FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
36 obserwujących
0 obserwowanych
Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
7
Rekordy FC Barcelony:
26 września 1995 r. FC Barcelona pokonała Hapoel Beer Sheva 5:0 w pierwszej rundzie PUEFA. W pierwszym meczu w Izraelu Blaugrana odniosła najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w rozgrywkach europejskich a mianowicie 0:7(!), między innymi dzięki hattrickowi Rogera. W meczu rewanżowym w mocno rezerwowym składzie Barça dołożyła kolejne 5 goli. Zawodnikiem meczu wybrano Ivana de La Peñe, o którym trener rywali Hadad powiedział że ,,będzie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie”. Mimo świetnego wyniku trybuny wygwizdały Hagiego, który nie mógł się z tym pogodzić: ,,Nie rozumiem czemu mnie tak traktują. Kibice powinni zrozumieć że jestem piłkarzem Barçy i chce się dobrze prezentować na murawie”. Wynik dwumeczu był również rekordem w historii klubu(dotychczas najlepszy rezultat osiągnięto w rywalizacji przeciwko FC Aris Bonnevoie z Luksemburga w 1979 r. i wynosił 11:2).
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
5
@FCBparasiempre
Josef Bican urodził się w 1913 roku w Wiedniu. Pochodził z austriacko – czeskiej rodziny. Jego ojciec był uznanym piłkarzem Herthy Wiedeń, ale wszystko zmieniło się po I wojnie światowej. Podczas bitwy został zraniony a następnie odmówiono mu operacji nerek. Wskutek tej decyzji ojciec Josefa Bicana zmarł już w wieku 30 lat. Matka pracowała w restauracji, ale nie mogła liczyć na zbyt dużą pensję. Delikatnie mówiąc – w domu się nie przelewało, a Josef pierwsze piłkarskie kroki musiał stawiać… bez butów. Eksperci twierdzili później, że dzięki temu młody „Pepi” tak wspaniale rozwinął swoje umiejętności techniczne. Josef poszedł w ślady ojca i zapisał się do szkółki Herthy Wiedeń. W tej drużynie spędził pierwsze lata swojej juniorskiej kariery. Już jako nastolatek wyróżniał się niezwykłym instynktem strzeleckim. Ciekawostką jest fakt, że w trakcie jednego z treningów, matka Josefa po faulu na synu zaatakowała sprawcę parasolem. Charakter, na który narzekano, Josef wyniósł więc z domu i nic dziwnego, że dość często zmieniał barwy klubowe. W zespołach Schustek i Farbenlutz młody snajper strzelił ponad 70 goli. A mówimy już oczywiście o rozgrywkach seniorskich. Niedługo potem jego osobą zainteresował się austriacki potentat – Rapid Wiedeń. Bican zapracował sobie na bardzo przyzwoitą jak na ówczesne czasy piłkarską pensję w wysokości 150 szylingów. Mało tego, kiedy pogroził palcem, że po raz kolejny zmieni klub, jego stawka wzrosła trzykrotnie. Jak widać, mechanizmy rządzące dzisiejszym futbolem były aktualne także blisko 100 lat temu. „Pepi” był motorem napędowym Rapidu i w znacznym stopniu przyczynił się do sukcesów tej drużyny. Na swoim koncie miał więcej strzelonych goli niż rozegranych meczów. Bramki zdobywał po uderzeniach zarówno lewą, jak i prawą nogą. Dysponował też doskonałym przyspieszeniem i śmiało mógł walczyć z najlepszymi sprinterami tamtych czasów. Podobno jego wynik na „setkę” wynosił wtedy 10,8 sekundy. W wieku 20 lat Bican pojechał na pierwszy wielki turniej piłkarski. To były Mistrzostwa Świata w 1934 roku. Najważniejszym wówczas człowiekiem w austriackim futbolu był syn żydowskiego bankiera mieszkający w Wiedniu-Hugo Meisl, jednocześnie Sekretarz Generalny Austriackiego Związku Piłkarskiego i trener pierwszej drużyny. To właśnie Meisl był pomysłodawcą zorganizowania pierwszych rozgrywek klubowych na skalę europejską – Pucharu Mitropa oraz rozgrywek międzypaństwowych — Pucharu Dr. Gerö (oba ruszyły w 1927). Brały w nich udział najsilniejsze wówczas kraje kontynentu europejskiego: Austria, Czechosłowacja, Węgry i Włochy. Pierwsze trzy z nich tworzyły tzw. szkołę naddunajską, której nauczycielem był brytyjski trener Jimmy Hogan. Jego styl, zwany szkockim, oparty był na grze krótkimi podaniami „po ziemi” i wymagał od zawodników wybitnego wyszkolenia technicznego.
Hogan był bliskim przyjacielem Hugo Meisla i wywarł ogromny wpływ na jego prowadzenie drużyny narodowej. Genialni podówczas piłkarze Anton Schall, Pepi Bican, a zwłaszcza Matthias Sindelar (zwany „Mozartem futbolu”) szybko znaleźli wspólny język i podbili piłkarski świat. Wygrana 2-1 z Czechosłowacją 12 kwietnia 1931 zapoczątkowała niezwykłą serię 14 meczów bez porażki. Jeszcze głośniej o drużynie austriackiej zrobiło się miesiąc później, gdy wygrała ze Szkocją w Wiedniu aż 5-0. To był jednak dopiero początek. Jeszcze tego samego roku Austria pokonała faworyzowane Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię w Bazylei, a w 1932 Węgry 8-2, Szwecję 4-3, Belgię 6-1 i Włochy 2-1. Zespół Meisla natychmiast obwołano „wunderteamem” czyli „drużyną marzeń”, a pochwałom jego podopiecznych nie było końca. Tym samym na drugim mundialu w historii futbolu to właśnie reprezentacja Austrii, pod nieobecność Anglików, była wielkim faworytem mistrzostw. We Włoszech Bican pierwszy raz spotkał się z komunistami, przed którymi dzielnie uciekał przez całą karierę i którzy mimo wszystko ciągle mu towarzyszyli. Włoska impreza została wykorzystana jako pokaz potęgi i dyktatury Benito Mussoliniego. Jedyny raz w historii zdarzyło się, by w turnieju zabrakło drużyny broniącej trofeum sprzed czterech lat. Europejskie reprezentacje zbojkotowały poprzednią imprezę w Urugwaju. Teraz to Urugwaj obraził się na Europę. Marzeniem rządzących we Włoszech i Niemczech partii faszystowskich był finał pomiędzy reprezentacjami tych krajów, co miało mieć wspaniały wymiar propagandowy. Benito Mussolini robił wszystko, aby Włosi nie tylko świetnie zaprezentowali się jako gospodarze mistrzostw, ale przede wszystkim, by po prostu to mistrzostwo świata zdobyli. Służyć temu miało między innymi naturalizowanie kilku świetnych Argentyńczyków (gwiazdora poprzednich mistrzostw Luisa Montiego oraz Raimundo Orsiego, Attilio Demarię i Enrico Guaitę) czy przekupywanie sędziów (do dziś nie wyjaśniono dziwnych decyzji sprzyjających Włochom w półfinale i finale turnieju). Sam Mussolini w swojej „Doktrynie faszyzmu” podkreślał, że wszystko, co wielkie rodzi się w walce. Ze wszystkich życiowych atrybutów cenił najbardziej siłę i dominację, którą Włosi mieli pokazać na mundialu. Symbole faszystowskiej doktryny politycznej rzucały się w oczy niemal na każdym kroku. Na plakatach reprezentujących mistrzostwa widoczny był starożytny znak sędziowski – fasces lictorii – godło faszyzmu. Stadiony nazywano na cześć przywódców lub partii faszystowskich, a włoski polityk świetnie wykorzystywał mundial do własnych celów. Ówczesny selekcjoner „Squadra Azurra” Vittorio Pozzo współpracował z Mussolinim, bo faszyzm podgrzewał poczucie narodowe. Mój ojciec był bardziej patriotą, niż nacjonalistą, a to różnica. Nacjonalista postrzega wszystkich jako wrogów, a patriota wspiera swój własny kraj i akceptuje to, że inni mają te same prawa – mówił wówczas syn trenera reprezentacji Włoch. W przeniknięty korupcją i przekrętami świat bardziej polityki niż piłki nożnej wkroczyć mieli „nieskazitelni” Austriacy. Co ciekawe, już trzy i pół miesiąca przed mistrzostwami odbył się mecz towarzyski dwóch największych faworytów do tytułu. Bican i spółka postanowili wówczas popłynąć pod prąd i zmierzyć się z przyszłymi gospodarzami turnieju. Mimo braku w składzie kluczowego Mathiasa Sindelaara zagrali fantastyczne spotkanie, zwyciężając 4-2. Zażenowani Włosi zdecydowali się na teksańską masakrę piłą łańcuchową, powszechnie znaną jako „skalpel Pozzo”.
Wściekły Benito Mussolini nakazał szkoleniowcowi rewolucję. Ten wiedząc, że nie ma innego wyjścia, a raczej, że takie mu się nie opłaca, natychmiast odsunął od reprezentacji kilku zawodników. Szczególnym szokiem dla kibiców była rezygnacja trenera ze wszystkich najlepszych defensorów Juventusu (poza Giamberio Combim) czy z niezwykle popularnego w tamtych czasach Renato Cesariniego. Skład Włochów prezentował się wyjątkowo przeciętnie. Gdzie jednak gospodarz nie może, tam sędzia pomoże. W turyńskim debiucie austriacki „wunderteam” dopiero po dogrywce uporał się z Francuzami 3-2. Decydującego gola w dramatycznych okolicznościach (109 minuta) strzelił Bican i uratował honor swojego kraju. Po spotkaniu pojawiło się ogromne zainteresowanie wiedeńskim napastnikiem, a kolejny mecz w jego wykonaniu mieli oglądać przedstawiciele największych klubów świata. Później po niezwykłym boju „Pepi” i spółka rozprawili się z Węgrami, by w półfinale zmierzyć się z gospodarzami turnieju, wprowadzonymi do najlepszej czwórki przez sędziów – Włochami. Mecz przebiegał w niezwykle burzliwej atmosferze, nikt nie ukrywał, że to Squadra Azzurra musi zagrać w finale. I to choćby najwyższym kosztem. Sędziowie, którzy nie ukrywali kolacji z Benito Mussolinim, pomagali gospodarzom jak tylko mogli, gwizdali 'faule duchy’ Austriaków, a przy brutalnej grze Włochów puszczali grę. Kombinacji była cała masa, spotkanie było wyreżyserowane od początku do końca. Włoski przywódca spoglądający na całą sytuację z trybun tylko klaskał, udając przejęcie, tak naprawdę ciesząc się w głębi, że jego plan działa, a jego kraj wygrywa. Bo jak mogłoby być inaczej. Prawdziwą farsą całego pokazu korupcji mistrzostw była sytuacja z golem dla gospodarzy. Otóż po jednym ze strzałów bramkarz Austrii przyklęknął, trzymając piłkę w rękach. Natychmiast zaatakował go Meazza, doprowadzając do wypuszczenia piłki przez goalkepeera, dzięki czemu Guaita dobił piłkę już niemal z linii bramkowej i strzelił jedynego gola spotkania. Faul był ewidentny. Decyzja kuriozalna. Arbiter spotkania dzięki bezbłędnemu wypełnieniu swojej roli, poprowadził finał mundialu, który oczywiście wygrały Włochy. Austriacy, w tym Bican, narzekali wówczas na mokre boisko, które uniemożliwiało im ich ulubioną grę po ziemi, a zwłaszcza na ostrą grę przeciwników, w której technicznie grający piłkarze nie mieli szans się przeciwstawić… Meisl nazwał to spotkanie „uliczną burdą, a nie piłkarskim meczem” i na zawsze zerwał przyjaźń z trenerem Włochów Vittorio Pozzo… Dziennikarze, już po zwycięstwie gospodarzy w finale wymownie pytali: „I to jest drużyna rzekomo zwana mistrzem świata?”. Słowa powtarzali parę miesięcy później, gdy mistrz już po 12 minutach przegrywał z Anglią 0-3… Na turnieju Josef zagrał w czterech meczach i strzelił jednego gola. Reprezentacja Austrii odniosła wtedy spory sukces, bo dotarła aż do półfinału, ale kibice byli załamani. Od pamiętnego meczu z Czechosłowacją była to dopiero trzecia porażka „wunderteamu” (31 meczów – 101 strzelonych goli!). Fani liczyli na mistrzostwo świata, a po porażce w meczu o III miejsce z III Rzeszą wracali do kraju bez medalu. To był dla nich wstyd. „Pepi” zagrał udany turniej, zebrał bardzo pochlebne recenzje i o młodym napastniku robiło się coraz głośniej… Rok po udanym mundialu Bican wywołał wielkie kontrowersje swoją decyzją. Postanowił odejść z Rapidu do drużyny wielkiego rywala – Admiry. Nie ukrywał, że potrzebuje nowych wyzwań. W poprzednim klubie osiągnął już niemal wszystko. W nowym zespole nie było już jednak tak łatwo o sukcesy. Zdobycie jednego Pucharu Austrii z Admirą wygląda niezwykle blado w porównaniu do osiągnięć zaksięgowanych przez niego w okresie gry w Rapidzie…
Wtedy, w 1936 roku Austria, bez udziału Bicana, wzięła udział w kolejnej wielkiej imprezie, którą znów zdominowała polityka. Igrzyska Olimpijskie miały odbyć się w Berlinie, a głównym celem Hitlera było jak najlepsze wyszkolenie niemieckich sportowców tak, aby mógł z łatwością potwierdzić wyższość rasy aryjskiej. Dużą rolę odegrał tutaj minister propagandy w III Rzeszy Joseph Goebbels. Niemieckich sportowców przedstawiano we wręcz mityczny sposób. Wszyscy oczywiście bardzo dobrze umięśnieni, z niebieskimi oczami i blond włosami. Dużą rolę przyłożono do wychowania fizycznego, w szkołach najpierw podniesiono liczbę godzin w-f z dwóch na trzy tygodniowo, a później z trzech na pięć. Z czasem doszło nawet do tego, że wychowanie fizyczne było ważniejsze niż takie przedmioty jak matematyka czy fizyka, a kiepskie rezultaty sportowe mogły doprowadzić nawet do wyrzucenia ze szkoły. Nie brakowało nawiązań do kultury greckiej, a szczególnie spartańskiej. I znów jak w przypadku Włochów, tak i w Niemczech dominował kult siły. Niestety nie tej sportowej. Bo sport dla Hitlera i Mussoliniego nie miał absolutnie żadnego znaczenia. Włosi pokonali w finale Austrię, nadal prowadzoną przez Meisla. Mecz pomiędzy tymi reprezentacjami po raz kolejny niewiele miał wspólnego ze sportem, a jego sędziowanie znów udowodniło, kto ma wygrywać na faszystowskiej ziemi. Turniej ten miał olbrzymie znaczenie dla późniejszej kariery Bicana (choć w nim nie zagrał), bo rozwinął siłę hitleryzmu, a niemiecki przywódca chciał mieć po swojej stronie coraz głośniejsze nazwiska, także te sportowe. W Admirze Bican zbyt długo nie zabawił. W 1937 roku przeniósł się do ligi czechosłowackiej. Na początku reprezentował tam barwy Slavii Praga. Niemal od razu dał się poznać jako typowy lis pola karnego. Zdobywał gole seriami z niebywałą wręcz regularnością. W ciągu kilku lat potrafił ustrzelić blisko 400 goli w oficjalnych meczach! Dzięki niemu Slavia rok w rok z łatwością kolekcjonowała tytuły mistrzowskie. Josef szybko związał się z czeską ziemią i uzyskał nawet obywatelstwo tego kraju. Z uwagi na niedopatrzenia organizacyjne okazało się jednak, że nie będzie mógł wystąpić na Mistrzostwach Świata w 1938 roku. Pozostały mu jedynie spotkania towarzyskie, w których oczywiście był piekielnie skuteczny. W latach II wojny światowej osiągnął szczyt formy. Wybitni sportowcy świetnie spełniali w tym okresie role propagandowe, dlatego Hitler za wszelką cenę chciał go wykorzystać jako twarz swojej ideologii. Przywódca III Rzeszy miał nakłaniać Bicana do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. W domu Josefa mówiło się wprawdzie w języku niemieckim, ale ten mimo to postanowił odmówić.
Po wojnie ubiegały się o niego włoskie kluby. Juventus Turyn miał podobno zaoferować nawet 6 milionów koron za transfer. Bican wahał się długo, ale odrzucił tę ofertę. Obawiał się, że na Półwyspie Apenińskim do głosu dojdą komuniści i jego piłkarska przyszłość stanie pod wielkim znakiem zapytania. Nie spodziewał się jednak, że taka sama sytuacja może mieć miejsce w … Czechosłowacji. Partia komunistyczna bardzo szybko chciała go widzieć w swoich szeregach. Josef i tym razem sprytnie się wymigał. Skupił się tylko i wyłącznie na grze w piłkę nożną. A że potrafił to robić znakomicie, to po wojnie kibice także mogli zachwycać się jego wspaniałymi golami. „Pepi” był w swoim klubie gwiazdą numer jeden. Nie wszystkim jednak taka sytuacja odpowiadała. Tym bardziej, że Bican miał pochodzenie austriackie. Choć Slavia zdominowała rozgrywki ligowe, to w jej drużynie często dochodziło do sprzeczek i awantur. Koledzy z zespołu mieli pretensje, że Josef gra zbyt egoistycznie… Ten z kolei sugerował, że zazdroszczą mu goli, kibiców i sukcesów. Co by nie mówić, statystyki broniły napastnika. Późniejsze losy jego kariery ukształtowała… dalsza ucieczka przed komunistami. Ci cały czas nie dawali mu spokoju i chcieli wcielić go do partii. Bican najpierw odszedł do FK Vitkovice, a później do Hradeca Kralove. W obu tych klubach nie zatracił nic ze swojej skuteczności. Choć pod przymusem musiał opuszczać różne miasta, to na boisku wciąż przypominał maszynkę do zdobywania goli… Karierę sportową zakończył w wieku 42 lat jako najstarszy zawodnik całej ligi. Po zawieszeniu butów na kołku rozpoczął nowe życie jako trener. Pierwszym jego klubem w tej roli była oczywiście Slavia Praga. Później poprowadził jeszcze kilka innych czechosłowackich zespołów, aż wreszcie przeprowadził się do Belgii. Kiedy w 1968 roku Brazylijczyk Pele zmierzał po zdobycie swojej 1000 bramki w karierze, dziennikarze sportowi rozpoczęli poszukiwania najskuteczniejszego piłkarza w historii futbolu. Tak naprawdę nie da się sprawdzić tej informacji, bo w dawnych czasach dużo meczów miało charakter nieoficjalny. Niemniej jednak, wtedy właśnie padło nazwisko Bicana. Pojawiły się nawet plotki że czeski napastnik zdobył we wszystkich spotkaniach w sumie ponad 5000 bramek!
A co na to sam zainteresowany? – Kto by mi uwierzył, gdybym powiedział, że strzeliłem pięć razy więcej goli niż Pele? – zaśmiał się tylko Bican. Według statystyków piłkarskich „Pepi” zdobył 643 bramki w ligowych meczach. W 1997 roku Międzynarodowa Organizacja Historyków Piłki Nożnej uznała go wraz z Pele i Uwe Seelerem najlepszym strzelcem XX wieku. Josef „Pepi” Bican spędził kilka ostatnich miesięcy swojego życia w szpitalu z chorobą serca. Miał nadzieję, że umrze w swoim domu w dzień Bożego Narodzenie. Niestety nie doczekał tego święta i zmarł dwa tygodnie wcześniej. Odszedł w wieku 88 lat jako najwybitniejszy piłkarz w historii czeskiego i austriackiego futbolu.
11
Genialny snajper:
Giuseppe Meazza, Alfredo Di Stefano, Ferenc Puskas, Artur Friedenreich, Fernando Peyroteo, Just Fontaine, Pele, Gerd Mueller, Johan Cruyff, Ronaldo – myślicie, że słyszeliście o wszystkich najskuteczniejszych piłkarzach w historii? Odpowiedź brzmi „nie”, jeżeli nie znacie… a kogo(?)tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
4
Barçagate:
25 września 2009 r. Barceloną wstrząsnęła afera ,,Barçagate”. Jak ujawnił dziennik ,,El Periodico de Catalunya”, czterech z pięciu wiceprezydentów FC Barcelony było śledzonych przez detektywów z agencji Metodo 3. Weryfikacja miała na celu sprawdzenie kandydatów pod kątem ewentualnego przejęcia władzy w przyszłości, gdy Joan Laporta nie będzie mógł startować w wyborach z powodu odbycia dwóch kadencji za sterami klubu. Całą sprawę prowadził Joan Oliver, lecz prezydent nie był o niej poinformowany. Z początku gdy o tej sytuacji dowiedział się jeden z wiceprezydentów, poinformował pozostałych i chcieli domagać się dymisji Olivera. Z uwagi na walkę piłkarzy o potrójną korone postanowili nie ujawniać sprawy. Joan Oliver na konferencji prasowej wyjaśnił że cała operacja miała na celu ,,audyt bezpieczeństwa” i miał ,,chronić sprawdzane osoby”. Piąty wiceprezydent, Alfonso Godall nie był poddany ,,audytowi”, gdyż na początku marca tamtego roku wykluczył możliwość kandydowania w przyszłości na stanowisko prezydenta.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
5
Zapomniane boisko:
Kochani cules, dokładnie 140 lat temu otwarto w Barcelonie Hipodrom Can Tunis. Obiekt ten przeznaczony głównie do uprawiania jeździectwa(znany także jako Casa Antunez) był również wykorzystywany przez przyszłych założycieli FC Barcelony jeszcze przed oficjalnym powstaniem klubu. Teren ów był jednym z pierwszych, na którym zorganizowano mecz piłkarski: miało to miejsce w 1892 r. a zagrały ze sobą dwie drużyny Reial Club de Regates. Otoczona bieżnią centralna część hipodromu stała się pierwszym placem gry, na którym stanęli tamci pasjonaci futbolu, zanim mecze zaczęły być rozgrywane na welodromie La Bonanova. Teren znajdujący się w pobliżu Hipodromu był używany jako pierwsze boisko treningowe. Bez jednolitych strojów i z niewielkim pojęciem na temat przepisów gry pierwsi barcelońscy piłkarze kopali piłke wyłącznie dla zabawy. Obiekt ten miał trybune mogącą pomieścić 2,5 tysiąca widzów i stał się jednym z centrów spędzania wolnego czasu przez zamożnych mieszczan. Hipodrom funkcjonował nieprzerwanie do 1896 roku, gdy zamknął swoje bramy i opustoszał. Później wykorzystywany był jako lotnisko aż w 1917 roku na nowo został otwarty jako obiekt jeździecki. W następstwie dwóch międzynarodowych pokazów w pobliżu obiektu zbudowano osiedla, w których zamieszkali emigranci, przybyli jako siła robocza. W 1934 r. kompleks jeździecki został zamknięty z powodu poszerzenia portu w Barcelonie i zbudowania mola Lepant i Evarist Fernandez. W roku 2004 zburzono ostatnie pozostałości konstrukcji na terenie dawnego Hipodromu Can Tunis, wówczas zajmowane przez dziesiątki baraków, które postawiły osiadłe w tym rejonie rodziny cygańskie. Paradoksalnie, w ciągu jednego wieku, przestrzeń ta z miejsca, w którym bawiła się arystokracja, stała się domem społeczności cygańskiej…
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
24 września 1906 r. w Krakowie urodził się Józef Nawrot, jeden z symboli przedwojennej drużyny Legii Warszawa. Był pierwszym piłkarzem w dziejach klubu, który strzelił ponad 100 bramek w lidze. Karierę zaczynał jednak w Krakowie. Był wychowankiem Wawelu, a w wieku 16 lat został zawodnikiem Cracovii. Wystąpił w jej barwach w finałowych meczach mistrzostw Polski w 1926 r. i w wygranym 12:0 meczu z Lublinianką aż pięciokrotnie wpisał się na listę strzelców. W 1925 r. występował w WKS 1 pp Legionów Wilno, a później powrócił do Cracovii. W 1927 r. przeniósł się do warszawskiej Legii. W stołecznym klubie zadebiutował 29 maja w wygranym 4:3 meczu z Pogonią Lwów i strzałem głową otworzył wynik spotkania. Szybko wpasował się do składu i stworzył znakomity tercet z Józefem Ciszewski i Marianem Łańko. Początkowo z całej trójki zdobywał najmniej goli ale po paru latach to on stał się liderem ofensywnej formacji Legii. Miał znakomity strzelecki instynkt, ale nie był boiskowym egoistą i znakomicie potrafił też obsługiwać podaniami partnerów. W wojskowym klubie występował do 1936 r. W sumie rozegrał dla niego 175 spotkań i strzelił 105 goli. Granicę stu ligowych goli w karierze pokonał w 1935 r. i dokonał tego jako drugi piłkarz w historii ekstraklasy. Ciekawostką jest, że trakcie swojej przygody z Legią miał dwa sezony, w których ani razu nie trafił do siatki rywali. Pierwszy raz stało się to w 1929 r., a po raz drugi przytrafiło mu się to w 1936 r. Brak jego goli był wówczas dotkliwy dla klubu, bo Legia zajęła 10. miejsce tabeli i jedyny raz w swojej historii spadła z ligi. Nawrót wystąpił jednak wówczas w tylko ośmiu spotkaniach. W październiku, kiedy sprawa spadku była już praktycznie przesądzona, razem z Henrykiem Martyną, Franciszkiem Cebulakiem i Edwardem Drabińskim wybrał się do Nowego Jorku na pokładzie statku Batory. Do podróży namówił ich kapitan. Poprzednim razem, kiedy Batory był w USA, drużyna załogi statku poniosła dotkliwą porażkę z Klubem Polsko-Amerykańskim, więc kapitan wpadł na pomysł, żeby przed rewanżem zespół marynarzy wzmocnić legionistami. Rewanż się udał i goście z Polski wygrali tym razem 4:1, a Nawrot strzelił trzy gole. Po powrocie do kraju zarząd klubu zdyskwalifikował jednak swoich zawodników na dwa lata. Nawrot przeniósł się do Polonii, z którą w 1937 r. walczył o awans do elity. Na ekstraklasowe boiska wrócił wiosną 1938 r. Wystąpił wówczas w 13 spotkaniach i z dziewięcioma golami na koncie był najskuteczniejszy w zespole. W Polonii grał do wybuchu wojny. W tym ostatnim, niedokończonym sezonie dwa razy pojawiał się na boisku. Jesienią 1939 r. we Lwowie dostał się do sowieckiej niewoli. Trafił na Syberię, a stamtąd w ostatniej chwili załapał się do Armii Andersa. W wojsku był instruktorem sportu. Walczył pod Arnhem, a po wojnie występował w szkockim klubie w Edynburgu. W 1948 r. zapowiadano jego powrót do kraju, ale do niczego takiego nie doszło. Unikał kontaktów ze znajomymi w Polsce. W biało-czerwonych barwach zadebiutował już 10 czerwca 1928 r. Wystąpił wówczas w zremisowanym 3:3 meczu z USA. W meczu z Łotwą w 1930 r. jako drugi w historii (po Batschu) strzelił w jednym meczu cztery gole. W sumie dla reprezentacji strzelił 16 bramek. Ostatni raz wystąpił w starciu z Łotwą w 1935 r. Zabrakło dla niego miejsca w kadrze na igrzyska. W Reprezentacji rozegrał 19 meczów, strzelając 16 goli.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
11
Świątynia Blaugrany:
24 września 1957 r. zainaugurowano otwarcie Camp Nou. Uroczystości rozpoczęły się od mszy świętej i błogosławieństwa biskupa Barcelony. Na trybuny weszło ponad 90 tysięcy widzów, przed którymi odbył się przemarsz członków wszystkich sekcji FC Barcelony. Szukając przeciwnika na mecz otwarcia, wysłano zaproszenie do Polskiego PZPN, który zdecydował się wysłać do Katalonii reprezentację Polski, lecz została ona zgłoszona jako reprezentacja Warszawy. Barça chciała powiększyć range wydarzenia i poinformowała że przeciwnikiem Dumy Katalonii będzie… Legia Warszawa, wówczas znana w całej Europie. Taka informacja znajduje się do dziś w klubowym muzeum, choć kapitan Polaków Edmund Zientara wspominał: ,,Z Legii było nas wówczas, jak dobrze pamiętam tylko trzech: Brychczy, Woźniak i ja”. Blaugrana wygrała tamto spotkanie 4:2 a autorem premierowego gola na Camp Nou był znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez.
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
10
Grande Espectacolo El Clasico:
24 września 1950 r. na Camp de Les Corts, FC Barcelona rozgromiła Real Madryt 7:2 w 3 kolejce Primera Division. To było najwyższe, rekordowe zwycięstwo w historii El Clasico. Gole dla Barçy zdobyli: Nicolau(2), Cesar Rodriguez, Marcos Aurelio(2), Mariano Gonzalvo, oraz Basora. Co ciekawe, w tamtym sezonie Barça powtórzyła identyczny wynik w meczu 27 kolejki Primera Division z Malagą CD. Wówczas Dume Katalonii prowadził legendarny Ferdinand Daučik. Warto również wspomnieć iż w owym sezonie debiutował w barwach Blaugrany genialny Ladislao Kubala, jednak debiut o stawke przypadł dopiero pod koniec sezonu w wygranym meczu z FC Sevilla w Copa del Generalismo, które to rozgrywki Barça wygrała.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
9
Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:
24 września 1926 r. FC Barcelona rozegrała przeciwko Wiener Sport Club pierwszy w swojej historii mecz na naturalnej murawie Estadio Camp de Les Corts. Blaugrana pokonała Austriaków 4:2 a znakomity wówczas pomocnik Josep Sastre strzelił pierwszego gola na trawie. Wymóg naturalnej murawy narzuciła Hiszpańska Federacja piłkarska.
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
0
No nie wyobrażam sobie innego scenariusza, jak tylko zgarnięcie trzech punktów i ciągłe wywieranie presji na Królewskich, zwłaszcza że przed nami El Derbi Madrileño...
2
@Lionel_Messi10 No jako zawodnik całego turnieju, to dla mnie najbardziej decydujący był jednak Maradona a na drugim miejscu umieścił bym Messiego exequo z Garrinchą. Mówiąc oczywiście tylko i wyłącznie o mundialach...
1
@Lionel_Messi10 To były moje pierwsze w życiu oglądane mistrzostwa i powiem ci że Rossi wówczas ,,zjadł mundial" jeszcze bardziej niż Messi. Gdyby nie Rossi, to Brazylia byłaby zdecydowanie mistrzem!
7
Nieco zapomniane legendy futbolu:
23 września 1956 r. urodził się włoski napastnik Paulo Rossi.
Tutaj jego biografia: https://juvepoland.com/historia/biografie/paolo-rossi/
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Czy cules wiedzą że:
23 września 1982 r. otwarto Mini Estadi. Stadion o pojemności nieco ponad 15 tysięcy widzów przez lata był obiektem treningowym pierwszej drużyny a także domowym obiektem Barçy B. Rozgrywano na nim również mecze futbolu amerykańskiego. Podczas finału Ligi Mistrzów w 2006 r. ustawiono na nim telebim i ponad 10 tysięcy cules wspólnie oglądało tryumf w Paryżu. W dniu otwarcia rozegrano towarzyskie spotkanie pomiędzy piłkarzami Barçy podzielonymi na ,,bordowo-granatowych’ i ,,żółtych”. Ci pierwsi wygrali 3:2. W końcówce meczu w ramach uhonorowania klubowej szkółki, Diego Maradona został zmieniony przez czternastolatka o imieniu… Guillermo Amor.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
8
Wspaniałe legendy FC Barcelony:
23 września 1949 r. urodził się Enrique Castro Gonzalez, nazywany po prostu ,,Quini”. Tutaj przeczytacie frapującą historie legendarnego napastnika: https://www.fcbarca.com/60028-barcelona-w-sepii-quini.html
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Feliz cumpleaños panie Asensi!
23 września 1949 r. urodził się Juan Manuel Asensi. Ten ofensywny pomocnik trafił do FC Barcelony w 1970 r. z Elche za rekordową wówczas sume 80 milionów peset. Na Camp Nou spędził aż 10 lat, cały czas będąc podstawowym zawodnikiem. W 1980 r. niespodziewanie odszedł w trakcie sezonu do meksykańskiego Puebla FC, który zaproponował mu świetne warunki finansowe. W 1984 r. wraz z Torresem, Rexachiem i Rife założył szkółke piłkarską TARR.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
11
Pożegnanie ,,La Bonanova”:
23 września 1900 roku FC Barcelona rozegrała swój ostatni mecz na welodromie La Bonanova. Obiekt ten Blaugrana dzierżawiła wspólnie z innymi drużynami i ze względu na brak porozumienia z klubem FC Catala(późniejszym właścicielem), musiała opuścić ten teren. Przeciwnikiem był lokalny zespół FC Catala, z którym właśnie Barça dzieliła to boisko. Spotkanie było rywalizacją o trofeum przyznawane przez adwokata i członka Partii Liberalnej Jose Canalejasa. Mecz zakończył się zwycięstwem FC Barcelony 3:1 po dwóch golach Joana Gampera i jednym Maiera. Mecze pomiędzy oboma klubami stały się prawdziwym klasykiem katalońskiego futbolu i były jedną z najważniejszych miejskich rywalizacji w pierwszej dekadzie XX wieku. Konfrontacje te przeradzały się czasem w kłótnie, wszczynane zazwyczaj przez szkockich piłkarzy FC Catala, zawsze skorych do burd.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@kubix05 I to powiedzmy sobie szczerze z renomowanym przeciwnikiem, grywającym w Lidze Mistrzów...
9
Historyczny triumf, o którym warto a nawet trzeba wiedzieć:
22 września 1971 r. FC Barcelona zdobyła Puchar Miast Targowych na własność. W 1971 r. UEFA przejęła rozgrywki Pucharu Miast Targowych i przemianowała je na Puchar UEFA. Pierwszy tryumfator PMT(czyli Barça) i ostatni(Leeds United) spotkali się na Camp Nou w dodatkowym meczu o przejęcie trofeum na własność. Blaugrana wygrała go 2:1, po 2 golach Teofilo Dueñasa. Prasa chwaliła Marciala w drużynie gospodarzy i Billy’ego Bremnera w zespole gości. Trofeum wręczył osobiście prezydent FIFA Stanley Rous.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
11
Z kart historii FCB:
22 września 1965 r. prezydent FC Barcelony Enric Llaudet ogłosił wyniki głosowania nad nazwą stadionu. Socios w ankiecie mieli do wyboru trzy możliwości. Najwięcej głosów zdobyła opcja ,,Estadio del CF Barcelona”(12434 głosy), druga była nazwa ,,Estadio Barça”(10484) a trzecia ,,Estadio Camp Nou”(8394). Żadna z opcji nie przyjęła się w języku potocznym, kibice woleli nazwę Camp Nou albo Nou Camp. Pierwsza z nich została oficjalnie przyjęta dopiero w 2001 r.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Europejskie trofeum zdobyte po raz trzeci w historii:
21 września 1966 r. FC Barcelona zdobyła Puchar Miast Targowych. To był trzeci tryumf Blaugrany w tych rozgrywkach. W drodze do finału udało się pokonać holenderski Utrecht, belgijki Royal Antwerp, niemiecki Hannover 96, Espanyol Barcelone oraz Chelsea Londyn. W finałowym dwumeczu Duma Katalonii zmierzyła się z Realem Saragossa. 14 września 1966 r. na Camp Nou przeciwnicy wygrali 0:1, lecz w rewanżu Blaugrana odrobiła straty z nawiązką wygrywając 2:4 na Estadio La Romareda. Po 90 minutach Barça prowadziła 2:3 a ze względu na brak przepisu o golach strzelonych na wyjeździe konieczna była dogrywka. W ostatnich sekundach dodatkowej rozgrywki swojego trzeciego gola w tym meczu strzelił nastoletni Lluis Pujol i puchar powędrował w ręce Katalończyków. Saragosse prowadził wówczas słynny Ferdinand Daučik, były trener FC Barcelony.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Premierowe spotkanie z włoską ekipą:
21 września 1921 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie z AC Torino. Był to pierwszy w historii mecz z drużyną z półwyspu Apenińskiego. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Barçy 3:0 a gole zdobyli: Samitier, Sagi Barba i Piera.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
1
@AssisMoreira Po pierwsze nie moge być nocnym markiem więc odpisuje teraz po pracy. Po drugie wiem że była prawidłowa odpowiedź, lecz ja z ręką na sercu nie znając odpowiedzi szczerze napisałem o Claudio Lopezie, Hernanie Crespo i Gabrielu Batistucie. Po trzecie, w życiu bym nie przypuszczał że Jardel(znałem gościa tylko z mediów i nie miałem możliwości oglądania go w akcji) grał w Argentynie? Wreszcie po czwarte, zadałeś nie łatwe pytanie, gdyż dwa pierwsze wersy wskazywały ewidentnie na jakiegoś Argentyńczyka. A tak od siebie to jakiś czas temu prezentowałem tutaj zapomnianego ale genialnego argentyńskiego snajpera Hectora Yazalde, wcale nie gorszego od Jardela.
1
@Lionel_Messi10 O prosze, jak miło posłuchać eksperta futbolu nie tylko latynoamerykańskiego. Z góry dzięki śliczne :)
12
Być cules, to znaczy pamiętać:
21 września 1929 r. urodził się Sandor Kocsis, jeden z najbardziej błyskotliwych zawodników w historii FC Barcelony. Węgier zaliczany jest do najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, był członkiem słynnej reprezentacji, która zdobyła w 1952 r. złoty medal Olimpijski oraz 2 lata później dotarła do finału Mistrzostw Świata, gdzie uległa w finale RFN, po nieudowodnionym wówczas dopingu ze strony niemieckich piłkarzy. Sandor Kocsis znany był przede wszystkim jako ,,Cabeza de Oro’’ co znaczy ,,Złota głowa”. Z pewnością był najlepszym napastnikiem w historii europejskiego futbolu grającym właśnie głową(na świecie dorównywali mu jedynie Passarella i Arsenio Erico). Po za tym był wszechstronnie wyszkolony, posiadał mocny i precyzyjny strzał z obu nóg, wspaniałą kontrolę nad piłką oraz nieprzewidywalny drybling. Wszystko to sprawiało że był prawdziwym koszmarem obrońców. Oprócz tego że zdobywał wiele goli, miał predyspozycje do prowadzenia gry, miał znakomity przegląd sytuacji i dobrze ,,czytał’’ gre. Dżentelmen zarówno na boisku jak i poza nim wzbudzał powszechny szacunek. Przechodząc do Blaugrany miał wówczas 29 lat i kibice oczekiwali powrotu Węgra do dawnej dyspozycji. Nie zawiódł! Wraz z Cziborem i Kubalą stanowili bardzo silny atak. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 194 mecze strzelając 140 goli. Dla Dumy Katalonii zdobył 2 Mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Króla. W 1966 r. mocno ucierpiał w wypadku samochodowym i po kilku latach amputowano mu obie nogi. Okaleczony i bez sukcesów w roli trenera Hiszpańskich drużyn nie mógł sobie znaleźć miejsca w życiu. Kilka tygodni przed 50-tymi urodzinami popełnił samobójstwo skacząc przez okno z Barcelońskiego szpitala.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@qbuteq O tym samym pomyślałem i właśnie teraz chce zapytać o ten U.S Open użytkownika @Lionel_Messi10
7
@FCBparasiempre
20 września 1957 r. urodził się Henryk Bolesta. Kto wie czy kiedykolwiek Henryk Bolesta zostałby bramkarzem Feyenoordu Rotterdam, gdyby samochodem przez granice chyłkiem nie przetransportował go Włodzimierz Smolarek. Dawny bramkarz Ruchu Chorzów i Widzewa mieszka tam już od ponad 30 lat. Nie miał 18 lat, lecz umiał już tyle że chciał próbować sił w ekstraklasie. Nawet jeżeli na początku musiałby usiąść na ławce. ,,Chciała mnie Stal Mielec. Nawet tam pojechałem i zakwaterowali mnie w hotelu Jubilat tuż przy stadionie. W wolnej chwili wyszedłem na spacer zwiedzić okolice. Zrobiłem parę kroków w jedną, w drugą stronę i za każdym razem to samo: koniec miasta, nie ma nic do oglądania. Młody byłem, potrzebowałem innego miejsca, więc szybko uznałem że tutaj nie chcę grać”- opowiada nasz bohater. Miał też oferty z II ligi ale on czekał na coś lepszego. Nie minęło wiele czasu i przyjechał Ruch Chorzów. ,,Tam w pierwszych dniach również nie czułem się dobrze. Śląska gwara, której nie rozumiałem i w ogóle specyfika Górnego Śląska źle na mnie działały. Tym razem po dwóch tygodniach mówię sobie: wracam do Radomia! Nie poszedłem na dworzec w Chorzowie żeby mnie ktoś z klubu nie przyuważył ale od razu do Katowic. Działacze Ruchu byli jednak bardziej uparci ode mnie. Znowu przyjechali i przekonali żebym im już nie uciekał. Wreszcie w Chorzowie się zaaklimatyzowałem”- wspomina Bolesta. Trenerem Ruchu był wtedy Michal Vičan, jeden z najlepszych szkoleniowców, jacy kiedykolwiek pracowali w polskiej lidze. W 1969 r. poprowadził Slovana Bratysławe do tryumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów(w finale pokonał FC Barcelone 3:2). Słowacki szkoleniowiec znał się na robocie ale przy tym miał dość ciężki charakter. Nie patyczkował się z piłkarzami, którzy próbowali być mądrzejsi od niego. ,,Byłem młodzianem i też miałem z nim utarczki bo paliłem papierosy, co on bezwzględnie tępił. Kiedyś lecieliśmy za granice na mecz. Na lotnisku miałem kontrole bagażu i aż ziny pot mnie oblał, gdyż w torbie schowałem 5 paczek Caro. Nie bałem się oczywiście celników bo nic złego nie robiłem, tylko Vičana. Gdyby zobaczył że mam choć jedną paczke, zrobiłby mi awanture. Nawet najważniejsi zawodnicy, już starsi, z dużym dorobkiem, czuli przed nim respekt. Szanowałem starszyznę ale że byłem dość dużym chłopem, nie dawałem wchodzić sobie na głowe a hierarchii oczywiście się podporządkowywałem. Starzy tłumaczyli mi: ,,Jesteś dopiero na początku drogi. Rób co ci mówimy, bądź cierpliwy a w końcu przyjdzie też czas, kiedy ty będziesz na naszym miejscu”. Mieli racje”- wspomina pan Henryk. W dwóch ostatnich meczach sezonu 1974/75 zagrał w podstawowym składzie, został więc pełnoprawnym mistrzem Polski. Wspomina to jednak… jak najgorzej. ,,Tytuł mieliśmy już zapewniony. Piotr Czaja rozchorował się, więc go zastąpiłem. Debiut przypadł na wyjazdowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec. Przegraliśmy 1:2, mówi się trudno. Drugie spotkanie graliśmy z Gwardią Warszawa, która broniła się przed spadkiem i musiała wygrać. Podszedłem do sprawy ambitnie. Tymczasem okazało się że ktoś z kimś ustalił że my to przegramy. Pod moją bramką działy się rzeczy kuriozalne. Była centra w pole karne. Nasz obrońca, mniejsza o nazwisko, zamiast główkować, uchylił się i za nim mogłem zareagować, piłka wpadła do siatki i jeszcze ten właśnie obrońca miał do mnie pretensje, czemu nie obroniłem! Mało żeśmy się tam nie pobili a za chwile znowu wyciągałem piłke z siatki. Vičan widział że sytuacja się zaognia i wprowadził za mnie Czaję. Dla mnie, niespełna osiemnastoletniego chłopaka wydarzenia z pierwszej połowy były szokujące. Gdy już zszedłem z boiska aż się popłakałem”- przejmująco opowiada zapomnianą już dzisiaj historie. Natomiast Gwardia, mimo zwycięstwa 4:1 i tak spadła do II ligi bo sąsiedzi z tabeli byli równie sprytni i też powygrywali swoje mecze. To był osobliwy sezon: 6 ostatnich zespołów w tabeli skończyło rozgrywki z identyczną liczbą punktów.
W 1979 r., kiedy Ruch znowu poszedł po mistrzowską korone, Bolesta stał się już podstawowym bramkarzem ale był to dla niego pierwszy sezon w tej roli. W kolejnych też grał z jedynką aż do 1982 r., kiedy do bramki zaczął wchodzić kolejny wielki talent- Józef Wandzik. Po hiszpańskim mundialu Bolesta przeniósł się do Widzewa Łódź. ,,Zanosiło się że Józek Młynarczyk może wyjechać za granice, więc prezes Ludwik Sobolewski chciał się zabezpieczyć i mieć w odwodzie innego doświadczonego już bramkarza. Wybór padł na mnie”- tłumaczy. Gdy jednak jeszcze bez kontraktu zaczął trenować z Widzewem, w łódzkim hotelu Centrum, w którym się zatrzymał, stawiła się mocna delegacja z ŁKS: trener Leszek Jezierski i pomagający mu Jan Tomaszewski. Chcieli żeby związał się z ich klubem. ,,Strasznie się zdziwiłem bo Jezierski był wcześniej moim trenerem w Ruchu i to on wypychał mnie z klubu, dając do zrozumienia że nie będę u niego bronił. No a za chwile byłem mu jednak potrzebny. Nie przyjąłem propozycji ale ktoś z hotelowej obsługi i tak czujnie doniósł prezesowi Widzewa że Bolesta miał ciekawych gości. Nazajutrz zostałem wezwany do gabinetu Sobolewskiego: ,,Bardzo mi zależy żebyś został u nas i mam nadzieje że się dogadamy. Jeżeli jednak uprzesz się że chcesz grać gdzie indziej, na siłę cię nie zatrzymam. Z jednym wyjątkiem: nie wyobrażam sobie żebyś poszedł do ŁKS”. Na szczęście nie miałem takiego zamiaru. Za chwile podpisaliśmy kontrakt”- ujawnia kulisy pan Henryk. Dwa lata był dublerem Młynarczyka a gdy ten w końcu został wytransferowany do francuskiej Bastii, widzewska bramka należała do niego. Szczytowym, a już na pewno najbardziej spektakularnym osiągnięciem Bolesty nie tylko w Widzewie ale pewnie w całej sportowej karierze był występ w finale Pucharu Polski w 1985 r. Jego zespół na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie grał z GKS Katowice. Mecz był tak nudny że oglądając go w telewizji, można było zasnąć. Dopiero po bezbramkowych 90 minutach dogrywce popis dał Bolesta. W konkursie jedenastek obronił aż 3 strzały rywali. Po trzeciej, idealnej interwencji sprawa była prosta. Jeśli następny gracz Widzewa trafi do siatki, jego zespół zdobędzie trofeum. Wcześniej swoje próby wykorzystali Roman Wójcicki i Mirosław Myśliński. Do karnego nie podchodził jeszcze Smolarek, chyba najlepszy specjalista w Polsce od takich sytuacji ale nie podszedł i tym razem, gdyż piłke na jedenastym metrze ustawił… bramkarz! Za chwile zdziwienie było jeszcze większe, ponieważ Bolesta pewnie pokonał Franciszka Sputa! ,,Włodek Smolarek był wyznaczony do strzelania w piątej, czyli następnej serii i uznał że jak tak zostało ustalone, nie należy tego zmieniać. Dlaczego ja byłem wyznaczony jako czwarty egzekutor? Bo czułem że dam rade. Potrafiłem bardzo mocno i dość precyzyjnie uderzyć, jak to bramkarz. W takiej sytuacji sama technika strzału ma drugorzędne znaczenie. Ważne żeby wytrzymać ciśnienie a ja nie miałem z tym problemu. Inna sprawa że nigdy wcześniej w oficjalnym meczu nie strzelałem karnego”- przyznaje nasz bohater. W Widzewie Bolesta już na dobre zapuścił korzenie ale w 1989 r. nagle wylądował w Feyenoordzie Rotterdam. ,,Grał tam Smolarek. Został poproszony o pomoc w znalezieniu na szybko zastępcy Joopa Hiele, który doznał kontuzji. Włodek pomyślał o mnie a że akurat Widzew przebywał wtedy na zgrupowaniu w RFN, wsiadł w samochód i przyjechał się spotkać. Długo mnie nie przekonywał. Lojalnie uprzedziłem trenera Bronisława Waligóre że jade do Holandii. Oczywiście nie miałem wizy wyjazdowej, więc musiałem liczyć na Włodka. Przed niemiecko-holenderską granicą na wszelki wypadek kazał położyć mi się na tylnych siedzeniach i bezpiecznie przewiózł przez granice. Oczywiście aby uniknąć zawieszenia, Feyenoord i tak musiał dostać zgode z Polski. Najpierw udało się dogadać tylko na wypożyczenie ale gdy skończył się sezon, podpisałem trzyletni kontrakt”- wyjaśnia Bolesta.
W debiucie w nowej drużynie zagrał przeciwko PSV Eindhoven. ,,Wszystko zmierzało do bezbramkowego remisu, lecz na 3 munuty przed końcem gola strzelił mi Romario i to jeszcze z dużego palca a to najgorsza, bo najszybsza dla bramkarza piłka”- wspomina nasz bohater. Po siedmiu meczach Bolesta usiadł jednak na ławce rezerwowych. ,,Dobrze mi szło, byli ze mnie zadowoleni. Do zdrowia wrócił jednak Hiele, który był rezerwowym w kadrze narodowej. Władze klubu uznały że aby się w niej utrzymał, powinien grać. Uczciwie mi wyjaśniono ze muszą na niego stawiać”- tłumaczy. W następnym sezonie Bolesta został wypożyczony przez Rode Kerkrade. Bronił w niej już do końca kariery. Dorobek Bolesty w reprezentacji Polski zaczyna się i kończy na udziale w meczu towarzyskim z Koreą Północną. Szanse na poważniejsze zaistnienie w kadrze przekreśliła mu kontuzja. ,,Byłem przymierzany do gry w meczu z Grecją w eliminacjach mistrzostw Europy 1988. Dzień wcześniej podczas treningu polecono nam wykonanie salta w tył. Naciągnąłem sobie coś w barku tak mocno że nie mogłem ruszać ręką. O graniu nie było mowy, zastąpił mnie Jacek Kazimierski. Wróciłem do Widzewa i dałem się namówić, bym trzy dni później na blokadzie zagrał w ligowym meczu. Zrobiłem błąd, ponieważ przekreśliło to moje występy w kadrze. Wyszło tak że w reprezentacji nie mogę grać bo kontuzja ale wracam do klubu i nic mnie nie boli. Więcej powołań już nie dostałem”- smutno wspomina bramkarz, który po zakończeniu kariery został w Holandii już na stałe.
4
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
1
@AssisMoreira Bardzo ciekawe pytanie. Jeśli Liga Mistrzów to już Claudio Lopez bądź Hernan Crespo, no chyba że chodzi o Gabriela Batistute?
1
@Luciano99 Dlaczego współczuje? Proste: Z pustego i Salomon nie naleje. My nie mamy wartościowej jedenastki na mistrzostwa. To są głównie karykatury futbolu...