końców to właśnie ,,Biała Gwiazda” sięgnęła po historyczny triumf.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

1

@Stinger_ No jakoś ciężko mi w to uwierzyć z tą Ligą Mistrzów no ale czas nas zweryfikuje...

1

@Stinger_ Powiem tak: Znak czy nie nie znak ale nawet po transferze Sczęsnego absolutnie nie wierze w zdobycie Ligi Mistrzów i nie postawiłbym na to złamanego grosza! Według mnie mamy niedostateczną jakość w każdej formacji aby sięgać po to trofeum. Natomiast jeśli chodzi o mistrzostwo Hiszpanii i Puchar Króla, to już jak najbardziej bym na to stawiał...

4

Kto by się tego spodziewał jeszcze 3 tygodnie temu że drugi Polak w historii zawita do ,,naszego" klubu? Historia pisze się na naszych oczach. Pytanie tylko czy nasi dwaj weterani zapiszą tą historie konkretnymi sukcesami...?

1

@Stinger_ Z tym musi to się nie zgodze! Ponoć musi to na Rusi! Może dać ale wcale nie musi. Naprawde wierzysz w to że będzie tryplet?

9

Oficjalny debiut ,,Tarzana”:

2 października 1999 r. Carles Puyol zadebiutował w meczu o punkty. Premierowy występ w pierwszej drużynie zaliczył przeciwko Realowi Valladolid na Estadio Nuevo Zorria. Wszedł w drugiej połowie za Simão Sabrose i był obok Kluiverta najlepszy na boisku. Właściwie było to spotkanie bez historii, w którym Barça pewnie zwyciężyła 2:0. Tydzień później wobec absencji Franka de Boera i Bogarde(który w meczu z Valladolid został ukarany czerwoną kartką), Puyol pojawił się na boisku jako pierwszy rezerwowy w El Clasico i również tym razem należał do najlepszych graczy na placu. W ten sposób na stałe wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

0

A co ta Borussia wyczynia z Celtikiem? Na jakiś rekord idą? 8:4?

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?