8

@FCBparasiempre
Tytuł idealnie oddaje przebieg kariery tego człowieka. Chciał zostać piłkarzem – po prostu to zrobił. Dostał okazję wyjazdu do Francji i gry w tamtejszej lidze – po prostu to zrobił. Przeciwnicy zostawili mu skrawek miejsca na zdobycie gola – po prostu to robił. Nie starał się za wszelką cenę przejść do historii i nigdy nie było to jego celem – ale to zrobił! W sposób najlepszy z możliwych. Jeśli nie wiecie, kim był Just Fontaine, to najwyższa pora tę wiedzę uzyskać. Jeśli wiecie, ale kojarzycie go tylko dzięki (niesamowitemu) występowi na mistrzostwach świata w roku 1958, to idealny moment, by się dokształcić. Mało jest bowiem graczy z tak barwną karierą, której sprowadzanie, do jednego tylko występu na mundialu, mimo że fantastycznego, jest po prostu niesprawiedliwe. Francuz, wychowany w Maroku, który do historii przeszedł w Szwecji. I stał się znany na całym świecie. Urodził się 18 sierpnia w Marrakeszu, jednym z największych miast Maroka, gdy to było jeszcze protektoratem francuskim. Było to w roku 1933. Czwarty z siedmiorga rodzeństwa. Mały (jako dorosły mężczyzna mierzył 173 centymetry, jednak długo nie mógł „wyjść” poza 160), ale przeznaczony do największych celów. Jego matka z pochodzenia była Hiszpanką, co miało się okazać ważne w pewnym momencie jego kariery. Jego ojciec osiadł w Maroku po odbyciu służby wojskowej i pokochał ten kraj na tyle, że nie chciał wracać do Francji, skąd pochodził. Zamiast niego, miał to zrobić sam Just. Ojciec był zresztą ważną osobą na sportowej drodze Fontaine’a. Co prawda chciał on, by syn trenował koszykówkę bądź lekkoatletykę (planował dla niego też studia medyczne), ale zachęcał go do uprawiania sportu. Sam pracował w przemyśle tytoniowym – głównie chodziło o tabakę – ale wcześniej trenował rugby i właśnie piłkę nożną. Został zresztą sędzią. Nie wiadomo, czy to dzięki niemu światowa piłka nożna „otrzymała” kolejną legendę, ale z pewnością miał na to jakiś wpływ. Afrykański futbol preferował wtedy indywidualności. Zresztą w tym względzie do dziś się wiele nie zmieniło. Nie inaczej było w Maroku. Fontaine ze swoją wizją gry, jej „czuciem”, które posiadał już od małego, idealnie się do tego nadawał. Obunożny i obdarzony znakomitą precyzją strzału. Technikę posiadał od zawsze, szybko więc zabłysnął. W tamtych czasach idolem marokańskich dzieci był Larbi Ben Barek. Też indywidualista, obdarzony przydomkiem „Czarna Perła” na długo przed Eusebio czy Pele. Kto mógł przypuszczać, że Fontaine nie tylko pójdzie w jego ślady, ale zajdzie znacznie dalej? Pierwszy przystanek w zawodowej karierze – USM Casablanca. Do stolicy Maroka pojechał się uczyć. Szybko jednak okazało się, że to, w pierwszej kolejności, nie nauka, a sportowy talent przyniesie mu sławę. Wybór klubu okazał się trafiony. Zresztą, grał w nim też wspomniany Ben Barek. Podążanie tropami idola marokańskiej młodzieży zawiodło go do pierwszego składu. Tam grał w latach 1950-1953. Statystyki goli i występów różnią się zależnie od źródła. Wszystkie zgadzają się co do jednego: średnia bramek przewyższała jedną na mecz. To jednak nie fenomenalna skuteczność, choć z pewnością miało to jakieś znaczenie, zawiodła Fontaine’a do kolejnego klubu, a mecz… przegrany 0-3. W Boże Narodzenie 1952 roku stawił się w Marsylii, by, w barwach reprezentacji Maroka, zagrać przeciwko Francji B. Wynik już znacie. Mimo porażki, młody wówczas zawodnik zaprezentował się tak dobrze, że włodarze OGC Nice zdecydowali się na niego postawić. Just poszedł w ślady idola marokańskich dzieci. Jechał do Francji. Po prostu to zrobił. Fontaine miał oczywiście obywatelstwo francuskie, więc tamtejsza liga była dla niego najbardziej naturalnym z kierunków. Zresztą, miał jej już nigdy nie opuścić. Choć dostawał ku temu okazje. Zakończmy jednak wyprzedzanie faktów. 20-letni wówczas piłkarz dopiero co przybył do Nicei, gdzie musiał wywalczyć sobie miejsce w składzie i potwierdzić swoje umiejętności. Z jednego Fontaine z pewnością mógł być zadowolony od początku. Zespół z Prowansji zapewnił mu bowiem dobre warunki… finansowe. Jego pensja była na tyle wysoka, że jej część mógł odsyłać do domu.

Jak się, stosunkowo szybko, okazało, pierwsza jedenastka tylko na niego czekała. Wskoczył do niej niemal z miejsca i stał się bardzo ważnym punktem zespołu. Angielski trener, Bill Berry, wykazał się zresztą dużym „wyczuciem” sytuacji. Nie tylko zaufał młodemu Francuzowi, ale też przydzielił mu idealnego opiekuna, mającego mu pomóc w aklimatyzacji, ale też od którego Fontaine mógł się wiele nauczyć. Był nim doświadczony Luis Carniglia, który za kilka lat(już jako trener) miał święcić sukcesy z Realem Madryt. Przybył do klubu w tym samym sezonie, co Just, ale dla niego był to powrót na stare śmieci. W Nicei grał bowiem też w sezonie 1951/52. W swoim pierwszym sezonie Fontaine ustrzelił 17 bramek w lidze, co w klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników, dawało mu piątej miejsce, razem z Julienem Stopyrą i Josephem Uljakim. Ten drugi był zresztą jego klubowym kolegą. Ważniejsze były jednak inne rozgrywki, pucharowe, w których podopieczni Berry’ego tryumfowali po raz drugi w swojej karierze, powtarzając tym samym sukces sprzed dwóch lat (wtedy zdobyli podwójną koronę). Pierwsze trofeum w pierwszym sezonie w Europie. Niezły początek. W tym miejscu należy na chwilę przerwać opowiadanie o klubie. W grudniu 1953 roku Fontaine zaliczył bowiem swój debiut w narodowych barwach. Francja wygrała wtedy 8-0 z Luksemburgiem, grając w składzie złożonym z… 11 debiutantów. Nasz bohater trafił trzykrotnie, ale to nie wystarczyło, by na stałe zaaklimatyzować się w kadrze i na następny występ musiał trochę poczekać. Wróćmy do klubu: w kolejnym sezonie Nicea, po raz drugi z rzędu, uplasowała się w środku tabeli. Zważywszy na brak sukcesów w innych rozgrywkach oznaczało to rozstanie z dotychczasowym szkoleniowcem, którego miejsce zajął… Luis Carniglia. Mr Dynamite (jeden z pseudonimów Fontaine’a) i jego koledzy wystrzelili. Trzecie mistrzostwo kraju w historii klubu stało się faktem. Gwarantowało ono udział w nowych rozgrywkach, które wkrótce miały zawładnąć Europą – Pucharze Mistrzów. Just zdecydował się jednak na inny krok. Ryzykowny, bo zespół, do którego przechodził, zajął dopiero dziesiąte miejsce w tabeli. Ale jak to on – po prostu to zrobił. W tym miejscu muszę się przyznać do małej manipulacji faktami. Stade de Reims faktycznie skończyło ligowy sezon dopiero na dziesiątej pozycji, ale w tym samym roku dotarło do finału… Pucharu Mistrzów, w którym uległo Realowi Madryt. Oznacza to oczywiście, że rok wcześniej zostało mistrzem Francji. Gdzie więc to ryzyko, skoro Fontaine przechodził do klubu z takim potencjałem? To proste: miał on zastąpić w tym klubie człowieka, który jeszcze wiele razy pojawi się w tym opowiadaniu. Raymonda Kopę. I wiecie co? Zrobił to w sposób fenomenalny. Co prawda sezon 1956/57 Reims skończyło na trzecim miejscu w tabeli, ale Fontaine ze swojej postawy mógł być jak najbardziej zadowolony. Trzydzieści bramek w lidze nie dawało tytułu króla strzelców, ale było wynikiem więcej niż zadowalającym. Wciąż jednak nie wystarczało, by znaleźć uznanie w oczach selekcjonera reprezentacji. W roku 1956 zagrał w niej raz. Rok później zanotował tyle samo występów. A wielkimi krokami zbliżały się mistrzostwa. Wszystko odmieniła kolejna kampania. 34 bramki w lidze (11 więcej niż drugi w klasyfikacji strzelców Fernand de Vlaeminck), jeden z trzech goli Reims w finale krajowego pucharu i podwójna korona dla jego klubu. To był sezon Justa Fontaine’a, obok którego Paul Nicolas, selekcjoner kadry narodowej, nie mógł przejść obojętnie. Okazało się jednak, że napastnikowi Stade de Reims sprzyja też fortuna, co wykorzystał do perfekcji. Jak to on – po prostu… sami wiecie co. Przed mistrzostwami świata, dzięki którym miał przejść do historii, Fontaine miał na koncie pięć meczów w kadrze. Dwa z nich w ramach przygotowań do turnieju – z Hiszpanią (2:2, jeden gol Justa) i Szwajcarią (0:0). Wciąż nie mógł być, mimo fantastycznej postawy w lidze, całkowicie pewny miejsca w składzie. Futbol jest jednak okrutny dla jednych, a drugim jego bogowie, z niewiadomych powodów, sprzyjają. Wśród tych drugich był w roku 1958 właśnie Just Fontaine. Francuzi mieli w tamtym czasie fantastycznych zawodników z przodu. Poczynając od Kopy, przez Vincenta, Wiśniewskiego, Piantoniego, Blaira, aż do Cisowskiego. Swoją drogą trzech z nich było polskiego pochodzenia. Nieprzypadkowo też wymieniłem ich w tej kolejności. Ostatni z nich, fantastyczny snajper, trzykrotny król strzelców francuskiej ligi, doznał kontuzji jeszcze przed mundialem. Oddajmy tu głos Fontaine’owi (z wywiadu dla polsatsport.pl): ,,Grałem tylko dlatego, że Tadeusz Cisowski, doznał bardzo poważnej kontuzji. ,,Thadee” był geniuszem. Pamiętam, jak w 1956 siedziałem na ławce a on strzelił belgom pięć goli. Patrzyłem z otwartymi ustami. Co za instynkt, co za precyzja. No niestety, tak to w futbolu bywa”.

Zwolniło się jedno miejsce. Wciąż jednak do pięcioosobowej linii ataku snajper Reims był wyborem numer… sześć. No i znów – nieszczęście kolegi okazało się być jego szczęściem. Rene Bliard, zresztą klubowy partner Justa, wypadł z mistrzostw przez uraz odniesiony w sparingu. Fontaine miał zagrać. Francuzi zjawili się w Szwecji jako jedna z reprezentacji, której nie przepowiadano wielkich sukcesów. Cztery lata wcześniej swój udział w mistrzostwach świata zakończyli jeszcze w fazie grupowej. Mimo tych, niezbyt optymistycznych, przewidywań, warunki do treningów dostali wręcz idealne. Szwedzkie krajobrazy ich zachwyciły. Sam Fontaine wspominał, że niedaleko ich „obozu” było jezioro, gdzie chodzili łowić ryby przez osiem dni z rzędu, aż… podszedł do nich policjant i powiedział, że to zabronione. Inną sprawą, o której lubił opowiadać nasz bohater, był problem z pokojem. Dzielił go bowiem z Kopą, który preferował „hiszpański model życia” – późno spać, późno wstać. Just odwrotnie. Mimo wszystko jakoś się dogadali. Nie tylko w tym przypadku. Kto wie, czy nie był to najlepszy duet w historii piłki nożnej. Linia ataku francuzów była pięcioosobowa w składzie: Vincent, Wisniewski, Piantoni, Kopa, Fontaine; ale to dwaj ostatni zgarnęli najwięcej laurów. Zasłużenie. W ciągu całego turnieju Kopaszewski aż pięciokrotnie asystował przy trafieniach kolegi. Just odwdzięczył się dwoma kluczowymi podaniami i oddanymi karnymi, gdy mógł śrubować swój rekord. Przejdźmy jednak do właściwej części mistrzostw – meczów. Francuzi wyszli z grupy z trzema zwycięstwami na koncie, a w ćwierćfinale roznieśli Irlandię Północną aż 4-0. Wtedy przyszła jedyna porażka w turnieju. Z późniejszymi tryumfatorami, Brazylią, z boskim Garrinchą i młodym, zaledwie 17-letnim Pele, w składzie. Walczyli, to trzeba im przyznać. Fontaine strzelił bramkę na 1-1. Szans pozbawiła ich kontuzja Roberta Jonqueta. Nie było wtedy możliwości robienia zmian, a Brazylia znakomicie to wykorzystała, ostatecznie wygrywając 5-2 (swoją drogą spotkanie to jest, w całości, do znalezienia w Internecie). Przed meczem o trzecie miejsce było wiadomym, że Fontaine musi zdobyć trzy bramki, by pobić rekord Kocsisa (11 goli) sprzed czterech lat. Rywal – nie byle jaki, Niemcy Zachodnie, obrońcy tytuły. Wynik? 6-3. Gole Justo? Cztery. Tak się stworzyła historia. 13 trafień to rekord sam w sobie, ale przy okazji Fontaine ustrzelił(dosłownie i w przenośni) kilka innych, niezłych wyników. Wymieńmy tu choćby: dwa hat-tricki na jednych mistrzostwach, bramkę w każdym meczu turnieju czy fakt, że strzelał prawą i lewą nogą, a także głową (mimo swojego stosunkowo niskiego wzrostu miał fenomenalny wyskok, często żartował, że „skacze tak wysoko, że gdy ląduje, to we włosach ma śnieg”) . A to wszystko osiągnął… w pożyczonych butach! Jego bowiem rozleciały się przed turniejem. Jak sam mówił: ,,Mieliśmy tylko dwie pary butów w tamtym czasie i zero sponsorów. Znalazłem się w Szwecji z niczym. Szczęśliwie, Stephan Bruey, jeden z rezerwowych napastników, miał taki sam rozmiar stopy i pożyczył mi je. Sześć meczów i trzynaście goli później oddałem je. Lubię myśleć, że niektóre moje gole były zainspirowane dwoma duszami w jednych butach”. Co ciekawe, za te mistrzostwa dostał Złotego i Platynowego Buta, ale żadnego z nich nie w roku 1958. Nagród dla najlepszych strzelców wtedy nie przewidziano. Złotego oddał mu Gary Lineker, który uznał, że to Fontaine’owi należy się najbardziej taka nagroda. Platynowego wręczono Chińczykowi (pseudonim od kształtu oczu) przed zeszłorocznym mundialem. Wreszcie się doczekał. Inna sprawa to ta, że nie znalazł się w XI mistrzostw świata, mimo że głosowało na niego najwięcej osób. Problem w tym, że głosy rozdzieliły się między dwie pozycje, więc Just… nie znalazł się na żadnej z nich. Takie czasy. Najciekawszym z wyróżnień obdarowali go jednak sami gospodarze. Szwedzi wręczyli mu bowiem… karabin, jako uznanie dla jego strzeleckich umiejętności. Jak przyznał sam Fontaine, uważał to za fantastyczny i bardzo pomysłowy gest. Karabin wciąż ma. 5. października 1958 roku we Francji rozpoczął się nowy okres – piątej Republiki. W tym samym czasie Just Fontaine grał swój szósty sezon we francuskiej pierwszej lidze. Trzeci w Stade Reims. Jest to warte podkreślenia, bowiem tuż po mistrzostwach zainteresowany był nim nawet Real Madryt. Otrzymał zresztą oferty ze strony hiszpańskich klubów, m.in. Barcelony czy Valencii, które widziały w nim nie tylko talent, ale (po matce) hiszpańskie korzenie i znajomość języka. Ostatecznie propozycje transferu na Półwysep Iberyjski odrzucił, podobnie jak tą z… Tuluzy. Tamtejszy klub chciał skorzystać na tym, że z tego miasta pochodziła żona zawodnika. Nie udało się. Czy była to dobra decyzja? Można dyskutować. Reims w sezonie 1958/59 nie osiągnęło nic wielkiego w lidze i krajowym pucharze. Po raz drugi dotarło za to do finału Pucharu Mistrzów i… po raz drugi uległo Realowi Madryt. Królewscy wygrali 2-0 za sprawą bramek Mateosa i Di Stéfano. Fontaine spisywał się jednak bardzo dobrze i ze swej postawy w turnieju mógł być bardzo zadowolony. Zresztą nie tylko z niej. Po mundialu został jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym w ogóle) piłkarzy, którzy swoją twarzą reklamowali jakikolwiek produkt. Plakaty z podobizną Justa pojawiły się we francuskich miastach. Na szczęście, nie zmieniło to jego charakteru. Pozostał tym samym człowiekiem, jakim był wcześniej. Przekonali się o tym choćby ci, którzy zajrzeli do nocnych klubów, w których często bywał i… występował na scenie. Śpiewając. Głos miał, według relacji świadków, bardzo przyjemny, a językowe umiejętności pozwalały mu wybierać z szerokiego repertuaru. Człowiek orkiestra.

Podsumowując to wszystko, trudno stwierdzić, dlaczego bogowie futbolu, tak łaskawi dla Fontaine’a przy okazji mistrzostw świata w roku 1958, niecałe dwa lata później się od niego odwrócili. 20 marca 1960 roku doznał pierwszej kontuzji. Zderzył się z rywalem na boisku i podwójnie złamał lewą piszczel. Kosztowało go to 45 dni spędzonych w szpitalu w Montbéliard i kilka miesięcy przerwy od grania. Wrócił tylko po to, by… doznać kolejnej kontuzji. Choć zgodnie z prawdą powinienem napisać: takiej samej. Tak, złamał tę samą kość, w tej samej nodze. Cztery miesiące spędzone w gipsie. Później przeszedł jeszcze operację kolana i ścięgna Achillesa. Ostatni mecz rozegrał 6 lipca 1962 roku. Miał wtedy niespełna 29 lat i powinien był dopiero co wrócić ze swoich drugich mistrzostw świata. Rzeczywistość okazała się jednak okrutna. Mógłbym tu napisać banalne stwierdzenie, jakich wiele, np. „taki jest sport”. Lepiej jednak, kolejny raz, przytoczyć słowa samego poszkodowanego(z drobnym pomieszaniem faktów, ale nie to jest najważniejsze): ,,Trzy lata po mundialu to ja miałem pecha. Złamałem piszczel i kość strzałkową. Wyrok: koniec kariery… Na karku tylko 27 lat i zero szans na powrót. Trochę się załamałem, ale oprócz żony, na duchu podtrzymywało mnie te 13 goli. Wpisałem się jakoś w ten sport. Zrobiłem, co musiałem. Wkrótce się z tym pogodziłem”. Po zakończeniu kariery piłkarskiej, próbował swoich sił także jako trener. Nie osiągnął tu zbyt wiele, choć był trenerem m.in. PSG. Największym sukcesem było trzecie miejsce, zdobyte z reprezentacją Maroka, w Pucharze Narodów Afryki. Ustanowił też swego rodzaju rekord (choć on sam pewnie niezbyt się z tego cieszy) – został najkrócej urzędującym trenerem reprezentacji Francji w historii. W 1981 roku zakończył także ten etap swojej kariery. Tak po prostu. Zrobił to. Obecność na liście stu najwybitniejszych piłkarzy stworzonej przez Pelego, nagroda dla najlepszego francuskiego piłkarza 50-lecia otrzymana już w XXI wieku (czyli pokonał m.in. Kopę, Platiniego czy Cantonę!), Platynowy But, który dostał w zeszłym roku. To tylko niektóre z nagród i wyróżnień, jakie Fontaine otrzymał już po zakończeniu swej kariery. Mimo 82 lat na karku wciąż otrzymywał(i odpisywał) na listy od fanów. Zwykle były to prośby o autograf, ale nie tylko. Żył w Tuluzie, wraz z żoną. Nie wyróżnia się od innych mieszkańców, choć ustanowił rekord, którego prawdopodobnie nikt nie zdoła pobić w najbliższej przyszłości. Sam, możliwe, że trochę nieskromnie, przyznawał, że „nie widział, po zakończeniu własnej kariery, nikogo podobnego do siebie w futbolu”, czasem dodając, że „pod względem warunków fizycznych i stylu gry, przypominał go Gerd Muller”. Analizując zachowane fragmenty jego wyczynów… trudno się z nim nie zgodzić. To właśnie Just Fontaine, który zmarł 1 marca tego roku. Wielki gracz, którego karierę przedwcześnie zakończyły urazy. Angażujący się w piłkarskie życie nie tylko na boisku. (w 1961 roku założył francuską National Union of Professional Footballers). Znany na całym świecie, ale mimo tego… nieco zapomniany. Błędnie.

0

Vamos Alcaraz! Vamos a ganar!

23

No cóż, miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno....

0

@Safrani Ja tu widze problem w tym że hiszpańska federacja od lat jest bardzo przychylna głównie prześcieradłom i to w każdym aspekcie sztuki futbolowej. W tym wypadku powinni grać według harmonogramu La Ligi, czyli najpóźniej w poniedziałek. Ale nie! bo oni będą grać wtedy, kiedy im pasuje. To jest jaskrawe faworyzowanie przez federacje i nic więcej...

9

@FCBparasiempre
18 sierpnia 1951 r. w Krakowie urodził się Zbigniew Płaszewski, obrońca. ,,Ciężko jest, czasem bardzo ciężko. Oddycham tylko przeponą, szybko się męczę. Gdy mówię, ledwo mnie słychać. Jednak tak całkiem zamilknąć bym nie chciał. Trzeba żyć ile się da. Nogi też bolą ale zacisnę zęby i idę. Nawet na mecz Wisły Kraków z wnuczkiem czasem się wybiorę”- mówi pan Zbigniew, mistrz Polski z Białą Gwiazdą i jeden z bohaterów zwycięskiego meczu z Holandią z maja 1979 r. Płaszewski od dawna zmaga się ze skutkami raka krtani i w tej walce jest niezłomny. W 2000 r. przeszedł wielogodzinną operacje. Wygrał ale cena była duża. Aby dobrać się do nowotworu, chirurdzy musieli usunąć węzły chłonne i uszkodzić struny głosowe. Od tej pory Płaszewski ma duże problemy z oddychaniem i mówieniem. Po operacji przez kilka tygodni mógł przyjmować pokarm tylko prze rurke. Przez lata musiał się przyzwyczaić do nowego, bardzo trudnego funkcjonowania. Jeżeli w ogóle przyzwyczajenie jest możliwe… Żyje w małym mieszkaniu w Nowej Hucie. Troskliwie opiekowała się nim żona Krystyna ale los zabrał mu również i ją. ,,Zmarła w grudniu 2020 roku. Tyle lat razem, tyle pomocy z jej strony. Też swoje przy mnie przeżyła… Ciężko to wszystko unieść”- szepcze jeszcze cichszym i łamiącym się głosem. Dostaje skromniutką emeryture, trudno z niej wyżyć. Pamiętają o nim w Małopolskim ZPN a Wisła Kraków ufundowała mu karnet i jeśli tylko zdrowie pozwala pojawia się na meczach przy Reymonta. ,,Nogi już nie niosą. Jest problem z biodrami ale próbuje trzymać jakiś kontakt z dawnymi kolegami i na pogrzebach staram się być. Czasem trzymam sztandar bo do tego wyraźna mowa niepotrzebna, za to w taki sposób mogę wyrazić szacunek. Wydaje mi się że gdy będę chodził na pogrzeby to ludzie przyjdą kiedyś na mój”- opowiada pan Zbigniew. Zanim Płaszewski został jedną z legend krakowskiej Wisły, która w 1978 roku pod wodzą młodego trenera Lenczyka zdobyła mistrzostwo Polski a potem dotarła do ćwierćfinału Pucharu Europy, był cenionym piłkarzem Hutnika Kraków. Nowa Huta była jego naturalnym środowiskiem. Na tamtejszych osiedlach, podwórkach i uliczkach uczył się grać w piłke i żył z fantazją krnąbrnego dzieciaka. Odkąd pamięta był niesamowicie szybki. Ścigał się z chłopakami o dwie głowy wyższymi a i tak dotrzymywał im kroku. Widzieli to wuefiści w podstawówce i próbowali popychać w kierunku sportu. Na spartakiadzie młodzieży wygrywał na sprinterskich dystansach. Na boisku też nie dał się nikomu zagonić, choćby niewiadomo co, bo na dodatek był uparty. Zapisał się do Hutnika. Jako nastolatek grał w II lidze i robiło się o nim coraz głośniej. Trafił do reprezentacji olski juniorów. Gdy selekcjonerem pierwszej kadry został Kazimierz Górski, powołał niespełna 20-letniego Płaszewskiego na inauguracyjne zgrupowanie i zupełnie nie przeszkadzało mu że był ledwie drugoligowcem. W kadrze zresztą mógł zagrać już wcześniej, w ostatnim meczu Ryszarda Koncewicza. Dostał powołanie na mecz z Czechosłowacją ale… nie pojechał i nieobecności nie usprawiedliwił, za co został przez PZPN zdyskwalifikowany na miesiąc.

W Hutniku grał zdecydowanie za długo a przecież bardzo konkretne propozycje z ekstraklasy były już wtedy, kiedy docenił go selekcjoner Koncewicz. Pan Zbigniew przyznawał iż od jakiegoś czasu ludzie z Górnika Zabrze nagabywali go aby zmienił barwy klubowe. ,,Byli też w Krakowie, lecz dopiero ostatnim razem zastali mnie w domu i zdołali namówić abym pojechał porozmawiać z odpowiedzialnymi działaczami klubu w Zabrzu. Zgodziłem się wreszcie ale postawiłem warunek aby tego samego dnia odwieźli mnie do Krakowa”- mówił na łamach ,,Echa Krakowa”. Płaszewski zwierzył się dziennikarzowi że oferte odrzucił. Wyjaśnił że z powodów rodzinnych i dlatego że już rozpoczął nauke w technikum hutniczym. Wskazał na jeszcze jeden powód: ,,Nie chciałem sprawić psikusa kolegom z drużyny i klubowi, który mnie wychował, w chwili, kiedy mamy szanse na awans do ekstraklasy”. Wyznał że mniej więcej w tym samym czasie pojawili się u niego w domu z kontraktową ofertą także emisariusze Zagłębia Sosnowiec. ,,Tato pozbył się ich jednak dość szybko”- uspokoił krakowskich kibiców dziewiętnastolatek. Hutnikowi do elity awansować się nie udało ale rok później Płaszewski został wybrany na najlepszego piłkarza ziemi krakowskiej. W 1974 r. Biało-Czerwoni cieszyli się z mundialowego medalu a Płaszewski nie był już nawet drugoligowcem bo Hutnik został zdegradowany. Na oku miała go Legia. Dwudziestotrzylatek ciągle podlegał obowiązkowi odbycia służby wojskowej ale krakowska Wisła nie pokpiła sprawy. Uchroniła go przed powołaniem do armii. Prze pewien czas nawet przetrzymywała w ukryciu poza domem, byle tylko wysłannicy Legii nie zdołali go może i siłą przechwycić. Znowu tracił czas ale uzbroił się w cierpliwość i wreszcie zagrał w ekstraklasie. W Wiśle zadebiutował w listopadzie 1975 roku w wyjazdowym starciu z GKS Tychy, wtedy jeszcze w pomocy bo dopiero później dał się poznać jako czołowy polski boczny obrońca. Ponownie zauważył go Kazimierz Górski i pozwolił wystąpić w towarzyskim meczu z Grecją w maju 1976 ale na igrzyska olimpijskie do Montrealu nie zabrał. Potem na radarach miał go Jacek Gmoch. Dał mu zagrać 45 minut w meczu towarzyskim ze Szwecją w listopadzie 1977 ale i on pominął wiślaka przy ustalaniu kadry na mundial w Argentynie. Najbardziej docenił go selekcjoner Ryszard Kulesza. Zagrał w jednym z najbardziej spektakularnych występów Biało-Czerwonych w historii. 2 maja 1979 r. Polska na Stadionie Śląskim pokonała 2:0 Holandię, wicemistrzów świata dwóch ostatnich mundiali. Stawką były punkty w kwalifikacjach do mistrzostw Europy. Płaszewski biegał na lewej obronie. ,,To najpiękniejsze wspomnienie z mojej kariery. Wielki stadion, pełne trybuny, hymn tak odśpiewany że aż mrowiło po plecach… No i przede wszystkim niesamowite zwycięstwo. Miałem już 28 lat. Kto by pomyślał że doczekam takiej chwili?”- mówił wzruszony.

Półtora roku później kadra w tamtym kształcie przestała istnieć. Wszystko przez tak zwaną afere na Okęciu, kiedy trzech piłkarzy łódzkich klubów stanęło murem za Józefem Młynarczykiem, którego selekcjoner nie chciał wpuścić na pokład samolotu, gdyż był wyraźnie nie trzeźwy. Dla piłkarzy posypały się dyskwalifikacje a ze stanowiskiem musiał się też pożegnać Kulesza. Płaszewskiego nie było wtedy w kadrze ale cóż za ironia losu, raptem 2 miesiące później na tym samym lotnisku miał swoją, bliźniaczo podobną ,,afere na Okęciu”. Tak ją opisało ,,Echo Krakowa”: ,, Piłkarska drużyna Wisły udała się samolotem do Jugosławii na przedsezonowe zgrupowanie. Ponieważ odlot samolotu opóźnił się o 2 godziny, piłkarze czas dzielący ich od chwili startu spędzili w restauracji na Okęciu. Gdy nadszedł moment odprawy przedlotowej, obsługa lotniska stwierdziła iż dwaj zawodnicy: Zbigniew Płaszewski i Kazimierz Gazda z uwagi na stan wskazujący na nadużycie alkoholu, nie mogą zostać wpuszczeni na pokład samolotu. Ekipa krakowska odleciała więc bez tej dwójki”. Wisła surowo ukarała winowajców. Mocniej oberwał Płaszewski bo uznano że ujął się za pijanym kolegą, deklarując że jeżeli nie leci Gazda to on również nie zamierza. W efekcie byłemu reprezentantowi Polski zasądzono ośmiomiesięczny bezwzględny zakaz gry w piłke. Publiczne napiętnowanie blisko 30-letniego piłkarza miało swoją wage. ,,To był klub milicyjny. Zrobili z tej historii pokazówke i uznano że najlepiej uderzyć w Płaszewskiego. Byłem kozłem ofiarnym. Mówiłem to już wtedy a po tylu latach mogę tylko powtórzyć bo taka jest prawda”- opowiada nasz bohater. Był zniszczony przez kontuzje, no i łatka ,,aferzysty z Okęcia” też swoje robiła. Pograł jeszcze amatorsko w Austrii ale przede wszystkim ciężko pracował fizycznie. Chwytał się różnych zajęć, dopóki zdrowie pozwalało bo później zaczęła się już tylko heroiczna walka z chorobami. ,,Mam nadziej że jeszcze są kibice, którzy mnie pamiętają. Coś w tej piłce jednak zrobiłem, trochę pograłem. Czasem, gdy jest mi już bardzo trudno, przynajmniej mam co wspominać…”

1

@Safrani Owszem jest różnica ale w obowiązku a nie w zmęczeniu. Zmeczenie jest takie same dla wszystkich, więc dlaczego oni dostają fory w postaci meczu we wtorek a nie w łikend jak wszyscy?
To jest ewidentne lekceważenie przeciwników i ktoś na to pozwala

9

@FCBparasiempre
18 sierpnia 1961 r. urodził się Czesław Jakołcewicz, obrońca i pomocnik. Grał u trenera Guusa Giddinka w jednej drużynie z Toni Schumacherem. Strzelał gole w pucharach Panathinaikosowi i Olympique Marsylia, zmagał się w porywających meczach z innymi europejskimi potęgami. Dla Jakołcewicza Cedynia, gdzie się urodził, to dobre geny i czas wzrastania do roli solidnego piłkarza ale wszystko co osiągnął naprawdę wartościowego w futbolu, działo się w Lechu Poznań. Wcześniej był cenionym drugoligowcem w Stali Stocznia Szczecin. Jasne było że to się musi skończyć że skoro nie da się awansować z drużyną, trzeba wykonać samodzielny krok do ekstraklasy. Nie można było tracić czasu, miał już 22 lata. ,,Dostałem oferte od Mariana Dziurowicza z GKS Katowice, w zasadzie byłem już zdecydowany. Wtedy jednak do Szczecina przyjechał Teodor Napierała, wieloletni piłkarz Lecha a potem jeden z trenerów. Umiał mnie przekonać że w Lechu będzie mi lepiej, że trener Łazarek widzi we mnie potencjał. Miałem jeszcze przyjechać do Poznania żeby wszystko obejrzeć na miejscu. Drużyna była wtedy na zgrupowaniu ale w klubie został Mirek Okoński, chyba leczył kontuzje i kto wie, może właśnie jego obecność stała się dla mnie ostatecznym argumentem. Grać z tak fantastycznym piłkarzem w jednej drużynie to sama przyjemność a on już przy pierwszym spotkaniu traktował mnie jak swojego. Nie mogłem się wycofać. No i z Poznania będę miał zdecydowanie bliżej do domu niż z Katowic. Tak sobie powiedziałem aby rozwiać już ostatnie wątpliwości”- opowiada wychowanek Czcibora Cedynia. Pojawił się też ważny czynnik, który nęcił a zarazem onieśmielał- Lech był mistrzem Polski, szykował się do gry w Pucharze Europy i do obrony tytułu w kraju. Fantastyczne perspektywy ale jak chłopak wyciągnięty z drugiej ligi miał się wpisywać w te kreślone z rozmachem plany? ,,Uznałem iż pierwszy sezon będzie nauką że przy dobrym układzie dostane trochę minut ale najwięcej pracy i tak będzie mnie czekać na treningach”- opowiada Jakołcewicz. Trener Łazarek miał inny plan. 30 lipca 1983 r. Lech grał w Gdańsku z Lechią zorganizowany pierwszy raz w historii mecz o Superpuchar. Jakołcewicz wystąpił w podstawowym składzie. Przyjemne zaskoczenie zostało przytłumione minimalną porażką po golu straconym na 3 minuty przed końcem meczu. Jeżeli to miał być dla Jakołcewicza test przydatności, to wypadł pozytywnie bo tydzień później, w niedziele o 11.00 na stadionie przy Bułgarskiej wybiegł w podstawowym składzie na otwierającą dla Lecha ligowe rozgrywki konfrontacje z Wisłą Kraków. ,,Zagrałem na środku obrony przy u boku Józka Szewczyka. Na trybunach było 30 tysięcy ludzi. Płyneła od nich dobra energia bo to przecież pierwszy mecz mistrza Polski w nowym sezonie i do tego poważny rywal. Dostałem zlecenie opieki nad Andrzejem Iwanem i to też zrobiło na mnie wrażenie, w końcu chodziło o świetnego napastnika, dwukrotnego uczestnika mundiali”- podkreśla pan Czesław. Tym razem to do Lecha uśmiechnęło się szczęście. W 90 minucie piłke głową do bramki wpakował Józef Adamiec i debiutujący w ekstraklasie(tak samo jak Jakołcewicz) sędzia Michał Listkiewicz wskazał na środek boiska. Początek sezonu układał się obiecująco bo Lech dobrze spisywał się nie tylko w lidze ale 13 września w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów pokonał w Poznaniu Athletic Bilbao! Skończyło się na 2:0 a powinno być znacznie wyżej bowiem mistrzowie Hiszpanii byli tego dnia wyraźnie słabsi od Polaków. Jakołcewicz zagrał z Lechem wiele świetnych pucharowych meczów: z Liverpoolem, Borussią Mönchengladbach, FC Barceloną, Olympique Marsylia czy Panathinaikosem Ateny ale starcie z ekipą z kraju Basków nawet na tym tle było wyjątkowe. Zdarzył się bowiem występ, po którym jedyna pretensja do Kolejarza polegała na tym że z najlepszą hiszpańską drużyną wygrał tylko 2:0… Jednak w rewanżu stało się coś strasznego. Athletic przejechał się po mistrzu Polski i wygrał 4:0! ,,Mówiąc najkrócej: utuczyli nas przed meczem a potem zjedli”- gorzko żartuje Jakołcewicz. Z tym utuczeniem było wiele prawdy bo gospodarze przez 2 przedmeczowe dni podejmowali lechitow po królewsku. W luksusowym hotelu mieli wszystkiego pod dostatkiem, podsuwano im pod nos smakołyki a oni wszystkiego chętnie próbowali, być może pierwszy raz w życiu. ,,Sympatycznie skończyło się, gdy zeszliśmy z przedmeczowej rozgrzewki. Podczas niej murawa była sucha, nawet twarda, więc założyliśmy ,,lanki”. Tymczasem na kilka minut przed gwizdkiem sędziego gospodarze obficie polali boisko. Nagle zrobiło się niemal grzązko i my, wielkie chłopy, mieliśmy problemy z utrzymaniem równowagi, oczywiście szwankowała zwrotność i start do piłki”- wymienia Jakołcewicz.

Miejscowi zaś byli w swoim żywiole. Kilka dni wcześniej jeden z ulubieńców kibiców Andoni Goikotxea w ligowym meczu z FC Barceloną złamał noge Diego Maradonie. Cała Hiszpania, cały piłkarski świat był oburzony, nazywano go ,,Rzeźnikiem z Bilbao”. Lecz w swoim mieście Goikotxea stał się jeszcze większym bohaterem. ,,Kibice dali mu niesamowite wsparcie, gorące trybuny skandowały ,,Goiko, Goiko!” i on rzeczywiście był znakomity. My już na początku straciliśmy naszego reżysera Miłoszewicza i do tego jeszcze gola, oczywiście po strzale Goikotxei. Byliśmy tym wszystkim oszołomieni. Przyjechaliśmy przetrwać, obronić nie lichą przewagę ale plan szybko runął”- opowiada nasz bohater. Do przerwy Lech przegrywał 0:2, więc stan rywalizacji wrócił do wyjściowego remisu, lecz to tylko pozory. Po zmianie stron Athletic dorzucił następne 2 gole. ,,W drugiej połowie zagonili nas, byliśmy bez szans. Mam wrażenie że gdyby musieli nam strzelić 6 goli, to też by strzelili”- uczciwie przyznaje Jakołcewicz. Ten mecz był tragiczny w skutkach dla Józefa Szewczyka. Stoper Lecha pierwszy raz wtedy głośno powiedział w szatni że miał problemy ze wzrokiem bo ostro żarzące się reflektory sprawiały że nie widział śmigającej w powietrzu piłki. ,,Mówił że źle się czuje. Nikt z nas nie mógł przypuszczać że to koniec kariery i zaczyna się jego heroiczna walka ze śmiertelną chorobą. Od tej pory w ogóle przestał grać ale od czasu do czasu nas jeszcze odwiedzał. Tłumaczył że musi się porządnie wyleczyć, choć nie mówił, co mu dokładnie jest. Potem widywaliśmy go coraz rzadziej. Wyglądał gorzej, mizerniał. Zmarł na raka gałki ocznej. Nie dożył nawet czterdziestki…”- wspomina Jakołcewicz. Przykładne lanie w Bilbao wszystkim doskwierało ale dla Jakołcewicza było też niczym chrzest bojowy i zarazem definitywna przepustka do drużyny. Pokazał że daje rade że przeskok z drugiej ligi do ekstraklasy nastąpił bezboleśnie. Potem okazało się że jest piłkarzem na miare reprezentacji, choć w niej nigdy nie odgrywał jakiejś szczególnej roli. W każdym razie uzbierał 15 meczów. W kraju cieszył się dobrą opinią. Tak dobrą że w 1990 r. zainteresował się nim sam Guus Hiddink. Po tym jak 4 razy z rzędu zdobył z PSV Eindhoven mistrzostwo Holandii, przyjął oferte z Fenerbahche Stambuł. Potrzebował doświadczonego stopera i usłyszał że 29-letni Polak spełnia wymagane kryteria. ,,Była już końcówka jesieni, graliśmy półfinał Pucharu Polski z ŁKS. Do Łodzi wybrał się Hiddink. Wiedziałem że będę obserwowany przez tak zacnego gościa i… wszyscy zagraliśmy słabiutko. Porażka 0:2, bez żadnej dyskusji. ,,No to już pojechałem do Turcji. Dzięki chłopaki!”- rzuciłem smutno w szatni. Jednak za trzy dni zadzwonił telefon ze Stambułu że chcą dopiąć transfer! Życie potrafi zaskoczyć”- kwituje piłkarz. Bardzo szybko wkupił się w łaski fanów. Pierwsze spotkanie i od razu derby z Galatasaray! Jego zespół wprawdzie przegrał 1:2 ale on sam strzelił gola z karnego. Drugi mecz i… derby z Besiktasem! Tym razem remis 1:1 a Polak znowu wśród wyróżniających się piłkarzy. ,,Miałem dobre wejście. Świetnie dogadywałem się z trenerem Hiddinkiem i szybko złapałem kontakt z naszym bramkarzem, którym był oczywiście Toni Schumacher. Gadaliśmy o wszystkim ale był jeden temat, którego nie chciał ruszać: sprawa jego skandalizującej książki ,,Anpfiff”, robiącej wtedy furore wśród czytelników”- przyznaje Jakołcewicz. Podkreślał że nigdy nie grał w klubie tak profesjonalnie zarządzanym jak Fenerbahche a jednak po sezonie odszedł. ,,Zawiedliśmy w lidze, bo jako wcześniejszy wicemistrz zajeliśmy dopiero 5 miejsce. Do tego nie zdobyliśmy Pucharu Turcji. W półfinale przegraliśmy z Ankaragucu(1:3) a ja nie strzeliłem karnego przy stanie 1:1. Jak na ironie bo wcześniej w ligowym meczu z tym samym rywalem i temu samemu bramkarzowi strzeliłem 2 karne. Po nieudanym sezonie była presja na zmiany, której uległem. Zgodziłem się odejść, chociaż mogłem negocjować. Szkoda że nie zostałem w tej Turcji na dłużej. Jakoś za szybko zadowoliłem się tym, co już zagrałem. Trzeba było jeszcze powalczyć bo zawsze warto walczyć do samego końca. Żałuje że wtedy tak nie pomyślałem”- wspomina pan Czesław. Po epizodzie w lidze duńskiej wrócił do Polski by zakończyć karierę w Huraganie Pobiedziska. Czesław Jakołcewicz trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski i po razie zdobył Puchar Polski oraz Superpuchar Polski.

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

0

@NeroTFP1 No dobra ale oni po tych klubowych mistrzostwach tylko wypoczywali a my lataliśmy po Azji i też było duże zmęczenie, więc z jakiej paki oni dostają 2,3 dni mecz po wszystkich zespołach?

0

@FCB24 No ale z czym żartuje?

0

@Kubsoleon No zgoda ale kiedy były te KMŚ? przełom czerwca i lipca tak? A my później mieliśmy tournee po Azji. To oni tak byli zdechcnięci żeby żebrać o 2 dni później?

1

Może mi ktoś wyjaśnić z jakiej paki ten chalierny Real Madryt rozgrywa mecz pierwszej kolejki Primera Division dopiero we wtorek?? To jakiś przywilej dla nich ze strony hiszpańskiej federacji, czy co do cholery?

1

Zaraz, zaraz! A co te ,,białe cwaniaczki" z Estadio Santiago Bernabeu nie przystępują do rozgrywek Primera Division? W piątek nie grali, w sobote nie grali, dzisiaj też nie grają! Zbojkotowali La Lige czy co?
O! Widze że jutro grają? A coć to do cholery ma znaczyć że oni grają we wtorek razem z Liga Mistrzów? Koniec świata!

1

@Sysia11 Hola, hola! Jeśli masz na myśli Juliana Alvareza to wczoraj rzeczywiście widziałem tego pięknego gola i może stać się godnym następcą Messiego ale nie musi(ile takich goli strzelił?). Natomiast Echeverri czy Franco to nic o nich nie moge powiedzieć bo nie widziałem ich strzelających wolne a w dodatku nie pamiętam w jakich klubach teraz grają?

0

@Gary Asów? Nie ,,szalałem" jeszcze wówczas za Barcunią ale z tymi asami to ty nie żartujesz czasem? Z tego co się orientuje to nie były asy tylko bardzo przeciętni piłkarze, no może poza Geovannim...

11

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

18 sierpnia 1998 r. Xavi Hernandez zadebiutował w barwach Dumy Katalonii w meczu o stawkę. 18-letni wówczas pomocnik rozegrał pełne 90 minut w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii z RCD Mallorca przegranym przez Barçe 2:1. W 16 minucie Xavi otworzył wynik spotkania silnym uderzeniem pod poprzeczke po podaniu Nadala. Zatem debiut ze strzelony golem można uznać za udany.

Również 18 sierpnia, lecz 6 lat później(2004 r.) debiutują w pierwszej drużynie FC Barcelony w towarzyskim meczu z FC Vilafranca, Samuel Eto’o i Anderson Luis de Souza(zwany Deco). Mecz zakończył się zwycięstwem Barçy 6:0 a Eto’o(dwukrotnie) i Deco zdobywali gole w swoim debiucie. To właśnie w tamtym 2004 r. po przybyciu do Barçy Deco a zwłaszcza Eto’o pokochałem Blaugrane bezgranicznie i bezwarunkowo. Doskonale wówczas wiedziałem że jest już w klubie Ronaldinho, który mi się spodobał podczas Mundialu w Korei i Japonii, po czym dołączyła ta dosyć znana już wtedy wspomniana przeze mnie dwójka piłkarzy. Pod koniec tamtego sierpnia narodziło się we mnie głębokie uczucie do Katalońskiej Dumy i trwa nieprzerwanie…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@FCBparasiempre
Wojna domowa w Hiszpanii zakończyła się zwycięstwem wojsk Franco i drużyna El Euskadi została rozwiązana. Każdy z zawodników otrzymał wypłatę w wysokości 10 000 peset. Rok Wcześniej ich trener Vallana w kontrowersyjnych okolicznościach opuścił tournee. Tuż przed zostawieniem drużyny w sekrecie wynegocjował dwumiesięczną wypłatę, podczas gdy żaden z jego zawodników nie otrzymał ani grosza. Ten incydent nie zdołał już pogorszyć i tak zniszczonej reputacji Vallany, który podczas Paryskich igrzysk w 1924 roku strzelił tragicznego w skutkach gola samobójczego w meczu z Włochami- pechowa interwencja szybko zakończyła udział Hiszpanów w tej imprezie. Zamiast powrócić do kraju rządzonego przez Franco Vallana wybrał życie na uchodźstwie w Urugwaju. Tam po skończeniu kariery piłkarskiej został dziennikarzem sportowym. Większość członków tamtej drużyny resztę swojej kariery spędziła w krajach Ameryki Łacińskiej. Tym samym nieświadomie przyczynili się do wymieszania się stylów piłkarskich Hiszpanów i mieszkańców ich byłych Kolonii, procesu, który trwa do dziś. W Argentynie Zubieta, Langara, Iraragorri i Emiin związali się z San Lorenzo de Almagro, natomiast Blasco, Cilaurren, Areso, i Aedo zasilili Szeregi River Plate. Pozostałych zatrudniły meksykańskie kluby Asturia oraz(o ironio) España. Luis Regueiro i Aguirrezabala zakończyli swoje kariery i zamieszkali odpowiednio w Meksyku i Buenos Aires. To sprawiało że utrwalał się mit o nieposłusznej kadrze z silnym poczuciem własnej odrębności kulturowej i politycznej, mimo że część tych piłkarzy, kwiat chociażby Iraragorri, po ustabilizowaniu się reżimu franco po cichu wróciła do kraju. Jeden ze sponsorów El Euskadi Manuel de la Sota napisał w prologu do książki o tej drużynie, która została opublikowana po śmierci Franco: „Połączyło nas nieszczęście ale to nieszczęście okazało się największym szczęściem w moim życiu. Dzięki niemu zdołałem poznać przykłady ludzi naszej rasy, którzy po za byciem artystami sportu potrafili uczyć obcokrajowców gry i dumnie trzymać w górze honorowy sztandar małej grupy ludzi zwanych Euzkadi". Zanim Luis Regueiro rozegrał swoje pierwsze mecze za granicą w reprezentacji Basków, kilka miesięcy wcześniej inny były piłkarz Realu Madryt, niejaki Santiago Bernabeu, którego imię w przyszłości miało ozdobić jeden z najwspanialszych stadionów na świecie, zaciągnął się do wojsk Franco. Podczas gdy sympatyzujący z republikanami Regueiro w pierwszych dniach powstania czuł się bezpiecznie w stolicy Hiszpanii, mający prawicowe poglądy Bernabeu żył w poczuciu zagrożenia. Przed rozstrzelaniem przez republikański Pluton egzekucyjny uratowała go interwencja innego kibice Madrytu i zarazem przyjaciela, w socjalistycznego ambasadora Hiszpanii w Paryżu Alvaro de Albornoza. Dzięki staraniom dyplomaty Bernabeu uzyskał Azyl polityczny w ambasadzie francuskiej w Madrycie a następnie przerzucono go przez Pireneje do Francji. Powrócił paru miesięcy później w 1937 roku. Przekroczył granicę na wysokości Irun, gdzie od razu zaciągnął się do wojsk Franco, które zdobyły to baskijskie miasteczko. Przybycie Bernabeu do Irun w trakcie wojny domowej było niczym wypełnienie się przepowiedni. To właśnie tu na początku lat 20-tych, jako młody zawodnik Madrytu, Bernabeu zasugerował kolegom by w trakcie meczu z drużyną Real Union de Irun każdą bramkę uczcić okrzykiem "Viva España". W późniejszych latach Franco zaadaptował to hasło jako jedno ze swoich okrzyków bojowych. Z biegiem czasu stało się ono popularnym okrzykiem kibiców Realu Madryt a w późniejszych latach zaczęło być używane podczas meczów reprezentacji Hiszpanii. Istnieje stara fotografia przedstawiająca jeszcze młodego ale nieco już otyłego Bernabeu ubranego w mundur i płaszcz kaprala wojsk Franco. Widać na niej jak chyba zadowolony z życia przechadza się z fajką po ulicach nadmorskiego baskijskiego miasta San Sebastian. I rzeczywiście był zadowolony. Zdjęcie zostało wykonane tuż po tym, jak otrzymał swój pierwszy medal wojskowy za przyczynienie się 6 czerwca 1938 roku do rozgromienia Pro republikańskich jednostek w pirenejskim miasteczku Bielsa. Kilka miesięcy później, tuż przed świętami na ulicę San Sebastian i innych " wyzwolonych" przez rebeliantów miast trafił pierwszy " ogólnokrajowy' dziennik sportowy opublikowany pod rządami Franco. Jego nazwa „Marca" miała honorować neofaszystowski kult totemicznych symboli. Tabloidowa gazeta, które na początku wydawana była raz na tydzień a później już codziennie, miała służyć dwóm związanym ze sobą ceną: dotrzeć Rzeszy miłośników tej gry, która od lat 20 Stale się powiększała, zarówno wśród mieszkańców lewicowych, jak i prawicowych poglądach. Choć od początku gazeta pisała w łatwo rozpoznawalnym propagandowym tonie, to jednak odzwierciedlała istotne zmiany organizacyjne i polityczne w hiszpańskiej piłce, które pogłębiały się wraz z końcem wojny domowej i początkiem dyktatury. Okładka pierwszego numeru dziennika „Marca” była mocno zainspirowana rasistowską obsesją nazistowskich Niemiec, który podczas wojny domowej pomagały uzbroić Rebeliantów a następnie wspierały ich militarnie. Na obrazku znalazła się blond włosa dziewczyna, która wykonuje faszystowski salut w hołdzie „wszystkim hiszpańskim sportowcem i sportsmenkom". W rzeczywistości wojna domowa sprawiła że pojedynczy piłkarze przestali być szanowani przez przeciwników za swój talent, za to byli chwaleni bądź potępieni w zależności od tego, Po której stronie sporu politycznego stanęli. Ten konflikt miał długotrwały niszczący wpływ na ewolucję hiszpańskiej piłki, choć sam Bernabeu z racji swojej lojalności wobec Generalissimo, doskonale wyszedł na zwycięstwie Franco.

Bernabeu w czasie swojego pobytu w koszarach San Sebastian został przedstawiony w "Marce” jako ikona. Artykuł prezentował go jako człowieka, który przyniósł Realowi Madryt "wielkie chwile chwały”, najpierw jako piłkarz a następnie jako dyrektor klubu. W artykule opisano także jak zrezygnował ze swojego stanowiska aby walczyć dla "Sprawy"(antykomunistycznej). „Marca” dodała trochę dramatyzmu historii o opuszczeniu Madrytu przez Bernabeu. Opisując jego " ucieczkę przed brutalnymi oskarżeniami czerwonych hord", wspomniano że uzyskał Azyl polityczny w „ambasadzie"(Nie dodano jednak że chodzi o placówkę Francuską a bohater artykułu swoje życie zawdzięcza socjalistycznemu ambasadorowi). Jego opowieść o wydostaniu się z Hiszpanii ma także kilka ciekawych zwrotów akcji. Wśród jego rzekomych przygód znajdziemy historię o tym, jak ukrywał się w przebraniu pacjenta szpitala czy też jak chował się w wybiegu dla kur, z którego później uciekł przez klapę w podłodze. W gazecie można było znaleźć kilka pamiętnych cytatów Bernabeu. W jednym zdefiniował esencję nowej Hiszpanii, która miała powstać wraz ze zwycięstwem Franco: „Sspektakl kilku spoconych młodzieńców musi zniknąć i ustąpić miejsce młodzieży zdrowej ciałem i duchem pod przewodnictwem wyspecjalizowanych trenerów". Pod koniec napisał że przeznaczenie nowej Hiszpanii spoczywa nie tylko w rękach zawodników ale także kibiców Realu Madryt, którzy popierali rząd republikański. „Jeśli możemy znaleźć wśród nich(kibiców) takiej osoby, jak nasz rozmówca, to klub odrodzi się błyskawicznie", podsumował autor artykułu o Bernabeu. Tekst został napisany nie przez nikogo innego, jak „El Divino” we własnej osobie, chili Ricardo Zamorę, bramkarza FC Barcelony, który przeniósł się do Realu Madryt, zanim wykonał jedną z najlepszych parad w historii hiszpańskiej piłki. Losy klubów, zawodników i kibiców zostały przypieczętowane nie tylko z powodów ideologicznych ale także przez to, gdzie dane osoby czy organizacje się wówczas znajdowały. Konflikt poglądów kończył się śmiercią lub ryzykiem utraty życia. Wraz z wybuchem wojny domowej Zamora został zatrzymany przez anarchistycznego bojówkarza, który zagroził mu nożem. Adwersarz „El Divino” potępił go jako prawicowego ekstremistę, który od czasu do czasu pisał dla katolickiej gazety "Ya". W późniejszych opowieściach Zamora stwierdzał że nie miał wątpliwości że jego napastnik zamierzał go zabić ale ku jego zaskoczeniu bojówkarz nagle opuścił nóż i po ujawnieniu się jako kibic FC Madryt zaczął go obejmować. Podczas przeciągającej się rozmowy na temat sukcesów hiszpańskich klubów i ich gwiazd bojówkarz pochwalił za murem za wszystkie udane interwencje i przyczynienie się do zdobycia mistrzostwa. Mężczyźni pożegnali się ze sobą jak najlepsi przyjaciele. Parę dni później Zamora został aresztowany i bez żadnego procesu osadzony w madryckim więzieniu Modelo. Kiedy tam przebywał, ze stolicy Andaluzji Sewilli, która znajdowała się w rękach wojsk lojalnych generałowie Franco, nadano komunikat, w którym poinformowano że " bramkarz narodu" znalazł się wśród tuzinów znanych osób straconych przez "Czerwonych". Pogłoski te potraktowano na tyle poważnie że w mieście zdobytym przez katolickich Rebeliantów wierni zamawiali msze w intencji Zamory. Jednak był to tylko element propagandy Wojennej. W więzieniu modelu jego porywacze od czasu do czasu pokazywali go wizytującym osobistością, tak jakby był jakimś skarbem. W tamtych czasach wywoływanie z celi mogło oznaczać spotkanie z plutonem egzekucyjnym. Zamora wspominał że za każdym razem, kiedy wzywano go do opuszczenia celi, nogi dosłownie się pod nim uginały. Ostatecznie opuścił Więzienie po tym, jak we Francji zorganizowano międzynarodową kampanię na rzecz jego uwolnienia. Po wyjściu na wolność znalazł schronienie w argentyńskiej ambasadzie w Madrycie. Tam zorganizowano dla niego, jego żony i młodziutkiego syna transport, który wywiózł ich z Hiszpanii. W tamtych okolicznościach Zamora uznał że w jego najlepszym interesie leży to, aby się ukrywać, przynajmniej do czasu przejścia przez Pireneje. Tak więc dopiero po uzgodnieniu planu ucieczki, w ciemnych okularach i brodzie, którą zdążył zapuścić, opuścił budynek ambasady. Jego przebranie nie zmyliło bojówkarza, który stał na warcie. „Hej, Zamora, po co ci ta broda?", zapytał go żołdak, który okazał się kibicem FC Madryt, co bramkarzowi zapewniło bezpieczną ucieczkę. Zamora poprzez porty w Walencji i Marsylii udał się na tymczasowe wygnanie do Paryża. Przebywając w stolicy Francji, bramkarz udzielił wywiadu w gazecie " Paris Soir", w której opisał siebie jako "stuprocentowego Hiszpana". Choć ostrożnie wypowiadał się na temat swoich sympatii politycznych, to nie omieszkał powiedzieć że jego zdaniem zasługiwał na lepsze traktowanie ze strony niektórych rodaków i nie powinien był obawiać się o własne życie. Następnie Zamora udał się do Nicei, gdzie przez jakiś czas grał ze swoim dawnym przyjacielem Pepe Samitierem. „El Sami” podobnie jak „El Divino” przed wybuchem wojny domowej przeniósł się z FC Barcelony do Realu Madryt. Ucieczka „El Samiego” od "czerwonych" także wpisała się w mitologię tego konfliktu dzięki nowo powstałej gazecie „Marca”. Dziennik pieczołowicie opisał, jak Samitier uciekł przed aresztowaniem i przez kilka dni się ukrywał a następnie "z dwoma garniturami, przeraźliwie głodny i wycieńczony" przedostał się na terytorium Francji. Były też inne historie o ucieczkach oraz ocaleniach. Na przykład gwiazda reprezentacji Jacinto Quincoces służył w profrancistowskich brygadach Navarry i po wojnie powrócił do swojego dawnego klubu Realu Madryt. Supergwiazda FC Barcelony z lat 20-tych, Paulino Alcantara aby zostać lekarzem znalazł się na listach egzekucyjnych prawicowych sympatyków. Miał szczęście że dzień po rewolcie wojskowych uciekł z pozostający pod rządami Republiki Katalonii do Francji. Na czas emerytury powrócił do francistowskiej Hiszpanii i w 1951 roku zaliczył nieudany epizod jako selekcjoner reprezentacji. Niestety nie każdy miał tyle szczęścia. Prawie milion Hiszpanów zginęło w wojnie domowej. Wśród nich byli też działacze piłkarscy i zawodnicy, którzy zostali straceni lub zginęli na polu bitwy, przeważnie nie dlatego że grali dla jakiegoś klubu ale dlatego że byli utożsamiani z którąś ze stron konfliktu. Ofiary pochodziły ze wszystkich klubów podzielonego kraju. Wśród nich byli Gonzalo Aguirre i Valero Rivera, byli wiceprezydent i skarbnik Realu Madryt; Damian Cabellas, sekretarz Espanyolu; Jose German i Sr Vinas, dwóch byłych prezydentów klubu Sabadell; Angel Arocha, był reprezentant Hiszpanii i FC Barcelony; Ramon Triana y del Arroyo, który występował w Atletico i Realu Madryt. Wśród "zaginionych" zawodników byli Gonzalo Cale z Oviedo, grający w Deportivo La Coruña Barreras a także były piłkarz i trener Herkulesa FC Manual Suarez de Begona. Do tego przynajmniej cztery obiekty klubowe zostały dotkliwie zniszczone: stadion Chamartin Realu Madryt, stadion Heliopolis oraz biura Betisu Sewilla, stadion Oviedo a także budynki socjalne i archiwa FC Barcelony. W historii hiszpańskiej piłki nożnej mało czyje losy tak dokładnie obrazują tragedię hiszpańskiej wojny domowej, jak te Josepa Sunyola. Został on wybrany do katalońskiego parlamentu a także pełni funkcję prezydenta FC Barcelony. Po raz ostatni wykonywał swoje obowiązki w klubie 30 lipca 1936 roku, kiedy tuż po wybuchu wojny domowej przewodniczył spotkaniu kryzysowemu zarządu. Następnie pojechał przez góry Guadarrama na południe do Madrytu, odwiedziwszy po drodze katalońskich Bojowników, którzy bronili stolicy Hiszpanii przed wojskami rebeliantów. Drogi i wjechał na tereny zajęte przez wroga. Został zatrzymany i rozstrzelany 6 sierpnia na jego ciało wrzucono do anonimowego grobu. Choć jego ciało nigdy nie zostało odnalezione, to 28 września 1939 roku Sunyol został przez zwycięskie w wojnie domowej państwo frankistowskie pośmiertnie oskarżony o „zbrodni polityczne". Dwa miesiące później oficjalny raport potępił Sunyola, jako polityka i prezydenta FC Barcelony za antyhiszpańskość.

2

@FCBparasiempre
Oblicza Hiszpańskiego futbolu w czasie wojny domowej:

Wojna domowa miała jeszcze potrwać dwa lata, kiedy 22 maja 1937 roku prawie 4 000 dziecięcych uchodźców wraz z nauczycielami i księżmi wypłynęło na pokładzie ,,SS Habana" z północnej Hiszpanii. Pokonawszy Zatokę Biskajską wylądowali w Southampton. Okręt ze swoimi pasażerami(największym w historii pojedynczym napływem małych uchodźców do Wielkiej Brytanii) wypłynął z Bilbao w przededniu zdobycia i okupacji baskijskiego portu przez oblegające miasto wojska lojalne wobec generała Francisco Franco. Dzieci zostały ewakuowane po to, aby nie musiały patrzeć na okrucieństwa tego konfliktu. Mimo dużych kontrowersji w kraju Wielka Brytania odstąpiła od swojej polityki nie interweniowania i zgodziła się eskortować statki z baskijskimi uchodźcami do bezpiecznych portów. Warunki panujące na „SS Habana” były przygnębiające, podróżowano w ścisku, co tylko pogarszało stan zmartwionych dzieci. Zostały one oddzielone od rodzin i wysłane do obcego kraju, gdzie czekała je niepewna przyszłość. W nocy, kiedy statek miotał się i skręcał pod wzburzonym morzu dzieci płakały i przywoływały swoich rodziców. Wśród nich byli 14-letni Raimundo Lezama oraz jego brat Luis. Pochodzili z dzielnicy przemysłowej Barakaldo. Ich ojciec pracował na statkach. Został zatrzymany w zajętym przez republikanów porcie Sagunto i większość wojny domowej spędził w więzieniu. Podczas gdy pani Lezama pozostawała w kraju z malutką córką, jej dwaj synowie po przybyciu na angielską ziemię odnajdywali się z trudem w diametralnie odmiennym środowisku. Czekały na nich setki wolontariuszy i przedstawicieli rządowych, którzy swoją hojną akcją pokazali jakie emocje wywoływała wśród nich hiszpańska wojna domowa. Olbrzymia wrzawa przywitała „Habanę”, kiedy okręt dokował w porcie Southampton. Następnego dnia czołówka lokalnej gazety "Echo" głosiła: " baskijskie dzieci z radością rozpoczynają obozowe życie" i opisywała " podniecenie karmieniem tłumu" stworzonych w okolicy obozach przejściowych. Z okazji przybycia dzieci setki ludzi z całego kraju zjechały do Southampton przynosząc ze sobą prezenty i jedzenie. Orkiestra Armii Zbawienia przygrywała, ekipa BBC filmowała a dekoracje z okazji koronacji Króla Jerzego VI, która odbyła się dwa tygodnie wcześniej wciąż wisiały po to aby wydarzeniu przydać atmosfery święta. W późniejszych latach jedno z dzieci wspominało: „Kiedy wpłynęliśmy do Zatoki w Southampton pomyśleliśmy że wylądowaliśmy na Ziemi Obiecanej. Każdy domek nad morzem miał swój piękny ogródek starannie zadbany i udekorowany aby uczcić koronację. Wszędzie wisiały flagi, grała muzyka a tłumy machały do nas chustkami...". W rzeczywistości wcale nie było tak sielankowo. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w obawie przed tym że dzieci mogą być nosicielami tyfusu lub innych potencjalne śmiertelnych chorób zakaźnych, którymi mogły się zarazić w strefie wojennej, nakazało zbadanie przybyszów przez służby zdrowia a następnie zdezynfekowanie ich w łaźniach publicznych. Początkowo dzieci zamieszkały w namiotach, jednak po dwóch potężnych burzach ich obóz zamienił się w grze zjawisko. Niedoświadczeni pracownicy społeczni mieli problemy z komunikowaniem się z dziećmi, który mówiły wyłącznie po hiszpańsku bądź w niektórych przypadkach po baskijsku. Mimo wszystko dorośli próbowali zabawiać je wycieczkami, pokazami filmowymi czy też wystawianiem " Snu nocy letniej" Szekspira. Obóz North Stoneham w Southampton był jedynie obozem przejściowym. Do września 1937 roku Bracia Lezama wraz z innymi dziećmi trafili do prywatnych domów i placówek państwowych. Rozdzielony od brata Raimundo Lezama pozostał w Southampton. Otrzymał schronienie, jedzenie i lekcje podstaw języka angielskiego w hotelu prowadzonym przez siostry nazaretanki. Mieszkał zaledwie pół mili od stadionu „The Dell”, gdzie swoje mecze rozgrywała drużyna Southampton FC. Siostry zakonne dobrze karmiły Raimundo, który podlegał dosyć łagodnemu reżimowi składającemu się z lekcji muzyki i zabaw na świeżym powietrzu, w tym głównie piłki nożnej. Jeszcze jako nastolatek trafił do Southampton FC i pokonawszy wszystkie szczeble drużyn młodzieżowych trafił do rezerw. Debiutował w pierwszej drużynie 1 czerwca 1940 roku, 9 miesięcy po wybuchu II wojny światowej. Parę miesięcy później, po krótkim okresie pracy na stanowisku kierowcy w brytyjskich siłach powietrznych RAF, Raimundo połączył się ze swoim bratem i razem wrócili do Hiszpanii, którą rządził zwycięski w wojnie domowej Franco.

W marcu 1937 roku, mniej więcej w tym samym czasie kiedy bracia Lezama wsiadali na pokład „Habany”, baskijscy politycy uznali że skład Athletic Bilbao będzie stanowić główny fundament reprezentacji narodu Basków zwanej " El Euskadi". Z jednego powodu można było stworzyć drużynę narodową Basków a także powołać jej inicjatora Jose Antonio Aguirrego na urząd " lebendakari", czyli prezydenta Euskadi(baskijskich terenów w granicach Hiszpanii, z wyłączeniem Nawarry) a tym powodem była hiszpańska wojna domowa. Sam Aguirre w młodości grał dla Athleticu. Chociaż nikomu nie zapadł w pamięci jako zawodnik, zdołał wyróżnić się jako polityk. Dobrze potrafił ocenić miejsce klubów w kulturze popularnej oraz rosnące wartości propagandowe piłki nożnej, która przeobraziła się w Sport masowy. Baskijski rząd Aguirrego uformował się w czasach, kiedy większość obszarów, które rzekomo reprezentowali znalazła się pod okupacją wojskowych Rebeliantów. Jedynie region Vizcaya, z Bilbao w swoim sercu, nie był pod kontrolą Franco. Po rozmowach na temat utworzenia Armii Basków, która walczyłaby o uratowanie republiki, Aguirre wpadł na pomysł powołania drużyny Narodowej, która ruszyłaby w tournee za granicę i której celem byłoby zdobycie funduszy oraz poparcia zagranicznego dla jego sprawy. Pod koniec marca 1937 roku obie strony barykady osiągnęły podobny poziom brutalności a ogólnokrajowa liga piłkarska przestała funkcjonować. Sytuacja spowodowała że grupa piłkarzy odpowiedziała na odzew Aguirrego i pojawiła się na selekcji, które miała miejsce na stadionie San Mames w Bilbao. Drużyna otrzymała potężne wzmocnienie w postaci dwóch baskijskich reprezentantów Hiszpanii, bracia Luisa i Pedra Regueiro, którzy w latach poprzedzających wojnę domową występowali w FC Madryt. Oprócz nich pojawił się także zawodnik asturyjskiego klubu Real Oviedo Isidro Langara. W czasach gry w Asturii piłkarz ten trzykrotnie zdobył Puchar Pichichi, który był wręczany najlepszemu strzelcowi ligi hiszpańskiej. Napastnik został gwiazdą popularnej grupy „delanteros electricos", którzy za sprawą młodzieńczego talentu i prędkości poruszania się z piłką przetaczali się jak walec po kolejnych rywalach. Wśród innych Basków, którzy zjechali na San Mames z różnych części Hiszpanii byli Enrique Larrinaga z Racingu Santander a także dwóch najlepszych hiszpańskich obrońców lat 30-tych XX wieku. Pierwszym był Pedro Areso, obrońca FC Barcelony a poprzednio Betisu, który potrafił powstrzymać nawet najlepiej zorganizowany atak drużyny przeciwnej, czym zyskał sobie przydomek "El Stop". Drugim był Serafin Aedo, który podczas sezonu 1934/1935 grał u boku Areso w Betisie, kiedy klub po raz pierwszy i ostatni w historii zdobył mistrzostwo Hiszpanii. Aedo miał nadzieję że pójdzie w ślady swojego przyjaciela Areso i przeniesie się do FC Barcelony, jednak wybuch wojny domowej pokrzyżował mu plany i piłkarz ten zdążył rozegrać zaledwie jeden mecz towarzyski w barwach katalońskiego klubu. Najwięcej ochotników pochodziło z Baskijskiej diaspory Athleticu. Byli to piłkarze, którzy w czasach republiki grali w reprezentacji Hiszpanii: Gorostiza, Blasco, Iraragorri, Cilaurren, Muguerza, Echevarria, Zubieta i Aguirrezabala. Ci zawodnicy brali udział w pucharowych głowach jednego z najsilniejszych i najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich przedwojennej Hiszpanii. To była ta drużyna Athleticu, która pomiędzy rokiem 1930 a 1935 zdobyła dwa trofea Pichichi(dwukrotnie otrzymał je Gorostiza) oraz nagrodę Zamory dla najlepszego bramkarza(Blasco), odnotowała najwyższe zwycięstwo w historii Ligi Hiszpańskiej(12:1 nad FC Barceloną w 1931 roku), zdobyła dwa puchary Hiszpanii i czterokrotnie zwyciężyła w lidze. Zespół przez ponad miesiąc trenował na Sam Mames(krótko przed rozpoczęciem długiego oblężenia Bilbao) pod okiem Manuela Lopeza Llamosasa, byłego napastnika Athleticu, który grał w tamtym klubie we wczesnych latach 20 XX wieku. Przezywano go "Travieso" ze względu na jego psotną inteligencję, przebiegłość oraz wieczną nieprzewidywalność. Travieso dobrze opiekował się piłkarzami a także pracował nad uformowaniem się ducha drużyny. Jednak do dziś pozostanie tajemnicą dlaczego w dniu wyjazdu postanowił pozostać w Bilbao, zamiast wyruszyć ze składem 18 piłkarzy na zagraniczne tournee. Jego miejsce na ławce trenerskiej zajął Pedro Vallana, były reprezentant Hiszpanii, który został sędzią po zakończeniu kariery zawodnika w barwach Arenas Club de Getxo. Towarzyszyli mu masażysta Birichinaga, przychylny miejscowy dziennikarz Alegria oraz dwóch działaczy piłkarskich: wiceprezydent hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej z czasów republiki Ricardo Irazabal oraz były prezydent Athleticu Manuel de La Sota, który pochodził z jednej z najbogatszych dynastii przemysłowców w Bilbao. Kapitanem drużyny został Luis Regueiro. Wartość propagandowa tego byłego piłkarza Realu Madryt i reprezentacji Hiszpanii była tak duża że profrankistowscy Rebelianci puścili plotkę, według której jego zniknięcie było spowodowane straceniem go przez wojska republiki. Regueiro wyraźnie sympatyzował z baskami. Wiele lat później wspominał: „Wraz z wybuchem rewolucji Franco nie dało się już grać w piłkę nożną w Hiszpanii. Istniała jednak olbrzymia potrzeba pokazania światu że my Baskowie byliśmy inni, nie chcieliśmy robić tego, czego oczekiwali od nas inni. To była ta idea, która w trakcie meczu za granicą motywowała nas na stadionach i na zewnątrz. Wygrywaliśmy na boisku a poza nim zdobywaliśmy poparcie i przyjaciół".

Nie każdy piłkarz był tak entuzjastycznie nastawiony do tego tournee. Niektórzy mieli nadzieję że zarówno wyjazd, jak i wojna domowa potrwają krótko. Oba wydarzenia się jednak przeciągały a wraz z rosnącą przewagą Franko pogłębiały się podziały. Jeden z piłkarzy, Zubieta po latach wspominał: „Staliśmy się nomadami a naszym jedynym oparciem była piłka nożna... Zaczęliśmy nowe życie i nie wiedzieliśmy dokąd zmierzamy. Czuję że w momencie kiedy przekraczaliśmy granicę francuską mieliśmy nadzieję że wkrótce wrócimy". Na wiosnę drużyna dotarła do Paryża i po powitaniu przez lokalnych przedstawicieli baskijskiego rządu złożyła pod Grobem Nieznanego Żołnierza wieniec udekorowany baskijskimi barwami narodowymi. Swój pierwszy mecz przeciwko francuskiemu Racingowi piłkarze rozegrali 24 kwietnia 1937 roku na stadionie Parc de Princes i wygrali 3:0 dzięki hattricowi Langary. Radość ze zwycięstwa trwała krótko, gdyż 26 kwietnia przez francuskie radio dotarła do nich wiadomość o zbombardowaniu baskijskiego miasteczka Guernica przez wspierające Franco Luftwaffe. Choć takie ataki i rosnące masowo liczby ofiar wśród cywilów stały się ważnym narzędziem propagandy rządu republikanów, piłkarze coraz częściej obawiali się o swoje rodziny, które pozostawili w kraju. Wraz z postępem wojsk Franko w głąb kraju Basków piłkarze zaczęli się zastanawiać po czyjej stronie sporu politycznego powinni stanąć. Wycieczka z Paryża ruszyła poprzez Czechosłowację i Polskę do Rosji, gdzie drużyna pozostała przez 2 i pół miesiąca. Pojedynczy uczestnicy spisali autoryzowane wspomnienia z tego wyjazdu, które zostały opublikowane pod cenzurą w latach dyktatury Franco, w czasach kiedy sprawa Basków zaczęła być mitologizowana przez uchodźców. Wspomnienia skupiały się na piłkarskich sukcesach drużyny El Euskadi, która wygrała większość swoich meczów z drużynami narodowymi oraz miejscowymi klubami. Po okazjonalnych porażkach Baskowie obwiniali przeciwników o brak gry w duchu Fair Play, którego nauczyli się od Anglików. Langara przywoływał przegraną 2:4 z czeskim zespołem w Pradze: „To był rozbój w biały dzień. Pokonali nas dzięki rzutom karnym. Sędzia wydawał się zdenerwowany z powodu wypadku, jaki przytrafił mu się przed spotkaniem i odgwizdywał karne aby ukoić swoje nerwy a za każdym razem, kiedy nasz bramkarz Blasco interweniował, kazał powtórzyć jedenastkę niesprawiedliwie twierdząc że Blasco poruszył się przed strzałem. W Moskwie było dużo okazji do robienia zdjęć w drużynie. Filmowano ich podczas wizyty w szkole i rezydencji, w której zajmowano się baskijskimi dziećmi, które zostały tam ewakuowane. Jednak propaganda zdawała się bardziej służyć stalinowskiej Rosji niż w sprawie kraju Basków. Inny piłkarz Zubieta wspomina: „Graliśmy w piłkę, piliśmy wódkę i siedzieliśmy w hotelu. Tak wyglądał nasz pobyt w tym odległym i dziwnym kraju. Nie mieliśmy kontaktu z niczym innym poza światem sportu". Rozgrywane w Moskwie mecze przyciągnęły na trybuny olbrzymie rzesze przywódców i członków partii komunistycznej. W tym samym czasie pojawiła się wiadomość że Bilbao wpadło w ręce wojsk Franco. Miejscowi opiekunowie dopilnowali aby goście nie poznali realiów politycznych panujących w tym kraju, tym bardziej że odwiedzili ZSRR w punkcie kulminacyjnym okrutnych stalinowskich represji. Rok 1937 mógł zostać zapamiętany przez baskijskich nacjonalistów jako rok bohaterskiej wyprawy zagranicznej El Euskadi(ważny punkt w historii hiszpańskiej piłki) ale to był także jeden z najtragiczniejszych okresów w historii Związku Radzieckiego. 1937 był rokiem zwiększonego terroru Stalina, którego celem było fizyczne unicestwienie znaczącej socjalistycznej opozycji, sprzeciwiającej się biurokratycznym i represyjnym rządom. W opublikowanych po śmierci Franco wspomnieniach z tournee pominięto jednak te elementy ówczesnych realiów. Dziennikarz, który towarzyszył zawodnikom- Melchor Alegria, wspominał w 1987 roku: „Moskwa okazała się wielkim sukcesem. Wszystkie mecze odbyły się w znakomitej atmosferze, co nas bardzo wzruszyło, gdyż to nam uświadomiło że Rosjanie współczują cierpieniom baskijskiego narodu. Czuliśmy się naprawdę zaszczyceni tym że podczas pobytu w Leningradzie przedstawiciele związków zawodowych i innych organizacji poprosili nas abyśmy zostali w Rosji". Tak pochlebnej opinii o tournee nie podzielali wszyscy członkowie społeczności piłkarskiej. Rosnący wpływ sympatii do Franco wśród działaczy FIFA spowodował że federacje krajów takich jak Argentyna próbowały komplikować życie kadrze Basków poprzez odwołanie części jej meczów. Kiedy El Euskadi ostatecznie powrócili do Paryża, część zawodników potajemnie spotkała się z emisariuszami Franco, którzy przekonywali ich że walczą o przegraną sprawę i namawiali do ustąpienia. Drużynę opuściła tylko garstka jej członków ale była to wystarczająca liczba aby ich przykład mógł posłużyć franco jako narzędzie propagandy podczas dwóch ostatnich lat wojny domowej. Pierwszym, który odszedł i poparł frankistów był legendarny gracz Athleticu Gorostiza, który z prędkością błyskawicy biegał po lewym skrzydle, czym zyskał sobie przydomek Bala Roja, czyli czerwony pocisk. W ślad zanim udała się inna gwiazda Athleticu i reprezentacji Hiszpanii, pomocnik Echevarria a także masażysta Birichinaga. Wietrznego jesiennego dnia w październiku 1937 roku niedobitki drużyny Basków wsiadły na pokład "Ile de France" w Hawrze i popłynęły przez Kubę do Meksyku. W tamtym kraju reprezentanci El Euskadi otrzymali pozwolenie aby w sezonie 1938/1939 występować w miejscowej lidze, gdzie ostatecznie zajęli drugie miejsce.

1

Dla @Bernard777 i dla innych zainteresowanych w odpowiedzi na mój komentarz

0

No a teraz czas na Ige Świątek! Vamos Igunia, Vamos a ganar!

1

Premier Lig. Hitowe meczycho na Old Trafford. Jak cudownie to się ogląda mając w końcu ten ,,cholerny" Canal+! Troche szkoda Czerwonych Diabłów ale wyszło doświadczenie Kanonierów. Zresztą chyba nie przypadkowo Arsenal odprawił z kwitkiem te pieprzone prześcieradła z Ligi Mistrzów...

0

@mkord No to dla mnie taki przepis jest nie do przyjęcia, zwłaszcza że w takim przypadku to drużyna poszkodowana faulem wykonuje rzut wolny. Ja bym osobiście zlikwidował ten niepoważny przepis...

0

@Gibbon_FCB Jak na turniej towarzyski, to jakoś bardzo poważnie zagrała ta Chelsea, czego nie można powiedzieć na tle Crystal Palace...

0

@MonteChristo Czyli co? Zawodnicy Crystal Palace nie mogą stać w murze i obok muru? To by było ewidentnie krzywdzące drużyne wykonującą rzut wolny...

0

Nie no, takich komedii to jeszcze nie widziałem! I zapewne bym nie zobaczył, gdybym nie wykupił sportowego pakietu Canal+. Otóż pół godziny temu piłkarze Crystal Palace prawidłowo zdobyli gola z rzutu wolnego, po czym... sędzia nie uznał tego gola z powodu że w murze i obok muru zawodników Chelsea stali zawodnicy Crystal Palace. Co za kuriozalna interpretacja!?
Ps. Jakim cudem tak grająca Chelsea została Klubowym Mistrzem Świata? Kolejne kuriozum...

6

@FCBparasiempre
Dwa pierwsze sezony musiały niebywale frustrować Henry’ego, który marzył o powtórzeniu osiągnięć takich zawodników jak Tony Adams czy Patrick Vieira. Przełamanie przyszło jednak szybciej, niż zapewne sam się spodziewał. Arsenal mając na koncie 26 wygranych, dziewięć remisów i trzy porażki, zakończył sezon 2001/02 na pierwszym miejscu w tabeli, siedem punktów przed Liverpoolem. Sięgnął również po FA Cup, który wyszarpał sąsiedniej Chelsea po trafieniach Ray Parloura i Freddiego Ljungberga. Podopieczni Wengera skompromitowali się jednak za to w Lidze Mistrzów, gdzie awansu do fazy pucharowej pozbawiło ich Deportivo La Coruña i Bayer Leverkusen. Po raz pierwszy w karierze Henry sięgnął po koronę króla strzelców Premier League, zdobywając 24 gole. Świetna gra dostarczała mu trofea drużynowe, indywidualne oraz spore profity finansowe. Zainteresowali się nim bowiem najlepsi producenci odzieży sportowej, tacy jak Nike. Olbrzymie dochody z kontraktów sponsorskich pozwoliły Henry’emu na zaznanie odrobiny luksusu. Za pozyskane środki postawił największy i najdroższy dom, jaki był zamieszkany w Anglii przez jakiegokolwiek piłkarza. Sympatycy ligi angielskiej bez wątpienia są w stanie wymienić duety napastników, którzy na przestrzeni lat rywalizowali o najważniejsze indywidualne trofea w lidze. I tak jak obecnie są to m.in. Harry Kane i Jaimie Vardy, to kibice starszej daty zapewne tuż obok Henry’ego wymieniliby Ruuda van Nistelrooy’a. Przez pięć lat pobytu Holendra w Anglii w rywalizacji o koronę króla strzelców liczyła się w zasadzie tylko ta dwójka. Na nieszczęście wychowanka PSV, zawodnik Arsenalu triumfował aż cztery razy. Ruud bardzo poważnie podchodził do rywalizacji z Henrym, co doskonale pamięta Paul Scholes: ,,Jeśli nie strzelił gola, siedział skwaszony na tyłach autokaru, nawet gdy wygraliśmy mecz. W dodatku, gdy podczas sprawdzania innych wyników okazywało się, że Henry strzelił, Ruud wściekał się jeszcze bardziej. Widział w nim osobistego rywala i stanowczo obstawał przy tym, że na pewno zdobędzie więcej bramek”. Ta rywalizacja dodawała każdemu starciu Czerwonych Diabłów z Kanonierami jeszcze więcej pikanterii. Trudno jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że to Francuz był znacznie bardziej wszechstronnym i efektownym zawodnikiem. O ile reprezentant Holandii często ograniczał się do poruszania wewnątrz pora karnego, o tyle Henry często starał się grać bardziej zespołowo i obsłużyć kolegów dokładnym podaniem, co wielokrotnie podkreślał: ,,Dla mnie najpiękniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić w piłce nożnej, jest podanie do kogoś, gdy sam możesz zdobyć gola. Wiesz, że jesteś wystarczająco dobry, aby strzelić bramkę w tej sytuacji, ale oddajesz piłkę komuś innemu. Niesamowity jest widok radości tego człowieka, któremu podarowałeś piłkę. Wiesz, że mogłeś strzelać, on też to wie. Każdy to wie. Wspaniałą rzeczą jest możliwość wspólnej radości”. Słowa te wielokrotnie znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to właśnie do wychowanka Monaco należy rekord asyst Premier League, który ustanowił w sezonie 2002/03. Ostatnich podań zanotował wówczas 20 (i 24 gole), a do dziś tego osiągnięcia nie udało się pobić nikomu, choć kilku graczy było blisko. Frank Lampard w sezonie 2004/2005 zanotował 18 finalnych podań, a jeszcze bliżej był Mesut Özil, któremu w rozgrywkach 2015/16 zabrakło zaledwie jednej asysty do wyrównania rekordu Henry’ego. Ten pułap zdołał osiągnąć Kevin de Bryune w sezonie 2019/20, ale wyprzedzić bohatera tekstu już nie zdołał. Jeśli wydaje wam się, że najlepszy okres tego zawodnika w Anglii już za nami, to jesteście w błędzie. Dochodzimy bowiem do najsłynniejszego osiągnięcia Wengera w Anglii, czyli sezonu 2003/04, ale po kolei.

Cel na te rozgrywki dla Henry’ego i spółki mógł być tylko jeden – wydrzeć machinie Sir Alexa Fergusona ligowy tytuł. Potencjał kadrowy drużyny z północnego Londynu był niesamowity, takie nazwiska jak Gilberto Silva, Sol Campbell, Ashley Cole czy też Dennis Bergkamp to zaledwie kilku z wartych wspomnienia zawodników. I wszyscy ci gracze grali na miarę oczekiwań. Nie sądzę, abym mógł powiedzieć coś szczególnie odkrywczego o tym sezonie. Po zwycięstwie 2:1 nad Leicester City Kanonierzy stali pierwszym zespołem od czasu Preston North End z sezonu 1888/89, który sięgnął po krajowy tytuł, nie przegrywając żadnego spotkania w drodze po to trofeum. Wielka w tym zasługa chłopaka z Les Ulis, który zanotował 30 trafień i sięgnął po kolejną koronę króla strzelców. Trzynaste, a zarazem ostatnie mistrzostwo w historii Arsenalu było piękną puentą pewnego pokolenia, które po 2004 r. zaczęło stopniowo osuwać się ku przeciętności, w jakiej ten klub znajduje się do dziś. Jakkolwiek potoczyły się ligowe losy Kanonierów w kolejnych latach, to na tym polu Henry miał prawo czuć się spełniony. Zupełnie inaczej było w przypadku rozgrywek europejskich, gdzie jego jedynym sukcesem było dotarcie do wspomnianego finału Pucharu UEFA w 2000 r. W Lidze Mistrzów z kolei można było się w przypadku Kanonierów spodziewać solidnego występu na miarę ćwierćfinału, ale nic poza tym. Zmieniło się to wreszcie w 2006 r. Arsenal pewnie wygrał swoją grupę, tracąc punkty jedynie raz w ostatnim spotkaniu ze szwajcarskim Thun. W 1/8 finału czekał już na podopiecznych Wengera poważny test, jakim było starcie z Realem Madryt. Nie przestraszyli się jednak utytułowanego rywala, a dzięki fenomenalnej bramce Henry’ego na Santiago Bernabeu wywalczyli awans. Był to kolejny pokaz kunsztu wychowanka Monaco, który dryblingiem minął trzech obrońców przeciwnika i pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce. Zwycięstwo w tym spotkaniu oraz bezbramkowy remis na Highbury zapewniły awans do dalszej fazy rozgrywek.

W drodze do wielkiego finału Arsenal odprawił jeszcze z kwitkiem Juventus i rewelację tamtego sezonu, Villareal. Świetna defensywa, dynamiczni skrzydłowi oraz geniusz w ataku dawały duże szanse na końcowy sukces. Kanonierzy jako pierwszy londyński zespół w historii miał szanse wywalczyć europejskie mistrzostwo. Wystarczyło wygrać z FC Barceloną… Jak dobrze wiemy, ten mecz był definitywnym początkiem upadku Arsenalu i narodzinami wielkiej Barcelony. Mimo że podopieczni Rijkaarda nie mogli liczyć na swoją wschodzącą gwiazdę w postaci Leo Messiego, to zdołali odwrócić losy spotkania i wygrać spotkanie 2:1 po golach Eto’o i Belletiego. Nie był to szczególnie udany mecz w wykonaniu Henry’ego, który nie był w stanie pokonać wyjątkowo dobrze dysponowanego Valdesa. Samo spotkanie dostarczyło mu wyjątkowej frustracji, czemu dobitnie dawał wyraz w pomeczowych wypowiedziach: ,,Byłem kopany na całym boisku. Oczekiwałem, że sędzia wykona swoją pracę. Nie wydaje mi się, by to zrobił”. Potrafił jednak docenić klasę swoich rywali, a w szczególności genialnego zmiennika, który zdołał odwrócić losy spotkania: ,,Ludzie wciąż mówią o Ronaldinho, Eto’o czy Giulym, ale ja ich nie widziałem. Widziałem za to Henrika Larssona. Wszedł i zmienił grę. Zabił ją. Barcelona to drużyna. To nie Eto’o, czy Ronaldinho. W środę różnicę zrobił Larsson. Wszedł i pokazał się kilkoma rajdami, to piłkarz drużynowy. Dwa razy asystował kolegom”. Nie chcę pochylać się szczegółowo nad konsekwencjami tej porażki dla przyszłości Arsenalu. Wystarczy powiedzieć, że skoro mistrzostwo Anglii z 2004 r. było ostatnim wielkim sukcesem Arsenalu, to spotkanie rozegrane dwa lata później była ostatnią szansą na moment chwały dla Wengera, której nigdy już później nie zaznał. Wiarę w inny obrót zdarzeń stracili jego zawodnicy, a w tej kategorii wyróżnił się zwłaszcza Henry. Po frustrującym, pełnym kontuzji sezonie 2006/07 napastnik uznał, że nadszedł czas na zmiany i za 16 milionów funtów przeniósł się do, o ironio, FC Barcelony. Przenosiny legendy francuskiego futbolu do Barcelony były jednym z najsłynniejszych transferów XXI wieku, które zaskoczyły niejednego piłkarza Dumy Katalonii. Szczególne wrażenie zrobiły na Leo Messim, który w rozmowie z L’Equipe opowiedział o swoich relacjach z wychowankiem Monaco: ,,Pierwszego dnia nawet nie odważyłem się spojrzeć mu w twarz. Wiedziałem wszystko o tym, czego dokonał na angielskich boiskach. Miałem jego zdjęcie, a nagle byliśmy w tej samej szatni. To, co czułem, to był pewien rodzaj podziwu. Uwielbiałem go za łatwość, z jaką kończył akcję. Brał piłkę i zmierzał do celu. Jego drybling, ruchy, to wszytko było płynne i naturalne”. Mimo wskazanych przez legendarnego Argentyńczyka atutów Henry musiał ponownie zadowolić się miejscem na skrzydle, gdyż na pozycji numer 9 częściej występował Eto’o czy nawet Messi. Henry nie był już jednak tym młodym graczem z czasów Juventusu, który nie zgadzał się na kompromisy w sprawie swojej gry. Doskonale wiedział, że powoli zbliża się do końca kariery, a Barcelona daje mu okazję na wygranie upragnionej Ligi Mistrzów. Pierwszy sezon w La Liga nie nastrajał jednak optymistycznie. Sezon 2007/08 należy uznać za smutną końcówkę kariery Franka Rijkaarda w Barcelonie. Duma Katalonii zaliczyła bardzo rozczarowujący sezon ligowy, który ukończyła dopiero na trzecim miejscu za Realem Madryt i Villareal. Szansę na choć częściową rehabilitację mógł dać ponowny sukces w Europie, ale piękny strzał wiecznie niedocenianego Paula Scholesa w półfinałowym spotkaniu z Manchesteru United pozbawił podopiecznych Holendra złudzeń. Na tym etapie stało się jasne, że w drużynie wielokrotnego mistrza Hiszpanii potrzebne są zmiany, a pierwszym krokiem ku temu miała być zmiana trenera. Wiele spekulowano na temat potencjalnego następcy Rijkaarda, a zdaniem mediów jednym z kandydatów był José Mourinho, który zaczynał trenerską karierę w Katalonii jako asystent Bobby’ego Robsona i Louisa van Gaala. Prezydent Joan Laporta miał jednak zupełnie inne plany i zdecydował się na zatrudnienie ówczesnego trenera rezerw, Pepa Guardiolę. Szkoleniowiec ten był dobrze znany klubowym fanom, gdyż sam miał okazję nosić koszulkę Barcelony jako członek słynnego Dream Teamu Johana Cruyffa. Nowy trener od razu zabrał się za porządki i niemal z miejsca skreślił fenomenalnego, ale leniwego i problematycznego Ronaldinho. Jest to doskonały przykład na to, jak dyscyplina i posłuszeństwo taktyczne były istotne dla Guardioli. Henry nie raz odczuł to na własnej skórze.

,,Poszedłem na prawe skrzydło by pograć z Messim i mogłem usłyszeć jak się denerwuje, ponieważ nie byłem na swojej stronie. Naprawdę mnie to nie obchodziło. Strzeliłem gola, prowadziliśmy 1:0 ze Sportingiem do przerwy. Niby wszystko fajnie, ale on mnie zdjął. Pomyślałem: „Co zrobiłem źle”?. Był bardzo podobny do Louisa Van Gaala – kiedy Pep miał plan, należało go respektować. Jeśli nie zrobisz tego, o co Cię prosi, będziesz miał ogromne kłopoty”– wspominaŁ Henry. Takie podejście się jednak opłaciło. Duma Katalonii sięgnęła w sezonie 2008/09 po wszystkie możliwe trofea, w tym to najważniejsze, czyli Puchar Ligi Mistrzów. Henry mógł czuć się wreszcie całkowicie spełniony i choć następny sezon był znacznie mniej udany, a zamiana Samuela Eto na Zlatana Ibrahimovicia okazała się fatalnym błędem, to zdecydowanie można ocenić jego pobyt w Katalonii jako bardzo udany. Mimo bycia bohaterem drugiego planu to i kibiców Barcelony potrafił oczarować swoimi umiejętnościami. Szczególnie warta zapamiętania wydaje się jego bramka z El Clásico. Barcelona okazała się jego (prawie) ostatnim klubem w Europie. Po rozegraniu 121 spotkań oraz zanotowaniu 49 goli i 27 asyst opuścił Europę i przeniósł się do New York Red Bulls. Henry podążył zatem śladami wielu zasłużonych piłkarzy, którzy ostatnie chwile swojej kariery postanowił spędzić w Stanach Zjednoczonych. Choć wielu trofeów zdobyć nie zdołał, to też nie zamierzał iść w ślady podstarzałych gwiazd, które nawet przez moment nie starały się potraktować MLS poważnie. W 135 spotkaniach zanotował 52 trafienia i 42 asysty, co po prostu musi budzić uznanie. Kiedy jednak Henry spacerował po Central Parku, to zimą 2012 r. ukochany Arsenal przeżywał swoje problemy. Z powodu wyjazdu Marouane Chamakha i Gervinho na Puchar Narodów Afryki możliwości kadrowe Arsène’a Wengera były dość mocno ograniczone. Klubowa legenda nie mogła pozostać bierna w takiej sytuacji i wróciła do północnego Londynu na półroczne wypożyczenie. Henry do meczowej kadry powrócił na spotkanie z Leeds United w ramach Pucharu Anglii. Arsenalowi kompletnie nie szło w tym spotkaniu i sympatycy Kanonierów coraz bardziej oswajali się z perspektywą dogrywki. W 68. minucie trybuny jednak oszalały. Wówczas Henry wszedł na boisko i zrobił to co umiał najlepiej – strzelił bramkę i zapewnił swojemu klubowi zwycięstwo. Do końca wypożyczenia zdołał zanotować jeszcze dwa trafienia w Premier League, co ostatecznie zatrzymało jego bilans w barwach zespołu z Emirates Stadium na 228 bramkach i 104 asystach w 376 spotkaniach. Te osiągnięcia do dziś utrzymują go na pierwszej pozycji w klasyfikacji strzelców wszechczasów Arsenalu. Do 2014 r. występował jeszcze w Nowym Yorku, gdzie w wieku 37 lat zdecydował się zakończyć karierę. Choć wygrał wszystko na poziomie klubowymi i reprezentacyjnym, to zabrakło mu tego najważniejszego wyróżnienia indywidualnego, czyli Złotej Piłki. Najbliżej tej nagrody znalazł się w 2003 r., ale wówczas większe uznanie w oczach dziennikarzy France Football znalazł Pavel Nedvěd. Na osłodę pozostały mu jednak dwa Złote Buty dla najlepszego strzelca w Europie. Mogło być gorzej. W reprezentacji Francji zadebiutował w październiku 1997 r. podczas spotkania z RPA. Dla nastoletniego napastnika marzenia reprezentacyjne mogły oscylować wokół jednego wydarzenia – mistrzostw świata 1998 w ojczystej Francji. Sprawa nie była prosta, gdyż o miejsce w kadrze walczyło jeszcze dwóch innych młodych napastników – David Trezeguet i Nicolas Anelka. Jeden z nich musiał zostać w domu, a z kręgu zainteresowań selekcjonera Aimé Jacqueta wypadł ostatecznie ten drugi. Henry świetnie rozpoczął fazę grupową, strzelając RPA i Arabii Saudyjskiej trzy gole. Mimo to musiał w fazie pucharowej ustąpić miejsca Stéphane Guivarc’howi, który trakcie całego turnieju nie zdołał wpisać się na listę strzelców, podobnie jak Olivier Giroud 20 lat później. Świetnie jednak spełniał założenia taktyczne w kadrze opartej przede wszystkim na skutecznej defensywie, która po strzeleniu trzech goli Brazylii w wielkim finale pierwszy raz w swojej historii została mistrzem świata. Kolejnym wielkim turniejem w jego karierze było Euro 2000, rozgrywane na boiskach Belgii i Holandii. Nowy selekcjoner Roger Lemerre postrzegał Henry’ego jako skrzydłowego, a w roli napastników preferował Trezeguta i Anelkę. To rozwiązanie taktycznie sprawdziło się przeciwko Danii, gdzie Henry zdobył jedną z bramek w zwycięskim spotkaniu. W drugim meczu przeciwko drużynie Czech Thierry również zdołał wpisać się na listę strzelców. Zaliczył także asystę przy zwycięskiej bramce Youri’ego Djorkaeff’a, a Francja wygrała 2-1 i uzyskała awans do ćwierćfinałów, gdzie poradziła sobie z Hiszpanią.

W półfinale podejmowała Portugalię. Początek spotkania należał do rywali, bo już w 19. minucie prowadzili 1:0 po bramce Nuno Gomes’a. Jednak w 50. minucie Henry zdołał zdobyć gola wyrównującego na 1:1. Taki wynik utrzymał się aż do 117. minuty, gdy w polu karnym Portugalii ręką zagrał Abel Xavier a arbiter wskazał na jedenasty metr. Karnego nie zmarnował Zinédine Zidane, pakując piłkę do siatki i zdobywając złotego gola. W finale na Francuzów czekali Włosi. Do przerwy utrzymał się bezbramkowy wynik a w 55. minucie spotkania gola dla Włochów zdobył Marco Delvecchio. Francuzi zdołali jednak wyrównać rzutem na taśmę, gdy w 90. minucie wyrównującą bramkę zdobył Sylvain Wiltord. W 103. minucie złotego gola zdobył David Trezeguet, który dał tym samym Francji drugie w historii mistrzostwo Europy. Ostatnim wielkim turniejem reprezentacyjnym, którego wygrania Henry nie miał jeszcze na koncie, był Puchar Konfederacji. Do czasu. Bramka Thierry’ego w 97. minucie finałowego spotkania z Kamerunem pozwoliła sięgnąć w 2003 r. i po to trofeum. Na tym oczywiście reprezentacyjne występy Thierry’ego się nie zakończyły. W swojej karierze zagrał jeszcze na mistrzostwach świata w 2002, 2006 i 2010 r. oraz na Euro 2004 i 2008. Trójkolorowi nie zdołali jednak nawiązać wówczas do dawnych sukcesów i tylko podczas niemieckiego turnieju zdołali przebić się do strefy medalowej. Bilans Henry’ego w kadrze narodowej zatrzymał się na 124 występach i 51 golach. Podobnie jak w przypadku Arsenalu, jest najlepszym strzelcem w historii reprezentacji. Czy Thierry Henry zasługuje, aby stawiać go w jednym rzędzie z największymi legendami futbolu? Ciężko powiedzieć. W przypadku największych sukcesów swojej karierze (Liga Mistrzów i mistrzostwo świata) nie był kluczową postacią w zespole, ustępując miejsca bardziej przydatnym w określonym momencie zawodnikom. Wykazywał się jednak niesamowitą regularnością, która pozwoliło mu na grę przez ponad 20 lat przy zachowaniu niesamowitych statystyk strzeleckich. Warto o nim pamiętać, zwłaszcza jeśli przyjdzie Wam oglądać obecnie spotkania rozgrywane na Emirates Stadium. Kiedyś to jednak było.

8

@FCBparasiempre
Thierry Henry urodził się 17 sierpnia 1977 r. w Les Ulis, małym miasteczku w okolicach Paryża. Jego rodzice przenieśli się w te strony z Antyli Francuskich, poszukując lepszych warunków do życia. Ojciec przyszłej legendy francuskiego futbolu, Antoine, mocno angażował się w rozwój swojego syna i regularnie zabierał go na spotkania oraz obozy piłkarskie. W ten sposób nastolatek szlifował swoje umiejętności, co zapewniło mu pewne miejsce w młodzieżowych drużynach Les Ulis. Nie spędził tam zbyt wiele czasu, gdyż dość szybko jego talent został dostrzeżony przez Thierry’ego Pretta. Był on poszukiwaczem talentów i pracował dla półprofesjonalnej drużyny z Viry-Chatillon do lat 15-tu. Wspomniany zespół słynął wówczas ze świetnej pracy z młodzieżą, co dość szybko przekonało Antoine do umożliwienia synowi podążania tą ścieżką kariery. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę, a młody Thierry zdobył oszałamiające 77 goli w zaledwie 26 spotkaniach! Warto dodać, że chwilę po dołączeniu do klubu napastnik był bliski porzucenia marzeń o piłkarskiej karierze, a wszystko z powodu smutnego wydarzenia, jakim dla młodego chłopca musiał być rozwód rodziców. Wytrwałość jednak popłaciła i tuż przed czternastymi urodzinami Henry rozpoczął treningi w Akademii Clairefontaine Francuskiej Federacji Piłkarskiej. Było to niezwykłe wyróżnienie, gdyż aby dostąpić tego zaszczytu musiał zostać wybrany spośród 25 chłopców. W tym właśnie miejscu młody Francuz poznał część swoich przyszłych kolegów z kadry narodowej takich jak William Gallas, Louis Saha i Nicolas Anelka. Podobnie jak wspomniani koledzy, Thierry nie musiał długo czekać na zainteresowanie wielkich klubów francuskiej ligi. 16-letni gracz został bowiem dostrzeżony przez AS Monaco. Ówczesny menadżer klubu z księstwa, Arsène Wenger, dość mocno wierzył w talent nastolatka i dał mu szansę już 31 sierpnia 1994 r. w przegranym 0-2 meczu z Nice. W sumie swój pierwszy sezon Henry zamknął trzema bramkami w ośmiu spotkaniach. W kolejnym jednak nie zdołał poczynić spodziewanego progresu. Z perspektywy lat można dojść do wniosku, że duży wpływ mogło na to mieć odejście Wengera. W tym miejscu w zasadzie warto nieco przybliżyć ten fragment kariery legendarnego szkoleniowca Arsenalu. Choć zapewne większość z was kojarzy głównie Francuza z prowadzeniem odwiecznej walki z zamkiem w kurtce podczas spotkań na Emirates, to jednak prowadząc późniejszego finalistę Ligi Mistrzów, zyskał międzynarodową sławę. Mało kto jednak podejrzewał w momencie zatrudnienia „specjalisty od przegrywania” jakim strzałem w dziesiątkę okaże się ta decyzja. Za Wengerem nie stała imponująca kariera piłkarska, a prowadzone przez niego Nancy właśnie zaliczyło spadek z ligi. Byłego obrońcę RC Strasbourg rekomendował jednak Gilbert Gress, jego były trener z czasów kariery piłkarskiej. Ówczesny prezes Monaco chciał w pierwszej kolejności zatrudnić właśnie Gressa, ale ten prowadził w tamtym okresie szwajcarskie Neuchatel Xamax. Wybór zatem mógł być tylko jeden, a były zawodnik Monaco, a później zdobywca mistrzostwa jako trener, Claude Puel, mimo niepokojących sygnałów miał dobre przeczucia względem nowego szkoleniowca: ,,Mieliśmy walczyć o sukcesy w Europie a Wenger właśnie spuścił Nancy z ligi. Campora [prezes Monaco] coś w nim jednak dostrzegł i my, zawodnicy też. Szybko zdobył więc nasz szacunek. Był wysoki, postawny, to mu pomagało, bo nie musiał podnosić głosu. Jeśli z czegoś szczególnie w trakcie trenerskiej kariery Wenger zdołał zasłynąć, to poza prześmiewczym „TOP 4 jak trofeum”, będą to prawdopodobnie taktyczne innowacje, który w dzisiejszych czasach wydają się czymś oczywistym. We wczesnych latach jego kariery budziły jednak niemałe poruszenie. Dobrym przykładem mogą być 45-minutowe odprawy przed meczem, gdzie menadżer poświęcał swoją uwagę mocnym i słabym stroną rywali. Mówił precyzyjnie przed meczami i podczas przerw. Jasno przekazywał nam, czego oczekuje. Był pierwszym trenerem, z którym pracowałem, przeprowadzającym ćwiczenia w ogromnym stopniu poświęcone taktyce i tak często wykorzystującym zapis wideo – wspomina Puel. Na tym oczywiście zmiany się nie zakończyły. Zmienił jadłospis piłkarzy, nakazując im spożywanie kurczaka zamiast czerwonego mięsa. Podczas posiłków jadał razem z piłkarzami, choć wcześniej sztab szkoleniowy siadał przy osobnym stoliku, a także nie tolerował spóźnień. Gdy jakikolwiek piłkarz podpadł mu w okresie przedświątecznym, tracił w tym okresie wolne. Transferowa polityka Wengera była podobna do tej, z jakiej znany był w czasie prowadzenia Kanonierów. Sprowadzał uznane nazwiska takie jak Patrick Battiston, Glenn Hoddle czy Mark Hateley, którzy wydatnie przyczynili się do zdobycia mistrzostwa Francji. W późniejszych latach regularnie stawiał na młodzież, która odegrała znaczącą rolę w mistrzostwach świata w 1998 r. Poza Henrym byli to m. in. Emmanuel Petit, Lilian Thuram czy też Youri Djorkaeff.

Okres jego panowania to być może najlepszy czas w historii klubu. W tym okresie zespół sięgnął po wspomniane mistrzostwo Francji, krajowy puchar oraz sześciokrotnie zajmował miejsce na ligowym podium. Znalazł się również w sezonie 1991/92 w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, ale jak to niestety bywało w przypadku europejskich bojów Francuza, po trofeum nie udało się sięgnąć. Być może sukcesów byłoby znacznie więcej gdyby nie zmora Francuza w postaci Olympique Marsylia. Klub, który niedługo później musiał zmierzyć się ze skutkami afery korupcyjnej. Z dzisiejszej perspektywy ciężko ocenić, jak wspomniany proceder wpłynął na karierę Wengera w Monaco, ale niewykluczone, że zdołałby wygrać jeszcze więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że jego zespół w sezonie 1993/94 spisywał się fatalnie i zakończył ligowe rozgrywki na rozczarowującym dziewiątym miejscu. W takiej sytuacji musiał podać się do dymisji, a jako nowego pracodawcę wybrał japońskie Nagoya Grampus. Być może ekspresowe odejście mentora nieco opóźniło rozwój młodego Thierry’ego, ale nie było w stanie go całkowicie zastopować. Choć w sezonie 1995/96 zaledwie trzy razy zdołał wpisać się na listę strzelców, to kolejne rozgrywki były już znacznie lepsze zarówno dla niego, jak i dla całego klubu. Zespół z księstwa ponownie sięgnął po krajowy tytuł, a młody napastnik zanotował dziesięć trafień we wszystkich rozgrywkach. Pewne jednak było, że wkrótce po młodego napastnika upomni się jeden z największych klubów świata. Tak też się stało w styczniu 1999 r., kiedy po aktualnego mistrza sięgnął Juventus. Licznik Francuza w Monaco zatrzymał się na 28 trafieniach i dwóch asystach w 139 spotkaniach. Półroczny pobyt w Turynie to jednak najprawdopodobniej jedyna poważniejsza wpadka w karierze legendarnego napastnika. Na klęskę złożyło się wiele czynników, a najważniejszymi z nich były zapewne kwestie taktyczne, jak i niestabilna sytuacja zespołu. W ciągu sześciu miesięcy pracował pod okiem dwóch szkoleniowców o zupełnie odmiennym spojrzeniu na jego pozycję na boisku. O ile Marcelo Lippi postrzegał go jako środkowego napastnika, o tyle zastępujący go Carlo Ancelotti wolał wykorzystywać podopiecznego w roli lewego skrzydłowego. Była to prawdziwa katorga dla Henry’ego, który pragnął więcej swobody na boisku i nie chciał regularnie cofać się do defensywy. Takie podejście było jednak niedopuszczalne ze względu na kwestie taktyczne, jakie preferował przyszły trener Milanu. Współpraca zatem zdawała się nie mieć żadnej przyszłości i nic dziwnego, że zaowocowała jedynie trzema trafieniami w 20 spotkaniach. Konieczny był zatem ekspresowy transfer już najbliższego lata, a następnym przełożonym Francuza okazał się być nie kto inny jak Arsène Wenger, który międzyczasie zdążył opuścić Kraj Kwitnącej Wiśni i osiedlić się w północnym Londynie. Jeden z najważniejszych transferów w historii Arsenalu został potwierdzony 3 sierpnia 1999 r. Okoliczności tego ruchu już od samego początku mogły nastrajać optymistycznie. Mistrz świata zaliczył co prawda kiepskie pół roku w Turynie, lecz można upatrywać przyczyny w niedopasowaniu taktycznym. Tym razem znalazł się pod skrzydłami menadżera, który dał mu zadebiutować w seniorskiej piłce i miał już za sobą pierwsze sukcesy za sterami Kanonierów (m.in. mistrzostwo Anglii). Można było oczekiwać, że wcześniejsze problemy z ustaleniem pozycji na boisku się nie powtórzą. Początki jednak zawsze są trudne i nie inaczej było w tym wypadku. W pierwszych ośmiu spotkaniach w barwach klubu nie zanotował ani jednej bramki, często wyglądając jak przysłowiowy jeździec bez głowy. Wdawał się bowiem często w zbędne dryblingi. Punktem zwrotnym dla jego kariery w Premier League okazało się być spotkanie z Southampton. Wychowanek Monaco wszedł na boisko z ławki rezerwowych, zmieniając Nwankwo Kanu, co okazało się świetną decyzją Wengera. Reprezentant Francji zapewnił swoim trafieniem zwycięstwo nad Świętymi i ewidentnie poczuł się znacznie pewniej w nowym środowisku. Pierwszy sezon zakończył zdobyciem 17 bramek w 31 meczach, lecz ciężko uznać go za szczególnie udany dla klubu z północnego Londynu. Podopieczni Wengera zakończyli sezon aż 18 punktów za potężnym Manchesterem United i ponieśli porażkę w finale Pucharu UEFA. Pogromcą angielskiego zespołu okazało się być Galatasaray z Gheorghe Hagim w składzie. Kolejne rozgrywki oznaczały następne rozczarowania. Arsenal uległ w ćwierćfinale Ligi Mistrzów hiszpańskiej Valencii, a w klasyfikacji ligowej ponownie uplasowali się za Czerwonymi Diabłami. Sezon mogli uratować jeszcze zwycięstwem w FA Cup, ale Michael Owen pozbawił Kanonierów wszelkich złudzeń, strzelając w ostatnich minutach dwie bramki i zapewniając wygraną 2:1 Liverpoolowi.

Media

Sonda

Kto wygra mistrzostwo świata?