3

Karnawał trwa:

9

Czy wiemy że:

147 lat temu Reprezentacje Anglii i Wali rozegrały między sobą pierwszy mecz w historii, spotkanie trwało dwie połowy po 30 minut i zakończyło się wygraną Anglików 2-1 a gole zdobyli: Herbert Whitfeld 8 minuta, Thomas Sorby 20 minuta - William Davies 47 m. (lub 45). Był to 8 mecz Anglików w historii a 3 Walii, obie reprezentacje wcześniejsze spotkania rozegrały ze Szkocją.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik

14

Hattrick „La Pulgi” na „Estadio Municipal de Riazor”:

18 stycznia 2015 r. FC Barcelona pokonała Deportivo La Coruña w 19-tej kolejce Primera Division. Lionel Messi po raz kolejny odpowiedział na spekulacje dotyczące jego przyszłości w FC Barcelonie sensacyjnym występem na boisku, strzelając hat-tricka a Katalończycy rozgromili Deportivo La Coruna 4:0. Argentyńczyk w zeszłym tygodniu uderzył na alarm, ogłaszając podczas ceremonii wręczenia Złotej Piłki FIFA, że nie wie, gdzie będzie w przyszłym roku, ale dał Blaugranie dwubramkową przewagę do przerwy w meczu z Deportivo a następnie w drugiej połowie skompletował potrójną koronę. Późny gol samobójczy obrońcy Sidneia pogorszył sytuację defensywy Depor. Po raz pierwszy w 19 meczach ligowych pod wodzą trenera Barcelony Luis Enrique powołał niezmieniony skład drużyny, która tydzień wcześniej pokonała Atletico Madryt 3:1, i zaprezentowała najbardziej przekonujący występ drużyny w tym sezonie. Jego odpowiednik, Victor Fernandez, przed meczem upierał się, że jego drużyna nie zamierza „zaparkować autobusu”, jednak nie dotrzymał obietnicy i Barca od samego początku pociągała za sznurki. Messi prawie dał Katalończykom prowadzenie w 10. minucie, gdy Ivan Rakitić dośrodkował z rzutu rożnego, a Argentyńczyk przechwycił piłkę niepilnowany, jednak bramkarz Deporu Fabricio zareagował szybko i skierował ją nad poprzeczkę ale minutę później Rakitić i Messi połączyli siły ponownie i tym razem bramkarz nie mógł nic zrobić, aby zapobiec strzałowi głową napastnika, który wpadł do siatki. Deportivo potrzebowało 26 minut, aby stworzyć swoją pierwszą szansę, ale została ona zmarnowana, gdyż Ivan Cavaleiro źle strzelił, mijając Gerarda Pique. Niedługo później Galicyjczycy otrzymali kolejny cios, gdy Messi podwoił przewagę Barçy. Podobnie jak przy pierwszym golu, 27-latek rozpoczął akcję podaniem do Neymara, a Brazylijczyk próbował podać do Luisa Suareza w polu karnym. Były piłkarz Liverpoolu nie potrafił jednak odpowiednio opanować piłki, więc Messi wysunął lewą nogę i wpakował ją do siatki. Najlepszy strzelec Blaugrany mógł skompletować hat-tricka jeszcze przed przerwą, gdy przedarł się przez prawą stronę pola karnego, ale jego strzał minął poprzeczkę a Suarez zmarnował szansę na zdobycie pierwszego ligowego gola na wyjeździe.

Depor dobrze rozpoczął drugą połowę a apelacja o rzut karny została odrzucona, gdy Haris Medunjanin został sfaulowany przez Javiera Mascherano, który dwa lata wcześniej został wyrzucony z boiska w tym samym meczu. Juan Dominguez był jedynym piłkarzem Deportivo, który wystawił na próbę Claudio Bravo a Chilijczyk obronił efektowny wolej pomocnika. Jednak rzadkie wypady gospodarzy w pole karne Blaugrany bledną w porównaniu z falami ataków Barçy a Messi strzelił hat-tricka tuż po godzinie gry, otrzymując krótki rzut rożny od Rakiticia i posyłając piłkę w przeciwległy róg. Argentyńczyk zdobył tu również potrójną koronę dwa sezony temu, w epickim zwycięstwie Barcelony 5:4. Upokorzenie Deportivo jednak nie dobiegło końca. Na siedem minut przed końcem Alberto Lopo próbował wybić dośrodkowanie Daniego Alvesa, ale zamiast tego odbił piłkę od pleców kolegi z drużyny Sidneia i z przerażeniem patrzył, jak wpada do siatki.



@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

El Clasico w Copa del Rey:

18 stycznia 2012 roku Real Madryt poległ na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 1:2 w pierwszym spotkaniu ćwierćfinałowym Pucharu Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobyli: Puyol oraz Abidal, natomiast honorowego gola dla Królewskich strzelił nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Mecz został zapamiętany z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest drugi(i ostatni) gol Erica Abidala w barwach Blaugrany. Francuz wykorzystał świetne podanie Messiego i ustalił wynik meczu. Cieniem na tym pojedynku rzuciła się jednak sytuacja z 68 min., gdy Pepe celowo nadepnął na ręke leżącego Messiego. Sytuacje zarejestrowały kamery, lecz nie widział jej arbiter, skończyło się więc bez wykluczenia z gry Portugalczyka. Komitet arbitrażowy hiszpańskiej federacji również postanowił nie karać Pepe za tę sytuację, choć była to recydywa obrońcy Realu, znanego z prowokacyjnych zachowań i fauli bez piłki. Dlaczego mnie(a być może i większość z was) to nie dziwi? Madryt nigdy nie był i nie będzie przychylny ,,naszemu” klubowi pod każdym względem i to się już raczej nigdy nie zmieni. Nie mam pojęcia kto zasiada w komitecie arbitrażowym ale podejrzewam że większość z nich jest przychylna tylko i wyłącznie Madrytowi!

Powspominajmy:



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

14

Żywe legendy FC Barcelony:

18 stycznia 1954 r. urodził się środkowy obrońca Antonio Olmo Rodriguez. Antonio wyróżniał się spokojem i umiejętnością przechwytywania piłki a także podaniami z dużej odległości. Zawodnik, który przeszedł przez system młodzieżowy, w 1972 roku został wypożyczony do Calelli, gdzie wkrótce pokazał swoją jakość. Ówczesny trener Barcelony Rinus Michels włączył Olmo do składu przedsezonowego w 1973 roku, ale obrońca kontynuował grę w drużynie B, Barçy Atlètic, aż do 1976 roku, kiedy został pierwszym członkiem zespołu, natychmiast zapewniając sobie miejsce w wyjściowej jedenastce i stając się reprezentantem drużyny międzynarodowej. Kibice Barcelony pamiętają silną współpracę środkowego obrońcy, którą Olmo stworzył z Miguelim. Niestety w kolejnych sezonach forma podupadała i już w wieku 30 lat przeszedł na emeryturę. 11 września 1984 roku klub oddał hołd obrońcy w meczu referencyjnym przeciwko Athletic Club, który był także okazją do pożegnania bramkarza Pedro Artoli.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@MoralnyKarzel No prosze, w końcu się odezwałeś! No to fajniutko :) A już miałem do ciebie pisać czy wogóle żyjesz? Cosik chyba rzadko zaglądasz na fcbarca.com bo raczej nie codziennie?
No postaram się z tą listą ciebie umieszczać. Nawet bardzo dobry pomysł aby oznaczyć cię w odpowiedzi na komentarz. Słuchaj a powiedz mi jeszcze jaką najbardziej piłką się fascynujesz, południowoamerykańską, brytyjską czy może hiszpańską? Podejrzewam że chyba najbardziej latynoską, skoro spodobało ci się te "lekkie pióro"?
A jakiemu jeszcze klubowi kibicujesz poza Lechią i Barcą?

1

@Kapitan hawk Ja będe zgodny z tobą i również 1:1

18

Feliz cumpleaños Pep!!! Josep Guardiola właśnie kończy dzisiaj 55 lat! No cóż ja mogę powiedzieć o nim? Brak słów, co mi ten Katalończyk nastarczył radości aż do końca życia! Wspaniały ,,Pepito”, życzę Ci nieustającego rozwoju i doskonalenia swoich umiejętności trenerskich. Niech każdy kolejny rok przynosi Ci nowe wyzwania i możliwości, które pozwolą Ci być jeszcze lepszym w tym, co robisz. Bądź inspiracją dla swoich podopiecznych i niech Twoja wiedza i doświadczenie budzą w nich chęć ciągłego doskonalenia się. Sto lat Pepula!!!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

4

@FCBparasiempre
Jeszcze w czasie trwania piłkarskiej przygody Cuauhtemoc zagrał w jednej z meksykańskich telenoweli „Triumf miłości.” Odgrywał tam rolę strażaka Juanjo. Jak bywa w tego typu produkcjach, bohater grany przez Blanco najpierw zginął, by następnie w zaskakujących okolicznościach powrócić do produkcji, jako człowiek, który sfingował swoją śmierć. W latach 2016-2018 legenda meksykańskiej piłki sprawowała urząd burmistrza miasta Cuernavaca z ramienia Partii Socjaldemokratycznej. Oskarżano go w tym czasie o łapówkarstwo, a nawet zlecenie zabójstwa lokalnego biznesmena, zamieszanego w interesy z kartelami narkotykowymi. Część opinii publicznej domagała się odwołania byłego futbolisty z urzędu. Blanco zareagował na te zarzuty, organizując strajk głodowy. Oskarżenia ostatecznie wycofano. Mało tego. Polityczne ambicje „Czarodzieja z Tepito” sięgały wyżej niż urząd burmistrza. W październiku 2018 roku Blanco został wybrany gubernatorem stanu Morelos. Oczywiście całej sytuacji znów towarzyszą kontrowersje. Cuahtemocowi zarzuca się nepotyzm. W dodatku byłej gwieździe Club America umorzono dług podatkowy wynoszący 16 tysięcy dolarów, a przestępczość w regionie znacznie wzrosła. To co? Czas na urząd prezydenta? Postać Cuahtemoca Blanco dzieli Meksykanów na tych, którzy go kochają i tych, którzy go nienawidzą. Zawodnik permanentnie znajduje się z kimś w konflikcie. Ricardo La Volpe, Rafa Marquez, Jorge Campos… wszyscy oni musieli się publicznie mierzyć z jego gniewem. Obecnie natomiast Blanco brnie w polityczne wojenki, w których w gruncie rzeczy powinien się czuć jak ryba w wodzie. Ciężko jednak zaprzeczyć słowom Toma Marshalla z ESPN, który powiedział kiedyś o nim: ,,Konflikty, bójki, piękne gole, intensywność i pasja, z jaką blanco żył zarówno na boisku i poza nim, pozostawiły głęboki ślad w meksykańskim futbolu i barwną historię, namalowaną przez postać, jakiej obecnie w futbolu brakuje”.

10

@FCBparasiempre
Rok 1998. Na ekranie telewizora egzotyczny pojedynek pomiędzy Meksykiem i Koreą Południową. Uwiedziony barwnym stylem Jorge Camposa i strzeleckimi popisami blondwłosego Luisa Hernandeza, ściskam kciuki za ekipę „El Tri”. Kiedy jednak Cuauhtemoc Blanco bierze pomiędzy stopy futbolówkę i w pewnym momencie niczym żaba przeskakuje obok zszokowanych rywali z Azji, prezentując swoje popisowe zagranie nazywane ,,cuauhteminą”, moich meksykańskich bohaterów jest już trzech. Niczym trzech ,,Mariachi”. Jednakże to właśnie tego ostatniego będzie dotyczył ten tekst. Cuauhtemoc Blanco Bravo urodził się 17 stycznia 1973 roku na obrzeżach Mexico City, metropolii uznawanej za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Swoje imię odziedziczył po ostatnim władcy Tenochtitlanu, historycznej stolicy Azteków. Ten żyjący na początku XVI wieku Tlatoani (tak tytułowano władców ludów Nahua) zginął z ręki konkwistadora Hernana Corteza. Jedna z legend głosi, że Cortez, który początkowo obiecywał Cuauhtemocowi bezpieczeństwo w zamian za poddaństwo, stracił azteckiego władcę na torturach, próbując wydobyć z niego informacje dotyczące miejsca ukrycia złotego skarbu. Jeśli twoim patronem jest tak barwna postać, to powoli staje się jasnym, że twoje życie nie będzie nudne. Tak też było w przypadku Blanco, którego życiorys i kariera, były pełne zwrotów akcji niczym latynoska telenowela. Młody Blanco wychowywał się w miejscu nazywanym Tepito, które było częścią składową stołecznej dzielnicy o nazwie… Cuauhtemoc. Tutaj moglibyśmy wrzucić standardowy szablon, dotyczący piłkarzy wychowywanych w dzielnicach charakteryzujących się biedą i przemocą, którzy byli zdeterminowani, by poprzez futbol przedostać się do lepszego świata. Znacie te historyjki na pamięć. Na brudnych ulicach Tepito umiejętności Cuauhtemoca dostrzegł niejaki Alvaro „Coca” Gonzalez, który był miejscowym łowcą talentów. To za jego sprawą młokos został wtłoczony w tryby szkoleniowe Club America, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów w Meksyku. Pierwszą szansę debiutu w barwach Las Aguilas (Orły) dostał w 1992 roku, jednak przez pierwszych kilka sezonów odgrywał raczej rolę uczniaka, który ma zbierać piłkarskie szlify i przyglądać się bardziej doświadczonym kolegom z zespołu. Jednakże w momencie, w którym wydawało się, że Blanco dostaje wiatru w żagle i powoli zacznie wskakiwać na wyższy poziom, na jego drodze stanęły dwie przeszkody, które będą przewijać się przez całą ścieżkę jego zawodowej kariery. Pierwszą z nich był trudny charakter wychowanego w Tepito piłkarza. Druga była stworzona z krwi i kości, a nazywała się Ricardo La Volpe. Argentyński szkoleniowiec był trenerskim nemezis Blanco. Aczkolwiek to Cuauhtemoc jako pierwszy sprowokował trwający latami konflikt, przerywając jedną z odpraw opiekuna Club America i wyrzucając z siebie, co sądzi o jego pracy. A nie były to peany pochwalne… Wkrótce La Volpe nie było już w zespole. Jednakże nie było w nim także Blanco, którego Argentyńczyk zdążył wysłać na wypożyczenie do Necaxy. W ekipie z miasta Aguascalientes niesiony złością młodzian, wykazał się świetną formą strzelecką. W 18 meczach zaaplikował rywalom 11 goli. Dość powiedzieć, że wcześniej Cuauhtemoc zgromadził ich łącznie 15… w 113 grach. Na sezon 1998/1999 Blanco powrócił do macierzystego klubu. Niebawem nadarzyła mu się pierwsza okazja, by wbić szpilkę swojemu byłemu trenerowi. Gdy zdobył gola przeciwko prowadzonemu przez La Volpe Atlasowi, pobiegł w kierunku ławki rezerwowych, położył się na murawie i z ironicznym uśmiechem wpatrywał się w zażenowanego szkoleniowca. Kolejne dwa sezony udowodniły, że Blanco aspiruje do bycia najjaśniejszą gwiazdą klubu, którego był wychowankiem. 45 występów i 40 trafień miały być tylko tego potwierdzeniem. Media rozpisywały się o „Czarodzieju z Tepito”. Jego wyluzowany, zawadiacki, uliczny styl gry rodem z brudnych podwórek kradł serca rzeszy kibiców. Problem w tym, że Cuauhtemoc równie bezczelny co na boisku bywał także poza placem gry. Kapitalna forma napastnika nie uszła również uwadze sztabu szkoleniowego reprezentacji Meksyku. Pierwsze powołanie „Czarodziej z Tepito” otrzymał jeszcze w 1995 roku. Na wspomniane na wstępie mistrzostwa świata do Francji, Blanco jechał już jako pewny punkt kadry „El Tri”. Na mundialu zdołał popisać się golem w starciu z Belgią, ale to właśnie za sprawą jego znaku rozpoznawczego, czyli specyficznego zagrania zwanego ,,cuauhteminą”, utkwił najbardziej w pamięci kibiców, oglądających tamten turniej.

Swój największy międzynarodowy sukces piłkarz Club America odniósł rok później. Wówczas to był liderem ekipy, która sięgnęła po zwycięstwo w Pucharze Konfederacji. Smak tego triumfu był szczególny, ponieważ cała impreza odbyła się w ojczyźnie tequili i burrito, a finałowe starcie z Brazylijczykami na trybunach Estadio Azteca oglądało 85 tysięcy fanów. „Czarodziej z Tepito” z liczbą sześciu goli na koncie został wraz z Ronaldinho i Marzoukiem Al-Otaibim z Arabii Saudyjskiej królem strzelców turnieju. Udane występy na arenie reprezentacyjnej przyciągnęły wzrok kupców z zagranicy. Pierwsi sieci na Cuauhtemoca zarzucili włodarze hiszpańskiego Realu Valladolid. Jednakże okres spędzony przez Meksykanina na półwyspie Iberyjskim można spisać na straty. Wkrótce po przybyciu na Estadio Jose Zorrilla Blanco wyjechał na zgrupowanie kadry narodowej. Tam w ramach meczu kwalifikacyjnego do mistrzostw świata „El Tri” zmierzyli się z reprezentacją Trynidadu i Tobago. „Czarodziej z Tepito” zdołał wpakować rywalom dwa gole, nim w 73 minucie gry niejaki Ansil Elcock sfaulował go brutalnie, powodując zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie i wysyłając go na półroczną rehabilitację. Gdy Cuauhtemoc wrócił w końcu na murawę, był bardzo daleki od swojej optymalnej formy. Po sezonie 2001/2002 Valladolid podziękowało mu za współpracę. W Hiszpanii zagrał łącznie 23 razy i zdobył trzy gole. Wielu kibiców do dziś wierzy w to, że koszmarna kontuzja w meczu z Trynidadem, była głównym powodem, przez który Blanco nie zdołał rozwinąć skrzydeł na Starym Kontynencie. Zresztą Meksykanin już nigdy nie powrócił grać do Europy. Sam jednak podziela zdanie kibiców i twierdzi, że gdyby nie feralne zerwanie więzadeł to mógł trafić do Realu Madryt, który rzekomo monitorował jego dyspozycję. Zresztą gol strzelony z rzutu wolnego właśnie „Królewskim” jest najbardziej pamiętnym momentem Cuauhtemoca w czasie hiszpańskiego rozdziału jego kariery. Ansil Elcock natomiast oficjalnie przeprosił Blanco… 16 lat po całym zdarzeniu. Nie zmieniło to jednak faktu, że były trynidadzki piłkarz po dziś dzień jest nazywany w Meksyku „El carnicero”, czyli „rzeźnik.” „Czarodziej z Tepito” niczym bumerang powrócił znów do miejsca, w którym czuł się najlepiej, czyli do Club America. Tam znów zaliczył dwa udane sezony. Szczególnie kampania 2003/2004 była dla Blanco owocna, gdyż zaaplikował ligowym rywalom 20 goli. Duży wpływ na to mógł mieć fakt, że w klubie z Mexico City stanowisko szkoleniowca objął Leo Benhakker. Nie była to jednak pierwsza przygoda holenderskiego trenera z ekipą ze stolicy Meksyku. Benhakker sprawował już pieczę nad Las Aguilas w sezonie 1994/1995. To on jako pierwszy zaczął odważniej stawiać na młodego Blanco. Potrafił dotrzeć do psychiki krnąbrnego młodziana i spowodować, że Cuauhtemoc zaczął uwalniać pokłady drzemiącego w nim talentu. Niemal dekadę później chemia na linii trener-zawodnik istniała nadal. Jednakże gdy w pochodzącym z Tepito piłkarzu uruchamiała się mroczna strona natury, to nawet jego duchowy ojciec w postaci Benhakkera nie potrafił nad nim zapanować. Tak było w meczu 1/8 finału Copa Libertadores pomiędzy Club America, a brazylijskim Sao Caetano. Już w pierwszym spotkaniu Cuauhtemoc dał się rywalom we znaki, gdy po strzelonym golu prowokacyjnie tańczył pomiędzy obrońcami przeciwnika. W rewanżu było tylko gorzej. Orły musiały gonić wynik dwumeczu i Blanco nie wytrzymał presji w końcówce spotkania, uderzając jednego z zawodników Sao Caetano łokciem w twarz, za co obejrzał czerwoną kartkę. Całe wydarzenie podgrzało atmosferę do tego stopnia, że po ostatnim gwizdku arbitra na murawie odbyła się regularna bitwa, w którą wmieszali się kibice. Musiała interweniować policja. To kosztowało napastnika Orłów roczną dyskwalifikację z rozgrywek organizowanych przez CONMEBOL. Klub natomiast postanowił go ukarać roczną zsyłką na wypożyczenie do drużyny Veracruz. Działacze zespołu z Mexico City zdawali sobie jednak sprawę z tego, że pomimo permanentnych kłopotów, w które lubił się pakować Blanco, stanowił on nadal wartość dodaną dla Club America. W barwach Orłów Cuauhtemoc spędził zatem kolejne trzy sezony. Być może jego i Las Aguilas łączyła pewna metafizyczna więź? Wszak „Cuauhtemoc” oznaczało w języku Azteków „tego, który zstępuje jak orzeł”. Trzymanie w swoich szeregach klubowego weterana popłaciło. W 2005 roku Club America zwyciężył w rozgrywkach Clausura (W Meksyku jak w większości krajów latynoamerykańskich sezon dzieli się na dwie części – Aperturę i Clausurę). Rok później Las Aguilas zatriumfowali w Lidze Mistrzów CONCACAF. Przy okazji Blanco zgarnął dwie nagrody dla najlepszego gracza sezonu w lidze meksykańskiej. Oczywiście wszystko trzeba było okupić kolejnymi skandalami z udziałem niesfornego piłkarza. Mniejszymi, jak wtedy, gdy celebrował gola zdobytego przeciwko Celaya, udając psa oddającego mocz na linię bramkową, gdyż miał na pieńku z golkiperem rywala i większymi, jak wtedy, gdy uderzył dziennikarza TV Azteca Davida Feitelsona, co zostało uwiecznione na nagraniu. Żadne przeprosiny ze strony „Czarodzieja z Tepito” nie działały jednak na opinię publiczną tak skutecznie, jak jego widowiskowa gra. To ona stanowiła najlepszy balsam na niezabliźnione rany.

Chociaż na początku XXI wieku Blanco bezsprzecznie był jednym z najlepszych meksykańskich piłkarzy, weteranem dwóch mundiali, na których trafiał do bramki rywala, to w 2006 roku zabrakło dla niego miejsca w kadrze udającej się na niemiecki czempionat. Powód? Lata 2002-2006 to okres, kiedy pieczę nad zespołem „El Tri” przejął stary znajomy Cuauhtemoca – Ricardo La Volpe. Jak nie trudno się domyślić, permanentne pomijanie asa Club America przy powołaniach, było pokłosiem dawnego konfliktu obydwóch panów. ,,Pójdźcie zapytać Bielsy, dlaczego nigdy nie grał Crespo z Batistutą. Każdy trener ma swoją wizję futbolu. To głupoty, które wchodzą mi jednym i wychodzą drugim uchem. Cuauhtémoc jest bez cienia wątpliwości wzorem, ale to nie Maradona czy Pelé. W Meksyku mamy też innych zawodników, którzy tworzyli historię. Nie umieściłbym go w pierwszej dziesiątce najlepszych meksykańskich piłkarzy”- tłumaczył swoją decyzję argentyński szkoleniowiec. ,,La Volpe? To wielki trener. Nie wiem jednak, dlaczego nie zabrał mnie na mundial. Bardzo mnie to zabolało. Myślę, że to wszystko z powodu zaszłości sprzed lat. Chciał się na mnie odegrać. Kiedy miałem 20 czy 21 lat nie podskakiwałem starszym. Trener starał się jednak mnie złamać. Mówił wiele nieprzyjemnych rzeczy. Starał się upokarzać młodych piłkarzy. Takich rzeczy się nie zapomina. Obrażał nas, zawsze tylko tych młodych. To wielki trener, ale gdyby miał lepsze podejście do piłkarzy, byłby o wiele lepszy. Dla mnie reprezentowanie mojego kraju jest powodem do dumy a kiedy grają hymn, serce mi pęka, chce mi się płakać”- nie krył swojego wzruszenia meksykański gwiazdor. W 2007 roku Blanco postanowił jeszcze raz opuścić Meksyk i spróbować swoich sił za granicą. Tym razem nie przemierzał jednak bezkresu oceanu, by dotrzeć do Europy. Udał się do Chicago, gdzie przywdział barwy grającego w lidze MLS Fire. Dokonał tego w tym samym czasie co David Beckham, który dołączył do LA Galaxy. Chociaż nie można było porównać w żaden sposób wagi marketingowej obydwóch ruchów, to na boisku różnica między Becksem, a Blanco wcale nie była szczególnie widoczna. ,,Blanco pojawił się i od razu był bardziej skuteczny jako gracz od Beckhama, ale miał też oddźwięk w innej grupie fanów. Nie był supergwiazdą w oczach wszystkich, ale był supergwiazdą dla meksykańskiej i meksykańsko-amerykańskiej społeczności w Chicago”- Nick Firchau, dziennikarz ,,Evening Tribune”. „Czarodziej z Tepito” podbił serca fanów ze Stanów Zjednoczonych. Gwarantował im to, co dla amerykańskiego kibica liczy się najbardziej – show. Cuauhtemina, gaszenie silnych półgórnych piłek tyłkiem, dwudziestometrowy rozbieg przy rzucie karnym… To część repertuaru zagrań meksykańskiego piłkarza. Przygodę z Chicago Fire zakończył z liczbą 62 spotkań, 16 goli i 26 asyst na koncie. ,,Na pierwszy rzut oka jego ciało wydawało się niezgrabne. Patrzyłem na niego i myślałem, że łatwo dam sobie z nim radę, a potem wchodziłem z nim w pojedynek jeden na jeden i za każdym razem przegrywałem. Niesamowite”- C.J. Brown, były piłkarz Chicago Fire. Niepotrzebne okazały się też obawy sztabu szkoleniowego o to, czy Blanco nie rozsadzi szatni od środka. Cuauhtemoc szybko stał się duszą towarzystwa, a swój nieprzeciętny temperament rozładowywał, wykręcając kolegom z zespołu rozmaite dowcipy. Po przygodzie z ligą MLS Blanco powrócił do ojczyzny, by przez kilka kolejnych sezonów powłóczyć się jeszcze po rozmaitych klubach. Jeżeli jednak sądzicie, że miał tam zamiar jedynie odcinać kupony, to grubo się mylicie. Z Dorados i Publą sięgnął po Puchar Meksyku, a z Irapuato zwyciężył w rozgrywkach 2 ligi. Przy okazji wrócił do reprezentacji Meksyku i załapał się na mistrzostwa świata w RPA, gdzie jego gol z rzutu karnego wyrzucił poza nawias turnieju, skłóconą kadrę Francji, prowadzoną przez Raymonda Domenecha. Zresztą egzekutorem jedenastek od zawsze był wybornym. W całej karierze zmarnował zaledwie dwa z 73 wykonywanych przez siebie uderzeń z wapna. Ostatecznie jego licznik reprezentacyjny zatrzymał się na 120 występach i 39 golach. Do tego w gablocie ma dwa złote medale za zwycięstwo w Złotym Pucharze CONCACAF i wspomniany wcześniej triumf w Pucharze Konfederacji. Buty na kołku zawiesił ostatecznie w 2016 roku, mając na karku 43 lata. Zagrał wówczas po raz ostatni w koszulce Club America. Dostał od trenera 36 minut w spotkaniu z Morelią. Taki ukłon w kierunku zasłużonego gracza. Powrót na ostatnie spotkanie ligowe, by dopiąć klamrę kariery. Na jego plecach widniał numer „100”, który upamiętniał stulecie ukochanego zespołu. Na pożegnanie udało się obić poprzeczkę rywala. Szkoda, że tamto uderzenie nie wpadło. Być może po raz ostatni w karierze Cuauhtemoc mógłby wykonać charakterystyczną cieszynkę, imitującą łucznika. Blanco podpatrzył ją podobno u hiszpańskiego napastnika Kiko, byłego piłkarza Atletico Madryt. Część opinii publicznej uważa jednak, że gest ma na celu złożenie hołdu rdzennej ludności indiańskiej. Potomkom Azteków. Cóż, ta wersja bardziej pasowałaby do szalonego życiorysu piłkarza…

7

1

@Marusek Ah daj spokój, przecież wierze ci na słowo, nie musisz sie tłumaczyć :)

1

Już w pierwszej połowie miałem nieodparte przeczucie że tak "skuteczny" RB Lipsk musi dostać w pape od tego niewdzięcznego przezemnie przeciwnika...

0

@FcPortoFan1999 Wiesz co, akurat ostatnio nie śledze Juventusu i ogólnie Serie A, jednak Juventus na przykład tylko zremisował z takim Lecce a Cagliari prezentuje się podobnie w lidze, więc nie stawiałbym na wysokie zwycięstwo Juventusu, jeśli wogóle zwycięstwo?

0

@FcPortoFan1999 Oj, niekoniecznie, niekoniecznie.....!

0

@severius Właśnie chciałem powiedzieć że tam można niemal każdy mecz obstawiać poniżej 3 goli a nawet poniżej dwóch!

1

@Marusek Nie żartuje z futbolu ale musze przyznać że w tym wypadku całkowicie udał ci sie ten żart, więc chciałem cie pochwalić...:)

2

@Kapitan hawk To zależy czego dotyczą? Jeśli tylko tego o czym tu wspomniałeś, to jak najbardziej się zgadzam. A jeśli najróżniejszych pierdół, wypisywanych tutaj na La Rambli, to absolutnie jestem na nie!

2

@Kapitan hawk Jednak ten ostatni komentarz 3 godziny temu tego użytkownika jest trafny i zgadzam się z nim.

13

Barceloński zakład przy ulicy Vidre:

Na początku XX wieku futbol był jeszcze w mieście sportem mniejszościowym. To pasja owych Pionierów umożliwiła rozgrywanie pierwszych meczów ponieważ niemal jakiekolwiek miejsce uważali za wystarczająco dobre żeby biegać za piłką w krótkich spodenkach. Boiska do gry w złym stanie i byle jakie stroje były na porządku dziennym. Za sprzęt płacili sami piłkarze, którzy korzystali z ręcznie szytych piłek, przynajmniej do czasu, gdy Joan Gamper dostał futbolówkę od krewnych ze Szwajcarii. Często zdarzało się tak że piłkarze wychodzili z domu w bawełnianych koszulkach Blaugrana, które zakrywali płaszczem, wypełnianych spodenkach sięgających za kolana, podtrzymywanych paskiem z materiału a także w wełnianych getrach. Uniform uzupełniały buty ze skóry, często białej albo chromowanej w kolorze jasnoszarym, które kupowali za granicą. Do tego wszystkiego cierpieli na niedostatek piłek. Dlatego też klub zlecił wyprodukowanie kilku rymarzowi z zakładu przy ulicy Vidre. Jej nazwa pochodziła od dawnego pieca szklanego, który znajdował się przy niej łącząc plac ,,Reial” z ulicą Eskudellers w środku dzielnicy ,,El Raval”. Piłki wykonane były ze skórzanych kawałków w ciemnych kolorach, zszytych ze sobą nitką. Rymarz, nie mający pojęcia o futbolu, wytworzył je ręcznie, korzystając z fotografii zamieszczonych w zagranicznej prasie, dostarczonych mu przez kibiców i szefów klubu. Rezultatem była mało konwencjonalna piłka o nieregularnym kształcie, która szybko przestawała nadawać się do gry i którą trzeba było stale zszywać. Jednak najważniejsze że klub miał własną piłkę bardzo cenione i rzadkie dobro będące w tamtym czasie synonimem poważnej drużyny. Pierwsze mecze Barça rozgrywała właśnie tymi ręcznie szytymi piłkami, do czasu aż Ernest Whitney Cotton, założyciel ,,Reial Club de Tenis Barcelona” i wtedy również piłkarz Barçy, ofiarował dwie piłki marki ,,Greenville-Birmingham”, który kupił podczas pobytu w Wielkiej Brytanii. Przywiózł również jeden z pierwszych gwizdków dopuszczonych regulaminem do wykorzystywania przy sędziowaniu meczów oraz pierwszą parę butów piłkarskich, które wywołały podziw wśród jego kolegów z drużyny z uwagi na ich wysoką jakość.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik

3

Co ten LIpsk wyczynia? Zamiast dobić ten chalierny bawarski klub, to w efekcie to się zemści...

10

Tacy gospodarze to niemal zawsze górą!

17 stycznia 1967 r. Urugwaj pokonał Boliwie 4:0 na Estadio Centenario w meczu otwarcia 29 edycji Copa America. Po raz pierwszy w historii wystąpił absolutny kopciuszek latynoskiego futbolu a mianowicie Wenezuela. Tym samym po 51 latach od założenia CSF ostatni członek tej organizacji dołączył wreszcie do grona uczestników Pucharu Ameryki. Ilekroć turniej toczył się w Montevideo, niezmiennie na najwyższym podium stawali gospodarze. Było zatem jasne iż między nimi i Argentyną rozegra się główna batalia o mistrzostwo. Boliwia natomiast mimo niezłej gry Blacutta, grała wprost beznadziejnie, ulegając nawet 0:3 wenezuelskiemu debiutantowi. Niewiele lepszy był Paragwaj, zespół bez oblicza i bez wielkich indywidualności. Nie najgorzej za to wypadło Chile, któremu udało się urwać cenny punkt samemu Urugwajowi. Uwagę publiczności i obserwatorów przykuli zwłaszcza dwaj zawodnicy: Elias Figuerora Brander oraz Ignacio Prieto Urrejola. W zasadzie od początku turnieju liczyły się tylko Urugwaj i Argentyna. Gospodarze stracili punkt z ambitnym Chile, podczas gdy Albicelestes szli jak burza od zwycięstwa do zwycięstwa, w przededniu ostatniego meczu gromadząc 8 punktów, podczas gdy Celestes zebrali ich tylko 7. Wszystko zatem miało się rozstrzygnąć w ostatnim(de facto finałowym) starciu tych gigantów. Urugwajczyków poprowadził do decydującego boju ojciec zwycięstwa z 1959, sędziwy Juan Corazzo, zaś Argentyńczyków równie wiekowy Renato Cesarini. Wieczór 2 lutego 1967 był pochmurny aż wreszcie lunęło jak z cebra. W gęstym deszczu toczyło się to zacięte spotkanie, w którym linie obronne górowały nad ofensywnymi. Celestes nawiązali do chwalebnej tradycji swej ,,garra uruguaya”, zajadłej walki do upadłego o każdą, nawet pozornie beznadziejną piłke. W ich szeregach wyróżniało się szczególnie dwóch zawodników. Bramkarz Ladislao Mazurkiewicz, z pochodzenia Polak, o którym napisze przy okazji jego urodzin(14 luty) oraz rozgrywający Pedro Virgilio Rocha, którego Pele zaliczył do grona ,,pięciu najlepszych napastników świata”. Właśnie ten król środka pola zapewnił Urugwajowi Puchar Ameryki tego turnieju. W 74 minucie bezlitośnie wykorzystał potknięcie Rattina na śliskiej nawierzchni, przejął jego zbyt krótkie podanie i pokonał bramkarza Rome. Był to trzeci w dziejach Copa America zwycięski gol dla Urugwaju strzelony w kierunku szczęśliwej trybuny Colombes. Tych dwóch asów Celestes miało oparcie w zwartej, ambitnej drużynie, w której wyróżniali się ponadto pomocnik Mujica, obrońca Cincunegui oraz napastnicy Domingo Perez i Hector Salva. Na koniec trzeba jeszcze nakreślić sylwetke króla strzelców. Został nim wybitny argentyński snajper Luis Artime, który w tym turnieju uzyskał 5 goli. Dodam jeszcze że Artime w reprezentacji Argentyny rozegrał 25 spotkań strzelając 24 gole. Luis do perfekcji absolutnej doprowadził technikę użytkową a zwłaszcza technikę strzału. Nie gustował w dryblingach, nie kręcił finezyjnych kółeczek, tylko podawał, przyjmował piłke albo też bez przyjęcia strzelał. Pojawiał się na polu karnym niczym zjawa aby w tej jednej najbardziej sprzyjającej sekundzie przyłożyć głowe lub noge do piłki. Szybki ruchliwy, sprytnym manewrem potrafił wyprowadzić w pole każdego obrońcę. Grał czysto, będąc pod każdym względem ideałem sportowca w nieco staroświeckim rycerskim stylu. Wspaniały kolega, gentelmen w każdym calu, zaskarbił sobie zasłużenie powszechny podziw i sympatie w całej Ameryce. Jednak nawet tak wspaniały atak z Artime, Bernao, Rojasem i Masem wyszczerbił sobie zęby na urugwajskiej obronie. To był ostatni turniej rozgrywany wedle tradycyjnej formule, czyli każdy z każdym. W następnej edycji Copa America(1975) wprowadzono rywalizacje w grupach.

@Safrani
@Pawel13sz
@misterio
@MoralnyKarzel
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Sysia11 Oj głupoty piszesz! On ma dwa przydomki: "The Butcher" i "Maltina".
Wyraźnie to internet pokazuje!

1

@Sysia11 No ja wiem że od Lisandro ale z jakiej paki akurat Licha a nie na przykład Liso czy Lindro?

1

@Sysia11 Czemu ty go nazywasz jakiś Licha?? Przecież on jest nazywany "rzeźnikiem"

13

Wybitne legendy futbolu:

17 stycznia 1906 r. w Buenos Aires urodził się Guillermo Stabile, Wicemistrz Świata(1930), Król strzelców I Mistrzostw Świata(1930) oraz Sześciokrotny Zdobywca Copa America jako trener(z kadrą Argentyny). W roku 1930 odbywały się pierwsze w dziejach Mistrzostwa Świata gdzie Guillermo strzelił w nich 8 goli co dało mu koronę pierwszego króla strzelców na Mundialu a zaczynał je jako rezerwowy(nie zagrał tylko w pierwszym meczu z Francją). W debiucie na Mundialu popisał się hat-trickiem w spotkaniu z Meksykiem(pierwszym w historii mistrzostw) a potem zdobywał gole w każdym kolejnym meczu-z Chile dwa, Stanami Zjednoczonymi również dwa a w finale z Urugwajem jeden gol. Stabile nie miał nawet 170 cm wzrostu ale był bardzo szybki i świetny technicznie, coś w rodzaju Leo Messiego. Jego rekord życiowy na sto metrów wynosił 11 sekund! Nazywano go ,,El Filtrador’’ co miało oddawać umiejętność przejścia przez nawet najbardziej szczelną obronę przeciwnika. Cieszył się szacunkiem także dlatego iż grał bardzo fair. Karierę piłkarską rozpoczynał w argentyńskim Huracan Buenos Aires. Szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie drużyny. Był niezwykle skuteczny, potrafił z zimną krwią wykorzystać każdy błąd rywala. Po dwunastu latach spędzonych na krajowym podwórku został kupiony przez włoską Genuę. Po zaledwie roku pozyskali go działacze Napoli, by po kilku miesiącach oddać go ponownie Genui. Kilka poważnych kontuzji i brak szczęścia nie zagwarantowało mu sukcesów w Serie A. Nie powiodło mu się również w Red Star Paris(chociaż namawiano go do zmiany obywatelstwa i obiecywano grę w reprezentacji) i tuż przed wojną wrócił do Argentyny. Natomiast zrobił wielką karierę jako trener. Od roku 1941 do 1958(i krótko w 1960) prowadził reprezentację Argentyny, pracując jednocześnie w klubach. Trzy razy z rzędu zdobył z Racingiem Mistrzostwo Argentyny(1949-1951). Reprezentację kraju doprowadził 6 razy(!) do tytułu mistrza Ameryki Południowej(Copa America). Po raz pierwszy po wojnie wywalczył z Argentyną awans na Mundial w Szwecji(1958). Wychował wielu argentyńskich piłkarzy, którzy przeszli do historii futbolu od Alfredo di Stefano, Adolfo Pedernery, Angela Labruny i Felixa Lustau po Oresta Corbattę, Omara Sivoriego, Humberto Maschio i Jose Sanfilippo. Był wykładowcą w wyższej szkole wychowania fizycznego, komentatorem radia Libertad a pieniądze zdobyte na boisku pomnażał w branży cukierniczej. Był w swojej ojczyźnie bardzo popularny i bogaty. Zmarł w roku 1966 w wieku 60 lat.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

1

@Safrani No nie da się ukryć. No cóż, gratuluje ci mimo wszystko

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

17 stycznia 1947 r. w Szczecinie urodził się Władysław Szaryński, jeden z ciekawszych napastników polskiego futbolu. ,,Kiedy zmieniałem klub mówili że zdradziłem Szczecin, lecz tylko ja wiem że gdy wybierałem się do odsłużenia wojska w Zawiszy Bydgoszcz, ryczałem jak bóbr. Tak samo, gdy jechałem na dworzec na pociąg do Rybnika. Musiałem opuścić rodzinne miasto bo chciałem grać w ekstraklasie”- opowiadał Szaryński, jeden z nielicznych szczęściarzy, którzy wystąpili w polskiej drużynie w finale europejskiego pucharu. Wychodząc w podstawowym składzie Górnika Zabrze na finałowy mecz Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City, czuł jak nigdy że te wszystkie poświęcenia miały sens. Dopiero co skończył 23 lata, a tu w ataku u boku Banasia i Lubańskiego zaraz miał rozpocząć mecz, który przykuwał uwagę już nie tylko całej piłkarskiej polski ale również Europy. Zabrzanie przegrali 1:2, lecz ich wyczyn wciąż jest nieosiągalny dla jakiegokolwiek innego polskiego klubu. Szaryński już wcześniej dołożył cegiełke do sukcesu. W walce o ćwierćfinał z Glasgow Rangers na Stadionie Śląskim ,,huknął” z ponad 20 metrów tak kapitalnie że ponad 70 tys. ludzi przez minutę biło mu brawo na stojąco! To był gol na 2:0, gospodarze ostatecznie wygrali 3:1 i ze spokojem mogli jechać na rewanż do Glasgow, gdzie również pokonali Rangersów 3:1!

Do Zabrza Szaryński trafił z ROW Rybnik i był to jeden z kilku skomplikowanych transferów w jego karierze. Zawsze uparcie pchał się wyżej i efekty były dość zaskakujące jak na tamtą piłkarską epoke, ponieważ w ekstraklasie występował w aż 5 klubach(Arkonia Szczecin, Zawisza Bydgoszcz, Row Rybnik, Górnik Zabrze i Zagłębie Sosnowiec). W 1974 został właśnie piłkarzem Zagłębia i znowu była to transferowa niespodzianka. Zagłębie na półmetku zajmowało ostatnie miejsce w tabeli, na gwałt potrzebowało wzmocnień. Problemem podobno osobiście zainteresował się Edward Gierek. Nic dziwnego że transakcja doszła do skutku. Szaryński bardzo pomógł nowemu klubowi w utrzymaniu a w 1977 i 1978 jako kapitan zdobywał z nim Puchar Polski. Jeżeli nawet mógł mieć żal że Górnik tak łatwo pogodził się z jego odejściem, na koniec nie powinien był narzekać, bo zdążył zostać jedną z legend Zagłębia Sosnowiec. ,,Jestem wdzięczny losowi że tyle w piłce osiągnąłem. Wcale nie miałem łatwo, wiele było zakrętów, gróźb dyskwalifikacji, łez i niepewności, więc tym bardziej trzeba się cieszyć”- zapewniał Władysław Szaryński.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

3

No cóż, derby żądzą się swoimi prawami, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pogratulować zawodnikom Manchesteru United. Tak czy inaczej losy tytułu jeszcze nie są rozstrzygnięte...

1

@Safrani Niedoczekanie!!! Przynajmniej z mojego punktu kibicowskiego...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?