La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 911 Culés

11

11

@FCBparasiempre
Bohaterem
poniższego tekstu jest zawodnik, o którym Silvio Marzolini, najlepszy
argentyński zawodnik Mistrzostw Świata 1966, powiedział: „W historii piłki
nożnej było trzech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Maradona i Messi ale
tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo
zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko
Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie.
Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt,
że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym
zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście
Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy,
w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w
klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo
pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu
podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki
czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą
myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z
prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się
z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene,
czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój
pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko
doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak
prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego
ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali
jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą
miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i
wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody
z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało
powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że
aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować
nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest
niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej
niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów
z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym
pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje.
Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem
przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po
drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie.
Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko,
chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas
zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził
pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W
tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach
motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej
przez Jonathana Wilsona na potrzeby książki „Aniołowie o brudnych twarzach.
Piłkarska historia Argentyny”, Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte
ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli
masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny,
niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj
maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to
powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany
lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku
długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić
w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy
napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem
kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je
mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek
posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka.
Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje
boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki.
Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co
później przekładało się na jego imponujące statystyki.

„Jeśli nie
umiesz strzelać obiema nogami i słabo główkujesz, pozbawiasz się 70% szans na
zdobycie bramki”. Chciał potajemnie
odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie
starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich
niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne
szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową
strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu
piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi.
Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy
wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie
brakowało. Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie
sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy
w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą
wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli.
Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co
z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San
Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż
119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców
krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po
takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się
dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z
działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei
najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został
zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene
publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem
ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach,
klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po
piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze
złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie
okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego
największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie
wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25
milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie
1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany
dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na
świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w
rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy
wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie
nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został
towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo
udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo
– rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca
doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu
tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener
Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych.
Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w
dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś
zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny,
że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy
aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga.
W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla
zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El
Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę
gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do
Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami:

-Dlaczego mi
to zrobiłeś?

-Bo trenerzy
mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę.

Krewki
Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył
szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić
się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak
rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z
jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych
kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania
mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z
Buenos Aires przedostał przez La Platę się do Montevideo i zasilił tamtejszy
Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21
występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo
intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz
samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu
krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych
działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali. Gdy w 1964
roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go
z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w
pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później
popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons
Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie
wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania
klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet
sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy
zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali
się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry
zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene
wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do
Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w
karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej
sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza
Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji.
Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne
turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się
niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane
niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron
wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde
zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki
zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w
1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom
odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu
prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym
zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie
mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali
najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną
2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z
Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do
ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach
odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi
zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce,
bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”.

Cztery lata
później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z
Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie
znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu
El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na
Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju
funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata
później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem
południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo
kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje
Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze
triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał
się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym
kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym
wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym
zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów,
w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi
legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w
kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed
może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami
przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy
opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze
wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po
jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na
jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł
ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu
odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na
kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i
impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno
zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę
boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów
telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich
wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard
Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego
klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś
mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i
wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach
Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych
miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa
nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się
dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli
złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i
nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów, ale z
drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co
osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież
zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych, a tych
którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz
uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera a jeśli
już się ją pozna, nie sposób o niej zapomnieć.

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?