1

@GeraltzKatalonii No ja to inaczej widze ale co użytkownik, to opinia...

1

@don'T.R.I.P.e ,,Normalna" cieszynka po golu w meczu towarzyskim?
Dla mnie nie do przyjęcia....

1

@Rewolucja123 I co to niby miało znaczyć?

3

Ten cały Świderski to jednak nie ma po kolei w głowie. Facet wiedząc że za chwile zaczyna się turniej Euro, strzelając gola w meczu towarzyskim wyczynia taką dziecinade? Facet, który rozgrywa w reprezentacji, nie wiem 20 czy 30 mecz wariuje jak mały dzieciak, który dostał nową zabawke!? Totalna głupota! To nawet za delikatnie powiedziane...

8

@FCBparasiempre
W roku 1934 na stadiony wkroczyła prawdziwa polityka. Gospodarzem mistrzostw świata były Włochy, gdzie władzę sprawowała faszystowska partia Benito Mussoliniego. Mistrzostwa świata były znakomitą okazja do pokazania światu że pod tymi rządami kraj płynie mlekiem i miodem a włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Włosi szczycą się jedną z najbogatszych kultur futbolowych. Darujmy sobie słynne harpastum, gre rzymskich legionów, mającą rzekomo stanowić pierwowzór współczesnego futbolu ale bieganie po rynku w renesansowej Florencji za okrągłym przedmiotem, mogącym od biedy uchodzić za praprzodka piłki – to już jest coś. Tym bardziej że na te gre mówiono ,,calcio”. Piłka nożna we Włoszech nosi właśnie taką nazwe. Swój pierwszy mecz międzypaństwowy Włosi rozegrali w niedziele, 15 maja 1910 roku w Mediolanie. Pokonali Francje 6:2. Już wtedy piłkarze mieli na sobie niebieskie koszulki bo taka była barwa dynastii sabaudzkiej. Dlatego reprezentacja Włoch nosi popularną nazwe Squadra Azzura, czyli Błękitna Drużyna. W pierwszej reprezentacji znaleźli się zawodnicy m.in. Interu, Milanu, Torino ale i klubów, których dziś już nie ma. Kiedy w roku 1908 Włoska Federacja Piłkarska wprowadziła zakaz występów cudzoziemców w rozgrywkach, część niezadowolonych działaczy Milanu założyła nowy klub, nadając mu prowokacyjną nazwe Internazionale. Kiedy jednak do władzy doszedł pilnujący wartości narodowe Mussolini, w roku 1928 nakazał zmiane nazwy. Inter stał się Ambrosianą, na cześć patrona Mediolanu – świętego Ambrożego. Do starej nazwy klub powrócił dopiero po wojnie. Kiedy Włosi w roku 1932 otrzymali prawo organizacji turnieju, zadbali aby wszystko było zapięte na ostatni guzik. Mussolini musiał pokazać że państwo, na czele którego stoi, funkcjonuje bez zarzutu. Stadiony były gotowe na czas, komunikacja działała sprawnie. Duce zrobił jednak coś więcej. Na prezydenta Włoskiej Federacji Piłkarskiej wyznaczył generała Giorgio Vaccaro, niezwykle rzutkiego organizatora, dobrze zorientowanego w realiach życia sportowego Włoch. Vaccaro pilnował by piłkarzom i trenerowi Pozzo niczego nie brakowało. Czy wyszedł poza te obowiązki? Dziwnym trafem Włochom na tych mistrzostwach wszystko sprzyjało i nie należy tego tłumaczyć banalnym powiedzeniem o pomagających gospodarzom ścianach. Włosi zaczeli turniej od efektownego zwycięstwa nad USA 7:1! Zaczeło się zgodnie z planem ale następny przeciwnik, Hiszpania, był znacznie lepszy. Miał w bramce legendarnego Ricardo Zamore w polu m.in. Quincocesa i Langare – zawodników znanych w całej Europie. Pierwsi gola strzelili Hiszpanie – Luis Regueiro w 31 m. Wyrównał Ferrari w ostatniej minucie przed przerwą, jak twierdzili Hiszpanie, po faulu na bramkarzu. Pojedynek był niezwykle zacięty i brutalny. Krew się lała i kości pękały. Zamora bronił wszystkie strzały i po tym meczu nawet Włosi przyznali że to geniusz bramki. Pierwszy raz w historii mistrzostw świata doszło do dogrywki, która zresztą też nie wyłoniła zwycięzcy. Następnego dnia, na tym samym boisku we Florencji, Włochy i Hiszpania wyszły więc na boisku raz jeszcze ale już w zupełnie innych składach. Kilku piłkarzy doznało kontuzji, musieli ich zastąpić rezerwowi. W drużynie hiszpańskiej na boisku znalazło się zaledwie czterech zawodników z pierwszego meczu. Zamora zagrać nie mógł. Włosi ponieśli mniejsze straty i wygrali 1:0, po strzale Giuseppe Meazzy. Hiszpanie protestowali, uważając że gol padł niezgodnie z przepisami ale szwajcarski sędzia Mercet w ogóle nie chciał z nimi dyskutować. Obiektywni obserwatorzy czuli niesmak, widząc że arbiter pilnuje interesów gospodarzy. Coś było na rzeczy, skoro po mistrzostwach Szwajcarski Związek Piłki Nożnej usunął Merceta ze swoich szeregów, odbierając mu prawa wychodzenia na boisko w roli sędziego. Pomoc pomocą ale przyznać trzeba że Włosi mieli trudną drogę do finału. Jeden mecz więcej to nie tylko zmęczenie poobijanych zawodników ale i mniej czasu na odpoczynek. Już dwa dni po zwycięstwie nad Hiszpanią Włochów czekał kolejny ciężki pojedynek – z Austrią w Mediolanie. To już nie był Wunderteam ale wciąż jeden z faworytów turnieju. Tym razem gospodarzom pomógł nie tylko sędzia Eklind ale i sprzyjająca pogoda. Deszcz, który spadł przed meczem, zamienił boiska w grzęzawisko, na którym oparta na krótkich podaniach po trawie ,,szkoła wiedeńska” była skazana na porażke. Włosi grali długimi podaniami, omijającymi kałuże i po jednym z nich Guaita zdobył jedynego gola meczu. Pozostawał już tylko finał w Rzymie(10.06.1934), na stadionie Narodowej Partii Faszystowskiej, w obecności Mussoliniego. Naprzeciwko Włochów stanęła reprezentacja Czechosłowacji i to nie byle jaka bo składająca się z 8 graczy Slavii i 3 Sparty Praga, w tamtych czasach jednych z najlepszych klubów na świecie. Bramkarzem Czechosłowacji był legendarny František Planička, w ataku grał Nejedly. W okresie międzywojennym Planička i Ricardo Zamora to ekstraklasa światowa, tuż za nimi Rudi Hiden i Gianpiero Combi. Planička bronił zwykle w grubym wełnianym golfie, łagodzącym upadki. Na piersiach miał czeskiego lwa pokaźnych rozmiarów zaś na kolanach ochraniacze. Rękawiczek nie używał, bronił gołymi rękami. Mimo niewielkiego wzrostu jak na bramkarza(173 cm.) wyłapywał lecące pod poprzeczke piłki. Był niezwykle skoczny, nazywano go ,,Mistrzem robinsonad”. Dożył 92 lat, niemal do końca chodził na mecze. Opowiadał jak było przed wojną a jeszcze w wieku 70 lat bronił w meczach pokazowych! Całe życie był wierny Slavii, dla której rozegrał blisko tysiąc meczów! Mimo wielu atrakcyjnych propozycji, nigdy nie opuścił Pragi. ,,Przed finałem z Włochami sędzia Eklind poprosił mnie i kapitana Włochów Combiego do swojej szatni. Powiedział że mamy grać fair bo jest to finał mistrzostw świata, musimy pokazać że przestrzegamy zasad i się szanujemy. Takie dyrdymały, jakie zwykle mówią sędziowie piłkarzom przed meczem. Z szatni wyszliśmy wszyscy razem. My z Combim do swoich żeby razem wyjść na boisko a Eklind na trybuny. Poszedł prosto do loży Mussoliniego żeby się z nim przywitać. Nie wiem czy sam na to wpadł, czy było to uzgodnione ale wszyscy otrzymali sygnał że sędzia, dla którego Duce jest ważniejszy od piłkarzy, może nie być sprawiedliwy.”- wspominał po latach Planička. Czechosłowacja przekonała się o tym po kwadransie gry. Guaita tak ostro zaatakował pomocnika Krčila że od tej pory Czech nie był w stanie grać. Musiał jednak pozostać na boisku, ponieważ ówczesne regulaminy nie przewidywały zmiany zawodników. Włosi mieli praktycznie przewagę jednego gracza. Mało tego, Attilio Ferraris IV sfaulował napastnika Puca tak brutalnie że powinien zostać wyrzucony z boiska. Sędzia faul odgwizdał, lecz Włocha nie ukarał. Lekarz zajmował się Pucem około 10 minut, więc Czesi mieli w polu już tylko 9 zawodników. Mimo tych strat mecz był bardzo wyrównany. Raz przeważali jedni, raz drudzy, obydwaj bramkarze mieli sporo pracy. Gole nie padały aż do 71 minuty. Kiedy tylko Puc wrócił na boisko, zakończył celnym strzałem akcje Sobotki. Zaskoczeni gospodarze na chwile stanęli. Najpierw pozwolili na strzał Nejedlemu, jednak piłka przeleciała nad poprzeczką. Potem, po jego akcji piłke dostał Sobotka. Obrońcy się zagapili, Combi wybiegł w kierunku napastnika, Czech go wyminął i mając przed sobą pustą bramke, trafił w słupek! Czesi załamali ręce. Kiedy sfaulowany obrońca Čtyroky leżał na ziemi a Eklind nie przerwał gry, Schiavio przejął piłke, podał do Orsiego a ten mocno strzelił pod poprzeczke. W 81 minucie Włosi wyrównali na 1:1. Pierwszy raz o tytule mistrza świata decydowała dogrywka. Pięć minut po jej rozpoczęciu Schiavio strzelił z 12 metrów tak mocno że nawet Planička nie mógł odbić piłki. Włosi wygrali 2:1. Czesi zebrali pochwały. Na dworcu w Pradze witały ich tłumy. W nagrodę piłkarze otrzymywali od osób prywatnych i rozmaitych firm zegarki, ubrania, beczki piwa ,,król obuwia” – Jan Antonin Bata wręczył każdemu grubą kopertę z banknotami. Prasa całej Europy pisała o nich jak o ,,moralnych zwycięzcach”. Nasze ,,Raz, Dwa, Trzy” napisało po finale że Szwed Eklind miał ,,włoskie oczy”. ,,Nie mam żadnych pretensji do włoskich piłkarzy. Oni byli bardzo dobrzy, chociaż grali za ostro ale sędziowania nigdy nie zapomnę…”. Kilka dni po finale w rozmowie z wysłannikiem ,,Przeglądu Sportowego” do Pragi, sekretarz generalny Czechosłowackiej Asocjacji Footbalowej, pełniący jednocześnie podczas mundialu funkcje trenera, Karel Petru, tak określił przyczyny porażki: ,,Było to przede wszystkim skutkiem odrębnego klimatu, dalej, innego jedzenia w czasie prawie dwudziestodniowego pobytu we Włoszech; następnie gospodarze postąpili nie bardzo fair, narzucając do finału na arbitra Szeda Eklinda, mającego na sumieniu zajścia na meczu Włochy-Austria”. Czechosłowakom na pociechę został tytuł króla strzelców Oldricha Nejedlyego. Zdobył 5 goli w 4 meczach. Nie wiadomo jak zakończyły by się mistrzostwa, gdyby nie zabiegi generała Vaccaro. Nie ulega jednak wątpliwości że Włochy miały w latach 30-tych jedną z najlepszą reprezentacji na świecie. Wygrywały mistrzostwa dwa razy z rzędu(1934 i 1938). Na Igrzyskach w Berlinie(1936) Włosi również zdobyli złoty medal. Trzeba jednak pamiętać iż w obydwu finałach mistrzostw świata Włochom wydatnie pomagali sędziowie a to pozostawiło wielki niesmak wśród kibiców. Na koniec składy z finału w Rzymie:

Włochy: Gianpiero Combi (c) – Eraldo Monzeglio, Luigi Allemandi - Attilio Ferraris, Luis Monti, Luigi Bertolini - Enrique Guaita, Giuseppe Meazza, Angelo Schiavio, Giovanni Ferrari, Raimundo Orsi

Czechosłowacja: František Plánička (c) – Ladislav Ženíšek, Josef Čtyřoký - Josef Košťálek, Štefan Čambal, Rudolf Krčil - František Junek, František Svoboda, Jiří Sobotka, Oldřich Nejedlý, Antonín Puč

10

W końcu efektowne zwycięstwo:

10 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała Meksyk 3:1 w trzecim meczu fazy grupowej mundialu w Argentynie. Selekcjoner Jacek Gmoch po spotkaniu z Tunezyjczykami zapowiadał zmiany w zespole. Nie wystawił w składzie Nawałki, Henryka Maculewicza, Szarmacha i Lubańskiego. Po raz pierwszy na mundialu w Argentynie w podstawowej jedenastce wybiegł Boniek. Oprócz niego nieobecnych zastąpili: Żmuda, Wojciech Rudy i Bogdan Masztaler. Meksykanie od początku przejęli inicjatywę i atakowali – groźnie i minimalnie niecelnie głową uderzał Hugo Sánchez. Chwilę później do Jana Tomaszewskiego znów uśmiechnęło się szczęście. Między 23. a 25. minutą kotłowało się pod naszą bramką, „El Tri” bili dwa kornery, w końcu nasz bramkarz pewną interwencją zażegnał niebezpieczeństwo. Polacy powoli opanowywali sytuację na boisku, byli coraz aktywniejsi i pewniejsi siebie. Meksykański bramkarz stanął na wysokości zadania po uderzeniu Andrzeja Iwana. W 43. minucie Soto nie miał już nic do powiedzenia. Po akcji Kazimierza Deyny z Grzegorzem Latą piłka dotarła do Bońka. „Zibi” nie kalkulował, tylko huknął pod poprzeczkę. Golkiper z Meksyku nawet nie drgnął. Polska prowadziła 1:0. Druga połowa rozpoczęła się dość niespodziewanie – gdy Meksykanie wyprowadzili kontratak, nasi obrońcy zdrzemnęli się nieco i Victor Rangel dość przypadkowo pokonał Tomaszewskiego. W 57. minucie przypomniał o sobie Deyna, który przejął piłkę wybitą przez rywali i uderzył mocno z 20. metrów. Futbolówka wpadła w okienko meksykańskiej bramki. Któż wówczas przypuszczał, że był to ostatni gol „Kaki” w koszulce z orłem na piersi?! Polacy przyspieszyli, pod bramką Soto kilka razy zrobiło się gorąco, ale Meksykanie dzielnie walczyli o punkt. Szczęścia próbowali Sánchez i Leonardo Cuéllar, jednak Tomaszewski przerzucał ich strzały nad poprzeczką. Rywale tracili siły i impet. Polacy chcieli dobić przeciwników i ta sztuka udała im się w 83. minucie – po podaniu rezerwowego Lubańskiego piłkę na 30. metrze otrzymał Boniek. Strzelił mocno i zaskakująco, a futbolówka poszybowała tam, gdzie bramkarzowi sięgnąć ją najtrudniej – w okolice „okienka”. „No i kto powiedział, że Boniek nie może grać razem z Deyną?!” – żachnął się na koniec transmisji telewizyjnej legendarny komentator TVP Jan Ciszewski. Było to trzecie w historii spotkanie Polski z Meksykiem i trzecie zwycięskie. Polacy wygrali swoją grupę i awansowali do kolejnej fazy. W drugiej rundzie grało osiem najlepszych drużyn. Polacy trafili do grupy „południowoamerykańskiej” razem z Brazylią, Argentyną i Peru. W pierwszej grupie grały RFN, Włochy, Austria i Holandia.

Polska: Jan Tomaszewski – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Wojciech Rudy (85. Henryk Maculewicz) – Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek, Bogdan Masztaler – Andrzej Iwan (76. Włodzimierz Lubański), Grzegorz Lato.

Meksyk: Pedro Soto – Ignacio Flores, Carlos Gómez, Rigoberto Cisneros, Arturo Vázquez – Leonardo Cuéllar, Antonio de la Torre, Javier Cárdenas (46. Guillermo Mendizábal) – Cristóbal Ortega, Victor Rangel, Hugo Sánchez.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

12

Prawdziwi cules nigdy nie zapominają!

10 czerwca 1927 r. w Budapeszcie urodził się Laszlo Kubala Stecs, Węgierski napastnik, wielka legenda FC Barcelony. Hiszpański odpowiednik jego imienia to Ladislao, natomiast Polski- Włodzisław. Jego matka miała polsko-węgiersko-słowackie korzenie a ojciec należał do mniejszości słowackiej na Węgrzech. Po rozpoczęciu kariery w budapesztańskim Ferencvarosi, przeniósł się do Czechosłowacji w celu uniknięcia służby wojskowej i rozegrał jeden sezon w Slovanie Bratysława. Tam poznał i poślubił Annę Viole Daučik, córkę trenera reprezentacji Czechosłowacji Ferdinanda Daučika. W 1948 r. powrócił na Węgry i grał kilka miesięcy w Vasas Budapeszt. W styczniu 1948 r. uciekł przed komunistami i trafił do Włoch, gdzie zaliczył epizod w drużynie Pro Patria. Podobno miał zgodzić się na udział w towarzyskim meczu z Benfiką w Lizbonie w barwach najsilniejszego wówczas we Włoszech(a być może i na całym świecie) AC Torino, lecz w ostatniej chwili zrezygnował ze względu na chorobę syna. Wszyscy piłkarze Torino wracający z Lizbony zgineli 4 maja 1949 r. w katastrofie lotniczej. W 1950 r. Kubala wszedł w skład drużyny uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej prowadzonej przez wspomnianego przeze mnieFerdinanda Daučika i przybył do Hiszpanii na serie spotkań towarzyskich. Podczas jednego z nich zauważyli go skauci Realu Madryt oraz legendarny Josep Samitier, wyszukujący talenty dla Blaugrany. W międzyczasie do gry wkroczył Real Madryt, który zaoferował Węgrowi kontrakt, lecz Samitier przekonał go do związania się z Barça. 15 czerwca 1950 r. Kubala stał się zawodnikiem FC Barcelony a Ferdinand Daučik objął posade trenera. Węgierski Związek Piłki Nożnej złożył w międzyczasie zażalenie do FIFA ze względu na bezprawną ich zdaniem ucieczkę Kubali a światowa ferderacja ukarało go rocznym wykluczeniem, przez które nie zagrał w Primera Division aż do 1951 r. Wystąpił jednak w rozgrywkach Copa del Generalismo, które Barça wygrała głównie dzięki niemu. W swoim pierwszym sezonie w La Liga strzelił 26 goli w 19 meczach, w tym siedem(co jest rekordem klubu w La Liga) ze Sportingiem Gijon i pięć z Celtą Vigo. Tak zaczęła się jego wspaniała kariera w Dumie Katalonii, której pomógł zdobyć 14 pucharów. To był geniusz, jego występy chciały oglądać tłumy i z czasem stadion Les Corts stał się za mały, więc to właśnie osoba Kubali stała się inspiracją dla budowy Camp Nou, stąd też jego pomnik stoi od 2009 r. przed stadionem. Przez 10 lat gry w Blaugranie Kubala rozegrał 329 spotkań strzelając 270 goli. Na stulecie klubu Ladislao Kubala został wybrany najlepszym piłkarzem w historii FC Barcelony.

Cześć i chwała legendom Barçy!


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

10

Zapomniane legendy Blaugrany:

10 czerwca 1912 r. urodził się Enrique Fernandez Viola. Pochodzący z Urugwaju trener FC Barcelony w latach 1947-50 jest jedynym obok Radomira Anticia szkoleniowcem, który prowadził zarówno Barçe, jak i Real i jedynym, który z obiema drużynami sięgał po mistrzostwo Hiszpanii. W latach 1935-36 Viola był napastnikiem Blaugrany i zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo Katalonii.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

0

@Mixtape Poważnie tak się wypowiedział!? Czy tylko tak z przekąsem żartował?
Jakoś nie chce mi się w to wierzyć...

13

,,Plaça Sant Jaume":

Aktualny plac zawdzięcza nazwę kościołowi ,,Saint Jaume”, prawdopodobnie najstarszemu w mieście, który stał kiedyś na tym miejscu. W 1823 roku został zburzony aby mogła tędy przebiegać ulica Ferran. Wcześniej plac był tylko małym zaułkiem, jako że resztę przestrzeni zajmowała krypta, siedziba magistratu i sądu oraz sam kościół. Począwszy od XIV wieku w tym miejscu znajdowała się ,,Casa Della Ciutat”, obecnie Urząd Miasta a także Pałac Katalońskiego Parlamentu- budynek z początku 15 stulecia. Od pierwszych lat XX wieku duma Katalonii prezentowała zdobywane puchary z balkonu parlamentu i Urzędu Miasta, co związało klub z najważniejszymi instytucjami miasta i kraju. Była to tradycja niemalże liturgiczna, gdyż piłkarze, trenerzy i szefowie klubu zwracali się do zebranych na placu kibiców. Tak było 14 maja 1922 roku, kiedy Barça po raz piąty zdobyła Puchar Króla pokonując w Vigo Real Union Irun. Zamieszki, do których doszło po meczu łącznie z atakami na piłkarzy Blaugrany wywołały ogromne wzburzenie w Barcelonie. Wszystko to przełożyło się na pamiętne przywitanie drużyny. Przy ,,Passeig de Gracia” na zawodników czekało ponad 20 000 osób. Tłum eskortował drużynę aż do placu Sant Jaume, gdzie została ona przyjęta przez Burmistrza Ferrana Fabre y Puiga, markiza d'Alella i prezydenta Mancomunitatu Josepa Puiga y Cadafalcha. Podobne wydarzenie powtórzyło się w 1928 roku, kiedy klub zdobył kolejny puchar a kapitan Josep Samitier z balkonu pałacu parlamentu skierował się do socios i sympatyków drużyny, którzy wypełnili plac do ostatniego miejsca: ,, Przed wyjazdem obiecaliśmy wam że wygramy a więc dziś przynosimy wam trofeum!". Tak samo działo się w okresie republiki, kiedy na ówczesnym placu republiki barceloniści między 1931 a 1938 rokiem świętowali wiele sukcesów. W miarę jak klub zdobywał nowe tytuły wygłaszanie przemówień z balkonu stało się tradycją i tak, obok zwykłych okrzyków na cześć Katalonii i Barçy, zaczęto wygłaszać mniej stereotypowe przekazy, jak choćby ten ówczesnego piłkarza Josepa Guardioli, kiedy klub po raz pierwszy wygrał Puchar Europy Mistrzów Klubowych w 1992 roku, gdy parafrazując słowa przewodniczącego Parlamentu Josepa Tarradellasa wykrzyknął: ,, Mieszkańcy Katalonii, już go tutaj mamy!". Balkon parlamentu był także świadkiem podskoków prezydenta Jordiego Puyola y Soleya w obecności Bułgara Christo stoliczkowe czy też parodiowania holenderskiego trenera Luisa Van Galla przez Oscara Garcia. Pomijając te wystąpienia, plac był przede wszystkim miejscem spontanicznych celebracji kibiców Barçy. Z wyjątkiem ostatnich lat, kiedy wszystko idealnie przygotowywano, wcześniej plac Sant Jaume był epicentrum spontanicznych wystąpień piłkarzy, prezentujących miasto swoje trofea. Jednak na początku XXI wieku, ze względu na wielkie tłumy chętnych, świętowanie przeniesiono na Camp Nou gdzie jest znacznie więcej miejsca i gdzie od 2005 roku piłkarzy celebrują razem z kibicami zdobyte trofea swobodnie, bez potu i ścisku. Joan Gamper oprócz tego że był piłkarzem a potem prezesował FC Barcelonie, często także przychodził na stadion kiedy grały juniorskie drużyny klubu. Po zakończeniu meczu miał w zwyczaju schodzić na plac gry i (niezależnie od wyniku) krzyczeć z Murawy: ,, Visca el FC Barcelona i Visca Catalunya!”. Stąd właśnie pochodzi źródło popularnych okrzyków, które potem stały się tradycją w wystąpieniach piłkarzy i trenerów na placu Saint Jaume.


@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

8

@FCBparasiempre
Każda historia ma swojego bohatera a każda drużyna swego generała, który z ławki dyryguje jej grą. Często bywa jednak tak, że pamięć o nich się zaciera wśród niezliczonych rozmów o piłkarzach, ich akcjach, zwodach, bramkach, paradach. W tej historii jednak w rolę generała i bohatera wcielił się jeden człowiek. Ciężko jednak nazwać Hugo Meisla „tylko” trenerem. Nie sposób również napisać, że był „aż” szkoleniowcem. Ten, pochodzący z zamożnej żydowskiej rodziny, pracownik banku, od zawsze interesował się futbolem. Jego wiedza na temat piłki była tak duża, że szybko porzucił karierę w świecie finansów, a rozpoczął tę w świecie futbolu. Meisl wymykał się wszelkim standardom. Nie pełnił w tym świecie jednej roli, ba!, nie pełnił dwóch czy trzech. Było ich więcej. W tym miejscu warto wspomnieć o jego karierze sędziowskiej. Debiut zaliczył w 1908 roku, a cztery lata później był rozjemcą w trakcie spotkań Igrzysk Olimpijskich w Sztokholmie. To jednak tylko mały(!), nic nie znaczący(!) epizod w jego życiu. To co ważne, działo się w Austriackim Związku Piłki Nożnej, którego był działaczem a z czasem i Sekretarzem Generalnym. To za jego sprawą w Austrii zaczęto rozbudowywać obiekty sportowe, a w 1924 wprowadzono tam zawodowstwo. Wcześniej zrobiono to tylko w Anglii. Meisl działał też zresztą na arenie międzynarodowej. To w dużej mierze jemu zawdzięczamy powstanie Pucharu Mitropa oraz Pucharu Dr. Gero. Jako trener reprezentacji zadebiutował w 1912 roku, a jego podopieczni wygrali 3-1 z drużyną Włoch. Wybuch I Wojny Światowej, który nastąpił dwa lata później, przerwał jednak jego dobrze zapowiadającą się karierę trenerską. To nie mogło jednak powstrzymać Meisla i tuż po zakończeniu działań wojennych na powrót zajął się kadrą, która już wkrótce miała stać się postrachem Europy. Po wojnie w reprezentacji Austrii nie działo się zbyt dobrze. Przez długi okres grywała ona ze zmiennym szczęściem, odnosząc wyniki, które nie podobały się zarówno kibicom, jak i dziennikarzom. Do tego dochodziły również ciągłe roszady w składzie, co wystawiało Meisla na jeszcze większą krytykę. W odpowiedzi postanowił on zrobić rzecz kompletnie niespotykaną. Zaprosił wszystkich wątpiących w słuszność jego wyborów „do swojej ulubionej wiedeńskiej kawiarni Ring-Cafe przy Berggasse 9”, gdzie wręczył im papierowe serwetki i oznajmił: „Proszę bardzo, uważnie słucham panów propozycji”. Ciężko w to dziś uwierzyć, ale jedna z największych drużyn w historii futbolu narodziła się w taki właśnie sposób. Austriacy grali wtedy w tak zwanym „stylu szkockim”, który stosowany był zresztą w wielu krajach współczesnej Wunderteamowi Europy. Jego wprowadzenie zawdzięczamy Jimmy’emu Hoganowi (zresztą dobremu znajomemu Meisla), a opierał się on na świetnym wyszkoleniu technicznym, ataku pozycyjnym i szybkiej wymianie krótkich podań. Skuteczność tego systemu gry najlepiej potwierdzają wyniki Austrii w kolejnych latach. Od wygranego 2-1 meczu z Czechosłowacją, rozgrywanego 12 kwietnia 1931 roku, rozpoczęła się jej passa 14 spotkań bez porażki w meczach międzynarodowych, którą zakończyć zdołali – na własnym terenie – Anglicy, pokonując Austriaków 4-3. W czasie tej serii padły takie rezultaty jak: 8-2 z Węgrami u siebie, 8-1 ze Szwajcarią na wyjeździe czy 5-0 z Niemcami w meczu rozgrywanym w Wiedniu. Po porażce z Anglikami drużyna Austrii nieco obniżyła loty, ale wciąż była groźna dla wszystkich, o czym najlepiej świadczą chociażby wygrane 4-0 z Francją i 4-2 z Włochami. To była siła, z którą każdy w Europie musiał się liczyć. Nawet geniusz na ławce, jakim niewątpliwie był Meisl, nie poradzi sobie bez świetnych zawodników. Na swoje szczęście o to selekcjoner austriackiej kadry martwić się nie musiał. W składzie miał m.in. takich zawodników jak Urbanek, Schall, Zichek czy Bican. Nie byłoby jednak Wunderteamu bez jednego człowieka. Człowieka z papieru. Panie i panowie, przed wami Matthias Sindelar!

Urodził się w 1903 roku, w małej wiosce Kozlov. Wtedy była to monarchia austro-węgierska. Dziś, to zamieszkałe przez nieco ponad 400 osób (jak twierdzi czeska wersja Wikipedii), miasteczko znajduje się w Czechach. Jeśli chcecie znaleźć je na mapie – szukajcie kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Brna. Jego ojciec, Jan, był kowalem. W 1905 roku, wraz z rodzicami (matka miała na imię Maria) przeniósł się do Wiednia. To tam rozpoczął swoją przygodę z piłką. Zaczęło się to wszystko dość typowo, kopaniem futbolówki na ulicy. W 1918 roku Sindelar dołączył do pierwszego klubu w swoim życiu. Została nim Hertha Wiedeń, gdzie grał do roku 1924. Wtedy to dołączyć go do swojego zespołu zdecydowała się inna drużyna ze stolicy – Austria. Przez kilkanaście lat gry w jej składzie przyczynił się do zdobycia pięciu Pucharów Austrii, jednego mistrzostwa i dwukrotnego wygrania Pucharu Mitropa. To, co w jego życiu najważniejsze, działo się jednak nie w klubie a w reprezentacji. Sindelar idealnie pasował do kadry. Był ucieleśnieniem stylu, w którym umysł był ważniejszy od siły. Jak to świetnie ujął John Ashdon w artykule dla Guardiana: „Pióro było mocniejsze od miecza”. Debiut w reprezentacji zaliczył w 1926 roku. Zdobył w nim bramkę a Austria pokonała Czechów 2-1. Kolejne dwa trafienia dołożył w meczu przeciwko reprezentacji Szwajcarii. Cztery bramki wpakował w trzech meczach przeciwko Szwedom. Mimo takiej dyspozycji, mimo idealnego wpasowania się Sindelara do założonej przez Meisla koncepcji gry, trener postanowił, paradoksalnie, postawić w ataku na… siłę –„Człowieka z papieru” zastąpił Josef Uridil. W tym miejscu należy podkreślić, że przydomek Matthiasa nie wziął się znikąd – pomijając lekkość jego ruchów na boisku (od których zresztą wziął się inny przydomek – „Mozart futbolu”), był po prostu drobnej budowy, stosunkowo chudy, szczególnie jak na pozycję środkowego napastnika, którą zajmował. Na regularne występy w kadrze Sindelar musiał poczekać do początku lat 30. Wtedy to – grając jako, jak to ujął wspomniany już John Ashdon „prototyp fałszywej dziewiątki z lat 30.”- najpierw zdobył bramkę w wygranym 5-0 meczu ze Szkocją, a później… dołożył kolejne 16. W szesnastu rozegranych spotkaniach, na przestrzeni dwóch lat. Sindelar był gwiazdą, postacią, wokół której budowana była reprezentacja i jej niekwestionowanym liderem. I choć w roku 1933 dało się zauważyć lekki spadek formy kadry, to wszyscy w Austrii czekali wtedy na coś większego. Prawdopodobnie najlepsza w tym czasie reprezentacja na Starym Kontynencie jechała tam w roli jednego ze zdecydowanych faworytów. Co prawda szczyt formy mieli już za sobą, ale wszyscy wiedzieli, że należy się ich obawiać. Austria(nawet jeśli nieco osłabiona) wciąż była tym Wunderteamem, który wygrał czternaście spotkań z rzędu. Potwierdzili to zresztą kilka miesięcy przed mistrzostwami, gdy pokonali ich gospodarzy, Włochów, 4-2 w meczu rozgrywanym w Turynie. Co ciekawe żadnej z bramek nie strzelił wtedy Sindelar. Mundial zaczął się jednak dla Austriaków bardzo ciężkim sprawdzianem. Naprzeciw nim wyszła reprezentacja Francji, która nie zamierzała łatwo się poddać. 27 maja 1934 roku, do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka, bowiem w regulaminowym czasie padły zaledwie dwie bramki. Dla Austrii strzelił (a jakże!) Sindelar, dla Francji Nicolas. Dodatkowe 30 minut przyniosło kolejne trzy trafienia. Dwa z nich – za sprawą Schalla i Bicana – zdobyli Austriacy. Reprezentacja Trójkolorowych zdołała odpowiedzieć jedynie golem Verriesta zdobytym z rzutu karnego. Kilka dni później, ostatniego dnia maja podopieczni Hugo Meisla mierzyli się z drużyną Węgier, którą zdołali pokonać 2-1. Widowisko to, obserwowało z trybun stadionu w Bolonii ok. 25 000 widzów. Bramki dla zwycięzców zdobyli Horvath i Zischek. Już wtedy dało się jednak zauważyć, że nie wszystkie tryby w drużynie Austrii działały odpowiednio. W półfinale Austriacy mieli zmierzyć się z reprezentacją gospodarzy. Tą samą, którą kilka miesięcy wcześniej pokonali w Turynie. Włosi mieli w nogach jeden rozegrany mecz więcej – ich spotkanie ćwierćfinałowe z Hiszpanią zakończyło się remisem i o awansie przesądziło kolejne, rozgrywane dzień później, w którym zwycięstwo zawodnikom z Italii zapewniła bramka legendarnego Giuseppe Meazzy. Austriacy mieli więc prawo sądzić, że będą faworytami w starciu o finał. Problem w tym, że Włosi mieli dwa asy w rękawie.

Po pierwsze, grali u siebie i… sami wybierali sobie sędziów. Czy to oznacza, że mistrzostwa te były ustawione? Jak pisał w „Kopalni” Leszek Jarosz: „Poszlaki, jak wystawne przyjęcia i kolacje dla arbitrów, istnieją, ale twardych dowodów brak i pewnie nigdy ich nie będzie”. Sędziowie podjęli w trakcie ich trwania wiele kontrowersyjnych decyzji, z których zdecydowana większość (o ile nie wszystkie!) padły na korzyść gospodarzy. Trzeba jednak pamiętać, że Włochy były wtedy krajem faszystowskim, rządzonym twardą ręką. Arbitrzy łatwo mogli ulec presji i, nawet nie do końca świadomie, sprzyjać Włochom. Drugim atutem gospodarzy był… zły stan murawy. Po prostu. Austriacy nie mogli rozgrywać piłki tak, jak lubili najbardziej – szybkimi podaniami po ziemi. Grający twardo Włosi doskonale to wykorzystali (dwadzieścia lat później Niemcy w podobny sposób, ale w finale, pokonali Węgrów). Momentem, który najczęściej jest wspominany, gdy mówi się o tym meczu jest, co wydaje się być dość oczywiste, gol dla Włochów. Niestety, nie przez jego urodę, a przez – czy mogło być inaczej? – kontrowersyjną, a wręcz skandaliczną decyzję arbitra. Ivan Elklind ze Szwecji uznał bramkę, przy której golkipera Austriaków ewidentnie sfaulował Meazza, wpadając na niego, gdy ten trzymał już piłkę w rękach. Piłkę do siatki wepchnął Guaita, a ostatecznie w bramce znaleźli się aż trzej reprezentanci Włoch. Ciekawostką jest fakt, że arbiter nie został w żaden sposób potępiony za swój błąd. Co więcej, w ostatniej chwili – zastępując Baerta – został wyznaczony do prowadzenia meczu finałowego pomiędzy Włochami a Czechosłowacją. Czy to tylko czysty zbieg okoliczności? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Spotkanie o trzecie miejsce to już powolne konanie Wunderteamu. Ostatecznie zakończyło się ono porażką reprezentacji Austrii 2-3, a ich pogromcami okazała się drużyna III Rzeszy. To właśnie w taki sposób wielkie nadzieje całego kraju pękły niczym bańka mydlana. Prawdopodobnie najlepszej drużynie w historii kraju, a także(przez pewien czas) najlepszej w Europie, nie udało się zdobyć medalu mistrzostw świata. „Football, bloody hell”.

Historia jest okrutna, czyli krótkie kalendarium:

Rok 1936. Reprezentację Austrii wciąż prowadzi Meisl. Dociera ona do finału (w półfinale pokonując Polskę) Igrzysk Olimpijskich, w których jej rywalem są Włosi. Mecz ten ma być wielkim rewanżem za półfinał mistrzostw świata. Tak się jednak nie dzieje – po dogrywce lepsi znów okazują się rywale.

Rok 1937. Umiera twórca potęgi austriackiej piłki. 17 lutego 1937, w skutek ataku serca ginie Hugo Meisl.

Rok 1938. III Rzesza wciela Austrię do Niemiec – anschluss ma swoje konsekwencje również w świecie sportu. Do kadry niemieckiej wcieleni zostają najlepsi piłkarze nieistniejącego już Wunderteamu. To oficjalny koniec potęgi austriackiej piłki.

Rok 1938 (raz jeszcze). Na mistrzostwach świata we Francji Niemcy ulegają Szwajcarii. Drużyna, w której składzie znajduje się pięciu Austriaków zawodzi wszystkich. Mówi się, że to właśnie reprezentanci wcieleni do kadry przymusem, niedostatecznie przyłożyli się do gry. Zemsta za anschluss?

Rok 1939. 23 stycznia, do drzwi wiedeńskiego mieszkania puka Gustav Hartmann, który szuka swojego przyjaciela. Znajduje go. Matthias Sindelar, największa gwiazda w historii austriackiej piłki, nie żyje. Oficjalną przyczyną zgonu jest zatrucie tlenkiem węgla. Nieoficjalnie – mówi się o niemieckim zabójstwie, dokonanym w ramach zemsty, za odmowę gry w reprezentacji III Rzeszy.

Rok 1954. W cieniu sensacji(czytaj oszustwa), którą była wygrana reprezentacji RFN nad Węgrami w finale mistrzostw świata, Austriacy zdobywają brązowy medal. Dwadzieścia lat po nieudanej próbie zawojowania Mundialu przez Sindelara i jego kolegów z boiska. Jednak to o podopiecznych Meisla mówi się częściej. W końcu byli Wunderteamem.

1

@blakkudium Jakieś kalafiory grają w tych makaronach...

0

W końcu emocje w wielkoszlemowym finale French Open jak na finał przystało!
Kto wygra? Ten najodważniejszy. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!

0

Pan Carlos Alcaraz taki sympatyczny facet a czasami tak irytuje prosto zepsutymi pilkami...

1

@agaFCB Nigdy nie mów nigdy. Nic do końca nie wiadomo

9

,,Konik polny”:

Był rok 1902, kiedy pod numerem 198 przy ulicy Comte d'Urgell, wówczas należącej do jednego z czterech dystryktów, na które w 1858 roku podzieliła się dawna gmina Les Corts de Sarria, urodził się Josep Samitier Vilalta. Wywodzący się z rodziny robotniczej ,, Sami" całe dzieciństwo spędził na tamtym osiedlu, znanym jako Can Batllo. Jego nazwa nawiązywała do fabryki włókienniczej, założonej w 1867 roku przez Feliksa Batllo Barrere w budynku, w którym obecnie znajduje się Escola Industrial i różne lokale władz miasta. Samitier uczył się w szkole Jose Soli, mieszczącej się przy ulicy Rossello. Po zajęciach miał w zwyczaju spacerować aż do boisk, na których Barça rozgrywała swoje mecze, przy ulicach Muntaner i Industria a często biegiem wracał ze szkoły do domu żeby jak najszybciej móc usiąść na balkonie, skąd widział plac gry przy ulicy Industria. Z tego miejsca mały sami ze stopami trzymanymi między żelaznymi prętami balustrady godzinami oglądał piłkę nożną. Widział jak na tamtym boisku gra genialny Paulino Alcantara, jego Idol z dzieciństwa. Pewnego dnia na treningu pierwszej drużyny młodziutki Samitier podszedł do goleadora Barcelony żeby się z nim przywitać a ten po zamienieniu kilku słów powiedział mu: ,, Ty będziesz piłkarzem". Od tamtego dnia mały ,,Sami” nie przestawał marzyć o tym by pewnego dnia włożyć koszulkę Blaugrany. W 1913 roku Samitier rozpoczął sportową karierę w juniorskich drużynach FC International, który w 1922 roku połączył się z Centre d'sports de Sands, na skutek czego powstała Unio Esportiva de Sants. Dyrektorzy FC Barcelony, Joan Esriba i Antoni Olive zwrócili uwagę na młodego napastnika drużyny zielono-białych w 1918 roku. Sprowadzili go do klubu, gdy miał zaledwie 16 lat i futbol łączył z pracą hydraulikę. W zamian za związanie się z barwą dostał garnitur i zegarek z błyszczącą tarczą. W ten oto sposób ,,Sami” spełnił marzenie by grać w FC Barcelonie, gdzie dzielił szatnię z Alcantarą do czasu aż w 1927 roku piłkarz z Filipin zakończył karierę zawodową. Zadebiutował w pierwszej drużynie w 1919 roku i od razu stał się jednym z pierwszych wielkich idoli barcelonizmu. Z dumą Katalonii Samitier zdobył 12 tytułów mistrza Katalonii, jedno mistrzostwo Hiszpanii oraz 5 Pucharów Króla. Strzelił 326 goli w 454 meczach, które rozegrał w koszulce Barçy. Ze względu na zwrotność i ruchliwość znany był jako ,,Człowiek konik polny” albo ,,Czarodziej”, chociaż pierwszym przydomkiem jaki mu nadano był ,,Pears”, ponieważ zwinnością przypominał znakomitego zawodnika zespołu New Country, który grał w Blaugranie. Związek Samietiera z klubem nie zakończył się bynajmniej gdy piłkarz zawiesił buty na kołku. W 1944 roku został trenerem Barçy. Prowadząc pierwszą drużynę w sezonie 1944/45 wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, tytuł, którego klub nie mógł zdobyć od 1929 roku. Później, kiedy był sekretarzem technicznym FC Barcelony zarekomendował transfer Węgra Ladislao Kubali, po tym jak 10 czerwca 1950 roku obejrzał jego występ z zespołem Hungaria na stadionie Saria.


@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@misterio No to trzeba było od razu tak pisać a nie używać jakiejś cholernej chińszczyzny!
Dzięki śliczne za wyjaśnienie i jednocześnie prośba żebyś nie pisał po chińsku...

0

@misterio Co oznacza słowo ,,prime"?

2

@FcPortoFan1999 No tak, to była dla reprezentacji ostatnie udane mistrzostwa tej rangi ale też i troche szczęśliwe, gdyż ze Szwajcarami wcale nie byliśmy lepszą ekipą i pokonaliśmy ich ledwo w rzutach karnych...

6

@FCBparasiempre
W tym miejscu jedna uwaga(choć chyba czytelnicy zdążyli się już zorientować) jako, że był to szczególny, dla wielu jedyny udany turniej reprezentacji, jaki pamiętają, to na występ Polaków kładziemy dziś największy nacisk. Skoro jest okazja, by wreszcie zamiast Hiszpanii, Portugalii czy Czech chwalić naszych trzeba ją wykorzystać. W grupie C EURO 2016, do której losowano nas z trzeciego koszyka, trafiliśmy ponownie na Niemców a oprócz tego na Ukrainę i Irlandię Północną. Szanse awansu oceniano jako wysokie, zwłaszcza wobec zmiany formuły rozgrywek. Po raz pierwszy na EURO miała zostać rozegrana faza 1/8 finału. Wobec tego z 24 uczestników zmagań grupowych aż 16 przechodziło dalej. Bezpośredni awans miały zapewnione dwie pierwsze drużyny oraz cztery z najlepszym bilansem spośród tych z trzecich miejsc. Nie tylko w Polsce spekulowano zatem, że do sukcesu może wystarczyć nawet jedno zwycięstwo przy dwóch porażkach. Rozbudowany format oznaczał też zwiększenie liczby stadionów do dziesięciu. Największy z nich to oczywiście podparyski Saint Denis. Na szczęście tym razem, inaczej niż 12 lat wcześniej w Portugalii, organizatorzy podeszli do sprawy pragmatycznie. Pisaliśmy niedawno o tym, że większość stadionów, na których rozgrywano EURO 2004 jest obecnie „sierotami”. We Francji wszystkie 10 obiektów do dziś jest regularnie używanych, w tym dziewięć przez kluby Ligue1. Cztery z nich postawiono specjalnie na EURO 2016, sześć istniejących rozbudowano. Ilu dokładnie polskich kibiców pojechało do Francji wspierać naszych? Tego dokładnie nie wiadomo, ale słynne „gramy u siebie” i inne polskie przyśpiewki słychać było od pierwszego starcia z Irlandią Północną. Na boisku szło nam ciężko. Do przerwy nie mogliśmy strzelić gola, ale coś, już na pierwszy rzut oka, było inaczej niż w dotychczasowych premierowych grach na wielkich imprezach – atakowaliśmy. Stwarzaliśmy też okazje, a te najlepsze marnował Arkadiusz Milik. Zresztą nie ostatni raz na tym EURO, co stanie się wkrótce tematem popularnych nad Wisłą żartów. Milik jednak tuż po przerwie wreszcie trafił i na przekór „hejterom” stał się pierwszym polskim zdobywcą gola na tych mistrzostwach. Mieliśmy kilka sytuacji do podwyższenia, ale znów zabrakło skuteczności. Nikła wygrana 1:0 była jednak jak najbardziej zasłużona. Dużo radości sprawiła wszystkim świadomość, że bez względu na rezultat z Niemcami do końca będziemy w grze. Bez meczu o honor, być może nawet bez meczu o wszystko i z wygranym meczem otwarcia – polscy kibice przecierali oczy ze zdumienia. Kontuzji w starciu z napastnikiem rywali doznał Wojciech Szczęsny. Wkrótce okazało się, że wykluczy go ona z gry już do końca turnieju. Nie sposób uniknąć analogii z poprzednim EURO, gdzie udział Wojtka, wtedy z powodu czerwonej kartki, też zakończył się na jednym meczu. W drugiej kolejce, już po raz czwarty za kadencji Nawałki, zmierzyliśmy się z Niemcami. I podobnie jak w sparingu dwa lata wcześniej padł wynik bezbramkowy. Rywale częściej byli przy piłce, ale to ponownie Arkadiusz Milik marnował najlepsze sytuacje. To spotkanie mogliśmy wygrać. Być może, jak na mistrzostwach świata 1978, mieliśmy dla wielkiego przeciwnika zbyt dużo respektu? Tak czy inaczej remis był cennym rezultatem. Do tego niemal gwarantował wyjście z grupy bez względu na przebieg ostatniego starcia z Ukrainą. Rywale, mimo wcześniejszych dwóch porażek, wciąż mieli teoretyczne szanse na awans. Musieli „tylko” wysoko wygrać z nami. Nie byli nawet blisko. Zwyciężyliśmy po trafieniu Jakuba Błaszczykowskiego. Zajęliśmy drugie miejsce w grupie z dorobkiem siedmiu punktów, tyle samo zdobyli Niemcy. Z trzeciego miejsca udało się wyjść Irlandii Północnej, której wystarczyły do tego 3 pkt. To pokazuje jak niespotykanie spokojny i pewny był awans Polaków. Przez całą fazę grupową nie straciliśmy bramki. Michał Pazdan siał postrach wśród rywali, a po meczu z Niemcami trafił nawet do jedenastki kolejki EURO. To były mistrzostwa defensora Legii Warszawa. Budujący był też obraz całej, zjednoczonej na wspólnym celu drużyny. Dochodzące z szatni sceny pokazywały osobę wielkiego lidera, jakiego Polska miała nie tylko na boisku w Robercie Lewandowskim. To on, jeśli było trzeba w mocnych słowach, mobilizował zespół przed i w trakcie meczu. Trener oddawał „Lewemu” pole w tym aspekcie wcale przy tym nie tracąc na respekcie czy charyzmie. Znający swoje, centralne, miejsce, dobrze czujący się na boisku i po za nim Lewandowski właśnie za kadencji Adama Nawałki przeżywał w kadrze najlepszy okres i najwięcej jej dawał. Nawet jeśli, tak jak w fazie grupowej EURO 2016, nie strzelał bramek. Najważniejszy był efekt w postaci awansu i styl, który mimo zaledwie dwóch strzelonych goli mógł się podobać. Zresztą samo pojawienie się jakiegokolwiek stylu w kontekście gry reprezentacji Polski też było pewną nowością.

Rywalem rozpędzonych Polaków w 1/8 finału została Szwajcaria. Podobnie jak my zajęła drugie miejsce w grupie za jej zdecydowanym faworytem – Francją. Na tym analogie się nie kończyły – z potentatami bezbramkowo zremisowali, nie przegrali meczu i strzelili tylko dwa gole. Zdobyli jednak od Biało-czerwonych mniej punktów – 5 i stracili jedną bramkę. Remis z Francuzami to ich najbardziej wartościowy wynik w fazie grupowej, oprócz tego pokonali debiutującą Albanię i zremisowali z Rumunią. Helweci stanowili drużynę bez gwiazd pokroju Lewandowskiego, za to z silną, zbalansowaną jedenastką, której większość grała w najmocniejszych europejskich ligach. Na papierze szanse wydawały się być wyrównane. Trudno też mówić o jakiejkolwiek przewadze doświadczenia, skoro fazę 1/8 finału rozgrywano pierwszy raz w historii EURO. Odzwierciedlała to sytuacja na boisku. Mecz toczono „na styku”, aż do 39’ minuty kiedy po asyście Kamila Grosickiego prowadzenie Polakom dał Jakub Błaszczykowski. Od tej pory rosła przewaga Szwajcarów, choć nie można powiedzieć, że Biało-czerwoni tylko się bronili. Jeszcze 10 minut przed końcem na tablicy widniał korzystny dla nas rezultat. Wtedy Xherdan Shaqiri nieprawdopodobnym strzałem wyrównał. To był najpiękniejszy gol mistrzostw, rodem z innej planety. Naszej defensywy w inny sposób najwyraźniej nie dało się wtedy pokonać. Dogrywka przebiegła pod znakiem narastającego naporu Szwajcarów, który udało nam się przetrwać głównie dzięki ofiarnym interwencjom obrońców i świetnej grze Łukasza Fabiańskiego w bramce. Wkrótce polscy piłkarze i kibice mieli przeżyć emocje na nieznanym sobie poziomie. Rzuty karne w fazie pucharowej EURO. Najpierw marzeniem był sam awans, na który czekaliśmy przez 13 nieudanych kwalifikacji, potem pierwsza wygrana, premierowe wyjście z grupy a teraz coś, co nawet bez udziału Polaków wywołuje u piłkarskich fanów szybsze bicie serca. Nawałce została jedna zmiana. Ledwo dwa lata wcześniej wprowadzony tuż przed serią „jedenastek” Tim Krul wygrał Holendrom ćwierćfinał mistrzostw świata z Kostaryką. Polski trener, nie po raz ostatni, postawi jednak na „Fabiana”, co wkrótce będzie szeroko dyskutowane. Karne po polskiej stronie celnie rozpoczął Lewandowski. Potem nie mylili się Milik, Błaszczykowski i Glik. Kiedy Granit Xhaka nie trafił w bramkę wiadomo było, że celny strzał Grzegorza Krychowiaka da nam historyczny awans do ćwierćfinału EURO. Krycha wytrzymał napięcie i pewnie pokonał Szwajcarskiego bramkarza. Piłkarze pobiegli do siedzących za bramką polskich i kibiców i wspólnie celebrowali sukces. To były piękne obrazki. W ćwierćfinale graliśmy z Portugalią, która dotychczas...nie wygrała na tym turnieju meczu w regulaminowym czasie. Fazę grupową Cristiano Ronaldo i spółka przeszli dzięki trzem remisom i nowym regułom pozwalającym na awans zespołom z trzecich miejsc. W 1/8 decydującego gola strzelił Nani w końcówce dogrywki. W Polsce panowało prawdziwe futbolowe szaleństwo. Już w drugiej minucie odblokował się Robert Lewandowski strzelając najszybszego gola w EURO 2016. Wyrównał jeszcze przed przerwą jego nowy kolega klubowy z Bayernu – Renato Sanches. To znów był strzał z dalszej odległości. Polskie pole karne pozostawało niezdobyte. Mimo, że rezultat do końca meczu a nawet dogrywki, się nie zmienił momentami graliśmy porywający futbol. Byliśmy przynajmniej równorzędnym rywalem dla CR7, Naniego czy Ricardo Quaresmy. Męskie sporty zespołowe od lat dostarczały polskim kibicom niezapomnianych emocji. Mistrzowie tie-breaków(siatkarze), czy horrorów(piłkarze ręczni) do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Teraz czekały nas drugie rzuty karne w historii startów na wielkich imprezach. I drugie w ciągu tygodnia. Adam Nawałka postawił na ten sam zestaw strzelców. Zaczęli pewnie kapitanowie: Robert Lewandowski i Cristiano Ronaldo. Potem po naszej stronie nie pomylili się Milik i Glik. Uderzenie Jakuba Błaszczykowskiego obronił Rui Patricio i gdy Quaresma pokonał Fabiańskiego piąty strzał Krychowiaka nie był już potrzebny. Odpadliśmy, choć z 9 wykonywanych na turnieju „jedenastek” zmarnowaliśmy tylko jedną. W tym turnieju Polska ani przez chwilę nie przegrywała w regulaminowym czasie gry. To sytuacja bez precedensu. Łukasz Fabiański po zastąpieniu Wojciecha Szczęsnego bronił wspaniale. Z Portugalią i Szwajcarią niejednokrotnie ratował nasz zespół. Nigdy nie był jednak specjalistą od karnych i decyzja o zmianie, zwłaszcza, że w obu przypadkach Nawałka jeszcze jedną miał w odwodzie, ujmy „Fabianowi” by nie przyniosła. Na ławce mieliśmy prawdziwego króla „jedenastek” – Artura Boruca. Przypomnijmy, że wspomniany Tim Krul po wybronieniu Holendrom karnych w kolejnym spotkaniu potulnie wrócił na ławkę rezerwowych, a Jasper Cilessen do bramki. Wszyscy byli zadowoleni z osiągniętego wspólnymi siłami awansu. O tym czy na EURO 2016 mogło być podobnie, czy to tylko futbolowe science-fiction już się nie przekonamy. Odpadliśmy ale to były niezapomniane chwile dla polskich piłkarzy i kibiców. Dla polskiego fana wyjście z grupy, ćwierćfinał, rzuty karne na wielkiej imprezie to zupełnie inne przeżycie niż dla angielskiego czy niemieckiego. Tak jak wszystko, co przeżywa się pierwszy raz. Obecne pokolenie kibiców sukcesy Górskiego czy Piechniczka zna z telewizji i opowieści. Dla nas EURO 2016 to coś, co na zawsze zostanie w pamięci. Nowością była jakość, rozpoznawalny styl i atmosfera panująca w kadrze i wokół niej. Po raz pierwszy od dawna powracających do kraju piłkarzy witały wiwatujące tłumy na lotnisku.

Tak jak finały Mistrzostw Europy 2012 stały się szansą na gospodarczy rozwój Polski i Ukrainy i otwarcie Europy na Wschód, tak te rozegrane cztery lata później dały okazję do wypromowania kilku słabszych futbolowo nacji. Irlandia , Irlandia Północna, Islandia, Węgry, Albania nie tylko mogły poczuć atmosferę wielkiego piłkarskiego święta ale też dzięki nowej formule do końca liczyć się w grze o awans do fazy pucharowej a nawet, jak w przypadku Islandii w niej zagrać i wyeliminować Anglików. Kibice z tych krajów dali ogromny powiew świeżości. Śpiewy Irlandczyków czy fanów z Islandii pamięta każdy. Oni w przeszłości nie przegrywali, tak jak ich piłkarze, eliminacji a mimo to nie mieli okazji pokazania się na wielkim turnieju. Faza grupowa zakończyła się 22 czerwca. Do fazy pucharowej, poza drużynami z pierwszych i drugich miejsc, awansowały cztery drużyny z trzecich lokat. Dzięki temu do 1/8 finału dostali się Portugalczycy, którzy wygrali turniej. Cristiano Ronaldo i spółka w rywalizacji grupowej zdobyli zaledwie trzy punkty. Faza pucharowa rozpoczęła się 25 czerwca. W pierwszych spotkaniach zmierzyli się Polacy ze Szwajcarami oraz Portugalia z Chorwacją. Biało-czerwoni awansowali po rzutach karnych, a o zwycięstwie Portugalii przesądził gol Ricardo Quaresmy w dogrywce. W kolejnych dniach awans uzyskali Walijczycy, Belgowie, Niemcy, Włosi i Francuzi. Wielką sensację sprawili Islandczycy, którzy wyeliminowali Anglików. Pierwszym ćwierćfinałem było spotkanie Polski z Portugalią, które rozegrano 30 czerwca. Biało-czerwoni po szybkim objęciu prowadzenia później pozwolili doprowadzić rywalom do wyrównania. O losach spotkania przesądziły rzuty karne, które lepiej wykonywali Portugalczycy. Dzień później Walijczycy sprawili sensację w starciu z Belgami. Mecz lepiej zacząl się dla piłkarzy Marca Wilmotsa, którzy prowadzenie po golu Radji Nainggolana. Później gole Ashleya Williamsa, Hala Robsona-Kanu i Sama Vokesa sprawiły, że to Walijczycy awansowali do półfinału. Wielkie emocje były w trzecim ćwierćfinale i starciu Niemców z Włochami. W podstawowym czasie gry był remis 1:1, a bramki zdobyli Mesut Oezil oraz Leonardo Bonucci. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i zwycięzcę miały wyłonić rzuty karne. W nich obie drużyny były niezwykle nieskuteczne. Niemcy awansowali dopiero po... dziewiątej serii "jedenastek", a wygraną zapewnił im Jonas Hector. Kolejnej sensacji nie sprawili już Islandczycy, którzy przegrali z Francją 2:5. Trójkolorowi już do przerwy prowadzili 4:0. Piłkarze Didiera Deschampsa w drugiej połowie pozwolili rywalom na nieco więcej ale i tak byli spokojni o końcowy wynik. 6 lipca w Lyonie rozpoczęła się walka o finał. Portugalczycy pokonali Walijczyków 2:0. Pięknego gola na 1:0 w 50. minucie strzelił Cristiano Ronaldo, który popisał się kapitalnym uderzeniem głową. Trzy minuty później podwyższył Nani i Portugalia cieszyła się z awansu. Dzień później, na Stade Velodrome w Marsylii, Niemcy zagrali z Francuzami. Bohaterem spotkania okazał się Antoine Griezmann. Napastnik gospodarzy turnieju w doliczonym czasie gry pierwszej połowy otworzył wynik, a w 72. minucie trafił po raz drugi. Ówcześni mistrzowie świata nie byli w stanie odpowiedzieć. Trójkolorowi stanęli przed szansą zdobycia mistrzostwa Europy przed własną publicznością. 10 lipca 2016 roku, na Stade de France rozegrano finał turnieju. Zadanie Portuglczyków skomplikowało się już na początku. Cristiano Ronaldo został zaatakowany przez Dimitriego Payeta. "CR7" doznał urazu kolana i lider drużyny z Półwyspu Iberyjskiego opuszczał boisko zalany łzami. Brak Ronaldo nie podłamał Portugalczyków. Zespół Fernando Santosa skupił się na obronie, a gospodarze raz po raz atakowali. Znakomite okazje mieli m.in. Olivier Giroud i Antoine Griezmann. W bramce świetnie prezentował się jednak Rui Patricio, graczom Santosa w kilku sytuacjach dopisało też szczęście. W dogrywce Ronaldo pojawił się już na ławce rezerwowych i z zabandażowanym kolanem... asystował Santosowi przy linii bocznej. W 109. minucie Eder, który wcześniej wszedł na boisko z ławki rezerwowych, mocno kopnął z dystansu i pokonał Hugo Llorisa. Portugalczycy nie oddali już przewagi i po raz pierwszy w historii sięgnęli po trofeum. Królem strzelów turnieju został Antoine Griezmann, który zdobył sześć bramek. Najwięcej asyst(4) mieli Eden Hazard i Aaron Ramsey. Z bramkarzy najlepiej spisywali się Manuel Neuer oraz Rui Patricio, którzy po cztery razy zagrali "na zero". Najstarszym strzelcem gola był Zoltan Gera z reprezentacji Węgier, który w dniu zdobycia bramki miał 37 lat i 61 dni. Najmłodszym został Renato Sanches, który zdobył bramkę mając 18 lat i 317 dni. Sędziowie łącznie pokazali 205 żółtych kartek. Oznacza to, że piłkarzy byli napominani średnio cztery razy na spotkanie. Arbitrzy pokazali też trzy czerwone kartki. Po turnieju UEFA wybrała najlepszą jedenastkę Euro 2016. Wybierano wyłącznie wśród zawodników, których reprezentacje dotarły przynajmniej do półfinału. W składzie dominowali oczywiście reprezentanci Portugalii. Było ich czterech: Rui Patricio, Pepe, Raphael Guerreiro i Cristiano Ronaldo. Oto ta jedenastka: Rui Patricio – Raphael Guerreiro, Pepe, Jerome Boateng, Joshua Kimmich – Joe Allen, Toni Kroos, Dimitri Payet, Antoine Griezmann, Aaron Ramsey – Cristiano Ronaldo.

10

@FCBparasiempre
EURO 2016 to turniej niezapomniany dla wielu krajów, które dzięki rozszerzeniu formuły rozgrywek mogły w niej wystąpić po raz pierwszy. W tym gronie, grająca po raz trzeci z rzędu Polska, spisała się jak na weterana przystało i ani przez minutę nie oddała rywalom prowadzenia. W 2010 roku UEFA ogłosiła, że EURO 2016 zorganizuje Francja. Miał to być już szósty wielki turniej mistrzowski w kraju, którego osobistości takie, jak Jules Rimet i Henri Dealunay, tworzyły podwaliny pod ich powstanie. Współgospodarzowi poprzedniego EURO(Polsce) przyniosły one sukces jedynie organizacyjny. Sportowo wypadliśmy bardzo słabo zajmując ostatnie miejsce w „grupie marzeń”. W kiepskiej atmosferze, po miażdżącej krytyce ze strony kibiców i piłkarzy, w tym Roberta Lewandowskiego, odszedł Franciszek Smuda. Pod wodzą jego następcy, notującego wcześniej sukcesy z Ruchem Chorzów Waldemara Fornalika, przegraliśmy z kretesem eliminacje mistrzostw świata 2014. W grupie uplasowaliśmy się za Anglią, Ukrainą i Czarnogórą, wyprzedzając tylko prawdziwych słabeuszy – Mołdawię i San Marino. Dużo mówiło się też o tym, że Robert Lewandowski nie jest w kadrze tym samym napastnikiem co w klubie. Receptą na to miał być kolejny selekcjoner a większość opinii publicznej po ostatnich niepowodzeniach z sentymentem wracała do czasów Leo Beenhakkera i czekała na kolejnego zagranicznego fachowca. Wielu zatem nie podobało się, że trenerem najważniejszej drużyny w kraju został Adam Nawałka – do tej pory szkoleniowiec zespołów klubowych i przez rok asystent Holendra w reprezentacji. Oprócz znalezienia sposobu na odblokowanie „Lewego” miał jeden główny cel – awans na EURO 2016, który byłby dla Polski trzecim z rzędu i w ten sposób ugruntowałby naszą pozycję jako liczącej się na Starym Kontynencie ekipy. W międzyczasie na ekranach telewizorów polscy piłkarze i kibice obejrzeli jak na Mistrzostwach Świata w Brazylii gospodarze zostali w półfinale zmiażdżeni przez Niemców i jak wcześniej, już w fazie grupowej, spektakularnie skończyła się epoka hiszpańskiej dominacji w futbolu. W eliminacjach do EURO 2016 wzięła udział rekordowa liczba uczestników – 53. Walczyli oni o jednak o aż 23 miejsca w turnieju finałowym. Wszystko przez szeroko dyskutowane rozszerzenie jego formuły. Przeciwnicy mówili o braku elitarności, gdy awans może wywalczyć niemal połowa uczestników. Zwolennicy podawali argumenty romantyczno – ekonomiczne. Odpowiedzi miał dostarczyć francuski czempionat. Wcześniej w kwalifikacjach drużyny rozlosowano do dziewięciu grup. Wyjątkowo brał w nich udział także gospodarz. Francja uzupełniła skład jedynej grupy pięciozespołowej, rozgrywając mecze towarzyskie z jej pauzującymi uczestnikami. Miało to zapobiec traceniu rytmu meczowego przez Tricolores. Mimo 23 wolnych miejsc kwalifikacji nie udało się wywalczyć Holandii, która zajęła czwartą lokatę w grupie za Czechami, Islandią i Turcją. To prawdziwa kompromitacja Oranje, którzy zazwyczaj byli przecież specjalistami od eliminacji. Historyczny awans osiągnęła za to Albania, która wyprzedziła m.in. Serbię i Danię, ustępując jedynie Portugalii. Polacy trafili na reprezentację Niemiec, której nigdy wcześniej nie udało się nam pokonać, a do tego Irlandię, Szkocję, Gruzję i debiutujący w eliminacjach Gibraltar. Przy takim zestawie rywali, mając w składzie piłkarzy m.in. Bayernu Monachium, Borussii Dortmund czy FC Sevilla premiowane awansem drugie miejsce było niemal obowiązkiem. Zaczęliśmy od planowego rozgromienia Gibraltaru. W kolejnym spotkaniu Polacy napisali historię. Nie wiadomo dokładnie dlaczego ale jesienne terminy zawsze były najkorzystniejsze dla naszych reprezentantów. Tylko w XXI wieku w październiku i listopadzie efektownie pokonywaliśmy m.in. Włochy, Czechy, Portugalię, Belgię czy Danię. 11 października 2014 r. do tego zestawu dołączyli wreszcie nasi zachodni sąsiedzi. To był początek eliminacji i 3 pkt. nie miały jeszcze wagi awansu ale w tym akurat meczu znaczyły dla polskich kibiców i piłkarzy znacznie więcej. Wcześniej nie wygraliśmy z Niemcami, nawet towarzysko. Najbliżej było w 2009 r. kiedy w 90 minucie objęliśmy prowadzenie, a i tak jeszcze zdążyliśmy je stracić. Klątwa? Tym, którzy oglądali spotkanie kojarzy się ono raczej z kiksem Jakuba Wawrzyniaka, który dał początek serii niewybrednych memów. Pechowy obrońca zagrał też w historycznych zawodach pięć lat później. Po bardzo dobrej, ale momentami też szczęśliwej grze wygraliśmy 2:0. Bramki strzelili Arkadiusz Milik i Sebastian Mila. Ile znaczy to zwycięstwo dla Polaków(tak piłkarzy, jak i kibiców) można chyba zrozumieć tylko nad Wisłą. Sceny pokazujące radość po golach i ostatnim gwizdku mówiły same za siebie. Choć futbol powinien być wolny od polityki, to akurat tę rywalizację ciężko rozpatrywać wyłącznie pod kątem sportowym. Pierwszy raz zmierzyliśmy się z Niemcami w 1933 r. Niemal 100 lat historii, 21 podejść i tylko jedno zwycięstwo. Adam Nawałka nie miał już nic do stracenia, po takim sukcesie nawet gdyby przegrał z Gibraltarem, byłby tym, który jako pierwszy pokonał Niemców.

Mało kto pamięta, że ledwie trzy dni później na tym samym Stadionie Narodowym zremisowaliśmy ze Szkocją. Jedyną porażkę w kwalifikacjach ponieśliśmy, nieco zgodnie z planem, w rewanżu z zachodnimi sąsiadami. Mimo to o bezpośredni awans musieliśmy bić się do końca, w ostatniej kolejce pokonując również zainteresowaną nim Irlandię. Kapitan Robert Lewandowski po meczu wcielił się w rolę showmana wygłaszając przemowę, czy może raczej prowadząc swoisty dialog z ponad 50 tys. zgromadzonych na Stadionie Narodowym kibiców: ,,Nie wiem jak Wy, ale ja jestem dumny z tych chłopaków” – krzyczał. Najbardziej dumny powinien być jednak z siebie, gdyż z 13 golami został królem strzelców eliminacji. Przynajmniej pierwsza część planu została więc już w jakiś sposób zrealizowana. „Lewy” strzelał jak na zawołanie, tak Gibraltarowi, jak Niemcom. Wyraźnie stał się też mentalnym liderem zespołu – to jego zagrzewający do walki głos słychać było zawsze na naradach i w przerwach. Kolejnym zadaniem było skompletowanie kadry na francuskie finały. Pomóc miały w tym sparingi, które początkowo dawały powody do optymizmu. Kolejno pokonywaliśmy Islandię, Czechy, Serbię i Finlandię. Zespoły z co najmniej średniej półki, a co najważniejsze z Europy. Przed samym turniejem, już w czerwcu, najpierw przegraliśmy w Gdańsku z Holandią, a potem zremisowaliśmy bezbramkowo w Krakowie z Litwą. Obie te reprezentacje na EURO się nie zakwalifikowały, więc niemoc w starciach z nimi nie wróżyła najlepiej. Trzeba jednak pamiętać, zwłaszcza teraz, że ostatnie przed mistrzostwami sparingi kadry często stanowią bardziej zasłonę dymną niż realny sprawdzian jej potencjału – np. przed Mundialem 2006 pokonaliśmy bardzo silną wtedy Chorwację, by za kilka dni ulec Ekwadorowi. Wracając jednak do drużyny Adama Nawałki, to po test-meczach przyszedł czas na powołanie kadry. Kontuzje wyeliminowały z niej Macieja Rybusa i Pawła Wszołka, a na ostatniej prostej selekcjoner skreślił Pawła Dawidowicz, Artura Sobiecha i Przemysława Tytonia. Oto skład w jakim Polska jechała na trzecie z rzędu finały Mistrzostw Europy: Łukasz Fabiański, Artur Boruc, Wojciech Szczęsny, Thiago Cionek, Kamil Glik, Michał Pazdan, Artur Jędrzejczyk, Łukasz Piszczek, Bartosz Salamon, Jakub Wawrzyniak, Jakub Błaszczykowsk,i Kamil Grosicki, Tomasz Jodłowiec, Bartosz Kapustka, Grzegorz Krychowiak, Karol Linetty, Krzysztof Mączyński, Sławomir Peszko, Filip Starzyński, Piotr Zieliński, Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik oraz Mariusz Stępiński. Losowanie grup Euro 2016 odbyło się 12 grudnia w Paryżu. Tak oto przedstawiały się rozlosowane grupy:

Grupa A: Francja, Albania, Rumunia, Szwajcaria Grupa B: Anglia, Walia, Słowacja, Rosja Grupa C: Niemcy, Irlandia Północna, Polska, Ukraina Grupa D: Hiszpania, Turcja, Czechy, Chorwacja Grupa E: Belgia, Irlandia, Szwecja, Włochy Grupa F: Portugalia, Islandia, Węgry, Austria

9

11

Bar przy ,,Industria”:

Na początku XX wieku popularność futbolu była tak ogromna że stadion FC Barcelony przy ulicy Industria miał nawet własny bar by zaspokoić głód przybywających na mecze Barçy kibiców. Pomysłodawcą lokalu był Esteve Sala, który po latach będzie pełnił funkcję prezydenta klubu, między lipcem 1934 a lipcem 1935 roku. W barze, który mieścił się w niewielkim pomieszczeniu w obrębie stadionu sprzedawano kanapki oraz napoje gazowane i chłodzące. Odpowiadał za niego ten sam człowiek, który obsługiwał klientów w drewnianym kiosku przy fontannie Canaletes. Jeśli szykowało się zwycięstwo Barçy pracownik baru dzwonił w połowie meczu żeby kelnerzy z kiosku przygotowali więcej kanapek i napojów aby w ten sposób mogli obsłużyć tłum kibiców świętujący sukces drużyny. Sala był przedsiębiorcą z wielką wizją przyszłości. Jego bar z jedzeniem i piciem, pionierski nie tylko na stadionie FC Barcelony ale też na wszystkich obiektach tamtych lat spotkał się ze wspaniałym przyjęciem ze strony kibiców. Od tamtego czasu pójście na mecz stało się nierozerwalnie związane ze zjedzeniem dobrej kanapki. Wcześniej klub udostępnił mały bar na parterze domu sąsiadującego ze stadionem przy ulicy Industria, którym kierował dozorca Manuel Torres. W tym zaimprowizowanym budynku, znanym powszechnie jako ,, La Barraca", Torres spełniał zachcianki przychodzącej na mecze publiczności. Jednymi z jego stałych klientów stali się sami piłkarze, ponieważ klub dawał im po paczce z czterdziestoma kuponami o wartości 5 centymów żeby za darmo mogli korzystać ze stadionowego baru. Od 1914 roku Torres zaczął po treningach podawać piłkarzom pierwsze obiady. Zawodnicy jadali tu tortille, befsztyk oraz wypijali miskę mleka z dwiema łyżeczkami kakao. W ten sposób odzyskiwali siły.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

0

@Balboa901 oraz Claudio Taffarel

0

@Balboa901 Gian Luca Paliuca, czy jak tam się pisze...

8

@FCBparasiempre
9 czerwca 2006 r. rozpoczął się w Niemczech 18-ty w historii mundial. Argentyńczycy wysłali drużynę ustabilizowaną i utalentowaną. W kadrze nie brakowało sprytnych i świetnych technicznie piłkarzy, którzy grali zgodnie ze starymi argentyńskimi receptami, z Mascherano jako klasyczną ,,piątką”, ustawioną przed defensywnym kwartetem, dwójką wahadłowych Maxi Rodrigeuzem i Cambiasso lub Lucho Gonzalezem, obok niego u szczytu tego diamentu przywróconym do łask Riquelme, jako ,,enganche” operującym za plecami Crespo i Savioli. Jedynym powodem do przedmundialowych zmartwień było trudne losowanie. Rywalami w grupie okazały się Holandia, obiecujące WKS oraz Serbia i Czarnogóra. Obawy zaczęły się rozwiewać po komfortowym 2:1 z WKS. W chwili rozpoczęcia turnieju Serbia i Czarnogóra również nie były już tak silnym rywalem, jak to się wydawało w momencie losowania i przegrały na inauguracje z Holendrami 0:1 ale tego, co się spotka je z rąk Argentyńczyków, nikt się chyba nie spodziewał. Wszystko zaczęło się już w 6 minucie kiedy Saviola wyłożył piłke Rodrigeuzowi. Później nastąpił gol, który przeszedł do historii jako efekt najpiękniejszej być może zespołowej akcji w dziejach mistrzostw świata. Wymiana 26 podań, której kulminacją było zagranie piętą Crespo do Cambiasso i strzał tego ostatniego ze środka pola karnego. Tuż przed przerwą Rodriguez zdobył swojego drugiego gola, dobijając uderzenie Savioli a w drugiej połowie po faulu na tym zawodniku czerwoną kartke obejrzał Kežman. To co wydarzyło się jeszcze później, nabrało znaczenia po upływie czasu. Na kwadrans przed końcem meczu z ławki rezerwowych podniósł się niejaki… Lionel Messi a po 3 minutach obecności na boisku wemknął się w pole karne i dośrodkował do Crespo, który strzelił czwartego gola dl Argentyny. Drugi z wprowadzonych po przerwie zmienników Carlos Tevez, po indywidualnej akcji umieścił piłke w siatce po raz piąty aż w końcu na 2 minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego Tevez podal do Messiego, który zdobył swojego pierwszego gola na mistrzostwach świata. Wydaje się to nieprawdopodobne ale musiało upłynąć równe 8 lat aby strzelił kolejnego gola na mundialu. Bezbramkowy remis z Holandią zapewnił Argentynie awans z pierwszego miejsca. Rywalem w 1/8 był Meksyk i w tym meczu po raz pierwszy w trakcie mundialu Albicelestes musieli gonić wynik. W 6-tej minucie przeciwnicy wykorzystali coś, co było problemem już podczas meczu z WKS a mianowicie przewagę wzrostu. Rafael Marquez doszedł do dośrodkowania z rzutu wolnego Pardo, przedłużonego później głową przez jednego z kolegów i wepchnął piłke do siatki przy dalszym słupku. W 10 minucie zrobiło się jednak 1:1. Crespo dostawił uniesioną wysoko nogę do dośrodkowania Riquelme z rzutu rożnego. Saviola i Crespo nie wykorzystali sytuacji sam na sam z bramkarzem i doszło do dogrywki, w której będący na skraju pola karnego Maxi Rodriguez przyjął na pierś dalekie podanie w poprzek boiska a następnie huknął z woleja w samo okienko. Był to fantastyczny gol:



Ćwierćfinałowy mecz z Niemcami rozgrywano w Berlinie. Argentyna objęła prowadzenie w znany już sposób. Tym razem rzut rożny Riquelme zamienił na gola silnym uderzeniem głową Ayala. Do 72 minuty, kiedy Pekerman zdjął z boiska Riquelme i zastąpił go Cambiasso, wszystko wydawało się przebiegać po myśli Argentyńczyków. Zdaniem wielu komentatorów był to moment, w którym trener Albicelestes nie tylko stracił nerwy ale także szanse na wygranie mundialu. Tocalli twierdził jednak że kadre pogrążyły kontuzje. Na minute przed zejściem Riquelme urazu doznał bramkarz Abbondanzierri, w którego miejsce na boisku pojawił się Leo Franco. Z kolei pekerman siedem minut później musiał zmienić Crespo. Mając na ławce Messiego, Aimara i Saviole, selekcjoner sięgnął po Julio Cruza, wysokiego i dość nieporadnego na tle tamtej trójki napastnika. Tocalli tłumaczył: ,,Świetnie znaliśmy Riquelme, pracowaliśmy z nim od czasu, gdy miał 14 lat i występował jako ,,piątka”. Wiedzieliśmy że jeśli trzy razy z rzędu straci futbolówkę, to dlatego że jest zmęczony albo ma jakiś kłopot. Prowadziliśmy 1:0 i widzieliśmy jak gubi piłke za piłką, jak rusza się mniej niż zwykle a jego podania nie mają głębi. Nie było w nim tego błysku, wydawał się zmęczony. Mieliśmy na ławce Cambiasoo, dobrego w walce o odbiór piłki ale też świetnego technicznie gdy chodziło o jej podawanie. Więc przy stanie 1:0 mówiliśmy sobie zmiana Riquelme na Cambiasso pozwoli nam nadal grać w piłke ale też łatwiej ją odbierać. To samo było z Cruzem. Dlaczego Cruz a nie Messi? Bo wiedzieliśmy że Niemcy są niebezpieczni w walce w powietrzu i chcieliśmy się zabezpieczyć. Uważaliśmy że jedyny sposób, w jaki mogą nam wbić gola to główka po stałym fragmencie gry. No i faktycznie strzelili nam głową ale po 40-metrowej długiej piłce. Tego nikt nie mógł przewidzieć”. Minute po wejściu Cruza Borowski przedłużył dośrodkowanie Ballacka i Klose faktycznie zdobył gola głową. O awansie musiały zdecydować rzuty karne, w których Argentyńczycy okazali się gorsi, w dużej mierze wytrąceni z równowagi tym że niemiecki bramkarz Lehmann przed każdym strzałem wyciągał zza getrów niewielką karteczke z hotelowym nadrukiem i coś na niej czytał. Jak się później okazało, z siedmiu nazwisk na liście Lehmanna tylko dwa należały do wykonawców argentyńskich jedenastek ale obaj ci piłkarze strzelili dokładnie tak, jak przewidywał niemiecki trener bramkarzy Andreas Köpke. Resztę uczyniła siła sugestii. Ponieważ wydawało się że Lehmann zna ich zamiary, kolejni strzelcy wpadali w panike. Ayala i Cambiasso spudłowali a Niemcy strzelali bezbłędnie i awansowali do półfinału. Był to wspaniały spektakl ale zakończył się haniebnie, wielka awanturą na środku boiska i czerwoną kartką dla Cufre, który kopnął Mertesackera. ,,Argentyńczycy nas sprowokowali. Kiedy nasi piłkarze szli strzelać rzuty karne, wrzeszczeli coś po hiszpańsku. Nie rozumieliśmy co mówią ale z pewnością chcieli wytrącić naszych napastników z równowagi. Borowski strzelił na 4:2 i podniósł palec do ust żeby pokazać im że mają siedzieć cicho. To ich naprawdę wkurzyło. Potem nie widziałem już zbyt wiele, poza tym że jeden czy drugi padli na boisko”- wspominał Michael Ballack. Na filmie z tamtego meczu widać że Rodriguez wali Schweinsteigera w tył głowy, Coloccini szarpie się z Fringsem a Sorin z menadżerem reprezentacji Niemiec Bierhoffem. Niemal natychmiast po porażce pojawiły się plotki o podziałach w reprezentacji i(chcąc uniknąć znajomego mechanizmu oskarżeń i szukania winnych) zmęczony Pekerman zrezygnował z funkcji trenera. Fakt że dobrze rozpoznał niemieckie zagrożenie(Argentyńczyków ponownie pogrążyła słaba gra w powietrzu) nie mógł być wielkim pocieszeniem.

7

1

@mekston Od 317?

Media

Sonda

Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?