12

Zapomniane El Clasico:

21 stycznia 1962 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 w ramach 20 kolejki Primera Division, po 2 golach Brazylijczyka Evaristo oraz jednym Sandora Kocsisa. Po wygranym klasyku Barça zajmowała 3 pozycje w tabeli ze stratą 8 punktów do Realu Madryt i 2 do Atletico Madryt. Pościg Blaugrany za Realem niestety się nie powiódł i w rezultacie Duma Katalonii zdobyła tylko wicemistrzostwo tracąc do Królewskich 3 punkty.


@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon

11

Legendy, o których prawdziwi cules nigdy nie zapominają:

21 stycznia 1901 r. w Barcelonie urodził się Ricardo Zamora, wielka legenda nie tylko Barçy lecz i światowego futbolu. Jeden z najlepszych bramkarzy w historii tej dyscypliny. Swoją karierę rozpoczynał w Espanyolu. Miał zaledwie 16 lat gdy zadebiutował w zespole lokalnego rywala Barçy. W roku 1919 przeniósł się do FC Barcelony, która wówczas potrzebowała klasowego bramkarza. Jego ojciec poprosił go wtedy aby zawiesił karierę i dokończył studia. Ricardo spełnił życzenie ojca ale wraz z innymi socios założył czwartą drużynę Barçy, która grała co niedziele dla własnej przyjemności. Władze Blaugrany uznały to za marnotrawstwo jego talentu i w końcu udało się namówić piłkarza do powrotu w szeregi pierwszej drużyny. Zamora miał świetne warunki fizyczne(186 cm./82 kg), doskonały refleks, potrafił wyczuć intencje strzelca i rzucić się w odpowiedniej chwili w stronę właściwego słupka. Słynął również z solidności i stalowych nerwów. Bardzo szybko zaczął uchodzić za jednego z najlepszych bramkarzy świata. W Dumie Katalonii Ricardo spędził 3 sezony, dwukrotnie zdobywając Puchar Króla(La Liga jeszcze wówczas nie istniała) i trzykrotnie mistrzostwo Katalonii. W 1922 Zamora opuścił jednak Dume Katalonii, po konflikcie jaki wynikł pomiędzy nim a władzami klubu. Ricardo zażądał od prezydenta Gampera podwyżki, na którą ten się nie zgodził. Wykorzystali to dyrektorzy Espanyolu, którzy proponując zawodnikowi 25 tys. peset za przejście do ich klubu oraz miesięczne pobory w wysokości 1 tys. peset, zapewnili sobie jego powrót. Za ten transfer hiszpańska federacja nałożyła na zawodnika karę. Za opuszczenie Blaugrany bez zgody tegoż klubu Zamora nie mógł występować przez rok. Z Espanyolem zdobył Puchar Hiszpanii a kilka lat później przeniósł się do Realu Madryt gdzie zakończył swoją wielką karierę. Zamora do dziś uważany jest za najlepszego bramkarza swojej epoki. Ponieważ we wszystkich sezonach La Ligi od jej powstania w 1928 r. aż do zakończenia kariery, Zamora był bramkarzem, który miał na koncie najmniej puszczonych goli w każdym z sezonów, to od jego nazwiska nazwano trofeum wręczane co roku najskuteczniejszemu bramkarzowi tych rozgrywek. Mimo że na Camp Nou spędził tylko 3 sezony to jednak cules uważają go do dziś za swoją wielką legende. Rodzinne miasto uczciło Zamore nazywając jego imieniem jeden z placy nieopodal Camp Nou.


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

1

@NeroTFP1 Dokładnie, masz racje. Postać ikoniczna, niezmiennie odkrywcza i fascynująca...

3

@NeroTFP1 Nasz najlepszy(The best!) piłkarz w dziejach polskiego futbolu!
Nie może być inaczej skoro na dzień dobry w mistrzostwach świata przeciwko Brazylii zdobył 4 gole i skoro w jednym meczu profesjonalnej najwyższej ligi polskiej zdobył 10 goli!!!

10

Czy wiemy że...
41 lat temu zmarł Manoel Francisco dos Santos, piłkarski geniusz dryblingu, dwukrotny mistrz świata, stawiany na równi(nie tylko przeze mnie) z Pele i Maradoną, jako najlepszy piłkarz w historii futbolu. Brazylijczykowi zawdzięczamy m.in tzw. gest Garrinchy, kiedy to w 1960 r. podczas meczu Botafogo – Fluminense były brazylijski skrzydłowy wychodził „sam na sam” z bramkarzem. Był w doskonałej sytuacji ale kątem oka zobaczył, że na boisku leży jeden z rywali, który ewidentnie potrzebuje pomocy. Co zrobił jeden z najlepszych piłkarzy w historii? Zamiast wykorzystać sytuację, wybił piłkę na aut, by rywalowi mogła zostać jak najszybciej udzielona pomoc medyczna. Gracze Fluminense postanowili wykonać aut i oddać piłkę przeciwnikom. Od tamtej pory gest ten, jest jednym z elementów meczów piłkarskich.

@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

8

Żywe legendy urugwajskiego futbolu:

20 stycznia 1956 r. urodził się Rodolfo Sergio Rodríguez Rodríguez, urugwajski bramkarz. Piłkarską karierę rozpoczął w 1971 roku w klubie CA Cerro, skąd w 1976 przeniósł się do Club Nacional de Football, gdzie rozpoczęła się jego kariera zawodowa. W Nacionalu występował do 1984 roku zdobywając w tym okresie trzykrotnie mistrzostwo Urugwaju (1977, 1980 i 1983) oraz wygrywając turniej Copa Libertadores 1980 a następnie Puchar Interkontynentalny. W 1984 Rodríguez przeniósł się do Brazylii, do klubu Santos FC, z którym jeszcze w tym samym roku zdobył mistrzostwo stanu São Paulo (Campeonato Paulista). W Santosie grał do 1988 roku. Następnie Rodríguez rozegrał jeden sezon w portugalskim klubie Sporting CP, skąd w 1990 wrócił do Brazylii, gdzie grał w klubie Portuguesa São Paulo, z którego po dwóch latach przeszedł do EC Bahia. Z klubem Bahia dwukrotnie został mistrzem stanu Bahia - w 1993 i 1994. Rodríguez bronił bramki reprezentacji Urugwaju w czterech meczach grupowych nieudanego turnieju Copa América 1979. Urugwaj grał w grupie z Paragwajem i Ekwadorem, plasując się ostatecznie na drugim miejscu za Paragwajem (późniejszym trumfatorem). Z reprezentacją Urugwaju Rodríguez wygrał w rozegrany na przełomie lat 1980 i 1981 prestiżowy turniej ,,Mundialito” zorganizowany w 50 rocznicę pierwszych mistrzostw świata. W turnieju Copa América 1983 Urugwaj zdobył mistrzostwo Ameryki Południowej a Rodríguez był podstawowym bramkarzem drużyny, broniąc jej bramki we wszystkich ośmiu meczach: z Chile i Wenezuelą w fazie grupowej, z Peru w półfinale oraz w dwóch finałowych spotkaniach z Brazylią. Będąc piłkarzem brazylijskiego klubu Santos FC był w kadrze reprezentacji Urugwaju w finałach mistrzostw świata w 1986 roku, gdzie Urugwaj dotarł do 1/8 finału. Choć był podstawowym bramkarzem reprezentacji, z powodu kontuzji nie zagrał w żadnym meczu. Zastąpił go Fernando Álvez.



@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

1

@Mixtape Generalnie najlepsze są horrory Poe i Kinga. Tutaj przesyłam ci taką strone: https://www.ppe.pl/publicystyka/309772/10-najlepszych-horrorow-rozgrywajacych-sie-w-szpitalach-psychiatrycznych.html

10

Wybitne legendy hiszpańskiego futbolu:

20 stycznia 1921 r. urodził się Telmo Zarraonandia Montoya, genialny napastnik. Zanim Cristiano Ronaldo i Lionel Messi zaczęli swój kosmiczny wyścig, najlepszym strzelcem w historii ligi hiszpańskiej był Telmo Zarra. Urodzony w Erandio zawodnik stał się największą legendą Athletiku Bilbao(277 meczów i 251 goli), zdobywając w tym klubie tytuł mistrzowski, pięć krajowych pucharów i sześciokrotnie sięgając po koronę króla strzelców. Do dziś trofeum najlepszego hiszpańskiego snajpera w Primera Division jest nazywane jego nazwiskiem. Zarra świetnie radził sobie również w reprezentacji Hiszpanii (20 meczów i 20 goli!). Zagrał też na mistrzostwach świata w 1950 roku a jego zwycięski gol w meczu z Anglią zadecydował o tym, że uważający się za najlepszych na świecie Anglicy nie wyszli z grupy.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

0

@Katalończyk 99 Owszem, zgadza się, taki jest sport. Jednak z drugiej strony to nie jest normalne w każdym sporcie aby pierwsza rakieta świata przegrywała z 20-tą, czy tam 30-tą rakietą świata! Gdzieś chyba musi być jakaś przyczyna tej szokującej porażki?

0

@Fartlow Tylko skąd to tragiczne granie Igi się wzieło akurat dzisiaj???

0

@tristan87 No i to mnie szokuje! Gdyż od tej czeszki była zdecydowanie lepsza a co się porobiło dzisiaj??
Czyżby tylko dzisiaj akurat była gorsza? Tylko jak to wytłumaczyć?

1

Nie no nie wierze! Wchodze na sport.tvp.pl a tam piszą że 19-latka wyrzuciła Ige z turnieju!? No jakim prawem!? Jestem w szoku! Igunia nasza kochana, co to się ponawyrabiało???

9

Premierowy mecz Barçy o punkty:

20 stycznia 1901 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w swojej historii mecz o stawke. Działo się to na Camp del Hotel Casanovas w Barcelonie, gdzie Blaugrana niestety uległa nieistniejącemu już lokalnemu rywalowi Hispania AC 1:2 w premierowych rozgrywkach o Puchar Macaya. Historycznego a zarazem honorowego gola dla Blaugrany strzelił Szkot George Guirvan. Pierwszym triumfatorem Pucharu Macaya został Hispania Athletic Club, który wyprzedził FC Barcelone o 2 punkty. Na pocieszenie pierwszym królem strzelców Copa Macaya został legendarny Joan Gamper z 31 golami.


@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

1

@Mixtape Służe uprzejmie :)
Copa America to mój konik...

4

@Mixtape Kluczowe były warunki klimatyczne. Pozwól że przypomne tobie historie tamtego turnieju:
10 marca 1963 r. Boliwia remisuje z Ekwadorem 4:4 na Estadio Hernan Siles w La Paz. Tym samym rozpoczyna się 28 edycja Copa America. Po raz pierwszy w historii uczestników turnieju gościła Boliwia. Nigdy wcześniej piłkarze z nizin nad La Platy nie występowali na wysokościach tak podniebnych. Stolica Boliwii nazywana ,,Dachem Ameryki” leży bowiem 3600 metrów nad poziomem morza. Rozrzedzone powietrze powodujące odczuwalny niedobór tlenu oraz inne klimatyczne problemy stawiały przed organizmami zawodników wymagania, którym słabsi fizycznie nie mogli sprostać. Owe specyficzne warunki dla odmiany faworyzowały gospodarzy oraz do pewnego stopnia także obytych z wysokogórską specyfiką- Peruwiańczyków. Główną areną imprezy był stołeczny Estadio Hernan Siles, jednak organizatorzy, uwzględniając argumenty drużyn przyjezdnych, większość spotkań przenieśli na jeszcze pojemniejszy Estadio Felix Capriles w miejscowości Cochabamba, położonej nieco niżej niż La Paz. Nieobecność Urugwaju, trzeciorzędna ekipa Brazylii(najlepsi jej piłkarze akurat szykowali się do wielkiego tournée po Europie), pokoleniowa zmiana w drużynie Peru, wreszcie personalna rewolucja w kadrze Argentyny- wszystko to stwarzało gospodarzom wręcz życiową szanse. Trzeba przyznać iż bodaj nigdy wcześniej turniej tej rangi nie był, w skutek powyższych okoliczności, obsadzony tak słabo. Toteż Boliwia przygotowywała się do niego niezwykle starannie. Poświęcono temu wszystkie możliwe środki, zapewniając ekipie idealne warunki. Czuli oni ogromną społeczną presje, lecz owe wygórowane oczekiwania okazały się czymś w rodzaju wiatru w żagle. Poczucie odpowiedzialności za wynik nie paraliżowało ich, wprost przeciwnie, wyzwoliło wszelkie rezerwy, dopingując do największych poświęceń. Zresztą pod tym względem boliwijscy górale zawsze stali wysoko. Ambicją, bitnością, wolą walki dorównywali niemal samym Paragwajczykom. Było też jasne że w niebywale trudnych warunkach klimatycznych wydolność ich organizmów pozwoli na ,,zabieganie” przeciwnika. Ich asem atutowy, idolem absolutnym, wręcz bohaterem narodowym był nieodmiennie, już od końca lat 40-tych, Victor Agustin Ugarte, z pochodzenia Indianin, który w czasie turnieju miał… 37 lat! Niewysoki, silny fizycznie, w odróżnieniu od bitnych, twardych lecz nieco topornych kolegów był przede wszystkim niezrównanym technikiem. Jego dryblingi, sposób panowania nad piłką czy imponujący repertuar zwodów, nasuwały porównanie z największymi artystami piłki z Brazylii, Urugwaju czy Argentyny. Nie ustępował im niczym. Na początku lat 60-tych pojawił się wreszcie w Boliwii godny partner Ugarte. Nie był wprawdzie technikiem tak finezyjnym ale potrafił wiele. Występował na prawym skrzydle, lecz z upodobaniem zmieniał pozycje, często przechodząc do środka. Strzelał ostro i kąśliwie, w najmniej spodziewanych momentach. Ten groźny napastnik nazywał się Ramiro Blacutt i miał już za sobą doświadczenie zdobyte w argentyńskim Ferro Carril Oeste. Wraz z Blacuttem w tymże Ferro grali jeszcze twardy jak skała Wilfredo Camacho oraz często w charakterze rezerwowego de Lorenzo. Boliwijczycy szukali wzorów do naśladowania właśnie u potężnego sąsiada. Argentyńscy zawodnicy byli gwiazdorami klubów z La Paz i Cochabamba a niektórzy z nich po pewnym czasie przyjęli nawet obywatelstwo boliwijskie, nabywając tym samym praw do występów w drużynie narodowej. Taki status uzyskali obrońcy Cainzo i Eduardo Espinoza oraz pomocnik Vargas. Odsiecz ta bardzo wzmocniła linie defensywne i chociaż wspomniana trójka z pewnością nie reprezentowała klasy światowej, lecz jej doświadczenie i obycie przydało całemu zespołowi wiele solidności i pewności siebie. Spośród uczestników turnieju zupełnie nie liczyła się Kolumbia. Tylko kompletnie osamotniony Gamboa przeprowadzał błyskotliwe indywidualne akcje. Nieco lepiej wypadł Ekwador, lecz pozbawiony swego asa atutowego Alberto Spencera, nie mógł zwojować zbyt wiele. Jednak to Ekwadorczyk Carlos Raffo dosyć nieoczekiwanie wywalczył tytuł króla strzelców imprezy z 6 golami. Z kolei Peru zmieniało skóre. Odeszli niemal wszyscy wybitni piłkarze dawnej generacji,, traktujących futbol jako beztroską , cudowną zabawę. Dopiero wyrastało pokolenie nowe, o innej mentalności. Nazwiska takich piłkarzy jak Rubinos, Campos, Leon czy Gallardo miał poznać futbolowy świat po kilku następnych latach , kiedy dojrzały fantastyczne talenty młodej generacji: Cubillas, Sotil, Challe, Baylon czy Ramirez. Natomiast nad podziw udany okazał się powrót Paragwaju do kontynentalnej elity. ,,Guarani” przywieźli zespół jak zwykle bojowy i nieprzytomnie ambitny, który znakomicie znosił trudne warunki klimatyczne, kondycyjnie wytrzymując wszystkie mecze do ostatniego gwizdka. Paragwajczycy urwali punkt faworyzowanej Argentynie, ulegli tylko gospodarzom a w przekroju całego turnieju stracili najmniej goli. W obronie bez zarzutu spisywali się Antonio Insfran i Vicente Bobadilla, zaś w ataku wielkie wrażenie wywarł głownie Eladio Zarate, potężne, wysokie chłopisko, poruszające się wszakże z gracją baletnicy. Zdobył wprawdzie tylko 3 gole ale widać było że gra świetnie głową i ma zadatki na snajpera wyborowego. Wiedząc że Brazylia sprawdza swoje głębokie rezerwy, również kierownictwo ekipy argentyńskiej postanowiło poddać próbie całą grupe młodych, obiecujących piłkarzy. Legendarny piłkarz a wówczas trener Nestor Rossi, zebrał naprawdę zdolnych młokosów. Do ciekawych postaci należał bramkarz Edgardo Andrada, prawoskrzydłowy Raul Bernao czy wreszcie szczupły napastnik Cesar Luis Menotti, bardzo inteligentny o silnej osobowości. Jednak to było za mało by rywalizować o miano mistrza Ameriki Południowej i w efekcie Argentyna zajęła dopiero 3 miejsce. Losy turnieju przesądził właśnie mecz gospodarzy z Argentyną w La Paz. Boliwijscy górale nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, chociaż wygrali 3:2 po zaciętej walce. O dziwo Albicelestes dobrze znieśli klimatyczne niedogodności, toteż zażarty, wyrównany bój trwał do końcowego gwizdka. Ponad 20 tys. fanatycznych kibiców ryczało tak przeraźliwie że ich krzyk zdawał się wprawiać w drżenie szczyty okolicznych gór. Ten szaleńczy doping nie pozostał bez wpływu na wynik spotkania. ,,Mieliśmy wrażenie że w przypadku wygranej nie uszlibyśmy cało ze stadionu”- komentował argentyński napastnik Savoy. Decydujący gol padł w okolicznościach, które wzbudziły protesty gości. Blacutt został sfaulowany na polu bramkowym. Rzut karny obronił Andrada w iście kocim stylu, wybijając piłke na korner, po czym utonął w ramionach kolegów, przyjmując gratulacje za ten wyczyn. Tym czasem Boliwijczycy bez chwili zwłoki wykonali rzut rożny i korzystając z zamieszania, Camacho strzelił gola. Swój ostateczny sukces Boliwia przypieczętowała pare dni później w Cochabamba, pokonując Brazylie 5:4! Niebywała euforia ogarnęła stadion, miasto i cały kraj. Bohaterów zniesiono z boiska na ramionach. Prezydent republiki, Victor Paz Estenssoro osobiście pojawił się w szatni, ściskając po kolei wszystkich piłkarzy. Na wniosek rządu minister edukacji wypłacił każdemu zawodnikowi po 10 milionów pesos, zaś dwie postaci najbardziej zasłużone uhonorował najwyższym odznaczeniem państwowym: orderem Andyjskiego Kondora. Zaszczytu tego dostąpili prezes federacji futbolowej Roberto Prada oraz największy piłkarz Boliwii w dziejach- Victor Agustin Ugarte. Doprawdy, trudno o godniejsze zakończenie, wieloletniej, wspaniałej kariery. Długo jeszcze szczęśliwa Boliwia napawała się tym jedynym w historii triumfem. Nie ma się co dziwić, w końcu Boliwia poza swoim terytorium jest piłkarskim outsajderem i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zdobędzie jeszcze to trofeum…

0

@Roobo Ale że Guardiola o czymś takim się wypowiedział to aż nie do wiary?

9

Żywe legendy włoskiego futbolu:

19 stycznia 1960 r. urodził się Mauro Tassotti, były włoski piłkarz grający na pozycji obrońcy a obecnie trener. Pierwszy mecz w reprezentacji rozegrał 14 października 1992, w wieku 32 lat. Uczestniczył w Mistrzostwach Świata w piłce nożnej w roku 1994, gdzie zdobył z włoską reprezentacją tytuł wicemistrzów świata. Po meczu 1/4 finału z Hiszpanią, w którym złamał nos Luisowi Enrique, został zawieszony na osiem spotkań. Po odbyciu kary nie zagrał już w reprezentacji. Z drużyną A.C. Milan zdobył trzy Puchary Europy (w latach 1989, 1990 i 1994) i pięć tytułów mistrza Włoch (1988, 1992, 1993, 1994 i 1996). Karierę piłkarską zakończył w roku 1997. W Serie A rozegrał łącznie 404 mecze. Od roku 2001 był w mediolańskim zespole asystentem kolejnych trenerów: Carlo Ancelottiego, Leonardo i Massimiliano Allegriego. W styczniu 2014 roku po zwolnieniu Allegriego był tymczasowym trenerem Milanu, dopóki nowym szkoleniowcem nie został Clarence Seedorf. Do końca sezonu Tassotti był asystentem Holendra a po jego zwolnieniu skautem odpowiedzialnym za śledzenie postępów piłkarzy wypożyczonych z Milanu. W 2016 roku został asystentem Andrija Szewczenki, selekcjonera reprezentacji Ukrainy.



@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

0

@wojopancer stepową? a co to niby znaczy?

9

@FCBparasiempre
1925. Niektórzy zapamiętają ten rok jako jeden z nielicznych, w których nastąpiło całkowite zaćmienie słońca. Niektórzy, jako rok przełomowy dla historii Włoch, bo wtedy Mussolini ogłosił się dyktatorem. Inni, jako rok, w którym powstał grecki Olympiakos. A Ci, co fascynują się Premier League, jako rok, w którym Kanonierów objął Herbert Chapman, twórca słynnego WM, legenda klubu z północnego Londynu. Urodzony w Kiveton Park, Chapman był zawodnikiem przeciętnym. Przez kilkanaście lat swej kariery nie osiągnął wiele . Zapisanie na kartach historii miała mu zapewnić przyszła praca. Swą przygodę trenerską rozpoczął w Northampton, by potem prowadzić Leeds i Huddersfield Town (dwa mistrzostwa kraju), by w końcu latem 1925 podjąć najważniejszą życiową decyzję. Zgodził się zastąpić na pozycji trenera Kanonierów Leslie Knightona. ,,Nikt nie spodziewał się, że ten kiepski piłkarz osiągnie takie sukcesy na Highbury. Arsenal jest otwarty na oferty objęcia stanowiska menedżera zespołu. Musi on posiadać doświadczenie i najwyższe kwalifikacje na to stanowisko, zarówno pod względem umiejętności i charakteru” – ogłoszenie Sir Henry’ego Norris w Athletic News. Chapman objął zespół w ciężkim momencie. Gdy razem z Huddersfield zdobywał mistrzostwo, Arsenal walczył do końca o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Anglik nie bał się podjąć wyzwania. Jedną z jego pierwszych decyzji było sprowadzenie 34-letniego napastnika, Charlie Buchana. Przybycie dwóch nowych ludzi na Highbury nastąpiło w momencie zmiany przepisu o spalonym – od tamtej pory przed zawodnikiem do którego kierowana była piłka mogło być już tylko dwóch zawodnikiem (łącznie z bramkarzem), a nie trzech jak to było dotychczas. Odpowiedzią na tą zmianę była taktyczna rewolucja Chapmana. Słynne pociski „WM” nie powstałyby bez pomocy Buchana, który w rozmowie z trenerem miał zasugerować zmianę ustawienia z dotychczas używanego 2-3-5 na 3-4-3, by móc skutecznie wykorzystać zmianę w przepisach. Tak o taktyce Arsenalu w latach dwudziestych piszą autorzy książki „Wielcy piłkarzy sławne kluby”: ,,Rewolucyjny pomysł Chapmana polegał na zwiększeniu siły defensywy i lepszym wykorzystaniu zawodników w środkowej strefie boiska poprzez cofnięcie środkowego pomocnika pod własną bramkę- tak narodziła się funkcja stopera (…) Jego zadania defensywne i ofensywne zostały rozłożone na dwóch łączników, czyli cofniętych napastników (…) Od ustawienia zawodników wzięła się nazwa systemu, który obok atutów- wzmocnienie defensywy i możliwości lepszego opanowania środkowej strefy boiska, miał też ujemne skutki. Dość wyraźnie zwiększał obciążenia łączników i pomocników. (…) System WM Chapmana rozwinęła dopiero w zasadzie ,,brazyliana” Feoli, w ponad 30 lat później!”. Z nowym napastnikiem i ustawieniem Chapman wyciągnął w sezonie 1925/26 Arsenal z ligowego dna na drugą pozycję w lidze, przegrywając walkę o mistrzostwo jedynie z Huddersfield Town (pierwszy raz ktoś zdobył wówczas trzy mistrzostwa z rzędu). Następne lata pokazały, że Anglik to właściwa osoba na właściwym miejscu. ” Zamierzam uczynić Arsenal największym klubem na świecie” Liczne dyskusje z zarządem, udostępnienie jak na tamte czasy znaczących funduszy transferowych, które skończyło się ściągnięciem takich graczy, jak: Bill Harper (Hibernian), Joe Hulme (Blackburn), czy Herbie Roberts (Oswestry) sprawiło, że nastały złote czasy w historii Arsenalu. Chapman, który zmarł 6 stycznia 1934 roku w wieku 55 lat, był świadkiem tylko niektórych z nich, lecz bezsprzecznie położył kamień węgielny pod budowę silnych Kanonierów. Pod wodzą Anglika, Arsenal przegrał w 1927 w finale Pucharu Anglii 0:1 z Cardiff, by po trzech latach w 1930 zdobyć go po wygranej 2:0 z Huddersfield. Największy sukces w swej karierze Herbert Chapman odniósł w kampanii 1930/1931, gdy z siedmiopunktową przewagą wygrał ligę. Było to pierwsze mistrzostwo zdobyte przez Arsenal w historii. Zdobyte wówczas w 42 meczach 66 punktów pozostawało rekordem, aż do 1969 roku. Potem udało mu się poprowadzić Kanonierów do wicemistrzostwa w 1932 i finału Pucharu Anglii. Przedwczesna śmierć nie pozwoliła być świadkiem pięknych trzech sezonów Arsenalu, które zawsze kończyli na pierwszym miejscu powtarzając wyczyn Huddersfield. ” Piłkarz jest panem swojego losu. Ma swój kontrakt i żaden klub nie może go zmusić do zerwania go”


Chapman to nie tylko taktyczny rewolucjonista. To także człowiek, który był jednym z pierwszych tak zwanych menedżerów biorących pełną odpowiedzialność za zespół, dbających o szczegóły. Wierzył również, że sprawność fizyczna to składowa niezbędna do osiągnięcia sukcesu, zatrudniając masażystów i fizykoterapeutów. Teraz to czynność powszechnie stosowana, kiedyś mało kto o tym myślał. Wpłynął na zmianę strojów Arsenalu, dodając do nich białe rękawy. Był zwolennikiem wprowadzenia numerów na koszulkach i korzystania podczas meczu z białych piłek. Rzeczy teraz nam tak dobrze znane, kiedyś nie istniały. Angielska piłka nie zapomniała Herberta Chapmana. W 2003 roku został częścią piłkarskiej Galerii Sław za swoje niezwykłe dokonania. W marcu 2005, na domu znajdującym się w Hendon, została umieszczona tabliczka upamiętniająca miejsce, w którym Anglik mieszkał przez ostatnie 7 lat swego życia. Dziesięć lat temu The Sunday Times uznał go za najlepszego brytyjskiego menadżera w historii. Chapman został upamiętniony nie tylko na poziomie krajowym. Jeszcze, gdy Arsenal występował na Highbury, rzeźbiarz Jacob Epstein stworzył popiersie, którego kopia została podarowana Huddersfield Town 6 sierpnia 2008, gdy miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Tego piątkowego popołudnia Arsenal i Huddersfield rozegrali mecz, którego stawką było trofeum Herberta Chapmana. W meczu obejrzanym na żywo przez 19 044 widzów (najwyższa frekwencja w meczu przedsezonowym na Galpharm Stadium) Arsenal wygrał 2:1. Obecnie każdy człowiek odwiedzający Emirates, może zrobić sobie zdjęcie przy pomniku Chapmana, który został odsłonięty 9 grudnia 2011 z okazji 125-lecia klubu z północnego Londynu.

9

Blaugrana w Superpucharach:

19 stycznia 1983 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Aston Ville 1:0 w pierwszym meczu o Superpuchar Europy. Zwycięskiego gola zdobył Marcos Alonso Peña w 52 minucie meczu. Siedem miesięcy po zdobyciu Pucharu Europy Villa zmierzyła się z FC Barceloną w Superpucharze UEFA – dwumeczowym finale, w którym zwycięzcy Pucharu Europy mierzyli się ze zwycięzcami (nieistniejącego już) Pucharu Zdobywców Pucharów UEFA. To była ich pierwsza wizyta na stadionie od porażki w ćwierćfinale Pucharu UEFA w 1978 roku. Z tamtego meczu pozostało już tylko trzech zawodników – Ken McNaught, Gordan Cowans i Dennis Mortimer, którzy po raz trzeci w swojej karierze stanęli w kolejce, by zmierzyć się z hiszpańskimi gigantami. Po raz kolejny Aston Villa została pokonana jednym golem, a Nigel Spink nie był w stanie zapobiec odbiciu strzału z 25 jardów, który trafił w narożnik bramki. Nie wszystko jednak było stracone. Tony Barton powtórzył to, co lokalna prasa określiła jako najlepszy występ Barcelony w sezonie 1982/83. Gospodarze nadal jednak nie wykorzystali kilku okazji i mecz zakończył się skromnym 1:0. Mimo wielu bardzo dogodnych okazji na zdobycie gola, tego wieczoru Aston Villa była wdzięczna że takim wynikiem skończyło się to spotkanie, gdyż mogła wrócić do Birmingham i czekać z niecierpliwością na rewanż.


@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Szczęśliwe El Clasico:

19 stycznia 1991 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w ramach 19 kolejki Primera Division. Jednym z goli dla Barçy było samobójcze trafienie Spasicia w 62 minucie i to ono zadecydowało o zwycięstwie Blaugrany. Pierwszego, znakomitego gola w tym meczu strzelił dla Dumy Katalonii Laudrup w 18 minucie, natomiast honorowe trafienie zaliczył Butragueño w 28 minucie. To zwycięstwo pozwoliło FC Barcelonie utrzymać pozycje lidera z czteropunktową przewagą nad Atletico i aż 10-punktową nad Realem Madryt!

Przypomnijmy:




@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

11

Ku pamięci wybitnych Katalońskich legend:

19 stycznia 1936 r. rozegrano pożegnalny mecz legendarnego Josepa Samitiera. Reprezentacja Katalonii zremisowała z czeskimi Židenicami 1:1. Tak oto ostatnie chwile Samitiera na boisku relacjonował dziennik ,,El Mundo Deportivo”: ,,Pepe Samitier, jeden z najbardziej podziwianych piłkarzy katalońskich, z najlepszą grą indywidualną, od dłuższego czasu zasługiwał na pożegnanie”. Ostatecznie Židenice wygrały trofeum dzięki większej liczbie….. wykonanych rzutów rożnych(9-8).


@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

3

No cóż, Xavi zachował posade trenere i to prawdopodobnie już do końca sezonu. Natomiast Salamanca ma fajną żywiołową publiczność i wypadałoby życzyć jej awansu do drugiej ligi a nawet kiedyś do Primera Division.

0

Pora na ciężką przeprawe i męczarnie w Salamance. Swego czasu(5 stycznia 1998 r.) UD Salamanca pokonała FC Barcelone 4:3(!) w 19 kolejce Primera Division. Czego można się spodziewać dzisiaj? Osobiście przeczuwam że skończy to się rzutami karnymi a karne to... taniec diabła, jak mawiają latynosi

9

El Clasico w Copa del Rey:

18 stycznia 2012 roku Real Madryt poległ na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 1:2 w pierwszym spotkaniu ćwierćfinałowym Pucharu Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobyli: Puyol oraz Abidal, natomiast honorowego gola dla Królewskich strzelił nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Mecz został zapamiętany z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest drugi(i ostatni) gol Erica Abidala w barwach Blaugrany. Francuz wykorzystał świetne podanie Messiego i ustalił wynik meczu. Cieniem na tym pojedynku rzuciła się jednak sytuacja z 68 min., gdy Pepe celowo nadepnął na ręke leżącego Messiego. Sytuacje zarejestrowały kamery, lecz nie widział jej arbiter, skończyło się więc bez wykluczenia z gry Portugalczyka. Komitet arbitrażowy hiszpańskiej federacji również postanowił nie karać Pepe za tę sytuację, choć była to recydywa obrońcy Realu, znanego z prowokacyjnych zachowań i fauli bez piłki. Dlaczego mnie(a być może i większość z was) to nie dziwi? Madryt nigdy nie był i nie będzie przychylny ,,naszemu” klubowi pod każdym względem i to się już raczej nigdy nie zmieni. Nie mam pojęcia kto zasiada w komitecie arbitrażowym ale podejrzewam że większość z nich jest przychylna tylko i wyłącznie Madrytowi!

Powspominajmy:





@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Legendy FC Barcelony:

18 stycznia 1954 r. urodził się środkowy obrońca Antonio Olmo Rodriguez. Antonio wyróżniał się spokojem i umiejętnością przechwytywania piłki a także podaniami z dużej odległości. Zawodnik, który przeszedł przez system młodzieżowy, w 1972 roku został wypożyczony do Calelli, gdzie wkrótce pokazał swoją jakość. Ówczesny trener Barcelony Rinus Michels włączył Olmo do składu przedsezonowego w 1973 roku, ale obrońca kontynuował grę w drużynie B, Barçy Atlètic, aż do 1976 roku, kiedy został pierwszym członkiem zespołu, natychmiast zapewniając sobie miejsce w wyjściowej jedenastce i stając się reprezentantem drużyny międzynarodowej. Kibice Barcelony pamiętają silną współpracę środkowego obrońcy, którą Olmo stworzył z Miguelim. Niestety w kolejnych sezonach forma podupadała i już w wieku 30 lat przeszedł na emeryturę. 11 września 1984 roku klub oddał hołd obrońcy w meczu referencyjnym przeciwko Athletic Club, który był także okazją do pożegnania bramkarza Pedro Artoli.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

15

Feliz cumpleaños Pep!!! Josep Guardiola właśnie kończy dzisiaj 53 lata! No, Pepito(!) ileż ty mi chłopie dałeś radości oglądając mecze ukochanej Barcuni to głowa mała! Niechaj szczęście Tobie sprzyja a smutek omija. Kochany ,,Pepito”, życzę Ci nieustającego rozwoju i doskonalenia swoich umiejętności trenerskich. Niech każdy kolejny rok przynosi Ci nowe wyzwania i możliwości, które pozwolą Ci być jeszcze lepszym w tym, co robisz. Bądź inspiracją dla swoich podopiecznych i niech Twoja wiedza i doświadczenie budzą w nich chęć ciągłego doskonalenia się. Sto lat!!!

@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

7

@FCBparasiempre
Rok 1998. Na ekranie telewizora egzotyczny pojedynek pomiędzy Meksykiem i Koreą Południową. Uwiedziony barwnym stylem Jorge Camposa i strzeleckimi popisami blondwłosego Luisa Hernandeza, ściskam kciuki za ekipę „El Tri”. Kiedy jednak Cuauhtemoc Blanco bierze pomiędzy stopy futbolówkę i w pewnym momencie niczym żaba przeskakuje obok zszokowanych rywali z Azji, prezentując swoje popisowe zagranie nazywane ,,cuauhteminą”, moich meksykańskich bohaterów jest już trzech. Niczym trzech Mariachi. Jednakże to właśnie tego ostatniego będzie dotyczył ten tekst. Cuauhtemoc Blanco Bravo urodził się 17 stycznia 1973 roku na obrzeżach Mexico City, metropolii uznawanej za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Swoje imię odziedziczył po ostatnim władcy Tenochtitlanu, historycznej stolicy Azteków. Ten żyjący na początku XVI wieku tlatoani (tak tytułowano władców ludów Nahua) zginął z ręki konkwistadora Hernana Corteza. Jedna z legend głosi, że Cortez, który początkowo obiecywał Cuauhtemocowi bezpieczeństwo w zamian za poddaństwo, stracił azteckiego władcę na torturach, próbując wydobyć z niego informacje dotyczące miejsca ukrycia złotego skarbu. Jeśli twoim patronem jest tak barwna postać, to powoli staje się jasnym, że twoje życie nie będzie nudne. Tak też było w przypadku Blanco, którego życiorys i kariera, były pełne zwrotów akcji niczym latynoska telenowela. Młody Blanco wychowywał się w miejscu nazywanym Tepito, które było częścią składową stołecznej dzielnicy o nazwie… Cuauhtemoc. Tutaj moglibyśmy wrzucić standardowy szablon, dotyczący piłkarzy wychowywanych w dzielnicach charakteryzujących się biedą i przemocą, którzy byli zdeterminowani, by poprzez futbol przedostać się do lepszego świata. Znacie te historyjki na pamięć. Na brudnych ulicach Tepito umiejętności Cuauhtemoca dostrzegł niejaki Alvaro „Coca” Gonzalez, który był miejscowym łowcą talentów. To za jego sprawą młokos został wtłoczony w tryby szkoleniowe Club America, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów w Meksyku. Pierwszą szansę debiutu w barwach Las Aguilas (Orły) dostał w 1992 roku, jednak przez pierwszych kilka sezonów odgrywał raczej rolę uczniaka, który ma zbierać piłkarskie szlify i przyglądać się bardziej doświadczonym kolegom z zespołu. Jednakże w momencie, w którym wydawało się, że Blanco dostaje wiatru w żagle i powoli zacznie wskakiwać na wyższy poziom, na jego drodze stanęły dwie przeszkody, które będą przewijać się przez całą ścieżkę jego zawodowej kariery. Pierwszą z nich był trudny charakter wychowanego w Tepito piłkarza. Druga była stworzona z krwi i kości, a nazywała się Ricardo La Volpe. Argentyński szkoleniowiec był trenerskim nemezis Blanco. Aczkolwiek to Cuauhtemoc jako pierwszy sprowokował trwający latami konflikt, przerywając jedną z odpraw opiekuna Club America i wyrzucając z siebie, co sądzi o jego pracy. A nie były to peany pochwalne… Wkrótce La Volpe nie było już w zespole. Jednakże nie było w nim także Blanco, którego Argentyńczyk zdążył wysłać na wypożyczenie do Necaxy. W ekipie z miasta Aguascalientes niesiony złością młodzian, wykazał się świetną formą strzelecką. W 18 meczach zaaplikował rywalom 11 goli. Dość powiedzieć, że wcześniej Cuauhtemoc zgromadził ich łącznie 15… w 113 grach. Na sezon 1998/1999 Blanco powrócił do macierzystego klubu. Niebawem nadarzyła mu się pierwsza okazja, by wbić szpilkę swojemu byłemu trenerowi. Gdy zdobył gola przeciwko prowadzonemu przez La Volpe Atlasowi, pobiegł w kierunku ławki rezerwowych, położył się na murawie i z ironicznym uśmiechem wpatrywał się w zażenowanego szkoleniowca. Kolejne dwa sezony udowodniły, że Blanco aspiruje do bycia najjaśniejszą gwiazdą klubu, którego był wychowankiem. 45 występów i 40 trafień miały być tylko tego potwierdzeniem. Media rozpisywały się o „Czarodzieju z Tepito”. Jego wyluzowany, zawadiacki, uliczny styl gry rodem z brudnych podwórek kradł serca rzeszy kibiców. Problem w tym, że Cuauhtemoc równie bezczelny co na boisku bywał także poza placem gry. Kapitalna forma napastnika nie uszła również uwadze sztabu szkoleniowego reprezentacji Meksyku. Pierwsze powołanie „Czarodziej z Tepito” otrzymał jeszcze w 1995 roku. Na wspomniane na wstępie mistrzostwa świata do Francji, Blanco jechał już jako pewny punkt kadry „El Tri”. Na mundialu zdołał popisać się golem w starciu z Belgią, ale to właśnie za sprawą jego znaku rozpoznawczego, czyli specyficznego zagrania zwanego cuauhteminą, utkwił najbardziej w pamięci kibiców, oglądających tamten turniej.

Swój największy międzynarodowy sukces piłkarz Club America odniósł rok później. Wówczas to był liderem ekipy, która sięgnęła po zwycięstwo w Pucharze Konfederacji. Smak tego triumfu był szczególny, ponieważ cała impreza odbyła się w ojczyźnie tequili i burrito, a finałowe starcie z Brazylijczykami na trybunach Estadio Azteca oglądało 85 tysięcy fanów. „Czarodziej z Tepito” z liczbą sześciu goli na koncie został wraz z Ronaldinho i Marzoukiem Al-Otaibim z Arabii Saudyjskiej królem strzelców turnieju. Udane występy na arenie reprezentacyjnej przyciągnęły wzrok kupców z zagranicy. Pierwsi sieci na Cuauhtemoca zarzucili włodarze hiszpańskiego Realu Valladolid. Jednakże okres spędzony przez Meksykanina na półwyspie Iberyjskim można spisać na straty. Wkrótce po przybyciu na Estadio Jose Zorrilla Blanco wyjechał na zgrupowanie kadry narodowej. Tam w ramach meczu kwalifikacyjnego do mistrzostw świata „El Tri” zmierzyli się z reprezentacją Trynidadu i Tobago. „Czarodziej z Tepito” zdołał wpakować rywalom dwa gole, nim w 73 minucie gry niejaki Ansil Elcock sfaulował go brutalnie, powodując zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie i wysyłając go na półroczną rehabilitację. Gdy Cuauhtemoc wrócił w końcu na murawę, był bardzo daleki od swojej optymalnej formy. Po sezonie 2001/2002 Valladolid podziękowało mu za współpracę. W Hiszpanii zagrał łącznie 23 razy i zdobył trzy gole. Wielu kibiców do dziś wierzy w to, że koszmarna kontuzja w meczu z Trynidadem, była głównym powodem, przez który Blanco nie zdołał rozwinąć skrzydeł na Starym Kontynencie. Zresztą Meksykanin już nigdy nie powrócił grać do Europy. Sam jednak podziela zdanie kibiców i twierdzi, że gdyby nie feralne zerwanie więzadeł to mógł trafić do Realu Madryt, który rzekomo monitorował jego dyspozycję. Zresztą gol strzelony z rzutu wolnego właśnie „Królewskim” jest najbardziej pamiętnym momentem Cuauhtemoca w czasie hiszpańskiego rozdziału jego kariery. Ansil Elcock natomiast oficjalnie przeprosił Blanco… 16 lat po całym zdarzeniu. Nie zmieniło to jednak faktu, że były trynidadzki piłkarz po dziś dzień jest nazywany w Meksyku „El carnicero”, czyli „rzeźnik.” „Czarodziej z Tepito” niczym bumerang powrócił znów do miejsca, w którym czuł się najlepiej, czyli do Club America. Tam znów zaliczył dwa udane sezony. Szczególnie kampania 2003/2004 była dla Blanco owocna, gdyż zaaplikował ligowym rywalom 20 goli. Duży wpływ na to mógł mieć fakt, że w klubie z Mexico City stanowisko szkoleniowca objął Leo Benhakker. Nie była to jednak pierwsza przygoda holenderskiego trenera z ekipą ze stolicy Meksyku. Benhakker sprawował już pieczę nad Las Aguilas w sezonie 1994/1995. To on jako pierwszy zaczął odważniej stawiać na młodego Blanco. Potrafił dotrzeć do psychiki krnąbrnego młodziana i spowodować, że Cuauhtemoc zaczął uwalniać pokłady drzemiącego w nim talentu. Niemal dekadę później chemia na linii trener-zawodnik istniała nadal. Jednakże gdy w pochodzącym z Tepito piłkarzu uruchamiała się mroczna strona natury, to nawet jego duchowy ojciec w postaci Benhakkera nie potrafił nad nim zapanować. Tak było w meczu 1/8 finału Copa Libertadores pomiędzy Club America, a brazylijskim Sao Caetano. Już w pierwszym spotkaniu Cuauhtemoc dał się rywalom we znaki, gdy po strzelonym golu prowokacyjnie tańczył pomiędzy obrońcami przeciwnika. W rewanżu było tylko gorzej. Orły musiały gonić wynik dwumeczu i Blanco nie wytrzymał presji w końcówce spotkania, uderzając jednego z zawodników Sao Caetano łokciem w twarz, za co obejrzał czerwoną kartkę. Całe wydarzenie podgrzało atmosferę do tego stopnia, że po ostatnim gwizdku arbitra na murawie odbyła się regularna bitwa, w którą wmieszali się kibice. Musiała interweniować policja. To kosztowało napastnika Orłów roczną dyskwalifikację z rozgrywek organizowanych przez CONMEBOL. Klub natomiast postanowił go ukarać roczną zsyłką na wypożyczenie do drużyny Veracruz. Działacze zespołu z Mexico City zdawali sobie jednak sprawę z tego, że pomimo permanentnych kłopotów, w które lubił się pakować Blanco, stanowił on nadal wartość dodaną dla Club America. W barwach Orłów Cuauhtemoc spędził zatem kolejne trzy sezony. Być może jego i Las Aguilas łączyła pewna metafizyczna więź? Wszak „Cuauhtemoc” oznaczało w języku Azteków „tego, który zstępuje jak orzeł”. Trzymanie w swoich szeregach klubowego weterana popłaciło. W 2005 roku Club America zwyciężył w rozgrywkach Clausura (W Meksyku jak w większości krajów latynoamerykańskich sezon dzieli się na dwie części – Aperturę i Clausurę). Rok później Las Aguilas zatriumfowali w Lidze Mistrzów CONCACAF. Przy okazji Blanco zgarnął dwie nagrody dla najlepszego gracza sezonu w lidze meksykańskiej. Oczywiście wszystko trzeba było okupić kolejnymi skandalami z udziałem niesfornego piłkarza. Mniejszymi, jak wtedy, gdy celebrował gola zdobytego przeciwko Celaya, udając psa oddającego mocz na linię bramkową, gdyż miał na pieńku z golkiperem rywala i większymi, jak wtedy, gdy uderzył dziennikarza TV Azteca Davida Feitelsona, co zostało uwiecznione na nagraniu. Żadne przeprosiny ze strony „Czarodzieja z Tepito” nie działały jednak na opinię publiczną tak skutecznie, jak jego widowiskowa gra. To ona stanowiła najlepszy balsam na niezabliźnione rany.

Chociaż na początku XXI wieku Blanco bezsprzecznie był jednym z najlepszych meksykańskich piłkarzy, weteranem dwóch mundiali, na których trafiał do bramki rywala, to w 2006 roku zabrakło dla niego miejsca w kadrze udającej się na niemiecki czempionat. Powód? Lata 2002-2006 to okres, kiedy pieczę nad zespołem „El Tri” przejął stary znajomy Cuauhtemoca – Ricardo La Volpe. Jak nie trudno się domyślić, permanentne pomijanie asa Club America przy powołaniach, było pokłosiem dawnego konfliktu obydwóch panów. ,,Pójdźcie zapytać Bielsy, dlaczego nigdy nie grał Crespo z Batistutą. Każdy trener ma swoją wizję futbolu. To głupoty, które wchodzą mi jednym i wychodzą drugim uchem. Cuauhtémoc jest bez cienia wątpliwości wzorem, ale to nie Maradona czy Pelé. W Meksyku mamy też innych zawodników, którzy tworzyli historię. Nie umieściłbym go w pierwszej dziesiątce najlepszych meksykańskich piłkarzy”- tłumaczył swoją decyzję argentyński szkoleniowiec. ,,La Volpe? To wielki trener. Nie wiem jednak, dlaczego nie zabrał mnie na mundial. Bardzo mnie to zabolało. Myślę, że to wszystko z powodu zaszłości sprzed lat. Chciał się na mnie odegrać. Kiedy miałem 20 czy 21 lat nie podskakiwałem starszym. Trener starał się jednak mnie złamać. Mówił wiele nieprzyjemnych rzeczy. Starał się upokarzać młodych piłkarzy. Takich rzeczy się nie zapomina. Obrażał nas, zawsze tylko tych młodych. To wielki trener, ale gdyby miał lepsze podejście do piłkarzy, byłby o wiele lepszy. Dla mnie reprezentowanie mojego kraju jest powodem do dumy a kiedy grają hymn, serce mi pęka, chce mi się płakać”- nie krył swojego wzruszenia meksykański gwiazdor. W 2007 roku Blanco postanowił jeszcze raz opuścić Meksyk i spróbować swoich sił za granicą. Tym razem nie przemierzał jednak bezkresu oceanu, by dotrzeć do Europy. Udał się do Chicago, gdzie przywdział barwy grającego w lidze MLS Fire. Dokonał tego w tym samym czasie co David Beckham, który dołączył do LA Galaxy. Chociaż nie można było porównać w żaden sposób wagi marketingowej obydwóch ruchów, to na boisku różnica między Becksem, a Blanco wcale nie była szczególnie widoczna. ,,Blanco pojawił się i od razu był bardziej skuteczny jako gracz od Beckhama, ale miał też oddźwięk w innej grupie fanów. Nie był supergwiazdą w oczach wszystkich, ale był supergwiazdą dla meksykańskiej i meksykańsko-amerykańskiej społeczności w Chicago”- Nick Firchau, dziennikarz ,,Evening Tribune”. „Czarodziej z Tepito” podbił serca fanów ze Stanów Zjednoczonych. Gwarantował im to, co dla amerykańskiego kibica liczy się najbardziej – show. Cuauhtemina, gaszenie silnych półgórnych piłek tyłkiem, dwudziestometrowy rozbieg przy rzucie karnym… To część repertuaru zagrań meksykańskiego piłkarza. Przygodę z Chicago Fire zakończył z liczbą 62 spotkań, 16 goli i 26 asyst na koncie. ,,Na pierwszy rzut oka jego ciało wydawało się niezgrabne. Patrzyłem na niego i myślałem, że łatwo dam sobie z nim radę, a potem wchodziłem z nim w pojedynek jeden na jeden i za każdym razem przegrywałem. Niesamowite”- C.J. Brown, były piłkarz Chicago Fire. Niepotrzebne okazały się też obawy sztabu szkoleniowego o to, czy Blanco nie rozsadzi szatni od środka. Cuauhtemoc szybko stał się duszą towarzystwa, a swój nieprzeciętny temperament rozładowywał, wykręcając kolegom z zespołu rozmaite dowcipy. Po przygodzie z ligą MLS Blanco powrócił do ojczyzny, by przez kilka kolejnych sezonów powłóczyć się jeszcze po rozmaitych klubach. Jeżeli jednak sądzicie, że miał tam zamiar jedynie odcinać kupony, to grubo się mylicie. Z Dorados i Publą sięgnął po Puchar Meksyku, a z Irapuato zwyciężył w rozgrywkach 2 ligi. Przy okazji wrócił do reprezentacji Meksyku i załapał się na mistrzostwa świata w RPA, gdzie jego gol z rzutu karnego wyrzucił poza nawias turnieju, skłóconą kadrę Francji, prowadzoną przez Raymonda Domenecha. Zresztą egzekutorem jedenastek od zawsze był wybornym. W całej karierze zmarnował zaledwie dwa z 73 wykonywanych przez siebie uderzeń z wapna. Ostatecznie jego licznik reprezentacyjny zatrzymał się na 120 występach i 39 golach. Do tego w gablocie ma dwa złote medale za zwycięstwo w Złotym Pucharze CONCACAF i wspomniany wcześniej triumf w Pucharze Konfederacji. Buty na kołku zawiesił ostatecznie w 2016 roku, mając na karku 43 lata. Zagrał wówczas po raz ostatni w koszulce Club America. Dostał od trenera 36 minut w spotkaniu z Morelią. Taki ukłon w kierunku zasłużonego gracza. Powrót na ostatnie spotkanie ligowe, by dopiąć klamrę kariery. Na jego plecach widniał numer „100”, który upamiętniał stulecie ukochanego zespołu. Na pożegnanie udało się obić poprzeczkę rywala. Szkoda, że tamto uderzenie nie wpadło. Być może po raz ostatni w karierze Cuauhtemoc mógłby wykonać charakterystyczną cieszynkę, imitującą łucznika. Blanco podpatrzył ją podobno u hiszpańskiego napastnika Kiko, byłego piłkarza Atletico Madryt. Część opinii publicznej uważa jednak, że gest ma na celu złożenie hołdu rdzennej ludności indiańskiej. Potomkom Azteków. Cóż, ta wersja bardziej pasowałaby do szalonego życiorysu piłkarza…

Jeszcze w czasie trwania piłkarskiej przygody Cuauhtemoc zagrał w jednej z meksykańskich telenoweli „Triumf miłości.” Odgrywał tam rolę strażaka Juanjo. Jak bywa w tego typu produkcjach, bohater grany przez Blanco najpierw zginął, by następnie w zaskakujących okolicznościach powrócić do produkcji, jako człowiek, który sfingował swoją śmierć. W latach 2016-2018 legenda meksykańskiej piłki sprawowała urząd burmistrza miasta Cuernavaca z ramienia Partii Socjaldemokratycznej. Oskarżano go w tym czasie o łapówkarstwo, a nawet zlecenie zabójstwa lokalnego biznesmena, zamieszanego w interesy z kartelami narkotykowymi. Część opinii publicznej domagała się odwołania byłego futbolisty z urzędu. Blanco zareagował na te zarzuty, organizując strajk głodowy. Oskarżenia ostatecznie wycofano. Mało tego. Polityczne ambicje „Czarodzieja z Tepito” sięgały wyżej niż urząd burmistrza. W październiku 2018 roku Blanco został wybrany gubernatorem stanu Morelos. Oczywiście całej sytuacji znów towarzyszą kontrowersje. Cuahtemocowi zarzuca się nepotyzm. W dodatku byłej gwieździe Club America umorzono dług podatkowy wynoszący 16 tysięcy dolarów, a przestępczość w regionie znacznie wzrosła. To co? Czas na urząd prezydenta? Postać Cuahtemoca Blanco dzieli Meksykanów na tych, którzy go kochają i tych, którzy go nienawidzą. Zawodnik permanentnie znajduje się z kimś w konflikcie. Ricardo La Volpe, Rafa Marquez, Jorge Campos… wszyscy oni musieli się publicznie mierzyć z jego gniewem. Obecnie natomiast Blanco brnie w polityczne wojenki, w których w gruncie rzeczy powinien się czuć jak ryba w wodzie. Ciężko jednak zaprzeczyć słowom Toma Marshalla z ESPN, który powiedział kiedyś o nim: ,,Konflikty, bójki, piękne gole, intensywność i pasja, z jaką blanco żył zarówno na boisku i poza nim, pozostawiły głęboki ślad w meksykańskim futbolu i barwną historię, namalowaną przez postać, jakiej obecnie w futbolu brakuje”.

6

Geniusz na wojnie ze wszystkimi(w odpowiedzi na komentarz):

@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?