FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
36 obserwujących
0 obserwowanych
Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 października 1914 r. w Załężu urodził się Ewald Dytko, pomocnik. Dorastał w Załężu, gdzie w miejscowym Naprzodzie zaczął pierwsze piłkarskie treningi. Miał tam zostać wyrzucony z drużyny po pierwszym meczu młodzików, ale nie jest to pewna informacja. W 1930 r. został zawodnikiem katowickiego Dębu, w którym grał aż do wybuchu wojny. Kiedy odbywał służbę wojskową w Tarnowie, to w 1937 r. zaliczył kilka występów w barwach miejscowego TS Mościska. Już jako 14-latek musiał podjąć pracę w hucie, a w wieku 16 lat w kopalni. Swoimi występami w barwach Dębu tak zaimponował Józefowi Kałuży, że mimo iż grał na zapleczu ekstraklasy, to ten powołał Ewalda na mecz z Jugosławią 18 sierpnia 1935 r. W tym samym sezonie wywalczył z kolegami awans do elity. W rozgrywkach 1936 r. był czołową postacią zespołu. To wokół niego organizowano grę i na nim opierała się siła drużyny. Robił wrażenie opanowaniem piłki, odpowiedzialnością i pracowitością. Miał niesamowitą wydolność. Był ważną częścią reprezentacji podczas igrzysk olimpijskich w Berlinie. Trenerzy powierzali mu rolę zawodnika do zadań specjalnych i „plastra” dla rywali. Kiedy trzeba było ograniczyć walory któregoś z czołowych zawodników przeciwnika, Dytko spisywał się w tej roli bardzo dobrze. Był chyba pierwszym polskim piłkarzem, którego dzisiaj byśmy określili jako tego od czarnej roboty. Nie był finezyjny ani błyskotliwy, ale za to niezwykle pożyteczny dla drużyny. Jego klasę doceniano też za granicą. Miał propozycje z klubów angielskich, brazylijskich i francuskich. Wystąpił też w meczu z Brazylią w Strasbourgu na mistrzostwach świata w 1938 r. Ostatni mecz w kadrze zagrał tuż przed wybuchem wojny z Węgrami w Warszawie. Ambicja, ofiarność, pasja walki i skuteczność interwencji przysporzyła mu wielu sympatyków. Podczas okupacji został włączony do klubu 1. FC Katowice, a jako żołnierz Wehrmachtu występował w zespole TuS Neuendorf koło Koblencji. Po powrocie do kraju został zmuszony przez bezpiekę do podpisania zgłoszenia do WMKS Katowice. Później przez pięć lat był zawodnikiem Baildonu Katowice. W 1950 r. związał się z Iskrą Pszczyna i w tym samym roku zakończył karierę. Zajął się pracą szkoleniową. Trenował m.in. Ruch Radzionków, CKS Czeladź, Baildon czy Górnika Sośnicę, gdzie pod jego okiem rozwijał się talent Florenskiego.
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
10
FC Barcelona w Lidze Mistrzów:
18 października 2000 r. Rivaldo ustrzelił hattricka na Stadio Giuseppe Meazza! FC Barcelona przyjechała do Mediolanu z nożem na gardle. Po porażkach w Stambule z Besiktasem i u siebie z Milanem, musiała wygrać aby być w dobrej sytuacji wyjściowej do awansu z grupy Ligi Mistrzów. Rivaldo szybko strzelił gola ale utrata przytomności Petita po zderzeniu z Cocu rozbiła zespół. W efekcie Milan strzelił 3 gole w przeciągu 20 minut, przedzielone jedynie drugim golem Rivaldo. W drugiej połowie Brazylijczyk dorzucił trzeciego gola, jednak było to za mało do zwycięstwa. Hattrick Rivaldo był pierwszym na wyjeździe w historii Blaugrany w Lidze Mistrzów(gdyż w Pucharze Europy 4 gole strzelił znakomity Sandor Kocsis przeciwko Wolverhampton w 1960 r.). Po meczu prasa pisała że ,,Bóg założył koszulkę z numerem 10”. Suma summarum Duma Katalonii odpadła z Ligi Mistrzów po fazie grupowej, lecz 3 miejsce w grupie dało jej automatycznie prawo gry w pucharze UEFA, gdzie dotarła do półfinału ulegając w nim Liverpoolowi FC.
Wypadałoby przypomnieć:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
2
E viva la Argentina!
Vamos Argentina, Vamos a ganar!
16
Nie, nie szanowni kibice futbolu, nie zapomniałem o jubileuszowej rocznicy jednego z najważniejszych meczy w historii polskiego futbolu. Po prostu nie byłem dysponowany aby wcześniej o tym przypomnieć, a więc:
17 października 1973 r. reprezentacja Polski zremisowała z Anglią 1-1 na stadionie Wembley, dzięki czemu awansowała na mundial. W grupie eliminacyjnej MŚ 1974 Polska wyprzedziła Anglię i Walię. Na mistrzostwach świata w 1974 roku "Biało-Czerwoni" wywalczyli trzecie miejsce. O wyniku, który uznano za sensację, pisano wówczas "zwycięski remis". Był to dzień klęski angielskiego futbolu i wielki dzień Jana Tomaszewskiego. Polski bramkarz obronił 35 strzałów. Gdy grano hymny państwowe, modliłem się przed meczem, by nie było pogromu. Oni byli wtedy jednym z najlepszych zespołów świata. Trzy tygodnie wcześniej rozbili Austriaków 7-0! a my byliśmy drużyną tej samej klasy, co pokonani. Nie było więc kwestii, kto wygra, tylko ile goli strzelą nam rywale. Można powiedzieć, że pojechaliśmy tam w roli brzydkiego kaczątka a wróciliśmy jako piękny łabędź" - wspominał Tomaszewski. Przed meczem Brian Clough nazwał Tomaszewskiego "klaunem w rękawicach", ale po jego zakończeniu do dziś dzień Tomaszewski jest znany jako "Człowiek, który zatrzymał Anglię". Do historii przeszła także akcja bramkowa - w 57. minucie Jan Domarski oddał płaski, silny strzał, przepuszczony pod brzuchem przez Petera Shiltona. Z rzutu karnego w 63. minucie wyrównał na 1-1 Allan Clarke. Trener Górski nie słyszał końcowego gwizdka belgijskiego sędziego Vitala Loraux. Na pięć minut przed końcem meczu, nerwowo nie wytrzymując napięcia, opuścił ławkę rezerwowych i poszedł do szatni." To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Nie bardzo pamiętam, co mówiłem piłkarzom, a także, jakich odpowiedzi udzielałem dziennikarzom. Uspokoiłem się dopiero po dobrych 30 minutach, kiedy ponownie wyszliśmy, całą gromadą, na tak dla nas szczęśliwą murawę, aby odpowiadać na pytania, które zadawał nam redaktor Jan Ciszewski" - napisał po wielu latach w swojej książce Kazimierz Górski.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
10
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
17 października 1975 r. UEFA przyznała FC Barcelonie walkowera za mecz z Lazio w ramach II rundy Pucharu UEFA. Z uwagi na protesty całej Europy wobec ponad 40-letniego reżimu generała Franco, Lazio ,,postanowiło nie zagrać w Rzymie z Blaugraną wobec gróźb ze strony ekstremistów prawicowych, jak i lewicowych”. Zawodnicy Lazio chcieli grać, klub był nawet gotowy wystąpić na neutralnym terenie w Szwajcarii ale w końcu pojedynek został odwołany i ogłoszono zwycięstwo Barçy 0:3. Wobec grożących drużynie włoskiej konsekwencji związanych z ewentualnym odwołaniem meczu w Barcelonie, Lazio postanowiło iż zagra w rewanżu ale ustalono że gole ,,strzelone” przez Blaugrane na wyjeździe nie będą się liczyły podwójnie. Nie miało to jednak znaczenia gdyż Duma Katalonii pewnie wygrała 4:0 po golach Sotila, Neeskensa, Cruijffa i Fortesa.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
16 października 1912 r. w Rudzie Śląskiej urodził się Edmund Giemsa. Pierwszym jego klubem był Naprzód Ruda. Jako młody chłopak został zawieszony za znieważenie sędziego na siedem tygodni, a później dodatkowo ukarano go trzytygodniowym wykluczeniem za niepodporządkowanie się poleceniom związku. Zaczynał jako napastnik i szybko zwrócił na siebie uwagę Ruchu. W Wielkich Hajdukach zaczął grać od 1932 r. Występy na boisku musiał łączyć z pracą ale jako fryzjer miał problemy ze znalezieniem zatrudnienia. Wkrótce jednak został pracownikiem Huty Batory, gdzie był maszynistą hutniczym. Na premierowe trafienie w lidze musiał czekać do 1933 r., ale za to od razu ustrzelił hat-tricka. Dwa z tych goli padły w odstępie kilkudziesięciu sekund. W całym sezonie zdobył 15 bramek i walnie przyczynił się do pierwszego w dziejach klubu mistrzowskiego tytułu. Był bardzo ważnym ogniwem znakomitej drużyny z lat 30-tych. Z Ruchem pięciokrotnie sięgał po prymat w kraju (1933, 1934, 1935, 1936, 1938). W 1936 r. zaczął być częściej ustawiany na pozycji obrońcy i w tej roli grał aż do wybuchu wojny. 4 czerwca 1933 r. zaliczył premierowy występ w reprezentacji w przegranym 0:1 meczu z Belgią w Warszawie. Wszedł na boisku w 32. minucie, zmieniając Michała Matyasa. Nie zadomowił się jednak w kadrze na stałe. Zabrakło go na igrzyskach w Berlinie, choć był w szerokiej kadrze, a nawet w imieniu śląskich sportowców składał olimpijską przysięgę. Na mistrzostwach świata we Francji był tylko rezerwowym, ale w trakcie meczu odegrał szczególną rolę. Sprawozdawca polskiego radia Michał Frank komentował mecz z dachu stadionu, a kiedy zaczął padać deszcz, to Giemsa trzymał nad nim parasol. Ostatni raz wystąpił w reprezentacji w meczu z Węgrami na krótko przed wybuchem wojny. Podczas okupacji grywał w klubach niemieckich. Jako fryzjer zawsze miał przy sobie brzytwę. Gerard Cieślik wspominał, że przed jednym z meczów pociął niemieckie flagi ze swastykami, czym doprowadził Niemców do szału. Później został wcielony do Wehrmachtu, ale udało mu się uciec do partyzantki francuskiej, a potem dostał się do II korpusu generała Andersa we Włoszech. Po wojnie pozostał na Zachodzie i nigdy nie odwiedził kraju. Zmarł 30 września 1994 r. w Chinnor w Anglii. W Reprezentacji rozegrał 9 meczów.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
4
To jest wstyd i hańba(!) nie pokonać w dwumeczu Mołdawii! Ci partacze jeszcze chcą jechać na Euro? Na Sybir z nimi a reprezentacje natychmiast wycofać z eliminacji!
7
Najskuteczniejsi snajperzy wszechczasów na poziomie ekstraklasy:
Fernando Peyroteo: 197 meczów/332 gole średnia gola na mecz: 1,68
Joe Bambrick: 205 meczów/314 goli średnia gola na mecz: 1.53
Josef Bican: 369 meczów/549 goli! średnia gola na mecz: 1,48
Imre Schlosser: 301/417 średnia: 1,38
Ernest Wilimowski: 86/112 średnia: 1,30
Ferenc Deak: 238 meczów/305 goli średnia gola na mecz: 1,28
Gyula Zsegeller: 325/387 średnia: 1,19
Jimmy Jones: 285/332 średnia : 1,16
Isidro Langara: 292/338 średnia 1.15
Franz Binder: 242/267 średnia: 1.10
Pamiętajmy że nasz geniusz futbolu Ernest Wilimowski rozegrał jedynie 5 pełnych sezonów w Ekstraklasie i nomen omen zajmuje 5 miejsce w tej klasyfikacji.
0
Wystarczy spojrzeć na jego twarz, istny bandzior, niczym terrorysta Binladena. To że nie ma niezbitych dowodów na niewinność to absolutnie nie znaczy że jest wporządku człowiekiem...
8
@FCBparasiempre
15 października 1968 r. urodził się Didier Deschamps, francuski pomocnik i trener; Mistrz Świata(1998), Mistrz Europy(2000), Zdobywca Ligi Mistrzów z 1993(z Olimpique Marsylia) i 1996(z Juventus Turyn), Zdobywca Superpucharu Europy(1996), Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(1996). Swoją karierę sportową zaczynał jako zawodnik rugby w klubie Biarritz Olympique. Jednak szybko rozumiał, że jego powołaniem jest piłka nożna i rozpoczął grę w amatorskim klubie Aviron Bayonnais. W 1982 roku został zauważony przez szkółkę FC Nates, ciesząca się jedną z najlepszych opinii w kraju. Po debiucie w Nantes, Deschamps okazał się graczem dobrze poukładanym zarówno technicznie, jak i taktycznie, był niestrudzony, przy czym miał silną osobowość. Zagrał on swój pierwszy mecz w Ligue 1, 27 września 1985 roku. Jako defensywny pomocnik odznaczał się wieloma przechwytami i instynktem lidera.W 1989 roku trafił do Olympique Marsylii. Spędził on sezon 1990/91 na wypożyczeniu w Bordeaux, po czym wrócił do Marsylii. Wraz z OM zdobył wiele tytułów, oraz został kapitanem. Dwa razy zdobył tytuł mistrza Francji (1990 i 1992), w 1993 roku zwyciężyli, jako jedyny do tej pory zespół z Francji- Ligę Mistrzów, po meczu z AC Milanem. W 1994 roku jego osobą zainteresował się Juventus Turyn, gdzie ostatecznie trafił. Od razu stał się liderem zespołu, prowadząc Juve trzykrotnie po tytuł mistrza Włoch, oraz zwyciężając w wielu krajowych pucharach. Stara Dama stała się krajową i europejska potęgą. Występował obok kolegi z reprezentacji Zinedine Zidane’a. W 1999 roku przeniósł się do Chelsea Londyn, gdzie udało mu się zwyciężyć jedynie w pucharze Anglii. Karierę zakończył w Hiszpanii, a konkretnie w Valencii. Został wybrany najlepszym piłkarzem XX wieku przez francuski dziennik L' Equipe. W kwietniu 1989 roku Michel Platini powołał go do kadry na mecz z Jugosławią. Deschamps miał wówczas 20 lat. W czerwcu 1996 roku został kapitanem reprezentacji Francji. Didier potrafił świetnie współpracować z nowym trenerem, Aime Jacquetem co zaprocentowało późniejszymi sukcesami. W 1998 roku Francja zostaje Mistrzem Świata. Deschamps jest głównym twórcą tego tytułu. Zdobył również tytuł Mistrza Europy w 2000 roku, lecz zwycięstwo nie przyszło mu łatwo. Przez nieregularne występy w Chelsea liczba jego krytyków rosła. Wraz z Laurentem Blanciem i Bernadem Lamą ogłosił koniec kariery reprezentacyjnej. W 2001 roku został trenerem AS Monaco. Pierwszy sezon był fatalny, lecz już kolejne lata przynoszą jego zmiany taktyczne i kadrowe, co obfituje w zdobycie Pucharu Ligi w 2003 roku, a następnie w 2004 dojście do finału Ligi Mistrzów gdzie ulegli zespołowi FC Porto. 19 września 2005 roku został zwolniony, a jego miejsce zajął Włoch, Francesco Guidolin. 10 lipca 2006 roku został zatrudniony przez Juventus Turyn. Za jego kadencji, pod decyzji sądu, za uczestnictwo w aferze korupcyjnej Juventus spadł do Serie B. Deschaps szybko zdołał doprowadzić Starą Damę do Serie A. Jednak 26 maja 2007 roku, Francuz zrezygnował z pełnionej funkcji, decyzje uzasadniając trudnymi stosunkami z prezesem, Alessio Secco. 1 czerwca 2009 roku otrzymał nominację, na podstawie której związał się z Olympique Marsylią na dwa lata. W dniu 27 marca 2010 roku OM zwyciężyła, pod jego wodzą z Bordeaux w finale pucharu Ligi. Był to pierwszy tytuł od pamiętnego zwycięstwa Marsylczyków w Lidze Mistrzów z 1993 roku. Jednak nie było to ostatnie trofeum zdobyte przez Didiera w tym sezonie. 5 maja 2010 roku Olympique Marsylia zdobyła odpowiednią ilość punktów by zapewnić sobie tytuł mistrza Francji. Został jednym z czterech najlepszych trenerów ligi w sezonie 2009/10. Na początku sezonu 2010/11 wywalczył, po meczu z PSG, superpuchar Francji. Wygrał trofeum France Football na najlepszego trenera roku 2010. W sezonie 2011/12 sięgnął po raz drugi z rzędu po puchar Ligi, oraz zajął 10 miejsce w Ligue 1, po czym przedłużył kontrakt z OM o kolejny sezon. 8 lipca 2012 został selekcjonerem reprezentacji Francji. W 2016 jako trener reprezentacji Francji zdobył z nią wicemistrzostwo Europy przegrywając w finale z Portugalią 1:0, a w 2018 wywalczył mistrzostwo świata na mundialu w Rosji, pokonując w finale Chorwację 4:2. Trzy lata później jednak, na EURO 2020 Francuzi odpadli już w 1/8 finału, przegrywając po karnych ze Szwajcarią. Na mistrzostwach świata w Katarze w 2022 roku, reprezentacja Francji pod wodzą Deschampsa, zdobyła srebrny medal, ulegając w finale reprezentacji Argentyny po serii rzutów karnych.
6
Wybitne legendy futbolu:
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@patataj
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
13
Prezentacja planów Camp Nou 1993:
15 października 1992 r. FC Barcelona zaprezentowała plany modernizacji stadionu i powiększenia powierzchni muzeum oraz sklepu. Na stadionie zatwierdzono odnowienie łazienek i instalacje wind. Wobec zwiększających się wymogów bezpieczeństwa należało dostosować wejścia na stadion i trybuny a także wybudować nowe centrum kontroli. Z uwagi na przybywającą liczbe trofeów postanowiono również rozbudować muzeum. Liczba pamiątkowych rzeźb, obrazów i innych pamiątek znacząco przekraczała dostępną powierzchnie. Sukcesy Blaugrany powiększyły zainteresowanie kibiców, więc klub rozpoczął negocjacje z Kappą na temat stworzenia nowego sklepu z unikatowymi pamiątkami.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
@Symson
9
Cenny remis i pożegnanie Włodka Smolarka:
14 października 1992 r. reprezentacja Polski remisuje z Holandią 2:2 w eliminacjach MŚ 1994. Skromne zwycięstwo nad Turcją i nie najlepsza gra Polaków nie napawały optymizmem przed wyjazdem do Rotterdamu na mecz z półfinalistą mistrzostw Europy 1992 – Holandią. Jednak biało-czerwoni nie przestraszyli się gwiazd „Oranje” z Frankiem Rijkaardem, Marco van Bastenem czy Dennisem Bergkampem na czele. Wystarczyło im 21 minut, by prowadzili 2:0 po trafieniach srebrnych medalistów z igrzysk w Barcelonie: Marka Koźmińskiego i Wojciecha Kowalczyka. Ostatecznie padł remis 2:2. To spotkanie zapamiętamy jeszcze z innego powodu. Gdy dla jednych coś się zaczynało i dopiero stawiali pierwsze kroki w dorosłej reprezentacji, dla drugich coś się kończyło. Dla Śp. Włodzimierza Smolarka mecz z Holandią był ostatnim występem w narodowych barwach. W drużynie narodowej nie był widziany od 4 lat. Został powołany przez Andrzeja Strejlaua w trybie awaryjnym. Włodek, grający wówczas w holenderskim FC Utrecht wszedł na boisko w 68 minucie, by zaliczyć 60. występ w biało-czerwonych barwach. 35-letni Smolarek zmienił 20-letniego Wojciecha Kowalczyka. Do uczczenia jubileuszu strzelonym golem i zwycięstwem zabrakło mu nie wiele. W znakomitej sytuacji przegrał pojedynek z bramkarzem rywali. Licznik goli w kadrze popularnego ,,Karino” zatrzymał się na 13 trafieniach.
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
11
Czy wiemy że…
118 lat temu założono hiszpański klub Sevilla FC. Za założyciela uważa się angielskiego emigranta D. José Luis Gallegos. Klub zdobył mistrzostwo Hiszpani w 1946, Puchar UEFA 2006,2007, Ligę Europejską 2014 oraz Superpuchar Europy 2006.
Więcej o historii Sevilli przeczytacie tutaj: https://rfbl.pl/sevilla-fc-klub-ligi-europy/
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
5
@FCBparasiempre
W 1878 roku Brytyjczyk Joseph Wilson Swan opatentował pierwszą nadającą się do masowej produkcji żarówkę. 14 października tego samego roku a więc 145 lat temu, rozegrano pierwszy mecz piłki nożnej na sztucznie oświetlonym boisku. Choć dziś prawie każdy szanujący się klub dysponuje obiektem z elektrycznym oświetleniem, pierwsze stadionowe reflektory nie były specjalnie wydajne i wiele wody upłynęło w Tamizie, nim jasność na stałe zadomowiła się na angielskich boiskach. Historyczny pierwszy mecz pod lampami rozegrano przy Bramall Lane w Sheffield. Na boisku zmierzyły się dwie drużyny złożone z piłkarzy tzw. Sheffieldzkiego Związku Piłkarskiego (takich lokalnych organizacji było w wiktoriańskiej Anglii kilka, każda rozgrywała swoje mecze według nieco innych zasad). Ku zadowoleniu organizatorów, zainteresowanie tym niecodziennym spektaklem było olbrzymie. Sprzedano aż 12000 biletów, co przyniosło łączny dochód 300 funtów. Kolejne 6000 osób skorzystało z zapadających ciemności i dostało się na stadion „na gapę”. Szacuje się, że mecz przy Bramall Lane obejrzało łącznie 18000 – 20000 mieszkańców „Stalowego Miasta” i okolic. Po raz pierwszy spotkanie piłkarskie rozgrywane poza Glasgow przyciągnęło ponad 10000 fanów. Dla porównania Finał Pucharu Anglii w tym samym roku na żywo zobaczyło około 5000 kibiców, tak więc można przyjąć, że wydarzenie było olbrzymim sukcesem. Oświetlenie zapewniło Tasker, Sons & Co., przedsiębiorstwo zajmujące się głównie produkcją obuwia. Jednak właściciel firmy, John Tasker, człowiek otwarty na wszelkiego rodzaju innowacje, nie skąpił pieniędzy na rozwój inżynierii i mechaniki. To właśnie dzięki temu działowi firma była w pewnym momencie głównym dostawcą płyt pancernych dla Marynarki Wojennej Jej Królewskiej Mości. Szczególnym zainteresowaniem darzył sheffieldzki przedsiębiorca wynalazek Grahama Bella – telefon. To Taskerowi zawdzięczało Sheffield pierwszą, obsługującą dwunastu subskrybentów, centralę telefoniczną. Także pierwsza elektrowniaoraz sieć energetyczna miasta powstała przy jego współudziale. Nic więc dziwnego, że człowiek tak bardzo zafascynowany możliwościami nowego źródła energii, stał za pierwszym w historii meczem piłkarskim rozegranym w świetle lamp elektrycznych. Na oświetlenie przy Bramall Lane złożyły się cztery wysokie na 10 metrów drewniane wieże, które podtrzymywały lampy zasilane z czterech znajdujących się za bramkami prądnic Siemensa – po jednej na każdą lampę – napędzanych przez dwa silniki spalinowe. Łączna moc wyprodukowanego w ten sposób oświetlenia miała równowartość „8000 standardowych świec”. Jak donosiły lokalne dzienniki, światło wokół murawy było tak jasne, że kobiety rozkładały parasolki, chroniąc się przed nim, niczym przed promieniami słonecznymi. Niestety oświetlenie nie rozjaśniało całej murawy i nie dało się przemieszczać na tyle szybko, by nadążyć za grą. Ale to nie był jedyny problem. Źródła światła umieszczone stosunkowo nisko nad ziemią oślepiały zawodników i były powodem wielu widowiskowych błędów i pomyłek. Na boisku drużyna „Niebieskich” pokonała „Czerwonych” dwa do zera. I choć z technicznego punktu widzenia spotkanie rozegrane w blasku reflektorów miało swoje mankamenty, to liczba widzów sprawiła, że wydarzenie uznano za organizacyjny sukces.
W ciągu kolejnych kilku miesięcy podobne mecze pokazowe rozegrano w różnych częściach Anglii. Szybko jednak stało się oczywiste, że na tym etapie rozwoju oświetlenie stadionów nie było dostatecznie zaawansowaną technologią. Pierwszym problemem okazała się wysokość słupów, na których montowano reflektory. Tam, gdzie organizatorzy zdołali ustawić co najmniej cztery odpowiednio wysokie wieże, efekt był przeważnie satysfakcjonujący. Większość spotkań rozgrywana była jednak przy dwóch, a czasem nawet przy tylko jednym źródle światła, co nie wystarczało by odpowiednio rozjaśnić murawę. Kolejnym problemem była zawodność ówczesnych urządzeń elektrycznych. Z tego powodu niewiele z tych spotkań trwało regulaminowe dziewięćdziesiąt minut, całej masy meczów nie udało się w ogóle zacząć, a te podczas których kibice doczekali pierwszego gwizdka, często były wielokrotnie przerywane z powodu częstych awarii. Pomimo niedoskonałości testowanych rozwiązań, kluby piłkarskie nie ustawały w kolejnych próbach. Światła sprawdzano na londyńskim stadionie krykietowym The Oval. Mecze przy sztucznym oświetleniu rozgrywał klub Thames Ironworks, który w późniejszych latach przekształcił się w West Ham United. W 1895 roku Ironworks rozgrywało wieczorne mecze z dużym powodzeniem i w obecności pokaźnych tłumów. Aby uzyskać lepszy efekt, zarówno piłkę, jak i ramy bramek malowano przed spotkaniem wapnem. Niestety eksperymenty zostały brutalnie przerwane, kiedy klub eksmitowano ze stadionu, między innymi dlatego, że maszty podtrzymujące lampy zbudowano bez pozwolenia.
Prawdopodobnie najdziwniejsza próba rozegrania spotkania piłkarskiego przy sztucznym świetle miała miejsce w 1920 roku, kiedy to popularna kobieca drużyna Dick Kerr’s Ladies, rozegrała spotkanie pokazowe pod reflektorami przeciwlotniczymi. Kroniki filmowe z tego wydarzenia pokazują, jak piłkarki biegające w kręgu światła jednocześnie zasłaniają rękoma oczy, chroniąc się w ten sposób przed oślepiającym blaskiem. Reszta murawy spowita była prawie całkowitymi ciemnościami. Kolejne trzydzieści lat prób i kolejne trzydzieści lat walki z tradycjonalistyczną Angielską Federacją Piłkarską, która w latach trzydziestych zabroniła rozgrywać mecze o punkty przy sztucznym świetle, aż w końcu na początku lat pięćdziesiątych maszty oświetleniowe zagościły na wszystkich ważniejszych stadionach piłkarskich na Wyspach. Futbol brytyjski mógł wreszcie w pełni korzystać z udogodnienia, jakim było sztuczne oświetlenie.
6
Pierwszy w dziejach mecz przy sztucznym oświetleniu(wiecie gdzie czytać):
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
14 października 1917 r. Urugwaj pokonuje Argentynę 1:0 na Parque Central w Montevideo w drugiej edycji Copa America i tym samym sięga po raz drugi z rzędu po Puchar Ameryki Południowej. Ciekawe są kulisy tego finału a konkretnie jak do niego doszło? Otóż delegacja ,,Albicelestes” wypłynęła na pokładzie kanonierki ze sporym wyprzedzeniem. Zanim okręt dotarł do sąsiedzkiego portu, pasażerowie przeżyli swoje, bowiem morze tego dnia nie było zbyt spokojne. Potem jeszcze oczekiwanie w Colonii na ekspres do Montevideo, który wyruszył o 2.30 w nocy. W stolicy ledwie żywi piłkarze pojawili się o 8.30 rano, po czym niewiele później, przebrawszy się w stroje sportowe wybiegli na murawe. Przywitała ich burza oklasków, gdyż obiektywna publiczność w pełni doceniła poświęcenie tak heroicznych sportowców. Sprzedano na ten mecz 29 tys. biletów a dalsze kilka tysięcy podnieconych miłośników futbolu wcisnęło się na stadion bez karty lub gęsto oblepiło wzgórza i wszelkie możliwe wyniosłości terenu, okalające Parque Pereyra. Padający z nóg Argentyńczycy zdumiewali ofiarnością i bezprzykładną ambicją, jednak w tej sytuacji przewaga gospodarzy była poza dyskusją. Złoty gol legendarnego Hectora Scarone w 59 minucie zapewnił im zwycięstwo. Końcowy gwizdek sędziego Livingstone’a utonął w wezbranym morzu powszechnego entuzjazmu. Setki kibiców wyległo na płyte, wynosząc na ramionach prawdziwych bohaterów tego dramatu a mianowicie Argentyńczyków. Był to autentyczny przejaw obustronnie rycerskiej, pięknej postawy ale takie też reguły rządziły ówczesnym sportem.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Prezydenci FC Barcelony:
Dokładnie 70 lat temu Francesc Miro-Sans zostaje prezydentem FC Barcelony. Pracę w zarządzie rozpoczął w 1950 r. W 1953, po dymisji Marti Carreto z powodu ,,sprawy Di Stefano” objął stery w klubie. Wybory wygrał niewielką przewagą w liczbie głosów(8771 do 8460). Podczas pierwszej kadencji jego największym sukcesem było rozpoczęcie prac przy budowie stadionu Camp Nou, którego konstrukcja pochłonęła dużo większy budżet niż pierwotnie zakładano. Miro-Sans był za to mocno krytykowany. Wyniki zespołu(zdobycie tylko jednego Pucharu Hiszpanii przez 4 lata) również nie były najlepsze. Mimo to dotychczasowy prezydent został wybrany na drugą kadencję ogromną większością głosów(155 do 58, prawo wyboru mieli przedstawiciele socios). Wraz z objęciem stanowiska trenera prze Helenio Herrere poprawiły się wyniki sekcji piłkarskiej(2 tytuły ligowe, Puchar Hiszpanii i 2 Puchary Miast Targowych) a sekcja koszykarska wygrała lige hiszpańską po raz pierwszy w historii. Liczba socios w latach 1953-61 wzrosła znacząco z 33 tysięcy do 40 tys. Dnia 28 lutego 1961 r. Miro-Sans musiał podać się do dymisji z uwagi na fatalną sytuacje finansową klubu.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@Androchem Przecież on jest wychowankiem Barcy i ma hiszpańskie imie i nazwisko, więc jakim on jest holendrem?
0
@MarioVeB! Wątpie...
0
Oglądałem wczoraj mecz Holandii z Francją, no i na tych drugich nie ma mocnych. Jeśli Francuzi nie wygrają mistrzostw europy to bedzie niespodzianka. Argentyna i Francja to najlepsze drużyny na świecie i to nie przypadek że spotkały się w finale mistrzostw świata. Poza tym trzeba się modlić żeby Kylian Mbape nigdy nie trafił do Realu Madrid, gdyż ,,my" nie mamy takiego piłkarza żeby się mu przeciwstawić. A ten cały Czawi Simons to co on robi tam w Holandii? On powinien grać dla naszej Barcuni a przynajniej dla Hiszpanii
7
@FCBparasiempre
13 października 1955 roku w maleńkim Zelowie urodził się Krzysztof Surlit. Jego rzuty wolne wprawiały w osłupienie publiczność oraz bramkarzy drużyn przeciwnych. Stałe fragmenty i strzały z dystansu to była jego specjalność. Strzelał bramki największym zespołom z europejskiej czołówki, z Manchesterem United i Juventusem na czele. Niedoceniany symbol Widzewa, który po odejściu jego największych gwiazd – Zbigniewa Bońka i Władysława Żmudy – przyczynił się do jednego z największych sukcesów w historii polskiej klubowej piłki nożnej. Swój żywot zakończył tam, gdzie czuł się najlepiej – na boisku. Poznajcie historię (nie)zapomnianego Krzysztofa Surlita. Mieszkający niewiele ponad 50 km od Łodzi młody zawodnik pierwsze piłkarskie kroki stawiał w miejscowym Włókniarzu. Do Widzewa trafił jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Być może transfer ten nie doszedłby do skutku, gdyby nie fakt, iż w tym samym czasie do klubu mieszczącego się przy alei Piłsudskiego trafił z Legii starszy brat Krzysztofa Surlita, Wiesław. W roku 1973 zaczął pisać swoją piękną historię, która jest nieodłącznie związana z łódzkim zespołem. Piłkarz ten stanowił symbol słynnego „widzewskiego charakteru”. Hasło, dziś powtarzane chyba nad wyraz, dawniej znaczyło wiele. Wola walki, agresja, gra do upadłego – te wszystkie cechy odzwierciedlały jego grę. Na co dzień był raczej spokojnym człowiekiem, ale na boisku pozostawiał całe swoje serce. Słysząc o atomowych strzałach, mamy przed oczami takich piłkarzy, jak Ronald Koeman czy Roberto Carlos. Pod tym względem Krzysztof Surlit nie miał się jednak czego wstydzić i w niczym nie ustępował wyżej wymienionym gwiazdom. Stałe fragmenty wykonywał z nieprawdopodobną siłą oraz precyzją. Posyłane przez niego piłki nabierały niebywałej rotacji i leciały niczym pociski. Nieważne, czy strzelał z trzydziestu czy czterdziestu metrów. Bramkarzom, którym dane było posmakować jego piekielnych strzałów, wielokrotnie wyginały się ręce lub odparzały dłonie. Józef Młynarczyk, czyli drugi w historii Polak mogący pochwalić się zdobyciem Pucharu Mistrzów, wspominał, że stracił przytomność na jednym z treningów, gdy futbolówka uderzona przez Krzysztofa trafiła go w głowę. Siłę miał nie tylko w nogach, ale i w rękach. Przekonał się o tym pewnego razu jego kolega z zespołu – Zdzisław Rozborski, kiedy po jednym z powitalnych uścisków dłoni, wylądował na pogotowiu z pękniętym palcem. Styl Widzewa odpowiadał charakterowi samego zawodnika. Był to bardzo kompatybilny zestaw. Pierwsze problemy pojawiły się wraz z zawiadomieniem o obowiązku odbycia służby wojskowej. Klub z alei Piłsudskiego za wszelką cenę chciał zatrzymać swojego utalentowanego gracza, dlatego postanowił oddać go na jakiś czas do Startu Łódź. Cały plan spalił jednak na panewce, a piłkarz trafił ostatecznie do Zawiszy Bydgoszcz. Do swojego Widzewa powrócił w roku 1977 i grał tam aż do pamiętnego sezonu 1982/1983, jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego w historii klubowej polskiej piłki nożnej. Koniec lat 70. i początek 80. to bez wątpienia złoty okres w historii Widzewa. Klub, który dziś przeżywa wielki kryzys, świecił wtedy pełnym blaskiem. Kiedy Legia dotarła do półfinału Pucharu Mistrzów w sezonie 1969/1970, „Widzewiacy” zwyciężali w rozgrywkach okręgowych. Dwa lata później awansowali do drugiej ligi, do pierwszej – w roku 1975. Któż spodziewał się wówczas, iż to właśnie oni będą na ustach całej piłkarskiej Polski, a nie odwieczny rywal ze stolicy? Krzysztof Surlit nie strzelał zbyt wielu goli, ale zazwyczaj były to bramki kluczowe. Tak było chociażby w sezonie 1980/1981, gdy Widzew w 1/32 Pucharu UEFA sensacyjnie wyeliminował słynny Manchester United. Decydujące okazało się pierwsze spotkanie – RTS zremisował na Old Trafford 1:1. Gola na wagę awansu zdobył już w 6. minucie Surlit. Nie trzeba chyba dodawać, że bezpośrednio z rzutu wolnego… Rewanż zakończył się bezbramkowym remisem i to Łodzianie przeszli dalej. Swoją przygodę zakończyli w 1/8, kiedy musieli uznać wyższość angielskiego Ipswich Town. Największą sławę przyniosły mu jednak trafienia przeciwko Juventosowi. Sezon 1982/1983 na stałe zapisał się na kartach historii polskiego futbolu. Bez względu na sympatie klubowe, cała Polska kibicowała Widzewowi, który szedł jak burza i eliminował coraz mocniejszych rywali. W 1/16 piłkarze z alei Piłsudskiego poskromili Rapid Wiedeń. Nie pomógł nawet rzut karny strzelony po firmowym uderzeniu Antonina Panenki. W ćwierćfinale polskiemu zespołowi przyszło mierzyć się z naszpikowanym gwiazdami Liverpoolem. Ian Rush, Kenny Dalglish czy Bruce Grobbelaar, który przed Jerzym Dudkiem jako pierwszy zaczarował swoim tańcem przeciwników w finale Pucharu Mistrzów (stanie się to dopiero w 1984 roku). To tylko niektóre z wielkich nazwisk tamtej drużyny. „Widzewski charakter” pokazał wówczas swoją siłę jak nigdy dotąd. Zacięty bój, pełen emocji dwumecz i walka do samego końca dały Widzewowi przepustkę do półfinału. Tam czekał na nich Juventus Turyn. Zawodnikiem Starej Damy był już wtedy Zbigniew Boniek. Podopieczni Władysława Żmudy (nie mylić z byłym piłkarzem Widzewa, słynnym reprezentantem Polski) przegrali w Turynie 0:2. W drugim spotkaniu zremisowali 2:2 i, będąc o krok od wielkiego finału, pożegnali się z turniejem. Dwa gole strzelił wówczas Krzysztof Surlit; i to nie byle komu, bo samemu Dino Zoffowi. Widzewiacy mieli nadzieję na ostateczne zwycięstwo do samego końca, gdyż wygrywali 2:1. W końcówce jednak Michel Platini pewnie wykonał rzut karny podyktowany za faul na… Zbigniewie Bońku. Włosi zrewanżowali się tym samym za porażkę sprzed dwóch lat, kiedy to konkurs rzutów karnych zadecydował o tym, iż Widzew wyeliminował Juventus w 1/16 Pucharu UEFA. Niewątpliwie dwa gole z Juve umocniły nieco zapomnianą dziś legendę Krzysztofa Surlita. Ciekawa wobec tego wydaje się historia, którą można przeczytać w książce „Wielki Widzew”. Stefan Szczepłek jako jeden z niewielu dziennikarzy nie wystawił mu pochlebnej recenzji po tym spotkaniu. Napisał: „paradoksem jest, że gole zdobył jeden ze słabszych graczy”. Bohater tego artykułu po przeczytaniu tekstu podobno długo wpatrywał się w podsuniętą kartkę, a po głębszym zastanowieniu miał powiedzieć do kolegów: „on to wpier…”. W latach 90., czyli wiele lat po tym wydarzeniu, jego kolega z boiska, Tadeusz Świątek, zapytał o finał całej sprawy. Krzysztof wyciągnął tę samą kartkę, którą tamtego dnia wsunął to portfela, i rzekł: „Jeszcze go nie spotkałem, ale jak spotkam, to ją wpier…”. Stefan Szczepłek pytany o tę sytuację wspominał, że spotkali się potem kilka razy, ale nie wracali do tematu. W koszulce Widzewa wystąpił łącznie 176 razy i strzelił 30 bramek. Przyczynił się do zdobycia dwóch tytułów mistrza Polski w 1981 i 1982 roku. Jego gole z Manchesterem United i Juventusem Turyn po dziś dzień z nostalgią są wspominane przez wiernych kibiców łódzkiego klubu. Nigdy nie dane mu było wystąpić w dorosłej reprezentacji, choć niewiele brakowało, by pojechał na mistrzostwa świata do Argentyny w 1978 roku. Znalazł się w szerokiej czterdziestoosobowej kadrze, ale na mundial ostatecznie nie został powołany. W dorobku ma jedynie 8 występów w drużynie U-21. Krzysztof Surlit był prawdziwym twardzielem z krwi i kości. Do spotkań podchodził bardzo emocjonalnie. Po zawieszeniu butów na kołku próbował swoich sił jako trener i sędzia piłkarski. W latach 1999-2001 był nawet II trenerem swojego ukochanego Widzewa. 23 września 2007 roku wystąpił w pokazowym spotkaniu Gwiazd Polskiej Piłki Nożnej z Oldbojami Pogoni w Szczecinie. Jak później się okazało, był to ostatni mecz w jego życiu. Krzysztof Surlit zasłabł nagle podczas tego widowiska. Został przewieziony do szpitala, ale próby reanimacji nie powiodły się. Spoczywa na katolickiej części cmentarza na Zarzewiu w Łodzi.
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu, zwłaszcza ,,WIELKIEGO WIDZEWA”:
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Kessie
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
8
Zapomniane legendy polskiego pochodzenia:
13 października 1931 r. urodził się Raymond Kopaszewski, pomocnik, 3-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów pod rząd(1957,1958,1959 z Realem Madryt) ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ za rok 1958 oraz Najlepszy piłkarz Mistrzostw Świata w Szwecji(1958). Raymond Kopa Kopaszewski, czyli ,,Napoleon Futbolu” to chyba jedyny polski akcencik w Realu Madryt. Jak wiadomo nie grał on jednak dla reprezentacji Polski tylko dla Francji i siebie uważa bardziej za Francuza. Jego rodzice byli polskimi emigrantami, którzy przenieśli się do Francji(ojciec pracował w górnictwie) ze względu na trudną sytuację ekonomiczną w Polsce po odzyskaniu niepodległości. A szkoda bo niewątpliwie Kopa mógł być najlepszym piłkarzem w historii polskiej piłki. Jeśli chodzi o obecne czasy porównywać go można tylko z Zidanem... Piłką zaczął interesować się już w wieku 6 lat a klubem z którym w wieku 10 lat zaczął swoją wielką przygodę z futbolem był US Noeux-Les Mines. W rodzinie niestety nie przelewało się i 14-letni Raymond zaczął pracować w kopalni. Trzy lata spędził pracując w ciemnościach 600 metrów pod ziemią. Popołudniami jednak mimo zmęczenia nie rozstawał się z piłką, była to jedyna szansa na wyrwanie się z kopalni i z miasta. I tak został piłkarzem drugoligowego SCO d'Angers, gdzie grał dwa lata. Tam poznał swoją przyszłą żonę Christiane, której brat był zawodnikiem d'Angers od zawsze. Kopa swoją grą szybko zainteresował większe kluby i w 1951 roku za 1 800 000 franków został zawodnikiem Stade de Reims, zwolennikiem tego transferu był trener Reims Albert Batteux, który wypatrzył Raymonda podczas towarzyskiego meczu. Marzenia zaczęły się spełniać.
Na początku publiczność domagała się od niego tego, z czego słynął w drugiej lidze - dryblingów. I Kopa spełniał te zachcianki. Dopiero, gdy Batteux powiedział mu, że zacznie grać dla drużyny albo wylatuje z drużyny przestał i tak narodził się jeden z największych dyrygentów piłkarskich w historii. Stade de Reims szybko zaczęło dominować we Francji. W 1953 i 1955 roku Kopaszewski mógł dopisać do swojego konta pierwsze sukcesy - mistrzostwo Francji. Mało tego, w 1953 r. w Latin Cup, pucharze, który w owych czasach cieszył się sporym prestiżem, pokonali w finale AC Milan 3:0 a mistrzostwo z 1955 było przepustką do odbywających się pierwszy raz w historii rozgrywek o Puchar Mistrzów. Francuzi doszli do finału, gdzie spotkali oczywiście... Real Madryt. Bernabeu już od jakiegoś czasu przyglądał się Kopie i było bardzo prawdopodobne, iż ten wyląduje niedługo w Madrycie. Póki co miał do rozegrania mecz, a przystąpił do niego z bolącą kostką. I mimo, że starał się jak mógł nie zapobiegł porażce Reims 3:2. A od następnego sezonu na mecze zakładał już biała koszulkę. Nie można powiedzieć, aby francuski klub nie wyszedł na swoje - za transfer otrzymał 52 miliony franków. Za te pieniądze Reims sprowadził do siebie znaną trójkę: Fontaine, Vincent, Piantoni. Hiszpańscy fani szybko zaczęli mówić na niego Kopitta'. W Madrycie został skrzydłowym i w tej roli sprawdził się znakomicie. W dużym stopniu przyczynił się do sukcesów Królewskich, w tym dwóch mistrzostw Hiszpanii: 1957 i 1958 i trzech Pucharów Mistrzów: 1957, 1958 i 1959. I po trzech latach gry w Realu Madryt zdecydował się wrócić do Reims, być może dlatego, iż w Madrycie oprócz niego o grze decydowały takie gwiazdy jak Gento, Di Stefano i Puskas. Właśnie ten ostatni stał się idolem Francuza w Królewskich. Bernabeu próbował zatrzymać go w Madrycie - zaproponował pięcioletni kontrakt z podwojoną gażą. Jednak nie przekonał Kopy. Lecz trzy lata wystarczyły by stać się jasnym punktem w gwiazdozbiorze Królewskich. Zagrał w białych barwach 79 razy w La Liga strzelając 24 bramki i 22 mecze w Pucharze Mistrzów zaliczając 6 trafień. A w Reims znów powstała wspaniała ekipa: Kopa, Fontaine, Vincent, Jonquet, Penverne... W 1960 roku potwierdzili dominację we Francji, by powtórzyć sukces w 1962. Powoli jednak jego kariera dobiegała końca i w 1967 zawiesił buty na kołku. Jednak mówiąc o Kopie nie można zapominać o dokonaniach reprezentacyjnych. Zadebiutował 5 października 1952 roku meczem z RFN wygranym 3:1. Uczestniczył w nieudanych dla Francuzów Mistrzostwach Świata w 1954 roku. Rok później rozegrał świetne spotkanie w Madrycie z Hiszpanią wygrane 2:1 przez gości. Prawdopodobnie właśnie od tego momentu Bernabeu zapragnął mieć go u siebie. Wreszcie Mistrzostwa Świata 1958 roku. Tam Francuzów, którzy grali w składzie: Abbes - Kaebel, Jonquet[k], Lerond - Penverne, Marcel - Wiśniewski, Fontaine, Kopa, Piantoni, Vincent, zatrzymuje dopiero w półfinale Brazylia z takimi tuzami jak Didi, Pele, czy Garrincha. Francuzi grali w zasadzie w 10, gdyż od 35 minuty kontuzjowany Jonquet tylko spacerował po boisku, a zmian wtedy nie było. Na pocieszenie Francuzi pokonują w Göteborgu ówczesnego mistrza świata RFN 6:3 i zajmują 3 miejsce. Fenomenalnie grającego Kope okrzyknięto najlepszym piłkarzem World Cup! W ogromnej mierze dzięki jego grze Just Fontaine zostaje królem strzelców mistrzostw z rekordowym wynikiem 13 goli. Oprócz tego Raymond został nagrodzony Złotą Piłką za rok 1958. Ostatni raz trykot ,,Les Bleus” założył 11 listopada 1962 roku mając na koncie 45 występów i 18 goli. Jakiś czas temu przypomniał się Polsce, kiedy to w wieku 68 lat był gościem honorowym podczas meczu Polska - Francja na Saint Denis. O dziwo Polacy zaprezentowali wtedy dobry futbol i przegrali tylko 1:0('88 Zidane) i otrzymali pochwały za grę od Napoleona futbolu. Kopa został tak nazwany ze względy na swój geniusz i warunki fizyczne. W czasie piłkarskiej kariery mierzył tylko 169 centymetrów i ważył 68 kilogramów. W grudniu 2002 uczestniczył w obchodach stulecia Realu Madryt.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Po prostu El Clasico:
13 października 1999 r. na Camp Nou rozegrane zostało ligowe El Clasico, które zakończyło się wynikiem 2:2. To był najlepszy Klasyk z Realem od lat. W meczu nie brakowało goli, sytuacji strzeleckich i kontrowersji. Zawieszony trener Realu John Toshack zasiadł na trybunach. Goście wyszli aż czterema napastnikami. Już w pierwszej połowie Sergi powinien był być usunięty z boiska po wybiciu piłki ręką z linii bramkowej po strzale Geremiego, najlepszego gracza Realu w tym meczu. Zamiast tego Van Gaal zmienił Sergiego(zresztą bardzo niezadowolonego z tej decyzji) na Puyola. W drugiej połowie dzięki świetnej grze Figo, Blaugrana wyszła na prowadzenie 2:1 ale krótko po tym w 55 minucie za obrażanie sędziego został usunięty z boiska Kluivert. Tuż przed końcem spotkania wyrównał Raul Gonzalez(drugi gol w meczu), który palcem przyłożonym do ust uciszył Capm Nou. Był to pierwszy remis tych drużyn na Camp Nou po sześciu zwycięstwach Barçy z rzędu bez straty gola. Zainteresowanie meczem było ogromne, klub zainstalował 30 dodatkowych krzesełek w loży honorowej.
Przypomnijmy:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
5
Wybitne postacie Dumy Katalonii, o których żaden cule nie powinien zapominać:
13 października 1872 r. w Hottingen urodził się Walter Gustaw Wilde, szwajcarski elektryk ale przede wszystkim pierwszy w historii prezydent FC Barcelony! Wild był jedną z dwunastu osób na spotkaniu, na którym powstał klub, które odbyło się w gimnazjum Solé 29 listopada 1899 roku. Pochodzący z zamożnej szwajcarskiej rodziny był najstarszym z pierwotnych członków klubu a jego koledzy jednogłośnie mianowali go prezesem. Wild był bardzo wszechstronnym dżentelmenem, który pojawił się również w dziesięciu meczach FC Barcelony, w tym w pierwszym z drużyną kolonii angielskiej. Jednak na zawsze będzie najbardziej zapamiętany z tego co zrobił jako prezydent. Wild zezwolił na wykorzystanie swojego mieszkania w Carrer Princesa na posiedzenia zarządu i prowadził nieustanny spór dyplomatyczny z FC Català, który był najstarszym klubem piłkarskim w Barcelonie. Jednym z najważniejszych osiągnięć Wilda jako prezydenta był sposób, w jaki udało mu się zdobyć dla Barçy swój pierwszy stadion bez konieczności dzielenia się nim z FC Català, przy Hotelu Casanovas. Walter Wild był trzykrotnie ponownie wybierany na prezydenta między 13 grudnia 1899 a 27 grudnia 1900, ale został zmuszony do rezygnacji 25 kwietnia 1901, ponieważ musiał wyjechać do Anglii, będąc prezesem FC Barcelona przez 513 dni. Tego samego dnia, w którym złożył rezygnację, został mianowany członkiem honorowym w uznaniu za wszystko, co zrobił dla klubu. Wild bardzo rzadko śledził późniejszy rozwój klubu a prawie pół wieku później, kiedy był gościem honorowym Złotej Rocznicy FC Barcelony, był zdumiony, widząc, jak urósł klub, którym przewodniczył ponad 50 lat wcześniej.
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Najstarsze i najwspanialsze turnieje świata:
12 października 1924 r. meczem Paragwaj-Argentyna w Montevideo, rozpoczęła się 8 edycja Copa America. Pierwotnie turniej miał się odbyć w Paragwaju, gdyż wcześniej przyjęto zasade rotacyjną. Okazało się jednak że impreza tej rangi przerasta organizacyjne możliwości Asuncion i w efekcie turniej przeniesiono do Urugwaju. Startowały 4 ekipy, z których tylko Chile pogodziło się z rolą chłopca do bicia. Pozostałe trzy toczyły zażarte, wyrównane boje. Argentyński futbol był wówczas pogrążony w organizacyjnym chaosie, który podobnie jak w Urugwaju przybrał postać Wielkiej Schizmy(Asociasion Argentina kontra Asociasion Amateur), lecz przebiegał o wiele drastyczniej. Tak dalece że wielkie kluby zrzeszone w konkurencyjnej lidze zbojkotowały reprezentację. Sklecono ją więc z zawodników stołecznych Boca Juniors i Huracan oraz klubów prowincjonalnych. W tej sytuacji ciężar gry spoczywał na wypróbowanej już, żelaznej defensywie Boca(m.in. genialny bramkarz Tesoriere) i sprawdzonym także wcześniej doskonałym środkowym napastniku z Cordoby, Gabino Sosa. Natomiast Urugwaj, świeżo upieczony mistrz Olimpijski(co traktowano wówczas jako mistrz Świata) przystąpił do ostatniego meczu turnieju(de facto finału) z Argentyną w niemal identycznym ,,olimpijskim” składzie. Mecz zakończył się rezultatem 0:0 co dało pierwsze miejsce w grupie Urugwajowi, który tryumfował po raz piąty w historii.
Również 12 października tyle że 2 lata później(1926) mecz Chile-Boliwia w Santiago, zakończony zwycięstwem gospodarzy 7:1 zainaugurował 10 edycje Copa America. Po raz pierwszy w turnieju uczestniczyła Boliwia, która nawet nie mogła marzyć o najskromniejszym remisiku tracąc aż 24 gole! Niewiele lepiej zaprezentował się Paragwaj osłabiony brakiem świetnego Rivasa. Gospodarze wznieśli się na szczyty swoich możliwości szaloną ambicją nadrabiając pewne niedostatki techniczne. T ofiarność przyniosła zaszczytny remis 1:1 z Argentyną, lecz na Urugwaj już nie wystarczyła. Argentyna przywiozła do Santiago na ogół piłkarzy już dobrze znanych. Co raz któryś wyróżniał się bajeczną techniką i precyzją strzałów, jak choćby legendarny Gabino Sosa, zwany ,,Payador de la Redonda”. Payador to taki śpiewający gaucho, poetycki trubador argentyńskiej pampy. Zaś redonda, dosłownie ,,okrągła” to nic innego jak piłka. U boku Sosy pojawił się kapitalnie grający głową napastnik Roberto Cherro z Boca Juniors. Jednak nawet tak wybitni gracze nie byli w stanie sprostać drużynie ,,Celestes”, która wreszcie przestała upajać się wspomnieniami olimpijskiego tryumfu i po prosto ostro zabrała się do roboty. W efekcie Urugwaj w decydującym meczu pokonał Argentynę 2:0 i do wawrzynu olimpijskiego dorzucił laur kontynentalny. Królem strzelców został natomiast Chilijczyk David Arellano z 7 golami, jednak najlepszym piłkarzem turnieju został wybrany legendarny Jose Leandro Andrade. Warto również wspomnieć iż równie legendarny Hector Scarone strzelił aż 5(!) goli w jednym meczu(Urugwaj-Boliwia 6:0).
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Arkon
@AssisMoreira
0
@FcPortoFan1999 Jeśli dzisiaj nie wygramy przynajmniej 1:0 z ,,kelnerami", to PZPN absolutnie powinien wycofać reprezentacje z rozgrywek eliminacji do Euro 2024. Takie jest moje skromne zdanie...
7
@FCBparasiempre
Pan Roman był dobrze zapowiadającym się bokserem. Wrodzona duma sprawiła, że po pewnym turnieju rzucił rękawice w kąt i zajął się na poważnie piłką nożną. Jego kariera to seria wzlotów i upadków. Przez nieudane spotkanie z Węgrami nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie. W meczu przeciwko Hiszpanii zaprezentował się na tyle dobrze, że podobno zainteresował się nim Real Madryt. Jedna przesłana wiadomość sprawiła, że został odsunięty od kadry na dziesięć lat. Poznajcie historię Romana Korynta, swego czasu, najlepszego obrońcy w naszym kraju. Tylko najlepsi z najlepszych zyskują status legendy za życia. Roman Korynt był dla Lechii tym, kim Gerard Cieślik dla Ruchu i Lucjan Brychczy dla Legii. Być może najwierniejsi sympatycy wymienionych zespołów popukają się w czoło na takie stwierdzenie, lecz były polski obrońca to ktoś naprawdę wyjątkowy. Jeszcze nie tak dawno, kiedy Roman Korynt pojawiał się na stadionie w Gdańsku, ludzie wstawali z miejsc. To mówi samo za siebie. Roman Korynt przyszedł na świat 12 października 1929 roku w Tczewie. Kiedy miał kilka miesięcy, jego rodzice postanowili przeprowadzić się do Gdyni. Co ciekawe, to właśnie w tym mieście mieszka do dziś, chociaż jego nazwisko niezaprzeczalnie jest kojarzone z Gdańskiem. Już jako kilkunastoletni chłopiec musiał pomóc rodzinie, dorabiając jako pomocnik kowala. Ośmiogodzinna harówka przy użyciu dziesięciokilogramowego młota. I tak dzień w dzień. Ciężka praca od najmłodszych lat zahartowała jego ciało i wpłynęła na osobowość przyszłego nieustępliwego obrońcy. Pan Roman podczas jednego z wywiadów udzielonego dla portalu „Łączy nas piłka” podsumował to w ten sposób: ,,Jako nastolatek nabiłem muskuły. Po czterech miesiącach przyszło wyzwolenie, Niemcy poszli, a muskuły zostały”. Zainteresowanie sportem sprawiło, że po zakończeniu wojny zaczął treningi w miejscowym Gromie. W gdyńskim klubie uprawiał zarówno piłkę nożną jak i boks. Z początku wydawało się, że to właśnie pięściarstwo jest jego przeznaczeniem. Korynt zdradzał nieprzeciętny talent. Dwukrotnie został mistrzem Wybrzeża juniorów. W książce Pana Stefana Szczepłka „Moja historia futbolu” możemy przeczytać o tym, iż do treningów zachęcał go legendarny Feliks Stamm – podoficer Wojska Polskiego i wychowawca wielu przyszłych mistrzów boksu – Jerzego Kuleja, czy Zbigniewa Pietrzykowskiego. Korynt był również sparingpartnerem „Bombardiera z Wybrzeża”, pierwszego powojennego medalisty olimpijskiego – Aleksego Antkiewicza. Jedna sytuacja sprawiła, że przyszły reprezentant Polski porzucił marzenia o pięściarstwie. Podczas pewnego turnieju został zwyczajnie oszukany przez sędziów, którym zależało na zwycięstwie boksera Gwardii. Korynt, wyraźnie lepszy od swojego przeciwnika, postanowił unieść się dumą i raz na zawsze zakończyć przygodę z boksem. Nie zerwał jednak całkowicie ze sportem. Poświęcił się za to jednej dyscyplinie – piłce nożnej. Wtedy też przeniósł się z Gromu do nieco zapomnianego dziś, najstarszego klubu w Gdańsku – Gedanii. Po dwóch latach przyszło zawiadomienie o obowiązku odbycia służby wojskowej, przez co zawodnik musiał zmienić otoczenie. Początkowo trafił do zwyczajnej jednostki, gdyż nowi koledzy nie znali jego sportowej przeszłości. Z czasem wznowił treningi w drużynie OWKS Lublin, skąd bardzo szybko został dostrzeżony przez CWKS. W barwach Legii zadebiutował 22 lipca 1951 roku w meczu przeciwko Gwardii. Co ciekawe, w tym samym spotkaniu pierwszy mecz w barwach Wojskowych rozegrał Leszek Jezierski, także sprowadzony z Lublina. Niecały rok później, 25 maja 1952 roku, Roman Korynt zadebiutował z orzełkiem na piersi. Towarzyska potyczka przeciwko Rumunii w Bukareszcie zakończyła się minimalną porażką biało-czerwonych 0:1, a zawodnik Legii przebywał na boisku od początku do końca spotkania. Jak sam przyznawał po latach, niewiele pamięta z tego debiutu, zapewne przez stres. Od tamtej chwili czuł jednak niebywałą dumę i obiecał sobie, że będzie trenował jeszcze ciężej. Po odbyciu służby wojskowej, Roman Korynt przeniósł się do Lechii Gdańsk. Grał dla niej nieprzerwanie w latach 1953-1967, walnie przyczyniając się do największych sukcesów w historii klubu. W 1955 roku wraz z gdańskim zespołem dotarł do finału Pucharu Polski, po drodze pokonując krakowską Wisłę, warszawską Gwardię, czy Odrę Opole. W finale piłkarze z Wybrzeża spotkali się z drużyną Legii. Wojskowi, z Szymkowiakiem, Pohlem, czy Brychczym, pewnie wygrali 5:0. Rok później Lechia wywalczyła za to najlepszy rezultat w historii ich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Gdańszczanie zajęli trzecie miejsce, ustępując jedynie Ruchowi Chorzów i Legii Warszawa. Osobnym rozdziałem w karierze Romana Korynta jest reprezentacja.
Trzy tygodnie po debiutanckim spotkaniu przeciwko Rumunii, nasz bohater miał okazję zagrać drugi raz w biało-czerwonych barwach. Rywal był jednak z dużo wyższej półki. Reprezentacja Węgier, choć trudno to sobie dziś wyobrazić, była prawdziwą piłkarską potęgą. Złota węgierska jedenastka z lat pięćdziesiątych należała do ścisłej światowej czołówki. Statystyki także nie napawały optymizmem przed tym spotkaniem. Dwa ostatnie boje z Węgrami kończyły się dla nas tęgim laniem – 0:6 w 1951 i 2:5 w 1950 roku. Korynt miał bardzo trudne zadanie. Musiał pilnować w tym meczu Kocsisa i Puskasa, czyli jednych z najlepszych piłkarzy tamtego pokolenia na świecie. Młody zawodnik, delikatnie mówiąc, nie poradził sobie z tym zadaniem. Po pierwszej połowie na tablicy świetlnej widniał wynik 0:5 i Korynt został zmieniony. W drugiej odsłonie Węgrzy byli łaskawi i więcej bramek nam nie strzelili. Mecz zakończył się ostatecznie rezultatem 1:5, a Pan Roman czuł się bardzo zawiedziony swoją postawą. Wiedział, że zawiódł i najprawdopodobniej nie pojedzie na Igrzyska Olimpijskie do Helsinek. Na jednej z wycinek dotyczących tego towarzyskiego spotkania z Węgrami, napisał wówczas – „Tracę szansę wyjazdu”. Na kolejne Igrzyska Olimpijskie, w których wzięła udział piłkarska reprezentacja Polski, także nie pojechał, choć z zupełnie innego powodu. W 1960 roku, na kilka miesięcy przed imprezą w Rzymie, Roman Korynt był czołowym obrońcą w naszym kraju. W latach 1959 i 1960 został wybrany najlepszym piłkarzem w plebiscycie katowickiego „Sportu”. Był zatem pewniakiem, jeśli chodzi o miejsce w kadrze. Obok Gerarda Cieślika, wymieniano go jako głównego bohatera niezapomnianego zwycięstwa ze Związkiem Radzieckim w 1957 roku. W meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy przeciwko Hiszpanii, krył samego Alfredo Di Stefano. Spotkanie zakończyło się porażką biało-czerwonych, ale Korynt zaprezentował się na tyle dobrze, że obok Lucjana Brychczego miał znaleźć się w kręgu zainteresowań słynnego Realu Madryt. Co więc poszło nie tak? Podczas pobytu reprezentacji w Niemczech, obrońca poznał mężczyznę mówiącego po polsku. Jegomość opowiadał, że pochodzi z Gdańska. Panowie utrzymali kontakt i pisali do siebie korespondencję. W jednym z listów, tajemniczy nieznajomy zapytał o zarobki piłkarza. Korynt odpisał zgodnie z prawdą, że otrzymuje 300 złotych za wygrany mecz. Kilka dni później informacja ta została przekazana niemieckiej prasie i zrobiła się afera. Zgodnie z panującymi zasadami, w Igrzyskach Olimpijskich mogli brać udział jedynie amatorzy, którzy nie pobierali żadnego wynagrodzenia. Zachodni dziennikarze podgrzewali atmosferę, pisząc, że niemieccy amatorzy grali z polskimi zawodowcami. Dlaczego? Niemcy przegrali z nami w eliminacjach, więc ów jegomość miał nadzieję, że przez tę intrygę zostaniemy zdyskwalifikowani. Piłkarz tłumaczył później przedstawicielom PZPN-u, iż pisząc o pieniądzach, miał na myśli zwrot utraconych zarobków. Wyjaśnienia te przesłano następnie do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który uznał je za wystarczające. Wydawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, a Koryntowi nic nie grozi. Był to jednak początek poważnych problemów. Zawodnik Lechii nie mógł wyjeżdżać z klubem na żadne mecze zagraniczne, a w reprezentacji Polski otrzymał szlaban na…10 lat. Wrodzona ufność do ludzi spowodowała, że najlepszy obrońca w naszym kraju został potraktowany jak zdrajca. Z tego powodu nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie, a jego licznik gier z orzełkiem na piersi zatrzymał się na trzydziestu czterech występach (w tym czterech w roli kapitana). Obrońca był bardzo zdołowany całą sytuacją, ale postanowił, że się nie podda. Motywacja z jaką przystąpił do gry po tym niesprawiedliwym zawieszeniu, korzystnie wpłynęła na defensywę Lechii. Gdańszczanie w dziesięciu kolejnych spotkaniach nie stracili bramki. Zresztą, Pan Roman grał z powodzeniem w klubie z Wybrzeża aż do 1967 roku. Łącznie ma na koncie ponad 200 spotkań w biało-zielonych barwach. Roman Korynt jest żywą legendą Lechii Gdańsk. Kibice pamiętali o nim, zapraszając na mecze. Miał tam swoją lożę. W końcu to jego drugi dom. Prowadził sportowy tryb życia i jak sam przyznawał, nigdy nie pił podczas zgrupowań. Nawet podczas prywatnych spotkań z kolegami był jednym z nielicznych, którzy odmawiali. Wspominał, że pierwszy raz spróbował alkoholu po pamiętnym zwycięstwie odniesionym nad Związkiem Radzieckim. W dniu jego 85.urodzin, Polski Związek Piłki Nożnej przyjął Pana Romana do elitarnego Klubu Wybitnego Reprezentanta, czym niejako złożył ukłon byłemu piłkarzowi i przeprosił za zawieszenie sprzed lat. Formalnie trzeba bowiem rozegrać przynajmniej 80 spotkań w drużynie narodowej, aby znaleźć się w tym gronie. Obok Zdzisława Puszkarza został również wybrany najpopularniejszym piłkarzem 70-lecia Lechii Gdańsk. Uhonorowano go również Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Ma na swoim koncie również tytuł Piłkarza 50-lecia Wybrzeża. Wielkie sukcesy, co trzeba podkreślić, idą w parze z wielką osobowością Pana Romana. Skromność, z jaką opowiadał o swojej karierze i duma, która rozpiera go gdy wspomina występy z orzełkiem na piersi, powinny stanowić przykład dla kolejnych pokoleń.
8
Zapomniane(mam nadzieje że nie przez wszystkich) legendy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@patataj
@Sensible