10

Feliz cumpleaños panowie De Boer!

15 maja 1970 r. urodzili się holenderscy bracia De Boer. 15 stycznia 1999 r. FC Barcelona ogłosiła transfer braci Franka i Ronalda de Boer z Ajaxu Amsterdam do FC Barcelony. Za zawodników zapłacono odpowiednio 11 i 10 milionów euro. Louis Van Gaal, który był trenerem bardzo naciskał na zakup przede wszystkim obrońcy reprezentacji Holandii, brat przyszedł niejako w pakiecie. Guardiola tak podsumował transfer kolejnych graczy z Kraju Tulipanów do FC Barcelony: „Gdybym to ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Frank występował w Dumie Katalonii przez pięć sezonów i był podstawowym zawodnikiem, natomiast Ronald po dwóch mocno nieudanych dla siebie latach opuścił Camp Nou i przeniósł się do Glasgow Rangers gdzie stał się jedną z legend i ikon klubu z Ibrox Stadium.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

5

@FCBparasiempre
Przegranie mistrzostwa boli, szczególnie jeżeli walczysz o pierwszy tytuł w historii. Musi boleć tym bardziej, jeżeli przegrywasz go po ostatnim meczu. Trudno sobie wyobrazić jednak jak dużym bólem musi być stracenie tytułu w ostatniej kolejce, kiedy dodatkowo nie wykorzystujesz rzutu karnego w ostatnich minutach meczu. Z tym doświadczeniem musieli sobie poradzić kibice Deportivo La Coruña pewnej majowej nocy 1994 roku. “To była 22.14 czasu miejscowego. La Coruña nigdy nie zapomni tej godziny. Boisko, które było miejscem pełnym pożądania i dążenia do celu, nagle zamilkło i umarło. Minutę później liga była zakończona.” To miało być wielkie święto w 200 tys. galicyjskim mieście. Portowa aglomeracja kojarzona była wcześniej przede wszystkim z tego, że była siedzibą znanego na świecie koncernu odzieżowego Inditex. 14. maja 1994 miał to jednak zmienić i zaznaczyć wyraźnym kółkiem La Corunę na mapie piłkarskiego świata. Były to początki mitycznego “SuperDepor” – ekipy, która na ponad dekadę wdarła się szturmem do wielkiej czwórki w Hiszpanii, stając się jednocześnie postrachem całej piłkarskiej Europy. Zespół występował wcześniej w głównej mierze w Segunda Division i nikt w La Corunii nie brał nawet pod uwagę możliwości walki o najwyższe trofea. Wszystko zmienił rok 1988 i wybór na prezesa Augusto Cesara Lendoiro. Pod jego wodzą zespół w zaledwie sześć sezonów przepoczwarzył się w hiszpańskiego giganta. Pierwsza eksplozja formy SuperDepor miała miejsce w sezonie 1993/1994. Zespół wykorzystywał kryzys Realu Madryt, a także nierówną formę Barcelony. Zresztą słabość “Królewskich” Galisyjczycy uwypuklili w bezpośrednim starciu na “El Riazor”, w którym zmiażdżyli gości z Madrytu 4:0. Był to manifest, potwierdzający mistrzowskie aspiracje zespołu z La Coruni. Od 18. kolejki Los Blanquiazules przewodzili ligowej stawce. W trakcie sezonu przegrali jedynie cztery spotkania i stracili tylko 18 goli – wynik, którego z pewnością nie powstydziłoby się Atletico Diego Simeone. No właśnie – przewodzili do ostatniej kolejki. Wówczas na Riazor miała przyjechać Valencia, a bezpośredni rywal do tytułu – Barcelona, podejmował u siebie Sevillę. Deportivo miało dwa punkty przewagi, ale gorszy stosunek bramek. W efekcie każde zwycięstwo Blaugrany wymagało również wygranej zespołu z La Corunii. Rywalem był jednak doświadczony zespół, mający wiele do udowodnienia… ,,Djukić rzucił się bezwładnie na ziemię. Jego koledzy podbiegli do niego i zaczęli go podnosić. Ludzie próbowali dostać się do piłkarzy i ich objąć. Oczy Serba nie kontaktowały, kiedy Nando podbiegł do niego i podniósł go z ziemi.” Ekipa “Nietoperzy” w latach 90-tych i na początku XX wieku miała tę niesamowitą przypadłość, że mecze z ich udziałem urastały do miana legendarnych. Oprócz wspomnianego spotkania z Barceloną były przecież finały Ligi Mistrzów z Realem i Bayernem (zwłaszcza ten drugi), półfinał Champions League z 2000 roku z Barceloną (słynne 4:1 na Mestalla) czy też pogrom, jaki zgotowali Lazio w ćwierćfinale w tej samej edycji, ogrywając ich w Walencji 5:2. I tym razem – w 1994 roku – Valencia odegrała swoją istotną rolę i chociaż nie uczestniczyła bezpośrednio w wyścigu o tytuł, praktycznie o nim zadecydowała. Całe miasto czekało na spotkanie i ewentualną – pomeczową fiestę. Napięcie wyczuwalne było już na kilka dni przed meczem. Mieszkańcy nerwowo stąpali z jednej nogi na drugą, restauracje wypełniły rozmowy o spotkaniu. Na samym stadionie w dniu meczowym, atmosfera była tak gęsta, że można by ją było pociąć na kawałki. Co gorsza, Deportivo musiało grać w roli atakujących, podczas gdy sukces całego sezonu oparty był na żelaznej obronie, doskonałej organizacji gry i konsekwencji zespołu. Owszem, w ataku szalał Brazylijczyk Bebeto, na skrzydle swoimi rajdami obronę przeciwnika rozbijać mógł Fran, a wszystkim z tyłu dowodził inny znakomity Brazylijczyk – Donato. DNA drużyny opierało się jednak na wartościach, których klub w tym przypadku nie potrzebował najbardziej. “Część piłkarzy ,,Depor” leżało bezwładnie na boisku, część w ciszy udała się do szatni stadionu. ale riazor powstawało, atmosfera miała się zmienić…” Arsenio Iglesias, legendarny trener Deportivo miał tego świadomość. Przeczuwał też, że wynikające z tego faktu zagrożenia. Nic więc dziwnego, że przed rozpoczęciem spotkania na telewizyjnych zbliżeniach widać było nerwowo chodzącego wokół ławki rezerwowych Iglesiasa, rozglądającego się niepewnie po stadionie. Ale ,,Riazor” wierzyło. Całe miasto wierzyło. Las rąk i szalików z herbem klubowym towarzyszyły pierwszemu gwizdkowi arbitra, a głośny doping miał zdeprymować gości z Valencii. Na stadionie pojawiły się transparenty “SuperDepor” obwieszczające nadejście nowej siły w hiszpańskim futbolu i być może – przyszłego mistrza. Spotkanie zaczęło się od fizycznej walki o środek pola. Już na samym początku spotkania żółtą kartką ukarany został Donato – etatowy wykonawca stałych fragmentów gry w zespole Iglesiasa. To na pierwszy rzut oka błahe upomnienie, okazało się kluczowym w kontekście całego sezonu i walki o mistrzostwo. Trener Deportivo zmuszony był ściągnąć Donato w drugiej połowie w obawie przed złapaniem przez niego czerwonej kartki, co pozbawiło zespół specjalisty od uderzeń stojącej piłki, a co za tym idzie – egzekutora potencjalnego rzutu karnego… “Ok. 2 tysięcy kibiców zaczęło kotłować się koło wejścia do szatni. Wypełnili całe boisko i byli z drużyną. Nagle cały stadion zaczął wiwatować na cześć piłkarzy, a Augusto Cesa Lendoiro machał do nich z trybun”.

Pierwsze 15 minut było wyrównane, przy czym zaczęła klarować się delikatna przewaga Deportivo, głównie za sprawą wszędobylskiego Mauro Silvy i kreatywnego Frana, szalejącego po całej szerokości boiska. Trybuny również nie odpuszczały, a stadion żył meczem, nagradzając swoich zawodników podwójną porcją braw za każde dobre zagranie. Dodatkowo trybuny oszalały z radości po informacji o golu Diego Simeone, dającej prowadzenie Sevilli na Camp Nou. To były dobre złego początki. Napór Deportivo wzrastał, czego efektem były dwie sytuacje bramkowe Bebeto czy też rzut rożny, po którym blisko szczęścia był Mauro Silva. Brakowało jednak postawienia kropki nad “i”. W międzyczasie stadion przeszedł cichy szmer – Christo Stoiczkow wyrównał i Barcelona wracała do gry o mistrzostwo. Wbrew swojemu defensywnemu stylowi gry Deportivo napierało jednak coraz mocniej, tłamsząc wszelkie ataki Valencii w zarodku i neutralizując świetnego Predraga Mijatovicia. Ostatecznie Deportivo nie przełamało obrony Valencii do przerwy, ale i tak sytuacja układała się dla zespołu z Riazor komfortowo. Davor Suker wyprowadził Sevillę ponownie na prowadzenie i Barcelona znów była pod kreską. Mistrzostwo było tuż, tuż. “Lendoiro płakał a ludzie wiwatowali i skandowali jego nazwisko. Krzyczeli też, że miasto nie zaśnie i utonie w morzu alkoholu. Młodzi ludzie chcieli, żeby idole poczuli ich wsparcie w tym momencie.” Tylko 45 minut dzieliło Deportivo od pierwszego w historii mistrzostwa. Jak się jednak miało okazać, było to bardzo długie 45 minut. Przede wszystkim, sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać na Camp Nou. Świetnie grająca do tej pory Sevilla załamała się pod naporem Barcelony, która w drugiej połowie zaczęła regularniej ostrzeliwać bramkę “Sevillistas”. Efektem były cztery gole dla Blaugrany, które totalnie rozbiły zespół z Sewilli i nałożyły olbrzymią presję na Deportivo. Co więcej, z boiska musiał zejść Donato, a Valencia odgryzała się coraz groźniejszymi kontratakami. Ataki Deportivo stawały się coraz bardziej rozpaczliwe, ratując się dośrodkowaniami i strzałami z dystansu – w większości niecelnymi. Doszło też do zmian, z boiska zszedł m.in. Donato, a pojawił się na nim Alfredo. To właśnie ten zawodnik posłał w 87 minucie dośrodkowanie w pole karne, które przejął Bebeto i odegrał do dynamicznie wchodzącego w pod bramkę rywala Nando. Na jego drodze bezpardonowo stanął Alvaro Cervera i sędzia zagwizdał, wskazując na 11 metr. Stadion eksplodował. Deportivo dostało karnego, którego zespół tak mocno łaknął i którego tak mocno potrzebował… “Kibice krzyczeli że życie w La corunii jest piękne. Skandowali też nazwisko Djukicia, nazywając przyjacielem całego miasta…” Na boisku nie było już jednak Donato, a drugi strzelec w klubowej hierarchii – Bebeto, spudłował karnego tydzień wcześniej. Do piłki podszedł więc Miroslav Djukić. Był to jego czwarty sezon w Galicji. Szanowany serbski obrońca, o wielkim sercu do walki, trudny do przejścia, świetnie grający w powietrzu i respektowany w całej lidze. Wydawał się idealnym kandydatem, który wytrzyma tę niewyobrażalną presję. Djukić położył piłkę, wziął głęboki oddech, rozbieg i … strzelił za słabo. Jose Luiz Gonzalez wyczuł jego intencje, a strzał był na tyle słaby, że mógł jeszcze piłkę złapać. Wyglądało to trochę tak, jakby Djukicia w trakcie rozbiegu opuściły siły witalne. Mistrzem została Barcelona, Deportivo musiało zadowolić się drugim miejscem. Dramatyczny finał rozgrywek, jaki La Liga widziała później jedynie jeszcze w postaci legendarnego “Tamudazo” w 2007 roku, zapewniającego tytuł Realowi, kosztem FC Barcelony. Zespół z La Corunii stracił szansę na pierwsze mistrzostwo ale to nie był koniec “SuperDepor”. Odbili sobie to niepowodzenie w 1999 roku, niespodziewanie wygrywając mistrzostwo Hiszpanii. Jednak już bez Miroslawa Djukicia, wówczas piłkarza Valencii, który przed sobą miał jeszcze dwa wielkie rozczarowania w swojej karierze, w postaci przegranych finałów Ligi Mistrzów…

11


Żywe legendy polskiego futbolu:

14 maja 1962 r. urodził się Jan Urban. Świetny bramkostrzelny napastnik lub ofensywny pomocnik, którego gwiazda z równą mocą błyszczała na polskim podwórku, jak i poza granicami. Mimo to wiele osób do dziś twierdzi że talent Urbana nie został w pełni wykorzystany. Swoje występy w ekstraklasie rozpoczął od gry dla Zagłębia Sosnowiec. Nie były to jednak złote lata tej drużyny. Najwyżej udało jej się uplasować na 5 miejscu. W tej najszczęśliwszej od wielu sezonów kampanii sosnowiczan sam Urban jednak aż 11-krotnie wpisał się na liste strzelców. Dzięki temu na jego transfer zdecydował się Górnik Zabrze. Tutaj stworzył znakomity kwartet ofensywny z Andrzejami: Iwanem, Pałaszem i Zgutczyńskim. Każdy z nich uczestniczył w MŚ. Zbiegiem okoliczności debiut w barwach nowego klubu w Ekstraklasie wypadł w starciu z poprzednim zespołem. W czterech kolejnych sezonach ani razu dorobek indywidualny Urbana nie spadł poniżej 10 goli. W trzech ostatnich był najlepszym strzelcem Górnika, choć nie zawsze występował w najbardziej wysuniętej do przodu formacji. Najokazalej wypadł w sezonie 1987/88, gdy strzelił aż 17 goli, plasując się na 3 miejscu w klasyfikacji strzelców. Najpiękniejszą partie rozegrał jednak w początkach kolejnej edycji, gdy Górnik rozgromił 8:3(!) Szombierki Bytom. On sam przyczynił się do tego trzema prześlicznymi golami. Najpiękniejsza z nich zdobyta została przewrotką. Trzykrotnie też wówczas asystował. Urban świetnie grał również głową. Zdarzały się mecze ligowe, w których tą częścią ciała strzelał nawet 2 gole. Stąd porównywano go czasem do Szarmacha. Wraz z Górnikiem 3 razy z rzędu został mistrzem Polski. Dwukrotnie awansował z tym klubem do 1/8 PEMK.

W reprezentacji wystąpił na MŚ 1986. Trener Piechniczek stawiał na niego w każdym z czterech spotkań białoczerwonych podczas tego turnieju, w tym 3 razy w wyjściowym składzie. Jedyny wyjątek stanowiło starcie z Marokiem na otwarcie turnieju. Tu jednak znakomicie pokazał się jako zmiennik. ,,Dopiero wejście Urbana zmieniło nieco obraz gry”- opisywała ,,Trybuna Ludu”. Wcześniej był ważną postacią w końcówce eliminacji do mundialu. ,,Był to dla mnie najważniejszy mecz w dotychczasowej karierze. Chcieliśmy wygrać, nie udało się ale jedziemy do Meksyku. Owszem grałem twardo ale przecież Belgowie również nie przebierali w środkach”- opowiadał na gorąco po starciu z Belgią pieczętującym awans. Uznano go za najlepszego zawodnika tego meczu wespół z Młynarczykiem. W sumie w reprezentacji zagrał 57 razy, strzelając 7 goli. Brał też udział w MŚ-18 w 1981 r. Po wyjeździe z Górnika trafił do Hiszpanii. Był pierwszym piłkarzem wytransferowanym z Ekstraklasy do Primera Division. To właśnie tam zdobył się na wyczyn, który okrył go największą sławą. W barwach Osasuny Pampeluna uzyskał hat-tricka na Estadio Santiago Bernabeu przeciwko Realowi Madryt! Potem grał jeszcze w Realu Valladolid, CD Toledo oraz VFB Oldenburg. Na zakończenie kariery wrócił do Górnika. W ostatnim czasie stał się jednym z najbardziej cenionych trenerów ligowych. Z Legią Warszawa dwukrotnie sięgał po mistrzostwo Polski, tyle samo razy udało mu się zdobyć Puchar Polski. Z Wojskowymi oraz z Lechem Poznań zwyciężał w rozgrywkach o Superpuchar Polski. Oprócz tych dwóch zespołów prowadził jeszcze Polonie Bytom, Zagłębie Lubin, Osasune, Lech Poznań, Śląsk Wrocław a obecnie prowadzi Górnik Zabrze.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

10

FC Barcelona odzyskała mistrzostwo Hiszpanii:

14 maja 2005 r. po remisie z Levante(1:1) w 36 kolejce Primera Division, Duma Katalonii sięgnęła po 17-te mistrzostwo Hiszpanii po sześciu latach przerwy. Dzień później wraz drużyną na ulicach miasta świętowało ponad milion spragnionych tytułów fanów. Fiesta skończyła się na Camp Nou, gdzie Samuel Eto’o po otrzymaniu mikrofonu zaintonował obraźliwą przyśpiewke: ,,Madrid, cabron saluda al Campeon!”(Madryt, rogaczu, pokłoń się mistrzowi). To wydarzenie stanowiło pożywke dla madryckich gazet, dla których ten wybryk stał się wydarzeniem tygodnia.


@Visca_barca
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Kolejne zdobyte trofeum przez FC Barcelone:

14 maja 1997 Duma Katalonii zdobyła swój czwarty i zarazem ostatni Puchar Zdobywców Pucharów. Drużyna Sir Bobby’ego Robsona pokonała w drodze do finału AEK Larnace, Crvene Zvezde, AIk Sztokholm oraz AC Fiorentine. W decydującym spotkaniu na De Kuip w Rotterdamie Blaugrana pokonała w finale PSG 1:0. Katalończycy przybyli do Holandii na dwa dni przed meczem z czterogodzinnym opóźnieniem. Powodem był fałszywy alarm bombowy na pokładzie samolotu. Trener Robson denerwował się gdyż zespół chciał poświęcić popołudnie na odpoczynek. Mimo kłopotów Blaugrana zwyciężyła z ekipą Brazylijczyka Raia, który pokonał Barçe w Pucharze Interkontynentalnym w 1992 r. i w Lidze Mistrzów w 1995 r., za każdym razem strzelając gola. Jedynego gola w Rotterdamie zdobył w 37 minucie z rzutu karnego Ronaldo. To był ostatni występ Brazylijczyka w barwach Dumy Katalonii. Z trybun widowisko oglądał Van Gaal, który w przyszłym sezonie objął FC Barcelone. Bobby Robson był świadomy że jego posada wisiała na włosku i mimo zdobycia tego Pucharu został jednak zwolniony.

Wspomnień czar:





@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

11

O tym się mówi, o tym się pisze, o tym trzeba wiedzieć!

14 maja 1994 r. FC Barcelona zdobyła czwarte z rzędu mistrzostwo Hiszpanii w niecodziennych okolicznościach. W ostatniej kolejce Blaugrana zgodnie z planem wygrała w ostatniej kolejce z FC Sevillą 5:2. To jednak jeszcze nie wystarczało bowiem liderem przed ostatnią serią spotkań było Deportivo La Coruña i wygrana na własnym stadionie z Valencią dawała piłkarzom z Galicji pierwszy w historii klubu tytuł. Na Estadio El Riazor długo jednak utrzymywał się wynik bezbramkowy. Wreszcie w ostatniej minucie meczu, Deportivo wywalczyło rzut karny. Podstawowy wykonawca ,,jedenastek” Donato został zmieniony a jego zastępca Bebeto odmówił podjęcia odpowiedzialności. W końcu odpowiedzialność na swoje barki wziął Serb Djukič, który uderzył jednak w środek bramki strzeżonej przez Vazqueza i bramkarz ,,Nietoperzy” nie miał problemu z obroną tego strzału. Duma Katalonii trzeci raz z rzędu zdobyła mistrzostwo dzięki wpadce rywali w ostatniej kolejce. Trzeba przyznać iż Ś.p. Johan Cruijff miał niebywałego farta i to aż trzy razy pod rząd!



@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

8

Duma Katalonii w Copa del Rey:

14 maja 1922 r. FC Barcelona po raz czwarty w historii sięgnęła po Puchar Hiszpanii. W finałowym starciu w Vigo, Blaugrana pokonała Real Union Club Irun aż 5:1! Gole dla Barçy zdobywali: Torralba, Samitier, Clement Gracia oraz dwa gole genialny Paulino Alcantara. Zamieszki, do których doszło po meczu, łącznie z atakami na piłkarzy Blaugrany wywołały ogromne wzburzenie w Barcelonie. Wszystko to przełożyło się na pamiętne przywitanie drużyny. Przy ,,Passeig de Gracia” na zawodników czekało ponad 20 tysięcy ludzi. Tłum eskortował drużynę aż do placu ,,Sant Jaume”, gdzie została ona przyjęta przez burmistrza Ferrana Fabrę i Puiga, markiza d’Allela i prezydenta Mancomunitatu Josepa Puiga i Cadafalcha. Blaugrana wystąpiła w składzie: Zamora, Planas, Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Piera, Martinez, Gracia, Alcantara, Sagi Barba.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

0

@Emhyr Nie zwróciłem uwagi, przepraszam

0

Araujo nie gra decyzją trenera, czy też nazbierał już 5 kartek?

7

Duma Katalonii w Copa del Rey:

13 maja 2009 FC Barcelona pokonała na Estadio Mestalla Athletic Bilbao 4:1 i sięgnęła po raz 23 w historii po Puchar Hiszpanii. Myślę że większość z was pamięta to wydarzenie? Przypomnę tylko strzelców goli: Yaya Toure(32 minuta), Messi(55 minuta), Krkič(57 minuta) oraz Xavi(64 minuta). Dobrze pamiętam ten finał bo nagrywałem go na płyte dvd a mecz jeśli się nie myle transmitowała telewizyjna jedynka.

A jeśli ktoś nie pamięta to proszę uprzejmie:





@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
@Visca_barca

9

Premierowe ,,El Clasico” na własnym stadionie:

13 maja 1905 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z Realem Madrid(ówcześnie jeszcze FC Madrid) na własnym stadionie Camp del Carrer Muntaner. To był mecz towarzyski, który FC Barcelona wygrała 5:2, po dwóch golach Charlesa Walleca i Ponza oraz jednym legendarnego Romy Fornsa.


@Visca_barca
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

0

@MesQueUnClub96 Dla mnie szwabka tak samo jak Klose i Podolski!

0

0

Igo(!), Igunio kohana, rozpiernicz ta szwabke cholerno w proch i pył! Wierzymy mocno że tego dokonasz!

9

Absolutna premiera El Clasico:

13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie Copa de la Coronacion(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem historyczny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie Copa Gran Peña zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca

7

@FCBparasiempre
Euro ‘80

Na 20-lecie rozgrywek o ME UEFA postanowiła rozszerzyć formułę turnieju finałowego z 4 do 8 drużyn. Co to oznaczało w praktyce? Przede wszystkim wyjście naprzeciw oczekiwaniom telewidzów i sponsorów. Zainteresowanie jednych i drugich europejskim czempionatem systematycznie wzrastało. Większa liczba meczów to większa oglądalność a zatem większy zysk dla coraz szerszego grona reklamodawców. Raczkujący marketing, będący wówczas jedynie uzupełnieniem sportowej rywalizacji, z czasem zupełnie ją zdominował. Dwukrotne zwiększenie liczby uczestników pociągnęło za sobą dość istotne zmiany. Przede wszystkim zmniejszono liczbę grup eliminacyjnych do siedmiu. Całą stawkę 31 drużyn podzielono między 3 grupy pięciozespołowe oraz 4 czterozespołowe. W dalszym ciągu jedynie zwycięzcy tychże grup awansowali już bezpośrednio do turnieju finałowego, bez konieczności dodatkowych gier w ćwierćfinałach. Nie mogło być inaczej skoro dla szczęśliwców przewidziano 7 miejsc, gdyż ósme przypadało z urzędu gospodarzowi imprezy. Decyzję Komitetu Wykonawczego UEFA przyjęto z ulgą i zadowoleniem. Od tej pory gospodarz miał walczyć o zwycięstwo w turnieju, a nie jak to miało miejsce dotychczas, o jego organizację. Postanowienie to nie wiele znaczyło dla zespołów drugiej kategorii, gdyż ich szanse na awans w konfrontacji z o wiele silniejszymi ekipami cały czas pozostawały iluzoryczne. Zmieniła się natomiast pozycja potentatów, którzy nie musieli się już obawiać ryzykownej walki między sobą w systemie pucharowym. Wszystko po to, aby najatrakcyjniejsze mecze odbywały się w finałach a nie kwalifikacjach. Pierwszym szczęśliwym gospodarzem nie muszącym walczyć o z góry przyznaną nagrodę byli Włosi. Wybór nie budził zdziwienia zważywszy zwłaszcza na narodowość prezydenta UEFA, wówczas sprawującego swój urząd. Artemio Franchi(w przeszłości szef Włoskiej Federacji) został trzecim w historii sternikiem UEFA. Na tym stanowisku wytrwał 10 lat. Dla Włochów tamten okres był najczarniejszym w historii ich futbolu. Afera ,,tottonero” odsunęła na dalszy plan wagę przygotowań do mistrzostw Europy. Trener Enzo Bearzot obawiał się że nie skompletuje kadry na zbliżający się wielkimi krokami turniej Starego Kontynentu. Bearzot ostatecznie nie mógł skorzystać z dwóch piłkarzy: Bruno Giordano oraz asa Perugii Paulo Rossiego. Trener najbardziej liczył na tego drugiego, jednak ostatecznie Rossi nie pojechał na turniej, gdyż za udział w korupcyjnym procederze został zdyskwalifikowany na 3 lata. Później złagodzono mu wyrok, dzięki czemu mógł się zrehabilitować na mundialu w Hiszpanii. Podczas Euro ’80 Włosi musieli sobie radzić bez niego. ,,Makaroniarze” mieli swoje problemy a Anglicy mieli znakomitego napastnika Kevina Keegana, którego największym przekleństwem były występy w narodowej reprezentacji. Anglicy przechodzili poważny kryzys. W latach 1970-1980 nie dostali się ani na mistrzostwa świata ani na mistrzostwa Europy. Turniej we Włoszech był praktycznie pierwszą i zarazem ostatnią okazją dla Keegana aby mógł być w pełni dumny z reprezentowania Albionu. Wiele wskazywało że tak się właśnie stanie a gwarantem sukcesu miał być właśnie Keegan, który w eliminacjach zdobył najwięcej goli(7). A Polacy? No cóż, ostra rywalizacja między Polską, NRD i Holandią wyszła na dobre tylko tej ostatniej. Mimo korzystniejszego bilansu bezpośrednich meczów(2:0 w Chorzowie i 1:1 w Amsterdamie) biało-czerwonym zabrakło punktu do ,,Pomarańczowych”. Tak więc pora na turniej finałowy a w nim ,,Grupa śmierci”, w której znaleźli się Czechosłowacja, RFN, Holandia oraz Grecja. Trzy pierwsze drużyny na turnieju przed 4 laty, dokładnie w wymienionej kolejności uplasowały się na podium. Piłkarze znad Wełtawy najpierw pokonali Holendrów a później w dramatycznych okolicznościach uporali się z RFN. Przegrani otrzymali szanse poprawy ale tym razem walka toczyła się nie o medale, tylko o pozycje w tabeli. Dwa miejsca premiowano awansem. Ekipy z tej grupy stanowiły połowę stawki walczącej o wielki finał. Pozostała czwórka to Włochy, Belgia, Anglia oraz Hiszpania. Zasady turnieju przewidywały iż w wielkim finale zagrają zwycięzcy obu grup a w meczu pocieszenia zmierzą się ze sobą drużyny z drugich miejsc. Nie była zatem możliwa powtórka sprzed 4 lat ale już finał z udziałem RFN i Anglii(taki sam jak na mundialu w 1966) był jak najbardziej realny. Tylko jeden z tych zespołów spełnił pokładane w nim nadzieje. Ekipą RFN dowodził wówczas Jupp Derwall. Narzucony mu plan zaczął realizować bardzo skrupulatnie. Zaczął od zwycięstwa nad Czechosłowacją. Później przyszedł mecz z Holandią. Hat-trick Allofsa przesądził o wygranej, choć w samej końcówce 2 gole ,,Oranje” napędziły Niemcom trochę strachu. W tym meczu debiutował 19-letni Lotar Matthaeus. Po bezbramkowym remisie z Grecją piłkarze RFN trafili tam gdzie ich miejsce czyli do finału.

Na drugim miejscu w grupie zameldowali się Czechosłowacy a na trzecim Holendrzy. Oba zespoły miały taką samą liczbę punktów a w bezpośrednim meczu miedzy nimi był remis. Awansowała ekipa Venglosa, gdyż straciła o jednego gola mniej. Występ w finale zapewniła sobie także Belgia. Faworyci byli w odwrocie. Anglia wygrała tylko jeden mecz i to z jeszcze słabszą Hiszpanią, której szczytem możliwości był bezbramkowy remis z Włochami. ,,Azzuri” grali wybitnie defensywnie. Nie stracili wprawdzie ani jednego gola ale strzelili zaledwie jednego. To wystarczyło do awansu, o którym ostatecznie zadecydował ostatni mecz zremisowany z Belgami. W ekipie włoskiej bardzo dobrze spisywał się Graziani, co potwierdził golem w meczu o trzecie miejsce z Czechosłowacją. Wynik pozostawał jednak nie rozstrzygnięty, więc doszło do rzutów karnych a w nich przysłowiową wojnę nerwów rozstrzygnęli na swoją korzyść Czechosłowacy w stosunku 9:8! W finale po raz trzeci z rzędu zagrała RFN. Do tej pory trzykrotnie w finale wystąpili także gracze ZSRR, z tą tylko różnicą że nie pod rząd. Niemcy, mając w pamięci poprzedni finał z CSRS, woleli uprzedzić rozwój wydarzeń i jako pierwsi zdobyć gola. Od samego początku groźnie atakowali. Pierwszy strzał Hansi Muellera padł jeszcze łupem Pfaffa ale po upływie kilku chwil, bramkarz Belgów zmuszony był do kapitulacji. Bernd Schuster rozegrał piłke z Klausem Allofsem, który momentalnie mu ją zwrócił a ten podciągnął parę metrów w kierunku bramki, po czym miękko zagrywając nad Geretsem, posłał futbolówkę wprost pod nogi Hrubescha. Ten długo się nie zastanawiając, huknął z linii pola karnego i Niemcy objeli prowadzenie. To tylko rozochociło piłkarzy RFN. Belgowie sparaliżowani coraz wyraźniejszą przewagą Niemców, nie mogli znaleźć dla siebie właściwego rytmu rozgrywania akcji. Nieudolne próby Ceulemansa zagrożenia niemieckiej bramce z góry skazane były na niepowodzenie. W ekipie RFN bardzo dobrze spisywał się Allofs. Król strzelców Euro ’80 w tym meczu wprawdzie gola nie strzelił ale brał na siebie ciężar rozgrywania akcji, przez co robił więcej miejsca na boisku mało ruchliwemu Hrubeschowi. W drugiej połowie zawodnicy RFN starali się kontrolować przebieg gry, przez co nieco częściej do głosu zaczeli dochodzić Belgowie. Na kwadrans przed końcem meczu Rene van der Eycken stanąl przed szansą doprowadzenia do remisu. Van Moer zagrywa do wychodzącego na czystą pozycje van der Elsta, Stielike rzuca się w pościg, zatrzymuje rywala w nieprzepisowy sposób. Całe zajście ma miejsce tuż przed szesnastką ale arbiter decyduje się podyktować rzut karny. Van der Eycken korzysta z prezentu i mecz zmierzający do końca zaczyna się od nowa. Niemcy nie zamierzają jednak czekać na dogrywkę. Rummenigge dośrodkowuje, Hrubesch główkuje, Pffaf łapie. Po kilku minutach niemal kopia tej sytuacji. Rzut rożny dla RFN. ,,Kalle” ustawia piłkę w narożniku boiska, zagrywa w pole karne a potężny Hrubesch uderza głową na bramkę. Piłka ląduje w siatce. Do końca meczu nic już nie ulega zmianie. Niemcy po raz drugi w historii zostają najlepszą drużyna kontynentu.

7

Małymi kroczkami zbliża się Euro a więc...
Historia mistrzostw Europy część 6:

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Visca_barca

1

@FcPortoFan1999 Raczej nie, gdyż ide robić kolacje, potem robić śniadanie do roboty a potem to już będzie po meczu a jeszcze potem obejrze kawałek jakiegoś filmu albo dokumentu i idę spać!

0

@FcPortoFan1999 Podziękował ślicznie :)

0

@FcPortoFan1999 Niemal byłem pewny że coś do mnie napiszesz....

0

A jeszcze tak przy okazji mam pytanie do kibiców: Czy finał Ligi Mistrzów będzie można obejrzeć na otwartej antenie naszej telewizji?
I jeszcze jedno: Czy od nowego sezonu Lige Mistrzów będzie można obejrzeć na TVP?

1

Nie no, ja dziękuje za oglądanie Ekstraklasy. Takiego komedio-dramatu nie zamierzam oglądać!

0

@Stinger_ Wyczuwam 0:0, bez przymiotnika potężne

4

@FCBparasiempre
Stara futbolowa zasada mówi że do każdego zespołu trzeba co roku dołączyć kilku nowych piłkarzy że co najmniej dwa ogniwa, te najsłabsze należy wymienić i chociaż jednego zawodnika wpuścić do podstawowego składu. Jeśli bowiem nie dokona się żadnych zmian w drużynie grozi stagnacja znający się jak łyse konie piłkarze popadną w rutynę a zespół nie będzie potrafił niczym zaskakiwać rywali, którzy znakomicie go rozszyfrują oczywiście nie bez znaczenia jest też aspekt marketingowy, wiadomo że koszulki z nazwiskiem nowej gwiazdy klubu świetnie się sprzedają a głośno transfer generalnie napędza koniunkturę. Dlatego też aktem wielkiej odwagi było to, na co latem 2005 roku zdecydowali się Frank Rijkaard, Txiki Beguiristain i Joan Laporta. Otóż uznali oni że drużynie nie jest potrzebny żaden nowy istotny piłkarz. Nie wydali pieniędzy aby tylko je wydać. Owszem do zespołu dołączyło Dwóch zawodników ale tylko po to by uzupełnić do przepisowych 25 kadrę, osłabioną ale oczywiście tylko liczebnie) odejściem takich futbolistów jak Rochembak, Sergio Garcia czy Damia. Za marka Van Bommela oraz Santiago Ezsquero Barça nie zapłaciła ani centa, ponieważ obu wygasły kontrakty z poprzednimi klubami: PSV i Athletikiem Bilbao. Obaj mieli swoje lata, przyszli do Barcelony by odciąć jeszcze kilka przysłowiowych kuponów od dotychczasowych osiągnięć w Barcelonie panowała przecież moda na bezpretensjonalnych weteranów. Szefowie Barçy najwyraźniej wyszli z założenia że zespół w żadnym wypadku nie jest wypalony że grając w tym samym składzie co w sezonie 2004/05 wciąż będzie skutecznie napędzany do kolejnych sukcesów wewnętrznym entuzjazmem i pozostanie nieprzewidywalny dla rywali. ,, Byliśmy grupą piłkarzy zachwyconych możliwością wspólnego grania w piłkę, pełną wiary w piękną przyszłość, zauroczoną naszym trenerem. Chcieliśmy wygrać wszystko i mieć cały świat u stóp"- wspominał tamten czas w kilka lat później Ronaldinho. Rijkaard to widział, rozumiał że akurat teraz zespół nie potrzebuje wzmocnień. Przewidywał że wpuszczenie do szatni kogoś ważnego mogłoby zakłócić idealną harmonię w drużynie. Dlatego postanowił nie dokonywać istotnych zmian w kadrze. Było to prawdziwie mistrzowskie posunięcie przyszłość dowiodła że wszystkie te optymistyczne przypuszczenie i wnioski Były jak najbardziej słuszne. Jak się okazuje czasami opłaca się zadziałać wbrew schematom. Trzeba tylko wyczuć odpowiedni moment, zrozumieć wyjątkowość sytuacji, dostrzec że to jest właśnie ten czas, kiedy od reguły należy zrobić wyjątek nie wszystko układało się w tym wspaniałym sezonie 2005/06 pomyśli Franka Rijkaarda i jego zawodników. Wielkość Barçy z tamtego czasu polegała jednak także na tym że drużyna potrafiła poradzić sobie z każdą przeciwnością losu, przezwyciężyć każdy kryzys, rozwiązać każdy problem. Kontuzja Leo Messiego po tym, co pokazał w meczu na Stanford Bridge była oczywiście ciosem bolesnym, jednak obecność Argentyńczyka na boisku nie stanowiła wówczas konieczności, tylko opcję. Dalece bardziej mogło zaszkodzić w drużynie to co stało się 2,5 miesiąca wcześniej (2 grudnia 2005) podczas treningu w starciu z rezerwowym bramkarzem Jorquerą, kontuzji zerwania więzadeł krzyżowych doznał mały generał Barcelony- Xavi. Pozycja Xaviego w zespole z pewnością nie była tak silna jak za kadencji Guardioli, jednak już od dosyć dawna, gdyż od sezonu 2001/02 był on podstawowym graczem. Początkowo jego rozwój nieco blokowała obecność w drużynie Guardioli defensywnego pomocnika grającego tuż przed formacją obronną ponieważ Xaviego przygotowywano przecież do roli jego następcy ale po sezonie 2000/01 ,,Pep” odszedł z klubu. Xavi rozwijał się powoli. W momencie odniesienia kontuzji nadal miał status wschodzącej gwiazdy, choć przecież stuknęło mu już 25 lat. Rozegrał dwa wielkie mecze, po których zyskał uwielbienie fanów. 25 kwietnia 2004 roku z Realem Madryt na wyjeździe i 2 listopada tego roku z Milanem w Lidze Mistrzów. W tym pierwszym Barça wygrała na Camp Nou 2:1 a trzeba wiedzieć że zaliczył genialną asystę przy golu Samuela Eto. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni publika skandowała jego imię. Kiedy owego feralnego drugiego grudnia doznał tak poważny kontuzji, oczywiście można się było zastanawiać czy aby jego brak w całej wiosennej części rozgrywek nie pokrzyżuje w Barcelonie planów. Jednak po czasie okazało się że to fatalne wydarzenie obróciło się na korzyść drużyny. Nie jest to stwierdzenie eleganckie wobec Xaviego ale opis jego rekonwalescencji i pełnej morderczych ćwiczeń rehabilitacji pod okiem Emiliego Ricarta należy do najciekawszych i najbardziej poruszających fragmentów jego autobiografii i w tym przypadku sprawdziło się porzekadło, które sportowcy powtarzają wyjątkowo często: Co cię nie zabije to cię wzmocni. Xavi pracował żeby zdążyć na finał Ligi Mistrzów. Ostatecznie cały mecz z Arsenalem spędził na ławce rezerwowych ale wystąpił w kilku ostatnich spotkaniach ligowych a ciężkie ćwiczenie ogólnorozwojowe, straszliwy reżim jakiemu został poddany przez te kilka miesięcy 2006 roku naprawdę mu pomogły. Po wakacjach Był jakby nieco innym piłkarzem, mocniej stojącym na nogach, bardziej stanowczym I zdecydowanym. Zmężniał, można powiedzieć definitywnie zmienił się Z Xavito w Xaviego. Teza że bez tej ciężkiej kontuzji nie byłoby Wielkiego Xaviego (mistrza świata i Europy i konkwistadora Ligi Mistrzów) jest co najmniej ryzykowna. Fakty mówią jednak za siebie. Po powrocie do zdrowia barceloński ,,Napoleon” grał lepiej niż przed wypadkiem.


Ponadto należy pamiętać że dłuższa nieobecność Xaviego bardzo stymulująco wpłynęła na dwóch innych znakomitych pomocników: deko i Iniesty. Deco to być może najbardziej niedoceniany dziś zawodnik drużyny Rijkaarda. I jego rola w sukcesach z lat 2005 2006 wydaje się z perspektywy czasu mniejsze niż Ronaldinho, Samuela Eto, Xaviego czy nawet Messiego i Iniesty a była w swej istocie ogromna. Gwiazdor Porto ery Jose Mourinho był bowiem ulubionym partnerem ,,Roniego”, zawodnikiem, z którym as Barçy rozumiał się bez słowa. Choć reprezentował Portugalię, Deco to przecież rodowity Brazylijczyk, wyszedł z tej samej piłkarskiej szkoły. Jeden szukał na boisku drugiego, drugi pierwszego. Deko podążał krok w krok z akcją Ronaldinho by ten mógł mu odegrać piłkę, kiedy znajdzie się w tarapatach. Wypadnięcie z gry Xaviego rozszerzyło jego pole działania. Miał teraz większy obszar boiska pod swoimi rządami a był wtedy naprawdę w znakomitej formie, prezentował bardziej twórczy futbol niż Xavi. Także adresowi i nieście kontuzja Xaviego pozwoliła w pełni rozwinąć skrzydła. Tu znów trzeba przypomnieć kilka faktów. Iniesta z perspektywy swych dokonań i jawi się nam jako Złote dziecko, zawodnik, który od kiedy tylko pojawił się u trenera pierwszego zespołu Barçy, szturmem wszedł do podstawowej 11. Otóż nic bardziej mylnego. Aby nie sięgać zbyt daleko w przeszłość prześledźmy jego losy tylko w sezonie 2005/06. Do czasu odniesienia przez Xaviego kontuzji, Iniesta (jeszcze wtedy z pewnością żaden Don Andres) wystąpił w 11 meczach. Tylko dwa razy grał od początku a dziewięciokrotnie pojawiał się na boisku w drugiej połowie. Trzy razy zmienił Edmilsona, 2 razy Xaviego i po razie Marqueza, Deco, Giuly'ego i Messiego. To doskonale obrazuje jego ówczesny status w zespole: mówiąc brutalnie zapchaj dziury. Rijkaard widział w nim zmiennika dla Deco i Xaviego, ewentualnie partnera, gdy trzeba było zagrać bardziej ofensywnie. Co się zatem stało po kontuzji Xaviego? Otóż i nie staw wybiegł na boisko w jedenastce w trzech pierwszych meczach Primera Division i wszystkie je Barça wygrała. Choć potem zdarzało mu się jeszcze zaczynać jako rezerwowy, to z miejsca udowodnił że jest zawodnikiem z tej samej półki co kontuzjowany Partner. Tak oto kontuzja lidera pomocy obróciła się na korzyść zespołu, pozwoliła wydobyć potencjał z innych występujących w nim zawodników. Gdy Xavi wrócił stworzył wielki duet z Iniestą. Deco zaś Po pewnym czasie musiał odejść... Opowieść o wiekopomnym sezonie 2005/06, próba wyjaśnienia Dlaczego w Barcelonie udało się wtedy tak wiele wygrać byłaby niepełna bez krótkiego choćby zajęcia się postacią zawodnika, który osiągnął wówczas pierwszy szczyt swojej kariery. Mowa o Samuelu Eto’o. Kameruńczyk został przecież dzięki swoim 27 golom królem strzelców sezonu ligowego, do tego zdobył gola w finale Ligi Mistrzów, 6 zresztą w całej edycji imprezy. Jego rolę w osiągnięciu zespołu należy przeanalizować dwutorowo: jako osoby i jako piłkarze. Ten pierwszy aspekt jest może nawet istotniejszy. Eto jest Specyficznym człowiekiem, bardzo uczuciowym i ekstrawertycznym. Albo kogoś kocha albo nienawidzi, rzadko występują u niego stany pośrednie. Nie umie się hamować, o czym najlepiej świadczą słowa wykrzyczane po zdobyciu tytułu mistrzowskiego w 2005 roku, te o madryckim rogaczu. Jego zachowania, wypowiedzi czy nawet miny zawsze najlepiej świadczyły o tym, jaka atmosfera panuje w szatni. Wystarczyło na niego spojrzeć by się dowiedzieć czy między piłkarzami, albo między nimi a trenerem jest zgoda czy też powstały jakieś konflikty. Eto’o był najlepszym probierzem atmosfery w ekipie. W wyrazie jego twarzy, ruchach, boiskowych zachowaniach jak w soczewce skupiały się radości bądź problemy zespołu. Przez cały sezon Eto’o tryskał entuzjazmem. Na boisku był prawdziwą zadziorą, dobrym duchem drużyny. Jako Snajper czasami zawodził, marnował dużo sytuacji, często podejmował błędne decyzje ale ciągle był w ruchu, dochodził do dobrych pozycji do oddania strzału. Ponadto atakował Obrońców rywali, wcielał się w rolę pierwszego obrońcy. Czuł się sprawiedliwie traktowany przez trenera, miał przekonanie że koledzy mu ufają, lubią go i akceptują takim jakim jest. Jego odwieczny konflikt z Ronaldinho znalazł się w fazie uśpienia. Kiedy jednak coś się w Samuelu zmieniło od razu odbiło się to na obrazie całego teamu. Z pewnością nie uwzględniliśmy tu wszystkich niuansów które doprowadziły Barçe do triumfów w sezonie 2005/06 Ligi Mistrzów w Paryżu. Brazylijczyk został wtedy zdjęty z boiska w przerwie by zrobić miejsce Andresowi Inieście. Sytuacja tego rodzaju nazywana w polskim slangu piłkarskim wędką, nie jest miła dla żadnego zawodnika ale Edmilson tak po latach w rozmowie z dziennikarzem Asa wspominał ten moment: ,, Odebrałem to normalnie. Już byłem mistrzem Hiszpanii czyli człowiekiem szczęśliwym. Teraz chodziło o to żeby wygrać mecz. Graliśmy w przewadze, potrzebny był zawodnik ofensywny. Odczułem tę zmianę wyłącznie jako spowodowaną koniecznością taktyczną, w żaden sposób nie odebrałem jej osobiście. Wiedziałem że mam pełne zaufanie trenera. Wszedł adres i nadał naszej grze zupełnie nową dynamikę wygraliśmy a ja mimo tego co się stało w finale czułem się pełnowartościowym członkiem najlepszego zespołu Europy".

5

0

@T^L Z terenem przeciwników jak najbardziej się zgodze. Natomiast że nie były to ogórki to w żadnym wypadku się z tym nie zgodze!

1

@Pawlak1992 No ale do guniuszu to mu jeszcze brakuje...:)

7

@FCBparasiempre
Włoski futbol kojarzy nam się z obroną. Utarte slogany o cattenacio co chwilę padają z ust komentatorów, gdy mówią o drużynach z Italii. Chociaż w dzisiejszych czasach te banały mają coraz mniej wspólnego z prawdą, to nie da się ukryć, że to właśnie kluby z półwyspu Apenińskiego zrewolucjonizowały ten element gry. Był jednak we Włoszech trener, który w czasach hossy cattenacio kompletnie nie poddawał się trendom, a stawianie zasiek w obronie uważał wręcz za zbrodnię przeciwko futbolowi. Nigdy nie wywalczył wielkich trofeów, ale w sercach i pamięci kibiców pozostał na zawsze. Posłuchajcie historii Zdenka Zemana. Zeman urodził się 12 maja 1947 roku. Nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę, wolał uprawiać siatkówkę i szczypiorniaka. Latem 1968 roku pojechał na wakacje, do swojego wuja mieszkającego na Sycylii. Ta podróż odmieniła życie młodego Zdenka. W czasie jego nieobecności wojska Układu Warszawskiego najechały Czechosłowację. Operacja „Dunaj” zakończyła „Praską wiosnę”. Komuniści za pomocą czołgów przywrócili socjalistyczny ład w ojczyźnie Zemana. Ten postanowił pozostać we Włoszech na stałe. Wiele osób śmieje się, że to jedyna rozsądna decyzja, jaką przyszły trener podjął w swoim życiu. Wujek Zemana, Cestmir Vycpalek, w przeciwieństwie do Zdenka posmakował zawodowego futbolu. Grał m.in. dla Juventusu, Parmy i Palermo. Gdy zawiesił buty na kołku, postanowił zająć się trenowaniem. Zaczynał od niższych lig włoskich. Po jakimś czasie trafił do „Starej Damy”. Najpierw zajął się prowadzeniem drużyn juniorskich, potem objął pierwszy zespół i doprowadził Juventus do dwóch mistrzostw Włoch. W tym czasie jego siostrzeniec zajął się zdobywaniem wykształcenia. Zrobił fakultet z medycyny sportowej. Następnie postanowił pójść w ślady wuja i zająć się trenowaniem. Ukończył renomowaną szkołę Coverciano w podobnym czasie co Arigo Sacchi. Wkrótce potem obaj odcisnęli swoje piętno na włoskim futbolu. Pierwsze kroki w trenerskim światku Zeman stawiał w Palermo. Trenował tam drużyny do lat 12. Przełom stanowiło otrzymanie posady w czwartoligowej Licacie. Wkrótce awansował z tym zespołem do Serie C. Co ciekawe uczynił to, mając w składzie prawie samych juniorów. Stawianie na młodzież stało się po jakimś czasie jego znakiem rozpoznawczym. Drugim był ultra ofensywny futbol prezentowany przez jego zespoły. Z Licaty trafił do Foggi. To właśnie dzięki pracy w tym klubie miała o nim usłyszeć cała Italia. Do ekipy z Apulii zaliczył dwa podejścia. Najpierw po roku pracy opuścił „Satanellich” i przeniósł się do Parmy, by zastąpić tam Sacchiego, który rozpoczynał właśnie swój chlubny rozdział w Mediolanie. Ten epizod okazał się dla Zemana kompletnym niewypałem. Zwolniono go po siedmiu meczach. Przygarnęła go za to Messina. Pod jego skrzydłami „Toto” Schillaci ustrzelił w sezonie ligowym 23 bramki, dzięki czemu zainteresował się nim Juventus. Można powiedzieć, że król strzelców Mundialu w 1990 roku był pierwszym z całej plejady gwiazd, które wyszły spod ręki „Il Boemo”. W 1989 roku Zeman zatoczył koło i powrócił do Foggii.

To, co odróżniało Zemana od innych menadżerów, to brak lęku przed zwolnieniem. Czech twierdził, że obawa przed utratą stanowiska hamuje trenerów przed stosowaniem ofensywnej taktyki, przez co ich zespoły boją się grać w piłkę. Nasz bohater gardził takim podejściem. Piękna gra jego drużyny była celem nadrzędnym. Na szczęście we Foggii trafił na wyrozumiałego szefa. Pasquale Casillo, właściciel „Satanellich”, mocno wierzył w umiejętności i filozofię Zemana. Pomimo trudnych początków, nie ugiął się pod presją kibiców i nie zwolnił „Il Boemo” po serii słabszych wyników. Ta wiara zaowocowała. Zeman w dwa lata awansował z Foggią z Serie C do Serie A. Trener cały czas był wierny swojej filozofii futbolu. Uwielbiał taktykę 4-3-3. Z przodu biegało trzech środkowych napastników, pomocnicy często podłączali się do fazy ataku, a boczni obrońcy grali w stylu, jaki znamy z dzisiejszych boisk, czyli praktycznie jak skrzydłowi. W akcjach ofensywnych potrafiło uczestniczyć ośmiu piłkarzy. Jak na Czecha przystało, inspiracje czerpał między innymi z hokeja na lodzie. Jeśli wam się zdaje, że to Manu Neuer zaczął pierwszy grać jako bramkarz-libero, to musicie zobaczyć, jak w systemie Zemana funkcjonował jego ulubieniec – Francesco Mancini. W sezonie 1990/91 Foggia strzeliła 67 goli. Drugie w tej klasyfikacji Udinese zdobyło ich 53. Ultra ofensywny styl Zemana nie zawsze popłacał. Angażowanie takiej liczby piłkarzy do atakowania bramki rywala sprawiało, że przed własnym polem karnym często zostawało jedynie dwóch stoperów. Szczególnie w Serie A drużyna często musiała płacić frycowe za takie ustawienie. Tak było w ostatniej kolejce sezonu 1991/92. Po pierwszej połowie Foggia prowadziła z AC Milanem 2:1. Większość menadżerów w takiej sytuacji skupiłaby się na obronie wyniku. Jednak nie Zeman. On nakazał swoim graczom dążyć do strzelenia kolejnych goli. W rezultacie Milan wygrał ten mecz…2:8. By przygotować piłkarzy do gry o takiej intensywności, jego treningi charakteryzowały się dużymi obciążeniami fizycznymi i długim czasem trwania. Bieganie po górach było stałym elementem harmonogramu zajęć. Sam szkoleniowiec nie dbał przesadnie o zdrowie. Papierosy palił taśmowo, a na treningach klął jak szewc. Zresztą odpalona cygaretka była jednym ze znaków charakterystycznych Czecha. W pierwszym sezonie na najwyższym poziomie rozgrywkowym „Satanelli” zajęli dziewiąte miejsce. Więcej bramek od nich strzelił tylko Milan, więcej straciło tylko zdegradowane Ascoli… To mówi wszystko o bezkompromisowym podejściu Zemana do calcio. Futbol miał dawać radość kibicom, a nie być partią szachów. „Ludzie mówią, że powinienem zmienić taktykę. Nie zgadzam się z tym. Chcę, żeby mój zespół zabawiał fanów i zbliżył ich do zespołu. Mam nadzieję przekonać sceptyków, że pracujemy dobrze.” Foggia była rewelacją sezonu 1991/92. Nic dziwnego, że ofensywni piłkarze tego klubu stali się celami transferowymi dla bogatszych zespołów. Zeman stracił latem całą linię ataku. Signori odszedł do Lazio, Rambaudi do Atalanty, a Francesco Baiano do Fiorentiny. Z klubem pożegnał się także Igor Szalimow, który wybrał grę dla Interu. „Il Boemo” musiał odbudować cały ofensywny potencjał drużyny z Apulii. Podołał zadaniu i znalazł godnych zastępców (m.in. Bryan Roy). W następnym sezonie Foggia uplasowała się na jedenastej pozycji. Dwa lata później znów zajęła dziewiąte miejsce w lidze. Nikt już nie miał wątpliwości. Największą wartością zespołu był jego trener, który potrafił utrzymać formę zespołu niezależnie od składu i rewolucji kadrowych. Czech miał wyjątkową rękę do młodych graczy. Wypromował wielu przyszłych reprezentantów Italii. Wielu ekspertów uważa, że radził sobie lepiej z młodzieżą niż ze starszymi zawodnikami, ponieważ ukształtowani i doświadczeni gracze nie godzili się na uczestniczenie w jego szaleństwach. Od zwariowanej taktyki, po żelazny reżim treningowy. Styl prowadzenia zespołu przez Zemana często był określany jako autorytarny.

W 1994 roku otrzymał w końcu szansę w poważnym klubie. Podpisał kontrakt ze stołecznym Lazio. Signori, Boksić, Chamot, Fuser, Winter, Casiraghi. To tylko niektórzy z graczy, jacy wówczas reprezentowali rzymian. Dostał do ręki silne karty. Ze swojej ojczyzny przywiózł Pavela Nedveda. Zakontraktował go przed Euro ’96. Po tamtym turnieju wszyscy wiedzieli, że Zeman znów wynalazł perełkę. Nedved w jednym z wywiadów przyznał, że to właśnie rodakowi zawdzięcza wszystko. Na głęboką wodę rzucił młodziutkiego Alessandro Nestę, który hartował się w jego szalonym systemie gry, tak trudnym dla obrońców. „Każdy młody piłkarz, powinien mieć nadzieję, że będzie trenowany przez Zemana”- To właśnie słowa legendarnego włoskiego defensora, pod którymi podpisał się również Francesco Totti. Włodarze Lazio nie byli jednak tak wyrozumiali, jak Casillo we Foggii. Wynajdowanie młodych talentów i efektowna gra to było dla nich za mało. Chociaż wygrał 5-1 z Padovą i Napoli, zwyciężył 7-1 ze „swoją” Foggią, pokonał u siebie 4-0 Milan, upokorzył Fiorentinę 8-2, w dwumeczu z Interem wygrał 6-1, a Juve w Turynie odprawił 3-0. To nie wystarczyło, żeby sięgnąć po mistrzostwo. Zbyt często gubił punkty z ekipami z dołu tabeli. W Lazio pragnęli trofeów, a tych Zeman nie potrafił im dać. Po trzech sezonach mieli już dość. Ku niezadowoleniu fanów pożegnali czeskiego szkoleniowca. „Il Boemo” nie opuścił jednak Rzymu. Zmienił tylko barwy na żółto-czerwone. „Zeman jest trenerem i osobą, która wniosła znaczący wkład w mój rozwój zawodowy i osobisty.”- Taką laurkę wystawił Czechowi wspomniany wcześniej Totti. Gwiazda „Króla Rzymu” rozbłysła mocniej, gdy pieczę nad nim sprawował właśnie Zeman. To on po raz pierwszy wręczył mu kapitańską opaskę. Wiele lat później, Czech zapytany o pięciu najlepszych włoskich piłkarzy, odpowiedział: „TOTTI, TOTTI, TOTTI, TOTTI I TOTTI.” W AS Romie skończyło się jednak tak samo, jak u sąsiadów zza miedzy. Wyniki były dobre, ale brakowało konkretów. Został zwolniony. Po nim przyszedł Capello i w rok zdobył scudetto… Dodatkowo wywołał skandal. W wywiadzie dla L’espresso zarzucił piłkarzom Juventusu stosowanie dopingu. Powiedział także, że drużyna z Turynu jest jedyną, której nigdy nie poprowadzi. Po tej wypowiedzi stał się w kręgach futbolowego establishmentu persona non grata. Niektórzy twierdzą, że zamknął nią sobie drogę do poważnego futbolu. Postarał się o to Luciano Moggi, ówczesny dyrektor generalny Juve, który sam odszedł z piłki w niesławie po wybuchu afery Calciopoli. Czas pokazał, że Zeman niewiele się pomylił, chociaż zrobiono z niego wariata.

W 1998 roku odrzucił podobno ofertę przejścia do FC Barcelony. Katalońskie DNA plus filozofia Zemana… Pomyślcie, cóż za mieszanka wybuchowa mogła z tego powstać. Możemy tylko bardzo żałować, że nigdy niedane nam było się o tym przekonać. „System powiedział, że mnie nie chce i moja kariera potoczyła się w innym kierunku. Mogłem trenować milan, inter albo real.” Naprawdę mógł to robić, gdyby chociaż raz nie chciał płynąć pod prąd i wybrał milczenie. W 1999 roku po raz pierwszy opuścił Italię. Jednakże ani przygoda w Fenerbache, ani wiele lat później w Crvenej Zveździe nie zakończyła się sukcesem i Zeman szybko wracał do Włoch. Tam czuł się najlepiej, wszak sam twierdził, że czuje się bardziej Sycylijczykiem, niż Czechem. Na półwyspie Apenińskim był jednak banitą. Zepchnięto go na margines. Tułał się po klubach z niższych lig i rozmieniał swój trenerski kunszt na drobne. W 2010 roku rękę wyciągnął do niego ponownie Pasquale Casilla, który chciał odbudować Foggię. Sam wracał do klubu po okresie, w którym zmagał się z problemami z prawem. Wierzył, że receptą na sukces, będzie odtworzenie struktur sprzed dwudziestu lat. Nie udało się awansować do Serie B, ale Foggia zdobyła najwięcej bramek w lidze. O Czechu i jego zwariowanym futbolu znów zrobiło się głośno. To pozwoliło Zemanowi na podjęcie pracy w Pescarze. Awansował z tym klubem do Serie A. Drużyna strzeliła ponad 90 bramek w sezonie, śrubując rekord ligi, a Zeman wypromował kolejne gwiazdy włoskiej piłki: Verattiego, Insigne czy Immobile. Dzięki temu otrzymał drugą szansę w Romie. W „Wiecznym mieście” znów mu nie wyszło. Piłkarze nie uwierzyli, że może ich poprowadzić do sukcesów. Skończyło się konfliktem z Daniele De Rossim i utratą posady. Kolejne lata to było już tylko odcinanie kuponów. Od marca 2018 roku Zeman pozostaje bez pracy. Czy wróci jeszcze na trenerską ławę? Ma już ponad 70 lat więc może być ciężko znaleźć klub, który powierzy mu stery. Czeski trener dorobił się we Włoszech rzeszy swoich fanów, którzy są nazywani „Zemanini”. Praktycznie w każdym włoskim mieście (może poza Turynem) „Il Boemo” darzony jest wielkim szacunkiem. Pomimo braku sukcesów z sentymentem wspominają go tiffosi obydwóch rzymskich klubów. Był entuzjastycznie witany nawet przez fanów z Mediolanu, chociaż nigdy tam nie pracował. Kibice kochali jego bezkompromisowy styl i dążenie do zdobywania bramek w każdej sytuacji, nawet przy wysokim prowadzeniu. Jego drużyny zapewniały widowisko. Bo dobra gra zawsze wyprzedzała w hierarchii Zemana wyniki. ,,Nasze pułapki ofsajdowe były ustawione praktycznie na środku boiska. To było samobójstwo! Zemana to nie obchodziło. On chciał, żebyśmy tak grali w meczach ligowych. prosiliśmy go nawet kiedyś, by przyłożył większą uwagę do zadań defensywnych, ale nie chciał o tym słyszeć!”- tak pracę z Zemanem wspominał Cafu. Giuseppe Signori twierdził zaś, że jedynymi rzeczami, których nie toleruje Zeman, są podania do tyłu i kradnięcie czasu w narożniku boiska. Sam bohater powiedział kiedyś, że woli przegrać 5:4 niż bezbramkowo zremisować. Innym razem mówił: „Jeśli strzelisz 90 goli, to nie ważne ile stracisz”

Przeciwnicy śmiali się z naiwności i takiego myślenia ”Il Boemo” oraz jego radosnego futbolu. Szydzili z braku pragmatyzmu i romantycznej wizji gry. Gdy Czech skrytykował Inter Mourinho za kunktatorstwo i wyrachowaną grę, „The Special One” spytał tylko: „Kim on jest? gdzie on gra? muszę się dowiedzieć, co wygrał. Teraz jestem na wczasach, ale jak będę miał chwilę to sprawdzę w google”. Jeden z najbardziej znanych utworów Stinga opowiada o „Angliku w Nowym Jorku”. W 1999 roku włoski piosenkarz Antonello Venditti, prywatnie fan Romy, nagrał piosenkę o pewnym Czechu we Włoszech. Kończy się ona słowami: ,,Ponieważ nigdy się nie zmienisz”. Nigdy się nie zmienił. Pozostał na zawsze wierny swoim piłkarskim ideałom i dążeniu do atrakcyjnej dla oka gry.

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?