9

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

10 grudnia 1987 r. urodził się Gonzalo Higuain, argentyński napastnik. To postać nieoczywista, która wzbudzała skrajne emocje. Jednego dnia był postrzegany za wybitnego napastnika a drugiego był wyśmiewany i wyszydzany, że do niczego się nie nadaje. Gonzalo Higuain zawodowo grał w piłkę przez ponad 17 lat. Zaczynał w argentyńskim River Plate, a do Europy trafił w 2007 roku i zdobywał bramki dla największych klubów na świecie przez kolejne 13 lat. To był bardzo owocny czas dla Argentyńczyka. Strzelił 364 gole i zaliczył 127 asyst w 782 meczach. Przy okazji zdobył również 14 trofeów krajowych i europejskich: 3-krotny mistrz Hiszpanii z Realem Madryt (2007, 2008, 2012) ; Puchar Króla z Realem w 2011 roku ; 2 razy Superpuchar Hiszpanii z Realem (2008, 2012) ; 2 razy mistrzostwo Włoch z Juventusem (2017, 2018) ; 3 razy Puchar Włoch (Napoli 2014, Juventus 2017, 2018) ; Superpuchar Włoch z Napoli w 2014 roku oraz Liga Europy z Chelsea w 2019 roku. Trzeba przyznać, że są to zacne osiągnięcia, gdzie brakuje mu tylko jednej małej wisienki na torcie w postaci triumfu w Lidze Mistrzów. Z kolei z reprezentacją Argentyny sięgnął po wicemistrzostwo świata w 2014 roku oraz zdobył dwa srebrne medale na Copa America (2015, 2016). Higuain może pochwalić się też trzema rekordami: Najwięcej goli w jednym sezonie Serie A. Zakończył historyczny rekord ligi włoskiej, trzymany przez szwedzkiego Gunnara Nordhala z 1950 roku. Higuain w sezonie 2015/16 strzelił 36 goli w barwach Napoli. Najwięcej zdobytych goli z wyłączeniem rzutów karnych (113) w swoim czasie w Serie A (od 2013/14 do 2019/20). Członek drużyny Realu Madryt, która w sezonie 11/12 strzeliła rekordowe 121 goli w lidze. Sam Higuain zdobył wtedy 22 gole i zaliczył 9 asyst. W Realu Higuain zawsze był w cieniu Cristiano Ronaldo. Portugalczyk był największą gwiazdą „Królewskich” i najlepszym strzelcem w historii klubu. Aczkolwiek był taki jeden sezon – 2009/10, gdzie to Argentyńczyk zdobył więcej goli od CR7. Higuain był najlepszym snajperem Realu Madryt z 27 ligowymi golami i drugim najlepszym strzelcem La Liga za Leo Messim. Gdy patrzymy na te liczby i uzmysłowimy sobie fakt, że Higuain jest starszy od Lewandowskiego tylko o kilka miesięcy, możemy poważnie się zastanowić, co poszło nie tak u Argentyńczyka, że już w tym momencie mówi „basta”?

Polak mając 34 lata, przeżywał kapitalny okres w FC Barcelonie a ,,Pipita” ostatnie dwa lata spędził w MLS i teraz ogłosił zakończenie kariery. W 2016 roku ta dwójka napastników ścigała się w klasyfikacji o złotego buta. Lewy zdobył 30 goli w Bundeslidze, a Igła 36 bramek w Serie A. To był czas, kiedy często porównywano ze sobą tych snajperów. Teraz powiedzieć, że dzielą ich dwa oddzielne bieguny, to jak nic nie powiedzieć. Dlaczego Higuain poszedł tak drastycznie w dół? Gonzalo Higuain na konferencji prasowej, gdzie ogłosił zakończenie swojej piłkarskiej kariery, powiedział: ,,W mediach społecznościowych wokół piłki nożnej panuje toksyczne uczucie. Nie możesz sobie wyobrazić jaką szkodę przynosiły mi negatywne komentarzy. Naprawdę cierpiałem, moja rodzina mi pomogła. Ludzie powinni pomyśleć przed atakiem kogoś w mediach społecznościowych, to naprawdę poważny temat”. We wcześniejszych wywiadach Argentyńczyk podkreślał, że piłka nożna to piękny sport, ale piłkarz płaci za karierę bardzo wysoką cenę. I nie każdy sobie z tym radzi: ,,Zdecydowanie kariera przekroczyła moje oczekiwania i jestem wdzięczny za wszystko, co dał mi futbol, ale trzeba za to zapłacić wysoką cenę. Nie mówię o kwestiach ekonomicznych, ale o życiu. Co byś nie robił lub kończył robić, jesteś oceniany […] Ludzie nie mają pojęcia, kim są piłkarze. Myślą, że tylko gramy, ale mamy ojców, matki tak jak reszta. Mamy te same zmartwienia co wy. Piłkarz służy ludziom, dopóki gra, ale potem nikt nie dzwoni […] Moja przyszłość będzie z dala od futbolu. Uważam, że to nie jest świat, w którym chcę pozostać”.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

12

Pamiętamy!

10 grudnia 2002 roku, Wisła Kraków pokonała na wyjeździe Schalke Gelsenkirchen. To było apogeum "Ery Cupiała". Niemcy długo nie mogli znieść porażki. Może dlatego, że nie była to jakaś tam zwykła porażka. To było upokorzenie! Kiedy po meczu kierownik drużyny, Jerzy Kowalik, niósł do szatni skrzynkę piwa, miejscowi nie chcieli go przepuścić. W końcu jakoś się przepchnął. Zawodnicy Wisły Kraków wskoczyli z piwem do basenu, doprowadzając gospodarzy do białej gorączki. Kurtynę festiwalu żenady zasłonił obrońca niemieckiej drużyny, Tomasz Hajto, który wszedł do szatni wiślaków i co prawda pogratulował im awansu, ale też za chwilę pomachał kartą kredytową. - To ja lecę sprawdzić stan konta - powiedział. I wyszedł. Wiślacy popatrzyli po sobie, jakby właśnie spotkali bogatego badylarza - króla wioski. Kilkadziesiąt minut wcześniej przeszli do historii polskiego futbolu. 10 grudnia 2002 roku pokonali na wyjeździe Schalke 04 Gelsenkirchen 4:1. Wisła Kraków Henryka Kasperczaka była ostatnią polską drużyną klubową, którą można zaliczyć w poczet historycznych - wielkich. Bo nie tylko miała wyniki, ale też imponowała fantastycznym, porywającym stylem. Kamil Kosowski, Mirosław Szymkowiak czy Maciej Żurawski - to byli zawodnicy, których pokochała cała Polska.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

Nie tylko dla kibiców Widzewa:

10 grudnia 1980 r. Widzew Łódź pokonał Ipswich Town 1:0 w 1/8 Pucharu UEFA. Po wyeliminowaniu drużyny klanu Agnellich, Widzew wylosował w kolejnej rundzie angielski Ipswich Town. Wyspiarze nie byli murowanymi faworytami w starciu z wicemistrzami Polski, którzy w 1/32 finału wyeliminowali słynny Manchester United i cieszyli się w Anglii dużym szacunkiem. Piłkarze Ipswich Town odrobili jednak pracę domową i na swoim terenie pokonali łodzian aż 5:0. Rewanż na zaśnieżonym stadionie przy al. Unii 2 był formalnością, ale Widzewiacy honorowo pokonali przeciwników 1:0 po bramce Marka Pięty, co przypominano m.in. w archiwalnym materiale Telewizji Polskiej. Tamtą edycje PUEFA wygrał właśnie Ipswich pokonując w dwumeczu AZ Alkmaar.

Pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa, zwłaszcza tego Wielkiego!

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@maroon Co za obrzydliwe kurestwo tutaj pokazujo! I redakcja na to pozwala? Mam wrażenie że redakcja taka sama jak te....

1

@blakkudium Aha, wszystko jasne tylko nie dla wszystkich jest jasne co tam jest napisane?

10

Udany rewanż:

10 grudnia 2014 r. FC Barcelona pokonała PSG 3:1 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. W szóstej kolejce Blaugrana zrewanżowała się PSG za porażką z września i dzięki wygranej 3:1 zapewniła sobie zwycięstwo w grupie. Bardzo znamienne były nazwiska strzelców goli. Prowadzenie na Camp Nou ekipie z Francji dał Ibrahimović ale potem kolejno trafiali Messi, Neymar i Luis Suarez. Po tym meczu wydawało się że w klubie nie ma żadnych tarć ani problemów. ,,Naszym jedynym planem na 2015 rok jest wygrać wszystko, absolutnie wszystko"- mówił w grudniu Neymar w rozmowie z ,,Mundo Deportivo”. Jednak na początku roku, po przegranym meczu ligowym z Realem Sociedad zespół dopadł poważny kryzys. Enrique nie wystawił w meczu z Baskami Neymara, Alvesa i Messiego, zmęczonych długimi powrotnymi wojażami ze świąt. Leo się wściekł, następnego dnia nie przyszedł na trening, zbuntował kilku innych zawodników, którzy zaczęli domagać się usunięcia trenera. Prezydent Bartomeu zachował się jednak wytrawnie. Odmówił stanowczo tym prośbom i skasował wniosek Luisa Enrique o ukaranie Messiego. Strony musiały się pogodzić. Trener zrezygnował z kilku rygorów, które doskwierały piłkarzom a ci pogodzili się z tym że nie będzie tańczył tak jak mu zagrają. Ten ,,modus vivendi" zaprowadził FC Barcelonę do zwycięstwa zarówno w Primera Division jak i w Lidze Mistrzów.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@KamQiX Wybacz ale ja nie opieram się generalnie na statystykach tylko na tym co widziałem w meczu a na tle Eintrachtu wyglądaliśmy co najmniej słabo. RB Lipsk, drużyna generalnie od nas słabsza wygrała z nimi 6:0! a my się z nimi piekielnie męczyliśmy i to samo w sobie jest co najmniej smutne...

0

@derus Dokładnie tak! W punkt.

0

@KamQiX Dominacja nie oznacza że musisz wygrać mecz. Jeśli drużyna mądrze się broni i skutecznie kontratakuje to jest w stanie wygrać nawet różnicą 3 goli! Eintracht miał zatrważającą nieskuteczność i tylko to nas uratowało. Nie usprawiedliwiaj naszej Barcuni bo defensywa to tragedia a pozostałe formacje też pozostawiają wiele do życzenia, taka jest prawda i trzeba się z tym pogodzić...

14

Grande Espectacolo El Clasico!

10 grudnia 2011 r. FC Barcelona pokonała na Santiago Bernabeu Real Madryt 3:1(1:1). Mecz rozpoczął się kapitalnie dla Realu, który objął prowadzenie już w 1. minucie ale później gole padały już tylko dla mistrzów Hiszpanii. Spotkanie rozpoczęło się fantastycznie dla Realu Madryt, który potrzebował niespełna minuty na objęcie prowadzenia. Piłkę spod własnej bramki fatalnie wybijał Victor Valdes, ta trafiła do Angela Di Marii, a po chwili do siatki wpakował ją Karim Benzema. Duma Katalonii po kiepskim początku szybko doszła do siebie. W 30. minucie Lionel Messi uruchomił kapitalnym podaniem Alexisa Sancheza, który strzałem w długi róg nie dał szans Ikerowi Casillasowi. Drugi gol dla Blaugrany padł w kuriozalnych okolicznościach. Xavi Hernandez uderzył piłkę z woleja zza pola karnego, ta trafiła w Marcelo, odbiła się od słupka, po czym wpadła do bramki. Stracony gol zupełnie zbił z tropu graczy „Królewskich". W 66. minucie wynik ustalił Cesc Fabregas, który wykorzystał znakomite podanie Daniego Alvesa. FC Barcelona dzięki trzem punktom zdobytym na Santiago Bernabeu została nowym liderem Primera Division. Warto również przypomnieć iż w tym meczu Blaugrana zagrała z pierwszą reklamą na koszulkach. Zarząd klubu ujawnił że napis ,,Qatar Foundation” będzie pierwszą reklamą na koszulkach Blaugrany, za którą klub zacznie pobierać pieniądze. Obecny wcześniej Unicef nie tylko nie płacił nic za reklamę ale wręcz otrzymywał dodatkowe wsparcie finansowe. Kontrakt opiewał na 5 lat i 30 mln euro za każdy sezon. To o 6,7 mln euro więcej, niż zarabiały wówczas na reklamach Manchester United i Liverpool. Zdaniem Javiera Fausa, wiceprezydenta ds. ekonomicznych, ,,jest to najlepsza umowa w historii futbolu i gdyby nasz prezydent pojawiał się częściej w mediach, nie udało by się uzyskać tak korzystnego kontraktu”. Dodał też: ,,Gdyby to była marka komercyjna, nie doszło by do podpisania umowy”. Niecały rok później zarząd zmienił jednak zdanie i na koszulkach pojawiła się reklama Qatar Airways.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

To jest jakiś rodzaj paradoksu że nasza Barcunia zamiast wygrać wysoko z Eintrachtem Frankfurt na Camp Nou, to wygrywa minimalnie a w zasadzie to powinna przegrać, a zwycięstwo zawdzięczamy ogromnej nieskuteczności przeciwnika czyli nie małego szczęścia. Natomiast prawdziwym paradoksem jest strzelenie 2 goli przez jednego z gorszych zawodników na boisku. Defensywa na dzień dzisiejszy jest tragiczna i nic nie wskazuje na to że zdecydowanie się poprawi. Nie dla nas Liga Mistrzów, dociągnijmy chociaż tego majstra bo inaczej będzie wstyd...

0

Tak se myśle że Robert Lewandowski w meczu z Eintrachtem, ma jedną z niewielu okazji do postrzelania sobie w Lidze Mistrzów. W końcu przeciwnik z najniższej półki, więc do dzieła Lewy!
Ps. Ale te rzuty karne to niech sobie odpuści i odda choćby Yamalowi

1

@AxelF Najwidoczniej nie każdy będzie, jak to się mówi? poliglota? ja też nie znam zagramanicznych jazyków...

9

@FCBparasiempre
9 grudnia 2018, Santiago Bernabeu, River Plate- Boca Juniors.

Dziennikarz robi notatki i oczywiście gładzi wąsy. Nie powinno go tu być i ich też nie. Argentyna jest krajem, który nie potrafi już nawet zorganizować meczu piłki nożnej. Copa Libertadores w stolicy królestwa Hiszpanii brzmi dla Martina Caparossa jak niezły żart „Negro” Fontanarrosy albo nawet coś gorszego. Jak przystało na profesjonalistę na trybunie prasowej robi notatki: składy, ustawienia, kibice obu drużyn. Powieść w takiej scenerii zniszczyłaby każdą zasadę wiarygodności. Czuje melancholię i wstręt z powodu zepsutego kraju ale niezależnie od zdrowego rozsądku i logiki wie że to wciąż piłka nożna. „To był błąd i wstyd ale tutaj i teraz mamy emocje, oczekiwania i na chwilę zapomnimy o całej reszcie. Temu, jak sądzę służy futbol"- pisze na Twitterze. Nie trzeba długo czekać by pod wpisem pojawiły się obelgi. „Stary dupek"- ewidentnie ktoś niezbyt się wysilił. „Zacofany pseudoprogresista"- klasyk, chociaż w tym wypadku nieco naciągany. Wielu wyrzuca mu że wysłał tego tweeta z iPhona, inni raczą go lakonicznym „kretynem", niektórzy „tępakiem", „hipokrytą" i(jakżeby inaczej) „głupcem". Niedługo ktoś mu powie że nie można mieszać futbolu i polityki, samemu właśnie to robiąc, ni stąd, ni zowąd łącząc futbol i politykę. Caparros się uśmiecha, ubolewając nad absolutnym brakiem oryginalności swoich Trolli a jednocześnie przyglądając się rozgrzewce piłkarzy na murawie. Ani jeden nie miałby miejsca w podstawowym składzie czołowych europejskich drużyn, ledwie Gago potrafi jeszcze zwrócić jego uwagę ale mecz rozpocznie na ławce rezerwowych. W tym emocjonalnym zrywie, który implikuje fakt bycia Argentyńczykiem, nazwano to spotkanie „finałem stulecia", „finałem wszechczasów" czy jeszcze gorzej: „finałem całego świata". Świat już dawno temu przestał interesować się Argentyną, jej futbol jest niczym więcej jak pozostałością po grabieży a ten mecz- kroniką bezsilności. Siedząc na Santiago Bernabeu Caparros przypomina sobie żałosny bałagan z ostatnich tygodni: boisko zalane jak po biblijnym Potopie, mafie, który zupełnie swobodnie czują się w loży i na trybunach, remis 2:2, autokar Boca obrzucony kamieniami, gaz łzawiący, wymiociny, wstręt, kierownictwo kradnące na potęgę- wszystko godne pogardy. A jednak słysząc śpiewy, nie może przestać myśleć: To Clasico! Clasico na wygnaniu, zwiędłe, rozmemłane, zdewaluowane jak peso ale wspaniałe Clasico, do cholery! Ten, kto wygra będzie mógł drwić z tego drugiego do końca życia. Jak do diabła mógłby to przegapić? "Dale Boo, dale dale Boooo. Y dale Boo, dale dale Boooo". Nie pamięta kiedy ostatni raz widział kibiców obu drużyny na jednym stadionie. Wszystko przypomina gorzki substytut a jednak, kiedy piłka zaczyna się toczyć pragnąłby skakać razem ze swoimi. Barwy jego dzieciństwa- niebieski i żółty, czerwony i biały- przemieszane, zespolone, usypiające cały jego zmysł krytyczny. Chociaż niewiele ma do powiedzenia, unosi brwi i notuje: River jak bez głowy kurczaki próbujące wymienić trzy kolejne podania, ci z Boca wiszą na poprzeczce, od czasu do czasu wybijając piłkę w chmury. I tak przez całą pierwszą połowę aż prawie pod sam koniec Benedetto znajduje się naprzeciwko bramkarza i ze spokojem znanym z innych lig pokonuje Armaniego. Caparros skrzeczy, szaleje, zapomina o notatkach, Boca obejmuje prowadzenie, nikt nie wie jak to się stało ale prowadzi, co widać na tablicy wyników. Jak do diabła udaje nam się jeszcze pasjonować?

„Y dale Boca, dale Bo, Y dale Boca, dale Bo...". Wybija rytm stopami, w kącikach ust pojawia mu się głupi uśmieszek. A jeśli ostatecznie Boca wygra ten mecz? Chcę wspierać swoich, wrócić do tamtych pierwszych Clasicos, które oglądał na La Bombonerze jako dzieciak, już 50 lat temu. Pragnąłby poczuć to samo, prawdziwe emocje, niewinność, miłość do idoli... Ale co my, do cholery możemy wygrać z tą bandą egoistów i Schelotto w roli trenera? Trwa druga połowa, River czuje się o wiele swobodniej, Boca jest coraz bardziej onieśmielona i tak nadchodzi wyrównanie dzięki bramce Pratto, czego można się było spodziewać. Gol po szybkiej i ładnej akcji kombinacyjnej- była w tym gra, wymiana podań, był w tym jeszcze Football. Caparros przeczuwa i obawia się tego co ma dopiero nastąpić. Boca coraz bardziej się cofa, River prowadzi grę, lecz nie potrafi zdobyć kolejnej bramki. Mecz zmierza do dogrywki. „Wieczny finał"- napiszą niektórzy leniwi dziennikarze. Dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry na boisko wchodzi Gago zastępując Pablo Pereza. Zanim rozpocznie się dogrywka Caparros obserwuje trybuny. Z ironicznym, niemal kpiącym spojrzeniem wyobraża sobie Europejczyków mówiących że atmosfera była niezwykle barwna, że dzicy ultrasi potrafili się zachować, że nie było tak źle; i wyobraża też sobie, jak mówią(chociaż tego nie mówię) że ci południowcy są tacy malowniczy i że ta wielka szkoda że na Bernabeu zostało 20 tysięcy wolnych miejsc. Krótko po rozpoczęciu dogrywki z boiska zostaje wyrzucony Barrios. Na tym etapie finału trzeba zawierzyć wszystko heroizmowi, temu głupiemu słowu, którym przykrywa się typową dla kibiców bezsilność. W momencie gdy Kolumbijczyk Quintero lewą nogą umieszcza piłkę w bramce Boca, Caparros już od dawna nie robi notatek. Nie bardzo wie dlaczego ale od dłuższej chwili koncentruje się na postaci Fernando Gago. Widzi go na środku boiska, z opaską kapitana, próbującego choćby w minimalnym stopniu uporządkować grę. Wytrącony z równowagi, bezradny, sterylny ale jak my, do diabła mieliśmy wygrać ten mecz? To futbol, więc wbrew wszelkiej logice, wbrew zdrowym rozsądkowi nadal wierzy. Nawet Gago oddaje groźny strzał w 115 minucie a zaledwie 60 sekund później jest na skraju swojego pola karnego, usiłując odebrać rywalowi piłkę. Wtedy zawodnik Boca z piątką na plecach doznaje urazu, już kolejnego. Kruchy, szklany piłkarz: ścięgno, kostka, kolano, więzadło krzyżowe, tym razem znowu ścięgno, tyle że prawej nogi. Jego kontuzja wygląda koszmarnie, podskakuje i upada na murawę. Najlepszy zawodnik na boisku, myśli Caparros, łamie się tak, jak złamało nam się wiele innych rzeczy. Zepsuty piłkarz z zepsutego kraju. Na tym wygnaniu wszystko jest smutne. Po niewartej pamiętania akcji gola do pustej bramki strzeli Pity Martinez i River zostało mistrzem a Boca kurą i będą się z nich naśmiewać latami. A on, Martin Caparros nadal będzie mieszkał w Madrycie, obcy wszędzie tak, jak obca jest ta edycja Copa Libertadores i myśli sobie wtedy że ojczyzna(ten wstyd, taka katastrofa) jest ścięgnem Gago, który nigdy do końca się nie zagoi.

David Garcia Cames.

1

@Adran360 Niedoczekanie szwabskim świniom!

0

@Adran360 Co najwyżej w dojczlandzie!

1

@Adran360 Tak to widać że w sumie ja nic nie widze!?

1

@Adran360 A jakiż on kuźwa potężny!?

10

Żywe legendy francuskiego futbolu:

9 grudnia 1969 r. urodził się Bixente Lizarazu, francuski obrońca. Mistrz Świata i Europy. Fantastyczny piłkarz, inteligentny, świetnie czytał grę. Fachowiec na lewej obronie. W jego seniorskiej karierze reprezentował cztery kluby – Girondins Bordeaux (299/28), Athletic Bilbao (23/0), dwukrotnie Bayern Monachium (łącznie 273/8) i Olympique Marsylia (15/0). Trofea tylko z Bayernem – pięć Mistrzostw i Pucharów Niemiec, cztery Puchary Ligi oraz Puchar Europy i Puchar Interkontynentalny. W reprezentacji Francji 97 meczów i dwa gole (z Izraelem i Arabią Saudyjską). Grał w dwóch Mundialach (1998 – złoto oraz 2002) i w trzech Euro (1996, 2000 – złoto oraz 2004). Wygrał także dwukrotnie Puchar Konfederacji (2001, 2003). W 1999 r. w Drużynie Roku w Europie wg. dziennikarzy, rok później w Jedenastce Euro, w 2002 w Jedenastce Świata wg. FIFA. W Bayernie, po powrocie grał z numerem 69 – urodził się w 1969, mierzył 169 cm i ważył 69 kg. Po zawieszeniu butów na kołku trenował brazylijskie Jiu-Jitsu i surfował. W tej pierwszej dyscyplinie odnosił spore sukcesy gdyż był m.in. Mistrzem Europy! Bixente jest Baskiem i jednocześnie pierwszym Francuzem, który reprezentował barwy klubu z Bilbao. Oprócz języka baskijskiego, zna biegle francuski, hiszpański i angielski. Co ciekawe, nigdy nie nauczył się niemieckiego, mimo że w Bayernie grał łącznie prawie dziewięć sezonów.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@AssisMoreira A to prawda, tu się zgadzam w stu procentach. Jednak mówiąc: z tą defensywą łatwiej strzelać bramki, to tak do końca jasno nie wiadomo co miał na myśli....?

3

@lukaszmatusiewicz No dokładnie, przecież jest zupełnie na odwrót...

0

Zaraz, zaraz! Wygrać to nie wszystko! Z tak niskiej wartości przeciwnikiem to dzisiaj La Manita jest absolutnym minimum, zwłaszcza że w końcowym rozrachunku liczyć się będą również gole. Skoro RB Lipsk potrafił zaaplikować im 6 goli, to my nie możemy co najmniej 5......?

6

@FCBparasiempre
9 grudnia 1955 roku w Gdańsku urodził się Janusz Kupcewicz, pomocnik i były trener. Jego ojciec Aleksander oraz starszy brat Zbigniew również grali w piłkę(a tata w późniejszym czasie pracował jako trener) i występowali m.in. w Lechii Gdańsk. Pierwszy z nich w biało-zielonych barwach zaliczył 60 meczów, w których strzelił siedem goli. Janusz kontynuował rodzinną ścieżkę i do Lechii trafił praktycznie w samej końcówce swojej kariery. Tę rozpoczął w juniorach Warmii Olsztyn, by następnie przenieść się do większego w mieście Stomilu. Dzieciństwo, pierwsze lata szkolne i początki przygody z futbolem spędził właśnie na Mazurach, aby w końcu wrócić w rodzinne strony i napisać piękną, ośmioletnią historię w Arce Gdynia. Przez kibiców został wybrany najlepszym graczem w dziejach tego klubu, choć zdobył z nim jedynie Puchar Polski. Liczne kontrowersje wzbudziły jego występy dla obu tych drużyn, bowiem nie jest tajemnicą, iż w Trójmieście darzą się one sporą wrogością. ,,Piękne to były czasy. Z piłką pod pachą i… gra od rana do wieczora na boiskach o różnej nawierzchni. Niezapomniane chwile”– wspominał czas spędzony w Olsztynie w jednym z wywiadów dla TVP Sport. Starsi kibice mają ogromny przywilej pamiętania najpiękniejszych chwil w historii polskiej piłki. Jedną z nich bez wątpienia stanowił brązowy medal zdobyty na mistrzostwach świata w 1982 roku. W słonecznej Hiszpanii nasza reprezentacja pod wodzą Antoniego Piechniczka osiągnęła niezwykły sukces. Bohater tekstu nie mógł jednak od początku turnieju liczyć na uznanie selekcjonera. Do składu wskoczył dopiero na mecz z Peru, czyli ostatnie starcie w grupie. Kreatywność, zmysł gry oraz fantastyczne uderzenie z dystansu to cechy, które charakteryzowały Kupcewicza, który nie oddał już miejsca w wyjściowej jedenastce aż do samego końca mundialu. Zaliczył pełne 90 minut w bataliach z Belgią, ZSRR oraz przegranym półfinale z Włochami. Został już tylko mecz o krążek z brązu. To właśnie w pojedynku z „Trójkolorowymi” strzelił najważniejszego gola w życiu. Polacy ostatecznie pokonali Francję 3:2 i zgarnęli brąz, a Kupcewicz pięknym golem z rzutu wolnego oraz asystą przy trafieniu Stefana Majewskiego wyraźnie się do tego przyczynił. Cztery lata wcześniej miały miejsce mistrzostwa w Argentynie, gdzie Polska niestety rozczarowała. Kupcewicz winę za słabszą formę kadry zrzucał na selekcjonera Jacka Gmocha. ,,Atmosferę popsuł Gmoch. Byłem na tych mistrzostwach i nawet nie powąchałem murawy. Do Argentyny poleciał najlepszy zespół w historii polskiej piłki nożnej. Jak doskonale pan wie, grono doświadczonych, utytułowanych piłkarzy uzupełnili przecież młodzi – Nawałka, Boniek, Iwan. Jeśli jednak sobie przypomnę, to pierwszymi skojarzeniami związanymi z tamtymi mistrzostwami są kłótnie. A mogliśmy wtedy osiągnąć bardzo wiele.”– mówił szczerze we wspomnianej już rozmowie z TVP Sport.

Kupcewicz w sezonie 1982-1983, a więc w czasie fantastycznej formy na mistrzostwach świata w Hiszpanii, występował w Lechu Poznań, bowiem Arka spadła z najwyższej ligi, a on chciał utrzymać pozycję w kadrze i uczynić dalszy krok w karierze. W sfinalizowaniu transferu pomogli fani, grupa prywaciarzy zapłaciła działaczom Arki. W stolicy Wielkopolski od razu wygrał mistrzostwo kraju i postanowił ruszyć na podbój zagranicznych lig. Od 1983 do 1986 roku grał na obczyźnie. Reprezentował barwy francuskiego Saint-Etienne, a także greckiej AE Larisa. Wiodło mu się tam różnie, ale nie przepadł. W Saint-Etienne zaliczył łącznie 35 gier, a w Larisie 23. Sporo czasu stracił przez nękające go ówcześnie kontuzje. ,,Za mnie Saint-Etienne zapłaciło 380 tysięcy dolarów. To jeden z największych wydatków klubu na piłkarza. Jak do tego doszło? Francuzi szukali pomocnika. Sama drużyna cieszyła się popularnością w kraju. Mieli sporo problemów i powoli zaczęli upadać. Próbowano zatem wszystkiego, by ratować zespół. Sprowadzono mnie oraz zawodnika z Paragwaju. Niestety najbardziej znani gracze poodchodzili, więc trudno było powstać z kolan. Ja nie nauczyłem się języka, nie spełniłem też do końca sportowych oczekiwań.”– tłumaczył. Do Polski powrócił w 1986 roku i związał się z Lechią, co wywołało poruszenie w Gdyni. Legenda „Żółto-Niebieskich” zasiliła szeregi największego sportowego rywala. Kupcewicz wtedy nie miał żadnych innych ofert, a w wieku 31 lat czuł się jeszcze na siłach, aby kopać w pierwszej lidze. Po latach podchodził do tematu na spokojnie: ,,Trochę się nasłuchałem od kibiców. Rozumiem to, że patrzono na mnie spod byka. Jestem arkowcem, nie będę tego ukrywał. Okres spędzony w Lechii wspominam jednak bardzo dobrze.”

Jego związek z futbolem dobiegł końca w Turcji. W 1988 roku pograł przez kilkanaście miesięcy w Adanasporze. Po zawieszeniu butów na kołku próbował swoich sił w trenerce. Prowadził m.in. reprezentację Polski w futsalu, a także zespoły z niższych lig. Jako asystent trzy lata spędził w kadrze do lat 21. Pracował również jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej numer 10 w Gdyni Chyloni. W latach 2001–2003 poproszony został o doradztwo sportowe w ukochanej Arce, dla której w przeszłości rozegrał ponad 150 meczów. O swoim przywiązaniu do klubu mówił wszem i wobec. Pomimo iż urodził się w Gdańsku, jego serce biło dla Gdyni i bić przestało w Gdyni. Miał swój epizod w polityce, ale kogo właściwie to teraz interesuje? 4 lipca 2022 roku odszedł od nas piłkarz zasłużony zarówno dla regionu pomorskiego, jak i dla reprezentacji. Ta jedna z pięciu zdobytych dla kadry bramek, w hiszpańskim mieście Alicante przeciwko Francji, na zawsze pozostanie legendarna. ,,Zdobyłem mistrzostwo Polski, Puchar Polski, medal mistrzostw świata. Jako gwiazda młodego pokolenia troszkę mi w główce zaszumiało, ale na szczęście przyszła pokora. Uważam, że miałem wspaniałą karierę i osiągnąłem bardzo dużo.” Janusz Kupcewicz dołączył do takich osobistości jak Kazimierz Deyna czy Włodzimierz Smolarek i teraz razem grają gdzieś mecz, bez pośpiechu czekając na nas wszystkich.

Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Arka Gdynia

Puchar Polski (1x) – 1978/79

Lech Poznań

Mistrzostwo (1x) – 1982/83

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

3 miejsce Mistrzostw Świata (1x) – 1982

11

Rekord pobity!

Dokładnie 13 lat temu Leo Messi pobił rekord Gerda Müllera w ilości bramek strzelonych w jednym roku kalendarzowym. Dotychczasowy rekordzista zdobył ich 85. W meczu FC Barcelony z Betisem Sewilla w 15-tej kolejce Primera Division Argentyńczyk strzelił jednak dwa gole i z wynikiem 86 trafień w 2012 roku wyprzedził Niemca. Pierwszą bramkę zdobył już po 15 minutach czym wyrównał rekord niemieckiego "Bombera Der Nation", a samodzielnym liderem klasyfikacji wszech czasów został w 24 minucie. Müller gratulował, ale twierdził, że dziś strzeliłby więcej goli. ,,On zasłużył na to, aby mnie wyprzedzić. Ale z defensywą jaka jest w dzisiejszym futbolu, łatwiej jest strzelać bramki”- powiedziała niemiecka gwiazda dla ,,La Gazzetta dello Sport”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

14

Był sobie….. pierwszy taki Dembele w FC Barcelonie:

9 grudnia 1996 r. Emanuel Amunike pojawił się w Barcelonie aby podpisać kontrakt. Nigeryjczyk był niezłym piłkarzem, lecz ze względu na kontuzje nie osiągnął wróżonego mu poziomu. Historia jego transferu i pobytu w Blaugranie jest jednak niecodzienna. W czerwcu 1996 r. ówczesny piłkarz Sportingu Lisbona miał zostać zawodnikiem FC Barcelony ale nie przeszedł badań medycznych. Zdaniem Katalończyków Amunike miał kontuzjowane kolano. Portugalczycy twierdzili natomiast że… jest zupełnie zdrowy. W lipcu wiceprezydent Gaspart oskarżył Sporting o oszustwo. Portugalczycy nie chcieli aby piłkarz przeszedł gruntowne badania kontuzjowanej nogi, odrzucając propozycje artroskopii kolana. Prezydent Nuñez oświadczył nawet że Amunike jest ,,nowym samochodem z awarią silnika”. 9 grudnia 1996 r. Nigeryjczyk pozytywnie przeszedł wszystkie badania i trafił do Barçy za 3,6 mln euro. Trener Bobby Robson przedstawił go jako ,,transfer najwyższej klasy’’ i jego ,,największy koszmar” z czasów, gdy trenował FC Porto i grał przeciwko drużynie Amunike. Z biegiem czasu okazało się iż Nigeryjczyk stał się koszmarem FC Barcelony. Przez 3,5 roku przeszedł 5 operacji: trzy artroskopie, jedną osteotomie i transplantację chrząstki stawu kolanowego uzyskanej od zmarłego pacjenta. W październiku 1999 r. Barça próbowała rozwiązać jego kontrakt, starając się udowodnić że Amunike nie może wykonywać zawodu piłkarza. W tym samym czasie Nigeryjczyk domagał się… pieniędzy za jedną z operacji, które przeszedł w USA. Blaugrana zakazała mu treningów z zespołem ale w kwietniu decyzje tą uchylił hiszpański ubezpieczyciel. W 2000 r. po zakończeniu kontraktu ,,kukułcze jajo” przejęło Albacete. W kontrakcie zapisano klauzule że w przypadku kolejnej kontuzji kolana klub może rozwiązać kontrakt z piłkarzem. 13 stycznia 2001 r. Amunike doznał urazu… ścięgien Achillesa, co w praktyce zakończyło jego karierę piłkarską ale uniemożliwiło Albacete pozbycie się Nigeryjczyka z listy płac.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

13

Barça w europejskich pucharach:

9 grudnia 1959 r. FC Barcelona pokonuje Reprezentacje Belgradu na Camp Nou w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Miast Targowych 3:1 po golach genialnego trio: Kubali(5 minuta), Evaristo(57 minuta) oraz Eulogio Martineza(85 minuta) i awansuje do finału, który odbył się na wiosne przyszłego roku w formule dwumeczu.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

@FCBparasiempre
Jeśli w profesjonalnym futbolu po godzinie gry prowadzisz 3:0, to po prostu musisz wygrać(!) a mówi się że prowadzenie 2:0 to niebezpieczny wynik. W 1993 roku piłkarze Anderlechtu zadali kłam tej tezie. Do 66. minuty mieli o trzy gole więcej niż Werder a mimo to przegrali. Spotkanie to przeszło do historii pod nazwą ,,Cudu nad Wezerą”. W 33. minucie spotkania rozgrywanego 8 grudnia 1993 roku w Bremie skrzydłowy Anderlechtu Danny Boffin mógł czuć się absolutnym bohaterem wieczoru. Przed chwilą pięknym, technicznym strzałem lewą nogą zupełnie zaskoczył bramkarza Werderu Olivera Recka. Golkiper jakby w pierwszej chwili chciał interweniować, zrobił krok do przodu, ale rąk do piłki nie wyciągnął, będąc zapewne przekonanym, że ta minie bramkę. Futbolówka jednak nieoczekiwanie dla Niemca lobem wpadła do siatki. Anderlecht prowadził już 3:0. Któż wtedy mógł przypuszczać, że to spotkanie dla Belgów stanie się prawdziwym koszmarem, zaś dla Werderu – jednym z najpiękniejszych wspomnień występów w europejskich pucharach? Gol z 33. minuty nie był jedynym trafieniem Boffina tego wieczoru. Kwadrans wcześniej ten skrzydłowy, nazwany ze względu na swoją szybkość La Mobylette (tak mówiono na popularne we Francji i Belgii motorowery), zamknął precyzyjnym strzałem akcję Philipa Haagdorena, podwyższając tym samym wynik meczu na 2:0. A w ogóle strzelanie tego dnia rozpoczął obrońca Anderlechtu Philippe Albert, który skorzystał z bardzo niepewnej interwencji Olivera Recka. Drogę do bramki piłce próbował jeszcze zastąpić Marco Bode, ale( choć zdołał odbić ją głową) ta i tak wylądowała za linią. Vis–à–vis Recka Filip De Wilde schodził na przerwę do szatni z czystym kontem. Jednak w końcówce pierwszej części gry sprowadził spore kłopoty na swój zespół. Popełnił rzadki błąd – przy wykopywaniu piłki z ręki przekroczył linię pola karnego, za co rumuński arbiter Ion Craciunescu podyktował rzut wolny pośredni dla bremeńczyków. Na szczęście dla De Wilde gracze Werderu nie skorzystali z prezentu. W rozgrywkach Ligi Mistrzów UEFA 1993/94 mogli brać udział tylko mistrzowie swoich krajów. W dodatku zwycięzcy najsilniejszych lig Starego Kontynentu nie trafiali tak jak dziś, od razu do fazy grupowej. Musieli najpierw walczyć w eliminacjach. Nie dla każdego faworyta były one udane. Na przykład Manchester United odpadł z tamtej edycji Champions League po dwumeczu z tureckim Galatasaray. W fazie grupowej, w której było miejsce tylko dla 8 zespołów, nie zabrakło natomiast mistrza Belgii Anderlechtu oraz mistrza Niemiec Werderu. Fiołki na swej drodze do elity dość pewnie wyeliminowały HJK Helsinki oraz Spartę Praga. Aż 6 goli w kwalifikacjach zdobył dla ekipy z Brukseli Luc Nilis. Dla Werderu eliminacje były nieco bardziej problematyczne. O ile pierwszy rywal, Dynamo Mińsk, nie sprawił wielkich kłopotów, o tyle kolejny przeciwnik, Lewski Sofia, postawił już bardzo trudne warunki. W Sofii ekipa z Bremy nie zdołała utrzymać dwubramkowej przewagi i z wyjazdu do Bułgarii przywiozła tylko remis. U siebie też nie było łatwo, ale w końcu Mario Basler zdobył zwycięskiego gola dla Zielono-Białych.

Po rozstrzygnięciu eliminacji w Genewie rozlosowano grupy. W tej oznaczonej literką „A” znalazły się Barcelona, Monaco, Spartak Moskwa oraz Galatasaray. A w grupie B los skojarzył Milan, Porto, Werder i Anderlecht. Anderlecht fazę grupową zaczął całkiem nieźle, bo od remisu z bardzo silnym Milanem. Werder zaś uległ FC Porto 2:3. Bremeńczycy przegrywali ze Smokami już 0:3, ale gole Bernda Hobscha i Wyntona Rufera strzelone w przeciągu minuty sprawiły, że Portugalczycy do końca musieli drżeć o zwycięstwo. Tym razem mistrzom Niemiec nie udało się odrobić trzybramkowej straty. Pokazali jednak, że woli walki im nie brakuje, nawet gdy znajdują się w beznadziejnej sytuacji. Już wkrótce ponownie mieli zostać poddani podobnej próbie charakteru. Mecz Werderu z Anderlechtem, który wspominamy w tym tekście, został rozegrany w ramach 2. kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA 1993/94. Po pierwszych 45 minutach tamtego pojedynku wydawało się, że ten zimny, a zarazem mokry (przed meczem padało niemal bez przerwy) grudniowy wieczór przyniesie pewne zwycięstwo Fiołkom. Ten pogląd podzieliło także wielu fanów Werderu, którzy w przerwie tłumnie opuszczali trybuny Weserstadion, nie wierząc już, że ich pupile mogą odwrócić losy spotkania. Zrezygnowani bremeńczycy z nietęgimi minami zeszli do szatni na spotkanie ze swoim trenerem Otto Rehhagelem. Nawet taki wojownik jak Dieter Eilts miał dość. – Czułem się jak gówno. Przeciwnik zakręcił nam w głowach – mówił. Pomocnik nie chciał wracać na zimny wiatr i zacinający deszcz. – To była typowa pogoda dla Bremy, ale chciałem zostać w szatni. Było tam ciepło, przyjemnie i mieliśmy coś do picia – wspomniał Eilts. A wracając do Rehhagela – w szatni zachowywał się spokojnie, a swoim piłkarzom po prostu radził, by spróbowali zrobić to, co się jeszcze da. Zarządził zmianę koszulek na czyste i zdecydował się na zmianę jednego zawodnika. Zdjął z boiska Andreasa Herzoga, a w jego miejsce wpuścił Thomasa Woltera, który miał wykonywać czarną robotę w środku pola. Natomiast obowiązki rozgrywającego powierzył Baslerowi. Po przerwie Niemcy grali dużo uważniej niż w pierwszej połowie. Sęk w tym, że zegar tykał, a po stronie zdobyczy bramkowych wciąż widniało zero. Minęło 20 minut drugiej części, a bagaż trzech goli coraz bardziej dociskał bremeńczyków. I wtedy nad Wezerą zaczęły dziać się cuda. Nowozelandczyk Wynton Rufer wybiegł do piłki zagranej na wolne pole i podciął ją nad interweniującym De Wilde. 1:3. W ciągu następnych kilku minut Werder stworzył dwie świetne sytuacje, ale ani Bernd Hobsch, ani Marco Bode nie zdołali strzelić bramki. To, co wówczas działo się w defensywie Anderlechtu, można nazwać szalejącym pożarem. Ta ogromna nerwowość udzieliła się także bramkarzowi. De Wilde wyszedł z bramki, by przechwycić dośrodkowanie. Ku rozpaczy swojej i swoich kolegów nie zdołał jej złapać, bo uprzedził go Rune Bratseth. Futbolówka po strzale Norwega wpadła do opuszczonej bramki. 2:3.

Niemcy poczuli krew. Napierali z wielką pasją. Na 10 minut przed końcem Rufer wrzucił piłkę na głowę Hobscha. Napastnik rodem z NRD nie miał kłopotów z pokonaniem De Wilde. Wielka radość wypełniła Weserstadion. Na trybunach, gdzie jeszcze kwadrans wcześniej zmarznięci kibice wieszali psy na zawodnikach, teraz zapłonęły race. 3:3. Podopieczni Rehhagela nie zamierzali zadowolić się remisem. Anderlecht, niczym kilkukrotnie trafiony w głowę bokser, chwiał się na nogach i ewidentnie nie miał pomysłu na wyjście z tej arcytrudnej sytuacji. Kolejne ciosy były tylko kwestią czasu. I w istocie za chwilę doszło do nokautu. 180 sekund po golu Hobscha Werder wyszedł na prowadzenie dzięki bramce Marco Bode. Wychowanek klubu z Bremy najlepiej odnalazł się w zamieszaniu w polu karnym i mocnym strzałem lewą nogą umieścił piłkę w bramce. 4:3. To nie był koniec. Ostatni gol doskonale podsumował postawę defensywy Anderlechtu po 66. minucie. De Wilde fatalnie podawał do Marca Emmersa. Piłkę przejął Hobsch, dośrodkował do Rufera i sekundę później padł piąty gol dla gospodarzy. Werder zwyciężył 5:3! Wynton Rufer w geście radości oddał fanom koszulkę, spodenki i getry, a następnie stanął na rękach i w ulewnym deszczu zaczął w ten sposób iść przez boisko. Potem w samej bieliźnie udzielał wywiadu. ,,Zajmie nam kilka dni, zanim zrozumiemy, co tu się wydarzyło” – komentował Oliver Reck. Z kolei Johan Boskamp, trener Anderlechtu, oszczędnie w słowach stwierdził: ,,To był koszmar. Wydawało mi się, że nocne widmo zniszczyło naszą grę.” W ostatecznym rozrachunku, mimo wspaniałego zwycięstwa nad Anderlechtem, Werder nie awansował do fazy pucharowej. W dwóch meczach z Milanem bremeńczykom udało się zdobyć zaledwie jeden punkt na cztery możliwe (wtedy za zwycięstwo przyznawano 2 „oczka”). Jeszcze gorzej wiodło im się w rywalizacji z Porto. W Portugalii, jak wspomnieliśmy, ulegli Smokom 2:3, a u siebie aż 0:5. Wygrali natomiast rewanż z Anderlechtem (w Brukseli było 1:2). Również Fiołki nie wyszły z grupy, notując 3 porażki, 2 remisy i tylko 1 zwycięstwo.

Czasami cuda się zdarzają a zwłaszcza w położonej nad Wezerą Bremą. Pamiętny mecz z Anderlechtem nie jest bowiem jedynym, który określa się ,,Cudem nad Wezerą”. Na miano to zasłużyły także domowe mecze Werderu ze: Spartakiem Moskwa (6:2 w 1987 roku), Dynamem Berlin (5:0 w 1988 roku) oraz Olympique Lyon (4:0 w 1999 roku).

Media

Sonda

Kto wygra mistrzostwo świata?