6

Pierwsze koty za płoty całkiem udane:

1 maja 1904 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w swojej historii międzynarodowy mecz. Przeciwnikiem był francuski ESTADE OLYMPIQUE DE TOULOUSE. Oczywiście był to mecz towarzyski rozgrywany w Tuluzie, który Barça wygrała 3:2, po golach Steinberga, Lassaleta i legendarnego Romy Fornsa.

@patataj
@DaPidejpi
@Sensible
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz

0

To co powiedział Alemany to święta prawda. Dembele powinien opuścić FC Barcelone i to jak najszybciej! Przedłużenie z nim umowy to będzie strzał w kolano dla nas wszystkich a zwłaszcza dla Laporty jeśli na to pójdzie. On nie jest godzien reprezentować tak wielkiego i szanującego się klubu jak Duma Katalonii! Precz z nieudacznikiem!

10

Źródła nieszczęścia:

Wszyscy doskonale wiedzą że pecha przynosi nadepnięcie na żabe albo na cień drzewa, przechodzenie pod drabiną, siadanie tyłem do kierunku jazdy, spanie głową w nogach łóżkach, otwieranie parasola pod dachem, liczenie sobie zębów czy zbicie lustra ale w piłkarskim świecie lista ta okazuje się zbyt krótka. Carlos Bilardo, trener reprezentacji Argentyny podczas mundiali w 1986 i 1990 r. nie pozwalał aby jego piłkarze zajadali się przynoszącym pecha kurzym mięsem i zmuszał ich do jedzenia wołowiny, pobudzającej wydzielanie kwasu moczowego. Silvio Berlusconi zakazał natomiast fanom śpiewać tradycyjny hymn drużyny ,,Milan, Milan”, ponieważ(jego zdaniem) wywoływał on złe wibracje, które paraliżowały piłkarzy. W zamian kazał skomponować w 1987 r. nowy hymn - ,,Milan dei nostri cuori”. Freddy Rincon, czarnoskóry gigant i podpora reprezentacji Kolumbii, zawiódł oczekiwania kibiców podczas mundialu w 1994 r. W jego grze nie było nawet odrobiny entuzjazmu. Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw że nie chodziło o brak chęci, lecz nadmiar strachu. Pewien wróżbita z Bonaventury, miasta na wybrzeżu, z którego pochodził piłkarz, przepowiedział wynik turnieju i zalecił mu nadzwyczajną ostrożność bo w przeciwnym razie niechybnie złamie noge. ,,Uważaj na nakrapianą”- powiedział mając na myśli piłke, oraz: ,,strzeż się żółtaczki i czerwonki”, co było wyraźną aluzją do kartek: żółtej i czerwonej. Tuż przed rozpoczęciem mundialu w 1994 r. włoscy specjaliści od czarnej magii zapewniali że ich kraj zdobędzie Puchar Świata. ,,Liczne rytuały czarnej magii uniemożliwiają zwycięstwo Brazylii”- oświadczyła gazeta wydawana przez Włoskie Stowarzyszenie Magów. Ostateczny wynik z pewnością nie przyczynił się do zwiększenia prestiżu tej szacownej instytucji.

@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Pawel13sz
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

29 kwietnia 1950 r. urodził się Piotr Drzewiecki, obrońca. ,,Wychowałem się w Chorzowie-Batorym i chodziłem z synem Gerarda Cieślika do szkoły. Gdy jego słynny ojciec był trenerem w Lędzinach, zabierał nas samochodem na mecze”- opowiada pan Piotr. Przesiąkł legendą Cieślika, więc nie ma co się dziwić iż przez całą karierę grał tylko w jednym klubie, w Ruchu Chorzów, z którym 3 razy zdobywał mistrzostwo Polski. Po medalowym Mundialu w RFN mógł być następcą Adama Musiała w reprezentacji Polski ale lewy obrońca Niebieskich przegrał z kontuzjami. Pierwszej doznał gdy miał zaledwie 19 lat, 17 września 1969 r. w wyjazdowym meczu w ramach rozgrywek o Puchar Miast Targowych z Wiener Sport Club. Nawet dzisiaj dźwięk nazwiska Kaltenbrunner robi na nim złowieszcze wrażenie, choć przecież nie chodzi o nazistowskiego zbrodniarza skazanego w procesie norymberskim na kare śmierci. Günter Kaltenbrunner to austriacki piłkarz, który ostro władował się Drzewieckiemu w nogi podczas wiedeńskiego meczu. ,,Wszedłem na boisko po przerwie, tak samo jak Józef Jandula i od początku właśnie Józek ścinał się z tym Kalterbrunnerem. Twardo było, Jandula nie odpuszczał i Austriak, wysoki, mocny napastnik, koniecznie chciał się odegrać a że akurat ja znajdowałem się w pobliżu, sfaulował mnie. Nie wiem jakie miał zamiary ale skutek był taki że kompletnie rozwalił mi kolano.. W pierwszym, całkiem rozsądnym zamyśle Drzewiecki miał być operowany w Wiedniu. ,,Działacze Ruchu szybko przeliczyli że będzie to słono kosztować, więc zapadła decyzja o powrocie do Polski. Najpierw z Wiednia zabrali mnie do Krakowa a stamtąd samochodem do Bielska-Białej, prosto na stół operacyjny. Poskładali mi kolano ale czekała mnie długa rekonwalescencja. Na początku kariery wszystko pięknie się układało i nagle alarm. Niemal po każdym meczu noga była spuchnięta. Cały czas chodziłem na jakieś konsultacje lekarskie. Musiałem ciągle się pilnować żeby nie przeciążać kolana. Nauczyłem się z tym żyć bo alternatywą było zakończenie kariery. Noga puchła? Trudno. Zaciskałem zęby i grałem dalej, uważając żeby nie wydarzyło się coś gorszego niż obrzęk. Zawsze wiedziałem że będę grał w klubie z Cichej. Nie było innej opcji! Wychowałem się w Chorzowie-Batorym a to oczywiście matecznik Niebieskich. Po sąsiedzku mieszkali Wyrobek, Bula a Cieślik miał mieszkanie tylko 3 klatki dalej. Z jego synem chodziłem do podstawówki. Korzystałem na tym bo pan Gerard zabierał nas samochodem na mecze swojej drużyny, gdy został trenerem”- opowiada pan Piotr. Powrót do normalnego grania zabrał mu rok ale gorzej było z odzyskaniem wysokiej formy. Gdy przyszło grać co 3 dni, kolano nie wytrzymywało takiego obciążenia. Wreszcie w Ruchu pojawił się trener Vičan, który w 1969 r. po finałowym zwycięstwie nad FC Barceloną(3:2) zdobył ze Slovanem Puchar Zdobywców Pucharów. Nic dziwnego że w nowym polskim klubie miał wielki posłuch. Praca z nim była dużą przygodą bo potrafił dokręcić śrube piłkarzom. Nie wszyscy dobrze to znosili. Młody chłopak z ciężką kontuzją w papierach stawał przed sporym wyzwaniem. ,,Przede wszystkim Vičan znał moją przeszłość i wcale nie zalecał mi forsownych zajęć. Wręcz przeciwnie, był wyrozumiały, podpowiadał, co i jak mam robić”- zapewnia pan Piotr. To był czas, kiedy z Ruchem powoli rozstawali się starsi piłkarze jak Jandula, Faber, Nieroba, Piechniczek czy Herman. Dla Drzewieckiego zaczynał się lepszy okres. Kolano doprowadził do jako takiego porządku, oswoił się z powracającym bólem, wiedział jak minimalizować ryzyko. Długo jednak nie nacieszył się grą, ponieważ… doznał kolejnej poważnej kontuzji. ,,Zerwałem mięsień uda i było to również pokłosie tamtego dramatu z Wiednia. Wtedy pomyślałem sobie że już nie dam rady, że nie będę grał zawodowo w piłke. Gips sięgał mi aż do biodra. Gdy wchodziłem w mieszkaniu do ciasnej toalety, to zostawiałem otwarte drzwi bo usztywniona noga musiała wystawać na zewnątrz. Powoli zaczęło się to wreszcie goić a potem czekało mnie zwiedzanie sanatoriów aż w końcu znowu wróciłem do grania”- wspomina z satysfakcją pan Piotr. Niesamowite że wszystko co najlepsze, ciągle było przed nim. Nie dość że z Ruchem 3-krotnie zdobył mistrzostwo Polski, to zagrał jeszcze w reprezentacji kraju. W momencie szczególnym bo jesienią po mistrzostwach świata w RFN. Przygotowania do turnieju sprawiły że rozgrywki ligowe zostały dokończone już po powrocie do medalistów do Polski. Tytuł zdobył Ruch a forme piłkarzy Vičana docenił Kazimierz Górski. 9 października 1974 w kwalifikacjach do mistrzostw Europy Polacy pokonali Finlandię 3:0. W naszej drużynie co prawda zabrakło Maszczyka ale pojawiło się aż 5 jego kolegów z Ruchu, których nie było na mistrzostwach: Ostafiński, Wyrobek, Bula, Marx oraz Drzewiecki i to właśnie on miał największe szanse aby utrzymać się w kadrze na dłużej bo wypadł Musiał, który na początku września spowodował wypadek samochodowy. Musiał w reprezentacji już nigdy nie zagrał ale Drzewiecki ograniczył się tylko do 3 występów, wszystkie zaliczył jesienią 1974 r. Jeszcze w kwietniu 1975 pojechał do Rzymu na mecz z Włochami w eliminacjach ME. ,,Miałem zagrać ale kolano mi spuchło, nic się nie dało z tym zrobić. Zastąpił mnie Henryk Wawrowski i zadomowił się w jedenastce na dłużej a ja już skupiłem się wyłącznie na grze w Ruchu”- wyjaśniał obrońca Niebieskich. Pan Piotr nieźle sobie radził, zdobył z drużyną jeszcze 2 tytuły mistrzowskie. Wtedy czuł się potrzebny, choć rozumiał że wysiłek i poświęcenie mają swoją cene. Wielu jego rówieśników po 30-tce wyjeżdżało za granice aby jeszcze pograć i zarobić w obcej walucie. W jego przypadku nie było na to szans. Jak jakaś klątwa wlokła się za nim ta nieszczęsna kontuzja z Wiednia. Musiał odciążać prawe kolano, więc siłą rzeczy robił nienaturalne ruchy a z biegiem czasu zaczęły się pojawiać inne dolegliwości. Gdy kończył grać w Ruchu, odezwał się jeszcze walczący o awans do 2 ligi BKS Bielsko-Biała ale Drzewiecki nie dał się już namówić na dalsze granie a tym bardziej na przeprowadzke.

@patataj
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible

11

Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:

29 kwietnia 1998 r. FC Barcelona tryumfowała w Copa del Rey po raz 22 w historii pokonując w finale Mallorce po rzutach karnych. Tylko raz w historii zdarzyło się tak aby Barça potrzebowała rzutów karnych aby sięgnąć po Puchar Hiszpanii. Mallorca już w 3 minucie objęła prowadzenie po golu Stankovicia. W 66 minucie wyrównał Rivaldo i pomimo późniejszej dogrywki i dwóch czerwonych kartek dla graczy Mallorki więcej goli z gry już nie padło. Rzuty karne trwały aż 8 serii. W pierwszej z nich solidarnie pomylili się Rivaldo oraz Ivan Rocha a w trzeciej Celades i Ivan Campo. W szóstej serii strzał Luisa Figo został obroniony więc przed wielką szansą stanął Stankovič ale przestrzelił. Wreszcie w ósmej serii trafił Reiziger a następnie strzał Xaviego Eskurzy(byłego piłkarza Blaugrany) obronił Ruud Hesp i Duma Katalonii wygrała 5:4 zdobywając Puchar Hiszpanii.

@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

11

Finał białego konia:

W roku 1921 The Football Association, organizator finałów Pucharu Anglii i meczów reprezentacji, podjął decyzje o budowie nowego stadionu. Nosił on nazwe The Empire Stadium Wembley. Mówiło się jednak Wembley i tak już zostało. Jego historia zaczęła się tak efektownie że nawet najwięksi spece od marketingu nie mogli tego przewidzieć. W sobotę 28 kwietnia 1923 r. na nowym Wembley rozgrywano finał Pucharu Anglii pomiędzy Bolton Wanderers a West Ham United. Poczatek meczu wyznaczono, jak to w Anglii, na godz. 15.00. Tradycją finału jest obecność na nim kogoś z rodziny królewskiej. Pierwszym monarchą, który oglądał finał z loży na stadionie był Jerzy V w roku 1914 na meczu Burnley-Liverpool. W roku 1923 na Wembley też był Jerzy V i to, co zobaczył przeszło jego wyobrażenia. Im bliżej Wembley znajdował się jego samochód, tym większe tłumy policja musiała usuwać z drogi. Specjalnym tunelem prowadzącym niemal do samej loży królewskiej wjechał bez przeszkód ale kiedy spojrzał z góry na boisko… boiska nie było. Na całej jego powierzchni tłoczyły się tłumy ludzi. Ponad ich głowami wystawały tylko bramki. W kasach stadionu sprzedano wszystkie bilety ale przygotowano ich około sto tysięcy a pod bramami stało ponad trzy razy tyle chętnych. Przedsprzedaży nie było, z czego zresztą w następnych latach wyciągnięto wnioski. Kto przyszedł na stadion wcześniej, ten wszedł. Tysiące innych ludzi sforsowało bramy a przede wszystkim ogrodzenie, za którym już nikt nikogo nie kontrolował. Każdy siadał na miejscu, do którego się przecisnął. Z pomeczowego raportu wynika że około 12 tysiącom ludzi z biletami w ogóle nie udało się wejść na stadion. Organizatorzy zmuszeni zostali do zwrotu w sumie ponad 4 tys. funtów. Najdroższy bilet kosztował 15 szylingów a najtańszy 2 szylingi. Już wtedy do stadionu dochodziło metro, reklamowane jako najszybszy środek transportu z centrum Londynu do stacji Wembley Park, istniejącej nadal, dla linii Metropolitani Jubilee. Zainteresowanie meczem było tak duże że bodaj pierwszy raz wydrukowaną piracką wersje oficjalnego programu. Kiedy kibice pokonywali zamknięte bramy i stadion nie mógł już pomieścić wszystkich chętnych sędzia David Asson wezwał kapitanów obu drużyn na narade. ,,Panowie – powiedział. Tam na górze czeka Jego Wysokość, ludzi jest tyle że zaczyna się robić niebezpiecznie. Co robimy w tej sytuacji? Gramy czy przekazujemy komunikat o przełożeniu meczu? Przekładamy – zadecydował kapitan West Ham George Key. Gramy – odparł kapitan Bolton Joe Smith. Jest popołudnie. Jeśli policja szybko usunie tłum z boiska, powinniśmy skończyć przed zmierzchem”. Być może sędzia w porozumieniu z policją brał pod uwagę konsekwencje decyzji o odwołaniu finału tego dnia. Mogłoby dojść do paniki, która pociągnęła by za sobą ofiary. Już karetki odwoziły do szpitali ludzi z połamanymi nosami, żebrami, ogólnie potłuczonych, nieomal stratowanych i uduszonych. To cud że nikt nie zginął. Na pewno ważna była informacja policji że w kierunku stadionu zbliżają się posiłki,. W centrum Londynu pakowano policjantów w samochody ciężarowe i przywożona na Wembley. Ważniejszy od funkcjonariuszy pieszych okazał się szwadron policji na koniach. To oni weszli w tłum i delikatnie przesuwali go z boiska na boki, gdzie tylko się dała a dało się nie wiele. Tysiące ludzi stało przy liniach bocznych, utrudniając piłkarzom wrzucanie autów i wykonywanie rzutów rożnych. Ta operacja trwała ponad pół godziny i przeszła do historii futbolu dzięki białemu koniowi, wyróżniającemu się na tle szarego tłumu. Dlatego mecz znany jest pod nazwą White Horse Final. Był to jedyny koń tej maści w szwadronie. Nazywał się Billy a dosiadał go posterunkowy George Scorey, który nie miał nic wspólnego z futbolem, nie był kibicem i kiedy w sobotni poranek przed pójściem do pracy jadł grzanki z konfiturą myślał o ślubie , który czekał go za kilka dni. Nie wiedział nawet że na Wembley odbywa się jakiś mecz. Na posterunku powiedziano mu że wraz z resztą szwadronu pojedzie na stadion. Zrobił co do niego należało ale koń przyniósł mu sławe. Na początku tego wieku przejście łączące stacje metra z drogą prowadzącą na stadion nazwano Mostem Białego Konia. Na trybunach i w pobliżu boiska doliczono się wtedy 126 047 widzów ale nikt nie jest w stanie zweryfikować tej liczby. Bardziej prawdopodobne jest to że ludzi było więcej niż mniej. Wraz z kibicami stojącymi pod stadionem uzbierało się ich około ćwierć miliona. To rekord świata. Sam mecz stał się w tej sytuacji niemal dodatkiem do niecodziennych wydarzeń. Bolton wygrał 2:0. Po ostatnim gwizdku sędziego problem powrócił, ponieważ kibice znów weszli na boisko. Ledwo udało się utorować drogę do loży królewskiej, gdzie Jerzy V wręczył puchar kapitanowi Bolton, Joemu Smithowi i pogratulował zawodnikom obydwu drużyn. Każdy otrzymał pamiątkowy medal. Zawodnicy Bolton dostali w nagrodę od klubu złote zegarki. Król był zachwycony. Pierwszego gola na Wembley zdobył już w 3 minucie 24- letni reprezentant Anglii David Jack. Trzy lata później ponownie zagrał na Wembley. Tym razem Bolton pokonał Manchester City 1:0, znowu po jego golu. Jack był tez pierwszym piłkarzem na Wyspach Brytyjskich, za którego zapłacono ponad 10 tys. funtów. W 1928 Arsenal wydał na niego 10 890 funtów. Jack był pierwszym piłkarzem, który wywalczył Puchar Anglii z dwoma różnymi klubami. W 1930 jego Arsenal pokonał 2:0 Huddersfield. Stadion Wembley był dla piłki nożnej czymś takim jak La Scala dla opery. Jego dwie charakterystyczne wierze Twin Towers, mające w planach architektów stanowić londyńska odpowiedź na wieże Eifla, stały się znakiem towarowym. Tu Anglia rozgrywała większość swoich meczów, tu w roku 1966 zdobyła mistrza świata. Stadion był arena pierwszych po wojnie igrzysk olimpijskich, odbywały się na nim finały Pucharu Mistrzów/Ligi Mistrzów oraz koncertowały gwiazdy rocka.

@patataj
@DaPidejpi
@Sensible
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96

7

Jubileusze Barçy:

28 kwietnia 1999 r. z okazji obchodów stulecia klubu został rozegrany specjalny mecz na Camp Nou. FC Barcelona zagrała towarzysko z reprezentacją Brazylii w obecności 60 tysięcy widzów. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:2. Gole dla Barçy strzelili Luis Enrique oraz Cocu, natomiast dla Brazylii Rivaldo i Ronaldo. Co ciekawe w przerwie meczu Pepa Guardiole zmienił wówczas nastoletni… Xavi.

@MesQueUnClub96
@Sensible
@patataj
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Pawel13sz

7


(Nie)zapomniane legendy rodzimego futbolu:

27 kwietnia 1962 r. we Wrocławiu urodził się Ryszard Tarasiewicz, pomocnik. Specjalista od rzutów wolnych i strzałów z dystansu. Mógł zostać czwartym polskim piłkarzem po Fryderyku Scherfke, Erneście Wilimowskim i Grzegorzu Lacie z golem strzelonym Brazylii na Mundialu. Na drodze stanęło mu ledwie kilka milimetrów… Dosłownie chwile po rozpoczęciu gry, popularny ,,Taraś” z odległości około 35 metrów wyrobił sobie niewielką przestrzeń. Jego niezbyt mocny ale techniczny strzał powędrował ponad głowami całej defensywy Canarinhos i spadł na linii ,,piątki”. Kozioł zmylił bramkarza rywali, który nie miałby szans na złapanie piłki ale ostatecznie trafiła ona w słupek. W Polsce takie strzały Tarasiewicza nazywano ,,spadającymi liśćmi dębu”. Niezbyt mocne, zdawało się opadające przez długi czas, w końcowym rozrachunku okazywały się śmiercionośną bronią dla bramkarzy. Szczególnie jeśli pomocnik Śląska Wrocław podchodził do stałego fragmentu gry. Dlatego oddawano mu do wykonania większą część rzutów wolnych i karnych w zespole. Zdobył w sumie ponad 50 goli dla tej drużyny, co stawia go na 3 miejscu w historii. 5 razy notował wynik na poziomie co najmniej 8 trafień w sezonie, w tym trzykrotnie dwucyfrówki. Zespołowo jego największy sukces stanowią Puchar Polski oraz Superpuchar Polski zdobyte w 1988 r. Razem z wrocławianami wywalczył wicemistrzostwo kraju oraz brązowy medal. Indywidualnie tytułem Piłkarza Roku 1989 nagrodziły go redakcje zarówno ,,Piłki Nożnej”, jak też katowickiego ,,Sportu”. W reprezentacji Polski zagrał 58 razy strzelając 9 goli, w tym w debiucie przeciwko Norwegii. Mimo to pierwszy selekcjoner, pod którego wodzą grał, Piechniczek, nie miał do niego zbyt dużego zaufania. W kwalifikacjach Mundialu zagrał niespełna 20 minut. Na MŚ jego jedynym występem było starcie 1/8 finału z Brazylią. Brał też udział w młodzieżowym Mundialu 5 lat wcześniej. Po występach w Śląsku wyjechał do Szwajcarii, gdzie grał w Neuchatel Xamax. Ponadto bronił barw francuskich drużyn: AS Nancy, RC Lens, Besancon RC. Wrócił na chwile do Szwajcarii do Etoile Carouge. Kariere zakończył z kolei w norweskim Sarpsborgu, w wieku 35 lat. Od przeszło dekady obecny jest w Polsce w roli trenera. Trzykrotnie udało mu się, pełniąc te funkcje, uzyskać awans do Ekstraklasy- ze Śląskiem Wrocław, z Pogonią Szczecin oraz z Zawiszą Bydgoszcz. Zdobył Puchar Ekstraklasy(z Zawiszą). Na najwyższym poziomie rozgrywkowym prowadził ŁKS i Korone Kielce. W 1 lidze pracował zaś z Jagiellonią Białystok, Miedzią Legnica, GKS Tychy a obecnie prowadzi Arke Gdynia.

@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@patataj
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz

13

(Nie)zapomniane El Clasicos!

27 kwietnia 2011 r. FC Barcelona pokonała na Santiago Bernabeu Real Madryt w pierwszym półfinałowym starciu Ligi Mistrzów. Kluczowa dla losów spotkania okazała się sytuacja z 61 minuty, gdy Pepe wszedł wyprostowaną nogą w Daniego Alvesa. Portugalczykowi takie sytuacje w przeszłości uchodziły płazem, więc ani on ani ławka rezerwowych Los Blancos na czele z Jose Mourino nie mogli uwierzyć, gdy sędzia pokazał czerwoną kartke. Duma Katalonii w dalszym ciągu grała zachowawczo a cały mecz nie obfitował w wiele klarownych sytuacji bramkowych. Wreszcie w 77 minucie wprowadzony chwile wcześniej Afellay zdecydował się na solowy rajd, minął Marcelo, dośrodkował piłke w pole karne a Messi z bliskiej odległości pokonał Cassillasa. Trzy minuty przed końcem Messi otrzymał piłke blisko linii środkowej boiska i wykonał wspaniały rajd, mijając kilku piłkarzy Realu i w pełnym biegu prawą nogą posłał piłke obok bezradnego golkipera rywali. W ten sposób Blaugrana praktycznie zapewniła sobie awans do finału już po pierwszym meczu.
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi

0

@Szalik A mógłbyś mi podesłać jakieś wideo bo w tamtych latach jeszcze nie ,,kochałem" Barcuni i nie widziałem tego gola

0

@Persyfl Owszem, dlatego napisałem jeden z najsmutniejszych a nie najsmutniejszy...

9

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

27 kwietnia 1994 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Porto 3:0 w półfinałowym starciu Ligi Mistrzów i awansowała do finału. Gole dla Barçy strzelili: Stoiczkow(2) oraz Ronald Koeman. W tamtej edycji Ligi Mistrzów mecz półfinałowy był rozgrywany tylko jeden. Składy: FC Barcelona: Zubizarreta, Ferrer, Guardiola, Koeman, Nadal, Bakero, Sergi (Goikoetxea), Stoichkov, Amor, Romario, Begiristain (Ivan) FC Porto: Vitor Baia, Joao Pinto, Jorge Costa, Aloisio, Fernando Couto, Andre (Paulinho Santos), Secretario, Kostadinov,Folha(Semedo),Rui Felipe, Drulovič

@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@MesQueUnClub96

10

Jeden z najsmutniejszych dni w historii Blaugrany:

Dokładnie 10 lat temu trener FC Barcelony Josep Guardiola na piątkowym treningu zakomunikował piłkarzom, że po zakończeniu obecnego sezonu nie przedłuży z klubem kontraktu – jako pierwsi dowiedzieli się o tym dziennikarze agencji Reuters obserwujący zajęcia. Popularny Pep prowadził pierwszy zespół Barcelony od czerwca 2008 roku. Z drużyną dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów i tyle samo razy zdobył z nią Superpuchar Europy oraz Klubowe Mistrzostwo Świata. Poprowadził zespół do trzech tytułów mistrza Hiszpanii i trzech Superpucharów Hiszpanii. Barcelona pod jego wodzą ma w dorobku też dwa Puchary Króla.

@MesQueUnClub96
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi

9

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

26 kwietnia 1920 r. urodził się Stanisław Baran, pomocnik/boczny obrońca. Był w kadrze na mistrzostwa świata w 1938 roku, zagrał w drużynie narodowej w słynnym meczu z Węgrami w ostatnią przedwojenną niedziele. Najlepsze piłkarskie lata zabrała mu niemiecka okupacja ale potem zdążył jeszcze zostać legendą ŁKS, z którym zdobył mistrzostwo kraju. Jest jednym z trzech piłkarzy(obok Szczepaniaka i Jabłońskiego), którzy wystąpili w ostatnim przed wojną i pierwszym po wojnie meczu reprezentacji Polski, lecz przecież nie to czyni go zawodnikiem wyjątkowym. Stanisław Baran doskonale wiedział czego od sportu chce i był w stanie temu wiele poświęcić. Podejmował trudne, często dramatyczne decyzje a jednak na koniec życia miał prawo powiedzieć że warto było się męczyć i ryzykować. ,,Jest jedną z legend naszego klubu. Zasłużył sobie na wielki szacunek każdego kibica”- zapewnia Jacek Bogusiak, kustosz tradycji ŁKS. Baran pochodził z Podkarpacia, w piłke uczył się grać w Resovii ale gdy miał 17 lat ruszył w Polskę. ,,Mówiąc wprost: uciekł z domu, zresztą ze swoim o 2 lata starszym kolegą Tadeuszem Hogendorfem. Dojechali do stolicy i tam się zgłosili do Warszawianki. Musieli być nieźli bo szybko zapadła decyzja że warto ich zatrzymać w klubie”- opowiada Bogusiak. Warszawianka natomiast była już drużyną z elity. Stanisław zaczął w niej grać jako żółtodziób, razem z Hogendorfem, mając za kolegów byłych reprezentantów Polski: Sroczyńskiego, Jokscha, Kniołę, Smoczka a nade wszystko olimpijczyka z Berlina Henryka Martyne. Baran migiem zaistniał w nowej rzeczywistości. W ekstraklasie debiutował 24 kwietnia 1938 a już na początku czerwca był z reprezentacją Polski na mistrzostwach świata we Francji! Z Brazylią jednak nie zagrał ale zbierał cenne doświadczenie. Natomiast pierwsze minuty w kadrze zaliczył jako 19-latek w ostatnim przedwojennym meczu z Węgrami w Warszawie. Cenił go kapitan związkowy Józef Kałuża. Mocno zachwalał też trener Alex James., były reprezentant Szkocji i wieloletni zawodnik Arsenalu, zaproszony przez polską federacje do pomocy w tworzeniu nowej drużyny narodowej. Prowadził treningi ale też jeździł po Polsce i wypatrywał piłkarzy, których warto sprawdzić w kadrze. Miał skale porównawczą. Wprawdzie nazwisko Barana w notesie Kałuży pojawiło się już wcześniej, to jednak Szkot podobno przy każdej okazji zachwalał walory prawoskrzydłowego Warszawianki. Do tego przekonania doszedł podczas zajęć z reprezentantami. Encyklopedia Piłkarska Fuji donosi iż ,,James był zachwycony fenomenalną koordynacją ruchową młodego gracza, co zapewne było następstwem jego ogólnej sprawności fizycznej bo uprawiał wiele konkurencji lekkoatletycznych”. To miał być człowiek, który bez wątpienia za chwile będzie kluczową postacią reprezentacji. Wszystkie prognozy brutalnie przekreśliła wojna. Pan Stanisław stracił najlepsze piłkarskie lata. Po wojnie Barana wywiało nad morze, zresztą znowu w towarzystwie Hogendorfa. Zaczeli grać w Baltii Gdańsk, poprzedniczce dzisiejszej Lechii ale najwyraźniej ŁKS był im pisany. Do Łodzi sprowadził ich Lucjan Zapędowski, nieformalny sponsor ŁKS, który robił wszystko by skompletować silną piłkarską ekipe. Zapędowski załatwił im prace w elektrowni, zadbał by mieli co jeść i mogli grać w piłke. Więc oni grali i robili to coraz lepiej, tak jakby nie zauważali że zbliżają się do trzydziestki. Encyklopedia Piłkarska wytypowała Barana do najlepszej drużyny złożonej z polskich piłkarzy za lata 1945-52. W ŁKS był kimś więcej niż zwykłym zawodnikiem podstawowej jedenastki. Dla młodych stawał się autorytetem z ciekawą także przedwojenną przeszłością. ,,Panowie – kapelusze z głów! Tak grają Rycerze Wiosny”- pisał ,,Przegląd Sportowy”, gdy w kwietniu 1957 ŁKS w drugiej ligowej kolejce wygrał w Zabrzu z Górnikiem 5:1! a przecież przegrywał w 30 minucie 0:1, na dodatek od tego momentu musiał grać w 10-tke bo kontuzji doznał jeden z zawodników a przepisy nie pozwalały na wprowadzenie gracza rezerwowego. Nie miało to jednak żadnego znaczenia a wręcz natchnęło gości do kosmicznej gry. ,,ŁKS dokonał w Zabrzu naprawdę huzarskiej sztuki”- napisał w relacji ,,PS”. To był kapitalny mecz ełkaesiaków, najlepsza godzina w dziejach klubu. ,,Tak grająca drużyna mogłaby się pokazać na każdym boisku świata”- komplementował zwycięzców węgierski trener gospodarzy Zoltan Opata. Właśnie wtedy pojawił się ,,rycerski” przydomek, który już na zawsze przylgnął do łódzkiej drużyny. Najbardziej zapracował na niego Baran, który wtedy miał… 37 lat! Wcześniej bywał już ustawiany bliżej swojej bramki ale w nowym sezonie trener Król przywrócił go do formacji ofensywnej. A Baran grał tak, jakby znowu się narodził. Po zabrzańskim boisku hasał niczym młodzieniaszek. W takim meczu strzelił 4 gole! ,,Mecz w Zabrzu był pięknym benefisem strzeleckim pana Stanisława, jedynego ligowca, który grał jeszcze w przedwojennych mistrzostwach. Baran był żywym przykładem dla młodych piłkarzy, jak należy grać i jak należy strzelać”- zachwycał się ,,Przegląd Sportowy”. ,,Kilka dni później w Łodzi odbył się prestiżowy, towarzyski mecz z mistrzem Austrii Rapidem Wiedeń. ŁKS wygrał 2:1 a Baran zdobył zwycięskiego gola. Miał swój wielki czas, kibice najchętniej nosiliby go na rękach”- opowiada Bogusiak. Stanisław Baran był w świetnej formie a skoro tak dobrze mu szło, to otwarcie deklarował gotowość powrotu do reprezentacji. Ostatni raz zagrał w niej w 1950, zresztą tak jak zaczął czyli znowu z Węgrami. W przeciwieństwie do przedwojennego zwycięstwa tym razem świetna ekipa Madziarów z kapitanem Puskasem przećwiczyła Polaków na stadionie Wojska Polskiego(5:2). W Warszawie Baran zagrał tylko w pierwszej połowie, po przerwie zastąpił go dobry znajomy Marian Łącz. No i po 7 latach 37-letni weteran znowu zgłaszał akces do kadry. ,,Byłoby to dla mnie duże wyróżnienie, gdyby władze naszego piłkarstwa, nie mając nikogo lepszego, pozwoliły mi jeszcze przywdziać koszulke z Białym Orłem. Nie ukrywam iż przyjął bym to wyróżnienie z największą radością. Ze swej strony dołożyłbym wszelkich starań aby godnie wypełnić ten wielki obowiązek”- deklarował na łamach ,,PS”. Jednak nic z tego, powołania nie dostał. Jego reprezentacyjny licznik zablokował się na 9 występach, każdy z nich był grą towarzyską. Za to w lidze ciągle potrafił błyszczeć. Porównywano go do Stanleya Matthewsa. Słynny w tamtych czasach reprezentant Anglii, również prawoskrzydłowy był od Polaka 5 lat starszy i ciągle wyczynowo grał w piłke. Pan Stanisław deklarował że boiskową długowiecznością postara się dotrzymać mu kroku ale tego ambitnego zadania nie zdołał wykonać. Piłkarska emerytura oznaczała płynne przejście do innych zajęć. Zresztą już jako zawodnik zajmował się pracą trenerską gdzie prowadził m.in. Włókniarza Pabianice. Stanisław Baran trafił do wielkiej historii ŁKS a potem do końca życia był jego wiernym kibicem. Zmarł w wieku 73 lat, został pochowany na łódzkim Starym Cmentarzu. Dla kibiców ŁKS stał się jednym z najważniejszych symboli sportowej świetności ukochanego klubu.

@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj

1

@MesQueUnClub96 Ależ z największą przyjemnością :) Służe uprzejmie :)

9

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

25 kwietnia 1961 r. FC Barcelona przegrała rewanżowe starcie w Hamburgu z tamtejszym HSV 2:1 w ramach półfinału Pucharu Mistrzów. Honorowego gola uderzeniem głową zdobył w ostatnich sekundach meczu Sandor Kocsis. W pierwszym meczu na Camp Nou Blaugrana wygrała z Niemcami 1:0. Wówczas nie liczyła się zasada zdobytego gola na wyjeździe jako podwójnie liczona. W efekcie UEFA zarządziła rozegranie trzeciego dodatkowego meczu. Jak się później okazało ten ,,honorowy gol” Kocsisa był bezcenny ponieważ Duma Katalonii wygrała ten trzeci mecz, o czym napisze przy okazji rocznicy dodatkowego meczu(03.05.1961).

@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Sensible
@patataj

10

Najwybitniejsze legendy Blaugrany:

26 kwietnia 1886 r. urodził się Roma Forns, Katalończyk z krwi i kości. Roma Forns w barwach Blaugrany grał jako napastnik w latach 1903-1913. Przeszedł do historii jako pierwszy strzelec gola na Camp de la Industria(pierwszy własny stadion FCB). Roma Forns jako pierwszy Kataloński trener prowadził również Dume Katalonii w sezonie, w którym zdobyła pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii, jednak w marcu 1929 podał się do dymisji wraz z prezydentem Arcadi Balaguerem. Sezon dokończył jako asystent trenera Jamesa Bellamy’ego. Warto dodać że sezon wcześniej Roma Forns(jego pierwszy sezon) zdobył z Blaugraną Puchar Króla, pokonując w meczu finałowym silną wówczas ekipe Realu Sociedad San Sebastian 3:1.

@patataj
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Sensible
@NaFazieHitman

0

@arasz1819 No to już nie można po Polsku? Nie każdy rozumie te chińszczyzne.

0

@Kwiatek67 No chyba żartujesz???

0

@Don-Corleone Mam prośbe, mógłbyś pisać po polsku? Nie każdy zna zagramaniczne języki, no i w końcu to polska strona czyż nie?

1

Jak dla mnie tytuł artykułu powinien brzmieć: ,,Szok i niedowierzanie! Barco, Quo vadis?"
Osobiście czułem się zszokowany trzecią porażką rzędu na Camp Nou w historii klubu, a że padło akurat na Xaviego? No cóż, z pustego i Salomon nie naleje. Nieudaczników na czele z Dembele trzeba w letniej przerwie usunąć i zakontraktować rozsądne i silne transfery, jak niegdyś David Villa czy Rafael Marquez...

8

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

25 kwietnia 1979 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe SK Beveren 1:0 w ramach rewanżowego spotkania półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansuje do finału(w pierwszym meczu Blaugrana również wygrała 1:0). Jedynego gola z rzutu karnego zdobył Krankl. W drużynie z Beveren występował wówczas genialny Jean Marie Pfaff, jednak przy rzucie karnym był bez szans.

@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Sensible
@Roni/VEB

10

Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak Duma Katalonii nie może istnieć bez historii:

25 kwietnia 1901 r. Bartomeu Terradas i Brutau został drugim w kolejności prezydentem FC Barcelony, zastępując na tym stanowisku Waltera Wilda. Terradas, były pomocnik i aż do tamtej chwili skarbnik organizacji jest pierwszym w historii katalońskim prezydentem FCB. To właśnie Terradas poszukał właściwego miejsca aby drużyna mogła rozgrywać swoje mecze po opuszczeniu boiska przy hotelu Casanovas. Terradas znalazł odpowiednią działke w pobliżu domu Can Sabadell, usytuowaną przy skrzyżowaniu ulic Horta i Pinar del Rio, przy Guinardo. W tym rejonie futbol był już zakorzeniony dzięki takim klubom jak Iberia i Catalonia FC. Założył je i kierował nimi Ricardo Cabot, który w 1921 r. został jednym z dyrektorów Barçy. Bartomeu Terradas był jednym z najbardziej utalentowanych prezydentów w historii FC Barcelony. Podczas swojej kadencji, Bartomeu walnie przyczynił się do powstania Katalońskiego Związku Piłki Nożnej, który skupiał ówcześnie wszystkie kluby z regionu katalońskiego z wyjątkiem Espanyolu i Internacionalu. Zespoły te dołączyły do katalońskiej organizacji dopiero później. To właśnie za rządów Bartomeu Terradesa powstała pierwsza Komisja Sportowa Klubu, w skład której wchodzili Gamper, Meyer i Widerkehr. Wtedy też zostały utworzone druga i trzecia drużyna Blaugrany.

@DaPidejpi
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman

0

@Majkel34 A po co jeszcze te zagramaniczne słowa których nie rozumiem?

31

Gdyby żył, wszyscy składalibyśmy mu życzenia. Kochani cules dzisiaj przypada 75 rocznica urodzin Ś.p. Johannesa Hendrika Cruijffa. Pochylmy się w zadumie ku czci ikony futbolu i wielkiej legendy…


6

Chilijka, czyli przewrotka:

Zagranie to wynalazł Ramon Unzaga w chilijskim porcie Talcahuano: w wyskoku, z plecami ułożonymi równolegle do murawy, nogami wykonał nożyce, uderzając piłke nad głową. To dlatego tą powietrzną akrobacje hiszpańscy dziennikarze nazwali ,,La Chilena”, gdy pare lat później w 1927 r. chilijski klub Colo-Colo przyjechał na tournée do Europy a napastnik David Arrellano zaprezentował to zagranie na stadionach Hiszpanii. Tak właśnie przewrotka, zupełnie jak wcześniej truskawki i cueca(chilijski taniec narodowy), dotarła przez Atlantyk do Hiszpanii. Arrellano strzelił jeszcze pare powietrznych goli, po czym zmarł tego samego roku w Valladolid po fatalnym zderzeniu z obrońcą.

@Sensible
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@patataj
@NaFazieHitman

3

Igunia kocham cię! Jesteś najlepsza na świecie i nic tego nie zmieni!

10

Mija dokładnie 10 lat od smutnego pożegnania Guardioli…

24 kwietnia 2012 r. FC Barcelona zremisowała na Camp Nou 2:2 z Chelsea FC w rewanżowym spotkaniu półfinału Ligi Mistrzów i w efekcie odpadła z rozgrywek. Barça odrobiła stratę z pierwszego meczu w Londynie za sprawą gola Busquetsa w 35 minucie. Dwie minuty później czerwoną kartke otrzymał John Terry a w 43 minucie Iniesta podwyższył wynik spotkania. Wydawało się że nikt i nic nie może odebrać Katalończykom awansu, lecz chwila nieuwagi w doliczonym czasie pierwszej połowy kosztowała bramke strzelona przez Ramiresa. Podopieczni Guardioli ruszyli do ataku od samego początku drugiej połowy i już w 49 minucie wywalczyli rzut karny po faulu Drogby na Fabregasie. Do piłki podszedł Messi i… jego strzał wylądował na spojeniu słupka z poprzeczką. Ewentualny gol byłby 15 trafieniem Argentyńczyka w tamtej edycji Ligi Mistrzów, czym pobiłby rekord goli w jednej edycji Pucharu Europy. Jednak w głowach piłkarzy i wszystkich cules nie było myśli o żadnych rekordach tylko o strzeleniu choćby jeszcze jednego gola. Cała druga połowa była biciem głową w mur w wykonaniu Blaugrany i rozpaczliwą ale skuteczną obroną ,,The Blues”. W jednej z ostatnich akcji meczu, do wybitej na środek boiska piłki dopadł Fernando Torres i nie atakowany pobiegł w pole karne Barçy, mijając bramkarza i doprowadzając do remisu a przy okazji do rozpaczy nas wszystkich cules. Do dzisiaj nie mogę pojąć jak można było zmarnować taką okazje na finał a być może i na triumf w Lidze Mistrzów, mając takiego trenera i takich zawodników jak Puyol, Pique, Xavi, Iniesta czy wreszcie Messii? A propos Messiego, to przez ten niewykorzystany karny byłem na niego tak wściekły jak nigdy! Zresztą w ogóle po tym meczu to bite 3 dni nie mogłem pracować, jeść ani spać normalnie. To był jakiś koszmar…

@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@NaFazieHitman
@Pawel13sz

10

Cóż za historia!

24 kwietnia 2000 r. FC Barcelona oddała walkowerem rewanżowy mecz półfinału Pucharu Króla z Atletico Madryt. Już 10 dni wcześniej istniało niebezpieczeństwo iż grający w FCB Holendrzy zostaną powołani do reprezentacji, która miała równolegle odbywać zgrupowanie. Hiszpańska federacja czekała jednak na oficjalne potwierdzenie. Wtedy było już jednak za późno na przełożenie meczu Copa del Rey. Mimo to organizator rozgrywek uważał, że winą Blaugrany było używanie zaledwie 20 licencji zawodniczych(w tym wiecznie kontuzjowanego Amunike), choć do dyspozycji było ich aż 25. Poza tym kalendarz znany był już teoretycznie w lipcu poprzedniego roku. Co więcej, według organizacji spełniony został warunek iż zawodnicy powinni trafić do kadry na 48 godzin przed meczem. Blaugrana miała odpowiedź na takie argumenty- nie chciała zgłaszać więcej piłkarzy z Barçy B, aby mogli oni również grać dla rezerw, w lipcu nie było wiadomo kto zagra w półfinałach i kto zostanie powołany do reprezentacji a trener Van Gaal nie chciał aby Holendrzy rozegrali aż 4 spotkania w osiem dni, co było wbrew zdrowemu rozsądkowi. Liczono że trener reprezentacji Frank Rijkaard zrezygnuje z powołania kadrowiczów, tak jak miało to miejsce w przypadku spotkania na stulecie klubu ale wtedy decyzje podjął sponsor Holendrów i Barçy, firma Nike. Na Camp Nou przed około tysiącem widzów pojawiło się więc dziesięciu zdrowych piłkarzy i rezerwowy bramkarz Arnau, lecz Duma Katalonii zrezygnowała z gry z Atletico. Drużyna z Madrytu zwyciężyła walkowerem a FC Barcelone wykluczono z kolejnej edycji Pucharu Króla. W lipcu cofnięto jednak tą drugą decyzje i Blaugrana wystartowała w kolejnych rozgrywkach. Jak widzimy, za czasów Nuñeza też się ,,działo” a przypomne tylko że Josep Lluis Núñez dnia 21 października 2014 r. wraz z synem został skazany na 2,5 roku więzienia za korupcję na pracowniku Urzędu Skarbowego oraz otrzymał wraz z nim zakaz pełnienia funkcji publicznych przez najbliższych 7 lat oraz 1,5 miliona euro grzywny.

@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi

7

Diabeł i anioł w Rio de Janeiro:

Pewnej deszczowej nocy pod koniec 1937 r. kibic wrogiej drużyny zakopał na stadionie klubu Vasco da Gama martwą żabe, wypowiadając straszną klątwe: ,,Niech Vasco nie zdobędzie mistrzostwa przez 12 lat! Niech tak się stanie, jeśli Bóg jest w niebie!”. Kibic ów nazywał się Arubinha a jego miłością był maleńki klub, któremu Vasco da Gama spuścił straszne lanie wygrywając aż 12:0. Zakopując martwą żabe z zaszytymi ustami kibic chciał pomścić tę zniewagę. Lata całe fani i władze klubu Vasco bez skutku szukały zakopanego płaza na boisku i w jego okolicy. Murawa wyglądała jakby ją zryły nornice. Mimo ze Vasco zatrudniał najlepszych piłkarzy w Brazylii i wystawiał najsilniejsze drużyny, skazany był na porażke. Klątwe przełamał dopiero w 1945, zdobywając upragnione trofeum, które wymykało mu się z rąk od 1934 r. Jedenaście lat posuchy: ,,Bóg odpuścił nam roczek”- oświadczył po historycznym zwycięstwie prezes klubu. Kilka lat później Flamengo, ulubiona drużyna Rio de Janeiro i całej Brazylii, przeżywało podobne kłopoty. W 1953 r. mijało 9 lat, odkąd po raz ostatni klub zdobył mistrzostwo kraju. Ogromne rzesze jego fanów, najwierniejszych, najbardziej zagorzałych, głodne były sukcesu. Z pomocą przyszedł katolicki duchowny ojciec Goes, który przyrzekł zwycięstwo, w zamian zażądał jednak by zawodnicy chodzili na msze i przed każdym meczem i odmawiali na kolanach różaniec przed ołtarzem. W taki sposób Flamengo zdobyło 3 tytuły mistrzowskie z rzędu. Ligowi rywale interweniowali u kardynała Jaime Camary, oskarżając drużynę o stosowanie niedozwolonych środków dopingowych. Ojczulek Goes bronił się że on tylko wskazuje ścieżke Pana i dalej odmawiał różaniec z paciorkami w kolorze czerwono-czarnym, które tak się składa są barwami Flamengo oraz pewnego afrykańskiego bóstwa – Jezusa i Szatana w jednym. Po 4 latach Flamengo jednak straciło tytuł, piłkarze przestali chodzić na msze i nigdy więcej nie odmówili różańca. Ojciec Goes szukał nawet pomocy u rzymskiego papieża ale ten nie odpowiedział na jego prośby.

@Sensible
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@AssisMoreira

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?