- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1093 Culés
Gorące dyskusje
Kgorecki2500
5
GTA w pudełku ale bez płyty? 350 zł Panie Rockstarze, co tylko sobie zarządasz Panie... » Czytaj dalej
64 odpowiedzi
Ilka
2
Jak zapatrujecie się na chodzenie w takie upały w centrum miasta, po galeriach itp. bez koszulek... » Czytaj dalej
38 odpowiedzi
Kgorecki2500
13
Nie wiem czy to ja mam jakąś większą tolerancję na promienie UV ale w sumie w tych 35... » Czytaj dalej
24 odpowiedzi
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1093 Culés
9
Honorowe kopnięcie noblisty:
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
11
@FCBparasiempre
Don Camilo Jose Cela, ówczesny książę don Filip Burbon oraz don Jesus Gil y Gil razem w loży honorowej na Calderon- ktoś da więcej? Na pewno gdyby „Los Merengues” posadzili ich na swoim okazałym Bernabeu, gazety pisałyby na pierwszych stronach że to zjawisko stratosferyczne, no wiecie, użyliby tych wszystkich przymiotników, jakie marni dziennikarze rezerwują dla tych „los merengones", jednak tutaj na naszym terenie trzymamy się bardziej przyziemnych określeń i mówię to ja, „socio rojiblanco" od 8 roku życia, od kiedy to moja rodzina opuściła Vigo aby zarabiać na życie w stolicy. Mnóstwo wycierpiałem na tym skromnym stadionie. Chodź spotkało mnie też trochę radości ale tego zimnego popołudnia 11 lutego 1990 roku nie przyszliśmy na „Calderon” żeby cierpieć, tylko świętować pół wieku Atletico Aviacion. Tak jest. Calderon był ubrany na galowo. Z rozmachem. Po męsku. Elegancko. Sąsiedzi musieli z zazdrościć toczyć pianę. Mieliśmy w loży nie mniej, nie więcej tylko samego noblistę, który miał wykonać honorowe kopnięcie piłki. Mieliśmy również księcia Filipa we własnej osobie, który nie pierwszy raz okazywał sympatię dla naszych barw pogardzając tymi białymi a także dona Jesusa Gila y Gila, jeszcze zanim stał się arogantem, który wylądował w więzieniu... Do czego zmierzam: my nie zwykliśmy zaczynać meczów tak odświętnej atmosferze. Nie bez kozery nazywają nas „el pupas" czyli frajerami. Od pierwszej minuty obgryzamy paznokcie, bo wiemy że może być tylko gorzej o wiele gorzej ale czasem, rzadko bo rzadko kończy się fetą. To oznacza bycie kibicem atleti. Małymi literami: atleti. Te wielkie niech będą zarezerwowane dla sąsiadów ale tego popołudnia honorowe kopnięcie miał wykonać laureat Nagrody Nobla. Człowiek, który podczas prezentacji swojej książki „Jedenaście opowiadań o piłce nożnej" powiedział: „Intelektualista powinien interesować się wszystkim, co żywe a futbol właśnie taki jest". Futbol był żywy dla ludu, dla nas, kibiców; ale my nie potrafiliśmy tak ładnie tego ująć. Ten człowiek ubierał futbol w słowa. Zamieniał go w coś więcej niż grę, zamieniam go w opowieść. „Futbol ogłupia tylko tego, kto sam jest prostakiem"- to też jego słowa. Do tych wszystkich mądrali, którzy uważają że piłka nożna niewiele znaczy. A macie! Chociaż niewykluczone że myślał inaczej, kiedy schodził z loży a kibice zaczeli go poklepywać. Ludzie chcieli go dotknąć. Ja też. Cela zszedł po schodach a ja mogłem przybić mu piątkę i nasze oczy się spotkały, tylko na chwilę ale wiem że mnie zobaczył, rozumiecie? Nie jestem pewien czy mnie rozpoznał, raczej nie mogłem na to liczyć, ten człowiek miał wspaniałe życie, poznał mnóstwo osób; trudno powiedzieć czy mnie pamiętał, czy pamiętał nasze meczyki na patiu. Są ludzie, którzy zrywają z korzeniami i na zawsze opuszczają rodzinne strony a inni, tacy jak ja wciąż odczuwają nostalgię. Moje dzieciństwo w Vigo wspominam jak pobyt w raju. Głód ani ubóstwo nie miały znaczenia. Byłem najszczęśliwszym dzieciakiem na świecie. Byłem nim do 8 roku życia, kiedy mój ojciec znalazł pracę tu, w Madrycie. To wtedy zapisał mnie do socios Atleti ale w moim sercu zawsze będzie miejsce na błękitne barwy Celty. „Niech żyje Hiszpania i La Coruña i papryczki padron!- napisał Cala. - Niech żyje Celta Vigo i don George Washington!" „Niech żyje!"- odpowiadam.
Cela miał taką smykałkę do kopania jak do pisania a literackie kopniaki rozdawał z taką samą radością jak te, które dawaliśmy sobie w piszczele w szkole „Bellas Vistas”. Ani na jednej przerwie nie zamienialiśmy kopania piłki na skakanie przez kozła, zabawę w chowanego czy „petanke”; chcieliśmy grać przeciwko księżom i dać im do wiwatu na boisku. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak ojciec Borras zakasywał sutannę przed meczem. Gdy piłka zaczynała się toczyć, dokonywała dziwnych cudów: ludzi wiary zamieniała w zwykłych zawodników a będę dzieciaków w królów patia... To były czasy... W połowie lat 20-tych rodzina Celi przeprowadziła się do stolicy i Camilo zaczął się uczyć u pijarów. W Vigo mówiono że był zdrajcą bo kibicował Racingowi Madryt. Cela urodził się w La Coruñi i sympatyzował z Deportivo ale jego ojciec założył Real Fortuna Football Club, który później połączył się z Realem Vigo Sporting Club i tak powstała moja „Celtiña" a ja wiem że barw dziedziczonych po ojcu nie zmienia się na żadne inne. Nie można ich sprzedać. Są bezcenne. Miłość do klubu przypomina miłość do kobiet: Celta jest tą pierwszą miłością, której się nie zapomina a Atleti- żoną, z którą dzieli się łóżko do końca życia. Przez pierwsze lata w Madrycie przed wojną bardzo tęskniłem za Celtą. Później zapomniałem trochę o piłce nożnej, musiałem pracować. Sprzedawałem zapałki i paczki papierosów a w lepszych miesiącach gazety. Wiele razy marzyłem o spotkaniu Celi na ulicach miasta ale Madryt to nie Vigo. Straciłem go z oczu, aż wiele lat później opublikował „Rodzinę Pascuala Duarte" i od tamtej pory podążałem za nim w jego książkach aż nasze drogi znowu się przecięły tamtego odległego 11 lutego 1990 roku. Kiedy Cela wszedł na murawę i rozpoczął się żenujący spektakl, który miał uczcić pół wieku Atletico Aviacion. Co za pantomima... Niepotrzebny zbytek. Kiedy zobaczyłem zniżającego się spadochroniarza, obawiałem się najgorszego i tak było: lądując, potknął się i zarył w ziemię. Spadochron, w kolorach flagi narodowej spadł na niego owijając go jak kołdrą. Jestem pewien że Cela musiał powstrzymywać śmiech. Widział to ze środka boiska, gdzie stał razem z kapitanami obu drużyn Futre i Garitano, w oczekiwaniu na sygnał sędziego aby wykonać honorowe kopnięcie i popisał się: podbił piłkę prawą stopą a później, po kilku żonglerkach kopnął ją lewą. Coś takiego. Nasz ostatni laureat Nagrody Nobla swojego najpopularniejszego strzału nie oddał w żadnym wierszu, tylko na stadionie Primera Division... Po honorowym kopnięciu Cela musiał się uwolnić od ostrego krycia reportera Juana Carlosa Rivero, który czekał z boku boiska z mikrofonem w dłoni. „Co pan poczuł zamieniając biuro na piłkę?", zapytał. „Cóż w jakiś sposób... Jestem bardzo zadowolony"- odparł Cela. Nie wiem czy czuł się tak samo przez resztę meczu w loży siedząc między donem Jesusem Gilem a księciem Filipem. Poza tym mecz nie był specjalnie interesujący. Najciekawsze z tego wszystkiego była możliwość zobaczenia piłkarzy atleti na własnym stadionie w niebieskich strojach wyjazdowych. Przez chwilę się zastanawiałem czy by do niego nie podejść, przywitać się, przypomnieć mu kim jestem. Bałem się jednak że o niczym nie będzie pamiętał. Opuszczając Calderon porwany przez falę kibiców pomyślałem o jednym z jego cytatów. „Kilkaset tysięcy Hiszpanów wybiega w poniedziałki z domów, potrącając staruszków i nie żegnając się z żoną ani dziećmi, nie jedząc nawet śniadanie ani się nie myjąc, żeby w porę upolować tak upragnioną gazetę „Hoja del Lunes" i ja zrobiłem to samo następnego dnia. Zawsze byłem jednym z tych Hiszpanów. Jednym z tych z sercem złamanym na pół.
Miguel Angel Ortiz.
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360