FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
5
@David_Beckham Zdecydowanie porażka naszej Barcuni z Bayernem Monachium 2:8! Oczywiście na porażke byłem jak najbardziej przygotowany ale nie w takich rozmiarach! Na drugim miejscu włąśnie ten mecz z Mundialu Brazylia-Niemcy.
4
(Nie)zapomniane legendy futbolu:
14 lutego 1945 r. urodził się Ladislao Mazurkiewicz, legendarny zawodnik polskiego pochodzenia. W 1970 r. mistrzostwa świata organizowano w Meksyku. Grupę eliminacyjną Polacy przegrali tylko jednym punktem z Bułgarią, pozostawiając w pokonanym polu Holandię z Cryuffem i Suurbierem. Choć na mistrzostwa nie pojechaliśmy, to na turnieju mieliśmy polski akcent. Był nim reprezentujący Urugwaj Ladislao Mazurkiewicz – jeden z najlepszych ówcześnie bramkarzy na świecie. Gdyby mistrzostwa transmitowano w polskiej telewizji, to jego świetne występy i swojsko brzmiące nazwisko z pewnością przysporzyłyby mu fanów nad Wisłą. Kiedy zapytamy, kto był najlepszym bramkarzem w historii, wielu z was wskaże Dino Zoffa, Seppa Maiera, Františka Pláničkę, Rudiego Hidena czy Ricardo Zamorę. Jednak najwięcej głosów zebrałby pewnie Lew Jaszyn. To on jako jedyny golkiper zdobył Złotą Piłkę. Jego pożegnalny mecz zgromadził na trybunach stadionu im. Lenina w Moskwie 100 tys. kibiców. W drużynie Reszty świata obok Bobby’ego Charltona, Gerda Müllera, Florei Dumitrache, Włodzimierza Lubańskiego czy Zygmunta Anczoka zagrał Ladislao Mazurkiewicz. Urugwajczyk zaliczył świetny występ na mundialu w 1970 r. w Meksyku, a sam Jaszyn widział w nim swojego następcę. To nie był pierwszy raz, kiedy ci wielcy bramkarze spotkali się na boisku. W 1968 r. Mazurkiewicz zmienił reprezentanta ZSRR w meczu drużyny Reszty świata z Brazylią z okazji dziesiątej rocznicy zdobycia przez Canarinhos tytułu mistrza świata. To właśnie w tym meczu Jaszyn dał mu swoje rękawice. Ladislao musiał jednak przejść długą drogę, żeby być branym pod uwagę przy ustalaniu składów na mecze gwiazd. Przyszedł na świat 14 lutego 1945 r. w letniskowym miasteczku Piriápolis. Jego matka była Hiszpanką, a ojciec Polakiem pochodzącym z Warszawy. Mój ojciec pracował na statkach jako mechanik. Często podróżował i nie było go długo w domu. Mama była z kolei Hiszpanką. Urodziła troje dzieci. Mam jeszcze brata i siostrę, która mieszka w Hiszpanii – wspominał piłkarz cytowany w artykule Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Od dziecka przejawiał talent do sportu. Obok piłki nożnej trenował również koszykówkę. Karierę zaczynał w stolicy kraju Montevideo. Do miejscowego Racingu zgłosił się jako gracz z pola. W dniu, w którym przyszedł do klubu, bramkarzowi drużyny rezerw lekarz zabronił grać po usunięciu zęba. Kiedy Ladislao się o tym dowiedział, chciał udowodnić swoją przydatność dla nowego zespołu. Zgodził się stanąć między słupkami. Tamtego popołudnia obronił sześć rzutów karnych. Z bramki już nie wyszedł. Pobyt w tym klubie był dla niego trampoliną do wielkiej piłki. W 1962 r. wygrał z drugą drużyną rozgrywki w czwartej lidze, a w 1964 r. trener Fabián Coito zabrał go na mistrzostwa Ameryki Południowej U-20 do Kolumbii. Urugwaj w decydującym o mistrzostwie meczu pokonał Kolumbię i po raz trzeci z rzędu zdobył tytuł, a Ladislao swoimi udanymi występami zwrócił na siebie uwagę wielkich klubów. Po świetnym występie w derbach Montevideo zgłosił się po niego Peñarol, którego szkoleniowcem był wybitny Roque Maspoli – bramkarz mistrzów świata z 1950 r. Sam klub był wówczas jednym z najlepszych na świecie. W latach 1960-62 grali w trzech pierwszych finałach Copa Libertadores, a w 1960 i 1961 wychodzili z tych pojedynków zwycięsko. W 1960 r. w premierowej edycji Pucharu Interkontynentalnego okazali się co prawda gorsi od wielkiego Realu, ale już rok później pokonali portugalską Benfikę. Bramkarzem Peñarolu był wówczas 30-letni Luis Maidana. Maspoli szukał dla niego następcy i klub sięgnął po młodego Ladislao, za którego zapłacono Racingowi 500 tys. peso. 19-letni Mazurkiewicz spełnił swoje wielkie dziecięce marzenie. Pierwsze miesiące w drużynie Los Carboneros upłynęły mu na zdobywaniu doświadczenia. Poznawał świat wielkiej piłki od środka i cierpliwie czekał na szansę zaprezentowania swoich umiejętności na wyższym poziomie. Wszystko zmieniło się 31 marca 1965 r. Peñarol w półfinale Copa Libertadores mierzył się z brazylijskim Santosem. O awansie do finału miał decydować trzeci mecz rozgrywany na Estadio Monumental w Buenos Aires. Przed spotkaniem pierwszy bramkarz Luis Maidana pokłócił się z trenerem i opuścił drużynę. Po latach wspomniał: Po kolacji chciałem jeszcze poczytać gazetę. On kazał mi iść spać. Nie spodobało mi się, jak mnie potraktował. Zamówiłem taksówkę i pojechałem do domu– artykuł Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Maspoli miał do wyboru rezerwowego bramkarza Garcíę albo młodego Ladislao. Postawił na nieopierzonego młokosa. Mazurkiewicz dostał szansę debiutu w jednym z najważniejszych meczów sezonu. Dowiedział się o tym krótko przed meczem: Wyruszyliśmy do Buenos Aires – Eduardo Garcia i ja. Pamiętam doskonale jak jeszcze dwie godziny przed meczem nie wiedzieliśmy kto z nas zagra. Wtedy Roque Maspoli wybrał mnie. Spisał się znakomicie, a słowa uznania dla jego umiejętności wyraził sam Pelé. Ladislao w jednym z wywiadów tak wspominał debiut: W tamtym meczu nie potrafiłem nazwać żadnego z przeciwników, z wyjątkiem Pelégo. Santos miał wielu bardzo groźnych piłkarzy. Nie zwracałem uwagi na kogoś szczególnie, wszyscy byli tak samo niebezpieczni. Nawet kiedy przechodzili do defensywy, ich centry były niebezpieczne. To był ten Santos. Peñarol wygrał 2:1 i mógł szykować się do finału. W pierwszym finałowym starciu przegrał na wyjeździe z Indepediente 0:1. U siebie natomiast zwyciężył 3:1. W decydującym, dodatkowym meczu w Santiago 4:1 wygrali Argentyńczycy i Los Carboneros na kolejny puchar musieli jeszcze poczekać. Mazurkiewicz grał we wszystkich trzech finałowych spotkaniach i spisał się na tyle dobrze, że miejsca w bramce już nie oddał. W tym samym sezonie zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł i zadebiutował w reprezentacji w meczu z Chile. Rok później mimo dwóch porażek w grupie, Peñarol po raz kolejny zameldował się w finale Copa Libertadores. Wtedy również do wyłonienia najlepszej klubowej drużyny Ameryki Południowej potrzebne były trzy mecze. Tym razem jednak to Urugwajczycy wyszli z nich zwycięsko, pokonując River Plate. Byli najlepszą drużyną na kontynencie, ale Los Carboneros chcieli też potwierdzić swoją klasę w rywalizacji o Puchar Interkontynentalny. Po drodze jednak były jeszcze mistrzostwa świata w Anglii. Dzięki swojemu nadzwyczajnemu refleksowi, pewności na linii i znakomitej grze w sytuacjach jeden na jeden, Mazurkiewicz stał się podstawowym bramkarzem reprezentacji. W ojczyźnie futbolu Urugwaj trafił do grupy razem z Anglią, Francją i Meksykiem. Razem z gospodarzami zagrali w meczu otwarcia, który poprzedziła krótka ceremonia otwarcia. Po oficjalnych przemówieniach królowa Elżbieta II zeszła po czerwonym dywanie do piłkarzy i przywitała się z przedstawianymi przez kapitana zawodnikami. Kiedy przyszła kolej na Mazurkiewicza, ucałował ją w dłoń, którą okrywała biała rękawiczka i zwrócił się do niej po hiszpańsku: Wygląda Pani jak malowana. Ale to my dzisiaj wygramy! Jego koledzy wspominają, że ta zabawna sytuacja pomogła im uspokoić nerwy i dobrze zaprezentować się w meczu. Ladislao nie mógł sobie wymarzyć lepszych okoliczności do debiutu na dużym turnieju. Urugwaj zdołał zremisować z gospodarzami na słynnym stadionie Wembley, a on sam zachował czyste konto. Zagrał bez kompleksów, będąc pewnym punktem swojego zespołu. Warto wspomnieć, że był jedynym bramkarzem tamtego turnieju, którego Anglicy nie zdołali pokonać. Gordon Banks w swojej biografii tak wspominał dyspozycję Mazurkiewicza z tamtego meczu: Bramkarz Urugwaju, 21-letni Ladislao Mazurkiewicz, miał co prawda dobrych obrońców, ale kiedy musiał się wykazać, to nie rozczarowywał.(…) Angielskie nadzieje wzrosły w końcówce, ale Ladislao Mazurkiewicz je udaremnił. Bobby Charlton uderzył lewą nogą ze skraju pola karnego, piłka zmierzała nad głowami zawodników obok lewego słupka, ale została świetnie wyłapana. Po zwycięstwie nad Francją, Urugwaj ze spokojem podchodził do ostatniego grupowego starcia z Meksykiem. Rywale nie prezentowali wielkiej klasy, a nawet w przypadku minimalnej porażki, do dalszych gier przechodzili Urusi. Meksykanie nie mieli jednak zamiaru poddawać się bez walki i od początku zyskali sporą przewagę. Mazurka, jak Ladislao nazywali koledzy, nie dał się jednak pokonać. Obronił trzy potężne strzały meksykańskich napastników, a swoimi odważnymi wyjściami wyjaśnił wiele groźnych sytuacji. To głównie dzięki niemu Urugwaj zdołał zremisować, a jego parady były na ustach wszystkich. W ćwierćfinale spotkali się z drużyną RFN. Na początku meczu sędzia nie zauważył ręki Schnellingera, który wybijał piłkę z linii bramkowej, a od 10 minuty Niemcy prowadzili 1:0. Mimo straconej bramki Mazurkiewicz bronił pewnie, a Urusi toczyli wyrównaną walkę. Tilkowski kilkukrotnie musiał wspinać się na wyżyny umiejętności. Kilka minut po przerwie angielski sędzia Jim Finney wyrzucił z boiska kapitana Horacio Troche, a niedługo później Hectora Silvę. Dopiero wtedy drużyna Charrúas się rozsypała i dała sobie strzelić trzy bramki. Decyzje angielskiego sędziego były równie kontrowersyjne co wyroki niemieckiego arbitra w meczu Anglia – Argentyna. Obie południowoamerykańskie federacje doszukiwały się tutaj spisku, który miał na celu wyeliminowanie ich z rywalizacji. Zdobyte doświadczenie miało jednak zaprocentować za cztery lata w Meksyku. Po mistrzostwach Ladislao był już uznawany za najlepszego bramkarza na kontynencie amerykańskim, a trzeba pamiętać, że miał dopiero 21 lat. Piłkarscy eksperci wyrażali się o nim z uznaniem i szacunkiem, stwierdzając, że w niczym nie ustępuje najlepszym europejskim bramkarzom. W październiku 1966 r. Peñarol po raz trzeci stanął przed szansą zdobycia Pucharu Interkontynentalnego. Ich rywalem był Real Madryt, a Los Carboneros chcieli zrewanżować się za porażkę z pierwszej edycji rozgrywek. W pierwszym meczu na Estadio Centenario w Montevideo zwyciężyli 2:0, po dwóch golach znakomitego Alberto Spencera. W rewanżu na Santiago Bernabeu potwierdzili swoją wyższość i pokonali drużynę Miguela Muñoza również 2:0. W obu meczach znowu świetnie spsiał się El Polaco. Na przełomie stycznia i lutego 1967 r. wziął udział w Copa América. W turnieju zorganizowanym w Urugwaju wystąpił tylko w dwóch ostatnich meczach. Jednak to właśnie te spotkania decydowały o końcowej klasyfikacji. Zarówno z Paragwajem, jak i z Argentyną zachował czyste konto i do sukcesów odniesionych z klubem mógł dopisać triumf z reprezentacją. W lidze Peñarol nie miał sobie równych, a Mazurkiewicz pobił rekord minut bez wpuszczonej bramki. Uzbierał ich aż 985 i w znacznym stopniu przyczynił się do zdobycia tytułu. Rok później zdobył swoje trzecie mistrzostwo w karierze, a w całym sezonie wpuścił zaledwie 5 bramek. Ustanowił tym samym kolejny rekord, który pozostaje niepobity do dziś. I tak już chyba zostanie. Zbliżały się mistrzostwa świata w Meksyku, Mazurka miał 25 lat i jak na bramkarza był jeszcze młody. Cieszył się jednak już dużym uznaniem wśród kolegów. Jako że Urugwaj zdobywał tytuł w 1930 i 1950 r., a więc co 20 lat, to zawodnicy jechali na mundial z dużymi ambicjami. W eliminacjach Mazurkiewicz zagrał we wszystkich czterech meczach i w każdym z nich zachował czyste konto. Na turnieju pierwszy mecz w grupie Urugwajczycy grali z debiutującym Izraelem. Zwyciężyli 2:0, ale kapitan Celeste – Pedro Virgilio Rocha już w 13. minucie musiał opuścić boisko wskutek kontuzji i zakończył swój udział w mistrzostwach. W kolejnym spotkaniu mierzyli się z Włochami i to właśnie im najbardziej dał się we znaki Ladislao. Boninsegna, Bertini, Mazzola, Riva i De Sisti dwoili się i troili, ale nie byli w stanie pokonać świetnie dysponowanego El Polaco. Skapitulował dopiero w ostatnim meczu fazy grupowej ze Szwecją. Dopiero w 90. minucie pokonał go Ove Grahn, ale porażka ta nie przeszkodziła Urugwajowi w wyjściu z grupy. W ćwierćfinale Charrúas trafili na znakomitą drużynę Związku Radzieckiego. W Anglii zajęła ona czwarte miejsce, a dwa lata wcześniej na tej samej lokacie zakończyła mistrzostwa Europy. Była więc jednym z faworytów i zapowiadał się trudny i wyrównany mecz. Tak w istocie było. Po 90 minutach na tablicy widniał bezbramkowy remis. Po raz kolejny Mazurkiewicz był nie do przejścia dla napastników rywali. Jego bramka była jak zaczarowana. W 114. minucie na boisku pojawił się Victor Rodolfo Esparrago i to on trzy minuty później strzelił zwycięskiego gola dla Urugwaju. Piłka, którą zagrał mu Montero, znajdowała się na linii, ale piłkarze rywali zawzięcie protestowali, twierdząc, że zdążyła opuścić już boisko. Sędzia pozostał nieugięty i nie zamierzał dyskutować z zawodnikami ZSRR. Po meczu radziecka federacja złożyła oficjalny protest, ale FIFA odrzuciła go, tłumacząc, że decyzja arbitra podjęta na boisku jest ostateczna. Półfinał zaplanowano na 17 czerwca na Estadio Jalisco w Guadalajarze. O finał Urugwaj grał z Brazylią. Urusi szybko strzelili bramkę, ale tuż przed przerwą Canarinhos wyrównali. W drugiej połowie Celeste nie byli w stanie stawić czoła jednej z najlepszych reprezentacji w historii i stracili jeszcze dwie bramki. Mecz zakończył się wynikiem 3:1, ale Ladislao bardzo dobrze spisywał się między słupkami, a przy straconych golach niewiele mógł zrobić. To, co zostało w pamięci kibiców, to sytuacja, jaką miał przy stanie 3:1 Pelé. Dostał kapitalne podanie od Tostão, wyszedł sam na sam z Mazurkiewiczem, minął go tuż przed polem karnym i mając przed sobą pustą bramkę… uderzył kilkanaście centymetrów obok słupka. Sam Ladislao śmiał się później, że tak nastraszył Brazylijczyka, że ten nie trafił w bramkę. Po latach tak opisywał tę sytuację: Gdybym został w bramce, byłby gol. Przez moją interwencję zgubił swój rytm, a kiedy dogonił piłkę, odchylił się i chybił. W meczu o trzecie miejsce Urugwajczycy nie sprostali Niemcom z Overathem, Müllerem i Seelerem. Przegrali 0:1 i powtórzyli osiągnięcie z 1954 r. ze Szwajcarii. Na otarcie łez Mazurkiewiczowi pozostało to, że został uznany przez ekspertów za najlepszego bramkarza turnieju. Sam później wspominał: Szkoda, że przegraliśmy mecz z Niemcami, ale zasłużyli na trzecie miejsce. Meksyk ’70 był udany dla Urugwaju. Mieliśmy najskuteczniejszą obronę. Mimo że wyprzedziły nas trzy drużyny, to straciliśmy spośród nich najmniej bramek. Po sukcesie, za jaki należy mimo wszystko uznać jego występ na meksykańskich boiskach, Ladislao spróbował szczęścia w nowym otoczeniu. W 1972 r. opuścił Peñarol i został zawodnikiem brazylijskiego Atlético Mineiro. Niewiele brakowało, a negocjacje w sprawie kontraktu zostałyby zerwane. Mazurkiewicz wykazywał jednak dużą chęć gry dla nowego klubu i udało się doprowadzić sprawy do pozytywnego rozwiązania. Atlético było świeżo upieczonym mistrzem Brazylii, ale Mazurka w czasie swojego dwuletniego pobytu w klubie nie odniósł znaczących sukcesów. Kibice zapamiętali go jednak jako bardzo pewny punkt drużyny. Wyróżniał się refleksem i nie podejmował zbędnego ryzyka, a jego pewność siebie udzielała się obrońcom. Sam opisywał swój pobyt w Brazylii jako niezapomniany czas. Mistrzostwa świata w RFN chciałby pewnie wymazać z pamięci, bo Urugwaj na nich rozczarował. W zderzeniu z holenderskim futbolem totalnym Urugwajczycy wyglądali jakby czas się u nich zatrzymał. Przegrali z Holandią 0:2, ale gdyby nie Mazurkiewicz ten wynik mógłby być dużo, dużo wyższy. Nie wyszli nawet z grupy i po trzech meczach wracali do domu. Ostatni grupowy mecz ze Szwecją był dla niego pożegnaniem z reprezentacją. El Polaco tylko trzykrotnie wybiegał na boisko, a mimo to swoimi występami zdołał przekonać do siebie obserwatorów. Uznali go oni za trzeciego najlepszego golkipera turnieju – po Maierze i Tomaszewskim. Po mistrzostwach postanowił spróbować swoich sił w lidze hiszpańskiej. Został zawodnikiem Granady. Pobyt na starym kontynencie nie był jednak udany i wkrótce wrócił do Ameryki Południowej. Został zawodnikiem chilijskiej Cobreloi, a później grał w kolumbijskiej Américe de Cali. W wieku 35 lat wrócił do Peñarolu i 1981 r. świętował swój ostatni tytuł mistrza kraju z ukochanym klubem. Po zakończeniu kariery zajął się trenerką. Był trenerem bramkarzy w Peñarolu, a w 1988 samodzielnie prowadził pierwszy zespół. W latach 90. był też członkiem sztabu Víctora Púi, kiedy ten prowadził reprezentację Urugwaju. Mazurkiewicz zdecydowanie lepiej jednak radził sobie na boisku. Pod koniec 2012 r. trafił do szpitala z powodu problemów z oddychaniem. Od dłuższego również jego nerki odmawiały posłuszeństwa. Odszedł z tego świata 2 stycznia 2013 r. Mimo, że w jego żyłach płynęła polska krew, to nigdy nie był w Polsce i nie znał języka polskiego: Po polsku nie potrafię powiedzieć ani słowa. W naszej rodzinie tylko siostra trochę mówi po polsku. W ogóle niewiele wiem o tym kraju. Ale nie zapomniałem, skąd pochodził mój ojciec. Chciałem przyjechać do Polski, ale niestety nie miałem takiej okazji, choć kiedy graliśmy w mundialu w Niemczech, byłem blisko. Ojciec po tym, jak wyemigrował, także nigdy już nie wrócił do ojczyzny – artykuł Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – Przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Był czołowym bramkarzem swoich czasów. W niczym nie ustępował Banksowi, Tilkowskiemu, Maireowi, Albertosiemu czy Zoffowi. W plebiscycie dziennika El Diario został miażdżącą przewagą głosów wybrany najlepszym golkiperem w całej historii urugwajskiej piłki, wyprzedzając takie sławy jak Aníbal Paz czy Roque Maspoli. Był ostatnim Urugwajczykiem wybranym do światowej drużyny gwiazd. O jego klasie najlepiej świadczy fakt, że sam Lew Jaszyn namaścił go na swojego następcę i osobiście zaprosił na swój pożegnalny mecz. Sam Mazurkiewicz tak to zapamiętał: ,,Byłem zaszczycony, że sam osobiście mnie zaprosił. Byłem jednym bramkarzem z Ameryki. To było ekscytujące przeżycie. Nigdy nie zapomnę powitalnego uścisku i spędzonych godzin z nim. Był rewelacyjną osobą. Dzięki tłumaczowi dużo rozmawialiśmy. On sam bardzo serdecznie mnie traktował. Pamiętam, że poprosiłem go zdjęcie z autografem dla mojego ojca i dał mi je bez żadnego problemu. Był prostym człowiekiem, ale jednocześnie wielkim – w całym znaczeniu tego słowa. Traktowałem go szczególnie, jak nauczyciela". Ameryka Południowa przeciętnemu kibicowi raczej nie kojarzy się z wielkimi bramkarzami. Trzeba jednak pamiętać, że Gilmar, Amadeo Carizzo czy Sergio Goycochea byli naprawdę świetnymi fachowcami. Również Urugwaj wbrew pozorom posiada bogate tradycje na tej pozycji. W najlepszych jedenastkach mistrzostw świata znaleźli się Roque Maspoli w 1950 r. i Enrique Ballestreros w 1930 r. Ladislao Mazurkiewicz wyróżniał się z nich wszystkich jednak najbardziej. Liderował na boisku, dodawał drużynie pewności siebie, a koledzy darzyli go ogromnym zaufaniem i szacunkiem. Był niewątpliwie jednym z najwybitniejszych bramkarzy, jacy zagrali na mundialu i chyba najlepszym, jakiego światu dał kontynent amerykański.
2
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
14 lutego 1921 r. w Bismarckhütte urodził się Walter Brom. Dysponował fenomenalnym wręcz refleksem i intuicją oraz kocią zwinnością i zręcznością. W wieku 17 lat pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata do Francji w 1938 r. Do dzisiaj jest najmłodszym powołanym bramkarzem na tę imprezę i raczej się nie zanosi, żeby ktoś miał go pobić. Od najmłodszych lat związany z Ruchem. Został jego zawodnikiem już w wieku 13 lat! Wcześniej występował w szkolnym zespole z ulicy 16 sierpnia. Nie było wówczas żadnych szkółek ani juniorskich zespołów, a młodzi adepci futbolu grali najczęściej w parkach, na skwerach czy na placach. Brom chętnie brał udział w tych meczach, choć nie zawsze występował w bramce. Jego brat wspominał, że Walter lubił też strzelać gole. Szybko jednak poznano się na jego bramkarskim talencie. Kiedy Józef Kałuża powołał go do reprezentacji, Brom miał ledwie dziewięć ligowych meczów na koncie. We Francji co prawda nie zagrał, ale Edward Madejski bardzo cenił swojego młodego konkurenta. Znakomicie rozwijającą się karierę przerwał kataklizm II wojny światowej. W czasie okupacji Brom występował w klubach niemieckich. Na krótko został wcielony do Wehrmachtu, ale zwolniono go z powodu choroby uszu. W 1942 r. został dożywotnio zdyskwalifikowany za uderzenie sędziego. Brom przerzucił się wtedy na piłkę ręczną, ale karę wkrótce złagodzono i w latach 1943-44 występował już w reprezentacji Śląska. Kiedy w marcu 1945 r. Ruch rozgrywał swoje pierwsze mecze, to z przedwojennej ekipy zostali tylko Karol Dziwisz i właśnie Walter Brom. Razem z reprezentacją Śląska pojechał na tournée do Szkocji, gdzie swoją grą oczarował miejscowych dziennikarzy. Dziwili się oni jak to możliwe, że bramkarz o takich umiejętnościach nie grał w reprezentacji Europy. Najlepsze lata zabrała mu wojna, ale w pełni rozwinąć talentu nie pomogły też nałogi. Brom miał problem, żeby odmówić kolegom od kieliszka, co powodowało coraz częstsze zawieszenia. W Ruchu grał do 1950 r., potem przeniósł się do RKS Batory, a następnie do Stali Poręba. Karierę chciał zakończyć w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie trenerem był Teodor Peterek, ale postawione przez żonę ultimatum spowodowało, że po tygodniu wrócił do domu. Talentem przerastał wszystkich bramkarzy jakich kiedykolwiek widziano w Polsce. Człowiek o niewiarygodnym refleksie, wspaniałej technice chwytów i bezbłędnej grze na przedpolu – charakteryzowali go fachowcy.
1
@Pawel13sz Puchar UEFA, w skrócie PUEFA :)
1
14 lutego 1951 r. w Doncaster urodził się Kevin Keegen, angielski napastnik, 2-krotny zdobywca Złotej Piłki France Football, zdobywca Pucharu Mistrzów, 2-krotny zdobywca PUEFA, 3-krotny mistrz Anglii oraz mistrz RFN. Był jednym z najskuteczniejszych napastników lat 70., z FC Liverpool trzykrotnie zdobył mistrzostwo kraju oraz Puchar Mistrzów i dwa razy Puchar UEFA. Sportową karierę udanie kontynuował w Hamburgerze SV. Od 1999 do 2000 roku był selekcjonerem reprezentacji Anglii. Później ze zmiennym szczęściem prowadził Manchester City. Jest wychowankiem lokalnego Scunthorpe United. W 1971 roku w wieku dwudziestu lat został kupiony na 35 tysięcy funtów przez Liverpool. Wcześniej bacznie przyglądali mu się wysłannicy Coventry City, ale ostatecznie uznali, że jest zbyt słaby fizycznie.W sierpniu 1971 roku zadebiutował w barwach nowego klubu i po dwunastu sekundach przebywania na boisku strzelił gola w meczu z Nottingham Forest F.C.. Rok później po raz pierwszy zagrał w reprezentacji Anglii. W ciągu kolejnych pięciu lat Keegan wraz z Walijczykiem Johnem Toshackiem stał się liderem linii ataku i zdobył dla Liverpoolu wiele decydujących o zwycięstwie goli. W 1973 roku drużyna prowadzona przez Szkota Billa Shankly'ego po siedmioletniej przerwie odzyskała tytuł mistrza Anglii, a kilka tygodni później pokonała Borussię Mönchengladbach z Vogtsem, Netzerem i Heynckessem w składzie, w finale Pucharu UEFA. Aby wyłonić zwycięzcę trzeba było rozegrać aż trzy mecze, w pierwszym padł bowiem bezbramkowy remis. Liverpool najpierw wygrał 3:0 (dwa gole strzelił Keegan), a dwa tygodnie później uległ podopiecznym Hennesa Weisweilera tylko 0:2 i mógł cieszyć się z cennego trofeum. W następnym sezonie Liverpoolczycy triumfowali w rozgrywkach o Puchar Anglii – w finale zwyciężyli 3:0 Newcastle United, a dwukrotnie do bramki Srok trafiał właśnie Keegan. W roku 1976 zespół prowadzony już przez Boba Paisleya powtórzył wyczyn sprzed trzech lat i ponownie zdobył mistrzostwo kraju i Puchar UEFA (w dwumeczu finałowym pokonał FC Brugge 3:2 i 1:1 – w każdym spotkaniu Keegan strzelił gola). Rok później Liverpool obronił tytuł mistrza Anglii oraz po raz kolejny okazał się lepszy od Borussii Mönchengladbach, tym razem w finale Pucharu Mistrzów. Po tym spotkaniu Keegan postanowił wyjechać za granicę. Długo przebierał w ofertach znanych klubów z Kontynentu, aż w końcu zdecydował się przyjąć propozycję Hamburgera SV, triumfatora Pucharu Zdobywców Pucharów. W Liverpoolu szybko znalazł godnego siebie następcę w osobie Kenny'ego Dalglisha. W Hamburgu Keegan piłkarsko dojrzał i dzięki dobrym występom w Bundeslidze oraz europejskich pucharach dwukrotnie odbierał Złotą Piłkę, przyznawaną przez magazyn France Football dla najlepszego zawodnika klubów Starego Kontynentu. W czerwcu 1980 roku po przegranym finale Pucharu Mistrzów z Notthingham Forrest oraz nieudanych mistrzostwach Europy niespodziewanie rozwiązał kontrakt z HSV i powrócił do Anglii. Przez dwa sezony występował w barwach Southampton FC.W reprezentacji Anglii grał na Euro 1980 oraz Mistrzostwach Świata 1982, ale Synowie Albionu na początku lat 80. przeżywali regres formy. Kiedy po mundialu nowym selekcjonerem został Bobby Robson, który zapowiedział, że Keegan przestanie być kluczowym zawodnikiem w jego kadrze, zawodnik Southampton postanowił pożegnać się z drużyną narodową. Rozegrał w niej 63 mecze, w tym 31 jako kapitan, i strzelił 21 goli. W wieku 31 lat podpisał kontrakt z drugoligowym Newcastle United, w którym w ciągu dwu lat wystąpił 78 razy, zdobywając 48 bramek. W sezonie 1983-84 pomógł mu w awansie do ekstraklasy. Kilka tygodni później zakończył piłkarską karierę. W reprezentacji Anglii od 1972 do 1982 roku rozegrał 63 mecze (31 jako kapitan) i strzelił 21 goli.
5
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
14 lutego 1956 r. urodził się Krzysztof Adamczyk, napastnik, 3-krotny reprezentant kraju. 12 listopada 1980 roku, stadion Sarria w Barcelonie. Polacy grają towarzyski mecz z Hiszpanią. Do przerwy prowadzą 1:0. Jest nieźle bo akurat z tym rywalem nie wygrali nigdy wcześniej. Również nigdy wcześniej Krzysztof Adamczyk nie zagrał w reprezentacji. Trener Ryszard Kulesza pozwala mu wejść na boisko w 72 minucie. Na 3 minuty przed końcem gospodarze mają rzut karny i jest już remis. Hiszpanom się spieszy, widać że zależy im na zwycięstwie. Polacy jednak mają podobny plan. ,,Piłke na środku miał Zbyszek Boniek, przyspieszył, zagrał mi na lewą strone a ja dośrodkowałem w pole karne, gdzie był już Andrzej Iwan. Trafił na 2:1!”- relacjonował Adamczyk. Zbliżały się kwalifikacje do mistrzostw świata w Hiszpanii i ówczesny napastnik Legii mógł być pełen optymizmu. Wejść do gry w debiucie z mocnym rywalem i zaliczyć asyste na wagę zwycięstwa- marzenie każdego nowicjusza! Parę tygodni później w kadrze na pierwszy eliminacyjny mecz z Maltą jednak go nie było. Siłą rzeczy ominęła go też afera na Okęciu, czego akurat nie żałował. Czarnymi bohaterami zostali czterej piłkarze łódzkich klubów, sami liderzy: Boniek, Młynarczyk, Żmuda i Śp. Terlecki. Odesłano ich do kraju więc paradoksalnie szanse Adamczyka na występ w La Valetta nawet by wzrosły. Dlaczego więc go tam nie było? ,,Sam się wykreśliłem. Ten jeden raz. Młodzieńcza głupota. Miałem do odebrania samochód w zachodnich Niemczech. Fiat 123, używany ale zaledwie jednoroczny. U nas w ministerstwie obrony narodowej generałowie takimi jeździli, więc te bryke koniecznie chciałem sprowadzić z Kilonii ale powiem więcej: miałem tam się spotkać z moją byłą dziewczyną. Znaliśmy się jeszcze z Gdańska, wyjechała kiedyś na stałe do RFN i była okazja żeby się z nią zobaczyć. Dziewczyna, samochód… No jak tu się nie skusić?”- wspominał Adamczyk. Dostał zgode z wojskowego klubu, co też było dużym osiągnięciem, więc nie zastanawiał się już ani chwili. A reprezentacja? Nie zając, nie ucieknie. Oczywiście ta jedna nieobecność nie przekreślała jego planów, zwłaszcza że trener Kulesza cenił Adamczyka i szybko by z niego nie zrezygnował. Problem w tym że w wyniku wspomnianej afery na Okęciu spadła selekcjonerska głowa. Nowym szefem kadry został Antoni Piechniczek, lecz on specjalnego przekonania do Adamczyka nie miał. ,,Wystąpiłem tylko w jego debiucie, na wyjeździe z Rumunią. Już do przerwy przegrywaliśmy 0:2, ,,kaszanka” była straszna, wyglądało to beznadziejnie. Wszedłem w końcówce na niecałe 20 minut. I koniec, już nigdy więcej nie dostałem powołania”- opowiadał Adamczyk. Ma czego żałować, ponieważ był w bardzo dobrej formie. W sezonie 1980/81 z 18 golami w 28 meczach został królem strzelców ekstraklasy. Wszedł do wymagającej szatni Legii i w niej nie zginął. Wywalczył snajperski tytuł i 2 Puchary Polski, choć w pamiętnym finale z Lechem Poznań(5:0) w Częstochowie nie wystąpił, ponieważ był świeżo po operacji łąkotki. Przez wiele lat był ważnym zawodnikiem Legii, trafił też pod skrzydła Śp. Kazimierza Górskiego, który po powrocie z Grecji zajął się drużyną z Łazienkowskiej. Po niespełna 6 latach, w czerwcu 1984 r. Adamczyk musiał odejść. Dlaczego? ,,Mówiąc najkrócej: Kopa mnie wykopał”- złośliwie komentuje rozczarowany piłkarz. Trener Jerzy Kopa po swojemu układał zespół. Akurat dla Adamczyka nie widział miejsca. ,, Mam do niego żal, bo choć oczywiście każdy trener ma prawo do suwerennych personalnych decyzji, to powinien umieć powiedzieć to odstawionemu piłkarzowi prosto w oczy. Lecz on wykonywał jakąś krecią robote, żeby odsunąć mnie i paru innych piłkarzy, jak pamiętam także Miłoszewicza, Tumińskiego czy Barana. Były jakieś jego bzdurne zarzuty że sprzedaliśmy mecz. Krew się we mnie burzyła bo nawet nie wiedziałem jak się bronić. Zmiana klubu była więc najsensowniejszym wyjściem. Rok wcześniej miałem oferte z Rapidu Wiedeń. Byłem nawet na testach w drużynie Otto Baricia ale wtedy Legia mnie nie puściła. Potem przez, jak się okazało, ostatni sezon więcej się męczyłem niż grałem. Nieustannie wypychano mnie na margines. O to właśnie miałem największe pretensje. Nie lepiej od razu powiedzieć: ,,Nie chce cię w drużynie, musisz odejść!”? Kopa tego nie potrafił”- komentował Adamczyk. Pamiętał o nim Andrzej Strejlau. Trafił do prowadzonej przez niego Larisy. Najpierw grał w drużynie razem z Kmiecikiem a potem z Kupcewiczem. ,,Dobrze się tam czułem, trochę goli nastrzelałem, do tego było sporo asyst. Kibice mnie lubili. ,,Czik, czik, Adamczik”- skandowali z trybun”- uśmiecha się wychowanek Gedanii. Adamczyk występował też w lidze austriackiej, po czym na przejście do cypryjskiego Apollonu Limassol namówił go Jerzy Engel. Tam grał ze Stefanem Majewskim, potem z Eugeniuszem Ptakiem. Na koniec wojaży wylądował w szwedzkim Höör. ,,Nie chciałem tam jechać ale mam szwagra Szweda. Zależało mu i tylko dlatego się zgodziłem. To była trzecia liga, występowałem jako grający asystent trenera. Wytrzymałem tam jedynie rok. Szwecja jest nudna”- wyjaśniał Adamczyk. Ostatni mecz zagrał jednak w Polsce. ,,Stary kumpel z Legii Waldek Tumiński prowadził Pogoń Grodzisk Mazowiecki i poprosił mnie bym jeszcze u niego pograł. Zagrałem raz, akurat z Mazurem Karczew. Znowu strzeliłem gola, tak jak kiedyś w rezerwach Legii. A po meczu mówię: ,,Waldek, za daleko mam. Przecież nie będę dojeżdżał dzień w dzień z Warszawy”. I to już był naprawdę koniec grania.
4
Duma Katalonii dzień po dniu:
14 lutego 1960 r. FC Barcelona odnotowała jedno z największych zwycięstw w swojej historii, pokonując UD Las Palmas aż 8:0! W dodatku aż 5 goli! w tym meczu ,,huknął znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez. Pozostałe trafienia zaliczyli Sucu, Verges i Olivella. Jeśli się nie myle, to więcej niż 5 goli w jednym meczu La Liga dla Barçy strzelił tylko Ladislao Kubala.
1
@Janiama Dzięki piękne za gratki :) Miałem postawić 1:1 ale pomyślałem sobie że Espanyol troche strzela a my troche tracimy z naszą dziurawą defensywą. Generalnie ja i Barca mieliśmy farta! Tylko bardzo żałuje że nie obstawiłem takiego wyniku u bukmachera :)
3
Feliz cumpleaños panie Hans:
14 lutego 1953 r. urodził się Hans Krankl, austriacki napastnik. Do Barcelony przybył w 1978 r. i już w pierwszym sezonie gry zdobył Trofeo Pichichi dla najlepszego snajpera La Liga(29 goli). Z FC Barceloną sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów. Na krótko przed finałem tego pucharu, miał wypadek samochodowy, w którym poważnie ucierpiał. Mimo kłopotów ze zdrowiem zdecydował się zagrać w finale i nawet strzelił decydującego gola w dogrywce. W kolejnym sezonie Krankl zaczął grać gorzej i popadł w konflikt z trenerem. ,,Moim jedynym problemem jest trener Joaquim Rife, który wymagał ode mnie rzeczy nadprzyrodzonych”- żalił się później Hans. W styczniu 1980 r. opuścił więc Blaugrane i wyjechał do Austrii. Po kilku miesiącach gry w ojczyźnie stwierdził iż może wrócić do Barcelony jeżeli zmieni się trener i znacząco wzmocni się drużyna. Krankl wrócił więc na krótko do Barcelony lecz tylko na początek sezonu 1980/81 po czym na dobre pożegnał się z Dumą Katalonii.
3
@Janiama RCD kontra FC Barcelona, tak to powinno wyglądać :) Typuje remis 2:2
7
Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:
13 lutego 1964 r. w Barcelonie zmarł Paulino Alcantara. Do czasu pojawienia się Kubali i Messiego, był to fenomen i geniusz w jednym. O istnieniu takiego piłkarza powinien wiedzieć każdy cule bez wyjątku. Filipińczyk miał równo 15 lat, 4 miesiące i 15 dni kiedy zadebiutował w barwach Dumy Katalonii. Jest on najmłodszy piłkarzem jaki debiutował w Dumie Katalonii. Mało tego, w debiucie ustrzelił hattricka a Barça pokonała wówczas Catala SC 9:0! Paulino w ciągu swojej gry dla Blaugrany strzelił 369 goli w 357 meczach! Paulino Alcantara został pochowany na cmentarzu w dzielnicy Les Corts, gdzie spoczywają także inni wielcy barcelońscy piłkarze, jak Josep Samitier, Cesar Rodríguez, Ladislao Kubala, czy charyzmatyczny bramkarz Javier Urruticoechea. Ceremonia jego pogrzebu była szczerym wyrazem bólu całego barcelonizmo. Więcej opisze przy okazji debiutu Paulino w ,,naszej Blaugranie”, czyli 25 lutego.
1
@Pawel13sz Słuchaj no, a co to się stało że twój idol nie strzelił karnego? Meczu nie ogladałem tylko widziałem na fleszskor. Coś czytałem że spadła na niego krytyka i na całe Atletico...
2
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
13 lutego 1907 w Krakowie urodził się Józef Kotlarczyk, ślusarz z Krakowa, piłkarz Nadwiślanina i Wisły, jeden z najlepszych pomocników Europy, kapitan drużyny narodowej podczas IO w Berlinie (1936). Po ukończeniu szkoły podstawowej, idąc za przykładem starszego brata Jana, terminował w zawodzie ślusarza (firma Ludwik Zieleniewski i Fitzner-Gramper S.A. w Krakowie), ale w okresie międzywojennym nie podjął pracy w tym zawodzie. Grał w piłkę. Najpierw jako napastnik, potem przez wiele lat jako pomocnik. Wychowanek Nadwiślanina (1922-1927), pod wpływem brata Jana (był już wtedy czołowym zawodnikiem) przeszedł do Wisły (1927-1939), gdzie w ciągu 12 sezonów ligowych rozegrał 244 mecze, zdobył 13 goli (1927-1939) i dwa tytuły mistrza Polski (1927-1928). Kapitan Wisły i narodowej drużyny (debiut 4 sierpnia 1929 w meczu z Czechosłowacją – ostatni mecz 10 października 1937 z Łotwą), w której wystąpił oficjalnie 30 razy. Wraz z bratem Janem i Mysiakiem tworzyli najlepszy w okresie międzywojennym tercet reprezentacyjnych pomocników. Wyrażano także opinie, że w tej formacji zaliczano go nawet do czołówki europejskiej. W czasie wojny pracując jako ślusarz w Miejskim Przedsiębiorstwie Wodociągowym w Krakowie brał udział w konspiracyjnym ruchu sportowym. Początkowo jako piłkarz w drużynie TS Wisła, a następnie jako jeden z organizatorów konspiracyjnych rozgrywek piłkarskich. Po wojnie pracował jako trener, początkowo w Wiśle a następnie przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie prowadził I drużynę piłkarską MKS Polonia (1952-1959), którą m. in. dwukrotnie wprowadził do ekstraklasy i II-ligowego Pomorzanina Toruń. Pod koniec kariery trenerskiej ogłosił drukiem swoje wspomnienia sportowe pt. ,,Spod Wawelu na olimpijski stadion”(oprac. Z. Sosnowski i Z. Urbanyi), „Ilustrowany Kurier Polski”, 1958, nr 268, 274, 280, 292, 298). Odznaczony m. in. dwukrotnie Srebrnym Krzyżem Zasługi (1936, 1958). Zmarł w Bydgoszczy 28 września 1959 r.
0
@TylkoBarca7273 Nie znam takiego piłkarza więc zajrzałem na google i dowiedziałem się że gra w Juvenil A. Poza tym że urodził się w Hiszpanii a jest Ekwadorczykiem, no to tego już nie bardzo rozumiem? Obyś miał racje że będzie to godny zastępca Rafy.
7
Feliz cumpleaños Rafa!
13 lutego 1979 r. w Zamorze urodził się Rafael Marquez Alvarez, bez wątpienia najlepszy meksykański defensor jaki grał w FC Barcelonie. Rafa jest wychowankiem Atlasu Guadalajara. To właśnie w tym klubie zaliczył debiut w lidze meksykańskiej mając niewiele ponad 17 lat. Po spędzeniu trzech lat w klubie z Guadalajara, Rafael postanowił przenieść się na Stary Kontynent. Jako jeden z pierwszych po usługi młodego defensora zgłosił się madrycki Real. Jednak zawodnik sam odrzucił możliwość przejścia do zespołu Królewskich, co nie zbyt spodobało się działaczom Atlasu. Jednak oferta AS Monaco została zaakceptowana zarówno przez piłkarza i jego klub. W debiutanckim sezonie w Europie Marquez wraz z AS Monaco wygrał mistrzostwo ligi francuskiej oraz Superpuchar Francji pokonując Nantes. Rafa był filarem zespołu na udokumentowanie, czego otrzymał tytuł dla najlepszego obrońcy sezonu 1999/2000. Na koniec swojej przygody z ligą nad Sekwaną Marquez i jego Monaco zdobyło Puchar Ligi. Meksykanin znów postanowił skorzystać z lawiny ofert transferu spływających na biurko dyrektora sportowego klubu z Monaco. Wybrał FC Barcelonę. Postanowił pomóc odbudować potęgę Blaugrany po kilku latach marazmu. Łącznie w klubie z Księstwa Meksykanin wystąpił w 87 meczach i strzelił 5 goli. W lipcu 2003 roku Marquez podpisał czteroletni kontrakt z Blaugraną i zarezerwował sobie koszulkę z numerem 4. FC Barcelona przelała na konto AS Monaco 5,25 miliona Euro i Rafa stał się pierwszym reprezentantem Meksyku w klubie z Camp Nou. Przybycie do klubu wychowanka Atlasu pozostało w cieniu transferu Ronaldinho z PSG za 38 milionów Euro. W debiutanckim sezonie w barwach Dumy Katalonii Rafael rozegrał dwadzieścia jeden spotkań. Pierwszy występ ligowy przypadł 9 sierpnia 2003 roku w spotkaniu z Sevillą CF(1:1). W sezonie 2003/2004 pod wodzą Franka Rijkaarda i z Marquezem w składzie FC Barcelona wywalczyła wicemistrzostwo Hiszpanii. W kolejnej odsłonie sezonowych realiów Meksykanin musiał przystosować się do gry na pozycji defensywnego pomocnika. Gra na tej pozycji nie była mu obca, gdyż występował na niej w reprezentacji i AS Monaco. Przyczyną przesunięcia Rafy do drugiej linii była plaga kontuzji w pierwszym zespole. Przewlekłe urazy leczyli Thiago Motta, Edmílson oraz Gerard López. Jednak losowe przeciwności nie pokrzyżowały planów Blaugranie, która wywalczyła tytuł mistrza w sezonie 2004/2005. Był to pierwszy tytuł Rafy na Camp Nou. Barcelona powróciła na szczyt po sześciu słabszych sezonach. Rafael rozegrał trzydzieści cztery spotkania w lidze, sześć w Lidze Mistrzów i zdobył trzy gole. A to był dopiero początek dobrych czasów dla zawodnika. W następnym sezonie Blaugrana po cudownej grze obroniła prym w La Liga i wygrała po raz drugi w historii Ligę Mistrzów pokonując w paryskim finale Arsenal Londyn (2:1). Rafael bezsprzecznie obok Carlesa Puyola dzielił i rządził w obronie Barcelony, ale rozegrał tylko dwadzieścia pięć spotkań w lidze gdyż miał problem z kontuzją stopy. W formie wdzięczności klub zaproponował Marquezowi nowy kontrakt. Nowa umowa obowiązywała do 30 czerwca 2010 roku. Kolejne dwa sezony były bardzo słabe w wykonaniu Rafy, w dodatku nie opuszczał go pech i kontuzje. W sezonie 2006/2007 wystąpił tylko w dwudziestu jeden z trzydziestu ośmiu spotkaniach La Liga. W kolejnym sezonie poprawił swój wynik z przed roku o jedno spotkanie. Coraz głośniej zaczęto mówić o końcu przygody Marqueza z Dumą Katalonii. W prasie pojawiały się różne spekulacje transferowe. Najczęściej mówiono o Atletico Madryt. Jednak objęcie przez Josépa Guardioli roli szkoleniowca pierwszego zespołu oraz szczera rozmowa z zawodnikiem wpłynęła na zmianę decyzji Marqueza. Postanowił pozostać i powalczyć o miejsce w drużynie. Okazało się to świetnym posunięciem. Znów z Puyolem stworzył duet stoperów, którego było bardzo trudno pokonać. Wysoka forma Meksykanina była jednym z największych zaskoczeń sezonu 2008/2009. Guardiola pozwolił grać Rafaelowi tak jak lubi. Wyprowadzał piłkę z linii obronnej, decydował o rozegraniu ataku pozycyjnego, rozrzucał długie podania na skrzydła. Od zawsze wychowanek Atlasu charakteryzował się wizją gry, jednak jeszcze nigdy nie miał tak dużej roli w rozgrywaniu akcji ofensywnych. Do pełni szczęścia w sezonie, w którym Barça wygrała potrójną koronę (wygrała Ligę Mistrzów, La Ligę oraz Copa del Rey) zabrakło zdrowia. Marquez zerwał więzadło krzyżowe w kolanie 28 maja 2009 w meczu z Chelsea Londyn. Uraz wyłączył go z gry na pięć miesięcy. W międzyczasie, gdy Meksykanin się kurował jego koledzy z zespołu wywalczyli przed rozpoczęciem sezonu 2009/2010 Superpuchar Hiszpanii oraz Superpuchar Europy. Systematycznie obrońca nadrabiał braki spowodowane kontuzją i już w trakcie sezonu znów stał się filarem defensywy Blaugrany. Marzeniem Marqueza jest zakończyć karierę w Katalonii. Piłkarz sam w wywiadach i swoją postawą utożsamia się z klubem i podkreśla swoje przywiązanie do barw. Jednak możliwa jest opcja wyjazdu Rafy do MLS lub powrót do meksykańskiej ligi na ostatnie lata gry. Z opcji transferu do ligi MLS Rafa był zmuszony skorzystać, ponieważ w swoich planach nie uwzględniał go Pep Guardiola. 31 lipca 2010 roku, FC Barcelona doszła do porozumienia w kwestii rozwiązania kontraktu piłkarza, który kilka dni później oficjalnie podpisał umowę z New York Red Bulls. Rafael Marquez jest uważany za najwybitniejszego obrońcę rodem z Meksyku i obok Hugo Sáncheza najlepszego w historii piłkarza z kraju Azteków. Zawsze imponował elegancją w grze, pewnością w interwencjach, umiejętnościami ofensywnymi kapitalnie gra głową przy niezbyt imponujących warunkach jak na stopera.. Porównywany do Franza Beckenbauera oraz Ronalda Koemana. Podobnie jak Holender Marquez również świetnie wykonuje stałe fragmenty gry – szczególnie rzuty wolne. W 2008 roku wygrał towarzyski turniej rozgrywany w Seattle z pulą nagród ponad milion dolarów. W wykonywaniu wolnych pokonał min. Lionela Messiego, Ronaldinho Gaucho, Davida Beckhama i wielu innych piłkarzy. Grając w Dumie Katalonii Rafa zdobył dwukrotnie Lige Mistrzów, 4-krotnie mistrzostwo Hiszpanii, puchar Hiszpanii, 3-krotnie Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar Hiszpanii oraz Klubowe Mistrzostwo Świata. Za wszystko dziękujemy z całego serca.
0
Robert Lewandowski strzelając dzisiaj 2 gole przeciwko Bochum zrównuje się w klasyfikacji strzelców pierwszoligowych z Jugosłowianinem Aleksandrem Duriciem. Obaj mają po 335 goli.
1
@Wossi61FCB Tak jak nie dzierże Bayernu, tak prowadzenie Bochum 4:1 do przerwy to wręcz jakiś dramat! Zresztą ja też postawiłem na Bayern :)
1
@Pawel13sz No to żeś mnie zastrzelił! Przede wszystkim dlatego że jeszcze ich kariera nie dobiegła końca. Na tą chwile znak równości pomiędzy nimi z delikatnym wskazaniem na Roberta.
0
Nie dzierże Bayernu Monachium. Z ciekawości tylko zapytam z jakiego powodu nie gra Neuer? tylko jakiś Ulreich?
1
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
12 lutego 1958 r. w Trzebiechowie urodził się Krzysztof Pawlak. W latach 1983-1987 był podstawowym obrońcą polskiej reprezentacji. Był też filarem obrony Lecha Poznań w latach 1980-1988 – zdobył z nim 2 mistrzostwa Polski i 3 puchary kraju. Sport był w jego życiu tak ważny, że o tydzień przełożył ślub, żeby tylko zagrać w Łodzi przeciwko Widzewowi. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Kaliszu, w drużynie Calisii. W wieku 17 lat przeniósł się do poznańskiej Warty, a edukację kontynuował w V LO w Poznaniu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Hannę Kijewską, siostrę legendy poznańskiego basketu, Eugeniusza Kijewskiego. Po pięciu latach gry dla Zielonych, na początku 1980 roku przeniósł się do Kolejorza. W niebiesko-białych barwach zadebiutował 9 marca tego roku w wygranym 2:0 meczu z bydgoskim Zawiszą. W tym spotkaniu swój debiut zaliczył również trener Wojciech Łazarek, który od początku stawiał na „Gogusia” (tak Pawlaka nazywali koledzy z drużyny). Pawlak grał na prawej obronie, choć zdarzało mu się występować na stoperze lub w pomocy. W barwach Lecha rozegrał 281 spotkań, w tym m.in. 232 w I lidze i 10 w europejskich pucharach, zdobył w nich 19 goli. Z Lechem dwukrotnie został mistrzem Polski i trzy razy sięgnął po Puchar Polski. Odszedł w 1988 roku do belgijskiego Lokeren, by po półrocznym pobycie w tym klubie przenieść się do szwedzkiego Trelleborga. Do kraju wrócił w 1993 roku do Warty, z którą awansował i jeszcze przez rok występował w I lidze. Rozegrał 31 spotkań w reprezentacji narodowej (zdobył nawet bramkę przeciwko Indiom). Debiutował w meczu z Rumunią w Krakowie w 1983 r. Wystąpił na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1986 roku (zagrał przeciwko Portugalii i Anglii) i był pierwszym lechitą, który rozegrał mecz na MŚ. Po raz ostatni wystąpił w reprezentacji w meczu eliminacji Mistrzostw Europy z Węgrami w Budapeszcie (1987 r., przegrana 3:5). W 1986 roku ukończył poznański AWF i uzyskał uprawnienia trenerskie. Pierwszą samodzielną pracę trenerską podjął w Sokole Pniewy, później pracował z Wartą Poznań i GKS-em Bełchatów, z którym w 1996 roku dotarł do finału Pucharu Polski. W tym samym czasie selekcjonerem reprezentacji został Antoni Piechniczek, który swoim asystentem mianował właśnie Pawlaka. Gdy eliminacje do MŚ we Francji były już przegrane, Pawlak zastąpił w ostatnim meczu zdymisjonowanego Piechniczka. W czerwcu 1997 wygrał 4:1 z Gruzją i jest jedynym selekcjonerem kadry, który może się pochwalić stuprocentową skutecznością zwycięstw. Od lipca 1997 roku do marca 1998 prowadził Kolejorza, ale wyniki zespołu nie były zadowalające. Potem prowadził m.in. KP Konin, Polonię Środa Wielkopolska i Kanię Gostyń.
3
Epokowe wydarzenie:
12 lutego 1929 r. ,,nasz'' ukochany klub zagrał pierwszy w historii mecz w Primera Division. Inauguracyjny sezon La Ligi rozpoczął się 10 lutego 1929 r. Dwa dni później Duma Katalonii rozegrała pierwszy historyczny mecz na Campos de Sport del Sardinero w Santander, pokonując tamtejszy Racing 0:2. Mecz toczył się w fatalnych warunkach atmosferycznych, więc trybuny były niemal puste. Blaugrana zagrała w eksperymentalnym zestawieniu uwzględniającym zawodników z rezerw. Legendarny Josep Samitier, nominalny ofensywny pomocnik wystąpił z tego powodu na środku obrony. Pierwsze historyczne 2 gole dla Barcy strzelił Parera. Pięć dni później Blaugrana rozegrała pierwszy ligowy mecz u siebie, przegrywając z Realem Madryt 1:2. W ten sam dzień również na Les Corts odbyło się drugie spotkanie ligowe pomiędzy barcelońską Europą a Arenas de Getxo(5:2). Na oba mecze obowiązywał jeden bilet za 3 pesety.
24
Wszystkiego najlepszego panie Czesiu!
52 lata kończy dzisiaj Czesław Michniewicz, bramkarz i trener. Obecnie selekcjoner reprezentacji Polski. Czesiu, prowadź nas na Mundial!
0
@koksik2700 Zgadza się, bez nich nie zdobył. Jednakże z taką jakością piłkarza nie ma w tej chwili nawet w połowie. Gdyby Leo został to przynajmniej mielibyśmy jakieś szanse na majstra a tak, to musimy się bić o 4 pozycje w tabeli, czego nie miało miejsca już bardzo dawno.
3
Nie było niespodzianką? a czym? Dla mnie to był szok! zresztą chyba dla większości cules to był szok. Takiego genialnego piłkarza nie da się zastąpić żadnym innym. Leo był jedyny w swoim rodzaju, kochany i ubóstwiany nie tylko przez cules. Dowodem na to jak bardzo nam go brakuje będzie to że nie prędko zdobędziemy Lige Mistrzów.
2
Wielkie legendy polskiego futbolu:
Przedstawienie sylwetki „samorodnego” talentu, którego piłka słuchała się jak namiętna kochanka, jest czystą przyjemnością. Jak może być inaczej, skoro mowa o kimś, kto perfekcyjnie opanował sztukę gry obiema nogami, dostarczając partnerom wypielęgnowane piłki z krótkiego rozegrania. Koledzy z zespołu uwielbiali go za to , choć cenili go również z takiego powodu, że prowadził aktywne życie i w pełni poświęcił się nie tylko piłce. Był też przede wszystkim oddany ojczyźnie. Józef Kałuża, bo o nim mowa, to doskonały wzór do naśladowania. Niestety przyszło mu żyć w ciężkich czasach. Umarł przedwcześnie, głównie przez brak penicyliny, w targanym wojną kraju. Urodził się 11 lutego 1896 w Przemyślu, ale całe jego piłkarskie i zawodowe życie było związane z Krakowem, do którego przeniósł się w wieku siedmiu lat. Miał czterech braci, z którymi poznawał świat piłki nożnej, coraz popularniejszej na terenie Galicji. To ojciec – zawodowy podoficer – wpoił mu pewne zasady, które kiedyś ukształtowały też jego. Kałuża odznaczał się inteligencją nie tylko na boisku. Był bardzo zdolnym uczniem, wręcz urodzonym polonistą. Mimo braku pieniędzy, udało mu się ukończyć Seminarium Nauczycielskie, w którym w 1915 roku zdał maturę. Dwa lata później, po powrocie z wojska, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole przy ulicy Żółkiewskiego. Zawód ten łączył z ogromną pasją do świata futbolu. Dodatkowo ciągnęło go też do dziennikarstwa. Kałuża połączył wszystkie swoje pasje. Jego analizy spotkań czy fachowe teksty na temat piłki nożnej można było znaleźć na łamach gazet „Raz, dwa, trzy” i „Przeglądu Sportowego”. Był wielkim autorytetem w dziedzinie metodologii piłkarskiej. Napisał nawet podręcznik do nauki taktyki, ale niestety zaginął on podczas Powstania Warszawskiego. Słynny Kałuża miał tylko 166 cm wzrostu i wątłą wagę. Nie był demonem szybkości, choć umiał zgubić rywala niespodziewanym sprintem. Jego talent dostrzeżono już, gdy miał 13 lat. Wtedy przyjęto go do Robotniczego Klubu Sportowego Kraków. Świadomy swojego talentu szukał większego klubu i w 1911 rozpoczął przygodę z Cracovią. W tym czasie mówiło się o „krakowskiej szkole piłkarskiej” , która szczyciła się ofensywnym stylem, polegającym na utrzymywaniu się przy piłce i grze w trójkącie. Każda dzielnica wówczas miała kilka swoich „reprezentacji”, które toczyły ze sobą boje o prymat na swoim terenie i w całym Krakowie. Pewnego razu, taka drużyna z Błoń, miała rozegrać kolejny mecz i nie mogła skompletować składu. Przysłuchujący się burzliwej dyskusji „niepozorny uczniak” z Podgórza, zaproponował swoją grę w ataku. Wywołało to salwę śmiechu wśród pewnych siebie krakowian, którzy dla poprawienia humoru przyjęli propozycję. ,,Grał inaczej niż my wszyscy. Piłka słuchała go, kleiła mu się do nogi. Wózkował (dryblował) świetnie, lecz wózkiem trudno nam było zaimponować. Rewelacją dla nas były natomiast jego strzały, ustawianie się do piłki, wybieganie na pozycję, wypuszczanie piłek łącznikom na przebój lub na skrzydła. Jego zagrania powiązały nasze bezplanowe indywidualne gierki i nadały im sens. Jak łatwo było przy nim zdobywać bramki” – pisał Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży w Przeglądzie Sportowym. Cracovia była w tamtych czasach znakomitą drużyną. Po I wojnie światowej skład uzupełniono młodymi siłami. Józef Kałuża nie był jedynym oseskiem, który stał się tytanem „Pasów”. Nie wolno tu zapomnieć o Bolesławie Janie Kotapce. Ten był piłkarzem, obdarzonym niezwykłą techniką oraz wielką pracowitością. Jak wspomina nieoceniony Stanisław Mielech, Kotapka po treningach wyznaczał sobie dodatkowe zajęcia, nie dawał sobie taryfy ulgowej. Zmysłem przypominał Inzaghiego, jeżeli można użyć takiego porównania. „Kałapaka”(jak nazywali go koledzy) słynął z wykorzystywania dobitek. Pole karne było jego królestwem i zawsze wiedział jak się tam ustawić. Wyróżniał się niesłychaną zaciętością i chęcią do gry. Zdarzyło mu się zataić ropnia pod paznokciem dużego palca, którego usztywnił blachą i niemal nie spowodował tym jeszcze gorszego urazu. O jego umiejętnościach snajperskich świadczy fakt, że w 66 meczach zdobył 84 gole. W parze z Kałużą potrafili czynić cuda. Niestety ten duet nie mógł w pełni pokazać swoich możliwości, bo Kotapka zginął śmiercią tragiczną – w nocy z 24 na 25 kwietnia 1922 roku – został zasztyletowany. Kto raz ujrzał Bolka, to wychudzone chłopczątko, nie wierzył własnym oczom. Niezwykły poziom techniczny i rozum, z zawodnika zupełnie pozbawionego szybkości, zrobiły pierwszej jasności gwiazdę. Jako technik potrafił wszystko, jako taktyk miał szósty, albo i siódmy zmysł. To było tajemnicą skuteczności jego gry – tak opowiadał Józef Kałuża o Bolesławie Kotapce. Nigdy nie dowiemy się, czy Kotapka byłby tak wielki jak Kałuża. Józef posiadał bowiem zdolność zdobywania bramek z każdej pozycji. Różne źródła podają sprzeczne informacje dotyczące liczby goli zdobytych przez asa „Pasów” w oficjalnych meczach: 465-487 goli w 404-454 spotkaniach, licząc grę w reprezentacjach Krakowa i Polski, oraz pierwszy zespół Cracovii. O jego wielkiej klasie świadczy również fakt, że miał wyłączność na grę w środku ataku pasiastej drużyny – przez 18 lat! Boisko zmieniało go w rasowego, chorobliwie ambitnego snajpera, który niczym wieżyczka czołgu, jedynie obracał się i ustawiał celownik, by zadać śmiertelny cios. Poza murawą był zupełnie innym człowiekiem, pogodnym i skromnym. Boiskowy temperament często pchał go do kłótni z arbitrami, którzy pobłażali mu, ze względu na jego markę i zasługi. Był genialnym samoukiem, jednak cały kunszt i technikę wypracował zanim zaczął grać zawodowo. Właściwie półzawodowo, bo jak wcześniej wspominałem, nigdy nie rozstał się z posadą nauczyciela. Ożenił się w 1923 roku z Józefą Dudziak, która urodziła mu córkę Irenę. Jej poświęcał każdą wolną chwilę. Był ekspertem w grze sam na sam z bramkarzem. Gdy golkiper wybiegał, by skrócić kąt, pewne było że Kałuża i tak go ogra. Jak wspominał cytowany wcześniej kolega z Cracovii, Stanisław Mielech, chyba nie było w jego czasach tak kompletnego bramkarza, który by wyczuł intencję lidera „Pasów”. ,,Nigdy nie egzekwował rzutów wolnych i karnych. Do pierwszych brak mu było „atomowych” strzałów, a do drugich nerwów. Tym cenniejszy(w porównaniu z innymi „królami strzelców” jak Reyman, Peterek czy Kossok) był jego rekord goli zdobytych z przebojów i kombinacji”– Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży. Z każdym rokiem stawał się coraz większą legendą Cracovii. W 1921 był jednym z autorów mistrzostwa, w pierwszym sezonie regularnych rozgrywek. Z dobrej strony pokazał się też w reprezentacji, gdzie wystąpił dwadzieścia razy, strzelając osiem bramek. Józef Kałuża był dla kadry tak samo ważny, jak dla Cracovii. W książce „Cracovia znaczy Kraków” wspomniana jest historia o tym, jak Imre Pozsonyi, trener kadry w jej pierwszym historycznym meczu, wezwał w pewnym momencie Józefa do siebie, by ten wziął ciężar gry na siebie. Polak posłuchał trenera i już po kilku minutach rozciągnął grę ze środka. Piłka dotarła do Wacława Kuchara, a ten stanął oko w oko z węgierskim bramkarzem Zsakiem. Piłka po strzale tak mocno uderzyła go w głowę, że padł na ziemię, niczym rażony piorunem. Co zrobił Kuchar? Oczywiście nie dobijał, choć mógł na stale zapisać się w historii polskiej reprezentacji, jako zdobywca pierwszego w jej dziejach gola. On zaczął… go cucić. Napastnik Pogoni Lwów stał się synonimem piłkarskiego fair play, zanim zaczęto tak nazywać kulturalne zachowania w piłce. Józef Kałuża także był wyjątkowym trenerem. Potrafił poskładać zespół, wykorzystać jego największe atuty, jakimi były indywidualności, a także mądrze wprowadzić nowych graczy. Zanim mógł poprowadzić Polaków, musiał potwierdzić swoją skuteczność na ligowej ławce. Wiedza i doświadczenie jakie gromadził, przybliżały go do najważniejszego trenerskiego stanowiska. Rok po zakończeniu kariery, w 1932 roku, stał się najważniejszą osobą w polskiej piłce. Stało się tak, dzięki wykładom trenerskim, jakich udzielał. Został wówczas kapitanem związkowym PZPN, czyli selekcjonerem kadry. Poprowadził polską ekipę do 4. miejsca na IO w Berlinie i pierwszego awansu do mundialu w 1938 roku. To on był trenerem Orłów, podczas słynnego meczu z Brazylijczykami, gdy przegraliśmy 5:6 i kiedy pokonaliśmy wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, tuż przed wybuchem wojny. Łącznie poprowadził reprezentację w 47 spotkaniach. To pod jego ręką w kadrze błyszczały takie gwiazdy jak Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz czy Władysław Szczepaniak. Gorzkie życie w okupowanym Krakowie, płynęło mu pod znakiem słów jakie kierował do młodzieży: ,,Młodzi niech sobie grają – nam jednak nie można sprawiać pozorów, że życie sportowe w naszym, podbitym przez najeźdźców kraju, płynie normalnie”. Tak widział sytuację Polaków po przegranej kampanii wrześniowej. Jednak nigdy nie można było powiedzieć, że się poddał. Wręcz przeciwnie. Okupant chciał kontrolować Polaków w każdej sferze. Najwybitniejszemu polskiemu piłkarzowi lat 20-tych, zaproponowali posadę „Sportfuerhera”, który miał kontrolować, za zgodą Niemców, życie sportowe w Generalnym Gubernatorstwie. Dumny Pasiak nie mógłby żyć z piętnem zdrajcy i kolaboranta. Jego osobowość przyciągała nielicznych pozostałych w kraju członków zarządu PZPN. Tym też się zajął. Starając się unikać uwagi Niemców, kierował życiem sportowym kraju. Od małego był chorowity. W młodości zmagał się z podejrzeniem, częstej w tamtych czasach gruźlicy. Zmarł nagle, 11 października 1944 na zakażenie krwi. Można było tego uniknąć, stosując penicylinę. Jak się łatwo domyślić, nie była ona jednak łatwo dostępna w okupowanym mieście. Kałuża ciężko znosił nie tylko chorobę, ale też okupację. Był symbolem manifestującej polskość grupy krakowian, która żegnała ukochanego Pasiaka, mentora i piłkarskiego dominatora. Dzisiejsze ulokowanie stadionu Cracovii nie przypadkiem ma miejsce na ulicy jego imienia. Wielkość Józefa Kałuży nie podlega dyskusji. Skala jego wkładu w rozwój polskiej piłki jest nie do przecenienia. Jeżeli do liczby goli które ustrzelił nie ma pewności, to jest ona w innej kwestii– takiego Pasiaka już nie będzie.
0
Bardzo słusznie postąpił Komitet Apelacyjny. Ja osobiście dosunął bym jeszcze jemu karę grzywny i to taką porządną, ze 200, 300 tys. euro. Może by się w końcu opamiętał! Widziałem to wejscie jak na dłoni, to był ewidentnie zamierzony, brutalny faul, gdzie nie miał szans by trafić w piłke. Alves to jest kawał boiskowego chama z typowym dla siebie tupetem. Nie byłem i nie jestem zwolennikiem jego powrotu do naszego klubu. Więcej z nim będzie kłopotów niż pożytku a ten gol z Atletico niczego nie zmienia z mojego punktu widzenia.
17
Feliz cumpleaños panie Jose!
11 lutego 1963 r. urodził się Jose Mari Bakero, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony. W 1988 r. do stolicy Katalonii ściągnął go Johan Cruijff i uczynił go czołową postacią swojej drużyny. Bakero jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy zdobyli 6 tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych klubach(2 w Realu Sociedad i 4 w FCB). W czasie całej swojej kariery, Bakero cechowała niesamowita wola walki. Jose umiał poderwać zespół do lepszej gry, co na trybunach trudno było uchwycić. Bakero nie tylko wspomagał kolegów mentalnie, lecz również potrafił wykonywać kluczowe podania otwierające zawodnikom droge do bramki. Najważniejszym trafieniem Jose Bakero był gol z 6 listopada 1991 r. przeciwko FC Kaiserslautern, dający awans Blaugranie do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w efekcie późniejszy tryumf w tych rozgrywkach. Jose Mari do dziś obok swojego partnera ze środkowej formacji- Josepa Guardioli, jest jednym z symboli legendarnego ,,Dream Teamu”.
1
@tristan87 W komentarzu na swój komentarz? Nic z tego nie rozumiem. Niby jak? W sensie że mam sam sobie odpowiadać na komentaż? przecież to idiotyczne!
0
@Mr8lack No a gdzie ja umieściłem jak nie w komentarzu?
2
Wybitne legendy futbolu:
10 lutego 1903 r. w Kozłowie(Austro-Węgry) urodził się Matej Sindelar, znany bliżej jako Matthias Sindelar, 2-krotny zdobywca Pucharu Mitropa. „Papierowy człowiek”, jak zwano Sindelara ze względu na kruchą budowę ciała, występował na środku ataku, doskonale wpisując się w nurt tzw. naddunajskiej szkoły piłkarstwa, opierającej się na dużej liczbie krótkich podań. „Mozart futbolu” jak też o nim mówiono imponował niepospolitą techniką, wyjątkową kreatywnością, niezłą skutecznością, świetnym dryblingiem oraz przede wszystkim inteligentnym poruszaniem się po murawie. Był uosobieniem powiedzenia „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Poza boiskiem raczej nie był wzorem do naśladowania dla początkujących zawodników – nie lubił trenować, pił, palił, utrzymywał związki z prostytutkami, chętnie spędzał czas w kasynie. Miał trudny charakter, nienawidził się podporządkowywać. Specyficzne usposobienie nie przeszkodziło mu zostać największą gwiazdą zarówno drużyny klubowej – Austrii Wiedeń, jak i austriackiej kadry narodowej, choć nie wykluczone, że znacząco przyspieszyło koniec jego barwnego życia. Sindelar w 1999 roku został przez IFFHS uznany najlepszym austriackim piłkarzem XX wieku. Z całą pewnością jego umiejętności były nietuzinkowe, jednak nie można zapomnieć iż występował w najlepszym okresie w historii austriackiego futbolu. Reprezentacja pod wodzą Hugo Meisla siała postrach na całym świecie, nie przegrywając 14 meczów z rzędu, pokonując m.in. Szkocję 5:0, Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię, Węgry 8-2, Belgię 6-1 czy Włochy 2-1(stąd nazwa Wunderteam – cudowna drużyna). „Sindi” był sztandarową postacią kadry, stając się rozpoznawalny w całej Europie. Nagły rozwój piłki nożnej w Austrii związany był z założeniem w 1924 roku drugich na świecie zawodowych rozgrywek piłkarskich. Znacząco podniósł się poziomo ligi, założonej przecież sporo wcześniej, bo już w 1911 roku. Wraz z lepszymi widowiskami pojawili się kibice, którzy tłumnie zaczęli odwiedzać stadiony piłkarskie – za średnią frekwencję uważano wówczas 40 tysięcy widzów, co bez wątpienia napędzało dalszy rozkwit futbolu w Austrii. Podopieczni Meisla, pod nieobecność przedstawicieli ojczyzny piłki nożnej Anglii, uważani byli za faworytów rozgrywanych w 1934 roku na terenie Włoch drugich mistrzostw świata. Tam jednak zawiedli, zajmując jedynie 4 miejsce. „Sindi” zdobył na turnieju ledwie jedną bramkę, trafiając w wygranym 3:2 spotkaniu z Francją. Duże nadzieje wiązano z następnym Mundialem w 1938 roku, niestety chęć dominacji nad światem ich rodaka – Adolfa Hitlera, bezlitośnie zamknęła im drogę na francuski turniej. Warto wspomnieć, że część austriackich piłkarzy(m.in. Josef Stroh, Rudolf Raftl, Franz Wagner czy Willi Schamus) wystąpiła na mistrzostwach przyjmując, w przeciwieństwie do Sindelara, propozycję gry w zespole III Rzeszy. Sindelar przez niemal całą karierę związany był z jednym klubem – Austrią Wiedeń. Jedynie początek swojej futbolowej przygody spędził w innym wiedeńskim zespole – ASV Hertha, do którego trafił w wieku 15 lat, po rekomendacji nauczyciela, który pełnił funkcję quasi – skauta, wyszukując młode talenty dla kilkunastu drużyn. Już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole, szybko zyskując sobie uznanie kibiców i ekspertów. W wieku 20 lat odniósł ciężko kontuzję kolana, która postawiła jego dalsze występy pod znakiem zapytania. Dopiero operacja przeprowadzona przez dr Hansa Spitzy’ego pozwoliła wrócić „Sindiemu” do gry, jednak był zmuszony do końca kariery nosić na kolanie specjalną opaskę(właśnie tą kontuzją tłumaczył Herbergerowi swoją odmowę). W wieku 21 lat, po spadku Herthy, który nieodłącznie wiązał się z kłopotami finansowymi, przeszedł do rywala zza między, ówczesnego mistrza Austrii – SV Amateure. Z Sindelarem w składzie w 1926 roku po raz drugi wygrali ligę, a następnie zmieniono nazwę na FK Austria. „Papierowy człowiek” nie miał więcej okazji świętować krajowego mistrzostwa, celebrując za to zdobycie 5 Pucharów Austrii oraz sukcesy na międzynarodowej arenie. Sidnelar skrupulatnie wykorzystywał swoją popularność, reklamując zegarki i produkty mleczne oraz grając w filmie…samego siebie. Był ulubieńcem prasy sportowej i kawiarnianego towarzystwa Wiednia. Tak jak na Wyspach kibice mają swoje puby, tak w Austrii mieli swoje kafejki. Miejscem spotkań fanów „Fioletowych” była „Café Parsifal”, gdzie obok zwykłych miłośników piłki zasiadali także piłkarze, władze klubu, a nawet znani pisarze i dziennikarze. Tam „Sindiego” poznał austriacki pisarz Friedrich Torberg, który lakonicznie podsumował „Mozarta futbolu”: „Był po prostu geniuszem.”
23 stycznia 1939 roku doszło do jednej z najbardziej tajemniczych śmierci w historii piłki nożnej. Tego dnia w Wiedniu, w apartamencie mieszczącym się w kamienicy przy Annagase 3 odnaleziono nieprzytomną kobietę leżącą przy nagich zwłokach 35 – letniego mężczyzny. Jak ustalono podczas nieprzeciętnie błyskawicznego śledztwa, ten nie żył już od 10 dni. Kobieta zmarła wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Oficjalny komunikat brzmiał: zatrucie dwutlenkiem węgla. Jednakże ci, którzy znali męską ofiarę rzekomego wypadku, a prawdę powiedziawszy mało kto o nim nie słyszał, powątpiewali w wersję nazistowskich władz. W ten osobliwy, skrajnie zagadkowy sposób, austriacki futbol stracił swego najwybitniejszego syna, symbol siejącego do niedawna popłoch Wunderteamu, ulubieńca wiedeńskich kawiarni – Matthiasa Sindelara. Hipotez co do przyczyny jego śmierci jest kilka. Wersja oficjalna, rozpowszechniana przez nazistowską propagandę mówi, jak wspomniano na wstępie, o przypadkowym zatruciu dwutlenkiem węgla. Jest ona o tyle prawdopodobna, że sąsiedzi Sindelara często narzekali na nieszczelne instalacje gazowe. Aczkolwiek należy wspomnieć o kilku faktach, mocno ją podkopujących. Po pierwsze śledztwo trwało zadziwiająco krótko, zostało zamknięte zaledwie po 2 dniach. Co więcej, cała dokumentacja dotycząca dochodzenia w enigmatycznych okolicznościach zaginęła. Istnieli także świadkowie twierdzący, że naciskano z samej stolicy III Rzeszy, ażeby uznać sprawę za nieszczęśliwy wypadek. Inna teoria sugeruje, że Sindelara zamordowała kobieta przy której znaleziono martwego piłkarza – potomkini cór Koryntu, będąca jednocześnie jego dziewczyną, Żydówka włoskiego pochodzenia Camilla Castagnola. Ta dowiedziawszy się o planowanym przez „Mozarta futbolu” zerwaniu, postanowiła otruć najpierw jego a następnie siebie, składając ich związek na swoistym ołtarzu miłości. Rozważa się również podwójne samobójstwo. Sindelar wraz ze swoją partnerką mieli pozbawić się życia w ramach buntu wobec szerzącej się hitlerowskiej zarazie, której efektem była utrata suwerenności przez Austrię oraz antysemityzm, stopniowo pożerający ich przyjaciół, a także w bliskiej perspektywie zagrażający im samym. Oprócz tego w grę wchodzi zemsta alfonsa Castagnoli– Ameriki Maxiego, który delikatnie to ujmując, nie był wniebowzięty z powodu utraty podopiecznej. Jednak najwięcej argumentów zdaje się przemawiać za tym, że „Mozart futbolu” stał się po prostu ofiarą bezwzględnej „vendetty” nazistowskich prominentów, na którą ciężko pracował od dobrych kilku miesięcy. Był zagorzałym przeciwnikiem ideologii narodowo–socjalistycznej oraz wszystkiego co z nią związane. W jego teczce w Gestapo znalazły się takie określenia jak „socjaldemokrata”, „czeski nacjonalista” czy „sojusznik Żydów”, co samo w sobie wystarczyło do wydania wyroku śmierci. Ponadto, nie zważając na dezaprobatę decydentów, pomagał przetrwać swoim żydowskim przyjaciołom, a pozostałych przedstawicieli narodu Dawidowego traktował w dalszym ciągu z szacunkiem. Za przykład może posłużyć sytuacja z sierpnia 1938 roku, gdy Sindelar podczas zakupu kawiarni nie wykorzystał trudnego położenia jej właściciela Leopolda Drilla, którego z racji pochodzenia zmuszono do sprzedaży kafejki za bezcen, płacąc mu uczciwą cenę 20 tysięcy marek. Na korzyść „Sindiego” nie działała także przynależność klubową– wiedeńska Austria uważana była za zespół żydowskiej burżuazji. Zresztą z „Fiołkami” wiąże się kolejna anegdota, wyraźnie wskazująca jakimi wartościami kierował się Sindelar. W ramach wszechobecnej antysemickiej nagonki zabroniono piłkarzom rozmawiać z żydowskimi pracownikami klubu(zarówno obecnymi jak i byłymi, których jeszcze nie wyrzucono). Do tego grona należał m.in. do niedawna prezydent klubu dr Emanuel Schwarz. Gdy tuż przed wyjazdem z Austrii spotkał „Sindiego” usłyszał: „Nowy prezydent zabronił mi z panem rozmawiać, ale ja zawsze z panem porozmawiam, Herr Doktor.” Do tego dochodził rodowód Sindelara, który nie był czystej krwi Austriakiem, ale pochodzącym z Moraw czeskim imigrantem. Urodził się w roku 1903, w leżącym na terenie multinarodowych Austro-Węgier Kozlovie jako Matěj Šindelář. W 1905 roku jego rodzice postanowili przenieść się do Wiednia, osiedlając się w biednej, robotniczej dzielnicy Favoriten. Dopiero tam postanowiono zmienić rodzinne nazwisko na Sindelar, a przyszłemu kapitanowi Wunderteamu zmodyfikować imię na ułatwiające asymilację Matthias. Jakkolwiek to wszystko może wystarczyłoby do zwrócenia uwagi przedstawicieli Tysiącletniej Rzeszy w Austrii, natomiast na pewno nie ściągnęłoby na Sindelara gniewu berlińskiej centrali nazistowskiego imperium. O to zadbał sam „Mozart futbolu”, prawdopodobnie podając ostatni gwóźdź do trumny zbijanej dla niego przez fanatyków narodowego socjalizmu. 3 kwietnia 1938 roku na wiedeńskim Praterze odbyło się spotkanie mające uczcić Anschluss Austrii do III Rzeszy. Naprzeciwko siebie stanęły kadra narodowa Niemiec i występujący po raz ostatni legendarny Wunderteam, aczkolwiek już pod nową nazwą– Marchia Wschodnia(Ostmark). Na życzenie swojego kapitana Sindelara, Austriacy zamiast w tradycyjnych biało – czarnych trykotach, wystąpili w kolorach swojej flagi – czerwone koszulki, białe spodenki, czerwone getry, co już samo w sobie mogło zostać odebrane jako prowokacja. Aby nikt nie poczuł się urażony, ustalono, że mecz miał zakończyć się braterskim, pojednawczym remisem. Pierwsza połowa toczyła się według groteskowego scenariusza – każdy zawodnik, w tym Sindelar, pudłował z sytuacji z których wydawało się nie można spudłować. Wszystko układało się tak jak uzgodniono w politycznych gabinetach. Jednak 20 minut przed końcem meczu „Papierowy człowiek” nie wytrzymał - pokonał niemieckiego bramkarza, a następnie podbiegł pod trybunę zajmowaną przez nazistowskich dygnitarzy, aby poprzez taniec okazać swoją radość. Jakby tego było mało, tłum zgromadzony na trybunach zaczął skandować „Austria! Austria!”, co ośmieliło kolegów Sindelara - Karl Sesta zdobył gola na 2:0, tym samym ustalając wynik meczu. Zapewne żaden sportowiec od czasów czarnoskórego Jesse’ego Owensa, z łatwością pokonującego niemieckich wysokich blondynów na Igrzyskach w Berlinie, nie rozwścieczył w takim stopniu Hitlera i jego popleczników, co wtedy austriaccy piłkarze z „Mozartem futbolu” na czele. Oczywiście całokształt przewinień poszedłby w niepamięć, przysłonięty wybitną grą Sindelara dla chwały III Rzeszy, lecz ten postanowił zakończyć karierę, wielokrotnie odmawiając niemieckiemu selekcjonerowi Seppowi Herbergerowi, tłumacząc się zaawansowanym wiekiem oraz prześladującą go od dawna kontuzją kolana. Późniejszy Mistrz Świata z 1954 roku wspominał: „Próbując raz po raz namówić go do gry, w końcu zrozumiałem, że kierowały nim inne powody. Miałem wrażenie, że miało to związek z niepokojem i odrazą, jakimi darzył wydarzenia na scenie politycznej. To nie dawało mu spokoju i prawdopodobnie zaważyło na jego odmowie.” Na pogrzeb Sindelara przyszło ponad 15 tysięcy ludzi. Zapewne nigdy nie będzie możliwe stwierdzenie ze stuprocentową pewnością w jaki sposób zmarł. Niechybnie wersja głosząca nazistowską zemstę buduje mit bohaterskiego Austriaka, który oddał życie za swoje przekonania. Świetnie wyraził to Jonathan Wilson, angielski dziennikarz, zajmujący się futbolową historią: „Dostępne dowody wyraźnie sugerują, że śmierć Sindelara była wypadkiem, a jednak poczucie, iż bohater nie może zginąć w tak przyziemny sposób przeważa. Przecież co lepiej odda klimat Austrii w czasie Anschlussu niż sportowiec, artysta, pupil społeczeństwa wiedeńskiego, brutalnie zagazowany wraz ze swoją Żydowską dziewczyną?”.