15

Brazylijski crack:

17 lipca 1993 r. Romario przyleciał do Barcelony. Brazylijski napastnik negocjował kontrakt w rezydencji Joana Gasparta i po udanych rozmowach udał się razem z wiceprezydentem na mszę. Ich zdjęcie z kościoła ukazało się na okładce dziennika ,,El Mundo Deportivo”, podobnie jak wizyta Brazylijczyka na arenie walk byków dzień później. Na 19 lipca przewidziano podpisanie umowy, podczas której Romario zadeklarował że ,,strzeli 30 goli w La Liga!”. Była to śmiała deklaracja ponieważ ostatnim graczem Blaugrany, który tego dokonał był wybitny napastnik Mariano Martin(32 gole w sezonie 1942/43). Ku zdumieniu większości obserwatorów Romario dotrzymał słowa i strzelił 30-tego gola w 70 minucie ostatniego meczu z FC Sevilla. Osobiście zawsze uwielbiałem Samuela Eto’o, lecz chwilami Romario bił na głowe „Czarną perłe Afryki”. Gdyby nie jego mocno rozrywkowy tryb życia, to zapewne niewiele ustępowałby Messiemu, jeśli w ogóle ustępował…?

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

2

@Bernard777 Zgadza sie! I to był jedyny gol na mundialu w Meksyku. W meksyku, gdzie było piekło dosłownie i w przenośni. Na domiar złego w drugim z rzędu mundialu(właśnie w Meksyku) popsuł się czarnobiały telewizor u dziadków na wsi, w tym przypadku w meczu z Brazylią a cztery lata wcześniej w półfinale z Włochami. Jakby na złość w najważniejszych meczach...

10

@FCBparasiempre
Rzymianie zaliczyli swoją klęskę pod Carrhae, Napoleon poległ pod Waterloo, a Turcy zostali rozgromieni pod Chocimiem. Swoją narodową katastrofę, którą Nelson Rodriguez określił jako „brazylijską Hiroshimę”, zaliczyli także Canarinhos, kiedy to przegrali na Maracanie z Urugwajem podczas Mundialu w 1950 roku. Pierwsze rozgrywane na brazylijskiej ziemi mistrzostwa świata to było wielkie święto całego narodu. W 1946 roku w Brazylii obalona została dyktatura, a wygranie mundialu cztery lata później miało być ostatecznym stemplem transformacji ustrojowej i świetlanej przyszłości rysowanej przed południowo amerykańskim krajem. Canarinhos mieli notować dalszy rozwój gospodarczy, a obywatele państwa zacząć żyć w dobrobycie jako piłkarscy mistrzowie globu. Od startu mistrzostw wszystko układało się znakomicie a wiara wśród narodu była ogromna i rosła z każdym kolejnym sukcesem. W pierwszej fazie grupowej Brazylijczycy z kwitkiem odprawili Meksyk i Jugosławię, a w meczu ze Szwajcarią zanotowali remis, z łatwością awansując do decydujących rozgrywek. W finałowej rundzie, w której brały udział cztery zespoły, rozgromili Szwecję i Hiszpanię odpowiednio 7-1 i 6-1 a do końcowego triumfu potrzebowali jednego oczka w starcu z Urugwajem. W połączeniu z mistrzostwem Copa America, gdzie w finale Zizinho i spółka upokorzyli Paragwaj wygrywając aż 7-0, nie można się dziwić, że to Canarinhos byli zdecydowanymi faworytami ostatecznego starcia z Urusami. Z czasem jednak wiara w zwycięstwo przerodziła się w nadmierną pewność siebie i pychę. Dzień przed finałem „Gazeta Esportiva” na stronie tytułowej zamieściła napis „Jutro wygramy z Urugwajem”, a w poranek przed ostatnim pojedynkiem „O Mundo” opublikowało zdjęcie brazylijskiej ekipy z podpisem „O to mistrzowie świata”. Piłkarze ze wszystkich stron zbierali gratulacje i podpisywali autografy, a gubernator Rio Angelo Mendes de Moraes piał z zachwytu: ,,Wy, piłkarze, którzy już za kilka godzin zostaniecie okrzyknięci mistrzami świata przez miliony rodaków! Wy, którym nikt na całej półkuli nie jest w stanie dorównać! Wy, którzy pokonacie każdego przeciwnika! Wy, którym już teraz oddaję hołd jako zwycięzcom!” Wszyscy zapomnieli jednak o jednym małym szczególe, że mecz z ,,Urusami” jeszcze trzeba rozegrać i go nie przegrać. Gwoli ścisłości, spotkanie z Urugwajem nie było finałem mistrzostw, ale ostatnim meczem drugiej fazy grupowej, a los chciał, że przy okazji także decydującym o ostatecznym triumfie. Atmosfera meczu była wyjątkowa. Na olbrzymiej Maracanie według różnych danych zgromadziło się od 173 tysięcy aż do 203 tysięcy kibiców, a tumult i wrzawa były tak onieśmielające, że jeden z reprezentantów Urugwaju, Julio Perez, zsikał się w spodnie w trakcie odgrywania hymnu narodowego. Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Kilka minut po przerwie po podaniu Edemira, króla strzelców turnieju, piłkę do siatki wpakował Friaca, do dziś jedyny Brazylijczyk, który zdobył gola w finale rozgrywanym na Maracanie. Na trybunach trwało święto i oczekiwanie na końcowy gwizdek, a południowi sąsiedzi potrzebowali dwóch bramek, aby odwrócić losy rywalizacji. Ciosem ostrzegawczym, który wzbudził poczucie niepokoju wśród fanów, było wyrównujące trafienie Schiaffino po podani Ghiggii. Remis wciąż jednak dawał Brazylii zwycięstwo w ostatecznym rozrachunku. O godzinie 16:33 stało się jednak to, czego Canarinhos nie przewidywali nawet w najgorszych koszmarach. Ghiggia zdecydował się na niesygnalizowany strzał z ostrego kąta w krótki róg, a zaskoczony Barbosa nie zdążył z interwencją. Kibice na stadionie ucichli i w milczeniu oglądali wielki triumf Urusów. Ich życie podzieliło się na dwa etapy – przed i po golu Ghiggii.

Dla Brazylijczyków to nie był zwykły przegrany mecz – to była wielka tragedia, która dotknęła wszystkich obywateli, prawdziwy dzień żałoby narodowej. – Żaden wynik meczu piłki nożnej nie miał tak silnego i trwałego wpływu na życie emocjonalne całego narodu – pisał w „Futebolu” Alex Bellos. Choć od feralnego 1950 roku Canarinhos pięciokrotnie sięgali po tytuł mistrzowski, to właśnie porażka na Maracanie jest wspominana najwcześniej. O decydującym starciu z Urugwajem powstało wiele publikacji literackich, a poeci pisali o klęsce wiersze, podczas gdy o zespole z 1970 roku, uważanego za najlepszy w historii, powstała dotychczas w Kraju Kawy jedna książka. –Jesteśmy narodem pechowców, narodem, któremu odmówiono radości zwycięstwa, który z czystej złośliwości dziejów zawsze prześladuje nieszczęście – pisał o Maracanzie pisarz Jose Lins do Rego. Największy brazylijski stadion do dziś utożsamiany jest z areną upokorzenia Canarinhos. – Przesadzam z moimi uczuciami, bo nic większego się w moim życiu nie wydarzyło. Nawet teraz są tylko dwie daty w roku, które pamiętam: moje urodziny i 16 lipca – powiedział brazylijski dziennikarz Joao Luiz, wspominając lipcowe popołudnie. Dla Brazylijczyków drugie miejsce, to pierwsze przegrane. Miejsce godne zapomnienia, które przynosi ból świadomością, jak blisko było triumfu. ,,Jedyna okazja kiedy dobrze jest być wice, to wiceprezydentem, bo zostajesz prezydentem, jeśli obecny zginie. Tu nie morduje się prezydentów, więc nawet w tym przypadku nie opłaca się być „wice”– powiedział Zizinho, uznawany za najlepszego piłkarza tamtego zespołu. Wielu historyków futbolu uważa, że gdyby Canarinhos sięgnęli w 1950 roku po złoto, to Zizinho byłby wymieniany w jednym rzędzie obok Pelego. O wicemistrzach jednak w Kraju Kawy nikt nie próbuje nawet pamiętać… Gdy w Kraju Kawy trochę ochłonęli po Maracanzo, zaczęło się polowanie na czarownice. Oczywistym wyborem był Moacyr Barbosa, który przy drugim golu dał się zaskoczyć Ghiggii. Na nic zdało się to, że brazylijski golkiper został wybrany najlepszym bramkarzem mundialu, a i wcześniej błyszczał genialnymi interwencjami. Co ciekawe, autor decydującego trafienia nie uważa, aby golkiper popełnił błąd. – On zachował się logicznie, a ja wręcz przeciwnie.. i miałem trochę szczęścia. W piłce musisz mieć szczęście i musisz umieć z niego skorzystać – wspominał po latach Ghiggia. Brak farta w decydującym momencie skazał bramkarza na społeczny ostracyzm i podążał za nim aż do śmierci. ,,W Brazylijskim prawie najwyższy wyrok to 30 lat, ale moja kara trwa już 50”– powiedział o swoim losie Barbosa. Jako najsmutniejszy moment swojego życia podał sytuację ze sklepu, kiedy to pewna kobieta na jego widok powiedziała do swojego dziecka – zobacz, przez tego człowieka płakała kiedyś cała Brazylia. Przeświadczenie o pechu przynoszonym przez bramkarza Canarinhos panowało także w 1993 roku. BBC zaprosiło Barbosę jako jednego z ekspertów na zgrupowanie reprezentacji Brazylii, ale Mario Zagallo, asystent ówczesnego selekcjonera Carlosa Alberto Perreiry odmówił wpuszczenia go na zgrupowanie, widząc w nim uosobienie brazylijskiej tragedii. Według relacji autora biografii tej najbardziej tragicznej postaci Maracanazy, Barbosa zaprosił kiedyś znajomych na grilla, gdzie za podpałkę służyły słupki z meczu z Urugwajem. Duchowe oczyszczenie nie przyniosło mu jednak przebaczenia narodu. Po błędzie Barbosy w Brazylii wytworzyło się paranoiczne przekonanie, że żadna drużyna nie powinna mieć czarnoskórego bramkarza, jako że ten zawsze może zawieść w najważniejszym momencie i pociągnąć całą drużynę na dno. Okryty złą sławą golkiper umarł w biedzie w 2000 roku, kilka miesięcy po tym, gdy Dida zagrał w reprezentacji Canarinhos. Był to pierwszy czarnoskóry bramkarz między słupkami ekipy z Kraju Kawy od prawie 50 lat. Za winne porażki, oprócz nieszczęsnego Barbosy, zostały uznane także koszulki, w których grali reprezentanci Canarinhos. Białe koszulki z niebieskimi kołnierzykami zamienione zostały na żółte, a trykoty w kanarkowych barwach stały się cechą charakterystyczną reprezentacji Brazylii. Nowy kolor koszulek w pewien sposób jednoczy cały naród podczas najważniejszych wydarzeń sportowych. Co ciekawe, Aldyr Garcia Schlee, projektant nowego kroju stroju, prywatnie jest kibicem… Urugwaju. Dla Brazylijczyków porażka była wydarzeniem epokowym, które do dziś jest rokrocznie rozważane i analizowane, ale w Urugwaju nie spotkało się z euforią przenoszoną z pokolenia na pokolenie. ,,Młodzi Urugwajczycy tak naprawdę nie przejmują się przeszłością. Nie pamiętają o mistrzostwach świata w 1950. To wydarzyło się zbyt dawno temu”– powiedział Juan Jose Oliviera, przewodnik wycieczek po kraju ,,Urusów”. W zapomnieniu żyje także strzelec zwycięskiego gola a jego wyczyn wspominany jest praktycznie tylko raz do roku, w dniu rocznicy zdobycia mistrzostwa. ,,Czasem mam wrażenie, że jestem duchem Brazylii. Jestem wiecznie żywy w ich wspomnieniach. W Urugwaju cieszyliśmy się tamtą chwilą. Teraz już o niej zapomnieliśmy”– podzielił się swoimi spostrzeżeniami Ghiggia. Sam siebie dumnie nazywa jednak jedną z trzech osób, obok Franka Sinatry i Jana Pawła II, które uciszyły Maracanę. Choć porażka Brazylii z Niemcami jest najbardziej sromotną klęską w historii tamtejszego futbolu, to jednak ,,Maracanazo” było przegraną bardziej bolesną. Przyszło kompletnie niespodziewanie i było totalnym zaskoczeniem. Szokiem, który miał wpływ na dalsze życie wielu Brazylijczyków. Jedynie Garrincha uznał, że to głupie tak bulwersować się i opłakiwać niepowodzenie. Dla wielu Canarinhos to dalej najbardziej traumatyczne przeżycie i to nie tylko pod względem sportowym.

1

@Safrani Tak mówił Włodek?

12

Wybitne legendy polskiego futbolu:

16 lipca 1957 r. urodził się Włodzimierz Smolarek, lewoskrzydłowy. Nie ma już z nami tego znakomitego, sprytnego zawodnika. Pozostała jednak pamięć o jego genialnych zagraniach. Jednak największą sławę przyniósł mu nie żaden z goli a… zastawianie piłki ciałem w meczu przeciwko ZSRR w drugiej fazie grupowej MŚ 1982. Remis w tym starciu dawał Polakom awans do półfinału mundialu. Nic dziwnego zatem że to raczej rywalom się spieszyło. Biało-czerwoni jednak umiejętnie się bronili i na tablicy wyników ciągle widniał rezultat 0:0. Na kilka minut przed końcem Smolarek wykorzystał swoje największe atuty: spryt, umiejętności techniczne a przede wszystkim żelazną kondycje. Wziął piłke, pognał w kierunku narożnika i sprytnie zastawiał się ciałem. Obrońca radziecki wybił piłke raz. Po wykonaniu autu, futbolówka trafiła znów do Smolarka i tak jak kilka chwil wcześniej, zakotwiczył z nią w narożniku. Zawodnik Widzewa w ten sposób pozbawił przeciwników piłki w sumie na okres prawie 1,5 minuty gry! To zagranie usiłowali kopiować w tym meczu zarówno Boniek, jak i Kupcewicz. Skutecznie udało się to jednak tylko Smolarkowi. ,,Żelazne Płuca”, przebojowość, zadziorność, ambicja a przy tym dobra technika i skromność poza boiskiem zapewniały mu rzesze fanów. ,,Mało jest w naszym kraju takich piłkarzy obdarzonych takim duchem walki jak Włodek. Dla każdego obrońcy walka ze Smolarkiem jest bardzo trudnym zadaniem. Potrafił obrzydzić na boisku życie każdemu”- charakteryzował go Boniek. On sam twierdził iż szybkość zawdzięczał swojemu pierwszemu szkoleniowcowi, Henrykowi Olszewskiemu. Był podporą Widzewa w okresie największych triumfów. Od Bońka przejął pozycje lidera pod względem liczby goli strzelonych dla tej drużyny w Ekstraklasie(potem wyprzedził go Marek Koniarek). Razem z Widzewem zdobył po 2 medale każdego kruszcu mistrzostw Polski. Wygrał też Puchar Polski. Piękną przygodę przeżył w europejskich pucharach. Z łódzkim zespołem awansował do półfinału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych. W poprzedniej fazie pokonał bramkarza zdobywców tego trofeum sprzed 2 lat- Liverpool FC. W innych bojach Widzewa na kontynentalnej arenie znalazł sposoby na golkiperów m.in. Anderlechtu(dwukrotnie), Juventusu i Borusii Mönchengladbach. Do czasów Roberta Lewandowskiego był rekordzistą pod względem liczby tytułów Piłkarza Roku katowickiego ,,Sportu”. Zdobył tę nagrodę trzykrotnie. Raz został Piłkarzem Roku według ,,Piłki Nożnej”. Do tego też dochodzi 4 i 9 miejsce w zestawieniu ,,Przeglądu Sportowego” na Sportowca Roku. Na arenie międzynarodowej znalazł się w 1981 r. na 28 miejscu w rankingu ,,Złotej Piłki”. Był filarem reprezentacji Polski na MŚ España ’82, zakończonych na 3 miejscu. Jego rajdy(jak ten z ZSRR) doprowadzały przeciwników do furii. Przez to Smolarek figurował na czele klasyfikacji faulowanych.

W 6 pierwszych meczach wystąpił w podstawowym składzie. W półfinale z Włochami zarobił jednak swą drugą żółtą kartke na tym turnieju, co wykluczyło go ze starcia o 3 miejsce. Krótko tliła się nadzieja na jego występ. W oficjalnym protokole nie było bowiem kartonika dla niego. Dopiero kilkadziesiąt godzin później FIFA zweryfikowała oficjalny dokument i ten ostatni mecz musiał spędzić na trybunach. Osłabieni koledzy zdołali jednak zwyciężyć, co zapewniło Polakom srebro. ,,Jeszcze nie uświadamiamy sobie chyba tego sukcesu ale wiem z doświadczenia że po odpoczynku, kiedy wszyscy dojdą do siebie, radość będzie wielka. Nie grałem w tym meczu i muszę przyznać że strasznie się denerwowałem. Znacznie bardziej niż na boisku”- powiedział po otrzymaniu medalu. Na mundialu strzelił pierwszego gola przeciwko Peru. Przed tym spotkaniem, gdy dalszy udział Polaków wisiał na włosku, w ramach przesądu postanowił wraz z Dziubą się nie golić. Częściej jednak sukces zawierzał umiejętnościom piłkarskim. Jego najsłynniejsze trafienia w biało-czerwonych barwach miały jednak miejsce w kwalifikacjach do tego mundialu. W decydującym starciu z NRD Polacy w Lipsku od pierwszych minut rzucili się zaskoczonym gospodarzom do gardeł. Po 300 sekundach od premierowego gwizdka prowadzili już 2:0! dzięki trafieniom Szarmacha i Smolarka. Włodek okiwał bramkarza rywali ale piłke do bramki wbił na raty bo jeszcze uwikłał się w drybling z obrońcą przeciwników. Po przerwie kontakt demokratycznym Niemcom dal rzut karny wykonany przez Schnuphase. Jednak wkrótce potem drugie trafienie zaliczył Smolarek. Ostatecznie skończyło się wynikiem 3:2 dla Polski, co zapewniło jej trzeci awans z rzędu do MŚ. Było to ostatnie trafienie zawodnika Ekstraklasy w meczu przesądzającym o wyjeździe na mundial aż do gola Mączyńskiego przeciwko Czarnogórze w 2017 r. Gola strzelił też na mundialu w 1986 r. Ten gol dał Polsce awans do 1/8 finału. Pozbawiała zaś tej okazji Portugalczyków. Luis Figo wspominał w swojej biografii że po tym trafieniu w jego domu zapanowała ,,przerażająca cisza”. O mały włos a sytuacja ta nie miała by miejsca. Tuż przed golem Piechniczek kazał rozgrzewać się Zgutczyńskiemu, z myślą wprowadzenia zmiany w ataku. Roszada ta została dokonana wkrótce po golu. Na więcej Polaków nie było już stać. Sam Smolarek narzekał że duży wpływ na ich forme miało rozrzedzone powietrze w Monterrey. Po odpadnięciu otrzymał od miejscowej firmy Pedro Gonzalez brązową statuetkę dla najlepszego polskiego piłkarza turnieju. Zza oceanu przywiózł też sombrero, w którym pokazał się kibicom na Okęciu oraz… odnowione kontakty rodzinne. Nieoczekiwanie po jednym ze spotkań pod hotelem spotkał Polonuske, która okazała się jego daleką krewną. Jej babcia(krewna Smolarka) przed laty wyjechała do Meksyku i zleciła potem wnuczce skontaktowanie się z kuzynem, sławnym piłkarzem. Pan Włodek był ostatnim medalistą MŚ grającym w kadrze. Po raz ostatni biało-czerwoną koszulke założył w 1992 r. Do tego czasu uzbierał 60 meczów i 13 goli. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Po grze w Widzewie występował w Bundeslidze i Eredivisie. Z Eintrachtem zdobył Puchar Niemiec. W Holandii grał dla Feyenoordu i FC Utrechtu. Po zakończeniu kariery pracował jako trener grup młodzieżowych i scout Feyenoordu. Z jego usługi korzystał PZPN. Zmarł nagle w 2012 r. Pochowany został w rodzinnym Aleksandrowie Łódzkim. Jego imię nosi ulica w Łodzi, opodal stadionu Widzewa.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

Wybitne postacie Dumy Katalonii:

16 lipca 1934 r. wybrano nowego prezydenta FC Barcelony. Został nim Esteve Sala, jako 27 w kolejności prezydent Blaugrany, zastępując na stanowisku Joana Come. Sala został wybrany podczas zgromadzenia w ,,Teatrze Barcelona” przy „Rambla de Catalunya”, po tym jak kandydat o znacznie lepszej pozycji do objęcia tej funkcji, Josep Sunyol, wycofał swoją kandydaturę, jako powód podając problemy natury zdrowotnej. Do Estevego Sali należał słynny barceloński „Hotel Orient”. Jedna z najbardziej rozpowszechnionych legend na temat hotelu głosi iż Sala(z racji ogromnego uwielbienia jakim darzył Josepa Samitiera) postanowił opłacić jeden z pokoi i utrzymywać go dożywotnio dla piłkarza Barçy. Jednak nie do końca jest to prawdą. Owszem Samitier mieszkał w hotelu Orient, lecz tylko przez jeden sezon. Było to w latach czterdziestych, kiedy wrócił do Barcelony po kilkuletnim pobycie na wygnaniu w Nicei, gdzie grał i trenował w tamtejszej drużynie. Przyjacielskie relacje łączące piłkarza z Estebanem Sala y Solerem, synem właściciela hotelu Orient, umożliwiły powrót Samitiera do miasta, w którym odnosił sportowe sukcesy. ,,Sami” na dłuższy czas zatrzymał się w hotelu ale mimo plotek z tamtych czasów głoszących że nigdy nie płacił za hotel, prawda jest taka iż właściciele pobierali od niego pieniądze, chociaż według niższych stawek.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

30

Feliz cumpleaños panie Sergio! Z okazji urodzin!

Sergio Busquets kończy dzisiaj 37 lat. Dziękujemy ,,Busi” z głębi serca za poświęcenie klubowi i wierność przez długie lata. Zdrówka i powodzenia w nowym klubie nasza żywa legendo!

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

14

Wybitne legendy futbolu:

15 lipca 1954 r. urodził się Mario Kempes, argentyński napastnik, mistrz Świata z 1978 r., zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów oraz Superpucharu Europy z CF Valencia z 1980 r. Swoją karierę rozpoczynał w klubie Instituto Atlético Central Córdoba, w którym grał do roku 1973. Następnie przeszedł do wyżej notowanego Rosario Central. Z czasów gry w hiszpańskim klubie Valencia CF (do którego przeszedł w 1977 r.) pochodzi jego pseudonim – „Matador”. W barwach Valencii dwukrotnie zdobył tytuł „Pichichi” dla najlepszego strzelca Primera División, strzelając odpowiednio 24 i 28 goli w latach 1976–1977 oraz 1977–1978. W zespole z Walencji grał do 1981 (w 1980 zdobywając z tym zespołem PEZP i Superpuchar Europy), kiedy to wrócił na pół sezonu do Argentyny do zespołu Club Atlético River Plate. W 1982 ponownie znalazł się w kadrze Valencii, z którą tym razem nie zdobył żadnych trofeów. Lata 1984–1986 to gra w niżej notowanym Hérculesie Alicante. W 1984 przeniósł się do Austrii do zespołu First Vienna FC. W kolejnych latach grał w zespołach: VSE Sankt Pölten (1987–1990) i Kremser SC (1990–1992). W 1995 grał w chilijskim klubie Fernández Vial Concepción. Oficjalnie karierę zakończył w 1996 r. W 1978 r. został wybrany Najlepszym Piłkarzem Ameryki Południowej. Kempes został uznany za jednego ze 100 najlepszych żyjących piłkarzy FIFA. Mario Kempes, zwany 'matadorem' przybył z Pasiequito i swój debiut w Valencii zaliczył w 'Pucharze Pomarańczy' w 1976 r. gdzie nie miał zbyt udanego występu z powodu nie wykorzystania rzutu karnego. W rodzimej Argentynie, rozpoczął grę w środku pola i kiedy miał 19 lat dostał się do drużyny Rosario Central. Następnie uczestniczył w Mistrzostwach Świata w RFN. Kiedy miał 22 lata przybył do Valencii gdzie pobił godne pozazdroszczenia rekordy i stał się jednym z największych postaci w całej historii klubu.

Po zdobyciu dwóch "Pichichis"(czyt. król strzelców) z 24 i 28 golami w sezonach 1976/77 i 1977/78, Kempes został mistrzem świata i zdobył koronę króla strzelców na Mistrzostwach Świata Argentina '78. Wraz z Valencią wywalczył triumf w Pucharze Króla w 1979 r. a rok później zdobył Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. Wrócił do Argentyny, gdzie został zatrudniony w River Plate na sezon 81-82, aby rok później powrócić do Valencii. Później występował jeszcze w Herculesie i w lidze austriackiej. W 1993 r. pożegnał się z kibicami Valencii w meczu na jego cześć. Mario Kempes pozostaje jednym z niewielu piłkarzy na świecie, którzy uczestniczyli w trzech mistrzostwach świata. Strzelał karne, wolne, główkował, z pola karnego, z poza niego... dla Kempesa każda pozycja była dobra do oddania strzału.

@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

15

Zasłużone postacie Blaugrany:

Dokładnie 100 lat temu urodził się Josep Mussons. W latach 1978-2000 był wiceprezydentem FC Barcelony i przez większość swojej kariery w klubie zajmował się sekcjami juniorskimi. Mussons był zarządcą La Masii i to pod jego rządami do pierwszej drużyny trafili między innymi Amor, Ferrer i Guardiola. W 2000 r. po zakończeniu kariery został wybrany Honorowym Prezesem Sekcji Juniorskich. Josep Mussons zmarł na Covid-19, 17 kwietnia 2021 r. w wieku 95 lat. Duma Katalonii uczciła jego śmierć grając w finale Copa del Rey w czarnych opaskach.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Pionierzy w dziejach polskiego futbolu:

14 lipca 1894 r. we Lwowie odbył się drugi zlot Sokoli. W ramach tego zlotu rozegrano na Polskiej ziemi pierwszy w dziejach mecz piłki nożnej pomiędzy drużynami sokolimi z Krakowa i Lwowa. Głównym organizatorem tego meczu był Edmund Cenar. Program zlotu był tak napięty że mecz trwał tylko 6 minut a przerwano go po pierwszym golu zdobytym przez ucznia seminarium nauczycielskiego ze Lwowa- Włodzimierza Chomickiego. Do Lwowa piłkę z Anglii przywiózł w 1891 r. Edmund Cenar. On też w 1891 r. przetłumaczył z angielskiego pierwsze przepisy gry. Edmund Cenar to postać wyjątkowo zasłużona polskiemu społeczeństwu. Całe swoje życie poświęcił na rzecz wychowania fizycznego i sportu.

To właśnie podczas II Zlotu Towarzystw Sokolich we Lwowie, między „ćwiczeniem maczugami” a zawodami „w biegu, w skoku, w wspieraniu i rzucaniu ciężarów i budowaniu piramid”, postanowiono rozegrać pokazowy mecz nowego sportu zwanego właśnie jako foot-ball. Na teren zjazdu wybrano Park Stryjski. Zbudowano między innymi stadion na siedem tysięcy ludzi oraz utworzono na wzór angielski plac do gry o wymiarach 100 na 120 metrów. Naprzeciwko siebie stanęły dwie jedenastki Sokołów z Krakowa oraz ze Lwowa. Jak donoszą ówczesne opisy, obie drużyny wystąpiły w białych strojach, różniły się jedynie kolorem spodenek. 14 lipca 1894 roku dokładnie o godzinie 17.00 rozpoczęło się to spotkanie. W źródłach historycznych niestety nie zachował się skład gości z Krakowa. Znane natomiast są nazwiska jedenastki gospodarzy: Włodzimierz Chomicki, Ksenofont Teodorowicz, Ludwik Chrystelbauer, Seweryn Rudnicki, Marjan Bielecki, Karol Marcichowski, Wilibald Noach, Stanisław Mjanowski, Bronisław Gołorodski, Aleksander Kozeł i Juliusz Onyszkiewicz. Lwowianie wystąpili pod wodzą wspomnianego wcześniej szkoleniowca, Edmunda Cenara. Ze źródeł wiadomo również, że spotkanie sędziował pan Zygmunt Wyrobek z Krakowa.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

11

Kochani cules czy wiecie że:

14 lipca 1936 r. ukazał się ostatni numer katalońskiego tygodnika humorystycznego ,,Xut”. W drugim wydaniu gazety z 30 listopada 1922 r. po raz pierwszy w prasie pojawiło się słowo ,,Barça”. Było ono używane w mowie potocznej praktycznie od początku istnienia klubu ale zostało oficjalnie uznane dopiero w latach 60-tych. 29 października 1924 r., również w tygodniku ,,Xut” pojawiła się pierwszy raz postać ,,L’Avi del Barça”(Dziadka Barçy), który jest personifikacją klubu. Od 1984 r. socio klubu Joan Casals stylizuje się na tę właśnie postać. W 1992 r. po finale Pucharu Europy z Sampdorią obiecał że zgoli charakterystyczną białą brode, jeżeli Blaugrana zdobędzie drugi taki tytuł. W 2006 r. po wygranej w finale z Arsenalem dotrzymał słowa.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@FCBparasiempre
Dezerterzy:

W komunistycznej Polsce wyjazd za granicę nie był tak prosty, jak ma to miejsce dziś. Paszporty wszystkich obywateli leżały bowiem w szufladach biur urzędników państwowych. By je czasowo otrzymać należało z pokorą i szacunkiem odnosić się do partii i całego systemu politycznego. Piłkarze nie byli traktowani dużo lepiej w kwestii emigracji. Toteż młodym zawodnikom zdarzały się nielegalne ucieczki na Zachód, a najczęstszym kierunkiem dezercji była sąsiednia Republika Federalna Niemiec, ale przewijały się także inne kraje, nie tylko europejskie. Zawsze wiązało się to z ryzykiem, a więc traktować to należy jako akt sporej odwagi. Nie wszystkim również owa decyzja się opłaciła. Szlak przetarli pod koniec 1957 roku gracze dwóch najznamienitszych śląskich klubów: młody bramkarz Herbert Pohl i dobiegający trzydziestki pomocnik Eryk Nowara. Przypadki te zostały w polskich mediach przemilczane a służby ochrzciły wymieniony duet „zdrajcami ojczyzny”, choć Nowara po kilkunastomiesięcznej walce uzyskał pozwolenie na grę w TUS Lintfort, o czym dowiedzieć się można było jednak wyłącznie z niemieckiego „Kickera”. Dekadę później z bytomskiej Polonii zdezerterował Jan Banaś, ale nie powodowały nim względy polityczno-finansowe. Historia Banasia dowodzi, że nawet rodzina może wpędzić w tarapaty, które ciągnąć będą się przez lata. Ojciec urodzonego w Berlinie reprezentacyjnego obrońcy był czystej krwi Niemcem, z Polską defensora związało pochodzenie matki. Jeszcze zanim mały Hans-Dieter (bo pod takim imieniem figurował przez całą młodość Jan) przyszedł na świat, tata okazał się bigamistą i rzekomo poniósł śmierć w czasie II wojny światowej. Gdy Banaś stał się szerzej znany i dostał do kadry narodowej, po jednym z meczów, transmitowanych także w Niemczech zgłosił się do niego „martwy” od ponad dwóch dekad ojciec. Nagabywał syna, aż ten w końcu dał się namówić na odłączenie od drużyny w Goeteborgu przy okazji meczu z tamtejszym Norrkoeping w 1967 roku. Uciekinierami zostali również Norbert Pogrzeba i Konrad Bajgier. Azyl znaleźli w miejscowości Hof. Pobyt Hansa-Dietera w Niemczech trwał kilka miesięcy, w których trakcie dały o sobie znać prawdziwe intencje odnalezionego cudownie po latach ojca piłkarza. On właśnie wszedł w buty agenta reprezentanta Polski i dogadywał się z klubami niejako w imieniu Banasia. Kiedy podobno dopiął już (nieznane po dziś dzień) szczegóły, wręczył synowi dokument, nazywany dziś przez samego zainteresowanego „cyrografem”. Szkopuł w tym, że zgodnie z treścią pisma samozwańczemu przedstawicielowi defensora należało się 10% zysków jako „ekwiwalent za wychowanie”. W zestawieniu z prawdą wygląda to nadzwyczaj groteskowo. I tamto wydarzenie otrzeźwiło Jana, który porozumiał się z kolegami oraz prezesem klubu, w którym trenował. We czwórkę wsiedli do auta i pomknęli w kierunku Kolonii, gdzie trio z Bytomia przeszło testy. Mimo pozytywnych odczuć władz FC Koeln przepisy okazały się nie do obejścia i chcący grać w piłkę, a nie poprzestawać na treningach Banaś zmuszony został do powrotu na łono ojczyzny. Dziś przyczyny emigracji komentuje: ,,Miałem ojca Niemca, który to wszystko wymyślił, przyjechał, zabrał mnie. Obiecywał mi złote góry i tak to się skończyło.”

Wisiało nad obrońcą widmo zwyczajowej w takich sytuacjach dwuletniej karencji, której jednak za wstawiennictwem gen. Jerzego Ziętka, „syn marnotrawny Polonii Bytom” uniknął. Najdotkliwszą konsekwencją, która zaważyła na reprezentacyjnym niespełnieniu Banasia, stał się zakaz wyjazdów za zachodnią granicę Polski. Odebrał on atakującemu szansę przyłożenia ręki lub raczej nogi do największych sukcesów Orłów Górskiego: złota olimpijskiego w Monachium i srebrnego krążka przywiezionego z mundialu w RFN. Sam Banaś do dziś żałuje porzucenia ojczyzny, a za główny powód żalu uważa powyższą sankcję. Zdrowie nie pozwala mu na dalszą działalność w świecie futbolu, ale jeszcze nie tak dawno szkolił młodzież w Gwarku Zabrze. O losach 73-latka nakręcono film „Gwiazdy”, który ma w niedługim czasie ma wejść na ekrany kin. Nie najlepiej wyszli na zatrzaśnięciu za sobą drzwi samochodu odjeżdżającego z bawarskiego miasteczka inni pasażerowie. Bajgier z opuszczoną głową zawitał do Polonii a Pogrzeba podążył zupełnie odmienną drogą. Zamiast pożegnać się z marzeniami o grze poza granicami ojczyzny, wylądował w amerykańskiej NASL. Szatnię St. Louis Stars dzielił przez rok m.in. z Dragoslavem Sekularacem – znanym reprezentantem Jugosławii. Nim zawiesił buty na kołku, grał jeszcze przez 4 lata w Europie, a konkretnie holenderskim NAC Breda. Co ciekawe oficjalna wersja losów napastnika z Bytomia sugerowała, że miał on zachorować, co poskutkowało utratą pracy. Celem rozpowszechniania owej kłamliwej wiadomości zapewne była przestroga dla prawdopodobnych następców bytomskiej trójki. Ostrzeżenie nie przyniosło skutku i z PRL-u zwiewali kolejni: Waldemar Słomiany (ledwie tydzień po Banasiu),Helmut Dudek, Henryk Broja. Pierwszego z wymienionych pod koniec lat 60. śledziła bezpieka korzystając z informacji TW „Freda”, który oskarżył dawnego defensora Górnika Zabrze o pośrednictwo w wysyłce paczek do Polski. Kontroli poddano więc osobistą korespondencję gracza Schalke, która dowodziła o godnych apanażach Słomianego. Wartą odświeżenia postacią jest Helmut Dudek. Zapomniany, acz wcale nie słaby piłkarz niegdyś grający w Szombierkach Bytom. Jako 19-latek udał się z wycieczką do Jugosławii. Odnalazł się dopiero po dwóch latach, gdy dołączył do bardzo silnej w owym czasie Borussii Moenchengladbach. W jej barwach rozegrał niewiele meczów, ale w sezonie 1978/79 zapisał na swoim koncie jako pierwszy Polak europejskie trofeum – Puchar UEFA. Nie dane mu było wystąpić w finale, ale w trakcie wcześniejszych faz czterokrotnie wchodził na boisko (w tym 3 mecze w pełnym wymiarze, raz zmienił kolegę w drugiej połowie). Na początku lat 80. w pył rozpadł się skład zabrzańskiego Górnika przetrzebionego kolejną falą ucieczek. W krótkim czasie po lepsze życie wyemigrowało sześciu ważnych członków ekipy: Niemcy jako miejsce dalszego życia wybrali broniący bramki Waldemar Cimander, Zbigniew Rolnik oraz Joachim Hutka. Ostatni z wymienionych przejawiał wielki talent, więc jego strata szczególnie mocno zabolała klub z Zabrza. Francję z marnym efektem podbić chcieli Ireneusz Lazurowicz wraz z Bernardem Jarziną, a w Szwajcarii zakotwiczył doświadczony piłkarz drugiej linii Emil Szymura.

Największy rozgłos zyskała wtedy sprawa innego ślązaka – Rudolfa Wójtowicza. Uważany za jeden z większych talentów na swojej pozycji, obrońca Szombierek zakotwiczył w Austrii. Do igrania z PRLowskim prawem zmusiła go historia ojca, który wcześniej zatrzymał się w Niemczech, które również zostały ostatecznym celem wędrówki Rudolfa. Śląska prasa sportowa, a mianowicie katowicki „Sport” skomentował: „Wójtowicz wyjechał nagle i należy się domyślać, gdzie go poniosło”. Defensor podczas 10 lat gry dla Fortuny Duesseldorf, a potem Bayeru Leverkusen ugruntował swą markę na tyle, że pracuje za naszą zachodnią granicą do dziś. Aktualnie sprawuje funkcję szefa skautingu w VfL Wolfsburg. Wójtowicz zapoczątkował całą plejadę tych uciekinierów, którzy po zakończeniu karier nie silili się na powrót, gdy komunizm odszedł w niepamięć. Obowiązywał stan wojenny, gdy Roman Geszlecht w trakcie wyjazdu na mecz młodzieżówki oderwał się od drużyny. Po wyrwaniu się z Sosnowca zmienił zapis nazwiska na bardziej niemiecki „Geschlecht”. Przeszkody nie stanowił fakt, że słowo to w tamtejszym języku oznacza po prostu „płeć”. W naszym kraju rozpowszechniono krzywdzącą plotkę, jakoby wraz z towarzyszem ucieczki Wenantym Fuhlem zostali przyłapani na kradzieży. Choć komunizm nad Wisłą chylił się ku upadkowi, to granicę nad Odrą przekraczali następni: Aleksander Famuła czy Jarosław Biernat. Pod względem szumu wokół wyjazdu przebił ich Marek Leśniak – trzeci Polak, który wyemigrował nielegalnie, by grać w Leverkusen. Organizacją przewyższył zdecydowanie poprzedników, gdyż wcześniej porozumiał się z Bayerem, by przedstawiciel klubu „przechwycił” go w Danii. Tak też się stało, a dodatkowo za wstawiennictwem Ministra Sportu, a późniejszego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego 24-latkowi darowano karencję, jak i obowiązkową służbę wojskową. Wiemy, że polegałaby ona na grze w Legii Warszawa. Istnieje, poparta dowodami, hipoteza, że w zamian wojsko otrzymało tony lekarstw z fabryki BAYERu. Decyzja o emigracji na 2 lata odebrała Leśniakowi możliwość reprezentowania ojczyzny na arenie międzynarodowej. Choć nie strzelał dla „Aptekarzy” w tempie wystrzałów z karabinu maszynowego to miał pewne miejsce w drużynie przez całe trzy lata pobytu na BayArena. Następnie grał i trenował w niższych ligach, do niedawna dzierżył stery w SpVgg Olpe. Ostatnią z głośnych spraw sprowokował Andrzej Rudy. PRL-owski ustrój chwiał się już w posadach, a wątek zawodnika Pogoni Szczecin stanowił doskonały temat zastępczy. Władze nie omieszkały więc przepuścić okazji do zrównania pomocnika z ziemią. Rudy zwiał ze zgrupowania przed meczem sparingowym z drużyną ligi włoskiej, rozgrywanym w listopadzie 1988 r. na San Siro. Metą jego podróży, tradycyjnie miały być Niemcy. Owa rejterada wywołała rozgoryczenie innych uczestników zgrupowania w hotelu o wdzięcznej nazwie „Leonardo da Vinci”. Dziennikarze też wylali wiadro pomyj na uciekiniera. Rudy nie ustawił się tak dobrze, jak choćby Leśniak. Klubu szukał dosyć długo – następne pół roku, aż do jesieni 1989 r. nie kopał piłki. Wprawdzie do dziś utrzymuje, że niewiele brakło, by włożył koszulkę Bayernu, a rozmawiał i z AS Monaco. Ostatecznie musiał się zadowolić grą w FC Koeln. Po latach w Bundeslidze zasłużył sobie na transfer do Ajaksu Amsterdam, w którym był pierwszym Polakiem. Obecnie, jak inni wymienieni, para się trenerką. Losy dezerterów były różne, ale dziś nie różnią się diametralnie od „zwykłych” imigrantów. Niektórzy, jak Banaś, podjęli złą decyzję i dziś nie postąpiliby w ten sposób. Inni zaś – Leśniak czy Wójtowicz z powodzeniem ułożyli sobie życie na obczyźnie a o powrocie w rodzinne strony zdają się nie myśleć. Różnią ich tylko od reszty wspomnienia z piłkarskich boisk Niemiec czy Francji oraz w wielu przypadkach obecność w kartotekach SB.

1

Ponownie coś dla @Bernard777

0

@Inko No dokładnie!

0

@mordini123 Aaaa to o to chodziło! To w takim razie troszeńke zmienia postać rzeczy ale nie całkowicie, gdyż to w końcu mistrz Polski i stoi na nieco uprzywilejowanym miejscu...

1

Nie żebym nie przepadał za ,,Kolejorzem", wręcz całkowicie przeciwnie! Tylko z jakiego powodu mecz o Superpuchar Polski jest rozgrywany na stadionie jednego z rywali a nie na stadionie neutralnym na przykład na ,,Narodowym"? Przecież to chyba nie jest sprawiedliwe...?

8

@FCBparasiempre
Na początku lat dwudziestych XX wieku w Europie panowało przekonanie, że sztukę futbolu najlepiej opanowali piłkarze ze Starego Kontynentu a niepodważalnymi mistrzami są Anglicy. W 1924 r. w Paryżu odbyły się VIII Letnie Igrzyska Olimpijskie. Do rywalizacji w piłce nożnej przystąpiły 22 reprezentacje – 19 europejskich oraz Egipt, Urugwaj i Stany Zjednoczone. Spekulowano, że trzy ekipy spoza kontynentu będą jedynie ciekawostką i urozmaiceniem turnieju, bowiem mało kto brał je na poważnie. Inna kwestia jest taka, że nikt nie wiedział, jak zagrają przybysze z obu Ameryk i Afryki. Jeśli chodzi o taktykę stosowaną w tym czasie przez większość ekip z Europy, najprościej opisać ją trzema słowami: laga do przodu. Dziś można się śmiać, jednak biorąc pod uwagę fakt, że wówczas grano systemem 2-3-5, taka filozofia wcale nie wydaje się niemądra. Stany Zjednoczone odpadły po pierwszym meczu, Egipt po dwóch, a Urugwaj szalał w najlepsze. Swoją grą, opartą na krótkich, szybkich podaniach do nogi, nieprzewidywanej wymienności pozycji oraz niezliczonej liczbie dryblingów, porwali niemal wszystkich obserwatorów. Początkowo brakowało chętnych na oglądanie gry przybyszy z Ameryki Południowej. Na ich pierwszym spotkaniu, przeciwko Jugosławii (7:0), stawiło się zaledwie 2 tys. kibiców. Po Igrzyskach nie było osoby, która nie pałała miłością do futbolu prezentowanego przez piłkarzy w błękitnych koszulkach. Urugwajczycy bez problemu sięgnęli po tytuł, z kompletem pięciu zwycięstw i bilansem bramkowym 20:2. Cztery lata później, na Igrzyska w Amsterdamie, przyjechało już czterech reprezentantów z obydwu Ameryk. Do Urugwaju dołączyła Argentyna, Chile i Meksyk. O ile Chile i Meksyk odpadły po swoich pierwszych spotkaniach, o tyle Urugwaj i Argentyna zamykały turniej. W związku z tym, że w finale padł remis 1:1, spotkanie trzeba było powtórzyć. W powtórce lepsi okazali się Urusi, zwyciężając 2:1, sięgając tym samym po drugie złoto olimpijskie z rzędu. Francuski pisarz, Henri Millon de Montherlant, takimi słowami określił grę prezentowaną przez Urugwajczyków: „Cóż za rewelacja, to jest prawdziwa piłka nożna! To, co znaliśmy i uprawialiśmy do tej pory, było tylko szkolną rozrywką”. Europa w mgnieniu oka poznała siłę południowoamerykańskiej piłki nożnej. Do wyścigu o organizację pierwszych w historii Mistrzostw Świata stanęły cztery kraje: Hiszpania, Węgry, Włochy i Urugwaj. FIFA od początku forowała tę ostatnią opcję, tłumacząc, że turniej należy się krajowi, który triumfował w dwóch Igrzyskach Olimpijskich z rzędu. Ponadto w 1930 roku państwo obchodziło setną rocznicę odzyskania niepodległości i zagwarantowało budowę ogromnego stadionu na ponad 80 tysięcy miejsc – Estadio Centenario. Europejczycy, widząc, że szanse na rozegranie mistrzostw w ich krajach są tylko iluzoryczne, solidarnie wycofali swoje wnioski. Tym samym na polu walki został tylko Urugwaj i to jemu przyznano prawo do zorganizowania dziewiczego czempionatu o piłkarskie panowanie na świecie. Jeden jedyny raz w historii nie rozgrywano kwalifikacji do turnieju. FIFA postanowiła, że szansę na zaprezentowanie swoich umiejętności dostanie każdy kraj będący członkiem organizacji. Wystarczy, że wyrazi taką wolę i w odpowiednim terminie zgłosi swoją obecność. Wielkim zaskoczeniem było otrzymanie potwierdzenia udziału w turnieju zaledwie od dziewięciu państw: Argentyny, Boliwii, Brazylii, Chile, Meksyku, Paragwaju, Peru, USA i, rzecz jasna, Urugwaju. Żaden z przedstawicieli Europy nie chciał wziąć udziału w Mundialu, tłumacząc, że podróż na drugą stronę Atlantyku jest zbyt długa i zbyt kosztowna. Kwestię finansową jeszcze bardziej piętnował krach na Wall Street. Po namowach Julesa Rimeta, prezydenta FIFA i pomysłodawcy Mistrzostw Świata, na uczestnictwo zdecydowały się drużyny Belgii, Francji, Rumunii i Jugosławii. Warunek był jeden – zwrot poniesionych kosztów. Działacze z Urugwaju wysłali specjalne zaproszenie do Anglików, nienależących do FIFA. Zadufani Brytyjczycy, od lat uznający się za najlepszych na świecie i mylnie wierzący, że nie muszą tego nikomu udowadniać, pogardzili propozycją przyjazdu. Na ponad dwa tygodnie przed rozpoczęciem Mundialu z Genui wypłynął statek ,,Conte Verde”. Na jego pokładzie znajdowali się piłkarze Rumunii. W kolejnych dniach dosiedli się Francuzi i Hiszpanie, a jeszcze później Brazylijczycy. Wraz z nimi podróżował Rimet z pucharem, Złotą Nike, oraz trzech wyznaczonych przez niego sędziów. Dwa tygodnie na pokładzie liniowca do Montevideo wydawały się wiecznością. Zawodnicy na wszelkie sposoby próbowali zabić panującą nudę. Trenerzy organizowali im zajęcia siłowe i gimnastyczne, wykorzystując szalupy, schody, leżaki. Na statku panował bezwzględny zakaz gry w piłkę nożną, ponieważ obawiano się, że futbolówki wpadną do wody i bezpowrotnie przepadną. Jugosławianie w tym czasie podróżowali do Urugwaju statkiem pocztowym Florida. Kiedy europejskie ekipy walczyły z nudą, w Montevideo walczono z czasem. Organizatorzy mieli spore opóźnienia w budowie wielkiego stadionu Centenario i wszystko wskazywało na to, że nie zostanie oddany do użytku na inaugurację turnieju. Co ciekawe, w tym samym okresie (26.06-6.07.1930 r.) w Genewie odbył się turniej, mający na celu stanowić poniekąd mundialową konkurencją. Dziesięć europejskich państw wystawiło po jednym klubie, a te rozegrały Klubowy Puchar Narodów. Zwycięzcą okazał się węgierski Ujpest, pokonując w finale Slavię Praga 3:0. Organizacja pierwszych w historii Mistrzostw Świata była wielką niewiadomą. Testowano na żywym organizmie, stąd bardzo dużo niedociągnięć. Sędziowie dostali jedynie prowizoryczne wytyczne dotyczące tego, co mają gwizdać, a czego nie. Nie wybrano oficjalnej piłki mistrzostw, w związku z czym każda ekipa miała swoje własne futbolówki i, niczym na podwórku, każdy chciał grać tą, do której był przyzwyczajony. Trzynaście zespołów podzielono na cztery grupy. Zwycięzca każdej z nich awansował do półfinału. Inauguracyjny gwizdek zabrzmiał 13.07.1930 r. na Estadio Pocitos, jednym z trzech stadionów, na którym rozgrywano mecze. Pierwotnie wszystko miało zacząć się na Centenario, jednak oddano go do użytku dopiero 5. dnia turnieju. Mundialowe granie rozpoczęły drużyny Francji i Meksyku. Na trybunach, wg danych FIFA, zasiadło zaledwie 3 tys. osób. Dane Urugwajczyków wskazują na 4444 kibiców, co i tak nie jest powodem do dumy. Już w pierwszym starciu doszło do sędziowskich kontrowersji. Francuski bramkarz Alexis Thepot został kopnięty w twarz i ze wstrząsem mózgu wylądował w szpitalu. Ówczesne przepisy nie przewidywały zmian, w związku z czym jego miejsce w bramce zajął pomocnik Chantrel, a przybysze znad Loary kończyli mecz w osłabieniu. W osłabieniu, bo urugwajski arbiter nie wyrzucił z boiska winowajcy z Meksyku. Francja i tak zwyciężyła 4:1, a autorem pierwszej bramki w historii Mistrzostw Świata został Lucien Laurent. Stronnicze sędziowanie stało się domeną turnieju. Arbitrzy z Ameryki Południowej często nie widzieli przewinień zawodników ze swojego kontynentu, jednocześnie dostrzegając zbyt wiele w poczynaniach piłkarzy z Europy. Najbardziej perfidny przekręt był autorstwa Almeidy Rego. Brazylijski rozjemca spotkania Argentyna – Francja zakończył mecz, gdy Francuz Langiller gnał samotnie od połowy boiska na bramkę oponentów. Była 84. minuta, wynik 1:0 dla pradziadów Messiego. Nie trzeba chyba dodawać nic więcej. Przyjrzyjmy się jeszcze na moment frekwencji. Starcie Rumunii z Peru oglądało… 300 osób. Grupowe zmagania padły łupem Argentyny, Jugosławii, Urugwaju i Stanów Zjednoczonych. Wszystkie ekipy odniosły komplet zwycięstw. W półfinałach Argentyna podejmowała Stany Zjednoczone, a Urugwaj Jugosławię. Ekipy znad La Platy okazały się bezkonkurencyjne, wygrywając po 6:1. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że przed wielkim finałem odbywa się mały finał o 3. miejsce. W 1930 roku nie został rozegrany. Dlaczego? Istnieją co najmniej trzy wersje zdarzeń. Jedna z nich, oficjalna, uznana przez FIFA, mówi, że w ogóle nie było pomysłu na mecz o najniższe miejsce na podium, więc przyznano je drużynie legitymującej się lepszym bilansem podczas całego turnieju. I tutaj zwyciężyły Stany Zjednoczone, wygrywając dwa mecze przy jednej porażce i bilansie bramkowym 6:6. Jugosławia miała ten sam stosunek zwycięstw i porażek, jednak minimalnie gorszy, zdaniem organizatorów, bilans bramek – 7:7. Druga wersja, przedstawiana m. in. przez piłkarzy Jugosławii, sugeruje, że to europejczycy zajęli trzecie miejsce, bo przegrali z drużyną, która okazała się triumfatorem zmagań w Montevideo. Niektóre pogłoski mówią, że Jugosłowianie przywieźli medal z Ameryki Południowej, ale do dzisiaj nie udowodniono, czy został on wręczony rzeczywiście za zajęcie trzeciego miejsca. I w końcu trzeci wariant. Mały finał był w planach organizatorów, jednak został zbojkotowany przez Jugosławię ze względu na stronnicze sędziowanie w półfinale. Trzecie miejsce przyznano więc Stanom Zjednoczonym. Wielki finał między Urugwajem a Argentyną rozegrano 30. lipca 1930 roku na Estadio Centenario. Od wczesnych godzin porannych do portu w Montevideo napływała cała rzesza statków z dziesiątkami tysięcy kibiców Albicelestes. Tłok był tak duży, że niektórzy nie dali rady wyjść na ląd, a wiedząc, że są spóźnieni, zawracali. Kibice gospodarzy również nie zawiedli, dzięki czemu frekwencja na stadionie wyniosła rekordowe 93 tysiące osób. Chętnych było tyle, że nawet gdyby obiekt był trzy razy większy, ze spokojem zostałby zapełniony. Widząc, że szykuje się mecz podwyższonego ryzyka, rozjemca finałowej batalii, Belg John Langenus, zapewnił sobie gwarancję nietykalności. Została mu powierzona zgraja ochroniarzy, która w przypadku zamieszek miała godzinę, by przetransportować go do portu, skąd drogą morską mógłby spokojnie wrócić do domu. Jego pierwsza ważna decyzja miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem spotkania. Urugwajczycy i Argentyńczycy przedstawili swoje piłki, którymi koniecznie chcieli rozegrać finał. Futbolówki różniły się kształtem, teksturą i gramaturą. Ostatecznie podjęto dość rozsądną i sprawiedliwą decyzję. Pierwszą połowę rozegrano piłką gości, a drugą gospodarzy. Przebieg meczu pokazał, jak wielkie znaczenie miało przywiązanie do własnej futbolówki. Po pierwszej połowie Argentyna prowadziła 2:1. Na bramkę Dorado odpowiedzieli Peucelle i król strzelców Mundialu, Stabile. W drugiej odsłonie zmieniła się piłka, a wraz z nią obraz gry. Gospodarze stłamsili swoich przeciwników i zaaplikowali im aż trzy gole. Na listę strzelców wpisali się Cea, Iriarte i Castro. Autor czwartej bramki, Hector Castro, jedna z największych gwiazd reprezentacji Urugwaju na przełomie lat 20. i 30. poprzedniego wieku, w dzisiejszych czasach nie miałby szans na zrobienie piłkarskiej kariery. Mając trzynaście lat uległ wypadkowi przy cięciu drewna, w wyniku czego stracił niemal połowę prawej ręki. Pomimo niepełnosprawności należał do najbardziej utytułowanych piłkarzy dwudziestolecia międzywojennego. Nie bez kozery kibice nadali mu pseudonim ,,Cudowny Jędnoręki”. Urugwaj, pomimo faktu, że trochę pomagały mu własne ściany, wywalczył Mistrzostwo Świata w stu procentach zasłużenie. Ondino Viera, były piłkarz i trener reprezentacji Urugwaju, trafnie stwierdził: „Byliśmy absolutnymi mistrzami kontroli nad piłką, którzy po przechwycie za nic w świecie nie pozwalali sobie jej odebrać. To była piłka nożna w dzikiej postaci, to była nasza gra. Na bazie empirycznych doświadczeń wykreowaliśmy urugwajski styl piłkarski własnej produkcji, który w najmniejszym stopniu nie przystawał do kanonu stworzonego przez menedżerów ze Starego Świata. Ten styl był tylko nasz. Tak powstała nasza szkoła piłkarstwa dająca podwaliny pod styl charakterystyczny dla całego Nowego Świata”. Na zakończenie ciekawostka z urugwajsko-argentyńskich potyczek finałowych z Igrzysk Olimpijskich w 1928 r. i Mistrzostw Świata 1930 r. W Ameryce Południowej od zawsze wierzy się w przesądy. Eduardo Galeano w swojej znakomitej książce Blaski i cienie futbolu opisał dwie sytuacje związane, jak sam to określił, z ciemnymi siłami. W drodze na finał Olimpiady w 1928 r. desygnowany do wyjściowego składu urugwajski obrońca Adhemar Canavessi zażądał, by autobus się zatrzymał. Zawodnik zabrał swoje rzeczy, ogłaszając trenerowi i kolegom, że nie może zagrać w tym meczu, bo gdy w przeszłości występował przeciwko Argentynie, jego zespół zawsze przegrywał. Nie wiadomo, jaki miało to wpływ na boiskowe poczynania kompanów ale kilka godzin później zwyciężyli 2:1. Dzień przed tym finałem do hotelu swoich rodaków udał się znakomity argentyński śpiewak, Carlos Romuald Gardel. Zaprezentował zawodnikom tango Dandy. Urugwajczycy wyciągnęli wnioski z holenderskiej lekcji – Canavessi już nigdy więcej w reprezentacji nie zagrał. Argentyńczycy nie wiązali porażki z artystycznym występem Gardela. Dwa lata później, w przeddzień finału Mistrzostw Świata, śpiewak został zaproszony do hotelu w Montevideo i zaprezentował piłkarzom ten sam utwór, co w Amsterdamie. Dopiero po porażce 2:4 stwierdzono, że Gardel reprezentacji już nie zaśpiewa.

11

Cudowne lata Blaugrany:

13 lipca 2010 r. Pep Guardiola przedłużył kontrakt z FC Barceloną. Po dwóch latach pełnych sukcesów zarząd chciał zaproponować Guardioli wieloletni kontrakt, mówiono wręcz aby został ,,Fergusonem Barçy” w nawiązaniu do legendarnego menadżera Manchesteru United. Sam zainteresowany preferował jednak krótkie umowy i zgodził się na roczne przedłużenie. Ten sam manewr zastosował rok później i w 2012 r. mógł bez przeszkód opuścić Dume Katalonii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

1

@Bernard777 To w takim razie wiesz co ci powiem? Lubię Urbana ale szczerze to współczuje Jankowi prowadzić taką reprezentacje a jeszcze bardziej współczuje jemu współpracować z tym całym cwaniaczkiem(i bodaj pijaczkiem) Kuleszą...

0

@Bernard777 No ale zaraz! Jaki Janek? Już podali oficjalnie trenera?

7

Igunia kochana! Mamy to! Ależ kurka mać historia!! No ja pierdykam i to jeszcze do zera!! Nie no, nie moge w to uwierzyć! Jako Polak jestem tak dumny jak cholera! Igusia jesteś cudowna, no jak cie cholera nie kochać!!!!!

10

@FCBparasiempre
Chociaż Meksyk ciężko uznawać za światową potęgę piłki nożnej, to energetyczny i widowiskowy styl gry tamtejszej reprezentacji potrafi podbić serce nie jednego fana futbolu. Kraj Azteków wychował wielu świetnych piłkarzy. Ale tylko jeden z nich zdołał uzyskać status legendy tak renomowanego klubu jak Real Madryt. Hugo Sanchez, bo o nim mowa, jest uosobieniem wszystkiego, co najlepsze w meksykańskim futbolu. Prześledźmy jego historię. Mundial we Francji pozostanie w mojej pamięci na zawsze m.in. z powodu występu reprezentacji ,,El Tri”. Odziany w pstrokate stroje, szalony bramkarz Jorge Campos. Imponujący skutecznością, długowłosy napastnik Luis Hernandez. Cuahtémoc Blanco i jego Cuahtemiña. Nie trzeba było niczego więcej, by zaimponować każdemu kibicowi. Był w tym pierwiastek przeniesiony z wrestlingu. Atletyczność, widowiskowość i ekstrawagancja. Hugo Sanchez odchodził już wówczas na piłkarską emeryturę i do Francji nie pojechał. Mogę tylko żałować, że jego boiskowe poczynania znam jedynie z YouTube, książek i opowieści. To jednak wystarcza, bym mógł postawić pewną tezę – Sanchez skupiał w sobie wszystko, czym tak mi imponowała meksykańska piłka nożna. Jeśli twój ojciec był piłkarzem, a siostra gimnastyczką, która wystąpiła na olimpiadzie, to kim możesz zostać ty, jeśli nie znanym z ekwilibrystycznych zagrań futbolistą? To właśnie w celu uhonorowania Herlindy, która reprezentowała Meksyk na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu, Sanchez celebrował w czasie kariery strzelone gole, wykonując salto. Ojciec piłkarza również miał niebagatelny wpływ, na ukształtowanie stylu gry swojego syna. Gdy Hugo był dzieckiem, Hector zabierał go do parku, gdzie samemu udoskonalał technikę strzału przewrotką – w Meksyku nazywaną Chileną. Chociaż sam Sanchez Sr. nigdy nie był wielkim graczem, a jego przygoda z piłką nożną ograniczała się do rozgrywek półamatorskich, to piętno odciśnięte na wyobraźni syna, dało w przyszłości dużo radości kibicom zarówno w Meksyku, jak i Madrycie. Na pierwsze treningi piłkarskie zabierał go jednak brat Horacio. Malec szybko pokazał, że jego talent do kopania piłki jest prawdopodobnie największy w całej rodzinie. Starsi koledzy nazywali go Niño de Oro (czyli Złoty chłopiec). Wkrótce zaczął grać w młodzieżowych drużynach UNAM Pumas. Klubu reprezentującego największy meksykański uniwersytet. Potem poszło jak z płatka. Jako osiemnastolatek pojechał na Igrzyska do Montrealu, te same, na których występowała jego siostra. Rok później wygrał mistrzostwo Meksyku z UNAM, natomiast w 1978 roku pojechał wraz z El Tri na Mundial do Argentyny. Sami musicie przyznać, że to chyba całkiem nieźle jak na dwudziestoletniego juniora. Przy okazji młodzian zadbał również o swoją edukację. Zdobył wyższe wykształcenie i uzyskał dyplom dentysty. W UNAM zdobywał gola za golem. Został też wypożyczony na rok do amerykańskiej ligi NASL. Reprezentował tam barwy San Diego Sockers i zdobywał szlify, mierząc się na boisku z takimi gwiazdami jak Beckenbauer czy Cruyff. Szło mu całkiem nieźle, o czym świadczy jego bilans strzelecki – 26 goli w 32 występach. Następnie wrócił jeszcze na chwilę do Meksyku, ale stało się jasnym, że wkrótce zagnie na nim parol, któryś z klubów europejskich. Pierwsze uczyniło to Atletico Madryt. Dziś meksykańscy piłkarze chętniej udają się w podróż za ocean, chociaż wielu z nich nadal całe kariery spędza w ojczyźnie. Latynosi są mocno przywiązani do domów rodzinnych i ten stereotyp na przełomie lat 70. i 80. pokutował jeszcze bardziej niż dzisiaj. Europejczycy niechętnie spoglądali w tamtym kierunku, bojąc się, że ich ewentualny nowy nabytek nie będzie umiał się zaaklimatyzować w miejscu, w którym od rodziny oddziela go bezkres oceanu. To też fani Los Colchoneros dość ostrożnie podchodzili do swojego nowego piłkarza. Zresztą początki Sancheza w lidze hiszpańskiej wcale nie przekonały ich, że oto mają do czynienia ze wschodzącą gwiazdą futbolu.

Jego pierwszy sezon to zaledwie osiem bramek w dwudziestu spotkaniach ligowych. Nie tego oczekiwali kibice po meksykańskim supertalencie. Sytuację odmienił powrót na ławkę trenerską Luisa Aragonesa, który pojawił się w madryckim klubie ponownie po krótkim epizodzie w Betisie. Hiszpański trener wiedział jak dotrzeć do głowy Hugo i odpowiednio wykorzystać jego atrybuty. W kolejnych trzech sezonach Meksykanin przekraczał barierę zdobyczy dwucyfrowej, a kampanię 1984/1985 uwieńczył sięgnięciem po tytuł króla strzelców ligi hiszpańskiej. Ekipa z Vicente Calderón cieszyła się natomiast z triumfu w Copa del Rey. Kiedy fani Atleti zaczynali go traktować jako swoją gwiazdę i ulubieńca, Hugo zdecydował się na ruch, który spowodował, że w oczach kibiców Rojiblancos stał się martwy. Chociaż odejście do największego derbowego rywala może uchodzić za zagrywkę niehonorową, to dzięki niej Sanchez uczynił krok w kierunku dojścia do wrót z napisem legenda ligi hiszpańskiej. Legenda dla wszystkich oprócz fanatyków Los Colchoneros. Gdy w 2017 roku otwarto stadion Wanda Metropolitano, otoczono go tablicami z gwiazdą upamiętniającą każdego piłkarza Atleti, który rozegrał dla klubu co najmniej 100 spotkań. Gwiazda Hugo Sancheza została bardzo szybko zdewastowana. Lata 80. w Realu Madryt kojarzone są z erą La Quinta del Buitre (Piątka sępa). To przydomek nadany przez dziennikarza Julio Césara Iglesiasa piątce młodych piłkarzy Królewskich: Manuelowi Sanchisowi, Emilio Butragueño, Miguelowi Pardezie, Michelowi i Martinowi Vasquezowi. Wszyscy byli wychowankami Realu Madryt Castilla. Byli symbolem odnowienia stołecznego klubu. Iglesias dopatrywał się w tym wręcz symboliki odnowionego społeczeństwa hiszpańskiego i licznych zmian zachodzących w tym kraju na przełomie lat 70. i 80. Hugo Sanchez miał być dopełnieniem ekipy napędzanej przez te młode wilki. Jednakże chyba nawet najwięksi optymiści nie mogli przewidzieć, że Meksykanin napisze tak piękny rozdział w swojej piłkarskiej karierze. Już w pierwszym sezonie gry na Santiago Bernabeu, Sanchez mógł się cieszyć z mistrzowskiego tytułu. A był to dopiero początek pięcioletniej dominacji Królewskich w lidze hiszpańskiej. 22 gole strzelone przez Latynosa w czasie tamtej kampanii, walnie przyczyniły się do osiągnięcia tego sukcesu. Pozwoliły mu także po raz drugi z rzędu, zgarnąć Trofeo Pichichi. Na dokładkę drużyna ze stolicy dorzuciła triumf w Pucharze UEFA. Po sezonie Hugo udał się na swój drugi Mundial. Już nie w roli młodego talentu, który miał zbierać doświadczenie w początkowej fazie kariery. Tym razem oczy całego Meksyku były zwrócone w kierunku jego eksportowej gwiazdy. Tym bardziej że turniej odbywał się w Kraju Azteków. Oczekiwania fanów gospodarzy turnieju, spoczywały głównie na barkach internacjonała. Już w pierwszym meczu fazy grupowej przeciwko Belgii, lider ekipy El Tri wpisał się na listę strzelców, rozbudzając apetyty miejscowej publiczności. Jak się później okazał, było to jego jedyne trafienie w historii występów na światowym czempionacie. Niestety w kolejnych spotkaniach Sanchez nie spisywał się już tak dobrze. W meczu z Paragwajem zmarnował rzut karny, natomiast w starciu z Irakiem musiał pauzować z powodu nadmiaru żółtych kartek. Na szczęście trener Bora Milutinović i koledzy gracza Realu z kadry narodowej zrobili swoje. Pewnie awansowali do 1/8 finału, w której rozprawili się z Bułgarami. Ich marsz zakończyli dopiero Niemcy, którzy w ćwierćfinale pokonali gospodarzy po rzutach karnych. Jedną z wizytówek tamtych mistrzostw była bramka zdobyta chileną przez Manuela Negrete w spotkaniu z Bułgarią. Gol ten przez wielu kibiców uznawany jest za najpiękniejsze trafienie w całej historii mundialowych zmagań. Zapytany o to, czy ćwiczył z kolegą z reprezentacji przewrotki, Hugo Sanchez odpowiedział: ,,Graliśmy razem w Pumas. Pracowaliśmy nad takimi zagraniami. Negrete bardzo poprawił swoją technikę i nie byłem zaskoczony jego golem. Cieszyłem się z tego trafienia. Zazdrościłem jedynie tak silnym zespołom jak Argentyna czy Francja z ich wszystkimi wspaniałymi piłkarzami. Niewielu moich kolegów grało za granicą i to nam nie pomagało. Zresztą w obecnych czasach jest tak samo.”

Po powrocie do Madrytu Sanchez zastał nowego trenera. Opiekunem Królewskich został Leo Benhakker. Jak już wspominałem, trzy lata rządów Holendra zakończyły się trzema tytułami mistrzowskimi. Dwa pierwsze z nich Meksykanin udekorował dwoma kolejnymi tytułami króla strzelców Primera Division. To sprawiło, że sięgał po Trofeo Pichichi cztery razy z rzędu. Do tej pory żaden inny piłkarz w historii ligi hiszpańskiej nie powtórzył jego wyczynu. Jego widowiskowy styl gry zapewniał mu uwielbienie trybun Santiago Bernabeu. Strzeleckie popisy Meksykanina zaowocowały nadaniem mu przydomka Hugol. Kapitalne przygotowanie pod względem fizycznym i gimnastycznym powodowało, że był w stanie pokonać bramkarza rywala w najmniej spodziewanym momencie. Fani z Madrytu przechrzcili wkrótce strzał przewrotką na Huguinas, by uczcić w ten sposób piłkarza, który uczynił z tej efektownej techniki swój znak rozpoznawczy. Gdy w czasie meczu z Logroñés w 1988 roku latynoski napastnik znów popisał się zapierającą dech w piersi bramką, Leo Benhakker skomentował ten moment w następujący sposób: ,,Gdy zawodnik zdobywa gola w taki sposób, gra powinna zostać przerwana, a 80000 tysięcy fanów, powinno uczcić ten moment lampką szampana.” Hugol przeszedł jednak samego siebie w sezonie 1989/1990, gdy zakończył sezon ligowy z 38 golami na koncie. Sama liczba robi już wrażenie, gdy dodamy do tego fakt, że wszystkie te bramki Sanchez zdobywał za pierwszym dotknięciem piłki, wyczyn staje się jeszcze bardziej niewiarygodny. Oczywiście wynik ten zapewnił mu kolejny tytuł króla strzelców i następny przydomek – Pentapichichi. Do gabloty mógł sobie wstawić również kolejne wyróżnienie indywidualne – Złotego Buta. Tamta kampania ligowa była apogeum formy przybysza z Ameryki. W kolejnych sezonach Sanchez nie był już tak skuteczny. Także Real Madryt po latach totalnej dominacji na kilka sezonów spuścił z tonu. Era La Quinta del Buitre i Pentapichichi odeszła do lamusa. Hugo opuścił stolicę Hiszpanii w 1992 roku, wracając do ojczyzny. W barwach Królewskich wystąpił łącznie 283 razy i strzelił 208 goli. Na półwysep Iberyjski wrócił po roku, by jeszcze przez jeden sezon przywdziać trykot Rayo Vallecano. Mimo 35 lat na karku nadal imponował formą strzelecką, zdobywając 16 goli w sezonie ligowym. Kolejne lata to gra w Meksyku przeplatana pojedynczymi sezonami w austriackim Linz oraz w barwach Dallas Burn. Zostając graczem teksańskiej drużyny, stał się jedynym obok Amerykanina Roya Wegerle piłkarzem, który zagrał zarówno w lidze NASL oraz w utworzonej dwanaście lat po jej upadku MLS. Ostatecznie buty na kołku zawiesił w 1998 roku. Cztery lata wcześniej zaliczył jeszcze swój trzeci Mundial. Po zakończeniu kariery przez krótki czas próbował pracować w wyuczonym zawodzie. Nawet założył w Meksyku własny gabinet stomatologiczny. Zbyt długa przerwa spowodowała jednak, że Sanchez nie czuł się pewnie w swoim pierwszym fachu. Wiedza zdobyta na uniwersytecie w dużej mierze wyparowała z głowy byłego piłkarza. Nowoczesny sprzęt dentystyczny stanowił dla Hugola czarną magię. Postanowił wrócić do tego, co przez lata pozwalało zarabiać mu na chleb – piłki nożnej. Zresztą sam kiedyś powiedział, że: ,,Przez lata pracował jako trener. Ze swoim macierzystym UNAM Pumas wywalczył nawet mistrzostwo kraju. Dzięki temu otrzymał szansę poprowadzenia reprezentacji narodowej. Jednakże wyniki, jakie osiągał w czasie swojej dwuletniej kadencji na stanowisku selekcjonera, zostały uznane za rozczarowujące. Po przygodzie z trenerką pracował w telewizji jako komentator oraz analityk (m. in. dla ESPN).” Hugo Sanchez powszechnie uznawany jest za najlepszego piłkarza w historii Meksyku. Złotymi zgłoskami zapisał się zarówno w kronikach ojczystego futbolu jak i na kartach historii Realu Madryt. Przez kibiców Królewskich wymieniany jest w jednym rzędzie z takimi legendami jak Alfredo Di Stefano czy Cristiano Ronaldo. Za jedyną skazę w jego klubowym CV można uznawać brak triumfu w Pucharze Europy. Aczkolwiek pięć tytułów mistrzowskich, wywalczonych wraz z klubem ze stolicy Hiszpanii oraz pięć tytułów najlepszego strzelca ligi hiszpańskiej, skutecznie maskują ten mankament.

Przed erą wyścigu zbrojeń i futbolowej zimnej wojny pomiędzy Realem czasów Cristiano Ronaldo i Barceloną czasów Lionela Messiego, mógł być brany pod uwagę podczas dyskusji o najlepszym piłkarzu w historii Primera Division. Obecnie zajmuje czwartą pozycję w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii ligi hiszpańskiej, za wspomnianą dwójką oraz legendarnym Telmo Zarrą. Chociaż pierwszy i ostatni występ Hugo Sancheza dla reprezentacji ,,El Tri” dzieli siedemnaście lat, to zawodnik zdołał wystąpić w ojczystych barwach zaledwie 58 razy (strzelił 29 goli). Lata występów w barwach drużyn z Półwyspu Iberyjskiego sprawiły, że Pentapichichi opuścił wiele spotkań drużyny narodowej. Latanie na drugi koniec świata, w celu grania z często egzotycznymi rywalami ze strefy CONCACAF, nie wchodziło w grę. Przez to wielu rodaków oskarżało Sancheza o lekceważenie ojczystej kadry i skupianie się na karierze klubowej. Równie duża grupa kibiców, uznawała go za skarb i dumę narodową. I to właśnie ta wersja powinna być uznawana za prawdziwą. Hugo Sanchez to legenda światowej piłki. Gracz, który może się meksykańskiemu futbolowi nie przytrafić przez wiele kolejnych pokoleń. Bo Hugol był uosobieniem wszystkiego, co w futbolu rodem z tego latynoskiego kraju najpiękniejsze.

Osiągnięcia klubowe:

UNAM

Mistrzostwo (2x) – 1976-77, 1980-81

Puchar CONCACAF (1x) – 1980

Copa Interamericana – 1981

Atletico Madryt

Copa del Rey (1x) – 1984-85

Real Madryt

Mistrzostwo (5x) – 1985–86, 1986–87, 1987–88, 1988–89, 1989–90

Superpuchar Hiszpanii (3): 1988, 1989, 1990

Copa del Rey: 1988–89

Puchar UEFA: 1985–86

América

Puchar CONCACAF(1x) – 1992

Linz

Mistrzostwo 2 ligi (1x) – 1995-96

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Igrzyska Panamerykańskie: 1975

CONCACAF (1x): 1977

Osiągnięcia Indywidualne:

Najlepszy skrzydłowy ligi meksykańskiej: 1977–78, 1978–79

Najlepszy gracz ligi meksykańskiej: 1978–79

Najlepszy strzelec ligi meksykańskiej: 1978–79

Europejski złoty but: 1990

Najlepszy strzelec La Liga: 1984–85, 1985–86, 1986–87, 1987–88, 1989–90

Najlepszy gracz zagraniczny plebiscytu Don Balon: 1986–87, 1989–90

Najlepszy strzelec mistrzostw CONCACAF: 1992

Najlepszy sportowiec Meksyku w XX wieku

IFFHS Najlepszy piłkarz Meksyku w XX wieku

IFFHS Najlepszy piłkarz CONCACAF w XX wieku

IFFHS drużyna wszech czasów CONCACAF: 2021

IFFHS Legenda

FIFA 100: 2004

FIFA XI: 1982

Najlepszy menadżer ligi meksykańskiej – 2003-04, 2004-05

Osiągnięcia trenerskie:

UNAM

Meksykańska Primera División: Clausura 2004, Apertura 2004

Campeón de Campeones: 2004



Meksyk

2 miejsce CONCACAF Gold Cup: 2007

3 miejsce Copa América: 2007

9

7

@FCBparasiempre
11 lipca 1960 r. urodził się Kazimierz Przybyś, obrońca. Nigdy nie pękał, nawet jeśli grał przeciwko światowym gwiazdom. Kiedyś jednak dał się ponieść emocjom. Sprowokował go Enzo Francescoli, wielka legenda urugwajskiego futbolu. Takie mecze z udziałem Biało-Czerwonych zdarzają się bardzo rzadko a w ostatnich dekadach nie ma ich w ogóle. Liczą się już wyłącznie gry międzypaństwowe i to o konkretną stawke. W latach 80-tychbyło inaczej. Zdarzały się takie perełki, jak towarzyskie starcie River Plate z reprezentacją Polski w lutym 1986 roku w Mar del Plata. Zespół Piechniczka wybrał się do Ameryki Południowej aby przygotować się do czekających 4 miesiące później mistrzostw świata w Meksyku. Najważniejszym celem wyprawy był pierwszy w historii mecz z Urugwajem(2:2) ale potyczka z argentyńskim River Plate robiła może jeszcze większe wrażenie. To był topowy, legendarny klub, zresztą w tym samym roku zdobył Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny a w składzie znajdowali się piłkarze, którzy na meksykańskim mundialu w podstawowej jedenastce Argentyny zdobywali złoto: Pumpido, Ruggeri, Hector Henrique, no i był urugwajski napastnik Enzo Francescoli, zwany ,,El Principe” czyli ,,Książe”. Na trybunach pojawiło się aż 30 tysięcy ludzi, mecz transmitowała argentyńska telewizja. Polacy grali świetnie. Wprawdzie do przerwy stracili gola ale na początku drugiej połowy wyrównali i choć Francescoli szybko strzelili na 2:1, to później w 17 minut nasze orły zdobyły 3 gole. Było już 4:2 dla Polski i nic złego nie mogło się stać a jednak…. Wszystko przez tę nieszczęsną czerwoną kartke dla Przybysia, który został ukarany za scysje z Francescolim. Nasz obrońca do te pory umiejętnie się nim opiekował a strzelony przez Urugwajczyka gol był do przełknięcia, wkalkulowany w bilans zysków i strat, w końcu nasz zespół efektownie prowadził. Dopiero na kwadrans przed końcem meczu zaistniała nowa sytuacja. ,,Normalnie mnie opluł! Po takim światowcu spodziewałem się większej klasy. W każdym razie często sobie z nim radziłem, co go chyba frustrowało. W końcu dałem mu się sprowokować. Na pewno był cwańszy ode mnie, zabrakło mi doświadczenia. No więc gdy mnie opluł i jeszcze dyskretnie kopnął, wykonałem ruch jakbym zamierzał go uderzyć. Działałem w dużych emocjach, jak każdy opluty człowiek, lecz w ostatniej chwili się powstrzymałem. Jemu jednak tyle wystarczyło. Zasymulował że dostał ode mnie cios a sędzia łatwo mu uwierzył i wyrzucił mnie z boiska. Można się było tego spodziewać, w końcu arbiter był Argentyńczykiem”- opowiada pan Kazimierz. Po zejściu Przybysia za chwile doszło do kolejnego spięcia. Po czerwonej kartce obejrzeli Zgutczyński i Borelli. Na boisku zrobiło się więcej wolnej przestrzeni, gospodarze złapali wiatr w żagle, rozbujali się a już najbardziej Francescoli. Strzelił kontaktowego gola, potem był remis. W doliczonym czasie gry, pozbawiony uciążliwej opieki Przybysia ,,Książe” popisał się efektownymi nożycami i strzelił gola na 5:4! Zachwycone lokalne media nazwały to zwycięstwo meczem dekady. Pan Kazimierz był już wtedy sprawdzonym w bojach kadrowiczem i murowanym kandydatem do wyjazdu na mundial. Otwarta pozostawała tylko kwestia w jakiej roli. Miał prawo liczyć że będzie zawodnikiem podstawowej jedenastki bo na finiszu eliminacji gral regularnie. Po kiepskim meczu z Belgią(0:2), w którym gospodarze okrutnie nas zdominowali, Piechniczek musiał koniecznie coś zmienić w składzie i taktyce. Przybyś na tym skorzystał i wskoczył do drużyny. ,,Misja była trudna ale plan klarowny. Trzeba było pokonać w dwóch kolejnych meczach na wyjeździe Grecje i Albanie a we wrześniu nie przegrać u siebie z Belgią. Zadanie zrealizowaliśmy wzorowo”- opowiada Przybyś. Na środku obrony stworzył solidny duet stoperów z klubowym kolegą z Widzewa Romanem Wójcickim, choć w meczu w Atenach(4:1) był debiutantem, spadła na niego wyjątkowo odpowiedzialna rola bo w bloku defensywnym miał zastąpić postać pomnikową- Władysława Żmude. Poradził sobie, tak samo jak 11 dni później w Tiranie(1:0). Widzewiak dokonał dużej rzeczy bo wcześniej Piechniczek nie patrzył na niego łaskawym okiem. Można powiedzieć iż miał prawo być do niego nawet trochę zrażony. Wszystko przez sprawę z grudnia 1983 r., kiedy już pierwszego dnia po świętach selekcjoner zarządził zgrupowanie w Wiśle przed styczniowym wylotem do Indii na turniej o Puchar Nehru. W ośrodku ,,Startu” 27 grudnia nie pojawiło się trzech piłkarzy Śląska Wrocław: Tarasiewicz, Prusik i grający jeszcze w tej drużynie Przybyś. Twierdzili że nie mogli bo z uwagi na status regularnych żołnierzy mieli obowiązkowe szkolenie wojskowe. Piechniczek żadnego z nich do Indii nie zabrał. Szykowały się poważniejsze sankcje dla klubu ale przed specjalnie powołaną komisją Śląsk wygrał spór z szefem kadry. W tamtych czasach kwestie wojskowości były priorytetem, jeśli nawet absurdalnie konfrontowano je z interesami piłkarskiej reprezentacji Polski. Sprawa przycichła ale czyżby podświadoma niechęć Piechniczka do Bogu ducha winnego Przybysia została? Mundial w Meksyku zaczął jednak na ławce. Na środku obrony obok Wójcickiego zagrał bardziej doświadczony Stefan Majewski. Czas pokazał że na mistrzostwach Majewski nie miał szczęścia- indywidualnie krył Linekera, który strzelił Polsce 3 gole! a potem także Brazylijczyka Carece, który też mocno dał się nam we znaki. Przybyś pojawił się na boisku po zmianie stron już w pierwszym meczu z Marokiem; na prawej obronie zastąpił Kubickiego. Po laniu od Anglii, kiedy szczęśliwie udało się prześlizgnąć do 1/8 finału, zagrał znowu, wreszcie w wyjściowym składzie. W starciu z Brazylią(0:4) zastąpił Krzysztofa Pawlaka. Widać że z obsadą prawej obrony trener miał duży kłopot. ,,Do 30 minuty graliśmy super; był słupek Tarasiewicza, poprzeczka Karasia. Zdecydowanie nasze najlepsze pół godziny na mundialu. Na trybunach w pierwszych minutach był tumult, brazylijskie bębny i nagle zrobiło się cicho. Kibice chyba się dziwili że gramy aż tak dobrze. Niestety, chwila nieuwagi i sędzia gwizdnął dość problematyczną jedenastke. Straciliśmy gola i wszystko nam się posypało. Klasowa drużyna po przypadkowej stracie gola musi umieć się podnieść a myśmy tracili kolejne bramki. Widocznie nie byliśmy tak klasowi”- opowiada Przybyś. Po mundialu występował jeszcze w kadrze Wojciecha Łazarka ale to był już zdecydowanie okres schyłkowy. Ostatni raz zagrał z Holandią w Zabrzu, w ponurym dla Polski meczu bo łatwo przegranym 0:2, na dodatek kończącym nieudane eliminacje Euro 1988. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział że latem następnego roku Holandia zachwyci świat totalnym futbolem, który da jej tytuł mistrza Europy. ,,W całej karierze nigdy nie zagrałem z równie mocną drużyną, co wtedy w Zabrzu. Kryłem van Bastena i na własnej skórze mogłem się przekonać, jaki to czarodziej. Ciesze się że nie strzelił gola, no ale dwa razy trafił Gullit i przegraliśmy”- podsumowuje pan Kazimierz. Kariere klubowa kończył w Widzewie, wcześniej w elicie grał tylko w Śląsku. Występował więc w dwóch interesujących, charakternych drużynach. Zwykle odpowiadał za opieke najlepszych napastników rywali, więc sam mógł zapomnieć o strzelaniu goli ale jeden raz trafił i to w meczu swoich drużyn. ,,Grałem z Widzewem we Wrocławiu. Krótko rozegrany rzut wolny, piłka do mnie, kopnąłem w kierunku bramki i wpadła”- wspomina Przybyś. Niewiele to jednak dało drużynie bowiem Widzew przy Oporowskiej przegrał 1:2. Przybyś nigdy nie zagrał w zagranicznym klubie. Może gdyby urodził się 10 lat później, byłoby mu łatwiej podjąć decyzje bo wyjazdy Polaków stawały się coraz powszechniejsze. ,,Ciekawych piłkarskich wspomnień i tak mi nie brakuje, zawsze będę miał o czym opowiadać”- wspomina wychowanek Broni Radom.

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

10

Hiszpański temperament:

Po tytule mistrza Europy(2008) Hiszpanie zdobyli mistrzostwo świata. Grali tak pięknie jak FC Barcelona z Realem razem wzięte. Po wspomnianym Euro Hiszpania zmieniła trenera. Luis Aragoñes skończył 70 lat i postanowił zarobić jeszcze w tureckim Fenerbahce, na co zresztą pozwolono mu tylko przez jeden sezon. Następca- Vicente del Bosque, były piłkarz i trener Realu, w którym wprowadził rodzinną atmosferę, nadawał się do tej roli idealnie. Wielki fachowiec a jednocześnie spokojny, kulturalny człowiek. Na konferencjach prasowych nie traktował dziennikarzy jak szarą anonimową mase. Nie dość że słuchał pytań, to jeszcze na nie odpowiadał, patrząc dziennikarzom w oczy, jakby to była rozmowa między dwiema osobami. Tak się trenerzy na ogół nie zachowują. Hiszpański trener zabrał na mundial do RPA 15-tu piłkarzy z kadry na Euro 2008. Pierwszą jedenastke uzupełnił dziś powszechnie znanymi graczami Barçy: Pique, Busquetsem i Pedrem. Powstała drużyna jeszcze lepsza niż na Euro 2008. W bramce Casillas, w obronie Ramos, Pique, Puyol, Capdevilla. Dwaj defensywni pomocnicy to Xabi Alonso i oczywiście Busquets. Przed nimi Xavi, Iniesta i Pedro. Środkowym napastnikiem był naturalnie Villa. Fernando Torres przez kilka tygodni przed turniejem leczył kontuzje i wchodził na boisko z ławki rezerwowych. Fabregas też nie rozegrał ani jednego pełnego meczu ale to po jego podaniu Iniesta strzelił decydującego gola w finale. Torres, Fabregas i rezerwowy bramkarz Reina byli jedynymi piłkarzami w 23-osobowej kadrze z klubów zagranicznych. Dwudziestu grało w Hiszpanii. Hiszpanie nie rozpieszczali swoich kibiców. Zaczeli turniej od sensacyjnej porażki ze Szwajcarią, co wyszło im na dobre. Od tamtej pory przestano im liczyć mecze oraz minuty bez porażki i straty gola. Zaczeli więc grać bez takich psychologicznych obciążeń, które niepotrzebnie zaprzątają głowe. Honduras pokonali 2:0, Chile 2:1 a potem jak w zegarku- 4 mecze i 4 zwycięstwa z takim samym wynikiem 1:0 a mianowicie z Portugalią, Paragwajem, Niemcami i w finale z Holandią. Holenderscy piłkarze już od wielu lat zachwycali kibiców najlepszych zagranicznych klubów, w których grali ale reprezentacja zdobyła ważne trofeum tylko raz, na Euro w roku 1988. Finał mundialu w Johannesburgu był dla Holendrów trzecim w historii. Dwa wcześniejsze przegrali(z Niemcami w 1974 i z Argentyną w 1978). Teraz Sneijder, Robben, Van Persie czy Kuyt to była ścisła czołówka światowa a kapitan, 35-letni Van Bronckhorst zdobył w meczu z Urugwajem jednego z najpiękniejszych goli turnieju. Kopnął w pełnym biegu z około 30 metrów, piłka leciała jak strzała i zatrzymała się dopiero w siatce:



W finale spotkały się więc dwie jedenastki grające bardzo dobrze ale inaczej. Holendrzy używali więcej siły fizycznej, czasami ponad miare. W dogrywce czerwoną kartką ukarany został John Heitinga. Żółte kartki otrzymało aż ośmiu Holendrów i pięciu Hiszpanów. Tylu kar nigdy wcześniej w finale mundialu nie zanotowano. O zwycięstwie Hiszpanii zadecydowała akcja w 116 minucie. Fernando Torres podał z lewej strony na pole karne. Piłke wybił Mathijsen ale wprost pod nogi Fabregasa. Hiszpan podał na prawo gdzie czekał niepilnowany Iniesta. Spodziewał się podania ale nie mógł ruszyć wcześniej bo angielski sędzia Howard Webb odgwizdał by spalonego. Holendrzy jakby o Inieście zapomnieli. Mógł swobodnie przyjąć piłke a nawet poczekać aż odbije się na trawie żeby lepiej ułożyła się do strzału. Kopnął prawą nogą z około ośmiu metrów. Van der Vaart zrobił wślizg, jednak spóźnił się o ułamek sekundy. Bramkarz Stekelenburg zaledwie dotknął piłke ale zatrzymać jej nie mógł. Strzał był tak silny że piłka odbiła się od siatki i wróciła na boisko. Iniesta pobiegł do narożnika, zdejmując po drodze koszulke. Pod nią miał biały T-shirt z napisem ,,Dani Jarque: siempre con nosotros”- Dani Jarque: zawsze z nami. Oczywiście sędzia Webb, zgodnie z nieludzkimi przepisami ukarał za ten gest Inieste żółtą kartką. Hiszpania zwyciężyła 1:0 spełniając marzenia połowy świata. Tej samej, która na co dzień kibicuje FC Barcelonie. W XXI wieku to najpiękniej grająca drużyna naszej planety.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Argentina Campeon!

11 lipca 2021 Argentyna w wielkim finale na Maracanie pokonała gospodarzy turnieju, Brazylijczyków 1:0. Bohaterem spotkania został strzelec jedynego gola, Angel Di Maria. Aż czternaście lat musieli czekać fani na spotkanie Brazylii z Argentyną w finale południowoamerykańskiego czempionatu. W 2007 roku górą byli Canarinhos, którzy zwyciężyli 3:0. Gole zdobyli wówczas Julio Baptista, Dani Alves, a do tego gola samobójczego strzelił Roberto Ayala. Oczy większości zwrócone były przede wszystkim na Leo Messiego i Neymara. Argentyńczyk zdobył dotychczas już cztery bramki. Napastnik Paris Saint-Germain trafił do siatki tylko dwukrotnie, lecz był jednym z liderów Brazylii w poprzednich spotkaniach. Pomimo dużych oczekiwań, początek meczu przypominał raczej starcie dwóch ekip angielskiej Championship. Już w 3. minucie sędzia ukarał żółtą kartką Freda, lecz to nie zniechęciło zawodników obu drużyn do ostrych wejść w nogi rywali. Na moment ładnej gry fani musieli poczekać do 22. minuty – i od razu zakończyło się to bramką. Rodrigo De Paul posłał świetne prostopadłe podanie do Angela Di Marii, a ten pięknym lobem dał Argentynie prowadzenie. Do końca pierwszej części gry dobrych okazji było jak na lekarstwo. Prowadzenie Messiego i spółki nie było w żadnym momencie zagrożone. Druga połowa była o wiele bardziej otwarta i atrakcyjna dla oka. Już w 53. minucie gospodarze wbili piłkę do siatki, lecz ich radość okazała się przedwczesna. Richarlison w momencie uderzenia znajdował się na pozycji spalonej. Minutę później ten sam zawodnik otrzymał piłkę w polu karnym, lecz jego wyśmienitą okazję obronił Emiliano Martinez. Do końca meczu obie drużyny wymieniały się ciosami, lecz mimo wielu dogodnych okazji, wynik nie uległ zmianie. Dwie świetne szanse zmarnował Gabriel Barboza. W 90. minucie Messi mógł podwyższyć na 2:0, ale złym przyjęciem piłki zmarnował fenomenalne prostopadłe zagranie De Paula. Triumf w zakończonej edycji oznacza, że Argentyńczycy zostali najlepszą drużyną Ameryki Południowej po raz piętnasty w historii, stając się tym samym współrekordzistami. Dotychczas samodzielnym liderem w tej klasyfikacji był Urugwaj. Jednocześnie pierwszy wielki turniej z narodową drużyną wygrał Messi, często krytykowany w ojczyźnie za brak sukcesów reprezentacyjnych. Sobotni wieczór był dla pięciokrotnego zdobywcy Złotej Piłki momentem wielkiej radości... i pewnie także częściowej ulgi.

@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Sysia11

8

@FCBparasiempre
11 lipca 2001 r. Chile pokonuje Ekwador 4:1(1:0) na inauguracje 40-tej edycji Copa America. Organizację finałów Copa America 2001 przyznano Kolumbii już w 1987 roku, chodź do ostatnich dni przed rozpoczęciem turnieju nie było pewne czy impreza w ogóle się odbędzie! Sytuacja znów była dramatyczna, w tle pojawiały się zamachy, uprowadzenia i morderstwa. Kolumbia, która przeżyła poważne upokorzenie związane z wycofaniem się z organizacji mistrzostw świata w 1986 roku, tym razem robiła wszystko aby uniknąć kompromitacji. Udało się, jednak zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek nerwów było co niemiara! Wcześniejsze doświadczenie Kolumbii w przygotowaniu dużych imprez piłkarskich nie było wielkie. To jedynie Mistrzostwa Ameryki Południowej do lat 20-tu, organizowane trzykrotnie w 1964,1987 i 1992 roku a także mistrzostwa kontynentu do lat 17-tu w 1993 i choć w 1973 kraj przeżywał chwilę triumfu, kiedy to FIFA przyznała Kolumbii prawa do Mistrzostw Świata w 1986, to w listopadzie 1982 prezydent Betancour ogłosił że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom postawionym przez światowe władze piłkarskie i rezygnuje z przeprowadzenia imprezy. To uzmysławia jak bardzo Kolumbii zależało aby tego rodzaju wpadka nie powtórzyła się w 2001 r. choć i tak było tego bardzo blisko A wszystko przez wewnętrzny konflikt targający krajem. Lewicowa i prawicowe bojówki, kartele narkotykowe... Władze nie radziły sobie z przemocą i nie dziwiły coraz cięższe chmury zbierające się nad czterdziestą edycją Copa America. Początek 2001 r. to seria wybuchów samochodów pułapek, nierzadko w miastach, który miały organizować turniej. Zaczęło się 11 stycznia w Medellin, gdzie miały rywalizować zespoły grupy C: Argentyna, Urugwaj, Boliwia i Kostaryka. W zamachu zginęły dwie osoby a 35 odniosło rany. 4 maja w powietrzu wyleciał inny samochód, tym razem w Kali, które przygotowywało się do goszczenia grupy B: Brazylia, Paragwaj, Peru, Meksyk. Eksplozja miała miejsce tuż obok luksusowego hotelu, w którym w tamtym czasie przebywali piłkarze drużyny Once Caldas, pierwszoligowego zespołu. To miejsce było też siedzibą lokalnego komitetu organizacyjnego. Zamach nie spowodował ofiar śmiertelnych ale 36 osób odniosło rany. Mimo napiętej sytuacji CSF potwierdziła 17 maja na spotkaniu w Rio de Janeiro że turniej odbędzie się w Kolumbii. Tego samego dnia w Medellin wybuchł kolejny samochód a w następnych dniach znów po mieście roznosił się huk betonowanych bomb. To nie po raz ostatni postawiło wysiłek organizatorów mistrzostw pod znakiem zapytania ale 5 czerwca 2001 roku CSF po raz kolejny zadecydowała że impreza odbędzie się w uprzednio wybranym miejscu. Wszystko zmieniło się jednak 25 czerwca po porwaniu Hermana Mejii Campuzano, wiceprezesa kolumbijskiej federacji piłkarskiej i szefa Komitetu lokalnego W mieście Pereira, jednym z gospodarzy turnieju. Władze południowoamerykańskiej piłki zdecydowały się zwołać nadzwyczajne spotkanie, które wyznaczono na 28 czerwca w Buenos Aires. Choć Campuzano został w międzyczasie uwolniony, to decyzja ogłoszona 30 czerwca była nie do końca po myśli Kolumbijczyków. Wprawdzie nie odebrano im organizacji ale planowano przenieść imprezę na rok 2002. To jednak nie spodobało się firmie ,,Traffic", właścicielowi praw telewizyjnych. Jej szefowie argumentowali że przeniesienie Copa Americaa na styczeń 2002 spowoduje kolizję terminów z turniejem ,,Copa Oro”, w którym brały udział Kostaryka i Kanada, zaproszeni do rywalizacji w 40-tej edycji Copa America. Również termin lipiec sierpień 2002 był nie do przyjęcia ze względu na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii. Ponadto ,,Traffic" argumentował iż zmiana terminu spowoduje straty przekraczające 10 milionów dolarów. CFS uznała te wszystkie argumenty i 5 lipca podjęła ostateczną decyzję: gramy w ustalonym wcześniej terminie, czyli od 11 do 29 lipca! To jednak nie koniec kłopotów. Napięta sytuacja w Kolumbii sprawiała że uczestnicy finałów bali się o swoje bezpieczeństwo. Z grona 12 finalistów, co najmniej kilka zespołów poważnie zastanawiało się nad wycofaniem z turnieju. Jako pierwsza taką decyzję podjęła Kanada, którą błyskawicznie zastąpiono Kostaryką; oba związki ze strefy CONCACAF. Przyrody Kanady poszła Argentyna, która zrezygnowała na kilkadziesiąt godzin przed rozpoczęciem turnieju. Jednym z powodów były pisemne groźby, które wysłano do argentyńskiej ambasady w Bogocie list sygnowała nieznana nikomu organizacja terrorystyczna i choć Kolumbijczycy nie do końca wierzyli że ona istnieje to treść przekazu przestraszyła Argentyńczyków. Napisano tam między innymi: „Chcielibyśmy mieć w swoich rękach los Takich piłkarzy jak Hernan Crespo, Diego Simeone czy German Burgos"... W takiej sytuacji Argentyna zdecydowała o wycofaniu drużyny. W jej miejsce wskoczył Honduras, też członek CONCACAF, który o tym że zagra w Copa America zadecydował głosem swoich federacji... 48 godzin przed pierwszym meczem! Trener Ramon Maradiaga błyskawicznie zebrał kadrę, która dotarła do Kolumbii samolotem wojskowym, podstawiony przez siły zbrojne.

Turniej gościły Barranquilla, Cali, Medellin, Pereira, Armenia, Manizales i Bogota. Największym stadionem dysponowała Barranquilla- Estadio Metropolitano Roberto Mendelez miał 60 000 miejsc. Najmniejszy obiekt znajdował się w Armenii, to Estadio Centenario niczym w Montevideo dla 29 000 kibiców. Kolumbijczycy Nigdy wcześniej nie wygrali turnieju Copa America, więc presja na miejscowych była ogromna. Gospodarze zaczęli bardzo dobrze od zwycięstwa nad Wenezuelą w drugim spotkaniu okazali się lepsi od Ekwadoru i mogli się cieszyć z awansu do ćwierćfinału. Aby nie było żadnych wątpliwości w trzecim meczu pokonali też Chile. Komplet zwycięstw i ani jednego straconego gole to było to, na co czekali miejscowi kibice! 23 lipca gospodarze podejmowali w pojedynku o półfinał ekipę Peru i też nie pozostawili wątpliwości. 3:0 mówi samo za siebie. Trzy dni później na ich drodze do upragnionego finału stanął Honduras, absolutna rewelacja turnieju. Zespół, który do imprezy dołączył w ostatniej chwili sprawił wielką sensację w ćwierćfinale eliminując Brazylią a 2.0 z tak utytułowanym rywalem to jeden z najpiękniejszych momentów w historii Hondurackiej piłki. Równocześnie jest to jedna z największych sensacji w dziejach zmagań o Copa America. ,,To były niesamowite chwile. Pamiętam że cały kraj oszalał ze szczęścia. Ludzie wyszli na ulicę. To była jedna wielka Fiesta. Byliśmy gotowi nosić naszych bohaterów na rękach. Najbardziej pamiętam Amado Guevara. To on i Limbert Perez poprowadzili nas do wielkiego triumfu, jakim dla Hondurasu było trzecie miejsce w imprezie"- wspominał Osman Chavez, honduraski obrońcy, który pokazał się w polskiej lidze w Barwach Wisły Kraków. Trawers miał wówczas 17 lat gdy jego rodacy pokonali Brazylię. Chavez z wypiekami na twarzy podobnie jak cały Honduras oglądał kolejny mecz o wszystko, czyli półfinał z gospodarzami. Tu jednak Czarny Koń imprezy nie miał już wiele do powiedzenia. Kolumbijczycy wygrali 2:0 i Euforia miejscowych kibiców sięgała zenitu, gdyż gospodarze znaleźli się w finale. Przeciwnikiem w decydującym meczu był Meksyk, też ekipa z CONCACAF, który odprawił w półfinale Urugwaj. Kolumbia ostatecznie wygrała ten finał 1:0, co oznacza że w całym turnieju nie straciła ani jednego gola! Najlepszym strzelcem imprezy okazał się napastnik gospodarzy Wiktor Aristizabal, który zdobył 6 goli, o jedno trafienie wyprzedzając Kostarykanina Paulo Wanchope'a. Ogólny dorobek Aristizabala w historii jego występów w reprezentacji na kolana nie rzuca (66 występów i 15 goli) ale trzeba mu oddać że z formą snajperską na Copa America wstrzelił się idealnie. W ojczyźnie nazywano go ,,Aristigol" lub ,, Pinokio"- od okazałego nosa. Na świat przyszedł w Medellin w dzielnicy Belen. Gdy miał kilkanaście lat stracił ojca i poza graniem w piłkę, za co jeszcze wtedy nie otrzymywał pieniędzy, musiał zająć się zarabianiem. Szkoła poszła w kąt a Aristizabal ruszył na ulicę aby sprzedawać jedzenie i gazety. Na szczęście nieprzeciętny talent sprawił że piłka szybko zaczęła dawać mu utrzymanie a mistrzostwa w 2001 były jedną z jego największych życiowych chwil triumfu. ,,Co sądzę o Aristiezabalu? No cóż, my Kolumbijczycy, byliśmy zakochani w innym napastniku a mianowicie Faustino Asprilli. Tak, to był jeden z najlepszych ofensywnych piłkarzy jakich kiedykolwiek wydała Kolumbijska ziemia. Miał wszystko, był naszym idolem ale w kopa Ameryka nie zagrał, jego reprezentacyjna kariera kończyła się i choć pod względem umiejętności Aristizabal Nie wytrzymuje z nim porównania, to jednak w trakcie turnieju spisał się jak trzeba"- opowiadał Arboleda, który jako obrońca patrzył też, a może przede wszystkim na grę formacji defensywnej swojego kraju. ,,Dla mnie największym autorytetem w obronie był, jest i będzie Iwan Cordoba. Rozgrywał wspaniały turniej, który okrasił decydującym golem w finałowym meczu z Meksykiem. Czego chcieć więcej? Cordoba uszczęśliwił siebie, mnie i miliony Kolumbijczyków. Tamtych chwil nigdy nie zapomnę, gdyż czułem się dumny że mój kraj, mimo tylu kłopotów zorganizował turniej na bardzo dobrym poziomie i jeszcze go wygrał. Po raz pierwszy w historii!- ze wzruszeniem wspominał Manuel Arboleda.

Media

Sonda

Kto wygra mistrzostwo świata?