0

Co ty Xavi wygadujesz? Z takim przeciwnikiem to my na Camp Nou powinniśmy minimum 3:0 wygrać! No ale jak się napala na takich grajków jak Ferran Torres to nie ma komu strzelać w światło bramki...

11

Po prostu geniusz!

10 marca 2007 r. Lionel Messi po raz pierwszy w karierze ustrzelił hattricka i to w El Clasico! To był pierwszy klasyk Argentyńczyka na Camp Nou zakończony remisem 3:3. Goście trzykrotnie wychodzili na prowadzenie, jednak za każdym razem Messi wyrównywał. Po raz trzeci uczynił to w ostatniej minucie meczu gdy Blaugrana grała osłabiona brakiem Oleguera.
@AssisMoreira

2

Wyjątkowa Copa!

10 marca 1963 r. Boliwia remisuje z Ekwadorem 4:4 na Estadio Hernan Siles w La Paz. Tym samym rozpoczyna się 28 edycja Copa America. Po raz pierwszy w historii uczestników turnieju gościła Boliwia. Nigdy wcześniej piłkarze z nizin nad La Platy nie występowali na wysokościach tak podniebnych. Stolica Boliwii nazywana ,,Dachem Ameryki leży bowiem 3600 metrów nad poziomem morza. Rozrzedzone powietrze powodujące odczuwalny niedobór tlenu oraz inne klimatyczne problemy stawiały przed organizmami zawodników wymagania, którym słabsi fizycznie nie mogli sprostać. Owe specyficzne warunki dla odmiany faworyzowały gospodarzy oraz do pewnego stopnia także obytych z wysokogórską specyfiką- Peruwiańczyków. Główną areną imprezy był stołeczny Estadio Hernan Siles, jednak organizatorzy, uwzględniając argumenty drużyn przyjezdnych, większość spotkań przenieśli na jeszcze pojemniejszy Estadio Felix Capriles w miejscowości Cochabamba, położonej nieco niżej niż La Paz. Nieobecność Urugwaju, trzeciorzędna ekipa Brazylii(najlepsi jej piłkarze akurat szykowali się do wielkiego tournée po Europie), pokoleniowa zmiana w drużynie Peru, wreszcie personalna rewolucja w kadrze Argentyny- wszystko to stwarzało gospodarzom wręcz życiową szanse. Trzeba przyznać iż bodaj nigdy wcześniej turniej tej rangi nie był, w skutek powyższych okoliczności, obsadzony tak słabo. Toteż Boliwia przygotowywała się do niego niezwykle starannie. Poświęcono temu wszystkie możliwe środki, zapewniając ekipie idealne warunki. Czuli oni ogromną społeczną presje, lecz owe wygórowane oczekiwania okazały się czymś w rodzaju wiatru w żagle. Poczucie odpowiedzialności za wynik nie paraliżowało ich, wprost przeciwnie, wyzwoliło wszelkie rezerwy, dopingując do największych poświęceń. Zresztą pod tym względem boliwijscy górale zawsze stali wysoko. Ambicją, bitnością, wolą walki dorównywali niemal samym Paragwajczykom. Było też jasne że w niebywale trudnych warunkach klimatycznych wydolność ich organizmów pozwoli na ,,zabieganie” przeciwnika. Ich asem atutowy, idolem absolutnym, wręcz bohaterem narodowym był nieodmiennie, już od końca lat 40-tych, Victor Agustin Ugarte, z pochodzenia Indianin, który w czasie turnieju miał… 37 lat! Niewysoki, silny fizycznie, w odróżnieniu od bitnych, twardych lecz nieco topornych kolegów był przede wszystkim niezrównanym technikiem. Jego dryblingi, sposób panowania nad piłką czy imponujący repertuar zwodów, nasuwały porównanie z największymi artystami piłki z Brazylii, Urugwaju czy Argentyny. Nie ustępował im niczym. Na początku lat 60-tych pojawił się wreszcie w Boliwii godny partner Ugarte. Nie był wprawdzie technikiem tak finezyjnym ale potrafił wiele. Występował na prawym skrzydle, lecz z upodobaniem zmieniał pozycje, często przechodząc do środka. Strzelał ostro i kąśliwie, w najmniej spodziewanych momentach. Ten groźny napastnik nazywał się Ramiro Blacutt i miał już za sobą doświadczenie zdobyte w argentyńskim Ferro Carril Oeste. Wraz z Blacuttem w tymże Ferro grali jeszcze twardy jak skała Wilfredo Camacho oraz często w charakterze rezerwowego de Lorenzo. Boliwijczycy szukali wzorów do naśladowania właśnie u potężnego sąsiada. Argentyńscy zawodnicy byli gwiazdorami klubów z La Paz i Cochabamba a niektórzy z nich po pewnym czasie przyjęli nawet obywatelstwo boliwijskie, nabywając tym samym praw do występów w drużynie narodowej. Taki status uzyskali obrońcy Cainzo i Eduardo Espinoza oraz pomocnik Vargas. Odsiecz ta bardzo wzmocniła linie defensywne i chociaż wspomniana trójka z pewnością nie reprezentowała klasy światowej, lecz jej doświadczenie i obycie przydało całemu zespołowi wiele solidności i pewności siebie. Spośród uczestników turnieju zupełnie nie liczyła się Kolumbia. Tylko kompletnie osamotniony Gamboa przeprowadzał błyskotliwe indywidualne akcje. Nieco lepiej wypadł Ekwador, lecz pozbawiony swego asa atutowego Alberto Spencera, nie mógł zwojować zbyt wiele. Jednak to Ekwadorczyk Carlos Raffo dosyć nieoczekiwanie wywalczył tytuł króla strzelców imprezy z 6 golami. Z kolei Peru zmieniało skóre. Odeszli niemal wszyscy wybitni piłkarze dawnej generacji,, traktujących futbol jako beztroską , cudowną zabawę. Dopiero wyrastało pokolenie nowe, o innej mentalności. Nazwiska takich piłkarzy jak Rubinos, Campos, Leon czy Gallardo miał poznać futbolowy świat po kilku następnych latach , kiedy dojrzały fantastyczne talenty młodej generacji: Cubillas, Sotil, Challe, Baylon czy Ramirez. Natomiast nad podziw udany okazał się powrót Paragwaju do kontynentalnej elity. ,,Guarani” przywieźli zespół jak zwykle bojowy i nieprzytomnie ambitny, który znakomicie znosił trudne warunki klimatyczne, kondycyjnie wytrzymując wszystkie mecze do ostatniego gwizdka. Paragwajczycy urwali punkt faworyzowanej Argentynie, ulegli tylko gospodarzom a w przekroju całego turnieju stracili najmniej goli. W obronie bez zarzutu spisywali się Antonio Insfran i Vicente Bobadilla, zaś w ataku wielkie wrażenie wywarł głownie Eladio Zarate, potężne, wysokie chłopisko, poruszające się wszakże z gracją baletnicy. Zdobył wprawdzie tylko 3 gole ale widać było że gra świetnie głową i ma zadatki na snajpera wyborowego. Wiedząc że Brazylia sprawdza swoje głębokie rezerwy, również kierownictwo ekipy argentyńskiej postanowiło poddać próbie całą grupe młodych, obiecujących piłkarzy. Legendarny piłkarz a wówczas trener Nestor Rossi, zebrał naprawdę zdolnych młokosów. Do ciekawych postaci należał bramkarz Edgardo Andrada, prawoskrzydłowy Raul Bernao czy wreszcie szczupły napastnik Cesar Luis Menotti, bardzo inteligentny o silnej osobowości. Jednak to było za mało by rywalizować o miano mistrza Ameriki Południowej i w efekcie Argentyna zajęła dopiero 3 miejsce. Losy turnieju przesądził właśnie mecz gospodarzy z Argentyną w La Paz. Boliwijscy górale nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, chociaż wygrali 3:2 po zaciętej walce. O dziwo Albicelestes dobrze znieśli klimatyczne niedogodności, toteż zażarty, wyrównany bój trwał do końcowego gwizdka. Ponad 20 tys. fanatycznych kibiców ryczało tak przeraźliwie że ich krzyk zdawał się wprawiać w drżenie szczyty okolicznych gór. Ten szaleńczy doping nie pozostał bez wpływu na wynik spotkania. ,,Mieliśmy wrażenie że w przypadku wygranej nie uszlibyśmy cało ze stadionu”- komentował argentyński napastnik Savoy. Decydujący gol padł w okolicznościach, które wzbudziły protesty gości. Blacutt został sfaulowany na polu bramkowym. Rzut karny obronił Andrada w iście kocim stylu, wybijając piłke na korner, po czym utonął w ramionach kolegów, przyjmując gratulacje za ten wyczyn. Tym czasem Boliwijczycy bez chwili zwłoki wykonali rzut rożny i korzystając z zamieszania, Camacho strzelił gola. Swój ostateczny sukces Boliwia przypieczętowała pare dni później w Cochabamba, pokonując Brazylie 5:4! Niebywała euforia ogarnęła stadion, miasto i cały kraj. Bohaterów zniesiono z boiska na ramionach. Prezydent republiki, Victor Paz Estenssoro osobiście pojawił się w szatni, ściskając po kolei wszystkich piłkarzy. Na wniosek rządu minister edukacji wypłacił każdemu zawodnikowi po 10 milionów pesos, zaś dwie postaci najbardziej zasłużone uhonorował najwyższym odznaczeniem państwowym: orderem Andyjskiego Kondora. Zaszczytu tego dostąpili prezes federacji futbolowej Roberto Prada oraz największy piłkarz Boliwii w dziejach- Victor Agustin Ugarte. Doprawdy, trudno o godniejsze zakończenie, wieloletniej, wspaniałej kariery. Długo jeszcze szczęśliwa Boliwia napawała się tym jedynym w historii triumfem. Nie ma się co dziwić, w końcu Boliwia poza swoim terytorium jest piłkarskim outsajderem i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zdobędzie jeszcze to trofeum…

@AssisMoreira

1

Snajperski geniusz:

Fernando Peyroteo, bo o nim mowa, urodził się w Humpata w Angoli 10 marca 1918 r. Był synem białych osadników a jego nazwisko Peyroteo wzięło się od jego dziadka ze strony ojca, który był pochodzenia hiszpańskiego. Młody chłopak okazał się wszechstronnym sportowcem. Od wczesnych lat uprawiał wiele dyscyplin. Zaczął grać w piłkę w lokalnych klubach w Angoli, w tym w Sporting Clube de Luanda, który był luźno powiązany ze Sportingiem z Lizbony. W 1937 r. Jego rodzina przeprowadziła się do Lizbony z powodu złego stanu zdrowia jego matki. W stolicy Portugalii swoje pierwsze kroki 19-letni Fernando skierował do Sportingu. Nie marnował czasu i już w pierwszym meczu treningowym strzelił hat-tricka. Ówczesny trener Sportingu József Szabó natychmiast zorientował się, jak ogromny talent mu się trafił i bez żadnej pisemnej umowy, opierając się tylko na słownych ustaleniach, zaproponował mu grę w barwach Lwów. Szabo trenował z nim cztery razy w tygodniu, choć pozostali gracze mieli takie treningi tylko dwukrotnie. Mimo że później otrzymywał lepsze finansowo oferty m.in. z Porto, pozostał wierny Sportingowi przez całą karierę. On nigdy by nie zagrał dla Benfiki czy FC Porto. Dla niego barwy w których grał były święte. Tak mówił w wywiadzie dla „Jornal Sporting” jego syn. W swoim pierwszym oficjalnym meczu, 12 września 1937 roku, zdobył dwa gole w wygranym 5:3 meczu z Benfiką. Jak się potem okazało, był to początek wyjątkowej kariery. Po tym spotkaniu dziennikarze tak opisywali jego grę: ,,Jest doskonale zbudowanym fizycznie, szybkim graczem i bez wysiłku dochodzi do pozycji strzeleckich. Peyroteo nie pokazał żadnych nerwów w swoim debiucie, co pokazują dwa zdobyte gole”. Filmy które zachowały się z tamtych czasów, pokazują Peyroteo jako kompletnego napastnika. Był szybki, świetnie dryblował, grał równie dobrze obiema stopami. Nie była dla niego problemem również gra głową. Co ważne, był bardzo inteligentnym graczem, a to pozwalało mu również organizować ustawienie zespołu, gdy cofał się i grał na pozycji obecnie określanej jako „10”. Zawsze uważał, że zespół to suma indywidualności: ,,Dobre zespoły, bez dobrych zawodników, moim zdaniem nie istnieją”- Pisał tak w swoich wspomnieniach. Jego pełen profesjonalizm widać po tych słowach: Przed meczami interesowałem się defensywą, z którą miałem się zmierzyć. Czy szybko reaguje? Czy dobrze radzi sobie w pojedynkach o piłkę? Czy piłkarze równie dobrze grają obiema stopami, czy może mają jedną lepszą od drugiej? Czy zamykają oczy gdy skaczą do piłki? Czy grają technicznie czy siłowo? Zawsze próbowałem wykorzystać ich słabości. Jego najsłynniejszy mecz to spotkanie z Benfiką, decydujące o mistrzostwie w sezonie 1947/1948. Aby wyprzedzić w tabeli lokalnego rywala, Sporting musiał wygrać trzema golami. Peyroteo zdobył cztery bramki w 34 minuty, dzięki czemu Sporting wygrał 4:1 i na zakończenie sezonu zdobył mistrzostwo Portugalii. Niestety na arenie międzynarodowej nie osiągnął takich sukcesów, jak w klubie. II wojna światowa zabrała mu wiele najlepszych lat. W tym czasie Portugalia była ograniczona do grania spotkań z innymi neutralnymi krajami, Hiszpanią i Szwajcarią. Peyroteo zagrał w 20 meczach dla Portugalii i strzelił w nich 15 goli. Nigdy nie wystąpił na mistrzostwach świata. Jego trener ze Sportingu, Cândido de Oliveira, określił go najlepiej: Był maszyną strzelającą bramki. Statystyki z tego okresu są często niewiarygodne, głównie z powodu włączenia lub wyłączenia klubowych meczów towarzyskich. Jednak oficjalne dane Sportingu wpisują mu niesamowite 544 gole w 327 meczach dla klubu. Wygląda to jeszcze bardziej imponująco, gdy te liczby są podzielone. Zdobył 332 gole w 197 meczach w lidze portugalskiej, co daje mu średnią 1,68 gola na mecz! Wprawdzie wyprzedza minimalnie Eusébio (320) i Fernando Gomesa (319), ale bije ich na głowę, gdy liczymy bramki strzelane na mecz. Być może strzelił ich najwięcej, bo aż 693 we wszystkich rozgrywkach i meczach towarzyskich, wszystkie tylko dla jednego klubu. W sezonie 1946/1947 Sporting zdobył niesamowite 123 gole! w zaledwie 26 meczach na drodze do zwycięstwa w lidze. To był najlepszy sezon Peyroteo, który zaliczył 43 trafienia w zaledwie 19 meczach ligowych. Ten rekord trwał do czasu, aż inny zawodnik Sportingu, Argentyńczyk Hector Yazalde, zdobył 46 bramek w sezonie 1973/1974, ale on potrzebował do tego 29 meczów. Inne osiągnięcia Peyroteo są również niewiarygodne. Strzelił dziewięć goli w jednym pojedynku z Leça FC w 1942 roku, co wciąż jest rekordem ligi portugalskiej. W 1948 roku zdobył z kolei osiem goli w starciu z Boavistą. Po sześć goli w meczu strzelał trzykrotnie, a po pięć aż dwunastokrotnie! Był także pierwszym, który strzelił 5 goli w dwóch kolejnych spotkaniach . Miało to miejsce w 1942 roku. To sześciokrotny król strzelców ligi portugalskiej. Ze Sportingiem zdobył osiem mistrzostw Lizbony, sześć mistrzostw Portugalii i cztery puchary krajowe. W tamtym czasie nie było Pucharu Europy ani innych ogólnoeuropejskich rozgrywek, co uniemożliwiło Peyroteo pokazanie swoich umiejętności szerszej widowni. To też tłumaczy dlaczego jest tak mało znany poza Portugalią. Po wygraniu trzeciego z rzędu tytułu mistrzowskiego w sezonie 1948/1949, zdecydował się przejść na emeryturę. W swoim ostatnim meczu ligowym strzelił hat-tricka przeciwko Orientalowi, a spotkanie skończyło się wynikiem 8:0. 25 września 1949 roku Peyroteo zagrał swój ostatni mecz w barwach Sportingu, wygrany 2:1 z Atletico Madryt. Przed tysiącami Sportinguistas, Fernando Peyroteo tak uzasadniał zakończenie kariery w wieku zaledwie 31 lat: Byłem żołnierzem w szeregach narodowego sportu, a żołnierz nigdy nie uchyla się od obowiązków, niezależnie od okolicznościach! Odtąd jednak uznaję, że jestem starym żołnierzem… Nie potrafię sprostać wymaganiom zawodowego piłkarza, który chce zachować formę, być przydatny dla swojego klubu i sposobu w jaki trenuje. Kiedy wchodzę na boisko, mam ochotę grać, ale po kilku kopnięciach piłki czuję niewytłumaczalną irytację. Po zakończeniu kariery wrócił na pewien czas do Angoli ale w 1961 roku powrócił do Portugalii, by poprowadzić reprezentację kraju, jednak po kompromitującej porażce 2:4 z Luksemburgiem został zmuszony do odejścia. Niedługo potem w meczu oldboyów odniósł kontuzję, która spowodowała operację i trzeba było amputować mu nogę. Fernando Peyroteo zmarł na atak serca 28 listopada 1978 r., w wieku 60 lat. Na zawsze jednak pozostał najlepszym piłkarzem w historii Sportingu.

@AssisMoreira

3

Ku pamięci wybitnych legend:

10 marca, roku 1999 odbył się mecz w hołdzie wielkiemu Johanowi Cruijffowi. Duma Katalonii pokonała w tym meczu 2:0 zespół złożony z piłkarzy ,,Dream Teamu”(między innymi Zubizarreta, Koeman, Bakero, Begiristain, Stoiczkow, Laudrup czy Salinas) oraz gwiazd futbolu( wystąpili chociażby Mario Jardel czy Eric Cantona). Spotkanie oglądał, a jakże, komplet widzów na Camp Nou.

@AssisMoreira

3

Żywe legendy rodzimego futbolu:

10 marca 1965 r. w Gdańsku urodził się Jacek Grembocki, obrońca. Sportowe CV Grembockiego powinno robić wrażenie nawet na laikach. Jako 18-latek przeżywał pucharową przygodę z wielkim Juventusem a potem w mistrzowskim Górniku Zabrze zagrał niezapomniane mecze z Realem Madryt oraz w kilku innych spektakularnych europejskich potyczkach. Występował też w reprezentacji Polski, no i trenował… Roberta Lewandowskiego! Jacka większość bardziej kojarzy jako szkoleniowca, twardego, zadziornego, nieustępliwego i takiego, co nigdy nie gryzie się w język. Z trudem panuje nad emocjami. Gdy prowadził drużynę zza linii bocznej, to zawsze całym sobą, kończąc spotkanie jako strzępek nerwów. Przy tym wszystkim nie brakowało mu fantazji. Pracować w Polonii Warszawa dla ekscentrycznego milionera Wojciechowskiego i zarazem w tej pracy uparcie bronić swojego zdania? To praktycznie sprzeczność sama w sobie. On przynajmniej ambitnie próbował. Zanim jednak na scenę wkroczył szkoleniowiec Grembocki, Polska poznała Grembockiego jako piłkarza. Pomysły na karierę miał nieszablonowe. Oto w wieku 30 lat został piłkarzem w… Wenezueli. Podpisał umowę ze stołecznym Caracas FC, topowym klubem w tym kraju. ,,Pieniadze oferowali oczywiście lepsze niż miałem w Polsce za czasów gry w Górniku. Baza też nieporównywalnie lepsza a żyło się tam tanio i wtedy jeszcze w miare bezpiecznie”- podkreśla Grembocki. Dodajmy iż w polskiej lidze i reprezentacji Grembocki dał się poznać jako prawy Brońca, ewentualnie boczny pomocnik, jednak do Caracas jechał jako napastnik. Takie było zapotrzebowanie. Staż Grembockiego zbiegł się z pielgrzymką Jana Pawła II właśnie w Wenezueli. Valentiner(właściciel FC Caracas) był wystarczająco wpływowym człowiekiem, by wyjednać sobie prywatną audiencje u papieża. W czasie rozmowy z Janem Pawłem II, opowiadając o swoim klubie, wspomniał że akurat w tej chwili na testach w drużynie ma gracza z Polski ale jeszcze nie podjął decyzji, czy go zatrudni. ,,Mojemu rodakowi trzeba pomóc”- miał powiedzieć papież. ,,Tak to opisały media”- zaznacza Grembocki i dodaje że Valentiner prośbe głowy kościoła wziął sobie do serca i choć w Caracas został Mike Osei, zostawili też i jego. ,,Nie ukrywam że badania lekarskie zaliczyłem na słowo harcerza. Miałem kolano po trzech operacjach, zgięcie i ruchomość stawu bardzo słabe. Lekarz też się chyba nade mną zlitował na fali tego papieskiego wsparcia bo tylko zapytał, czy kolano mnie pobolewa. Zaprzeczyłem. Nie skłamałem bo nie pobolewało, ono mnie napierdzielało! Dostałem półroczny kontrakt”- opowiadał Grembocki. W Wenezueli za dużo sobie jednak nie pograł. Miesiąc musiał czekać na certyfikat a drużyna walczyła bez niego. Potem jeździł na wszystkie mecze jako rezerwowy. Raz zagrał w lidze i raz w Copa Libertadores przeciwko San Lorenzo, w którym w składzie grał mistrz Świata Oscar Ruggeri. W czerwcu 1996 r. Jacek wrócił do Europy. Były jeszcze epizody w Niemczech i pare ładnych lat w Polsce ale już nie w ekstraklasie. Na piłkarskie nazwisko sumiennie zapracował w latach 80-tych. Zaczynał w Lechii Gdańsk. Z fantazją 18-latka zdobył z Lechią Puchar i Superpuchar Polski. Potem był Juventus w PZP. Co z tego że 2 mecze przegrane? Liczyła się wielka przygoda i spotkanie ze światowymi gwiazdami. ,,Juventus nie wiedział co to za kosmici z tej Lechii, dlatego latem sfinansował nam obóz we Włoszech. Graliśmy sparingi a oni nas obserwowali. Fantastyczna przygoda”- wspomina Grembocki. Potem dokonał dużej rzeczy: przeniósł się z Lechii do Górnika Zabrze, wówczas najlepszego polskiego klubu. Górnik na prawą obronę sprowadził Szlezaka, zdrowego, wybieganego chłopa z Górnika Knurów. Trener Lesław Ćmikiewicz próbował obydwu, trwała rywalizacja. Szybko jednak odszedł ze stanowiska a zastąpił go będący świeżo po mistrzostwach świata w Meksyku Antoni Piechniczek. ,,On od razu postawił na mnie. Całkiem odmienił moją role w zespole. Byłem mu wdzięczny bo czułem jego wsparcie, które dodawało mi skrzydeł. Odżyłem. Jako trener krzyknął do mnie w czasie meczu: ,,Ty człapaku!”, bo na przykład nie wróciłem za kontrakcją pod bramke, to się nie obrażałem, tylko czułem że jestem dla niego ważny i chce żebym był coraz lepszy. Myślę że gdyby to wszystko działo się wcześniej, byłbym na meksykańskim mundialu”- oceniał Grembocki. Potem zajął się pracą trenerską. W Zniczu Pruszków prowadził Roberta Lewandowskiego, który za jego czasów strzelał gole jak na zawołanie. To była pamiętna wiosna sezonu 2007/08 kiedy Zniczowi jakimś cudem nie udało się awansować do ekstraklasy. Zadecydowały ostatnie mecze, w których Lewandowski nagle przestał strzelać gole. Znicz z Grembockim został w drugiej lidze a Lewy poszedł do Lecha Poznań. ,,Gdy zima przyszedłem do Pruszkowa, Robert był wspaniałym, zwykłym chłopakiem, który nastawiał się na karierę zawodowego piłkarza, lecz wcale jakoś nadzwyczajnie nie wybijał się ponad poziom. Dopiero gdy wpuściłem go w drugiej połowie wygranego ostatecznie sparingu z ŁKS, zobaczyłem u niego coś, co zapamiętam do końca życia. W głowie mam taką taśme filmową: Robert na środku boiska przejmuje piłke, zakłada siatke twardzielowi Udareviciovi, bierze go na plecy, biegnie na bramke i strzela gola! Ta jedna akcja oświeciła mnie jako trenera że mam do czynienia z ogromnym talentem. Wtedy głośno powiedziałem: ,,Ten facet będzie grał w reprezentacji Polski!”. No jasne, nie zawyrokowałem że w Dortmundzie czy Bayernie, wtedy to była czysta abstrakcja. Mówimy o chłopaku, który dopiero pograł trochę w polskiej drugiej lidze! Potencjał na kadre narodową jednak w nim dostrzegałem. Dlaczego? Bo ja kiedyś też w niej grałem i też uparcie pokonywałem kolejne szczeble”- wspomina niepokorny piłkarz i trener. Jacek Gembocki zdobył 2-krotnie mistrzostwo Polski z Górnikiem Zabrze(1987 i 1988), Puchar Polski z Lechią Gdańsk(1983) oraz Superpuchar Polski również z Lechią(1983).

@AssisMoreira

4

Trofea Blaugrany:

10 marca 1993 r. FC Barcelona zdobyła Superpuchar Europy pokonując w rewanżowym meczu na Camp Nou Werder Brema 2:1. Gole dla Barçy zdobyli Stoiczkow i Goikoatxea. Był to pierwszy zdobyty Superpuchar w historii Blaugrany. Oczywiście Dume Katalonii prowadził wówczas nie kto inny jak sam Johan Cruijff.

@AssisMoreira

43

Feliz cumpleaños Ivanie! 34 lata kończy dziś Ivan Rakitič, wszystkim cules bardzo dobrze znany pomocnik. Dziękujemy za wszystkie chwile radości i poświęcenie dla Dumy Katalonii. Bywaj zdrów!

5

Feliz cumpleaños kochany murzynku Samuelu! 41 lat temu urodził się Samuel Eto’o, mój ulubiony napastnik Blaugrany. Dodam tylko że po przybyciu do Barçy latem 2004 r. Samuela i Deco, zakochałem się w Dumie Katalonii na amen! Już rok wcześniej, kiedy grał Ronaldinho sympatyzowałem z Blaugraną lecz nie miałem możliwości oglądania jej, jedynie wyniki na telegazecie. Najbardziej właśnie uwielbiałem Eto’o, Ronaldinho i Puyola. Dopiero po pewnym czasie doceniłem wartość Xaviego, Iniesty i Marqueza. To były cudowne, niemal beztroskie czasy…

34

Lionelu kochany Messi pokaż co potrafisz i odpraw z kwitkiem ,,naszego wspólnego wroga". Vamos La Pulgo!

6

Brazylia kocha futbol. Jednak ta miłość nie zawsze zostaje odwzajemniona. Na tysiąc małych chłopców, którzy spełniają swoje marzenia o profesjonalnej karierze, przypada co najmniej 10 tysięcy zapaleńców, którzy na marzeniach muszą poprzestać. Historia zna jednak przeróżne przypadki. Na przykład kiedyś zdarzyła się sytuacja, w której niejaki Mario de Castro pokochał futbol a patrząc na jego boiskowe dokonania, była to miłość odwzajemniona. Pomimo olbrzymiego talentu, potwierdzonego niewyobrażalną liczbą strzelonych goli, Brazylijczyk porzucił swoją miłość. Jak do tego doszło? Miłość do futbolu Mario była od początku specyficzna. Urodzonemu w 1905 roku Brazylijczykowi wszystko przychodziło łatwo. Bramki strzelał jak na zawołanie i kiedyś powiedział nawet, że nie pamięta żadnego meczu, w którym nie wpisałby się na listę strzelców. A przecież, żeby w pełni docenić miłość, trzeba najpierw poświęcić wiele czasu i pracy, żeby ją uwieść. Dla Castro sztuka uwodzenia była równie potrzebna, jak młodemu mężczyźnie viagra przy spotkaniu z nagą Jennifer Lawrence. On po prostu wychodził na boisko jak po swoje, pozwalał przejąć kontrolę instynktowi, po czym robił, na co tylko miał ochotę, bo wiedział, że nikt go nie będzie w stanie zatrzymać. Urodzony 30 czerwca 1905 roku w miejscowości Formiga w stanie Minas Gerais Mario od początku przejawiał niebywały talent. Jednak jego matka nie chciała, żeby grał w piłkę. W tamtych czasach mało kto dorabiał się na futbolu, więc to naturalne, że chciała dla syna czegoś więcej, zwłaszcza że ten uczył się bardzo dobrze. Widziała w nim lekarza i pewnie za jej sugestią posłuszna latorośl zdecydowała się na studia medyczne. Wówczas nie wiedziała, że jej syn wcale nie zrezygnował z futbolu. Gdyby żył jego ojciec, być może wybiłby by mu futbol z głowy raz na zawsze, lecz Mario od wczesnych lat młodzieńczych był sierotą, a matka musiała też pilnować całej czwórki dzieci. I tak niesforny małolat codziennie się wymykał, by grać w piłkę, a że wychodziło mu to coraz lepiej, to zainteresowało się nim Atletico Mineiro. Młody zawodnik nie chciał swojej rodzicielce sprawić przykrości, więc choć zgodził się na grę w klubie z Belo Horizonte, to jednak zdecydował się grać pod przydomkiem Oriam. Debiut Oriama przypadł na mecz z lokalnym rywalem – Ameriką. Spisał się wyśmienicie — strzelił trzy bramki, a jego zespół wygrał 6:0. Ten mecz wcale nie był wyjątkiem. Żółtodziób szybko przyzwyczaił kibiców do niebywałej skuteczności, a oni uwielbiali go ze względu na niesamowite dryblingi oraz niezwykle precyzyjne strzały. Legenda przenoszona z ust do ust głosi, że Castro zawsze strzelał celnie. Jego doskonała gra przełożyła się na sukcesy „Kogutów”. Już w 1926 roku klub sięgnął po mistrzostwo stanu Minas Gerais. A to miał być dopiero początek. W kolejnych latach Mario de Castro dalej imponował skutecznością. Godnie towarzyszyli mu przy tym Said Paulo Arges i Jairo de Assis Almeida. Ta trójka stworzyło atak, o którym mówiono „Nie święta trójca”(O Trio Maldito). Co ciekawe, każdy z tego tria był studentem. Jairo, tak jak Mario, studiował medycynę a Said studiował prawo. Trójka intelektualistów budziła postrach w całej Brazylii, lecz nie jest prawdą, że kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Atletico Mineiro ponownie zostało mistrzem stanu Minas Gerais w 1927 roku, ale w kolejnych dwóch rozgrywkach Mario i spółka musieli zadowolić się drugim miejscem, uznając wyższość zespołu Palestra Italia(później Cruzeiro). Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w 1930 roku. Wówczas Palestra zwyciężyła po raz trzeci, a Atletico próżno szukać w pierwszej czwórce. Rok później los znów się uśmiechnął do „Kogutów”. Jednak trzeba powiedzieć, że ten los nie dawał się łatwo przekonać. W meczu decydującym o tytule mistrzowskim Atletico przegrywało już 0:3 z zespołem Villa Nova. Po przerwie zadziałał instynkt Mario. 26-letni wówczas Brazylijczyk poszedł jak po swoje, strzelił cztery bramki i tym samym zapewnił swojej drużynie zwycięstwo, które dawało tytuł mistrzowski. To był jeden z najpiękniejszych dni w historii Atletico oraz dla samego Mario. W jednej chwili najlepszy dzień stał się najgorszym.

Po meczu doszło do zamieszek. Nie było w tym czegoś niezwykłego, w Brazylii często dochodziło do utarczek między kibicami. Jednak tym razem sprawy posunęły się o wiele za daleko. Źródła nie opisują szczegółowo tego, co się wydarzyło, ale wiadomo, że w wyniku tych zamieszek jeden z pracowników klubu wyciągnął broń i śmiertelnie postrzelił kibica Villa Nova. Mario, który był świadkiem tego zdarzenia, podjął natychmiastową decyzję— już nigdy nie zagram w piłkę nożną. W momencie zakończenia kariery Mario de Castro miał sto występów w koszulce Atletico Mineiro, w których strzelił 195 bramek. Jego skuteczność to 1,95 bramki na mecz! Dla porównania skuteczność innych supersnajperów przedwojennej epoki — Josefa Bicana i Portugalczyka Peyroteo to odpowiednio 1,62 i 1,59 bramki na mecz. Jedyne, co wydaje się rysą na szkle Mario to kariera reprezentacyjna, w której piłkarz nigdy nie zagrał. Wytłumaczenie okazuje się bardzo proste — w tamtych czasach do kadry Canarinhos trafiali wyłącznie zawodnicy z Sao Paulo i Rio de Janeiro. Mimo tego trener reprezentacji Brazylii w 1930 roku, Rodrigues Pindaro de Carvalho, zaoferował mu miejsce w kadrze na Mistrzostwa świata. Kiedy Mario dowiedział się, że ma być tylko rezerwowym, bo Rodrigues widział w pierwszym składzie 18-letniego napastnika Botafogo, Carlosa Dobberta de Carvalho, znanego jako Leite, grzecznie odmówił selekcjonerowi. Kariera Mario się skończyła, zanim na dobre się rozkręciła. Mógł być dla Brazylii tym , kim później stał się Leonidas, ale po pierwsze nie pochodził z Rio de Janeiro, tak jak „Czarny diament” i nigdy nie miał okazji zagrać na mundialu, a później wybrał życie bez futbolu. Poukładał je sobie całkiem nieźle. Ożenił się z jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły w Brazylii medycynę i miał z nią dwójkę dzieci oraz adoptował trzecie. Wraz z żoną przez wiele lat pracowali w swoim zawodzie. Czy tęsknił za piłką? Pewnie tak, ale nigdy nie udało mu się wyrzuć z pamięci widoku umierającego kibica Villa Nova.

@AssisMoreira

0

@Danny Gaucho Pozbycie się Yerrego Miny to była największa głupota zarządu. Ten piłkarz z pewnością godnie zastąpił by Umtitiego a kto wie czy nawet i nie Pique. No i nie byłoby potrzeby ściągać tego ofermy Lengleta. Tak na marginesie co oznacza słowo hype?

5

Czy wiecie że…

9 marca 1996 r. padł gol ligowy numer 4000 dla FC Barcelony. Zdobył go Guillermo Amor w przegranym 4:1 wyjazdowym meczu z Valencia CF. Ten pomocnik był jednym z pierwszych piłkarzy ukształtowanych w La Masíi, do której trafił w wieku 12 lat. W ciągu dekady spędzonej na Camp Nou zdobywał bramki, które zapisały się w pamięci wielu culés.

@AssisMoreira

6

Ciężkie przeżycia dla cules:

8 marca 2005 r. FC Barcelona przegrała na Stamford Bridge z Chelsea 4:2 w rewanżowym spotkaniu ⅛ Ligi Mistrzów. Barça broniła wówczas jednobramkowej zaliczki z pierwszego meczu, lecz rewanż zaczął się fatalnie. Do 17 minuty gospodarze strzelili aż 3 gole i totalnie rozbili drużynę Rijkaarda. Bodaj przy pierwszym golu dla Chelsea, banalny błąd popełnił Xavi, tracąc piłke w środku pola. W 26 minucie ręką w polu karnym zagrał gracz ,,The Blues” i karnego wykorzystał Ronaldinho. W 38 minucie ponownie ,,Ronnie” strzelił gola i to jakiego? To była magia… Wynik 3:2 dawał oczywiście Blaugranie awans do ćwierćfinału, jednak pomimo kilku dogodnych szans Barçy, to Chelsea w 76 minucie ze stałego fragmentu gry strzeliła gola i awansowała dalej. Ten gol na 4:2 nie powinien być uznany ponieważ Victor Valdes był przytrzymywany przez Ricardo Carvalho, lecz Pierluigi Collina uznał gola, czym rozsierdził nie tylko mnie ale i wszystkich cules! Pamiętam jak nagrywałem ten mecz(pierwszy na Camp Nou również) na płyte wielonagrywalną, mając nadzieje na wspaniałą pamiątke zwłaszcza po golu Ronniego. Ależ byłem wkurwiony jeszcze na drugi dzień. Pamiętam jak dziś że z rana nie miałem ochoty na żadne śniadanie, zupełnie na nic. Ba! Mało nie rozjebałem szafek w kuchni waląc w nie pięścią! Nie dziwcie się, to był mój pierwszy sezon miłości do Barçy…


@AssisMoreira

1

@Lola120 Odpadliśmy ponieważ zabrakło charakteru, koncentracji i woli walki. Poza tym ta ,,cudowna remontada" to w dużej mierze zasługa sędziów. Wcale nie byliśmy lepsi w tym dwumeczu z PSG, co pokazała bezsilność w dwumeczu z przeciętnym Juventusem, gdzie nie strzeliliśmy nawet jednego gola!

4

Wybitne turnieje świata:

7 marca 1959 r. Argentyna rozgromiła Chile 6:1(4:1) na Estadio Monumental w Buenos Aires. Ten mecz zainaugurował 26 edycje Copa America. Miejscem zmagań o Puchar Ameryki po raz siódmy było Buenos Aires, historyczna kolebka tej imprezy. Monumentalny stadion otworzył podwoje dla 85 tys. widzów, po cichu marzących o wielkim rewanżu za doznanie rok wcześniej upokorzenia. Gospodarze chcąc zmazać palące wspomnienie szwedzkiej ,,verguenza” czyli hańby i wstydu, kompletnie zmienili zespół. Złamany druzgocącą, nie zawsze sprawiedliwą krytyką odszedł legendarny Guillermo Stabile, pod wodzą którego Albicelestes 6-krotnie zdobywali Copa America! Stworzono szkoleniowy tercet: Victorio Spinetto, Jose della Torre i Jose Barreiro, wspomagany przez grono wytrawnych specjalistów. Ostatecznie szefem trenerskiego triumwiratu został Spinetto, świetny środkowy pomocnik Velez Sarsfield i Independiente, którego nieszczęściem był nadmiar znakomitości na tej pozycji, toteż mimo niewątpliwej klasy w reprezentacji grywał nie często. Obdarzony wybuchowym temperamentem bywał nawet wyrzucany z boiska, lecz miał też niezwykły autorytet i moralną charyzmę, czyniąc zeń postać, jakich niewiele zna historia argentyńskiego futbolu. Po raz pierwszy w dziejach zorganizował on długie zgrupowanie w górach nie opodal Mendozy. Klimatyczne warunki sprzyjały ładowaniu akumulatorów, czym zajmował się wybitny fachman w tym zakresie, nasz rodak z pochodzenia, Adolfo Mogilewski, który pomagał jeszcze Stabilemu w 1955 roku. Zmusił on argentyńskich indywidualistów do ciężkiej pracy a co ważniejsze, metodycznej pracy, niezwykle przy tym urozmaiconej. Oprócz zajęć typowo futbolowych, piłkarze grali w kosza, siatkówkę oraz dużo pływali. Mogilewski starannie dbał o diete i higieniczny tryb życia. Ze starego składu pozostali tylko genialny drybler Corbatta, rutynowany obrońca Lombardo i równie doświadczony pomocnik Mouriño. Szkielet drużyny tworzyli zawodnicy mistrza kraju Racingu: bramkarz Negri, obrońca Murua oraz napastnicy Corbatta, Pizzuti, Manfredini, Sosa, i Belen. Cennym uzupełnieniem był masywny i twardy niegdyś Dellacha, stoper Bernardo Griffa, pracowity pomocnik polskiego pochodzenia Ladislao Cup oraz drobny, zwinny łącznik Calla z Boca Juniors. Na zmiany wchodzili też nieokiełznany drybler Guenzatti i mający zadatki na groźnego strzelca Juan Jose Rodriguez z Boca Juniors. Ton grze nadawali ,,akademicy” z Racingu. Z kolei szybki obrońca Boca Juniors, Juan Carlos Murua zasłynął dżentelmeńskim gestem, kiedy dostrzegłszy kątem oka wijącego się z bólu Paragwajczyka, wybił piłke na aut. Wzbudziło to aplauz trybun, nie wiedzących przecież, iż identycznym gestem w Brazylii popisał się nieco wcześniej legendarny Garrincha. Gwoli ścisłości Argentyna wygrała z Paragwajem 3:1. Nie było w ekipie Albicelestes(oprócz Corbatty) gwiazd godnych stanąć w jednym rzędzie obok minionych sław tej miary co Moreno, Pedernera czy Sivori. Jednak był to właśnie zespół w pełnym słowa znaczeniu zwarty, silny psychicznie, zmobilizowany, doskonale wybiegany i przygotowany fizycznie do trudów długiego turnieju. Tymi walorami Argentyńczycy górowali nad rywalami, z opromienioną mistrzowskim złotem Brazylią włącznie. Atmosfera w drużynie była wspaniała. Krótko przed meczem z Urugwajem cała ekipa zebrana w szatni dodawała sobie ducha chóralnym śpiewem przy akompaniamencie akordeonu. Z kolei Canarinhos przywieźli do Buenos Aires niemal w komplecie ,,szwedzkich” bohaterów sprzed roku. Zabrakło tylko Vavy, którego jednak udanie zastąpił Valentim z Botafogo, strzelec hattricka w wygranym meczu z Urugwajem. Obie drużyny miały zadawnione porachunki, które postanowiły ,,uregulować” właśnie przy tej okazji. Rozpoczeło się od kilku względnie niewinnych incydentów, które rychło przekształciły się w regularną bijatykę. Stopniowo dołączali do niej rezerwowi, trenerzy i personel pomocniczy. Słynny łysy masażysta Brazylijski Americo, swój zawodowy kunszt wypróbował osobiście na Williamie Martinezie, powalonym przezeń na murawę i cudem uratowanym od uduszenia. Wreszcie do akcji musiały wkroczyć dodatkowe siły argentyńskiej policji. Dopiero po pół godzinie jako tako opanowano sytuację i mecz potoczył się dalej, jak gdyby nigdy nic, chociaż już tylko z udziałem 18 zawodników, bowiem pozostałych czterech sędzia usunął z boiska. Trzeba przyznać że(pomijając ten skandaliczny epizod) mistrzowie świata potwierdzili swą klase. Garrincha rywalizował z Corbattą o miano najlepszego dryblera kontynentu. Didi po profesorsku kierował grą, zaś sam Pele udowodnił wszem i wobec że istotnie jest futbolowym fenomenem. Strzelił jednego gola z Peru, dwa z Chile, jednego z Boliwią, popisał się hattrickiem w meczu z Paragwajem oraz jednego gola w decydującym meczu z Argentyną. Te 8 goli dało mu(w jedynym występie w Copa America) tytuł ,,goleadora”. Jednak nawet jego kapitalne popisy nie zapewniły Brazylii prymatu na kontynencie. Punkt stracony z Peru kosztował ją akurat tyle, by dać się minimalnie wyprzedzić gospodarzom, nad którymi w bezpośrednim pojedynku górowali techniką, lekkością i swobodą. W innych ekipach pojawiło się paru interesujących zawodników. Do elity powrócił Paragwaj. Talentem błysnął obrońca Juan Vicente Lazcano a także strzelec hattricka w meczu z Boliwią, malutki, krągły Cayetano Re, którego snajperskie predylekcje postanowili wykorzystać trenerzy FC Barcelony. W Chile dobrze zaprezentowali się przyszli bohaterowie MŚ 1962, przytomny stoper Raul Sanchez i ofensywny pomocnik o potężnym strzale z dystansu, Eladio Rojas. Ich walory wystarczyły do pokonania 1:0 Urugwaju, dziwnie apatycznego i ospałego. Być może Celestes byli już myślami przy turnieju ,,extraordinario”, który za kilka miesięcy miał się odbyć w Ekwadorze. Tak czy owak sprawili wielki zawód, chociaż we wspomnianym meczu z Brazylią objawili wybitne zdolności pięściarskie. Przeżycia te przypłacił utratą zdrowia i krańcowym załamaniem trener a przede wszystkim mistrz świata z 1930 Hector Castro. Nieźle wypadło za to Peru, którego linia napadu grała efektownie i z polotem. Oprócz znanych już asów jak Gomez Sanchez, Terry czy Seminario, powszechne uznanie wzbudzili dwaj kolejni piłkarze a mianowicie Miguel Angel Loayza oraz Juan Joya. Tak więc w 1959 roku Brazylia zachowała honor ale to Argentyna obroniła tytuł mistrzów Ameryki, remisując w ostatnim meczu z Canarinhos 1:1 po golach Pizzutiego i Pelego.


@AssisMoreira

5

Rekordy Blaugrany, rekordy Messiego:

Mija dokładnie 10 lat(7 marca 2012 r.) gdy Lionel Messi ustanowił rekord Ligi Mistrzów. Podczas meczu rozgrywanego na Camp Nou z Bayerem Leverkusen(wygranym 7:1), Leo strzelił aż 5 goli! Pozostałe 2 gole strzelił Christian Tello. Jednak 2,5 roku później rekord ten wyrównał były zawodnik Szachtara Luiz Adriano, który 5 goli wbił przeciwko Bate Borysów. Wprawdzie nie oglądałem meczu na żywo ale nagrałem go później na płytke z powtórki bodaj bodaj na TVP Sport. To się nazywa pamiątka.


@AssisMoreira

2

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

7 marca 1957 r. Urugwaj pokonał Ekwador 5:2(2:2) na Estadio Nacional w Limie. To był mecz otwarcia 25 edycji Copa America. Większość historyków futbolu starszej daty skłania się ku opinii iż prawdziwą chwałę rozgrywkom Copa America, porównywalną pod względem poziomu i atrakcji ze ,,złotą dekadą” lat 40-tych przywrócił dopiero turniej w Limie. Po pierwsze była to pierwsza w dziejach piłki latynoamerykańskiej impreza filmowana tak obszernie że zapis na taśmie pozwala istotnie wyrobić sobie niezłe wyobrażenie o tym, co się działo na murawie Estadio Nacional. Po drugie, nigdy jeszcze frekwencja nie dopisała w takim stopniu. Wystarczy powiedzieć iż żaden z meczów nie zgromadził mniej niż 40 tys. widzów a przeciętna wahała się w granicach 50 tysięcy! Po trzecie, po różnych doświadczeniach organizatorzy zapewnili kompletną obsade sędziowską z Europy. Tradycja zapraszania arbitrów europejskich miała w Ameryce swoje uzasadnienie. Miejscowi sędziowie niejednokrotnie nie potrafili sobie poradzić z niesfornymi piłkarzami, często też kwestionowano ich kompetencje i bezstronność. Po czwarte turniej w Limie stał się symboliczną sztafetą pokoleń. Po raz ostatni o Copa America walczyły żywe legendy, najwybitniejsi przedstawiciele pokoleń, właśnie schodzących z areny: Brazylijczyk Zizinho, Argentyńczyk Nestor Rossi, Kolumbijczyk Efrain Sanchez, Peruwiańczyk Valeriano Lopez czy też Chilijczyk Jorge Robledo. Ponieważ natura nie znosi próżni, na firmanencie wschodziły nowe gwiazdy o równie olśniewającym blasku: Sivori, Corbatta, Maschio, Angelillo, Garrincha, Pepe, Evaristo, Santamaria, Goncalvez, Sasia, Gamboa czy Benitez z Peru. Po piąte, mistrzostwa stały na dawno nie oglądanym poziomie. Każdy mecz był wydarzeniem i stanowił niezapomniane widowisko. Aż cztery drużyny reprezentowały zbliżoną najwyższą klase, tocząc niezwykle wyrównane, dramatyczne boje. Obyło się bez skandali, dramaty sportowe nie okazały się tragediami jak w Chile w 1955. Dominował nastrój wielkiego święta, futbolowej fiesty, radosnej i otwartej. Wobec tak nastawionej publiczności sami piłkarze dokładali starań aby wypaść jak najefektowniej i nie zawieść oczekiwań. Toteż grali fair, pięknie, ofensywnie, demonstrując wysoki kunszt techniczny. Wreszcie po szóste, turniej wyłonił mistrza nad mistrze. Argentyna wprawiła w zachwyt najwybredniejszych nawet koneserów. Od czasów Moreno, Mendeza, Pedernery i Loustau nikt nie grał z taką swobodą, lekkością i finezją a zarazem tak mądrze i skutecznie. Legendarny Stabile osiągnął ze swoją drużyną w Limie same szczyty futbolowej maestrii. To była ekipa jaka trafia się raz na kilka dziesięcioleci. Stabile pozostawił w składzie trzech, czterech wypróbowanych wcześniej zawodników. Dellacha i Vairo w obronie, na lewym skrzydle Cruz w ostatniej chwili zastąpił zeszłoroczną rewelacje, Antonio Garabala, no i wreszcie legendarnego Omara Sivoriego, który właśnie w Limie objawił pełna skalę swego już nie talentu ale wręcz piłkarskiego geniuszu. Już w samym turnieju oczarowali natomiast nowicjusze: genialny Nestor Rossi, Corbatta, Maschio, Angelillo i Maschio. Nestor Rossi w trakcie meczu z Brazylią toczył zacięte pojedynki z niezwykle zręcznym Didim, który raz udanie założył Rossiemu ,,siatke”. Kiedy po kilkunastu minutach Didi powtórzył ten numer, Nestor donośnie ryknął na osłupiałego Brazylijczyka: ,,Raz to jeszcze mogę zrozumieć ale żeby w jednym meczu Rossiemu zrobić dwa ,,tunele” to już naprawdę za dużo, to skandal!”. Podczas turnieju w Limie Argentyna szła jak burza, dosłownie zmiatając kolejnych przeciwników. Dopiero w ostatnim meczu z gospodarzami, kiedy już wszystko było przesądzone, pofolgowała sobie i grając na ćwierć gwizdka dała Peruwiańczykom satysfakcje honorowego zwycięstwa.


@AssisMoreira

2

Feliz cumpleanos panie Araujo! Bądź zawsze zdrów i trzymaj w ryzach naszą defensywe jak najdłużej. Jednak ja mam ważne pytanie do redakcji: Dlaczego przypominacie o urodzinach tylko i wyłącznie piłkarzy grających? Takie legendy jak Kluivert, Rivaldo, Bakero, Amor, Stoiczkow, Schuster, Rexach, Asensi, Migueli czy żyjący jeszcze Salvador Sadurni i wielu innych, to już nie zasługują na naszą pamięć? Ja uważam że wprost przeciwnie i daje temu wyraz. Wy natomiast pomijając ich stwarzacie wrażenie jakbyście mieli to w dupie! czyli można to uznać za swego rodzaju brak szacunku...

0

To że ważne 3 punkty to i nawet dziecko wie. Jednak z jakim szczęściem i z jaką porażającą skutecznością to głowa mała. dzisiaj Xavi wystawiając od początku Dembele bardzo mnie zdenerwował! Jaka osobą jest ten Dembele to nie będę się wypowiadał bo dostane takiego bana jak ostatnio. Uważam i już to mówiłem od początku iż Dani Alves nie powinien wracać do naszego klubu, jego jakość to już nie La Liga. Poza tym po sezonie klub powinni opuścić bezproduktywny Frenkie de Jong, ter Stegen, Lenglet, Umtiti oraz Sergi Roberto. Co do Busquetsa i Alby też mam duże wątpliwości czy ich jakość będzie wystarczająca na arenie międzynarodowej? Xavi musi zrobić czystki na przyszły sezon bo z takim klubami jak Elche, to poprostu nie przystoi takie granie. Wygraliśmy owszem ale mnie taka chaotyczna gra nie przekonuje

0

@Gavinho To jest tylko czyste wróżenie z fusów. Po pierwsze ani my ani oni niedostali się jeszcze do tej Ligi Mistrzów a co dopiero finał?

1

@Janiama Po raz pierwszy bodaj od roku postawiłem u bukmachera na dzisiejsze zwycięstwo kochanej Barcuni. Natomiast wytypować dokładny wynik to prawie jak trafić 6 w totolotka. No ale dobrze, zabawmy się: stawiam wynik 1:3 dla nas

10

Super ciekawostka:

6 marca 2004 r. Lionel Messi zadebiutował w FC Barcelona B. Rezerwy wygrały z Mataro 1:0 a 16-letni Messi pokazał się z bardzo dobrej strony. W ciągu pół roku ,,La Pulga” ustanowił nietypowy rekord, grając w sześciu różnych drużynach Barçy: Juvenil B, Juvenil A, nie istniejącej obecnie Barcelonie C, Barcelonie B i pierwszej drużynie. Ja osobiście w 2004 nie miałem pojęcia o istnieniu Messiego. Polska TV to raczej w tamtym roku o nim nie wspominała a o internecie to ja co najwyżej mogłem pomarzyć.


@AssisMoreira

5

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

6 marca 1942 r. urodził się Marian Kielec, napastnik. Odległość między Kimpulungiem , leżącym dziś w Rumunii a Szczecinem, to blisko półtora tysiąca kilometrów. Najszybsze połączenie samochodowe między tymi miejscowościami zabiera obecnie osiemnaście godzin a cóż dopiero 7 dekad temu. Całe szczęście jednak że tę trasę zdecydowali się przebyć(nie do końca z własnej woli) rodzice Mariana Kielca. Tej decyzji Pogoń może zawdzięczać jednego z najlepszych napastników w swojej historii. On sam zaś zawdzięczał swoim rodzinnym stronom… połowę przydomka. Na wzór Eusebio nazywano go ,,Czarną perłą z Wielgowa”. Autorów tego pseudonimu uprawniał do nazywania go w ten sposób styl gry Kielca, jego skuteczność ale też śniada cera odziedziczona po matce- rodowitej Rumunce. Kielec zanotował jeden z najbardziej spektakularnych początków w historii ligi. W 1959 roku miał ukończone zaledwie 17 lat. W tym czasie na przestrzeni 2 miesięcy zanotował: debiut, pierwszego gola oraz premierowego hattricka w Ekstraklasie! Podczas tego ostatniego wyczynu liczył sobie 17 lat i 93 dni. Do dziś nie znalazł się nikt młodszy, kto potrafiłby powtórzyć to dokonanie. Był to pierwszy hattrick Pogoni w historii występów na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Skuteczność utrzymywał również w kolejnych sezonach. W pierwszej w historii edycji rozgrywanej systemem jesień-wiosna, przypadającej na lata 1961/62, udało mu się nawet zostać królem strzelców z wynikiem 18 goli. To on zaczął korowód zwycięzców klasyfikacji strzeleckiej w barwach Portowców. Biorąc pod uwagę niezwykle silną konkurencje(Eugeniusza Fabera, Jana Liberde, Erwina Wilczka, Józefa Gałeczke, Eugeniusza Lercha czy wreszcie Ernesta Pohla) był to wynik imponujący. Kielec w swoim królewskim sezonie zdobył aż 18 z 31 goli Portowców(58 %!). Trafił jednak na czas, gdy jego klub wlekł się w drugiej połowie stawki ligowców. W tym okresie tylko dwa razy udało się Portowcom zanotować miejsca w TOP-6. Gdy został królem strzelców jego zespół został sklasyfikowany dopiero na 11 miejscu. Wcześniej tylko Nastula w 1929 roku ze wszystkich królów strzelców grał w tak nisko notowanej drużynie w tabeli. Może z powodu niezbyt dużej siły Pogoni wziął się niezbyt duży udział Kielca w reprezentacyjnych potyczkach lat 60-tych. W 1962 r. został pierwszym piłkarzem Portowców w kadrze Polski. W przerwie meczu z Marokiem zmienił go Wilczek i na tym skończyła się jego przygoda z kadrą. Kariere zakończył w wieku 28 lat, ponieważ… uniósł się honorem. Postanowił bowiem że kiedy pierwszy raz zostanie posadzony na ławce rezerwowych, to zamiast zmieniać klub, zerwie z boiskiem. Gdyby nie to, pewnie zostałby członkiem Klubu 100. Zabrakło mu ledwie 20 goli. Po 8 latach przerwy wrócił na krótko do drużyny. Rozegrał w niej jeden mecz w 1979 roku. Do dziś jest najlepszym strzelcem Pogoni w meczach ligowych. W samej Ekstraklasie zajmuje drugie miejsce wśród piłkarzy Portowców za swoim zięciem Leszkiem Wolskim. Stracił do niego tylko 8 goli. Na stałe mieszka w Kanadzie, regularnie jednak odwiedza Szczecin.
@AssisMoreira

1

Może w końcu ,,Białasy" dzisiaj przegrają? No to niech przegrają...

1

Obejrzałem właśnie na strimie mecz Liverpoolu z West Ham i pomijając już że postawiłem na The Reds i mi ,,weszło", to trzeba stwierdzić iż było to kapitalne widowisko. Bardzo groźnie kontratakujący West Ham i fantastycznie operujący piłką Liverpool. Czysta przyjemność oglądania futbolu, po prostu ,,Jej wysokość Premier League". Liverpool Kloppa gra bardzo dobry futbol, kto wie, czy nie lepszy niż za nieżyjącego Boba Paisleya i kto wie czy nie równie dobry niż nasza Barcunia za Pepito Guardioli? Może nasza Barca już w przyszłym sezonie będzie tak grać, któż to wie? Daj Boże!

5

Blaugrana w europejskich pucharach:

5 marca 1958 r. na Stamford Bridge w Londynie, FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz finałowy z reprezentacją Londynu w ramach Pucharu Miast Targowych. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Gole dla Blaugrany strzelili: Justo Tejada oraz Eulogio Martinez. To był pierwszy w historii finał Barçy europejskich rozgrywek pod egidą UEFA. Do rewanżu doszło 1 maja, o czym nie omieszkam wspomnieć.

@AssisMoreira

6

(Nie)zapomniane legendy futbolu:
4 marca 1951 r. w Glasgow urodził się Kenny Dalgkish, 3-krotny Zdobywca Pucharu Europy Mistrzów Klubowych-1978,1981,1984(z FC Liverpool) Zdobywca Superpucharu Europy-1977(z Liverpoolem) 6-krotny Mistrz Anglii-1979,1980,1982,1983,1984,1986.
Kenny Dalglish to przez wielu określany jako najlepszy gracz w historii Liverpoolu. Kenny bowiem w każdym meczu pokazywał wspaniałą grę i był postrzegany jako szczególny zawodnik w zespole. „Jego geniusz nie pokazuje tylko jego własnych zdolności, ale także pozwala stworzyć świetną grę całej drużyny” – powiedział o nim Bob Paisley, trener, który przeprowadził transfer Dalgisha w sierpniu 1977 roku. Gdy Kevin Keegan przenosił się z Liverpoolu do Hamburga za 500 000 funtów wcześniej zakupiony zawodnik, Dalglish postrzegany był jako zmiennik za tego właśnie zawodnika. Liczono, że poprowadzi on klub do nowych sukcesów. Król Kenny szybko stał się bohaterem zespołu. Późniejsza współpraca z Ianem Rushem stworzyła prawdopodobnie najpiękniejszy duet w historii angielskiej piłki. Kapitalna wręcz gra Dalglisha połączona z twórczym stylem Rusha dała efekt, jaki mogą stworzyć tylko prawdziwe piłkarskie legendy. W 1978 roku zdobył on bramkę w rozgrywkach Pucharu Europy. Gol ten, strzelony przeciwko Bruges na Wembley był jednym z podstawowych przykładów tego, jak może on zatrzymać przeciwników, a w końcu zadać śmiertelny cios. Wraz z Rayem Clemence, Alanem Hansenem, Graeme Sounessem i Billy Liddellem został laureatem jednego z najwyższych brytyjskich odznaczeń – MBE. Pewne jest, że jeżeli Dalglish miałby na swoim koncie tylko grę dla Liverpoolu już byłby bohaterem na Anfield. Jednak sukcesy zdobyte z klubem na pozycji menadżera gwarantują mu bezsprzeczny status legendy. Po ośmiu wspaniałych latach gry na Anfield, w 1985 roku otrzymał propozycję zostania pierwszym graczem i zarządzającym jednocześnie.

W przeciągu 5 lat został trenerem roku trzy razy i dwa razy poprowadził Liverpool do sukcesu w Pucharze Anglii. Przez następne kilka lat regularnie zdobywał wraz z drużyną jeszcze inne wspaniałe trofea. Dalglish doprowadził również do transferów wielu wspaniałych graczy, włączając do nich Johna Barnesa, Petera Beardleya czy młodego Jamiego Redknappa. Jednym z jego sukcesów w samej drużynie było doprowadzenie do piłkarskiego rozwoju wspaniałego gracza Alana Hansena i ustanowienia go kapitanem zespołu. Alan odwdzięczył się za wiarę Dalglisha w jego talent i pokazywał jedne z najpiękniejszych wystąpień w historii Anfield Road. Mówiąc o transferach w tamtym okresie warto wspomnieć zakup przez Dalglisha Johna Aldidge. Zastąpił on bowiem legendę Liverpoolu Iana Rusha, podobnie, jak Dalglish kiedyś zastępował Keegana. Wstrząsające wydarzenia na Hillsborough 15 kwietnia 1989 roku były jednocześnie końcem Dalglisha w Liverpoolu jak i w końcu z piłką nożną. Dalglish próbował znaleźć jakieś inne rozwiązanie z tej sytuacji, jednak owe wydarzenia przerastały tego wrażliwego człowieka. Dlatego też w 1991 roku zrezygnował ze stanowiska trenera twierdząc że napięcie i smutek po tragedii Hillsborough są ponad jego możliwości. Skutek odejścia można porównać tylko z opuszczeniem klubu przez Billa Shanklly’ego. Niewielu wówczas dyskutowało na temat samych powodów tego odejścia, głównie bowiem panowało przerażenie, że jeden z najlepszych okresów w historii klubu właśnie się kończył. Dla zawodników Dalglish był osobą, która zaraziła ich pasją i radością gry w piłkę. Coś takiego można było przeżyć jeszcze tylko za czasów Billa Shankly’ego. Jego kierownicze sukcesy udowodniły że jego kariera na Anfield nie była żadnym przypadkiem. W swojej karierze był także trenerem klubu Newcastle United. Jako kierownik spędził również stosunkowo krótki okres w Celticu. Obecnie odpoczywa od futbolu będąc na piłkarskiej emeryturze.

1

@AssisMoreira No dzęki śliczne ale mam dość bogate zbiory o futbolu, zwłaszcza książki także naprawde nie potrzebuje :)

1

@AssisMoreira Nic z tych rzeczy! Mówiłem ci że nie znam się na tych internetach. Po prostu trzeba się interesować futbolem poprzez czytanie książek i ja tak właśnie robie.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?