FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
Tarzan, waleczne serce:
28 lutego 2003 r. Carles Puyol doznał podwójnego złamania oczodołu i kości jarzmowej. Po konsultacji z lekarzami nie zdecydował się jednak na operację aby jak najszybciej wrócić do gry. Do 2012 r. doznał aż 35 różnych urazów, między innymi głowy, żeber, obu kolan i kostek. Z uwagi na nasilające się kontuzje, w szczególności kolan, zdecydował się zakończyć piłkarską karierę z końcem sezonu 2013/14. Takiego walczaka z taką charyzmą to już chyba nie będzie w naszej Barcuni.
0
@jaras121 Ale wybitna legenda, o której wypada pamiętać!
3
Wszystkiego najlepszego, szczęścia i zdrowia panie Włodku!
Włodzimierz Lubański kończy dzisiaj 75 lat! Nikomu z was nie musze przedstawiać tak wybitnej postaci polskiego futbolu. Dziękujemy panie Włodku za oddanie serca białoczerwonym barwom. Nigdy o tobie nie zapomnimy!
1
@Janiama Typuje wynik 2:1, choć obawiam się tych walecznych Basków
0
@Mns21 Bardzo różnie ale nigdy więcej niż 13 meczów. Przeważnie gram 6 z 8 lub 8 z 10 na 2 błędy i przeważnie na obie strzelą. A jak często? przeważnie raz na tydzień ale zdarza mi się nawet miesiąc przerwy.
3
A cóż to się stało że nasz ,,kochany Ajax" przegrał z jakimś G.A. Eagles? Przecież oni chyba nigdy w życiu z takim zespołem nie przegrali? Nie mówiąc już o tym że mi kupon całkowicie zepsuli!
4
Mistrzostwa w cieniu tragedii:
27 lutego 1955 r. Chile gromi Ekwador 7:1 na Estadio Nacional w Santiago. Ten mecz rozpoczął 23 edycje Copa America. Już po raz piąty Santiago de Chile gościło uczestników turnieju. W 1955 u podnóża Andów zebrali się prawie wszyscy najlepsi. Prawie, gdyż zabrakło Brazylii. Lecz za to po ośmioletniej nieobecności pojawiła się wreszcie Argentyna. Jej futbol wyrwał się w końcu ze stanu absurdalnej izolacji. Ku upadkowi chylił się zużyty i skompromitowany reżim Juana Perona, który kwitnący niegdyś kraj doprowadził na krawędź gospodarczego krachu. Dobiegła też końca malownicza awantura kolumbijska, w wyniku której całe pokolenie najlepszych piłkarzy świata praktycznie wypadło poza nawias oficjalnego futbolu, zbijając za to fortuny na jego odległych peryferiach. Najwybitniejsi z nich, tacy jak Di Stefano czy Rial podbijali już wtedy Hiszpanię a wkrótce i całą Europe. W przeciągu tego czasu w Argentynie wyrosła i dojrzała całkiem nowa generacja. Trenerem reprezentacji pozostawał wciąż żelazny ,,Don Guillermo” Stabile, twórca niezapomnianych sukcesów lat 40-tych. Przygotował on niezmiernie ciekawy zespół. Znakomity bramkarz Mussimessi, twardzi atletyczni obrońcy jak Pedro Dellacha czy bracia Vairo. Godny następca legendarnego Montiego a mianowicie pomocnik Eliseo Mouriño. Natomiast w napadzie trener Stabile zdecydował się na eksperyment bez precedensu w dziejach argentyńskiego futbolu. Po długim namyśle wystawił całą piątke bramkostrzelnego Independiente!. Była to wówczas rzecz wprost nie do pojęcia, tym bardziej że Independiente ostatni tytuł mistrzowski zdobył w 1948 a potem bezskutecznie usiłował przełamać hegemonie Racingu, River i Boca. Lecz jego szerokoskrzydły atak pracował jak idealnie naoliwiona maszyna. Właśnie na owo perfekcyjne zgranie i niezwykłą skuteczność postawił ,,Don Guillermo”. Tę piątke stanowili: Micheli, Cecconato, Bonelli, Grillo i Osvaldo Cruz. Turniej był bardzo wyrównany i stał na wysokim poziomie. Tylko Ekwador nie miał nic do gadania. Również Paragwaj, którego czołowi piłkarze zostali rozchwytani przez kluby Europy i Ameryki, nie miał szans na obrone tytułu sprzed 2 lat. Z kolei Urugwaj oparł się głównie na rutyniarzach, nieco już zmęczonych i najwyraźniej sytych sławy. Maspoli, Gonzalez, Tejera, Perez i Miguez najlepsze lata mieli za sobą. Miarą słabości Celestes była klęska jakiej doznali z Argentyną(1:6!). Dla odmiany Peru zbierało rzęsiste oklaski. To była prawdziwa radość dla oczu, frajda dla smakoszy i estetów. ,,Inkowie” pozostali wierni swemu stylowi gry i narodowej mentalności. Bawili się piłką swobodnie i radośnie. Znana już wówczas dobrze piątka napadu: Felix Castillo Guillermo, Barbadillo Alberto, Roberto Castillo, Maximo Mosquera i Oscar Sanchez z wdziękiem i lekkością haftowała na murawie wymyślne arabeski. Dyscypline tatktyczną wykazali Peruwiańczycy właśnie w meczu z Argentyną remisując 2:2. Był to jedyny punkt urwany zwycięzcom turnieju. Niewiele przecież brakowało aby tytuł Copa America przypadł gospodarzom. Chile sformowało najlepszy w swych dotychczasowych dziejach zespół, jeszcze lepszy miał się tylko okazać ten z 1962, gdzie zajeli 3 miejsce na świecie. Napastnicy Melendez, Robledo, Muñoz i Jaime Ramirez nastrzelali najwięcej goli na turnieju bo aż 19, o jedna więcej niż znakomita formacja argentyńska. Znów, jak to już niejednokrotnie w Copa America bywało, o wszystkim miał przesądzić ostatni mecz Chile-Argentyna. Do tej chwili bowiem obaj adwersarze zgromadzili po 7 punktów. Prasa i radio roznieciły wokół tego ,,meczu stulecia” zupełnie niebywałe emocje. Udzieliły się one niemal całemu społeczeństwu, do szaleństwa rozmiłowanemu w swojej drużynie, po raz pierwszy stojącej o krok od spełnienia dwu dotychczas nieosiągalnych tęsknot: pokonania mitycznej Argentyny i za jednym zamachem zdobycia Pucharu Ameryki. Już wczesnym rankiem w dniu meczu raporty policyjne pełne były niepokojących sygnałów. Gęstniejący tłum coraz ciaśniej otaczał bramy stadionu. Około 18-tej uchylono pierwszą tylko brame, wpuszczając nieliczne setki ludzi a z tyłu masa ludzka, z każdą minutą bardziej nerwowa, podrażniona i zdezorientowana. Gigantyczny tłum zaczął falować niebezpiecznie. Porządkowi wpadli w popłoch, tracąc panowanie nad sytuacją. Zdesperowanych kibiców przenikała tylko jedna myśl- dostać się na trybuny za wszelką cene, choćby siłą! Rozpętało się piekło. Wydawało się wręcz iż zmasowany szturm zakołysał wyniosłymi murami chilijskiego Colosseum. Rozgrywały się sceny dantejskie, ludzie dusili się w potwornym ścisku, padali i byli tratowani przez napierające bezładnie szeregi. Do akcji wkroczyła policja, gazowymi bombami próbując rozproszyć oszalałą mase ludzi. Nie na wiele to się zdało. Bilans tego dnia był straszliwy. Siedmiu kibiców przypłaciło życiem swą miłość do futbolu, setki odniosły rany i obrażenia. Ta tragedia położyła się cieniem na wszystkim, co się później zdarzyło. Jednak żałobe narodową obchodziło Chile dopiero parę godzin później, bowiem te 60 tys. widzów, którzy w końcu zasiedli na trybunach, na te 90 minut zapomnieli o nieszczęściu, owładnięci myślą o wygranej. Zbiorowy, niesamowity doping zagłuszył jęki rannych i wyrzuty sumienia, lecz na krótko. Wyższość Argentyny nie podlegała dyskusji. Wprawdzie Escuti obronił potężną bombe Labruny ale przed suchym uderzeniem Michelego musiał skapitulować. Chile przegrało życiową szanse 0:1. Albicelestes po 8 latach odzyskali prymat w Ameryce. Gdy przebrzmiał ostatni gwizdek sędziego, do tysięcy Chilijczyków dotarła ponura prawda iż prawdziwe nieszczęście wydarzyło się nie na płycie boiska, lecz kilka godzin wcześniej. Noc 31 marca 1955 roku była najsmutniejsza w dziejach Santiago.
1
Złowrogo to brzmi, zwłaszcza że Baskowie to naród waleczny i już nie raz postawili się FC Barcelonie. Panie Xavi w tobie cała nadzieja aby nie stracić dzisiaj punktów o co będzie bardzo trudno...
5
Ku czci i pamięci ,,naszych” trenerów:
27 lutego 1959 r. zmarł Patrick O'Conell, trener Blaugrany w latach1935-40. Irlandczyk trafił do Barçy z Betisu Sevilla, w którym odnosił liczne sukcesy, między innymi zdobywając jedyne w dziejach tego klubu mistrzostwo Hiszpanii. Krótko po jego przybyciu do Katalonii w kraju wybuchła wojna domowa i rozgrywki ligowe zostały zawieszone. W tym czasie Barca udała się na serie pokazowych spotkań do Meksyku i Stanów Zjednoczonych a dochód uzyskany z tego tournee pozwolił spłacić długi i uratować finanse klubu. Jednakże z 16 zawodników, którzy wybrali się w rejs za ocean, jedynie czterech powróciło wraz z O'Conellem do Barcelony. Pomimo tego trenerowi udało się stworzyć nową drużynę i wygrać z nią rozgrywki o nazwie Liga Catalana a także mistrzostwo Katalonii w 1938 r., jako 21 w dorobku klubu.
Również 27 lutego tyle że w roku 1963 zmarł Richard Khon, znany jako Jack Domby lub Ricardo Domby. Ten były austriacki piłkarz prowadził Barçe w sezonie 1933/34 lecz na 18 spotkań pod jego przywództwem Duma Katalonii wygrała tylko 10 i w trakcie rozgrywek z uwagi na niezadowalające wyniki, trener i zawodnicy musieli zgodzić się na obniżkę zarobków. Blaugrana w La liga zajeła dopiero 9 miejsce ale warto wspomnieć iż Khon pozwolił w owym sezonie zadebiutować błyskotliwemu pomocnikowi- Josepowi Escoli.
Cules nie zapominają i dziękują za wszystko co uczyniliście dla ,,naszego klubu”.
5
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
26 lutego 1946 r. we Wrześni urodził się Roman Jakóbczak, czołowy napastnik poznańskiego Lecha w latach 70-tych. Często był porównywany do Teodora Anioły, a wielu określało go mianem jego następcy. Znakomicie potrafił uderzyć zza pola karnego i był pewnym egzekutorem rzutów wolnych. 20 października 1974 r. Lech rozbił u siebie Wisłę 4:1. Jakóbczak strzelił dla swojego zespołu wszystkie cztery gole! w tym dwie z rzutów wolnych. Sport nagrodził go najwyższą możliwą oceną, a Jakóbczak stał się pierwszym w historii zawodnikiem, który za swój występ dostał notę „10”. Był wychowankiem Zjednoczonych Września. Jako 19-latek trafił do Czarnych Żagań, a po roku do Śląska Wrocław, gdzie spędził kolejne trzy sezony. W 1969 r. został zawodnikiem Pogoni Szczecin. Przed sezonem 1971/1972 razem z Włodzimierzem Wojciechowskim chcieli odejść do Lecha, ale nie zgodzili się na to działacze szczecińskiego klubu, którzy zdyskwalifikowali obu piłkarzy. W połowie marca jednak oba kluby doszły do porozumienia i Jakóbczak mógł pomóc swojej nowej drużynie w awansie do elity. W Lechu grał do 1976 r. Zaliczył w tym czasie 127 meczów (112 w I lidze) i strzelił 37 goli (33 w I lidze). Później próbował swoich sił w klubach francuskich, a we wrześniu 1980 r. wrócił na chwilę do Lecha, żeby zagrać w pucharze Polski. Potem poświęcić się pracy szkoleniowej. W 1993 r. został następcą Henryka Apostela i na koniec sezonu świętował z klubem mistrzostwo kraju. Dobre występy w lidze zwróciły uwagę Kazimierza Górskiego, który powołał Jakóbczaka na mistrzostwa świata w 1974 r. O jego powołaniu zadecydowało imponujące serce do gry, ambicja, bojowość i silny strzał. Lechita jednak nie zagrał ani minuty. Trafił na czas, w którym kadra dysponowała wieloma znakomitymi snajperami i zwyczajnie ciężko się było mu przebić. Umiejętnościami wcale jednak od kolegów nie odstawał, a trener Górski przyznał po latach, że trochę żałował, że nie dał mu choćby jednej szansy w turnieju. Debiutował jeszcze przed mistrzostwami – 15 maja 1974 r. w wygranym 2:0 meczu z Grecją, w którym strzelił bramkę. Drugiego gola w kadrze strzelił Kanadzie w październiku 1974. W kręgu zainteresowań trenera pozostawał do 1976 r. Ostatni występ zaliczył 26 maja w przegranym 0:2 meczu z Irlandią. W Reprezentacji: 5 meczów, 2 gole.
0
@smieszek Ale o co? ,,Kto pytał"
5
Witam ponownie po tygodniowym banie. Jako że siłą rzeczy nie mogłem nic pisać, to przypomne historyczny debiut z 25 lutego wielkiej legendy Blaugrany a mianowicie Paulino Alcantary.
25 lutego 1912 r. w barwach FC Barcelony zadebiutował genialny snajper Paulino Alcantara. Pochodzący z Filipin zawodnik miał wówczas tyko… 15 lat 4 miesiące i 18 dni, gdy rozegrał spotkanie o Mistrzostwo Katalonii przeciwko S.C. Catala. Mecz zakończył się wynikiem 9:0 a Paulino ustrzelił w debiucie hattricka! Do dziś jest najmłodszym piłkarzem, jaki kiedykolwiek zagrał oficjalnie w barwach Blaugrana. Nie wolno zapominać że Paulino Alcantara strzelił w swojej karierze dla Dumy Katalonii aż 395 goli w 399 spotkaniach! Rekord tych goli pobił dopiero Leo Messi. W pierwszych latach kariery pomógł Blaugranie wygrać Copa del Rey i Mistrzostwo Katalonii w 1913 r. oraz dołożył jeszcze jedno mistrzostwo Katalonii w 1916. Tuż po zdobyciu tego ostatniego trofeum rodzice Alcantary zdecydowali się na powrót do Filipin rzecz jasna z synem. On sam nie czując jeszcze wielkiej więzi z klubem nie protestował zbytnio. Po powrocie do kraju Cervantesa, Paulino spotkał się w klubie z Jackiem Greenwellem, który wcześniej był jego kolegą z drużyny a teraz miał za zadanie poprowadzić Barçe do sukcesów jako trener. Jednak mimo powrotu supertalentu do składu, Barça nie odnosiła sukcesów a nawet nie wygrywała spotkań. Powodem było złe ustawienie Alcantary gdyż grał na pozycji… defensora! Dopiero po wymuszeniu na Greenwellu ustawienia Filipińczyka w ataku w Katalonii rozpoczął się pierwszy złoty okres. W 1919 roku zdobyli mistrzostwo Katalonii a także dotarli do finału Copa del Rey lecz tam przegrali 2:5 z Arenas Club de Getxo. Rok następny był jeszcze lepszy od poprzedniego gdzie Blaugrana zdobyła dublet czyli Mistrzostwo Katalonii i Copa del Rey! Paulino Alcantara wydatnie przyczynił się w zdobyciu tego drugiego pucharu, gdy w finale z Athletic Bilbao strzelił 2 gole! W 1919 roku podczas meczu Pucharu Króla: Barçy z Realem Sociedad, Paulino przeszedł do historii za sprawą jednej z bramek. Kopnięta przez niego futbolówka wpadła do siatki rywali rozrywając ją i zatrzymała się dopiero… na ochroniarzu. Uderzenie było tak potężne, iż mężczyzna przez dobre kilka minut leżał oszołomiony na murawie. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało, a FC Barcelona wygrała to spotkanie 6:0. Łącznie w swojej karierze Paulino Alcantara zdobył dla Blaugrany 5 mistrzostw Katalonii oraz 2 Puchary Króla.
Ponadto również 25 lutego tyle że 11 lat później(1923) powstał hymn FC Barcelony. Słowa napisał Rafael Folch i Capdevila a muzykę Enric Morera. Po raz pierwszy utwór zademonstrowano podczas meczu zorganizowanego w hołdzie dla Joana Gampera. Barça pokonała w nim 2:1 drużyne złożoną z katalońskich zawodników z innych zespołów. Gamper wyraźnie wzruszony podziękował widzom za gorące przyjęcie.
3
Złamanie regulaminu serwisu pkt. 9.3.3.
0
Przeczytałem na sport.tvp.pl że kibice Legii chcą ,,pożegnać" prezesa Mioduskiego. Przecież tego ,,cwaniaka" już kilka lat temu trzeba było wywieżć na taczce. To jest troche podobna sytuacja do Bartomeu, gdzie liczą się u niego głównie finanse a nie dobro klubu. Nie jestem kibicem Legii ale szanuje ten klub i podziwiam jej historie. Krew mnie nagła zalewała jak ten Mioduski, rzekomo znający się na futbolu, lekką ręką pozbywa się legendy Legii a mianowicie Jacka Magiery, który wywalczył mistrzostwo Polski i nie najgorzej radził sobie w europejskich pucharach. Poza tym nie po drodze było mu z Czerczesowem, który również wywalczył mistrzostwo Polski. Jeśli biznesmeni nie znajacy się na futbolu tak będą traktować swoich trenerów i to bardzo dobrych trenerów, to nigdy nie będzie w klubie dobrze się dziać. Wcale się nie dziwie kibicom Legii, zresztą trenerowi Papszunowi też się nie dziwie że nie chciał iść do takiego zarządu Legii.
4
Z kart historii, kultowy stadion Dumy Katalonii:
19 lutego 1922 r. rozpoczęto budowę słynnego stadionu Blaugrany: Camp de Les Corts. FC Barcelona kupiła za 960 tysięcy peset tereny na końcu ulicy Les Corts i 19 lutego 1922 rozpoczęła tam budowę nowego stadionu na 25 tysięcy osób, który zainaugurowano 20 maja tego samego roku. Później pojemność zwiększono do 30 tys., następnie dzięki małym trybunom po sześć siedzeń dostawionym tuż przy boisku – do 45 tysięcy, aż w końcu do 60 tysięcy. Wszystko przez ogromne zainteresowanie kibiców, zafascynowanych występami zwłaszcza takich zawodników jak Samitier, Alcântara, czy Zamora. Na początku boisko nie miało trawy, ale musiano ją posiać w 1926 roku w związku z wymaganiami Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Obiekt powstał około kilometra od zbudowanego trzy dekady później Camp Nou, pomiędzy istniejącymi do dziś ulicami Numancia, Travessera de les Corts, Vallespir i Marques de Sentmenat. W uroczystości uczestniczyło około 2,5 tys. kibiców, wśród nich Joan Gamper oraz przedstawiciele innych klubów katalońskich i hiszpańskich, między innymi Athleticu Bilbao i Realu Madryt. Pierwszy mecz przy Les Corts FC Barcelona rozegrała przeciwko drużynie Saint Mirren i zwyciężyła 2:1. Premierową bramkę zdobył nie kto inny jak Paulino Alcântara. Stadion przy Les Corts jest symbolem pierwszej złotej ery w historii Blaugrany, która trwała przez całe lata 20. Jest również symbolem niesamowitej ekspansji i rozwoju klubu, ponieważ musiał być cały czas rozbudowywany. Kolejne rozbudowy nie były jednak w stanie zmienić faktu, że był on za mały na potrzeby rosnącego w siłę zespołu. 21 kwietnia 1957 roku remisem 1:1 zakończyło się spotkanie Barcelony z Sewillą, które było jednocześnie ostatnim meczem na stadionie w Les Corts. W 1966 roku został on ostatecznie zburzony, a w jego miejscu znajduje się dziś Parc de Les Corts.
0
@prokofiew Nie mam zielonego pojęcia o co wam chodzi? Jeśli łamie regulamin to niech mi moderacja wyjaśni. Po za tym kilku użytkowników również pisze długie treści, jak choćby don corleone
8
Żywe legendy futbolu:
18 lutego 1967 r. urodził się Roberto Baggio, napastnik, legenda włoskiego futbolu. Wicemistrz Świata z 1994,Trzecie miejsce na MŚ w 1990, Zdobywca Pucharu UEFA z 1993(Juventus), 2-krotny Mistrz Włoch: 1995(Juventus) oraz 1996(AC Milan), Zdobywca Pucharu Włoch 1995(Juventus), Zdobywca Złotej Piłki France Football: 1993, drugi w 1994, Najlepszy Piłkarz Roku według FIFA: 1993, Najlepszy Piłkarz Świata według World Soccer: 1993. Roberto Baggio to zdaniem wielu najlepszy włoski piłkarz w historii. Posiadał wrodzony talent, bajecznie prowadził piłkę i balansował ciałem, co pozwalało mu na bezproblemowe mijanie rywali. Świetnie czytał grę, strzelał bramki i wypracowywał je kolegom. Nie był rasowym napastnikiem, często grał ze skrzydła lub brał się za rozgrywanie akcji. Dość drobna budowa ciała, drybling i przyśpieszenia powodowały, że momentami bardzo przypominał Diego Maradonę. Początki kariery Roberto Baggio to rok 1981 i klub Vicenza. W sezonie 1984/1985 razem z zespołem awansował do Serie B, strzelił w nim 12 bramek w 29 meczach. Po roku zadebiutował w Serie A meczem z Sampdorią, który odbył się 21 września 1986 roku. Pierwszego gola zdobył grając przeciw Napoli 10 maja 1987. Przełom nastąpił w sezonie 1987/1988. Baggio zdobył w nim 9 bramek i został powołany na mecz towarzyski Włochów z Holendrami. Miało to miejsce w listopadzie 1988 roku. W następnym sezonie Roberto Baggio osiągnął z Fiorentiną finał Pucharu UEFA, w finale tym doznał porażki z innym zespołem z Italii – Juventusem. W 1990 roku we Włoszech odbywał się mundial, a Baggio znalazł się w kadrze. Niestety nie wystąpił w pierwszych dwóch spotkaniach. Ale w swoim pierwszym występie przeciwko Czechosłowacji, Baggio pokazał błysk geniuszu, zdobywając przepięknego gola, po rajdzie z niemal połowy boiska. Bramka jest uznawana za jedną z najpiękniejszych w historii mistrzostw. Włosi przegrali półfinał z Argentyną po rzutach karnych. Jednego z nich skutecznie wykorzystał Baggio. W meczu o trzecie miejsce z Anglią, jednego z goli Baggio sam sobie wypracował (kiedy to wykorzystał moment nieuwagi bramkarza odbierając mu piłkę), rozegra piłkę z kolegą z drużyny, a następnie mijając jednego z obrońców wpakował z bliska piłkę do siatki. Roberto Baggio w ten sposób miał już w dorobku brąz MŚ. Po mistrzostwach Roberto przeszedł do Juventusu Turyn. To w tym klubie spędził swoje najlepsze lata stając się legendą piłki nożnej. Strzelał przepiękne gole, mijał rywali jak najwięksi wirtuozi futbolu. W pierwszym sezonie zdobył 14 goli w 33 spotkaniach. W następnym sezonie w 32 meczach Serie A udało mu się strzelić 18 bramek. W sezonie 1992/1993 Baggio sięgnął z Juventusem po Puchar UEFA, w którym to brylował w meczach półfinałowych i finale, strzelając w sumie 5 z 9 bramek dla Juve.. W lidze z kolei osiągnął jeszcze lepszy wynik strzelając 21 goli w 27 spotkaniach. W następnym sezonie zdobył swoją setną bramkę we włoskiej pierwszej lidze. O mistrzostwo ligi było w owym okresie bardzo trudno, a to za sprawą naszpikowanego gwiazdami AC Milanu(van Basten, Gullit, Rijkaard), który praktycznie był bezkonkurencyjny. Ale Juventus z Baggio deptał im po piętach i niemal zawsze odbierał punkty w ligowych spotkaniach. W 1992 i 1994 roku „Juve” kończyło ligę na drugiej pozycji. Uwieńczeniem sukcesów i znakomitej gry było otrzymanie przez Roberto Baggio w 1993 roku Złotej Piłki dla najlepszego piłkarza Europy i nagrodę FIFA dla najlepszego Piłkarza Świata. Na zakończenie przygody z Juventusem w 1995 roku wywalczył w końcu Mistrzostwo Włoch. Na Mistrzostwach Świata w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku Baggio stanowił o sile włoskiej reprezentacji. Uważany za najlepszego wówczas piłkarza świata Baggio, prezentował się znakomicie i zdobył w tym turnieju pięć goli, a Włosi dotarli aż do finału. Łatwo nie było. Niezbyt dobry początek turnieju i dogrywka w 1/8 finału z meczu z Nigerią, w którym to do 88. minuty Włosi przegrywali 1:0 i grali w dziesiątkę. Tuż przed końcem Roberto Baggio wykorzystał podanie kolegi i strzelił wyrównującą bramkę. W dogrywce Baggio wykorzystał rzut karny i Włosi byli w ćwierćfinale! Tam spotkali się z drużyną Hiszpanii, i „Boski warkoczyk” ponownie wpisał się na listę strzelców, dając w ostatnich minutach prowadzenie 2:1 i półfinał dla Włoch. Na drodze do finału na przeciw Azzurrich stanęli Bułgarzy z Christo Stoiczkowem w składzie. Bułgarzy byli rewelacją turnieju, ale przewagę od początku mieli Włosi, u których znowu główne skrzypce grał Roberto Baggio. W 21. minucie Baggio przyjął piłkę rzuconą z autu, minął dwóch rywali wzdłuż pola karnego i pięknym technicznym strzałem wkręcił piłkę w dłuższy róg. 5 minut później było już 2:0: Baggio dostał świetne podanie nad obrońcami Bułgarii, wbiegł w pole karne i strzałem na dłuższy słupek pokonał bramkarza przeciwnej drużyny. Co prawda Stoiczkow jeszcze w pierwszej połowie strzelił bramkę kontaktową, ale to Włosi przeszli dalej. W finale zmierzyli się z Brazylijczykami, w składzie którym największą gwiazdą był Romario. W regulaminowym czasie żadnemu zespołowi nie udało się strzelić gola, konieczny był konkurs rzutów karnych. Ten okazał feralny dla Baggio. Podszedł on do piątej serii karnych. Wcześniej jego dwaj koledzy przestrzelili i to jego strzał miał zadecydować. Baggio nie wytrzymał presji i przestrzelił jedenastkę. Tytuł Mistrzów Świata przypadł „Canarinhos”. Niestrzelony karny, zdaniem wielu najlepszego piłkarza owego czasu i całych mistrzostw, stał się jednym z najsłynniejszych i najważniejszych nietrafień w historii piłko nożnej. Mimo, tego, że w dużej mierze dzięki znakomitej grze Baggio w fazie pucharowej, Włosi doszli do finału, a nawet strzelony karny mógł nic nie zmienić, to występ Baggio z MŚ w 1994 roku jest odbierany głównie przez pryzmat niestrzelonego karnego. Ten nieudany strzał zadecydował również, że nadal najlepszy na świecie Baggio nie dostał drugiej Złotej Piłki. W 1995, wciąż w Juventusie Turyn, osiągnął w końcu mistrzostwo Włoch. Kontuzja nie pozwalała mu wejść na maksymalne obroty. W Juventusie pojawiła się nowa gwiazda – Alessandro del Piero, a Baggio musiał wybierać – zostać w drużynie tracąc 1/3 swoich dotychczasowych dochodów albo odejść. Wybrał drugie rozwiązanie. Zdecydował się na AC Milan, z którym także sięgnął po Mistrzostwo Italii, ale mecz często zaczynał na ławce rezerwowych. Grając w Milanie był również pomijany w powołaniach do reprezentacji Włoch i w wieku 29 lat, być może najlepszy piłkarz w historii Włoch, nie wystąpił na Mistrzostwach Europy w 1996 roku. Tą decyzję ówczesnego trenera wytykało większość kibiców i fanów piłki. Zemściło się to na Arrigo Sacchim, gdyż bez Baggio Włosi nie wyszli nawet z grupy. W 1997 roku Roberto Baggio zdecydował się przejść do Bolonii. 22 strzelone gole i nowy trener Azzurrich spowodowały, że Baggio wrócił do łask i znalazł się w kadrze Włoch na Mistrzostwa Świata we Francji w 1998 roku, strzelając w eliminacjach m.in. gola Polakom. Baggio w ataku miał sporą konkurencję, ale z powodu kontuzji Del Piero, wystąpił w pierwszym spotkaniu z Chile u boku Vieri. Baggio już w 10. minucie błysną swoimi umiejętnościami podając z pierwszej piłki do partnera z ataku, który znalazł się sam na sam z bramkarzem i strzelił gola. Chilijczycy wyrównali w końcówce pierwszej połowy a na początku drugiej prowadzili już 2:1. Szykowało się na porażkę Italii, ale Baggio w końcówce zagrywał piłkę w pole karne i trafił w rękę obrońcę (niektórzy twierdzą, że Baggio zrobił to celowo), sędzia podyktował rzut karny do którego podszedł Roberto. Wykorzystał jedenastkę stając się pierwszym włoskiem piłkarzem w historii, który strzelił gole na trzech MŚ. W drugim meczu zaliczył asystę a parę dni później w meczu z Austrią „Warkoczyk” ponownie wpisał się na listę strzelców zdobywając swoją 9 bramkę we wszystkich mundialach. W pierwszej rundzie fazy pucharowej Włosi pokonali Norwegię i w ćwierćfinale spotkali się z niezwykle silną Francją, z Zidanem w składzie. Mecz zakończył się wynikiem 0:0, a dogrywce się nie zmienił. Lecz o pechu ponownie może powiedzieć Baggio, który chybił o włos w doliczonym czasie (obowiązywało wówczas zasada „złotej bramki”). Do rzutów karnych tym razem podszedł jako pierwszy. Wszyscy wstrzymali oddech obawiając się powtórki z 1994 roku, ale tym razem Baggio pewnie wykorzystał karnego. Gorzej poszło jego kolegom, którzy dwukrotnie spudłowali, co oznaczało pożegnanie się Włoch z turniejem. Po Mistrzostwach Roberto Baggio trafił do mediolańskiego Interu. Popadł tam w konflikt z trenerem, a drużyna wylądowała w jego pierwszym sezonie w nowym klubie na 8. miejscu. Trudno było mu także rywalizować z najlepszym wówczas napastnikiem świata – Ronaldo. Roberto zmienił klub, w 2000 roku stał się zawodnikiem Brescii. Skazywaną na pożarcie i spadek z pierwszej ligi Brescie, Baggio wywindował na 7. pozycję w tabeli końcowej. W międzyczasie odrzucił oferty takich gigantów jak Real Madryt, czy Arsenal Londyn, tłumacząc, że chce być ciągle aktywnym piłkarzem i pomóc jeszcze reprezentacji Włoch. Jednak mimo dobrej gry i ku niezadowolenia wielu kibiców, nie dostał powołania na Euro 2000. W Brescii w pierwszym sezonie zajął najwyższe w historii klubu 7. miejsce. Dawało to klubowi możliwość gry w Pucharze Intertoto, w którego finale Brescia w przegrała z Paris Saint Germain. Na Mistrzostwa Świata 2002 w Japonii i Korei Południowej nie pojechał. Nie został powołany przez Giovanniego Trapattoni’ego, który tłumaczył swoją decyzję długą przerwą piłkarza po kontuzji. Baggio w ostatnim meczu w barwach Brescii zmierzył się z Milanem. Była to ostatnia kolejka sezonu 2003/2004, zaś Milan świętował swoje 17-te mistrzostwo Włoch. Ostatni mecz w reprezentacji Włoch Roberto Baggio zaliczył 28 kwietnia 2004 roku przeciwko Hiszpanom. Wystąpił w nim z nr 10 i opaską kapitana, a schodząc z boiska został nagrodzony owacją na stojąco. Roberto Baggio chyba nigdy nie osiągnął tego co powinien piłkarz jego klasy. Nieszczęsny rzut karny w finale z Brazylią, liczne kontuzje, konflikty i niedocenianie go przez trenerów, spowodowało, że jeden z największych talentów w historii futbolu, nie rozwinął w pełni swoich skrzydeł. Mimo wszystko piłkarz w charakterystycznym kucykiem zapisał się na kartach futbolu jako jeden z najwybitniejszych. W marcu 2004 roku Pele umieścił go na liście „FIFA 100” – 100 jego zdaniem najlepszych piłkarzy w historii futbolu. Uplasował się na 16. miejscu w ankiecie World Soccer na najlepszych piłkarzy XX wieku. Jest także w „jedenastce” wszech czasów piłkarzy włoskich. W głosowaniu internetowym w 2001 roku został wybrany jak „Najbardziej uwielbiamy włoski piłkarz”. Roberto trzykrotnie był wicekrólem strzelców włoskiej Serie A. W lutym 2005, już po zakończeniu zawodowej kariery piłkarskiej wystąpił w meczu charytatywnym na rzecz ofiar azjatyckiego tsunami na Camp Nou w Barcelonie.
2
Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:
Na początku lat 20-tych ubiegłego wieku w FC Barcelonie powstała komisja, której zadaniem było wskazanie terenów pod budowę nowego stadionu. Ostatecznie znaleziono odpowiednie miejsce przy skrzyżowaniu ulicy Numancia z Travessera de Les Corts. Była to działka, na której znajdował się Can Ribot, zbudowany w XVI wieku trzypiętrowy wiejski dom, znany także jako Can Guerra. I tak 18 lutego 1922 r. prezydent Joan Gamper podpisał dokument nabycia Can Ribot. Następnego dnia, podczas zorganizowanej w tym miejscu ceremonii, wmurowano kamień węgielny pod budowę nowego stadionu Camp de Les Corts. Kilka dni później, wraz z początkiem robót, dom został zburzony. Wmurowanie kamienia pod budowę nowego stadionu zamieniło się w miejska fieste. Zorganizowano defiladę od stadionu Escopidora do terenów, na których miał stanąć nowy obiekt. Na czele pochodu szło 4 agentów Gwardii Miejskiej oraz Emili Ardevor, mistrz Katalonii w zapasach i członek tej sekcji, istniejącej w latach 1924-28, który niósł flagę Blaugrany. Orszak uzupełniały 4 drużyny klubu a także tłum ciekawskich i kibiców, którzy spontanicznie dołączyli do defilady. Po dotarciu na miejsce ojciec Lluis Sabater, kapelan klubu i socio numer 79, którego tygodnik ,,Xut” nazwał księdzem sałatą, pobłogosławił pierwszy kamień stadionu Les Corts, zaś Gamper zwrócił się do obecnych w języku katalońskim. Następnego dnia ruszyły prace przy budowie nowego obiektu.
0
@busquets5 Jak najbardziej, zwłaszcza Lige Mistrzów, wiadomości, 1 z 10-ciu no i serial Zniewolona!
5
Wybitne legendy trenerskie:
18 lutego 1933 r. urodził się Robert Wiliam Robson, legenda brytyjskiego futbolu, napastnik, pomocnik oraz wybitny trener m.in. FC Barcelony. Ten angielski gentelmen już od samego początku miał niesamowicie utrudnione zadanie, gdyż do Barcelony przyszedł jako następca samego boskiego Johana Cruyffa. Presja jaką na nim wywierano była wręcz kolosalna, a na dodatek, obojętnie czego by nowego nie wprowadził do drużyny, wszystkie jego nowatorskie pomysły na ustawienie i sposób gry, spotykały się z niesamowitą falą krytyki. Pomimo tej całej niezbyt przyjemnej otoczki, Bobby Robson nie ugiął się, a wszystkich niedowiarków przekonał do siebie dzięki odniesionym przez zespół wynikom. Barça, pod wodzą Anglika, zdołała uplasować się na drugim miejscu w Primera División i sięgnąć po dwa puchary. Pierwszym z nich był Puchar Zdobywców Pucharów, kiedy to wyższość Katalończyków musieli uznać zawodnicy z Paris Saint Germain przegrywając 0:1, jak również Copa del Rey, w finale to którego Betis Sevilla dał sobie wbić na Santiago Bernabéu 3 gole, strzelając przy tym tylko dwa. Kiedy to cała zwycięska drużyna powróciła do swego miasta, w tamtejszej twierdzy, Camp Nou, została przywitana niczym mityczni herosi. Pomimo tego, że Robsonowi dobrze wiodło się w roli szkoleniowca, od samego początku było wiadomo, że jego kadencja długo nie potrwa, gdyż w kolejce już od dawna stał trener, wydawało się - genialny, który to z Ajaxem Amstrerdam zdobył wszystko, co było do zdobycia i jeszcze trochę. Chodzi oczywiście o Luisa Van Gaala. Kiedy Holender zasiadł na ławce Camp Nou, Anglik musiał szybko podjąć decyzję co dalej, dlatego też przychylił się ku propozycji przystąpienia do zarządu FC Barcelony. Wcześniej jednak, kiedy to właśnie on jeszcze dowodził zespołem, udało mu się wypromować zawodnika, który może się poszczycić mianem jednego z najlepszych napastników w historii fuybolu. Nikt chyba nie może zakwestionować geniuszu Brazylijczyka Ronaldo, który z miejsca został Pichichi Ligi Hiszpańskiej i ulubieńcem fanów z Blaugrany, podobnie jak jego 'riserczer'. Sir Bobby Robson opuścił stolicę Katalonii w lecie 1998 roku, po tym, jak niezwykle kuszącą ofertę złożyło mu PSV Eindhoven.
Źródło- fcbarca.com
6
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 lutego 1950 r. w Radomsku urodził się Jan Benigier, napastnik. Pierwsze piłkarskie lekcje pobierał w zespołach Stali i Czarnych w rodzinnym Radomsku. Jako 16-latek trafił do Hali Sportowej Łódź, gdzie pod okiem trenera Leszka Jezierskiego wywalczył z kolegami tytuł mistrza Polski juniorów. Po pół roku zaliczył debiut w II-ligowym Starcie. Z Łodzi przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie od 1970 r. występował dla Zawiszy. Dobre występy nad Brdą zaowocowały transferem na Śląsk. Do Ruchu ściągnął go czeski trener Michal Vičan. W Chorzowie współtworzył jedną z najlepszych drużyn lat 70. w polskiej piłce klubowej. Trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski (1974, 1975 i 1979) i raz po puchar Polski (1974). Chorzowska drużyna świetnie radziła sobie również w europejskich pucharach. W Pucharze UEFA odpadła w ćwierćfinale po ciężkim, zakończonym dogrywką boju z Feyenoordem, a w Pucharze Europy w tej samej fazie pechowo odpadli z AS Saint-Étienne. Kazimierz Górski powoływał go do kadry, ale głównie na mecze nieoficjalne. Znalazł się nawet w szerokiej kadrze piłkarzy na mistrzostwa świata w Niemczech, ale na mundial nie pojechał. Sam wspominał, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wielka jest konkurencja na jego pozycji, ale po cichu liczył, że w końcu przyjdzie jego czas. W oficjalnym meczu zadebiutował 24 marca 1976 r. z Argentyną. Latem pojechał z kadrą na igrzyska olimpijskie w Montrealu. Tam wystąpił jednak tylko w jednym spotkaniu. W wygranym 3:2 pojedynku z Iranem wszedł na boisko w 65. minucie, zmieniając Kazimierza Kmiecika. To był jego ostatni występ w kadrze, których uzbierał w sumie ledwie cztery. W Ruchu grał do 1980 r. Później swoim Polonezem wyjechał do Belgii, gdzie został zawodnikiem RFC Seraing, ale po dwóch latach wrócił do Chorzowa. Karierę kończył w bytomskiej Polonii, choć dał się jeszcze namówić na występy w Przemszy Siewierz. Pracował jako trener w GKS-ie Tychy, Szombierkach Bytom, Polonii Bytom czy Rymerze Niedobczyce. Ukończył szkołę trenerów PZPN w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 4 mecze.
3
Towarzyskie El Clasico:
18 lutego 1920 r. FC Barcelona rozgromiła Real Madryt 7:1 w meczu towarzyskim. Hattrickiem popisał się Paulino Alcantara a pozostałe gole dla Blaugrany strzelili: Vinyals, Sancho, Plaza oraz Lakatos. Pamiętajmy że wówczas mecze towarzyskie traktowano bardzo poważnie
0
@KibicBarcy84 Kluczowe pytanie brzmi czy ta mentalność zagwarantuje nam zdobycie Ligi Europy i jednocześnie 4 miejsca w tabeli? Dwóch srok za ogon napewno nie utrzymamy.
0
O takim wydarzeniu każdy cule powinien wspominać do końca życia:
17 lutego 1974 r. na Estadio Santiago Bernabeu, FC Barcelona pokonała Real Madryt w stosunku 5:0! Mecz ten jest uznawany za najlepsze spotkanie Johana Cruijffa w koszulce Blaugrany. W dniu spotkania było bardzo zimno i widzowie zajeli jedynie 1/3 pojemności stadionu. Przez pół godziny pojedynek był wyrównany. Ostatni kwadrans pierwszej połowy należał jednak do gości. Dwa gole strzelili: Asensi i Cruijff. W dodatku sędzia nie uznał Barcie jeszcze jednego prawidłowo strzelonego gola. Po przerwie Azulgrana strzeliła kolejne 3 gole autorstwa: ponownie Asensiego, Juana Carlosa i Sotila. W dodatku Rexach nie wykorzystał trzech stuprocentowych okazji na podwyższenie wyniku. Trener Realu-Molowny, żałował okazji Velazqueza w pierwszych minutach spotkania, gdyż wtedy ,,mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej”. Natomiast Rinus Michels żartował sobie: ,,Takie liczby można zobaczyć tylko w bankach”, odpowiadając tym na pytanie czy Cruijff stanowi 80 % siły jego zespołu.
Swoją drogą czy my cules dożyjemy jeszcze ,,Manity” na Bernabeu?
0
@xproject Nie ty decydujesz kto i w jaki sposób wyraża swoje opinie na tej stronie, panie kulturalny cwaniaku!
0
@stepkovski A co to niby znaczy te iks de?
0
Moim skromnym zdaniem lepiej się stanie dla dobra La Ligi jeśli już odpadniemy z Napoli. Z taką jakością jaką prezentujemy zwłaszcza w defensywie to nie wygramy tego trofeum. Natomiast ćwierćfinał czy też potencjalny półfinał nic nam nie daje, również finanse z tego są bardzo skromne. Absolutnym priorytetem jest zdobycie minimum 4 pozycji w lidze. Jeśli odpadniemy szybko z Ligi Europy to mamy realne szanse powalczyć nawet o wicemistrzostwo Hiszpanii a to już wyglądałoby znacznie lepiej niż tylko czwarta pozycja.
4
Pionierskie El Clasico w Primera Division:
17 lutego 1929 r. FC Barcelona przegrała na Les Corts z Realem Madryt 1:2 w drugiej kolejce premierowych rozgrywek Primera Division, po honorowym golu Perery oraz 2 golach Morery dla Realu. To było pierwsze ligowe El Clasico w historii. No cóż, pierwsze koty za płoty okazały się nieudane…
0
@AllBundy Mnie to nie przeszkadza jeśli nie łamie regulaminu. Polecam nie czytać i nie przewijać jeśli cie to nie interesuje. Poza tym nie do końca czaje co znaczy w odpowiedzi do komentarza? Czyjego komentarza?
0
(Nie)zapomniane legendy futbolu:
16 lutego 1964 r. w Salvadorze urodził się José Roberto Gama de Oliveira, znany bliżej jako Bebeto, napatnik; mistrz świata z roku 1994 i wicemistrz z roku 1998, najlepszy piłkarz Ameryki Południowej z roku 1989. Brązowy medalista olimpijski na igrzyskach w Seulu oraz w Atlancie. Słynna „Kołyska” Bebeto z Mundialu w USA weszła na stałe do kanonu „cieszynek”. I choć, jak zauważył kiedyś komentator TVP Jacek Laskowski, z niejednej z takich kołysek dzieci rychło by wypadły, to w ten sposób obwieszczono na całym świecie już tysiące narodzin potomków piłkarzy. Debiut w pierwszej drużynie Vitorii zaliczył w 1982 roku. W swojej rodzinnej miejscowości nie spędził jednak zbyt dużo czasu. Po roku gry w Vitorii trafił do Flamengo, prawdopodobnie najpopularniejszego klubu w całej Ameryce Południowej. Z zespołu właśnie odszedł Zico a wkrótce potem Leovegildo Lins da Gama Júnior. Były to dwie niezwykle ważne postacie drużyny, która zdobyła właśnie mistrzostwo Brazylii. Pierwszy sezon Bebeto w nowym klubie nie był jednak udany. „Fla” nie obroniło mistrzostwa, a w finale rozgrywek spotkali się dwaj wielcy rywale czerwono-czarnych, Vasco i Fluminese, które ostatecznie wygrało. Rozczarowanie sportowymi wynikami pozostało jednak w cieniu tragedii, do jakiej doszło w grudniu 1984 roku. W katastrofie lotniczej zginęli wówczas Nilton, brat piłkarza a zarazem pilot samolotu oraz Cláudio Figueiredo Diz, kolega z zespołu. Bebeto zdołał otrząsnąć się po tej tragedii i stał się niezwykle silnym punktem zespołu Flamengo. W koszulce Rubro-Negro Bebeto występował aż do 1989 roku. Według różnych źródeł rozegrał ponad 280 meczów i strzelił ok. 150 goli. W czasie gry dla „Fla” trafił najpierw do młodzieżowej, a później dorosłej reprezentacji. Jeszcze w 1983 roku wygrał z reprezentacją do lat 20. Mistrzostwo świata. W 1985 przyszedł czas na debiut w kadrze seniorów. Na Mundial do Meksyku nie udało mu się jednak pojechać. Pewnym przełomem w jego reprezentacyjnej karierze były Igrzyska Olimpijskie w Seulu w 1988 roku. Podczas turnieju stworzył świetny duet z Romario. To właśnie ich gole pozwoliły Canarinhos dostać się do finału, gdzie jednak lepszy okazał się ZSRR. Prawdziwym popisem Bebeto była jednak Copa America 1989. Turniej rozgrywany był w dość dziwnym formacie – najpierw dwie 5-drużynowe grupy, a później 4-zespołowa grupa finałowa. W tej ostatniej fazie Brazylijczycy wygrali z Argentyną 2:0, Paragwajem 3:0 i Urugwajem 1:0 i zdobyli złoto, a sam Bebeto został z sześcioma golami na koncie królem strzelców turnieju. Wtedy był już piłkarzem Vasco da Gama. Przejście do lokalnego rywala wywołało sporo kontrowersji. Bebeto nie przejmując się tym specjalnie, zaczął z wysokiego „C” – Vasco w 1989 roku zdobyło po raz drugi w swojej historii mistrzostwo Brazylii. Sukcesy reprezentacyjne i klubowe przełożyły się również na indywidualne laury – na koniec roku Bebeto otrzymał prestiżową nagrodę dla najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Kolejny rok nie był już tak udany, choć wiele wskazywało na to, że może być inaczej. Bebeto znalazł się w kadrze na Mundial, który w 1990 roku odbywał się na włoskich boiskach. Selekcjonerem był wówczas Sebastião Lazaroni, który hołdował dość osobliwej zasadzie – podzielił swoich napastników na pary: Careca miał występować z Mullerem, a Bebeto z Romario. Ten ostatni przyjechał na zgrupowanie z urazem, a sam Bebeto również doznał kontuzji przed meczem z Kostaryką. W ataku grali Careca i Muller, a Brazylia odpadła już w 1/8 po porażce z Argentyną 0:1. Nie minęły nawet dwa miesiące od zakończenia mistrzostw świata, gdy wznowiono rozgrywki Copa Libertadores. Vasco miało zapewniony udział w tych rozgrywkach jako mistrz Brazylii z poprzedniego sezonu. W 1/8 brazylijski klub wyeliminował chilijskie Colo-Colo, ale w ćwierćfinale lepsze okazało się kolumbijskie Atlético Nacional. W 1992 roku Bebeto okazał się najlepszym strzelcem całej ligi i choć tym razem Vasco nie zdobyło trofeum, to dla José Roberto Gamy de Oliveiry tytuł króla strzelców stał się szansą na przenosiny do Europy. Trafił do Deportivo La Coruna. Klub ten w sezonie 1991/1992 cudem uratował się przed spadkiem, ale już w nowej kampanii (przede wszystkim dzięki Bebeto) stał się czołową drużyną La Liga. Pierwszy sezon na De Riazior był dla brazylijskiego napastnika rewelacyjny. Trzecie miejsce w tabeli i tytuł króla strzelców z 29 golami na koncie. W pokonanym polu zostali m.in. Ivan Zamorano i Christo Stoiczkov. W kolejnych rozgrywkach Bebeto strzelił „tylko” 16 goli, ale „Depor” bliskie było zdobycia pierwszego w swej historii mistrzostwa Hiszpanii. W ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu wystarczyło wykorzystać rzut karny. Etatowym wykonawcą jedenastek było do tej pory Bebeto. Tym razem oddał piłkę Jugosłowianinowi Miroslavowi Đukićowi, który jednak nie zdołał umieścić piłki w siatce. Mecz z Valencią zakończył się wynikiem 0:0. Deportivo i Barcelona zakończyła sezon z równą liczbą punktów, ale klub z Katalonii miał lepszą różnicę bramek. Tytuł trafił na Camp Nou. Po latach w wywiadzie dla magazynu FourFourTwo Bebeto wspominał tamtą sytuację: „NIE CHCIAŁEM UDERZAĆ, BO MIAŁEM 4 CM PRZERWĘ W MIĘŚNIU PRZYWODZICIELA, NIE TRENOWAŁEM NA PEŁNYCH OBROTACH PRZEZ 4 TYGODNIE. A ĐUKIĆ ZAWSZE TRAFIAŁ RZUTY KARNE, NAWET NA TRENINGU NIE CHYBIŁ ANI JEDNEGO. POZWOLIŁEM MU STRZELAĆ. POTEM PRZEPRASZAŁ MNIE ZA TO. WTEDY, POWIEDZIAŁ: »JEST OK., POZWÓL MI STRZELAĆ « TEGO DNIA BOISKO BYŁO BARDZO BŁOTNISTE. MOŻE GDYBYM TO JA STRZELAŁ? MOŻE ZMYLIŁBYM BRAMKARZA I POSŁAŁBYM PIŁKĘ WYSOKO W ŚRODEK BRAMKI? ĐUKIĆ PRZEPRASZAŁ PÓŹNIEJ WSZYSTKICH. NIESTETY PRZEZ GORSZY BILANS BRAMEK PRZEGRALIŚMY MISTRZOSTWO Z BARCELONĄ”. To bolesne niepowodzenie, Bebeto w pełni zrekompensował sobie występem na Mundialu w USA, o którym była już tu mowa. Kolejny sezon w Hiszpanii to kolejne wicemistrzostwo, tym razem za Realem Madryt. Następna kampania (1995/1996) była ostatnią w barwach galicyjskiego klubu. Bebeto zdobył 25 goli, co było zupełnie dobrym wynikiem, a zespół z La Corunii zajął dopiero 9. Miejsce. Bebeto nieco niespodziewanie postanowił wrócić do Flamengo. Niestety, nie wszyscy przywitali go ciepło, pamiętając, że swego czasu przeszedł do Vasco da Gama. Dalsza kariera klubowa niestety nie przyniosła sympatycznemu napastnikowi zbyt wielkich sukcesów. Sevilla, powrót do Vitorii, Cruzeiro, Botafogo, meksykański Toros Neza, japońska Kashima Antlers, kolejny pobyt w Vitorii, powrót do Vasco i nieudana przygoda z saudyjskim Al-Ittihad – te wszystkie kluby Bebeto zdążył zwiedzić w ciągu ostatnich 6 lat swojej kariery. Zawodowe granie w piłkę zakończył w 2002 roku. O ile ostatnie lata na niwie klubowej były raczej niesatysfakcjonujące, to w reprezentacji wciąż było miejsce dla pochodzącego z Salvadoru zawodnika. Przed mundialem w 1998 roku wydawało się, że będzie to miejsce na ławce rezerwowych, ale wobec kontuzji Romario to właśnie Bebeto stworzył duet z Ronaldo. Trzy gole (w tym znakomity w meczu z Danią) w turnieju to powtórka wyniku z 1994 roku, tym razem jednak Brazylijczycy nie zdobyli tytułu. W pamiętnym finale z Francją przegrali 0:3. Po mistrzostwach Bebeto już nigdy nie zagrał w reprezentacji, kończąc ten etap kariery z przyzwoitym dorobkiem 75 meczów i 38 goli w narodowych barwach. Skoro była mowa o Romario, to warto napisać, choć kilka słów o skomplikowanych relacjach między nim a bohaterem tego tekstu. Romario zwołał konferencję prasową przed Mistrzostwami Świata w 1994, aby ogłosić, że nie usiądzie obok Bebeto podczas lotu drużyny do Stanów Zjednoczonych. Po latach jednak relacje obu panów wyglądają całkiem przyzwoicie. W 2018 roku Bebeto udzielił wywiadu, w którym chwalił sobie współpracę z dwa lata młodszym kolegą: „GRAŁEM Z ROMARIO TYLKO W REPREZENTACJI NARODOWEJ. GRALIŚMY RAZEM TYLKO W JEDNYM MECZU FLAMENGO, ZANIM WYJECHAŁ DO EUROPY. CZY WIESZ, ŻE BRAZYLIA NIGDY NIE PRZEGRAŁA MECZU, GDY BEBETO I ROMARIO GRALI RAZEM? ANI JEDNEGO MECZU! POZA TYM ZA KAŻDYM RAZEM, GDY GRALIŚMY RAZEM, PRZYNAJMNIEJ JEDEN Z NAS STRZELIŁ GOLA”. Jak podsumować karierę tego wiecznie uśmiechniętego napastnika? Z reprezentacją zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo świata, w Deportivo uznawany jest za legendę, w innym klubach wiodło mu się różnie. W reprezentacji jednak zawsze trochę w cieniu Romario lub Ronaldo. Pewnie Bebeto mógł wyjechać do Europy nieco wcześniej. Prawdopodobnie nie powinien był odchodzić z Deportivo w 1996 roku. Być może jego kołyska jest najbardziej kultową „cieszynką” w najnowszej historii futbolu.