FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
36 obserwujących
0 obserwowanych
Kto wygra mistrzostwo świata?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
@FCBparasiempre
Kiedy młody piłkarz, mający powiedzmy 17-18 lat, przebija się do składu, natychmiast pojawia się pytanie, czy nie dostąpił tego zaszczytu za wcześnie. Kiedy strzela pierwszą bramkę pojawiają się pierwsze zachwyty i kolejne pytania, czy rozwinie się na tyle dobrze, by stanowić o sile swojego zespołu lub zagrać w reprezentacji. A co jeśli w wieku 17 lat strzela pięć bramek w siedmiu meczach na najwyższym szczeblu ligowym? Tak, był taki piłkarz i to w polskiej ekstraklasie. Przed wami opowieść o niespełnionej karierze Krzysztofa Boćka. Ta historia rozpoczęła się w 1990 roku w Mielcu, gdzie swoją siedzibę ma licząca się niegdyś w polskim futbolu Stal. Pierwszy przebłysk talentu Krzysztofa Boćka nastąpił, kiedy miał on 16 lat i 234 dni. To wtedy zadebiutował w ekstraklasie. Rywalem mielczan był wówczas Motor Lublin, który nie dał szans dwukrotnym mistrzom Polski i zwyciężył 3:1. Nasz bohater nie uchodził wówczas za postrach bramkarzy, wyglądał raczej jak strach na wróble, ważył niewiele ponad 60 kilogramów i liczył około 170 centymetrów wzrostu. Nie był więc nad wyraz rozwiniętym chłopcem, lecz widocznie ktoś uznał, że coś w sobie miał. Premierowy sezon zakończył z dorobkiem czterech spotkań, z czego w jednym pojawił się nawet od pierwszej minuty. Potem słuch o nim zaginął. Kolejni trenerzy go pomijali i wydawało się, że będzie to jeszcze jeden meteoroid, który pojawił się na futbolowym horyzoncie i za chwilę zniknie gdzieś w otchłani piłkarskiej nicości. Jednak w końcu Bociek doczekał się na swoją szansę, w meczu z Motorem wszedł na końcówkę spotkania i przesądził o zwycięstwie Stali 2:1. Docenił go Janusz Białek, który tymczasowo prowadził mielecką ekipę. ,,Krzysztof wszedł do drużyny, kiedy zastępowałem na stanowisku szkoleniowca Stali Mielec Grzegorza Lato. Od razu było widać, że jest to nietuzinkowy piłkarz. Porównałbym go do Arkadiusza Milika. Był on w podobnym wieku i podobnie jak Milik pokazywał, że drzemią w nim ogromne umiejętności.” – mówi Janusz Białek, pod którego opieką Krzysztof Bociek strzelił swoją pierwszą bramkę na poziomie ekstraklasy. Potem już poszło z górki, kolejny mecz i kolejny gol 17-latka, tym razem dający remis z Hutnikiem Kraków. Prawdziwa eksplozja nastąpiła dopiero pod koniec sezonu, kiedy nasz bohater ustrzelił hat-tricka w starciu z Zawiszą Bydgoszcz. Podsumowując, siedem meczów i pięć goli, a przecież ten piłkarz przebywał na boisku łącznie około 250 minut. Czyżby Krzysztof Bociek miał być nowym Włodzimierzem Lubańskim? A może bliżej mu było do innej legendy polskiego futbolu − Andrzeja Szarmacha? ,,Bociek świetnie grał głową. dysponował dobrymi warunkami fizycznymi i znakomicie z nich korzystał. oprócz tego miał też coś, co powinien mieć każdy napastnik, czyli przysłowiowego piłkarskiego nosa. pamiętam, że po pobycie w stali mielec wyjechał do holandii i pewnie byłby to tylko krótki przystanek w jego karierze, gdyby nie przytrafiła mu się kontuzja.”– twierdzi Janusz Białek. Dalsza historia napastnika urodzonego w Mielcu układała się jak w bajce. W kolejnym sezonie stał się najlepszym strzelcem Stali, grał w młodzieżowej reprezentacji Polski, zainteresowały się nim też zagraniczne kluby. Jego kariera mocno wyhamowała, kiedy na fotelu szkoleniowca Stali Mielec zasiadł Franciszek Smuda. Kiedy ten przestał na niego stawiać, młody zawodnik skorzystał z oferty PAOK Saloniki i w wieku 20 lat wyjechał do Grecji. Tam był już zupełnie innym piłkarzem niż cztery lata wcześniej i w pełni korzystał z doskonałych warunków fizycznych, jakie osiągnął z wiekiem. W Salonikach spędził tylko rok, zaliczając w lidze greckiej osiem trafień, po czym na krótko wrócił do Stali. Na krótko, bo chciano go w Holandii. Teraz powinno być o golach strzelonych dla Ajaksu, PSV, Feyenoordu czy innych czołowych klubów, ale w tym miejscu historia nagle się urywa. Wielka nadzieja polskiej piłki pałętała się w Holandii po różnych dziwnych klubach. Zahaczyła o Volendam, przewinęła się przez Alkmaar, przetarła szlak Andrzejowi Niedzielanowi w Nijmegen i zakotwiczyła w Den Bosch. Wszędzie skubnęła jakieś dwie, trzy bramki, ale nie więcej. Powodem były kontuzje, choć sam zawodnik narzekał też na problemy z trenerem, jednak który szkoleniowiec będzie stawiał na zawodnika, który łapie urazy z tak dużą częstotliwością.
,,W Nec byłem dwa lata, z czego ostatnie półtora roku spędziłem na leczeniu kontuzji więzadeł krzyżowych kolana. Wierzyłem, że w Den Bosch odzyskam dawną dyspozycję i będę grał i za kadencji trenera martina Koopmana tak było. Goli nie strzelałem, ale ten szkoleniowiec rozliczał mnie przede wszystkim z sytuacji, jakie wypracowałem partnerom. Koopman nie miał jednak wyników i został zwolniony… u nowego szkoleniowca grałem sporadycznie, głównie końcowe minuty. W sumie zaliczyłem tylko czternaście meczów…”– mówił bociek w wywiadzie dla tygodnika piłka nożna. Dlaczego zawodnik, który w wieku 17 lat straszył bramkarzy, w wieku 24 sprawiał wrażenie emeryta? Może za szybko nastąpiło zderzenie z wielką piłką, może w młodym wieku trenował na nierównych boiskach, co zwiększyło podatność na kontuzje, a może po prostu jego organizm miał takie, a nie inne predyspozycje. Urazy zatrzymały jego karierę w Holandii z dnia na dzień i choć sam piłkarz wierzył, że jeszcze się podniesie i pokaże, na co go stać, to życie napisało jednak inny scenariusz. Po rozwiązaniu kontraktu z Den Bosch Bociek miał ofertę ze Stanów Zjednoczonych, jednak uznał, że na taki wyjazd jeszcze za wcześnie. Chciał grać w Europie i pracować na swoje nazwisko, by kiedyś zagrać w reprezentacji kraju. Na pewno miał odpowiedni potencjał, by założyć koszulkę z orłem na piersi. W wywiadzie dla PN Bociek sugerował, że jest zdrowy i jest gotów do gry na wysokim poziomie: ,,Gdybym nie uważał, że coś jeszcze w futbolu osiągnę, to wyjechałbym grać do Stanów Zjednoczonych. Uznałem, że na to jeszcze przyjdzie pora. W Holandii jestem cztery i pół roku. Ostatnio jednak moja kariera uległa zahamowaniu. Wszystko popsuło się po transferze do Nec, gdzie przytrafiła mi się ta kontuzja. Teraz, paradoksalnie, jestem zdrowy, a zostałem bez klubu.” Nie wrócił. Den Bosch było ostatnim klubem w jego karierze.
8
Niespełniona nadzieja polskiego futbolu:
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
8
Ja nigdy nie zapomnę o tak wyjątkowej legendzie futbolu:
30 marca 1915 r. urodził się paragwajski napastnik Arsenio Erico. Karierę rozpoczął w miejscowym Nacionalu Asunción a w pierwszym składzie klubu zadebiutował mając zaledwie 15 lat. Na początku lat 30-tych Erico wchodził w skład drużyny piłkarskiej paragwajskiego Czerwonego Krzyża, która rozgrywała mecze na terenie Argentyny by zebrać fundusze na wojnę o Chaco. Z powodu świetnej gry podczas meczów towarzyskich w wymienionym tournée, podpisał z nim zawodowy kontrakt Club Atlético Independiente. Erico zadebiutował w lidze argentyńskiej 6 maja 1934 roku w wyjazdowym meczu Independiente przeciwko Boca Juniors (remis 2:2) i swoją grą a szczególnie świetnymi główkami szybko dorobił się przydomku "skaczący diabeł". Tak wspaniały napastnik jak Arsenio Erico nigdy nie zagrał w reprezentacji swojego kraju chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju zaś zdaniem takiego autorytetu jak Di Stefano, w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 325 ligowych spotkaniach zdobył dla Independiente 293 gole, liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! W 1947 roku na krótko zasilił jeszcze szeregi Huracanu. Był z całą pewnością graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby co najwyżej iść Węgier Kocsis i Argentyńczyk Passarella. Przy wzroście 175 cm fruwał w powietrzu na wysokości poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzowi piłkę, którą zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością ,,nożycami’’(chilena, bicileta), z woleja, z powietrza czy z ziemi. Jego ,,palomity”(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek a przy tym wszystkim uroczy kompan, skromny i koleżeński, powszechnie lubiany.
W 1939 roku do Buenos Aires zawitał znakomity pisarz francuski Paul Morand, autor głośnego bestselleru ,,Palę Moskwę’’. Wybrał się na mecz Independiente i ujrzawszy w akcji powietrzne ewolucje Erico, zerwał się z miejsca i zakrzyknął w ekstazie: ,,Toż to Niżyński!’’ A Niżyński, gwiazdor słynnych baletów Diagilewa, do dziś uchodzi za największego tancerza wszechczasów. I pomyśleć tylko że taki fenomen nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani’’! A to był za młody a to wynarodowił się tak długo mieszkając w Argentynie a to trener powątpiewał w jego ambicję… Kompletny absurd! W latach 1947-49 Arsenio występował w rodzimym Club Nacional Asunción i tam też zakończył swoją wspaniałą karierę. Arsenio Erico pod względem jakości napastnika można śmiało stawiać na równi z samym Pele a znajdą się i tacy fachowcy(np. Di Stefano) jak i kibice, dla których Erico będzie najlepszym w historii futbolu!
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
Niezwykły przypadek Julio Cezara Romero:
30 marca 1989 r. FC Barcelona zakontraktowała Julio Cesara Romero. Paragwajczyk popularnie zwany Romerito, był najbardziej nieudanym zakupem w erze Cruijffa i jednym z najgorszych w historii Dumy Katalonii. Johan postawił na niego dzięki świetnym występom we Fluminense, gdzie Romerito został wybrany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej. Brazylijski klub miał ogromne długi wobec piłkarza, więc Blaugrana spłaciła te zobowiązania i pozyskała w ten sposób nowego napastnika. Dwa lata po przylocie do stolicy Kataloni Cruijff wystawił Paragwajczyka w miejsce Linekera w El Clasico. Pojedynek odbył się w dniu reelekcji Nuñeza na prezydenta i zakończył się bezbramkowym remisem a najlepszych okazji nie wykorzystał właśnie Romerito. Z każdym tygodniem Paragwajczyk grał mniej kończąc występy w Barcelonie po 7 spotkaniach i jednym golu w meczu o pietruszkę z Malagą. W 2011 r. został wraz z reprezentacją Paragwaju pierwszym mistrzem Świata w footvalley-jednej z odmian siatko-nogi. Jak widać nikt nie jest nieomylny a Romerito bardziej sprzyjała inna dyscyplina sportu.
@DaPidejpi
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@patataj
@Lionel_Messi10
7
Trofea Blaugrany:
30 marca 1988 r. FC Barcelona po raz 21 w historii zdobyła Copa del Rey. Na Estadio Santiago Bernabeu pokonała w finałowym starciu Real Sociedad San Sebastian 1:0. Zwycięskiego gola zdobył kapitan Blaugrany Jose Ramon Alexanco w 61 minucie. Dume Katalonii prowadził wówczas legendarny Luis Aragoñes.
Wspomnijmy:
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
0
@FcPortoFan1999 Dokładnie. Idealnie to ująłeś...
10
Żywe legendy futbolu:
29 marca 1972 r. urodził się portugalski pomocnik Rui Costa. FIFA w swoim materiale nazwała go „portugalskim księciem”. Mistrz Portugalii i Włoch. Zdobywca Ligi Mistrzów, Superpucharu UEFA i Pucharu Interkontynentalnego. Zawodnik, który w swoim najlepszym czasie osiągnął absolutne piłkarskie szczyty. Grał w znacznie potężniejszej niż dziś Serie A, przywdziewał koszulkę Milanu, który z dzisiejszym zespołem rossoneri łączy tylko logo na koszulkach. ,,Moim idolem był Michel Platini. Chodziło o jego sposób gry, o inteligencję, dzięki której zawsze odnajdywał się we właściwej strefie boiska. To pozwalało mu dyktować tempo gry. Nie zapominajmy też o dryblingach i jego umiejętności podejmowania najlepszych decyzji z chłodną głową” – wspominał już po zakończeniu kariery. Jak mało kto zbliżył się jednak do swojego idola na centymetry. Gdyby dziś charakteryzować Costę, pewnie użylibyśmy podobnych słów, co on, gdy mówił o Platinim. Jedyne, czego mu zabrakło, by móc być stawianym na równi z Francuzem, był złoty medal wielkiego turnieju. ,,Gdybym mógł cofnąć czas, poprosiłbym o to, by wygrać mistrzostwo Europy 2004” – mówił w rozmowie z portalem FIFA.com. Mieli przecież wszelkie dane ku temu, by w niego całym sercem wierzyć. „Tworzymy znakomitą mieszankę dwóch zwycięskich reprezentacji młodzieżowych, selekcję najlepszych z najlepszych. Mam nadzieję, że portugalska piłka skorzysta w pełni z naszego pokolenia.” Skorzystała, budując swoją mocną pozycję na lata na arenie międzynarodowej. Przeżywając historie jak ta z Ricardo broniącym gołymi rękami karnego Anglików. Ale nie wycisnęła do ostatniej kropelki, nie sięgając ani po złoto na Euro, ani po medal na mistrzostwach świata. Mimo to Rui Costa na zawsze pozostanie w Portugalii jedną z wielkich legend. Twarzą swojej reprezentacji przełomu wieków. Synonimem boiskowego artysty, który dziś wciąż jest bardzo blisko wielkiej piłki, zasiadając na stanowisku dyrektora sportowego a obecnie prezydenta swojej ukochanej Benfiki.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
8
@FCBparasiempre
29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą Berlinie, a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił. Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.
9
Legendy polskiego futbolu:
Dokładnie 80 lat kończy dziś... Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@ZwyklyKibicBarcy04 Co się przypomina? aaa już chyba wiem? jakieś zdjęcia pornograficzne, tak?
13
Feliz cumpleaños panie Marc!
Dzisiaj swoje 50 urodziny obchodzi Marc Overmars, jeden z najlepszych prawonożnych lewoskrzydłowych w historii piłki nożnej. Podczas swojej bogatej kariery, Overmars błyszczał na boisku, jak nikt inny. Nieważne czy było to Go Ahead Eagles, Willem II, Ajax, Arsenal czy wielka FC Barcelona. Właśnie w tych klubach cieszył świat swoimi dryblingami. Dobry technicznie, szybki, wydawałoby się, że płuca miał ze stali. Jako prawonożny zawodnik, wystawiany był najczęściej na lewym skrzydle, co przynosiło spory efekt. Łamanie akcji do środka i oddawanie strzałów ze swojej teoretycznie lepszej nogi sprawiło, że Overmars strzelił w swojej karierze kilka ważnych bramek w ten oto sposób. W drużynie Dumy Katalonii Overmars grał przez cztery sezony. W 2001/02 był podstawowym zawodnikiem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. W tej historii są również polskie akcenty. W jednym z meczów Champions League, pokonał Jerzego Dudka na Anfield Road, a w ćwierćfinale rozgrywek odprawił Panathinaikos Ateny. W drużynie Koniczynek występowali wówczas: Krzysztof Warzycha oraz Emmanuel Olisadebe. Podczas pobytu w Hiszpanii, nie zdobył żadnego trofeum. Na domiar złego, przez liczne urazy kolan i kostek, został zmuszony do zakończenia swojej przygody z profesjonalnym futbolem w wieku 31 lat.
@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
1
No! kochani kibice, wczoraj miałem okazje oglądać mecz Szkocja-Hiszpania na antenie Polsat Sport. Cóż to było za meczycho!? ,,Prosze państwa raz na tydzień święto bywa, panna...." Raz na tydzień!? Takiego partidazo nie oglądałem od finałowego starcia Argentyny z Francją na katarskim mundialu. Ba! Szkocja nie wygrywała z Hiszpanią bodaj od 1984 r.! No ale za to wczoraj Szkoci pokazali charakter i zagrali jak... przystało na Hiszpanów. Z kolei Hiszpania zagrała trochę w stylu Szkockim, dużo wrzutek w pole karne, jednak nic nie wpadło. Przepiękne widowisko w kategorii niespodzianki. Brawa dla walecznych Szkotów. A Hiszpanie? Potrzebują troche czasu z nowym trenerem i znów zaczną ładnie grać i wygrywać.
7
@FCBparasiempre
Idea wyłonienia najlepszej drużyny klubowej na świecie pojawiła się w środowisku piłkarskim już pod koniec lat 50-tych. Przez lata temu celowi służył Puchar Interkontynentalny, w którym mierzył się zwycięzca Pucharu/Ligi Mistrzów z Europy i triumfator południowoamerykańskiego Copa Libertadores. Pod koniec XX wieku powołano do życia całkiem nowy turniej – Klubowe Mistrzostwa Świata. W 1997 roku postanowiono, że pierwsze takie rozgrywki odbędą się w styczniu 2000 roku w Brazylii. Miastami – gospodarzami zostały Sao Paolo i Rio de Janeiro. Organizatorzy chcieli, żeby w czempionacie wzięły udział najlepsze drużyny nie tylko ze Starego Kontynentu i Ameryki Łacińskiej, ale także z pozostałych części świata. Szybko jednak kontrowersje wzbudził wybór drużyn z poszczególnych kontynentów. Europę reprezentowały Real Madryt i Manchester United – zwycięzcy Ligi Mistrzów oraz Pucharu Interkontynentalnego z lat 1998 i 1999 – tutaj wybór był dość jasny. Podobnie wyglądał dobór klubów z Afryki, Ameryki Północnej i strefy Oceanii – tutaj w szranki stanęli zwycięzcy turniejów będących odpowiednikami Ligi Mistrzów za rok 1999. Zupełnie niejasny okazał się za to dobór klubów z Ameryki Południowej i Azji. Gospodarzem turnieju został Corinthians – „zaledwie” mistrz Brazylii z 1998 roku. Za najlepszą drużynę kontynentu południowoamerykańskiego uznano Vasco da Gama, triumfatora Copa Libertadores, ale z roku 1998. Zwycięzca z 1999 r. – Palmeiras – został pominięty. W azjatyckiej Lidze Mistrzów oraz Superpucharze Azji w 1999 roku najlepsze okazało się japońskie Jubilo Iwata. Nie wystarczyło to jednak, żeby pojechać na brazylijski turniej. Przedstawicielem największego kontynentu świata został saudyjski Al.-Nassr – zwycięzca Superpucharu w 1998 roku. Losowanie grup odbyło się 14 października 1999 roku, a start turnieju zaplanowano na 5 stycznia 2000 roku. Kolejną kontrowersję, chyba jeszcze większą, wzbudził Manchester United. Sir Alex Ferguson postanowił, że skoro jego drużyna ma w styczniu brać w Klubowych Mistrzostwach Świata, to wycofa się w ogóle z rozgrywek o Puchar Anglii. Początkowo słynny menadżer zabiegał o to, żeby jego podopieczni otrzymali wolny los w III rundzie najstarszych rozgrywek świata. Przedstawiciele FA nie zgodzili się na to. Jednocześnie chcieli, aby „Czerwone Diabły” pojechały do Brazylii godnie reprezentować Anglię, która starała się o organizację Mundialu w 2006 roku. Absencja w turnieju przeprowadzonym przez FIFA byłaby źle widziana i na pewno nie zwiększyłaby szans Anglików w wyścigu o Mundial. Zdaniem Petera Schmeichela, byłego piłkarza MU taka decyzja na zawsze obniżyła rangę FA Cup. „Angielska federacja piłkarska popełniła olbrzymi błąd, nie pozwalając Manchesterowi united na wolny los w iii rundzie, kiedy drużyna pojechała do Brazylii”– wyznał Schmeichel po latach. „To znacznie wszystko by ułatwiło. Natomiast odsunięcie od rozgrywek klubowego mistrza Europy i zdobywcy pucharu Anglii zdegradowało FA Cup do niższej rangi. Kluby zaczęły myśleć o tym pucharze w innych kategoriach i w rezultacie grać w nim rezerwami i młodszymi zawodnikami”
Wróćmy jednak do Brazylii. 5 stycznia na Estádio do Morumbi w Sao Paolo Real Madryt pokonał w meczu otwarcia Al-Nassr 3:1. Bramki dla klubu z Madrytu zdobyli Anelka, Raul i Savio, a w bramce Realu stał 18-letni Iker Casillas. W drugim meczu grupy A Corinthians wygrał 2:0 z marokańską Rają Casablancą. Inauguracyjna seria spotkań w grupie B obok zwycięstwa Vasco da Gama nad South Melbourne, przyniosła także niespodziewany remis Manchesteru United z meksykańską Necaxą. Przed długi czas w spotkaniu utrzymywało się prowadzenie drużyny z Ameryki Środkowej. Strzelcem gola dającego jednobramkową przewagą był Chilijczyk Cristián Montecinos – prawdziwy obieżyświat, który w swojej karierze zaliczył 19 klubów w 5 krajach. Manchester United wyrównał dopiero w 88. minucie za sprawą Dwighta Yorke’a. Warto dodać, że obie drużyny nie wykorzystały w tym meczu po rzucie karnym. Strzał Aguinagi w 57. minucie obronił Bosnich, a z kolei w minucie 79. Dwight Yorke nie zdołał pokonać z 11 metrów Pinedy. Czerwoną kartkę otrzymał David Beckham, a emocje udzieliły się także i Fergusonowi, który został wyrzucony na trybuny. Druga kolejka grupowych zmagań to mecze obfite w gole. W czterech spotkaniach padło ich aż 19. W hicie grupy A Real zremisował 2:2 z Corinthians. Dla „Królewskich” dwie bramki zdobył Nicolas Anelka, a dla gospodarzy turnieju dwa razy trafił Edilson – kolejny piłkarski podróżnik i późniejszy uczestnik Mundialu w 2002 roku. W szalonym meczu afrykańsko-azjatyckim lepszy okazał się Al-Nassr, wygrywając z Rają 4:3. Z przykrością trzeba odnotować, że to emocjonujące widowisko obejrzało zaledwie 3000 widzów. W grupie B nikogo nie zdziwiło zwycięstwo Necaxy nad South Melbourne 3:1. Jednego z goli dla najlepszej drużyny Ameryki Północnej zdobył Agustin Delgado – późniejszy najlepszy strzelec w historii reprezentacji Ekwadoru, uczestnik mundiali w 2002 i 2006 roku. Australijski team stracił natomiast jakiekolwiek szanse na awans. Do niespodzianki doszło w drugim spotkaniu tej grupy. Manchester United po fatalnych błędach obrońców (szczególnie Gary’ego Neville’a, który dwa razy właściwie wyłożył rywalom piłkę na tacy) już do przerwy przegrywał z Vasco 0:3. Prawdziwy piłkarski nokaut. Defensorzy najlepszej drużyny Europy nie byli w stanie poradzić sobie z duetem Romario– Edmundo. Dopiero w końcówce United stać było na honorowe trafienie Nicky’ego Butta. Tym samym przed ostatnim meczem stało się jasne, że mistrz Anglii nie zajmie już pierwszego miejsca w grupie i nie zagra w finale imprezy. „Kiedy popełnisz podstawowe błędy, tak jak my tego wieczoru, musisz spodziewać się, że napastnik wysokiej klasy, jak Romario, wykorzysta go w pełni. Trzeci gol był doskonałym golem i naprawdę nas dobił. Próbowaliśmy wrócić do gry, ale różnica była już zbyt duża”.– powiedział po spotkaniu sir Alex. Przed ostatnim meczem z South Melbourne podstawowi zawodnicy United nawet nie trenowali na pełnych obrotach. Część z nich w towarzystwie ochroniarzy przechadzała się po pięknych brazylijskich plażach. Mecz Anglicy wygrali 2:0 po dwóch bramkach Quintona Fortune’a. W 2019 roku jeden z ówczesnych zawodników z Melbourne Goran Lozanovski wspomniał tamto spotkanie na falach Football Nation Radio. Podobno po meczu nie wszyscy zawodnicy MU potrafili się godnie zachować wobec niżej notowanych rywali.
„Czy uwierzyłbyś, że nie tak dawny trener Manchesteru Ole Gunnar Solskjaer i Andy Cole zachichotali, »oglądając tych amatorów«? To było o nas. Wtedy wszedł Roy Keane i postawił ich do pionu, mówiąc im, by nas szanowali. Mam najwyższy szacunek dla Roya, był dżentelmenem”. – opowiadał Lozanovski. Ciekawe słowa, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę reputację „Keano”. Gdyby Manchester United wygrał tamten mecz większą różnicą bramek, mógłby wyprzedzić w tabeli Necaxę, która dzień wcześniej poległa w spotkaniu z Vasco. Trzeba jednak powiedzieć, że Meksykanie tanio skóry nie sprzedali. Po golu innego Ekwadorczyka Alexa Aguinagi (legenda Necaxy, w której występował przez 14 lat) prowadzili 1:0. Wyrównanie przyniósł strzał Odvana, a zwycięstwo i awans do finału bramka Romario. Rywalem Vasco w finale miał być drugi z brazylijskich klubów – Corinthians. „Timão”, jak zwykło się nazywać klub z Sao Paolo, wyprzedzili w grupie A Real Madryt tylko lepszą różnicą bramek, pokonując 2:0 Al.-Nassr. Bramki zdobyli Ricardinho i Freddy Rincon, słynny reprezentant Kolumbii i były gracz Realu. „Królewscy” rozgrywali swój mecz wcześniej i choć wygrali z Rają Casablancą 3:2, to okazało się to zbyt niskim wynikiem, aby wejść do finału. Samo spotkanie miało dramatyczny przebieg. Najpierw gola zdobyli Marokańczycy, następnie po bramkach Hierro i Morientesa Real wyszedł na prowadzenie. Dzielna drużyna z Afryki oczywiście ani myślała się poddawać. Mustapha Moustawdaa celną główką doprowadził do wyrównania. Atmosfera robiła się nerwowa i posypały się kartki, także czerwone. Sędzia wyrzucił z boiska aż trzech graczy Realu, Roberto Carlosa, Gutiego i Karembeu oraz jednego zawodnika Raji, El-Moubarkiego. Grający w ośmiu Real zdołał jednak przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść dzięki trafieniu Geremiego w 88 minucie. W meczu o trzecie miejsce, gdzie rywalem była Nacaxa, szczęście nie sprzyjało już „Królewskim”. Po remisie 1:1 trzeba było rozegrać serię rzutów karnych. W drużynie z Meksyku pomylił się tylko jeden gracz, w Realu nie trafili McManaman i Javier Dorado. „Los Rayos” mogli cieszyć się z brązowych medali, a „Los Blancos” wracali do Europy z niczym. Podsumowaniem każdego turnieju jest oczywiście finał. Nie inaczej było podczas „2000 FIFA Club World Championship”. Brazylijski mecz zawiódł nieco oczekiwania 73 000 widzów zgromadzonych na trybunach. Gole w meczu nie padły i znów potrzebne były rzuty karne. Decydującej jedenastki nie strzelił jeden z najlepszych zawodników turnieju, Edmundo. Klubowym mistrzem świata zostali Corinthians Paulista. Za najlepszego zawodnika turnieju uznano napastnika zwycięzców, Edilsona. Drugie i trzecie miejsce przypadło odpowiednio: Edmundo i Romario. Ten ostatni został też jednym z dwóch królów strzelców rozgrywek – on i Nicolas Anelka zdobyli po 3 gole.
Gospodarze mistrzostw mogli być usatysfakcjonowani. Dla drużyn z innych kontynentów (oprócz Europy) turniej był wielką przygodą, często jedyną taką w życiu. Zespoły ze Starego Kontynentu nie mogły być zadowolone. Manchester United się skompromitował, natomiast Real zaprezentował się tylko minimalnie lepiej. Udział w mistrzostwach nie wyszedł jednak żadnemu z tych zespołów na złe. Real w maju 2000 roku wygrał Ligę Mistrzów, a Manchester United w cuglach obronił mistrzostwo Anglii. „Podróż dała nam przerwę psychiczną. Wróciliśmy odświeżeni. Odpoczęły nam nogi i głowy” – powiedział w wywiadzie dla BBC w 2012 roku Mikaël Silvestre, ówczesny obrońca „Czerwonych Diabłów”. Trudno nie zgodzić się z Francuzem – jego drużyna wygrała 11 meczów i przegrała tylko jeden z ostatnich 16 meczów ligowych po powrocie z Brazylii. Klubowe Mistrzostwa Świata miały być symbolem nowej piłkarskiej ery. Niczym takim się jednak nie stały. Turniej w Brazylii był jedynym takim w historii i chyba tylko na tym polegała jego wyjątkowość. Emocji w nim nie zabrakło, ale nie udało się zbudować odpowiedniego prestiżu tym rozgrywkom. Po bankructwie w 2001 roku jednego z partnerów FIFA, firmy ISL, o pomyśle rozgrywania mistrzostw w tej formule szybko zapomniano. Klubowe Mistrzostwa Świata wróciły dopiero w roku 2005, ale w zupełnie innym kształcie.
8
Pierwszy taki turniej:
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
10
@FCBparasiempre
28 marca 1955 r. w Gdyni urodził się Zdzisław Rozborski, pomocnik, 2-krotny mistrz Polski z Widzewem Łódź. ,,Znacie Brazylijczyka Zito? W moim dzieciństwie był legendą. Tak na mnie zaczęli wołać na podwórku i byłem zaszczycony. Do dzisiaj nic się nie zmieniło”- informuje Zdzisław ,,Zito” Rozborski. Zito to słynny pomocnik Canarinhos, 2-krotny mistrz Świata. Grał w jednej drużynie z takimi geniuszami jak Garrincha, Pele czy Zagalo. ,,Od bardzo dawna mieszkam we Francji, teraz jestem trenerem amatorskiej drużyny i wszyscy w klubie mówią do mnie ,,coach Zito”. Inna sprawa że w tym kraju zawsze trudno było liczyć na poprawną wymowę mojego prawdziwego imienia”- śmieje się pan Zdzisław. Był filarem Wielkiego Widzewa, który eliminował z pucharów Juventus, Liverpool i inne zacne piłkarskie firmy. Od 1977 do 1983 wystąpił we wszystkich rozgrywanych w tamtym okresie 22 meczach widzewiaków w europejskich pucharach! To również czyni go wyjątkowym zawodnikiem w historii klubu. ,,Za to nigdy nie zagrałem w reprezentacji Polski. I wiecie co? Gdyby ktoś mi proponował pół meczu czy cały mecz w kadrze narodowej za te wszystkie niezapomniane przeżycia w europejskich pucharach, nie poszedłbym na taką wymiane. W Widzewie piłkarsko się spełniłem. Ja filarem Widzewa? Mogę potwierdzić pod warunkiem że tych filarów było znacznie więcej. Nawet po latach to odkrywam . Kiedyś obejrzałem rewanżowy mecz Widzewa z Liverpoolem(2:3) w Pucharze Mistrzów, który dał nam awans do półfinału. I dopiero zauważyłem jak kapitalnie na środku obrony grał Roman Wójcicki. Klasa światowa! Oczywiście ceniliśmy go zawsze ale powinniśmy chyba jeszcze bardziej! Takich właśnie chłopaków mieliśmy w Widzewie, dlatego czuję się zakłopotany, gdy ktoś mi przypisuje szczególną role”- podkreśla Rozborski. Po głośnej aferze na Okęciu w listopadzie 1980 r. sankcje dosięgły Józefa Młynarczyka i Zbigniewa Bońka. W rundzie wiosennej nie mogli grać a Widzew bił się o mistrzostwo Polski. W środku pola potrzebował liderów. Sporo więcej na swoje barki musiał wziąć ,,Zito” Rozborski. Harował w drugiej linii ale bywało że strzelał ważne , decydujące o zwycięstwach gole. Po bezbramkowym remisie z Zagłębiem Sosnowiec widzewiacy zdobyli pierwszy w dziejach tytuł. To był spory wyczyn bo przecież wiosną brakowało w składzie dwóch legend klubu. ,,No i właśnie tu musiałaby się zacząć opowieść o słynnym widzewskim charakterze. Nikogo nie musze chyba przekonywać że piłkarsko najlepszy był Boniek. Należało pilnie znaleźć zastępstwo, więc rozłożyliśmy jego obowiązki na kilka osób i daliśmy rade”- opowiada pan Zdzisław.
Rozborskiego i Bońka los chętnie skazywał na siebie. Jesienią 1973 r., niecały miesiąc po słynnym remisie Polaków na Wembley, taki sam wynik(1:1) padł w drugoligowym meczu Bałtyku Gdynia z Zawiszą Bydgoszcz. Dla gospodarzy gola zdobył 18-letni Rozborski, dla Zawiszy 17-letni Boniek. Do Łodzi przyszli praktycznie w tym samym czasie. Przy czym Boniek prosto z Zawiszy a ,,Zito” z Górnika Zabrze. Z każdym wielkim meczem Widzewa upewniał się że trafił w odpowiednie miejsce, ponieważ wcześniej wybrał jednak jednak znacznie gorzej, kiedy jako nastolatek wylądował przy Roosvelta. ,,Przyjechałem z Bałtyku Gdynia, miałem tylko drugoligowe doświadczenie. Ależ to był dla mnie skok! W Górniku kończyła się pewna era, którą znałem z telewizora, z legendarnych meczów zabrzan w europejskich pucharach, z hegemonii w polskiej lidze. Tyle że to był naprawdę koniec, wygasało coś wielkiego, czego symbolem był także Lubański, który leczył już ciężką kontuzje. Żółtodziób znad morza tuż po Mundialu w RFN wchodził do drużyny, w której było 4 medalistów mistrzostw Świata: Fisher, Gorgoń, Wieczorek i Szarmach. Poza tym kilku innych twardych śląskich chłopów z Janem Wrażym na czele. Z Górnika przeniósł się do Łodzi bo najwyraźniej spodobał się trenerowi Jezierskiemu, zapewne jeszcze w drugiej lidze, gdzie jego Bałtyk rywalizował z Widzewem. ,,To nie było tak że przyszedłem z wielkiego Górnika do Widzewa i w Łodzi witali mnie z kwiatami. Musiałem ciężko zapieprzać, bardzo ciężko. Widzew potrzebował świeżej krwi bo w przypadku Pyrdoła, Chodakowskiego, Kostrzewińskiego to już się robiła ,,końcóweczka”, panowie mieli powyżej trzydziestki”- tłumaczy Rozborski. On i Boniek mieli pomóc. Młodzi, gniewni, ambitni i dużym talentem. Zwłaszcza Boniek ale przecież Rozborskiego nie na darmo nazwali ,,Zito”, no z czegoś to wynikało. ,,Potem przyszedł też Mirek Tłokiński i każdy chciał się wykazać, nikt nikomu nie odpuszczał. W szatni Widzewa było wielu charakternych chłopaków, to i narodziła się drużyna z charakterem. Moje relacje ze Zbyszkiem? Bardzo dobre i będę to powtarzał do końca życia. Nie zmienia to faktu że w szatni bywało gorąco i to bardzo gorąco, nie dało się wytrzymać! Oczywiście mam na myśli kaloryfery”- żartuje. Za chwile poważnieje. ,,To prawda, w przerwie meczu potrafiliśmy sobie skoczyć do oczu. Kibice oczywiście nie mieli pojęcia że czasem między nami niemal dochodziło do rękoczynów. Oj, niekiedy robiło się ostro. Myśmy nie cierpieli przegrywać w treningowych gierkach a co dopiero w lidze. I stąd wzajemne pretensje że ty zrobiłeś to źle a ty tamto. A najlepsze że potem rachunek płacił przeciwnik. Byliśmy tak nabuzowani po ,,wymianie zdań” w szatni że wychodziliśmy na drugą połowe i w tej złości odwracaliśmy losy meczu”- opowiada nasz bohater. Rósł z Widzewem ale do kadry jakoś nie dorósł. ,,Dopóki w kadrze grali Maszczyk, Kasperczak czy Deyna, nie było o czym mówić bo to wielcy piłkarze i wielka drużyna. Później jednak zaczęło nowe pokolenie: Kupcewicz, Ciołek, Miłoszewicz. Czasem trudno mi było zrozumieć, dlaczego w kadrze jest piłkarz X, Y a ja nie dostaje choć jednej szansy, mimo że tak dobrze radzę sobie w europejskich pucharach”- wspomina po latach Rozborski. Nie udało się w kadrze a i na zagraniczny wyjazd musiał długo czekać. Gdy już wyjechał, to na granie przedemerytalne. ,,Widzewiacy dostawali dobre transferowe propozycje, o których dowiadywali się dopiero po latach. Mnie na przykład chciało Leeds United. Pojawiła się podobno konkretna oferta ale nie było żadnych szans na zgode. Miałem wtedy chyba 26 lat. Oczywiście wiem że limit wieku umożliwiający wyjazd za granice był wyższy, lecz umówmy się: była to tylko kwestia dobrej ceny. Jak wszyscy ważni ludzie dostawali z tego kasę, dawali zielone światło. Boniek miał 26 lat i poszedł do Juventusu”- wspominał Zdzisław Rozborski.
8
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
Duma Katalonii pisana historią:
28 marca 1954 r. wmurowano kamień węgielny pod budowę Camp Nou. To był ten sam kamień, którego Joan Gamper użył przed powstaniem legendarnego Camp de Les Corts. Na uroczystość przybyło aż 60 tysięcy ludzi. Stadion został oddany do użytku 3,5 roku później. Podczas rozbudowy Camp Nou, pamiątkowy kamień odkopano i obecnie znajduje się w klubowym muzeum.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
@MesQueUnClub96
9
Wybitne legendy FC Barcelony:
27 marca 1932 r. urodził się Sigfrido Gracia Royo, najlepszy lewy obrońca w historii FC Barcelony. To był niezniszczalny piłkarz, który rozgrywał w trakcie sezonu nawet 50 spotkań!(a przypomnę że La liga liczyła wówczas tylko 16 zespołów). Gracia niespodziewanie przebił się do pierwszego zespołu z drużyny rezerw i z dnia na dzień stał się kluczowym zawodnikiem. Jego styl budził wielki podziw widowni. Sigfrid zawsze poświęcał się na boisku i słynął z tego iż zawsze dawał z siebie wszystko. Regularne występy i nieustannie wysoka dyspozycja spowodowała że Gracia był królem swojej pozycji i mógł czuć się w zespole niezagrożony. Podczas zmian trenerów każdy kolejny szkoleniowiec zawsze rozpoczynał ustalanie składu właśnie od Sigfrida. Grał na wszystkich frontach stąd zdumiewająca liczba rozegranych spotkań na sezon(50). Całkowicie poświęcił się karierze w Dumie Katalonii. Był kochany i szanowany przez wszystkich zawodników i zarząd zespołu z miasta Gaudiego. Wyznawał zasadę że gdy dasz z siebie wszystko na boisku to nie będziesz miał do siebie nigdy pretensji. Podczas swojej kariery Gracia rozegrał 525 spotkań. Z Dumą Katalonii zdobył 3 mistrzostwa Hiszpanii, 4 Puchary Hiszpanii, 3 Puchary Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.
Cześć i chwała legendom FC Barcelony!
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Monix10
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@patataj
8
@FCBparasiempre
W komunistycznej Polsce wyjazd za granicę nie był tak prosty, jak ma to miejsce dziś. Paszporty wszystkich obywateli leżały bowiem w szufladach biur urzędników państwowych. By je czasowo otrzymać należało z pokorą i szacunkiem odnosić się do partii i całego systemu politycznego. Piłkarze nie byli traktowani dużo lepiej w kwestii emigracji. Toteż młodym zawodnikom zdarzały się nielegalne ucieczki na Zachód, a najczęstszym kierunkiem dezercji była sąsiednia Republika Federalna Niemiec, ale przewijały się także inne kraje, nie tylko europejskie. Zawsze wiązało się to z ryzykiem, a więc traktować to należy jako akt sporej odwagi. Nie wszystkim również owa decyzja się opłaciła. Szlak przetarli pod koniec 1957 roku gracze dwóch najznamienitszych śląskich klubów: młody bramkarz Herbert Pohl i dobiegający trzydziestki pomocnik Eryk Nowara. Przypadki te zostały w polskich mediach przemilczane, a służby ochrzciły wymieniony duet „zdrajcami ojczyzny”, choć Nowara po kilkunastomiesięcznej walce uzyskał pozwolenie na grę w TUS Lintfort, o czym dowiedzieć się można było jednak wyłącznie z niemieckiego „Kickera”. Dekadę później z bytomskiej Polonii zdezerterował Jan Banaś, ale nie powodowały nim względy polityczno-finansowe. Historia Banasia dowodzi, że nawet rodzina może wpędzić w tarapaty, które ciągnąć będą się przez lata. Ojciec urodzonego w Berlinie reprezentacyjnego obrońcy był czystej krwi Niemcem, z Polską defensora związało pochodzenie matki. Jeszcze zanim mały Hans-Dieter (bo pod takim imieniem figurował przez całą młodość Jan) przyszedł na świat, tata okazał się bigamistą i rzekomo poniósł śmierć w czasie II wojny światowej. Gdy Banaś stał się szerzej znany i dostał do kadry narodowej, po jednym z meczów, transmitowanych także w Niemczech zgłosił się do niego „martwy” od ponad dwóch dekad ojciec. Nagabywał syna, aż ten w końcu dał się namówić na odłączenie od drużyny w Goeteborgu przy okazji meczu z tamtejszym Norrkoeping w 1967 roku. Uciekinierami zostali również Norbert Pogrzeba i Konrad Bajgier. Azyl znaleźli w miejscowości Hof. Pobyt Hansa-Dietera w Niemczech trwał kilka miesięcy, w których trakcie dały o sobie znać prawdziwe intencje odnalezionego cudownie po latach ojca piłkarza. On właśnie wszedł w buty agenta reprezentanta Polski i dogadywał się z klubami niejako w imieniu Banasia. Kiedy podobno dopiął już (nieznane po dziś dzień) szczegóły, wręczył synowi dokument, nazywany dziś przez samego zainteresowanego „cyrografem”. Szkopuł w tym, że zgodnie z treścią pisma samozwańczemu przedstawicielowi defensora należało się 10% zysków jako „ekwiwalent za wychowanie”. W zestawieniu z prawdą wygląda to nadzwyczaj groteskowo. I tamto wydarzenie otrzeźwiło Jana, który porozumiał się z kolegami oraz prezesem klubu, w którym trenował. We czwórkę wsiedli do auta i pomknęli w kierunku Kolonii, gdzie trio z Bytomia przeszło testy. Mimo pozytywnych odczuć władz FC Koeln przepisy okazały się nie do obejścia i chcący grać w piłkę, a nie poprzestawać na treningach Banaś zmuszony został do powrotu na łono ojczyzny. Dziś przyczyny emigracji komentuje: ,,Miałem ojca Niemca, który to wszystko wymyślił, przyjechał, zabrał mnie. Obiecywał mi złote góry i tak to się skończyło.”
Wisiało nad obrońcą widmo zwyczajowej w takich sytuacjach dwuletniej karencji, której jednak za wstawiennictwem gen. Jerzego Ziętka, „syn marnotrawny Polonii Bytom” uniknął. Najdotkliwszą konsekwencją, która zaważyła na reprezentacyjnym niespełnieniu Banasia, stał się zakaz wyjazdów za zachodnią granicę Polski. Odebrał on atakującemu szansę przyłożenia ręki lub raczej nogi do największych sukcesów Orłów Górskiego: złota olimpijskiego w Monachium i srebrnego krążka przywiezionego z mundialu w RFN. Sam Banaś do dziś żałuje porzucenia ojczyzny, a za główny powód żalu uważa powyższą sankcję. Zdrowie nie pozwala mu na dalszą działalność w świecie futbolu, ale jeszcze nie tak dawno szkolił młodzież w Gwarku Zabrze. O losach 73-latka nakręcono film „Gwiazdy”, który ma w niedługim czasie ma wejść na ekrany kin. Nie najlepiej wyszli na zatrzaśnięciu za sobą drzwi samochodu odjeżdżającego z bawarskiego miasteczka inni pasażerowie. Bajgier z opuszczoną głową zawitał do Polonii, a Pogrzeba podążył zupełnie odmienną drogą. Zamiast pożegnać się z marzeniami o grze poza granicami ojczyzny, wylądował w amerykańskiej NASL. Szatnię St. Louis Stars dzielił przez rok m.in. z Dragoslavem Sekularacem – znanym reprezentantem Jugosławii. Nim zawiesił buty na kołku, grał jeszcze przez 4 lata w Europie, a konkretnie holenderskim NAC Breda. Co ciekawe oficjalna wersja losów napastnika z Bytomia sugerowała, że miał on zachorować, co poskutkowało utratą pracy. Celem rozpowszechniania owej kłamliwej wiadomości zapewne była przestroga dla prawdopodobnych następców bytomskiej trójki. Ostrzeżenie nie przyniosło skutku i z PRL-u zwiewali kolejni: Waldemar Słomiany (ledwie tydzień po Banasiu),Helmut Dudek, Henryk Broja. Pierwszego z wymienionych pod koniec lat 60. śledziła bezpieka korzystając z informacji TW „Freda”, który oskarżył dawnego defensora Górnika Zabrze o pośrednictwo w wysyłce paczek do Polski. Kontroli poddano więc osobistą korespondencję gracza Schalke, która dowodziła o godnych apanażach Słomianego. Wartą odświeżenia postacią jest Helmut Dudek. Zapomniany, acz wcale nie słaby piłkarz niegdyś grający w Szombierkach Bytom. Jako 19-latek udał się z wycieczką do Jugosławii. Odnalazł się dopiero po dwóch latach, gdy dołączył do bardzo silnej w owym czasie Borussii Moenchengladbach. W jej barwach rozegrał niewiele meczów, ale w sezonie 1978/79 zapisał na swoim koncie jako pierwszy Polak europejskie trofeum – Puchar UEFA. Nie dane mu było wystąpić w finale, ale w trakcie wcześniejszych faz czterokrotnie wchodził na boisko (w tym 3 mecze w pełnym wymiarze, raz zmienił kolegę w drugiej połowie). Na początku lat 80. w pył rozpadł się skład zabrzańskiego Górnika przetrzebionego kolejną falą ucieczek. W krótkim czasie po lepsze życie wyemigrowało sześciu ważnych członków ekipy: Niemcy jako miejsce dalszego życia wybrali broniący bramki Waldemar Cimander, Zbigniew Rolnik oraz Joachim Hutka. Ostatni z wymienionych przejawiał wielki talent, więc jego strata szczególnie mocno zabolała klub z Zabrza. Francję z marnym efektem podbić chcieli Ireneusz Lazurowicz wraz z Bernardem Jarziną, a w Szwajcarii zakotwiczył doświadczony piłkarz drugiej linii Emil Szymura.
Największy rozgłos zyskała wtedy sprawa innego ślązaka – Rudolfa Wojtowicza. Uważany za jeden z większych talentów na swojej pozycji, obrońca Szombierek zakotwiczył w Austrii. Do igrania z PRLowskim prawem zmusiła go historia ojca, który wcześniej zatrzymał się w Niemczech, które również zostały ostatecznym celem wędrówki Rudolfa. Śląska prasa sportowa, a mianowicie katowicki „Sport” skomentował: „Wójtowicz wyjechał nagle i należy się domyślać, gdzie go poniosło”. Defensor podczas 10 lat gry dla Fortuny Duesseldorf, a potem Bayeru Leverkusen ugruntował swą markę na tyle, że pracuje za naszą zachodnią granicą do dziś. Aktualnie sprawuje funkcję szefa skautingu w VfL Wolfsburg. Wójtowicz zapoczątkował całą plejadę tych uciekinierów, którzy po zakończeniu karier nie silili się na powrót, gdy komunizm odszedł w niepamięć. Obowiązywał stan wojenny, gdy Roman Geszlecht w trakcie wyjazdu na mecz młodzieżówki oderwał się od drużyny. Po wyrwaniu się z Sosnowca zmienił zapis nazwiska na bardziej niemiecki „Geschlecht”. Przeszkody nie stanowił fakt, że słowo to w tamtejszym języku oznacza po prostu „płeć”. W naszym kraju rozpowszechniono krzywdzącą plotkę, jakoby wraz z towarzyszem ucieczki Wenantym Fuhlem zostali przyłapani na kradzieży. Choć komunizm nad Wisłą chylił się ku upadkowi, to granicę nad Odrą przekraczali następni: Aleksander Famuła czy Jarosław Biernat. Pod względem szumu wokół wyjazdu przebił ich Marek Leśniak – trzeci Polak, który wyemigrował nielegalnie, by grać w Leverkusen. Organizacją przewyższył zdecydowanie poprzedników, gdyż wcześniej porozumiał się z Bayerem, by przedstawiciel klubu „przechwycił” go w Danii. Tak też się stało, a dodatkowo za wstawiennictwem Ministra Sportu, a późniejszego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego 24-latkowi darowano karencję, jak i obowiązkową służbę wojskową. Wiemy, że polegałaby ona na grze w Legii Warszawa. Istnieje, poparta dowodami, hipoteza, że w zamian wojsko otrzymało tony lekarstw z fabryki BAYERu. Decyzja o emigracji na 2 lata odebrała Leśniakowi możliwość reprezentowania ojczyzny na arenie międzynarodowej. Choć nie strzelał dla „Aptekarzy” w tempie wystrzałów z karabinu maszynowego to miał pewne miejsce w drużynie przez całe trzy lata pobytu na BayArena. Następnie grał i trenował w niższych ligach, do niedawna dzierżył stery w SpVgg Olpe. Ostatnią z głośnych spraw sprowokował Andrzej Rudy. PRL-owski ustrój chwiał się już w posadach, a wątek zawodnika Pogoni Szczecin stanowił doskonały temat zastępczy. Władze nie omieszkały więc przepuścić okazji do zrównania pomocnika z ziemią. Rudy zwiał ze zgrupowania przed meczem sparingowym z drużyną ligi włoskiej, rozgrywanym w listopadzie 1988 r. na San Siro. Metą jego podróży, tradycyjnie miały być Niemcy. Owa rejterada wywołała rozgoryczenie innych uczestników zgrupowania w hotelu o wdzięcznej nazwie „Leonardo da Vinci”. Dziennikarze też wylali wiadro pomyj na uciekiniera. Rudy nie ustawił się tak dobrze, jak choćby Leśniak. Klubu szukał dosyć długo – następne pół roku, aż do jesieni 1989 r. nie kopał piłki. Wprawdzie do dziś utrzymuje, że niewiele brakło, by włożył koszulkę Bayernu, a rozmawiał i z AS Monaco. Ostatecznie musiał się zadowolić grą w FC Koeln. Po latach w Bundeslidze zasłużył sobie na transfer do Ajaksu Amsterdam, w którym był pierwszym Polakiem. Obecnie, jak inni wymienieni, para się trenerką. Losy dezerterów były różne, ale dziś nie różnią się diametralnie od „zwykłych” imigrantów. Niektórzy, jak Banaś, podjęli złą decyzję i dziś nie postąpiliby w ten sposób. Inni zaś – Leśniak czy Wójtowicz z powodzeniem ułożyli sobie życie na obczyźnie a o powrocie w rodzinne strony zdają się nie myśleć. Różnią ich tylko od reszty wspomnienia z piłkarskich boisk Niemiec czy Francji oraz w wielu przypadkach obecność w kartotekach SB.
5
Dezerterzy(wiecie gdzie czytać):
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
6
@FCBparasiempre
Na Camp Nou rozgrywano mecz fazy grupowej Ligi Mistrzów, w którym FC Barcelona mierzyła się z Olympique Lyon. Katalończycy wygrali 2:0 po golach strzelanych w końcówce przez Patricka Kluiverta i Rivaldo. Jednak to nie wynik został z tego spotkania najmocniej zapamiętany. Zdecydowanie bardziej w pamięci kibiców i w historii futbolu zapisała się interwencja, jaką zaprezentował Gregory Coupet.
,,Nie pamiętam wyniku, a jedynie tę akcję. Mam wrażenie, że ten mecz był wczoraj. To była kosmiczna interwencja, a to, że miała miejsce na Camp Nou dodaje jej magii”– wspominał po latach Sidney Govou, jeden z ówczesnych piłkarzy Olympique Lyon. Cacapa, brazylijski obrońca francuskiego zespołu, chciał podać do bramkarza. Kopnął piłkę do góry, bardzo mocno, co mogło zagrozić golem samobójczym. By tego uniknąć, Coupet wzniósł się na wyżyny akrobatycznych umiejętności i w efektowny sposób odbił piłkę głową. Futbolówka wpadła w poprzeczkę, po czym trafiła na głowę Rivaldo. Gwiazdor reprezentacji Brazylii natychmiast uderzył, ale Francuz wybronił także dobitkę. Jednym z zawodników OL był w tym czasie wielokrotny reprezentant Polski Jacek Bąk. Coupet wspominał w jednym z wywiadów, jak polski obrońca chwalił go za tę interwencję: ,,W następnych tygodniach Jacek mówił mi, że w reprezentacji polski dużo mówiło się o tej obronie. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Już wtedy miałem wrażanie, że wszyscy o tym ze mną rozmawiają, ale popularność tej akcji nadały media społecznościowe. Zdałem sobie sprawę, że zrobiłem wrażenie na ludziach.” Olympique nie wyszedł wówczas z grupy w Lidze Mistrzów. Ale interwencja została zapamiętana i przez niektórych uważana jest za najlepszą lub przynajmniej jedną z najlepszych w dziejach piłki nożnej. Wyżej opisywane wydarzenia miały miejsce w sezonie 2001/02. Dla klubu z Lyonu był to sezon szczególny, bowiem właśnie wtedy Olympique zdobył pierwszy raz w historii tytuł mistrza Francji. Wówczas zaczęła się krajowa dominacja, która trwała przez siedem lat. Zanim Coupet, wraz z kolegami z OL, trafił na ligowy szczyt, zadebiutował w Ligue 1 w 1994 roku jako bramkarz AS Saint-Etienne. Trzy lata później podpisał kontrakt z Lyonem, największym rywalem Zielonych. Oba kluby od lat rywalizują w derbach Doliny Rodanu. Ponadto ich walka ma także zaszłości społeczne. Saint-Etienne to bowiem miasto robotnicze. Lyon jest zaś kojarzony z bogactwem, ukierunkowany na kulturę i naukę. Większą sympatią w całym kraju cieszy się AS Saint-Etienne. Coupet przeszedł jednak do rosnącego w siłę OL. Dekadę wcześniej klub z Lyonu miał poważne problemy. Uratowało go przejęcie przez Jeana-Michela Aulasa. W młodości był piłkarzem ręcznym. Wielkiej kariery nie zrobił, ale wykazał się dużą ambicją i silnym charakterem. Uprawiał sport mimo kontuzji odniesionej już w wieku 16 lat. Doznał jej na nartach, a jej skutkiem było złamanie kręgu lędźwiowego. Konieczny był nawet przeszczep. Z powodu zdrowotnych perypetii Aulas nie dostał się na francuski odpowiednik AWF. Postanowił wówczas zająć się informatyką, dzięki czemu odkrył w sobie talent do interesów. W nowej branży odnosił sukcesy. W 1983 roku założył spółkę CEGID, która szybko zyskała filie w kilkudziesięciu krajach świata i zatrudniała kilka tysięcy pracowników. Z Aulasem u steru Olympique wkroczył w złotą erę klubu. Jednym z jej największych twórców był Gregory Coupet.
Jego początki w nowym zespole nie były łatwe. Działo się tak z racji tego, że do Lyonu przybył z lokalnego rywala, przez co kibice traktowali go chłodno. W dodatku zastąpił ulubieńca trybun – Pascala Olmetę, który został wyrzucony za bójkę z kolegą. Pod koniec lat 90. Coupet przekonał do siebie wszystkich dobrymi występami w meczach Pucharu UEFA przeciwko Blackburn. Od tej pory było już tylko lepiej. Z Olympique Lyon zdobył siedem tytułów mistrza Francji. Miał więc udział we wszystkich krajowych mistrzostwach w historii klubu. Do listy trofeów należy doliczyć także Puchar Ligi. Zabrakło jedynie dużego sukcesu na arenie międzynarodowej, chociaż zdarzały się wielkie mecze Lyonu jak wygrane 3:0 z Realem Madryt czy 7:2 z Werderem Brema. Największym osiągnięciem był ćwierćfinał Ligi Mistrzów w sezonie 2005/06, lecz warto wspomnieć także o triumfie w dużo mniej prestiżowym Pucharze Intertoto w 1997 roku. W 2004 i 2005 roku Gregory Coupet zostawał wybierany najlepszym bramkarzem ligi francuskiej. Po serii mistrzowskich tytułów zmienił klub. Trafił do Atlético Madryt, a Lyon bez niego w składzie już nie dominował na krajowym podwórku. Po przejściu do stolicy Hiszpanii bramkarzowi nie wiodło się już tak dobrze. Szybko wrócił do ojczyzny, przenosząc się do Paris Saint-Germain, które erę wielkich sukcesów miało dopiero przed sobą. To właśnie w stolicy nasz bohater zakończył zawodniczą karierę. Zaczynając opowieść o reprezentacyjnej karierze Coupeta, możemy przywołać filmowy cytat zamieszczony na początku tego tekstu. Nasz bohater zadebiutował w reprezentacji Francji w 2001 roku. W tej części swej piłkarskiej przygody był zdecydowanie niespełniony. Trafił na czasy Fabiena Bartheza, wybitnego bramkarza, który z Olympique Marsylia wygrywał w 1993 roku Ligę Mistrzów, a z drużyną narodową zdobywał mistrzostwo świata (1998) i Europy (2000). Po tych sukcesach wydawało się, że Barthez najlepsze lata ma już za sobą, lecz w bramce Trójkolorowych wciąż stawiano na niego. Nawet wówczas, gdy Coupet został wybierany najlepszym golkiperem w lidze francuskiej. Zawodnik Lyonu wskakiwał między słupki najczęściej wtedy, gdy Barthez był kontuzjowany lub zdyskwalifikowany. Jeśli chodzi o wielkie turnieje, Coupet pojechał na dwa mundiale. Jednak nie zagrał ani na mistrzostwach w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku, gdy broniący tytułu Francuzi nie wyszli z grupy, ani też na czempionacie rozegranym cztery lata później w Niemczech, gdzie drużyna Raymonda Domenecha zdobyła srebrny medal. Był w kadrze na Euro 2004, ale w Portugalii także nie wybiegł na boisko. Zagrał dopiero na kolejnych mistrzostwach Europy. Bronił w wygranym spotkaniu z Rumunią oraz w przegranych potyczkach z Holandią i Włochami. Niestety, na turnieju rozgrywanym w Austrii i Szwajcarii Trójkolorowi odpadli już w fazie grupowej.
Epizody zaliczył w dwóch turniejach o Puchar Konfederacji – w 2001 i 2003 roku. Francuzi wygrali obie imprezy, ale Coupet wystąpił łącznie w trzech meczach. Przez całą karierę uzbierał 34 spotkania w narodowych barwach. Czy mogło być ich więcej? Sporo osób twierdzi, że tak. Przed mistrzostwami świata w 2006 roku przeprowadzono ankietę dotyczącą tego, który z bramkarzy (Coupet czy Barthez) powinien występować na mundialu w podstawowej jedenastce. Aż 69 procent Francuzów wskazało na Coupeta. Gdy wspomniany Domenech wybrał Bartheza, zdenerwowany tym faktem Coupet opuścił zgrupowanie. Na szczęście szybko zdecydował się wrócić do drużyny, akceptując rolę rezerwowego. Zarówno na boisku, jak i poza nim był zupełnym przeciwieństwem Bartheza – kolorowego ptaka francuskiej piłki. ,,Jestem zbyt banalny, nie mam w sobie nic z gwiazdy”– powiedział o sobie Coupet. Gregory Coupet nie był postacią tak barwną jak niektórzy francuscy bramkarze, zwłaszcza jego konkurent do gry w pierwszym składzie reprezentacji – Fabien Barthez. Wyróżniał się tylko długimi włosami. Drobną ekstrawagancją mogło być także to, że w wolnym czasie lubił nurkować. Jednak najwięcej do zaprezentowania zawsze miał na boisku. Nie może być do końca zadowolony z przygody reprezentacyjnej. Został wicemistrzem świata, zdobył dwa Puchary Konfederacji, lecz jego wkład w te sukcesy nie był tak duży, jak chciałby on sam. Bardziej zapamiętano go z kariery klubowej, szczególnie w barwach Olympique Lyon. Grał u boku takich piłkarzy jak Juninho, Florent Malouda czy Sonny Anderson. Siedem tytułów mistrza Francji to wspaniałe osiągnięcie pokazujące jak ważną postacią dla klubu z Rodanu był Coupet. W niezwykły sposób zapisał się w historii OL. Stał się klubową ikoną. W jego karierze było coś romantycznego. Permanentne siadanie na ławce rezerwowych w reprezentacji na pewno było dla niego frustrujące, ale pokazywało, że w sporcie czasem trzeba pozostać w cieniu, zaakceptować rolę zmiennika, cierpliwie czekać na swoją szansę. Gregory Coupet dla wielu może być symbolem pokory i sportowej cierpliwości.
8
Zawsze drugi:
,,Znowu drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi, kurwa." Te słynne słowa padają w filmie „Nic śmiesznego” Marka Koterskiego. Wypowiada je Adaś Miauczyński, w rolę którego wcielił się Cezary Pazura. Monolog, który stał się klasyką polskiego kina, po części pasuje do bohatera naszego tekstu. Ale tylko po części. Gregory Coupet był bowiem zawsze drugi w hierarchii reprezentacyjnych bramkarzy. W barwach Olympique Lyon, z którym siedmiokrotnie sięgał po mistrzostwo Francji, zawsze grał jako numer jeden. Był 10 października 2001 roku. Na Camp Nou rozgrywano mecz fazy grupowej Ligi Mistrzów, w którym...
Całość artykułu przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@MOLESTA Dla kogo nie miały znaczenia? Chyba że dla ciebie? Dla Dumy Katalonii miały ogromne znaczenie prestiżowe! Być może dla Realu nie miały, zwłaszcza że ewidentnie pomógł im sędzia Jose Berraondo!
1
@mekston Czy ja wiem że to może być skomplikowane? Przecież w trzech meczach grupowych(gdzie jest łatwiej) Messi może już wyrównać ten rekord a przecież po wyjściu z grupy tez może coś wpaść ,,w ręce" Leo. No chyba że nie daj Boże nabawi się kontuzji, to wtedy wiadomo...
2
Najwięcej zdobytych pucharów Copa America dla Argentyny:
Mario Boye, Bartolome Colombo, Felix Loustau, Vicente de la Mata, Norberto Mendez, Jose Salamon, Manuel Seaone oraz Rene Pontoni- wszyscy trzykrotnie zdobywali ten puchar.
Najwięcej zdobytych goli w historii Copa America:
Norberto Mendez i Zizinho- 17
Teodoro Fernandez i Severino Varela- 15
Paulo Guerrero i Eduardo Vargas po 14
Hector Scarone, Ademir, Jair, Jose Moreno, Batistuta i Messi po 13
Roberto Porta i Angel Romano po 12
Herminio Masantonio i Victor Ugarte- 11
Pedro Petrone, Javier Ambrois, Hector Castro, Didi, Oscar Sanchez, Henrique Hormazabal, Arnoldo Iguaran, Amadeo Labruna i Luis Nazario de Lima po 10 goli.
Nasz kochany Lionel Messi pierwszej statystyki to już raczej nie wyrówna ale druga statystyka jest jak najbardziej do wyrównania a kto wie może i do pobicia?
Natomiast pierwsze miejsce Messi dzierży z Chilijczykiem Sergio Livingstonem w ilości meczów na Copa America(obaj po 34), więc za rok ,,La Pulga” będzie już samodzielnym liderem.
0
@arasz1819 Dokładnie. Nic dodać, nic ująć.
8
Zapomniane El Clasico:
26 marca 1916 r. FC Barcelona pokonała FC Madrid 2:1 na Ciudad Condal Velodrome w ramach pierwszego półfinału Copa del Rey. Gole dla Barçy zdobyli: genialny Paulino Alcantara oraz Vicenç Martinez. Honorowego gola dla przeciwników zdobył Santiago Bernabeu. Rewanż w Madrycie wygrali gospodarze 4:1 a że wówczas nie liczyła się ilość zdobytych goli, więc doszło do powtórki pierwszego meczu, o czym napisze 13 kwietnia.
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
35
Szczyt bezczelności!
26 marca 2010 r. Johan Cruijff został ogłoszony honorowym Prezydentem FC Barcelony. Decyzja zarządu Joana Laporty została później cofnięta przez Sandro Rosella, który twierdził że statut klubu nie przewiduje takiej funkcji. Cruijjf zwrócił prezydenckie insygnia i przestał pojawiać się na Camp Nou.
Pomyśleć że ci socios przez tyle lat pozwalali rządzić takim sukinsynom jak Rosell i Bartomeu…
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
0
@mkord Zgoda, jednak nikt go nie zmuszał do grania w kadrze Niemiec...
1
@Pawel13sz Nie może bo już dawno zdradził polską reprezentacje, tak samo jak Klose!