FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Po pierwszy awans na mundial:
10 października 1937 r. Polska pokonała Jugosławie 4:0. Polacy, aby uzyskać przywilej gry na francuskich mistrzostwach, musieli wyeliminować bardzo poważnego rywala, Jugosławię. Kiedy w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 roku we Francji reprezentacja Polski trafiła na Jugosławię, nastroje w naszym obozie nie były najlepsze. Wszyscy doskonale pamiętali lanie, jakie otrzymaliśmy od tego zespołu w 1936 r. Warto przypomnieć, że Jugosłowianie wygrali wtedy w Belgradzie z naszą reprezentacją aż 9:3! Trzeba też pamiętać, że oni grali już na turnieju rangi mistrzowskiej w 1930 r. i to z powodzeniem, gdyż odpadli tam przecież dopiero w półfinale po porażce z późniejszym mistrzem Urugwajem, a w fazie grupowej byli lepsi od wielkich Brazylijczyków, pokonując ich 2:1. A wiadomo, że jeśli jakaś drużyna pokonuje Brazylię na turnieju o mistrzostwo świata, to trzeba ją traktować poważnie, bo nie są to(jak dziś byśmy powiedzieli) ogórki. Okazało się jednak, że te wszystkie obawy były niesłuszne i już pierwszy mecz praktycznie zdecydował o tym, że do Francji pojedzie Polska. Mecz rozegrano 10 października 1937 roku na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie. Spotkanie na żywo oglądało dwadzieścia tysięcy ludzi. Polacy zdecydowanie w tym meczu dominowali i odprawili rywala z wynikiem 4:0, choć „Przegląd Sportowy” relacjonował, że najbardziej sprawiedliwym wynikiem byłoby 6:0. Strzelanie rozpoczął już w drugiej minucie gry Leonard Piątek z AKS Chorzów, ligowego przeciętniaka. Tegoż Piątka śmiało możemy nazwać bohaterem tamtego meczu, ponieważ jeszcze w pierwszej połowie zdobył drugiego gola. Ówczesny wicekról strzelców pierwszej ligi spisał się więc na medal. Bramkę strzelił także jego klubowy kolega Jerzy Wostal a na 4:0 podwyższył niezawodny Ernest Wilimowski z innej chorzowskiej drużyny, Ruchu. Co prawda kwietniowy rewanż w Belgradzie Polacy przegrali 1:0 ale to Białoczerwoni zadebiutowali na mundialu we Francji.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
9
O tym się pisze, o tym się wspomina:
10 października 1984 r. Johan Cruijff oznajmił: ,,Zostanę sekretarzem technicznym FC Barcelony jak odejdzie Nuñez”. Cruijff w owym czasie powrócił do Barcelony aby rozegrać mecz pożegnalny Quiniego. To samo uczynił, gdy karierę w klubie z Katalonii kończył kilka miesięcy wcześniej Hugo Sotil. Na oba mecze nie został zaproszony Diego Maradona. W pierwszym przypadku zakazał tego Komitet Rozgrywek po wydarzeniach w finałowym meczu Pucharu Króla z Athletic Bilbao. W drugim natomiast przypadku zabroniła tego sama FC Barcelona. ,,To absurdalne że nie chcą aby Maradona zagrał w tak szczególnym meczu. Nie dziwi mnie że dzieją się tu takie rzeczy. Mając do czynienia z ludźmi, którzy rządzą teraz w Barcelonie można oczekiwać wszystkiego. Jaką winę w całej sytuacji ponosi Quini?”- podsumował Cruijff, który zagrał na innej pozycji niż zwykle. ,,Od dawna nie grałem całego spotkania a w wieku 37 lat pozycja libero pozwala na dobrą gre przy mniejszym zmęczeniu”. Na pytanie dotyczące gry Blaugrany pod wodzą Terry’ego Venablesa Holender nie miał wiele do powiedzenia: ,, Wiem że są liderem bez straty punktów. Co do gry, mogę się jedynie wypowiedzieć na podstawie ostatniego meczu. Mówią mi jedynie że gra nie jest spektakularna ale bardzo efektywna”. Najciekawsza była wypowiedź Cruijjfa na temat jego pracy w FC Barcelonie w przyszłości: ,,Nie jest to mój jedyny cel na poziomie sportowym ale byłoby absurdem gdybym powiedział że o tym nie myślę. Musi jednak minąć jeszcze trochę czasu. Dopóki on(Nuñez) rządzi, nie pojawię się tutaj. Nie jesteśmy wrogami, lecz mamy zgoła różne opinie na temat futbolu. On chce wszystko kontrolować a ja uważam iż zarząd powinien zajmować się tym, co należy do zarządu a nie sprawami czysto sportowymi”.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
9 października 1962 r. urodził się Jorge Luis Burruchaga. Grał zarówno jako ofensywny pomocnik, jak i napastnik. Zasłynął ze strzelenia zwycięskiego gola w finale Mistrzostw Świata Mexico 1986. Burruchaga zaczął grać w 1980 roku w Arsenalu de Sarandí w ówczesnej drugiej lidze Argentyny. Następnie został kupiony przez Independiente w 1982 roku i zadebiutował w zwycięskim meczu z Estudiantes de La Plata 12 lutego. Był częścią zespołu, który wygrał Metropolitano 1983, Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1984. Następnie został zakontraktowany do francuskiej drużyny Nantes, gdzie grał przez siedem lat. Grał także rok dla Valenciennes, gdzie brał udział w skandalu przekupstwa, w którym mistrz Francji i Europy Olympique de Marseille „kupił” ligowe zwycięstwo 1:0 w Valenciennes 20 maja 1993 roku. Marsylijski pomocnik Jean-Jacques Eydelie i dyrektor generalny klubu, Jean-Pierre Bernes, zaoferował mu pieniądze za przeprowadzenie meczu, Burruchaga powiedział, że się zgodzi ale potem zmienił zdanie. Został następnie skazany na sześć miesięcy w zawieszeniu, kiedy ogłoszono wyrok 15 maja 1995 r. Wrócił do Argentyny na swój ostatni okres w Independiente, kiedy wygrał Supercopa Sudamericana i Recopa Sudamericana, oba w 1995 roku. Kariere piłkarza zakończył 10 kwietnia 1998 roku w meczu z Vélezem Sársfieldem.
Burruchaga był częścią zespołu, który wygrał Mistrzostwa Świata Mexico 1986, strzelając dwa gole, w tym gola, który dał Argentynie zwycięstwo 3-2 z RFN w finale mundialu. Brał także udział we wszystkich meczach argentyńskich na Mistrzostwach Świata 1990 i strzelił jednego gola w turnieju. Strzelił w sumie 13 goli dla Argentyny w 59 meczach w latach 1983-1990. Burruchaga trenował Arsenal de Sarandí od momentu jego przybycia do pierwszej ligi w 2002 roku i udało mu się utrzymać drużynę z dala od dna tabeli. Na sezon 2005-06 podpisał kontrakt z Estudiantes de La Plata. W maju 2006 przeniósł się do Independiente i zrezygnował w kwietniu 2007. Zarządzał również Banfield od 2008 do 2009. 5 maja 2009 roku Burruchaga powrócił do Arsenalu de Sarandí ale zrezygnował w 2010 roku. Od 2011 roku zarządzał Paragwajskim klubem Libertad. Od 2012 do czerwca 2014 roku zarządzał Atletico Rafaela w argentyńskiej Primera Division. W 2015 roku Burruchaga powrócił do Rafaeli w swoim drugim okresie jako trener. Rok później został trenerem Sarmiento de Junin.
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
13
Czy wiecie że:
Dokładnie 12 lat temu ,,El Mundo Deportivo” zaprezentowało video z faulami Pepe. ,,Zamknij się Pepe”- grzmiała z okładki gazeta Katalońska. To odpowiedź na słowa Portugalczyka o tym że piłkarze Blaugrany są teatralni w swoich reakcjach. ,,Moglibyśmy zrobić video ze wszystkimi faulami Pepe”- odpowiedział trener Francesc Vilanova. Na spełnienie ,,życzenia” szkoleniowca nie trzeba było długo czekać. Na stronie tytułowej kataloński dziennik umieścił zdjęcia z najbardziej brutalnymi zagraniami Pepe: kopnięcie w plecy Casquero(za które dostał 10 meczów kary), faul na Alvesie w półfinale Ligi Mistrzów, czy agresja wobec kilku zawodników Lyonu w tych samych rozgrywkach. Jednocześnie dziennik pokazał teatralne reakcje Pepe z kilku spotkań: rzekome uderzenie w twarz przez Pique(,,Zachowuj się jak profesjonalista”- zareagował arbiter) czy też starcie z Aritzem Adurizem(Casillas ponaglał kolegę: ,,Wstawaj Pepe, wstawaj!”). Portugalczyk krótko skomentował zdjęcia i video na stronie internetowej gazety: ,,Jeżeli czują się dotknięci, to dlatego że prawda w oczy kole”.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Zapomniane legendy futbolu:
8 października 1922 r. urodził się Nils Erik Liedholm, szwedzki pomocnik oraz napastnik. Nazywany „Baronem” uważany jest za jednego z najwybitniejszych europejskich piłkarzy wszechczasów. Karierę rozpoczynał w drużynie swojego rodzinnego miasta, zanim dołączył do Norrkoeping w 1946 roku. Do Włoch przybył w 1949 roku z zamiarem gry w Milanie, drużynie, w której grał przez 12 sezonów, tworząc wraz ze swoimi rodakami Gunnarem Grenem i Gunnarem Nordhalem słynny „Gre-No-Li”. Jako zawodnik i kapitan drużyny ,,Rossoneri” rozegrał 394 mecze, w których zdobył 89 goli i zdobył 4 tytuły mistrzowskie. Z reprezentacją Szwecji zdobył złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 1948 r. i zajął drugie miejsce w mistrzostwach Świata w 1958 r. Po przejściu na emeryturę w 1961 r. rozpoczął karierę trenerską, zasiadając na ławkach rezerwowych AC Milan, Hellas Verony, Monzy, Varese, Fiorentiny oraz AS Romy.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@misterio No więc właśnie widać na tej stronie tzw. ekspertów od historii ,,naszego" klubu w Primera Division! A przecież bywały jeszcze gorsze sezony, aniżeli ten za Xaviego. No ale cóż, apetyt(po Guardioli) rośnie(i to mocno) w miare jedzenia...
10
Duma Katalonii w Primera Division:
Dokładnie 30 lat temu FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Atletico Madryt 4:3 w 6 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelają: Romario(2), Guardiola oraz Stoiczkow. Po 6 kolejce Blaugrana uplasowała się na 7 lokacie w tabeli zdobywając zaledwie 7 punktów. Był to przedostatni sezon w roli trenera Johana Cruijffa.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Feliz cumpleaños panie Sanchez! Z okazji 66 urodzin.
8 października 1956 r. urodził się Jose Vicente Sanchez. Ten środkowy pomocnik rodem z Barcelony debiutował w pierwszej drużynie w 1975 r. i spędził na Camp Nou aż 11 sezonów, rozgrywając w granatowo-bordowej koszulce ponad 300 meczów, będąc kapitanem Blaugrany. Zdobył z Barçą 9 pucharów, w tym mistrzostwo Hiszpanii oraz dwukrotnie Puchar Zdobywców Pucharów.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@FcPortoFan1999 Właśnie to chciałem od ciebie usłyszeć! Może i nie we wszystkim jesteśmy zgodni ale akurat w tym jesteśmy! Dzięki śliczne i pozdrawiam.
Tutaj dowód że nie oszukiwałem:
0
@FcPortoFan1999 Czyli jednak przyznasz że nie był gorszy od Jaszyna?
0
@FcPortoFan1999 Zaskocze cię! Na równi Jaszyn z Bearą! I choć oboje ich nie widzieliśmy na żywo i pomimo że zdania nie zmienisz to przynajmniej przeczytaj kilka zdań: https://www.fcbarca.com/la-rambla/dyskusja-13754893#comment-13754893
1
@Szalik Rzeczywiście! Ten tekst to akurat gdzieś z internetu ściągnałem i nie zweryfikowałem. Masz racje(dzięki wielkie za sprostowanie), więc stawiasz piwo i kolacje :)
0
@FcPortoFan1999 A ja jednak zestawiłbym ich na równi! To teraz jestem ciekaw jaki według ciebie jest ogólnie najlepszy bramkarz wszechczasów? Osobiście też mam dwóch na równi i raczej nie zgadniesz tych obydwu...
1
@FcPortoFan1999 No już jestem, bo nie miałem czasu. Czy najlepszy czarnoskóry w dziejach? No nie wiem! Mi przychodzi na myśl w tej chwili tylko jeden konkurent a mianowicie Thomas N'Kono i powiem ci szczerze że wcale nie był gorszy od Didy!
A wiem co mówie bo oglądałem go na mundialu Espana 1982
10
Legendy brazylijskiego futbolu:
7 października 1973 roku urodził się Nelson de Jesús Silva, lepiej znany pod pseudonimem „Dida”, zapisał się w historii reprezentacji Brazylii, zdobywając Puchar Świata, a w Cruzeiro zdobywając Wieczną Chwałę. Musiał wyemigrować ze swojego rodzinnego miasta Irará, aby zadebiutować w Esporte Club Vitória de Bahía, mijając kilka ważnych brazylijskich drużyn piłkarskich, takich jak między innymi Cruzeiro, Corinthians, Internacional de Porto Alegre, aby później przenieść swój talent do europejskiej piłki nożnej święcąc triumfy z AC Milan. Dobre występy zaowocowały jego pierwszym zwycięstwem w Pucharze Świata U-20 w Australii w 1993 roku. Bramkarz szybko stał się legendą. Dzięki świetnemu refleksowi, szybkim nogom i cudownym obronom światło reflektorów padło na trajektorię wspaniałego bramkarza. Z reprezentacją Brazylii wystąpił w 3 Pucharach Świata, wygrywając jeden z nich w Korei-Japonii w 2002 roku. Jeden z jego najlepszych momentów miał miejsce podczas CONMEBOL Copa América 1999, kiedy stworzył zespół gwiazd wraz z Rivaldo, Ronaldo, Cafú, Ronaldinho i innymi wielkimi ikonami. Wśród kilku innych tytułów z Brazylią wyróżniają się dwa Puchary Konfederacji zdobyte w latach 1997 i 2005. Złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, Stany Zjednoczone, 1996. W kadrze narodowej seniorów rozegrał 92 mecze. Na poziomie klubowym miał kilka chwil chwały związanych z niezapomnianymi występami, takimi jak ten, w którym zdobył Copa Libertadores w koszulce Cruzeiro w 1997 roku, grając w finale przeciwko Sporting de Cristal (PER), będąc jednym z filarów drużyny. Dida wyróżnia się również tym, że jest jednym z niewielu bramkarzy, który wygrał CONMEBOL Libertadores i Ligę Mistrzów UEFA. Jest także zdobywcą Pucharu Zdobywców Pucharów CONMEBOL oraz dwukrotnym mistrzem Superpucharu Europy i Klubowego Pucharu Świata. Po powrocie do Brazylii, grał w Portuguesa, Gremio i ostatecznie zakończył kariere w Internacional de Porto Alegre w 2016 roku.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Troche inne czasy, inni ludzie i inne podejście...
9
Hattrick ,,Jusko” i hattrick ,,Taty”:
7 października 1997 r. Polska pokonuje na wyjeździe Mołdawie 0:3. Selekcjonerski debiut Janusza Wójcika w meczu o punkty i pierwszy hat-trick w reprezentacji od pamiętnego wyczynu Zbigniewa Bońka w meczu z Belgią na España ‘82. Tyle kibice zapamiętali z przedostatniego występu biało-czerwonych w eliminacjach mistrzostw świata we Francji. Na stadionie w Kiszyniowie błysnęła gwiazda Andrzeja Juskowiaka. Jeden z ulubionych piłkarzy „Wójta”, król strzelców igrzysk w Barcelonie, tego dnia jako jedyny trafiał do bramki.
7 października 2000 roku Polska pokonuje Białoruś 3:1 na starym stadionie Widzewa w Łodzi. W czasach już dawno minionych niegrzeczne dziecko mogło spodziewać się kary w postaci klapsa od jednego z rodziców. Najczęściej kimś takim był ojciec. Nie bez kozery przywołujemy w tym miejscu taką sytuację. W spotkaniu Polski z Białorusią w roli wymierzającego lanie przeciwnikowi, ale też ojca zwycięstwa wystąpił bowiem... „Tato”. Pod tym wdzięcznym pseudonimem kryje się Radosław Kałużny. Pomocnik reprezentacji Polski zaliczył świetny mecz. Wymierzył rywalom trzy potężne razy, po których nie byli w stanie się podnieść. Tak świetnego startu, jaki zanotowała nasza drużyna w eliminacjach MŚ 2002, chyba mało kto się spodziewał. Polacy wygrali drugie spotkanie w stosunku 3:1, mieli na koncie sześć 6 punktów i umocnili się na prowadzeniu w tabeli grupy 5. ,, Najlepszy mecz w życiu? Bez przesady. Grałem przeciętnie, tylko skutecznie”- Radosław Kałużny w wywiadzie dla Sport.pl
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Koncert dwóch gwiazd w El Clasico:
7 października 2012 r. rozegrano El Clasico na Camp Nou w 7 kolejce La Liga zakończone remisem 2:2 po 2 golach Messiego i Cristiano Ronaldo. Podopieczni Jose Mourinho przyjechali na Camp Nou, by zniwelować stratę do Barcelony, która wygrała wszystkie dotychczasowe mecze nowego sezonu. W 23. minucie wyszli na prowadzenie. Cristiano Ronaldo uderzył lewą nogą tak, jakby była to jego ulubiona, prawa. W geście triumfu uciszył kibiców gospodarzy. Niecałe 10 minut później było już 1:1. Barça wyrównała po akcji dla siebie bardzo nietypowej - nieskładnej, szczęśliwej, chaotycznej - którą zakończył Leo Messi. Do przerwy wynik już się nie zmienił. Na początku drugiej połowy w polu karnym Realu miała miejsce jedna z nielicznych kontrowersji tego spotkania. Pepe wyraźnie sfaulował Andresa Iniestę ale sędzia dał Blaugranie tylko rzut rożny. W 61. minucie sędzia już się nie pomylił. Przyznał gospodarzom rzut wolny, który pięknym strzałem na bramkę zamienił Messi. Na odpowiedź Argentyńczyk czekał tylko chwilę. Pięć minut później wyrównał Cristiano Ronaldo. Nikt z dwójki Messi - Ronaldo nie pokusił się o hat-tricka. Najładniejszego i decydującego gola wieczoru mógł strzelić w 88. minucie Martin Montoya, który w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Daniego Alvesa ale trafił w poprzeczkę. To był pierwszy mecz sezonu 2012/13, którego FC Barcelona nie wygrała, lecz ,,Tito” Vilanova raczej nie mógł narzekać ponieważ jego drużyna nadal pozostała liderem i zachowała 8 punktów przewagi nad największym rywalem do tytułu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
1
@tristan87 O mój Boże! Pierwsze słysze! Kiedy umarł?
2
@Safrani Nie zapominam o użytkownikach, którzy mnie doceniają i mają o mnie dobre słowo. No ale z drugiej strony chciałbym zaznaczyć że mam już 10 użytkowników, którym obiecałem oznaczenia, więc będe się starał oznaczać ciebie,jak tylko się da! Ale napewno o tobie nie zapomne!
0
@BISHBASHBOSH Generalnie masz racje, lecz nie w przypadku Ferrana Torresa. Otóż właśnie bardzo dobrze się stało w jego przypadku że doznał kontuzji i nie będzie grał, gdyż wszyscy, na czele z trenerem, w sztabie szkoleniowym są całkowicie ślepi na jego wartość w drużynie. On jest po prostu totalnych patałachem i nie zasługuje na taki klub jak FC Barcelona! Nigdy nie powinien się tu znaleźć!
9
Grande Espectacolo El Clasico!
7 października 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 po dwóch golach Koemana i jednym Salinasa w 6 kolejce Primera Division. Zespół prowadzony przez Johana Cruyffa nie był w dobrym położeniu, ponieważ przegrał trzy z pięciu meczów La Ligi a w spotkaniu z Realem już w siódmej minucie stracił pierwszego gola. Przyczynił się do tego sam Koeman, który faulował Emilio Butragueño w polu karnym a jedenastkę na bramkę zamienił Hugo Sánchez. Nie był to dobry początek w El Clásico nowego obrońcy Blaugrany. Koeman wraz z kolegami potrafił jednak pokazać hart ducha i pojedynek ostatecznie zakończył się sukcesem Katalończyków. Już po kilku minutach od pierwszego gola przyjezdnych, wyrównał Julio Salinas a w drugiej połowie o losach rywalizacji przesądził sam winowajca przy trafieniu rywali. Holender wykorzystał dwa rzuty karne, dając swojemu zespołowi trzy punkty. 26-letni wówczas zawodnik pokazał, że ma nerwy ze stali, zwłaszcza że drugą jedenastkę musiał powtórzyć po wbiegnięciu w pole karne kilku zawodników. Nie pomylił się jednak i zakończył swoje pierwsze El Clásico z dubletem!
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Aktualizacja najlepszych snajperów wszechczasów na poziomie pierwszoligowym(pierwsza 20-tka):
1 J. Bican(Austria) – 607! zdobytych goli
2 C. Ronaldo- 551
3 Messi- 514
4 F. Puskas(Węgry) 508 goli
5 S. Bobek(Jugosławia)- 423
6 I. Schlosser(Węgry) - 417
7 G. Zsengeler(Węgry) - 416
8 Mc Grory(Szkocja) - 410
9 Gerd Müller- 403
10 C. Bianchi(Argentyna) -393
Z. Ibrahimovič 393
11 F. Szusza(Węgry) - 392
12 Luis Suarez(Urugwaj)-391
13 R. Lewandowski -387
14A. De Cleyn(Belgia)- 377
15 Romario - 375
16 G. Nordhal(Szwecja)- 374 (485)
Di Stefano(Argentyna) -374 (406)
17 J. Greaves(Anglia) - 366
H.Gallacher(Szkocja)- 366
18 D. Onnis(Włochy)- 363
19 J. Takacs(Węgry) - 360
20 Hugo Sanchez – 356
0
@KierownikLucas No a przez ile? Całe lato?
1
Z pewnością mecz z Deportivo w Alaves nie będzie spacerkiem ale jeśli Fort, Inigo Martinez a zwłaszcza Pena nie wywinał jakiegoś numeru, to powinniśmy na Mendizorroza wygrać!
Vamos Barca! Vamos a ganar!
0
@KierownikLucas Wolałbym raczej 40 stopni przez 2, 3 tygodnie a później przez cały rok 20 stopni, aniżeli tak jak u nas 0 lub -10 przez całą zime..
3
W Gironie(i nie wykluczone ze w całej Hiszpanii) śliczna pogoda, świeci słońce a u nas 10 stopni i pada deszcz! Ech... nie każdy ma w życiu szczęście...
Ps. Ależ kopanina na Estadio Montilivi! Coraz niższy poziom tej hiszpańskiej piłki niestety...
7
Numerologia:
W latach 1930-2010 Ameryka zdobyła mistrzostwo świata 9 razy a Europa 10. Brazylia sięgnęła po puchar pięciokrotnie a Argentyna i Urugwaj dwukrotnie. Włochy mają cztery tytuły na swoim koncie a Niemcy trzy. Anglicy triumfowali tylko raz, na własnym terenie. Europa miała dwa razy więcej szans na zdobycie prestiżowego trofeum z uwagi na to że w Mistrzostwach Świata zdecydowaną większość zespołów stanowiły reprezentację krajów europejskich. W 19 turniejach Europę reprezentowało 216 ekip a Amerykę 109. Ponadto większość sędziów pochodziła ze starego kontynentu. W odróżnieniu od mistrzostw świata klubowy Puchar Interkontynentalny dawał równe szansę europejskim i amerykańskim drużynom. W konfrontacjach najlepszych klubów świata nieznacznie górą są jedenastki z Ameryki Południowej, podczas gdy zespoły europejskie triumfowały raz mniej(22 do 21). Jeśli chodzi o zaburzoną równowagę sukcesów w mistrzostwach świata, przypadek Wielkiej Brytanii budzi szczególne zdumienie. W dzieciństwie tłumaczono mi że Bóg jest jeden ale ma trzy postacie: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nigdy nie mogłem tego pojąć, tak jak wciąż nie rozumiem, dlaczego jedną Wielką Brytanię tworzą cztery państwa a dajmy na to Hiszpanię czy Szwajcaria, mimo ogromnych różnic narodowościowych, wciąż pozostaje jedna. W każdym razie piłkarski Monopol Europy, który do tej pory kontestowała jedynie Ameryka powoli odchodzi w przeszłość. Do mundialu w 1994 roku FIFA dopuszczała do udziału w turnieju jedną czy dwie ekipy z pozostałych kontynentów ale już od 1998 roku liczba uczestników mistrzostw zwiększyła się z 24 do 32 zespołów. Europa utrzymała wprawdzie swoją niesprawiedliwą przewagę liczbową nad Ameryką ale nie była w stanie zablokować zwiększenia liczby drużyn z czarnej Afryki i krajów położonych na południe od Sahary, prezentujących szybki, radosny futbol. Musiała się też pogodzić z coraz większą konkurencją ze strony Państw Arabskich i Azjatyckich, do niedawna zaledwie biernych obserwatorów wydarzeń rozgrywających się na światowych boiskach.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
2
@AssisMoreira Valencia zagrała w finale z Bayernem Monachium a w składzie Valencii zagrał w pomocy właśnie Gerard Lopez.
8
@FCBparasiempre
6 października 1957 r. urodził się Bruce Grobbelaar. Stara ludowa prawda mówi, że dobry bramkarz powinien być odrobinę szalony. W naszej interpretacji moglibyśmy wyróżnić golkiperów zrównoważonych więc słabych, lekko stukniętych i całkowitych świrów. Osobną kategorię należałoby stworzyć dla Bruce’a Grobbelaara, którego sylwetkę dzisiaj przypominamy. Urodzony w RPA zawodnik to postać co najmniej barwna, nie tylko ze względu na trykoty, które przyodziewał w meczach narodowej reprezentacji Zimbabwe. Cechowały go niepowtarzalny ekscentryzm, zamiłowanie do życia i olbrzymia pewność siebie. To wszystko pozwoliło mu przetrwać trudy pierwszych miesięcy na Anfield. Nim trafił do miasta Beatlesów, grywał w zimbabwejskim Highlanders, południowoafrykańskim Durban City i kanadyjskim Vancouver Whitecaps. Miejsca egzotyczne i prowincjonalne, wobec których jedyną szansą by wypłynąć na szerokie wody, było wypożyczenie do czwartoligowego Crewe Alexandra. Do składu The Railwaymen wkroczył jak po swoje – zachował osiem czystych kont w 24 meczach, a w spotkaniu z York City, choć tylko z karnego, pokonał swojego boiskowego vis-a-vis. Udane występy Zimbabwejczyka, bo sam siebie za takiego uważa, na Gresty Road szybko przykuły uwagę skautów z Liverpoolu. Być może nawet oni sami nie spodziewali się, że pośród półamatorskiej szarzyzny wyłowią taki diament. Urocze lica włodarzy z Merseyside wespół z 250 tys. funtów oczarowały Kanadyjczyków, którzy wciąż posiadali pełne prawa do piłkarza, a transfer został potwierdzony 17 marca 1981 r. Liverpool miał genialny w swojej prostocie plan na rozwój Grobbelaara i, jak to najczęściej bywa, w trybie przyspieszonym tenże prysnął niczym mydlana bańka. Bruce miał zbierać bramkarskie szlify pod okiem Raya Clemence’a – prawdziwego fachmistrza, legendy i ulubieńca The Kop, który w barwach The Reds zdobył wszystko, co się dało i to do kwadratu. Anglik niespodziewanie zdecydował się jednak na transfer do Tottenhamu, pozostawiając młodego padawana samemu sobie. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Nie byłoby sprawiedliwie pierwszych meczów Grobbelaara nazwać słabymi, więc skategoryzujmy je jako małą katastrofę. 24-latek tracił mnóstwo bramek, Liverpool zaś jeszcze więcej punktów. W dużej mierze były to strzały, z którymi nikt na tym poziomie nie powinien mieć najmniejszych problemów. Sprawy w swoje ręce wziął ówczesny menedżer, legendarny Bob Paisley. Mimo stanowczej, surowej wręcz postawy, nie tracił wiary w swojego podopiecznego. W grudniu 1981 r. Liverpool zajmował trzynastą lokatę w ligowej tabeli, tracąc do lidera trzynaście punktów. Napiętą sytuację miał poprawić rozgrywany w Boxing Day mecz z Manchesterem City. Jak na ironię, spotkanie zakończyło się łatwym zwycięstwem The Citizens 3:1, w czym dużą zasługę miał, a jakże, Grobbelaar. Po latach przyznał, że rozczarowany Paisley wziął go po meczu na stronę, pytając dyskretnie, jak ocenia swoje pierwsze pół roku na Anfield. Mogło być nieco lepiej to jedyne, co piłkarz dał radę z siebie wydusić. Szef docenił błyskotliwość tego określenia dorzucając, że jeżeli Bruce nie przestanie popełniać idiotycznych błędów, z powrotem wyląduje w czwartej lidze. Niemal 40 lat później trudno jest zweryfikować, jaki wpływ na formę Zimbabwejczyka miała przytoczona rozmowa. Fakty pozostają jednak faktami – Grobbelaar rósł w oczach, a wraz z nim odżyła cała drużyna. Co prawda bramkarz nie wyzbył się nigdy maniery popełniania gaf, ale udało mu się znacznie ograniczyć ich ilość, a zamiast nałogowo tracić cenne punkty, zaczął je ratować. Opadł kurz, a The Reds z nową gwiazdą między słupkami sięgnęli po mistrzowski tytuł dokładając do tego Puchar Ligi. To drugie osiągnięcie nabrało wymiaru symbolicznego, bowiem w bezpośrednim, finałowym pojedynku Bruce okazał się lepszy od Raya Clemence’a. Dawid poniósł Goliata na tarczy.
Lata mijały, a brzydkie kaczątko przeobraziło się w dorodnego łabędzia. W maju 1984 r. żaden fan Liverpoolu nie wyobrażał sobie, by w bramce miał stanąć ktoś inny. Mocna pozycja w drużynie nie mogła jednak uczynić łatwiejszym wyzwania, jakim był rozgrywany w Rzymie finał Pucharu Europy przeciwko miejscowej AS Romie. Najważniejszy mecz sezonu, ba, kariery, włoski przeciwnik grający na własnym podwórku. Bruce zdawał się jednak nic sobie z tego nie robić. Jako pierwsi wyszliśmy do tunelu i zaczęliśmy śpiewać „I don’t know what it is, but I love it” Chrisa Rea’i. Im dłużej zwlekali rywale, tym my byliśmy głośniejsi. Gdy wyszli z szatni, wyglądali na zszokowanych. Graeme Souness szepnął mi do ucha: „Mamy ich!” – opowiadał. Souness miał rację. Mieli. Spotkanie nie należało do najwybitniejszych – może nie rozczarowało, ale o tym, co działo się w podstawowym czasie gry, nie opowiadano przez dekady. Ot, najzwyklejsze, przeciętne 1:1. Historia dopiero miała się napisać, bowiem po raz pierwszy miano klubowego mistrza Europy zależało od powodzenia w konkursie rzutów karnych. Role się obróciły – to bramkarze znaleźli się w świetle jupiterów, a strzelający stali się tłem. Bruce rozgrywał swój własny mecz. Istnym fenomenem było, że bohaterem został bramkarz, który nie obronił ani jednego strzału. Wygrały proste gierki psychologiczne, po mistrzowsku skonfundował napastników. Przed drugą serią próbował przegryźć siatkę, przed kolejnymi w ekstrawagancki sposób wił się na nogach, co po dziś dzień określane jest jako nogi spaghetti. Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć samemu. Nogi spaghetti były prototypem Dudek Dance, a bramkarze Liverpoolu już na zawsze zostaną zapamiętani ze swoich zachowań na linii bramkowej. Swoje próby zepsuło dwóch piłkarzy Giallorossich, a Grobbelaar, nie po raz ostatni, znalazł się na ustach wszystkich. Gdy zmierzałem w stronę bramki, Joe Fagan objął mnie i powiedział: „Słuchaj, nikt nie będzie Cię winił, jeżeli nie obronisz karnego. Ja, trenerzy, prezes, dyrektorzy, twoi koledzy i kibice. Nikt”. Te słowa dodały mi otuchy, stres wyparował. Na odchodne rzucił jeszcze: „Postaraj się wybić ich z rytmu”. To właśnie zrobiłem, wybiłem z rytmu dwóch reprezentantów Włoch, Bruno Contiego i Francesco Grazianiego – opowiadał bramkarz. To nie musiał być pierwszy tryumf Grobbelaara w Pucharze Europy. W 1981 r., niespełna trzy miesiące po transferze, Bob Paisley zakomunikował mu, że będzie zmiennikiem Raya Clemence’a w finałowym starciu z Realem Madryt. Bramkarz wprawił swojego zwierzchnika w osłupienie komunikując, że miejsce na ławce bardziej należy się doświadczonemu Steve’owi Ogrizoviciowi. Menedżer wyraził zgodę, warunkiem była jednak rozmowa obu bramkarzy, w której Bruce miał we własnej osobie przekazać instrukcje starszemu koledze. Co miał zrobić, to zrobił. Na własne życzenie pozbawił się najłatwiejszego złotego medalu w karierze i cierpliwie czekał na swoją kolej. Mimo altruistycznej postawy i pogodnego nastawienia do życia, nie zawsze żył w przyjacielskich stosunkach z kolegami z zespołu, o czym na własnej skórze przekonał się Steve McManaman. We wrześniu 1993 r., gdy Grobbelaar powinien raczej służyć radą i doświadczeniem, dał o sobie znać wybuchowy temperament Zimbabwejczyka. Bramkarz dwoił się i troił, by uratować choćby punkt na Goodison Park, jednak był to jeden z tych dni, kiedy drużynie nie wychodziło absolutnie nic. Zmasowane ataki Evertonu jeszcze w pierwszej połowie zostały ukoronowane zdobyciem bramki, co wprawiło Bruce’a w prawdziwą furię. Zaczął wściekle wymachiwać rękoma, po czym rzucił się na będącego w pobliżu McManamana. Młody pomocnik usłyszał parę cierpkich słów o zaangażowaniu całej drużyny i wszystko poszłoby w zapomnienie, gdyby skończyło się na perswazji ustnej. Z powództwa bramkarza doszło jednak do rękoczynów, wywiązała się jedna z najsłynniejszych szarpanin między zawodnikami tej samej ekipy w historii angielskiego futbolu. Nie trwało to długo, ale Anglik raczej nigdy później nie wdawał się w dyskusję z bramkarzem The Reds. Kochał takie smaczki. W pewien deszczowy dzień, kiedy The Reds gromili swojego rywala 5:0, pożyczył od kibica parasol, rozłożył go i stał pod nim do ostatniego gwizdka. W momentach tryumfu paradował w dziwacznych nakryciach głowy, nie rozstawał się z majestatycznym wąsem, w końcu zapuścił mały warkoczyk z tyłu głowy. Pozowanie do zdjęć sprawiało mu radość a uśmiech na jego twarzy nie bladł. Na murawie kradł show. Pole karne było jego królestwem, a piłka własnością. Miał ponadprzeciętny refleks, a co najważniejsze, potrafił sprawić by najprostsza interwencja wyglądała jak cuda na kiju. Jeżeli piłka nożna to widowisko, Grobbelaar rozumiał jej istotę, jak mało kto. The Kop oddało mu serca na długie trzynaście lat. W tym czasie rozegrał 627 spotkań i zdobył trzynaście pucharów – nieźle jak na kogoś, kogo na Anfield mogło, a wręcz nie powinno już być po pół roku.
Czy życie Bruce’a Grobbelaara to sielanka, niekończące się momenty chwały i zabawne wydarzenia? Bynajmniej. W 1994 r. stał się bohaterem afery korupcyjnej, w którą zamieszani byli także Hans Segars i John Fashanu. Ten wstydliwy rozdział był ostatnim we wspólnej historii Grobbelaara i Liverpoolu. Zmiana pokoleniowa nastąpić musiała tak czy siak, a młody David James już zdążył wygryźć weterana z bramki The Reds. Reprezentantowi Zimbabwe, który został oczyszczony z zarzutów, należało się jednak inne, lepsze pożegnanie z Merseyside. Do dziś całą sytuację wspomina niechętnie i traktuje jako swoją osobistą krucjatę. Jak sam uważa, miał za co odpokutować, wszak przyziemna afera korupcyjna ma się nijak do patosu życia i śmierci. Właśnie śmierć podążała z nim ramię w ramię od młodzieńczych lat, gdy po ukończeniu szkoły średniej został zmobilizowany i wcielony do armii. Brał udział w wojnie domowej w Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) i aż za dobrze pamięta widok jego towarzysza broni, który w akcie zemsty i desperacji odcinał uszy wrogim żołnierzom, którzy zabili całą jego rodzinę. Grobbelaar nie pamięta lub nie chce ujawnić, ilu ludzi sam pozbawił życia, przyznaje jednak, że było ich wielu. Przepraszał, ale przeszłości zmienić nie mógł. Brał udział w finale Pucharu Europy na belgijskim Heysel, przed którym życie straciło 39 kibiców Juventusu. Brał udział w półfinałowym meczu FA Cup na Hillsborough, po którym 96 fanów The Reds nigdy nie wróciło do swoich domów. Jakim cudem Bruce poradził sobie z tym wszystkim? Nie było łatwo, ale jak sam przyznał, on po prostu kocha życie – i to doskonale spina klamrą jego historię.