7

@FCBparasiempre
Dawno, dawno temu, kiedy biały orzeł miał się dopiero wykluć a inne orły dopiero miały zacząć naukę latania, na świecie postrach siały trzy lwy. Trzy lwy zahartowane na białych klifach Dover nie miały sobie równych. Początkowo nie były w stanie się im przeciwstawić nawet czerwone smoki gniazdujące w Górach Kambryjskich. Jedynym, który potrafił ich powstrzymać, był czerwony lew, którego domem były zielone stoki Grampianów. Po kilku dekadach zażartych walk w Albionie lwy po raz pierwszy pojawiły się na kontynencie. W pierwszych dziesięcioleciach XX wieku kilkukrotnie odwiedzały stały ląd. Za każdym razem potwierdzały swoją wyższość. Radziły sobie z czarnymi orłami znad Dunaju czy z kogutami znad Sekwany. Nie straszne im były nawet czerwone diabły. Wydawało się, że nikt nie będzie w stanie nawiązać z nimi równorzędnej walki. Do czasu. Do czasu aż na ich drodze stanęli waleczni torreadorzy… Te trzy lwy to oczywiście piłkarska reprezentacja Anglii. Po raz pierwszy Wsypy Brytyjskie opuściła w 1908 r. W ciągu tygodnia odwiedziła Wiedeń, Budapeszt i Pragę. Rozegrała cztery spotkania. Wszystkie wygrała. Zdobyła 28 goli a straciła tylko dwa. Rok później Anglicy znowu pojawili się w Austro-Węgrzech. Znowu zdemolowali rywali, ale tym razem w trzech spotkaniach strzelili tylko 20 bramek i stracili aż pięć. Pokazali jednak piłkarzom z kontynentu, że sporo jeszcze muszą się nauczyć. Wrócili po ponad 10 latach. Ich przewaga nie była już tak ogromna. W 1921 r. wygrali jeszcze co prawda w Brukseli z Belgami 2:0, ale już dwa lata później starcie Trzech Lwów z Czerwonymi Diabłami zakończyło się remisem. Wynik ten podziałał mobilizująco na Anglików, bo w kolejnych 9 pojedynkach z zespołami spoza Wysp odnieśli komplet zwycięstw. Zbliżał się rok 1929, w którym po raz pierwszy mieli zmierzyć się z Hiszpanami, którzy znaczyli coraz więcej na piłkarskiej mapie świata. Rok 1929 zaczęli od kwietniowej porażki 0:1 ze Szkocją w Home Championship. W maju angielska reprezentacja rozpoczęła kolejne europejskie tournée. Podobnie jak w poprzednich latach ich rywalami były drużyny Francji i Belgii. 9 maja wygrali w Paryżu 4:1. Po meczu w The Times pisano o dość łatwym zwycięstwie, ale zaznaczano jednocześnie, że pod pewnymi względami gra była nieco rozczarowująca. Bardziej krytyczny był Daily Sketch and Graphic: ,,Anglicy nie grali za dobrze. Brakowało im prędkości i będą musieli się bardziej postarać, jeżeli chcą myśleć o pokonaniu Hiszpanii, która miesiąc wcześniej rozbiła Francję 8:1”– pisano. Dużo lepiej oceniano odniesione dwa dni później zwycięstwo nad Belgią. Anglicy wygrali w Brukseli 5:1, a prasa chwaliła grę reprezentantów: ,,Angielscy obrońcy z łatwością powstrzymywali belgijskich napastników, a po okresie silnego nacisku anglików, belgowie przegrywali we wszystkich elementach gry – pisano w The Times”. Jednym z wyróżniających się zawodników tamtego spotkania był George Camsell. Strzelił cztery bramki, dziennikarze chwalili jego pomysłowość, a Sketch nazwał go objawieniem. Niestety napastnik doznał w tym starciu urazu, który wykluczał jego udział w spotkaniu w Madrycie. Prasa zauważała, że to dla zespołu dotkliwa strata i obawiano się, że brak Camsella ze względu na jego siłę i waleczność będzie mocno odczuwalny. W Hiszpanii panowało przekonanie, że pojedynek z Anglią jest krokiem w kierunku umocnienia swojej pozycji na arenie międzynarodowej. El Mundo Deprotivo pisało, że grając przeciwko Anglikom, Hiszpania robi olbrzymi, transcendentalny krok. Może się wydawać, że Hiszpanie czuli się zaszczyceni samą możliwością gry z ojcami futbolu, ale wcale nie stali na straconej pozycji. W swoich poprzednich dwóch meczach zaprezentowali naprawdę solidny futbol. W marcu rozbili Portugalię 5:0, a w kwietniu nie pozostawali złudzeń Francuzom, których ograli aż 8:1. Choć w pamięci kibiców ciągle żywa była porażka 1:7 z Włochami na igrzyskach w Amsterdamie, to rezultaty odnoszone w 1929 r. dawały im powody do optymizmu. Smaczku zbliżającemu się spotkaniu dodawał fakt, że Anglicy, jak to Anglicy czuli się wyraźnie lepsi. Kiedy angielski kapitan Jack Hill wyraził przekonanie, że upał może mieć wpływ na wynik meczu, ale to oni wygrają, bardzo nie spodobało się to hiszpańskiej prasie. Pisano o niesportowym zachowaniu, małym szacunku dla rywala i arogancji Anglików. ,,Anglia całkowicie wierzy w zwycięstwo. nie możemy oprzeć się wrażeniu, że ich wiara wydaje się przesadzona. Broń Boże, żebyśmy śmiało mówili, że mamy przewagę na papierze. Gdybyśmy wygrali, nasz prestiż utrwaliłby się na całym świecie. Mogłyby minąć epoki i lata, mogłyby zdarzyć się rozmaite katastrofy, ale już zawsze Hiszpania byłaby „narodem, który pokonał Anglię”– pisało z emfazą El Mundo Deportivo. Warto również zauważyć, że jednym z najważniejszych nauczycieli w hiszpańskim futbolu był Anglik – Fred Pentland. Miał za sobą grę w kilku angielskich klubach, pięciokrotnie reprezentował swój kraj na arenie międzynarodowej. W 1914 r. zaczął trenować niemiecką kadrę olimpijską. Wkrótce jednak wybuchła wojna i został internowany. W obozie podzielił więźniów na zespoły i zorganizował mistrzostwa. Po wojnie prowadził reprezentację Francji, z którą dotarł do półfinału igrzysk w Antwerpii w 1920 r. Po tym turnieju przeniósł się na drugą stronę Pirenejów.

Objął stery w Racingu Santander, który należał wówczas do najlepszych klubów na Półwyspie Iberyjskim. Prowadził również Athletic Bilbao, Atlético Madryt i Real Oviedo. Był zwolennikiem gry krótkimi podaniami, skupiał się na technice i panowaniu nad piłką. Odradzał piłkarzom naśladowanie stylu gry Anglików, czyli prostej taktyki i gry długimi podaniami. Namawiał ich do wykazywania na boisku tej samej odwagi i determinacji, która przyniosła im sukces na igrzyskach w 1920. Otworzył Hiszpanom oczy na wiele futbolowych aspektów. Dziś może wydawać się to śmieszne, ale to on nauczył piłkarzy jak poprawnie wiązać buty. ,,Zacznijmy poprawnie wykonywać proste rzeczy i reszta sama do nas przyjdzie”– powtarzał. W 1927 r. zdobył z Atlético Campeonato del Centro, czyli regionalne mistrzostwo centralnej Hiszpanii, co było dużym osiągnięciem dla pozostającego w cieniu lokalnego rywala madryckiego klubu. Pentland cieszył się dużym uznaniem w kraju, a dla wielu piłkarzy był prawdziwym autorytetem. Miał niezwykły dar czytania gry. Zdobyte doświadczenie w angielskiej i europejskiej piłce było bezcenne. ,,Zawsze potrafił stworzyć drużynę, która łączyła w sobie męstwo ze stylem i szybkością– pisał o nim Jimmy Burns w piłkarskiej furii. Nie może więc dziwić fakt, że jego wiedza była bardzo pożądana przed starciem z Anglią. Hiszpański trener José María Mateos włączył go do sztabu szkoleniowego jako swojego osobistego doradcę. Mecz zaplanowano na 15 maja 1929 r. Miał zostać rozegrany na Estadio Metropolitano de Madrid, na którym swoje spotkania rozgrywało wówczas Atlético. Bilety zostały wyprzedane już na dwa dni przed meczem. Według różnych źródeł od 30 do 45 tys. kibiców pojawiło się na stadionie, żeby oglądać swoich ulubieńców. Mimo że było to spotkanie towarzyskie, to pojedynek z Anglikami wiele znaczył dla dumy narodowej Hiszpanów. Po raz pierwszy mecz reprezentacji był transmitowany w ogólnokrajowej rozgłośni radiowej. Wyspiarze nie byli przyzwyczajeni do gry w wysokich temperaturach. Niektórzy próbowali zarzucać Hiszpanom, że specjalnie ustalili godzinę rozpoczęcia meczu na popołudnie, ale wobec braku sztucznego oświetlenia trudno było o inną decyzję. Spotkanie miało rozpocząć się o godzinie 17:00. Słońce co prawda było już niżej nad horyzontem, ale upał nadal był odczuwalny. Przedmeczowe losowanie wygrali Hiszpanie. Wybrali swoją połowę, a Anglicy dostali piłkę i to oni mieli rozpocząć grę. Wtedy dużo większą rolę niż dzisiaj odgrywały warunki pogodowe. Stadiony były bardziej otwarte, a co za tym idzie wpływ wiatru czy promieni Słońca nie był bez znaczenia. W pierwszej odsłonie Anglicy mieli grać pod wiatr, a Słońce mieli za plecami.

Hiszpanie rozpoczęli mecz w następującym zestawieniu: Ricardo Zamora – Félix Quesada, Jacinto Quincoces, Francisco Prats, Martín Marculeta, José María Peña, Jaime Lazcano, Severino Goiburu, Gaspar Rubio, José Padrón i Mariano Yurrita. Drużyna angielska zagrała w składzie: Ted Hufton – Tommy Cooper, Ernie Blenkinsop, Fred Kean, Jack Hill, John Peacock, Hugh Adcock, Edgar Kail, Joe Bradford, Joe Carter i Len Barry. Anglicy rozpoczęli, ale to Hiszpanie jako pierwsi przeprowadzili groźną akcję. Severino Goiburu, który był jedynym amatorem na boisku, otrzymał piłkę od Gaspara Rubio, sprytnie przedryblował obrońcę i znalazł się w dogodnej sytuacji do oddania strzału. Niestety futbolówka po jego uderzeniu przeleciała nad poprzeczką. Wkrótce jednak angielscy pomocnicy zaczęli radzić sobie z hiszpańskimi atakami i świetnymi podaniami obsługiwali swoich napastników. Po jednym z nich Joe Bradford miał okazję wyprowadzić swój zespół na prowadzenie, ale przestrzelił nad poprzeczką. Hiszpanie nie dawali za wygraną i odpowiedzieli strzałem lewego skrzydłowego Mariano Yurrity, który jednak minimalnie przestrzelił obok słupka. Powszechna była wówczas opinia, że drużyny z kontynentu potrafią dobrze rozegrać piłkę, ale brakuje im dokładności i zimnej krwi pod bramką rywali. Wkrótce gra zaczynała przybierać spodziewany obraz. Anglicy w krótkim odstępie czasu dwukrotnie pokonali Zamorę. ,,Po dziewiętnastu minutach Anglia otworzyła wynik dzięki trafieniu Cartera. Adcock ograł kilku przeciwników i w końcu ładnie zacentrował piłkę, a piłkarz West Bromwich umieścił ją w bramce. Po podobnej akcji obu zawodników kilka minut później Carter strzelił drugiego gola– relacjonowano w Sporting Life. Prasa winą za pierwszą bramkę obarczyła José Maríę Peñę i jego złe podanie. Sugerowano też, że przy obu straconych golach Zamora był zbyt niezdecydowany. To z kolei zirytowało kibiców, którzy dali wyraz swemu niezadowoleniu gwiżdżąc i bucząc. Anglicy, mając dwubramkową przewagę, powinni spokojnie kontrolować przebieg spotkania. Wiele drużyn przy takim wyniku mogłoby się załamać, ale nie Hiszpanie. Wzięli się do roboty i starali się odrobić straty. Prasa nazwała to później heroicznym powrotem godnym prawdziwego ducha La Furia. The Telegraph pisał, że Anglicy nie docenili przeciwników, a hiszpańscy zawodnicy żarliwie walczyli o wyrównanie. Ich starania przyniosły efekt jeszcze w pierwszej połowie. Na dziesięć minut przed jej końcem Zamora podał do Marculety, który zagrał do Peñy. Ten posłał ją do Yurrity, który po dwójkowej akcji z Padrónem oddał ją Marculecie. Po jego długim podaniu piłkę przejął Lazcano i świetnie obsłużył Rubio, który niskim strzałem pokonał Huftona. Kilka minut później było już 2:2. Trójkowa akcja Lazcano – Goiburu – Rubio zakończyła się potężnym strzałem tego pierwszego. Kibice byli zachwyceni. Po 45 minutach Hiszpanie remisowali z wielką, niepokonaną Anglią 2:2.



Ich radość nie trwała jednak długo. Krótko po wznowieniu gry Anglicy zepchnęli gospodarzy do obrony. Zamora musiał wspinać się na wyżyny swoich umiejętności, żeby obronić strzały Hilla i Barry’ego. Goście dwukrotnie egzekwowali rzuty rożne, ale nie byli w stanie złamać hiszpańskiej obrony, w której wyróżniaj się Marculeta, nazywany przez The Times wieżą siły. W końcu jednak zasieki Hiszpanów zostały przerwane. Bramkarz Hufton przerwał hiszpańską kontrę, zagrał do kolegów, którzy błyskawicznie wyszli do przodu, a Hill w świetnym stylu zdobył bramkę ponownie dającą prowadzenie. Hiszpanie nie rezygnowali, ale czas nieubłaganie mijał. Do końca pozostawało niewiele ponad dziesięć minut. Anglicy czuli się już zwycięzcami i powoli odliczali minuty do końcowego gwizdka. Wtedy jednak gospodarze zerwali się do jeszcze jednego ataku. Akcję Anglików przerwał Quesada, zagrał do Pratsa, który podał do Marculeta. Ten oddał piłkę Goiburemu, który ściął do środka, wymienił podania z Lazcano, zszedł do boku i dośrodkował na głowę Rubio, który potężną główką dał wyrównanie swojej drużynie. Nie zapominajmy, że w drugiej odsłonie Anglicy grali pod Słońce, które było coraz niżej nad horyzontem i z pewnością nie ułatwiało rozegrania piłki. Rubio wprawił kibiców w euforię. Niesieni falą entuzjazmu rozradowani fani wbiegli na murawę. Każdy chciał dotknąć i wyściskać strzelca gola. Zamieszanie trwało dobrych kilka minut ale w końcu służbom porządkowym udało się ich usunąć z boiska. Anglicy byli zaskoczeni i ze zdumieniem przyglądali się sytuacji na boisku. Ich dekoncentrację wykorzystał Goiburu, którego później obwołano bohaterem meczu. Chwilę po wznowieniu gry ruszył na bramkę w niesamowitym tempie i nie dał szans bramkarzowi. ,,Hufton nawet nie drgnął, kiedy Goiburu pokonał go po prostu wspaniałym strzałem”– pisało el Mundo Deportivo. Hiszpania prowadziła. Tłum znowu próbował wbiec na boisko, ale tym razem służby porządkowe zdały egzamin. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Trzy lwy poległy z rąk torreadorów niczym byki na korridzie. Anglicy ponieśli pierwszą w historii porażkę poza Wyspami Brytyjskimi. El Mundo Deportivo krzyczało w nagłówku: Hiszpania pokonała Anglię!, a na pierwszej stronie wydrukowano zdjęcia każdego hiszpańskiego zawodnika. ,,Na zwycięstwo Hiszpanii wpłynęło bardziej serce niż technika”– pisano. Anglicy byli w szoku. Spodziewali się dość łatwego zwycięstwa, byli pewni siebie, prowadzili grę, a mimo to przegrali. ,,Hiszpania grała dobrze i muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że będą aż tak dobrzy. Nasza porażka naprawdę, naprawdę mnie rozczarowuje ale prawdą jest, że upał dawał się nam we znaki”– mówił po meczu angielski kapitan Jack Hill. Zamora zauważał, że zwycięstwo mogło być bardziej przekonujące, ale nikt nie może powiedzieć, że było dziełem przypadku. Według niego drużyna hiszpańska swoją postawą w drugiej połowie zasłużyła na zwycięstwo. Kilka dni po spotkaniu korespondent Daily Mail pisał: ,,Nigdy nie myślałem, że dożyję dnia, w którym zobaczę, jak jedenastu hiszpańskich piłkarzy upokorzy siłę(większą lub mniejszą)– angielskiej piłki. Większość gazet jednak ograniczała się do zdawkowych relacji o spotkaniu. Jonathan Wilson zwraca uwagę, że lekceważenie tego bądź co bądź historycznego meczu w angielskiej prasie, było jednym z najbardziej znaczących aspektów tamtego wydarzenia. Dużą rolę odegrały tutaj więzi historyczne, a także animozje między oboma narodami. ,,Wśród artykułów, które zdawały się ważniejsze od pierwszej porażki Anglii z zagranicznym zespołem, było wręczenie dużego zegara krykieciście Wally’emu Hammondowi, zwycięstwo Tottenhamu podczas ich tournée po Malcie nad reprezentacją wojsk lądowych 2:0, transfer Williama Hilla do Portsmouth ze Scunthorpe United oraz informacja, że pierwszy finał żeńskich amatorskich mistrzostw Wielkiej Brytanii w golfa zostanie rozegrany pomiędzy panną Joce Wethered a panną Glenna Collett”– pisał Wilson w ,,The Anatomy of England”: A history in ten matches. Hiszpanie pokazali, że są liczącą się siłą na kontynencie i nikt nie może ich lekceważyć. Przywrócili kibicom wiarę i udowodnili, że potrafią grać w piłkę. W kolejnym roku pokonali takie zespoły jak Czechosłowacja, Włochy czy Portugalia. Zwycięstwa te były cenne, ale jednak minimalne. Prawdziwym egzaminem miał się okazać dla nich rewanżowy mecz z Anglią. 9 grudnia 1931 r. na Highbury przegrali jednak aż 1:7, a Zamora rozegrał jeden z najgorszych meczów w karierze. Nadzieje hiszpańskich kibiców, że ich ulubieńcy przejmą od Anglików rolę hegemonów w światowej piłce, okazały się przedwczesne. Tymczasem angielscy kibice utwierdzili się w przekonaniu, że porażka w Madrycie była jedynie wypadkiem przy pracy. Historia jednak pokaże, że przekonanie Anglików o własnej wyższości okaże się zgubne, a najdobitniej udowodni to węgierska Złota jedenastka. Hiszpanie podważyli mit o niepokonanych Anglikach, a Węgrzy ostatecznie się z nim rozprawili.

5

@FCBparasiempre

15 maja 1901 r. urodził się Luis Monti, pomocnik. Czy każdy piłkarz marzy o tym, by zagrać w finale mistrzostw świata? Teoretycznie tak. Monti wystąpił w takim meczu dwukrotnie, ale… wyznał, że wolałby w nich nie uczestniczyć. Urodził się w Buenos Aires, w rodzinie z włoskimi korzeniami. Piłkarzami byli jego brat Enrique, wuj Juan oraz kuzyni Eusebio, Luis Pedro, Antonio i Mario. Przygodę ze sportem zaczął w Club Atletico Huracan. Zdobył z tym zespołem mistrzostwo Argentyny. Trzy kolejne tytuły wywalczył z San Lorenzo. Nic dziwnego, że był powoływany do reprezentacji. Zanim został medalistą mistrzostw świata, wywalczył dla Argentyny krążek na igrzyskach olimpijskich. W 1928 roku lepszy okazał się tylko Urugwaj. Do wyłonienia mistrza potrzebowano dwóch meczów. Pierwszy zakończył się remisem. W powtórce lepsi okazali się Urusi. Dwa lata później właśnie w Urugwaju odbyły się pierwsze piłkarskie mistrzostwa świata. Rozpoczęła się zabawa, która do dziś rozpala serca kibiców w każdym zakątku globu. W finale imprezy zagrały ze sobą te same zespoły, które walczyły o tytuł najlepszej drużyny igrzysk. Doszło do wielkiego rewanżu Argentyny z Urugwajem. Miejscowi kibice starali się uprzykrzyć życie gościom z Argentyny. Uciekali się do różnych, często nieczystych sposobów. ,,Mieliśmy dobrą drużynę, myślę, że byliśmy najlepsi na tych mistrzostwach. Ale już od pierwszego meczu, z Francją, lokalna publiczność urządziła nam piekło. Wyzywali nas, rzucali w nas czym popadnie, w nocy hałasowali pod naszymi oknami. To było straszne”–mówił napastnik Argentyny Francisco Varallo.

Nieprzyjemne sytuacje, które spotykały argentyńskich piłkarzy nasiliły się zwłaszcza przed finałem. Podobno do Montiego podeszli ludzie, którzy powiedzieli: ,,Jeśli Argentyna wygra finał, nie przeżyjecie, ty i twoja rodzina”. Te słowa podcięły mu skrzydła. Sprawiły, że przed najważniejszym wydarzeniem w karierze czuł ogromny strach. Bał się nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o swoich bliskich. Przed ostatnim meczem turnieju Monti poprosił selekcjonera, by ten wykreślił go ze składu. W takiej sytuacji zastąpiłby go inny zawodnik grający na pozycji środkowego pomocnika, Adolfo Zumelzu. Był jednak kontuzjowany, przez co Monti nie miał wyboru. Musiał wyjść na boisko. ,,Bardzo się bałem. Grozili, że zabiją mnie i moją rodzinę. Byłem tak przerażony, że nawet nie myślałem, że gram w piłkę. Niestety zaszkodziłem moim kolegom” – wspominał bohater naszego tekstu. Monti w trakcie tego meczu nie był tym piłkarzem, którego znali i podziwiali kibice. Widać było, że przeraził się pogróżkami. Strach miał bardzo duży wpływ na jego grę. Cytowany już Varallo tak opisywał to, jak Monti wyglądał w spotkaniu o złoto: ,,Oddałby wszystko, by nie grać w finale. Nerwowy, płaczący i trzęsący się w szatni. Wyszedł na murawę, zapomniał o swojej brawurze i stał się „cieniem” na boisku. Nie powinien grać w tym finale. Był śmiertelnie przerażony”. Argentyna przegrała 2:4. Wydaje się jednak, że Monti, zamiast rozpaczy, czuł po tej porażce ulgę. Mógł być pewien, że złość urugwajskich fanów nie zostanie na nim wyładowana. Po latach wyznał, że żaden z jego kolegów nie pragnął zwycięstwa. Trudno powiedzieć, jak było naprawdę. Zastraszani byli niemal wszyscy Argentyńczycy, ale chyba żaden nie potraktował pogróżek tak poważnie jak Luis. Możemy tylko gdybać, co spotkałoby Argentyńczyków, jeśli by jednak wygrali. O powadze sytuacji świadczy fakt, że sędzia finału, Belg John Langenus zażądał dostarczenia łódki – na wypadek, gdyby konieczna była ucieczka przed rozwścieczonymi miejscowymi kibicami po końcowym gwizdku. W 1931 roku Monti został zawodnikiem Juventusu. Początki w Turynie były trudne. Argentyńczyk zjawił się w Italii z nadwagą. Aby się jej pozbyć, poświęcił się ostrym indywidualnym treningom. Biegał wokół boiska, mając na sobie… trzy wełniane swetry. Wszystko po to, by mocniej się pocić. Katorżnicze treningi dały pozytywny efekt. Forma wreszcie przyszła i na początku lat 30. Monti sięgnął ze Starą Damą po cztery z rzędu tytuły mistrza Włoch. Kiedy brylował na boiskach w Italii, otrzymał propozycję zmiany barw narodowych. W tych czasach było to dozwolone. Włosi budowali drużynę na mundial, który w 1934 roku miał odbyć się u nich. Już w latach 20. zaczęto we Włoszech szukać piłkarzy poza granicami kraju. Brano zawodników o włoskich korzeniach, a głównym terenem poszukiwań była Ameryka Południowa. Tomasz Wołek tak opisywał to zjawisko w książce „Futbol – historie prawdziwe”: ,,Wystarczyło stwierdzić, iż babcia lub pradziadek urodzili się w Palermo lub Turynie i już otrzymywało się status tzw. „oriundo”. Otwierało to pole do różnych nadużyć”. Pierwszym zawodnikiem, który zasługiwał na miano „oriundo” był Ermanno Aebi. Syn Szwajcara zadebiutował w kadrze w 1920 roku. Wkrótce Włochów zasilali kolejni piłkarze, głównie latynoscy. Przed mundialem w 1934 roku ciśnienie na sukces było ogromne. Mussolini nie wyobrażał sobie, aby najlepszą drużyną globu została inna reprezentacja niż Squadra Azzura. Do kadry dołączyli tacy argentyńscy piłkarze jak: Enrique Guaita, Raimundo Orsi czy Attilio Demaria. Ofertę przyjął również Monti. W 1932 roku zadebiutował w nowej reprezentacji. Na mundialu u siebie Włosi po prostu musieli wygrać. Mussolini nie brał po uwagę innego scenariusza. W artykule napisanym przez Michała Fabiana na portalu WP Sportowe Fakty przedstawiono dialog, który podobno miał miejsce przed turniejem. W rozmowie udział brali „Duce” oraz działacz włoskiej federacji. ,,Nie wiem, jak to zrobicie, ale Włochy muszą wygrać te mistrzostwa”– powiedział Mussolini. ,,Zapewniam, że wszystko, co w naszej mocy, będzie zrobione– odparł działacz. ,,Nie zrozumiał mnie pan dobrze. Włochy muszą wygrać te mistrzostwa. To rozkaz!– wypalił „Duce”. Wszystko sprzyjało gospodarzom. Także sędziowie. W ćwierćfinale Włosi zremisowali z Hiszpanią. Mecz należało zatem powtórzyć. W drugim spotkaniu Italia odniosła zwycięstwo, a duży udział „podobno” miał w nim arbiter. Tak opisywał sytuację Krzysztof Guzowski w 3. części serii „Piłka w grze”, wydanej przez „Rzeczpospolitą”: ,,Żeby duce nie był nieszczęśliwy, zadbano tym razem o odpowiedniego sędziego. Roland Mercet ze Szwajcarii najchętniej gwizdałby w czarnej koszuli, a skoro było to niemożliwe, na potrzeby gospodarzy oddał swój gwizdek. Kiedy Hiszpanie podchodzili pod włoską bramkę, natychmiast znajdował jakiś powód, żeby zatrzymać akcję. Za to Włochom uznał gola strzelonego przez Giuseppe Meazzę po faulu”.



Monti oczywiście znalazł się we włoskiej kadrze i przyczynił się do zdobycia przez nią tytułu najlepszej reprezentacji na świecie. W finale bowiem Italia pokonała Czechosłowację 2:1 po dogrywce. Historia się powtórzyła i nasz bohater znów musiał zmagać się ze strachem przed najważniejszym meczem turnieju. Lorena Monti, wnuczka mistrza świata, opowiadała jak przed pierwszym gwizdkiem w finale do szatni weszła osoba, która przekazała wiadomość od Mussoliniego. Miała ona następującą treść: będą konsekwencje, jeśli nie wygramy. Różne były wersje dotyczące sposób motywowania włoskich piłkarzy przez dyktatora. Niektórzy twierdzą, że „Duce” zajrzał do ich szatni w przerwie i powiedział: ,,Jeśli przegracie, niech Bóg ma was w swojej opiece”. Ponieważ na szyjach Włochów zawisły złote medale, żadnych konsekwencji nie było. Mimo wygranej Italii, Monti nie zaprezentował się dobrze. Presja znów miała negatywny wpływ na jego postawę. ,,W 1930 roku chcieli mi zrobić krzywdę, jeśli wygram finał. We Włoszech, cztery lata później, chcieli mnie skrzywdzić, jeśli przegram”– opowiadał reprezentant dwóch krajów. Luis Monti był we Włoszech bardzo ceniony. Zdawano sobie sprawę z tego, że jego gra miała duży wpływ na sukces reprezentacji Italii. Świadczą o tym słowa, jakimi opisywał go dziennikarz gazety „Tuttosport”, Giglio Panza: ,,Argentyna przysłała nam wielu wspaniałych piłkarzy, ale Luisito Monti był najlepszym ze wszystkich. Był jak wielu piłkarzy w jednym. Jak kilka pozycji na jednej pozycji. Jak różne serca w jednym ciele. Wspaniały piłkarz i wielki człowiek honoru”. Krótko po udanych mistrzostwach Monti doznał poważnej kontuzji. Miało to miejsce w spotkaniu z Anglią w Londynie. Z tego powodu wypadł z kadry na rok. Karierę zakończył w 1938 roku. Został trenerem. Prowadził kilka włoskich klubów, w tym Juventus, w którym występował jako zawodnik. W 1950 roku wrócił do ojczyzny. W Argentynie pracował w Club Atletico Huracan. Zmarł w 1983 roku w wieku 82 lat. Powodem śmierci był atak serca. Historia Luisa Montiego jest niezwykła. Tylko on zdobywał medale mistrzostw świata dla dwóch krajów. Prawdopodobnie pozostanie jedynym takim zawodnikiem już na zawsze, o ile nie nastąpi rewolucja w przepisach. Dodatkowo otoczka obu finałów i emocje, jakie towarzyszyły Montiemu są idealnym materiałem na film. Z jednej strony jest to historia wybitnego piłkarza, z drugiej zaś obraz człowieka, który nie do końca radził sobie z przerażającą presją i paraliżującym strachem.



Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Huracan:

1 x mistrzostwo Argentyny (1921)

San Lorenzo:

3 x mistrzostwo Argentyny (1923, 1924, 1927)

Juventus:

4 x mistrzostwo Włoch (1932, 1933, 1934, 1935)

1 x Puchar Włoch (1938)

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Argentyna:

Złoty medal Copa America (1927)

Srebrny medal igrzysk olimpijskich (1928)

2. miejsce na mistrzostwach świata (1930)

Włochy:

Złoty medal mistrzostw świata (1934)

Puchar Europy Środkowej (edycja 1933-1935)

Osiągnięcia Trenerskie:

Juventus:

Puchar Włoch (1942)

11

Feliz cumpleaños panowie De Boer!



15 maja 1970 r. urodzili się holenderscy bracia De Boer. 15 stycznia 1999 r. FC Barcelona ogłosiła transfer braci Franka i Ronalda de Boer z Ajaxu Amsterdam do FC Barcelony. Za zawodników zapłacono odpowiednio 11 i 10 milionów euro. Louis Van Gaal, który był trenerem bardzo naciskał na zakup przede wszystkim obrońcy reprezentacji Holandii, brat przyszedł niejako w pakiecie. Guardiola tak podsumował transfer kolejnych graczy z Kraju Tulipanów do FC Barcelony: „Gdybym to ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Frank występował w Dumie Katalonii przez pięć sezonów i był podstawowym zawodnikiem, natomiast Ronald po dwóch mocno nieudanych dla siebie latach opuścił Camp Nou i przeniósł się do Glasgow Rangers gdzie stał się jedną z legend i ikon klubu z Ibrox Stadium.



@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

4

Niedowiary! 2:4 na Cornella El Prat w derbach, gdzie gospodarz broni się przed spadkiem to nawet by mi się nigdy nie przyśniło! No ale mamy to! Mamy w końcu 27 mistrzostwo Hiszpanii!! Madrid cabron saluda al Campeon!!! Barcunia Campeones!!! Campeeeeeooooooneeeeees!!!!!!!!!!!! A Robert Lewandowski ma już na koncie 365 goli na poziomie pierwszoligowym i do wielkiego Alfredo Di Stefano traci już tylko 9 goli a do Romario równo 10 goli! Ech bede nieprzytomny jutro w robocie ale co tam pierdzielić to!!! Barcunie jak się kocha to na całego!. i asta la muerte!!!!!!!!!

12

Żywe legendy polskiego futbolu:

14 maja 1962 r. urodził się Jan Urban. Świetny bramkostrzelny napastnik lub ofensywny pomocnik, którego gwiazda z równą mocą błyszczała na polskim podwórku, jak i poza granicami. Mimo to wiele osób do dziś twierdzi że talent Urbana nie został w pełni wykorzystany. Swoje występy w ekstraklasie rozpoczął od gry dla Zagłębia Sosnowiec. Nie były to jednak złote lata tej drużyny. Najwyżej udało jej się uplasować na 5 miejscu. W tej najszczęśliwszej od wielu sezonów kampanii sosnowiczan sam Urban jednak aż 11-krotnie wpisał się na liste strzelców. Dzięki temu na jego transfer zdecydował się Górnik Zabrze. Tutaj stworzył znakomity kwartet ofensywny z Andrzejami: Iwanem, Pałaszem i Zgutczyńskim. Każdy z nich uczestniczył w MŚ. Zbiegiem okoliczności debiut w barwach nowego klubu w Ekstraklasie wypadł w starciu z poprzednim zespołem. W czterech kolejnych sezonach ani razu dorobek indywidualny Urbana nie spadł poniżej 10 goli. W trzech ostatnich był najlepszym strzelcem Górnika, choć nie zawsze występował w najbardziej wysuniętej do przodu formacji. Najokazalej wypadł w sezonie 1987/88, gdy strzelił aż 17 goli, plasując się na 3 miejscu w klasyfikacji strzelców. Najpiękniejszą partie rozegrał jednak w początkach kolejnej edycji, gdy Górnik rozgromił 8:3 Szombierki Bytom. On sam przyczynił się do tego 3 prześlicznymi golami. Najpiękniejsza z nich zdobyta została przewrotką. Trzykrotnie też wówczas asystował. Urban świetnie grał również głową. Zdarzały się mecze ligowe, w których tą częścią ciała strzelał nawet 2 gole. Stąd porównywano go czasem do Szarmacha. Wraz z Górnikiem 3 razy z rzędu został mistrzem Polski. Dwukrotnie awansował z tym klubem do 1/8 PEMK.
W reprezentacji wystąpił na MŚ 1986. Trener Piechniczek stawiał na niego w każdym z czterech spotkań białoczerwonych podczas tego turnieju, w tym 3 razy w wyjściowym składzie. Jedyny wyjątek stanowiło starcie z Marokiem na otwarcie turnieju. Tu jednak znakomicie pokazał się jako zmiennik. ,,Dopiero wejście Urbana zmieniło nieco obraz gry”- opisywała ,,Trybuna Ludu”. Wcześniej był ważną postacią w końcówce eliminacji do mundialu. ,,Był to dla mnie najważniejszy mecz w dotychczasowej karierze. Chcieliśmy wygrać, nie udało się ale jedziemy do Meksyku. Owszem grałem twardo ale przecież Belgowie również nie przebierali w środkach”- opowiadał na gorąco po starciu z Belgią pieczętującym awans. Uznano go za najlepszego zawodnika tego meczu wespół z Młynarczykiem. W sumie w reprezentacji zagrał 57 razy, strzelając 7 goli. Brał też udział w MŚ-18 w 1981 r. Po wyjeździe z Górnika trafił do Hiszpanii. Był pierwszym piłkarzem wytransferowanym z Ekstraklasy do Primera Division. To właśnie tam zdobył się na wyczyn, który okrył go największą sławą. W barwach Osasuny Pampeluna uzyskał hat-tricka na Estadio Santiago Bernabeu przeciwko Realowi Madryt! Potem grał jeszcze w Realu Valladolid, CD Toledo oraz VFB Oldenburg. Na zakończenie kariery wrócił do Górnika. W ostatnim czasie stał się jednym z najbardziej cenionych trenerów ligowych. Z Legią Warszawa dwukrotnie sięgał po mistrzostwo Polski, tyle samo razy udało mu się zdobyć Puchar Polski. Z Wojskowymi oraz z Lechem Poznań zwyciężał w rozgrywkach o Superpuchar Polski. Oprócz tych dwóch zespołów prowadził jeszcze Polonie Bytom, Zagłębie Lubin, Osasune, Lech Poznań, Śląsk Wrocław a obecnie prowadzi Górnik Zabrze.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

0

@Kapiczek Internetowe durnoty, którymi ja się nie bawie. Każdemu to się może zdarzyć, nawet jemu. Tak czy inaczej Samuel to był wybitną ,,dziewiątką" w historii, zwłaszcza w historii FC Barcelony i tego już mu nikt nie odbierze, na wieki wieków!

14

FC Barcelona odzyskała mistrzostwo Hiszpanii:

14 maja 2005 r. po remisie z Levante 1:1 w 36 kolejce Primera Division, Duma Katalonii sięgnęła po 17-te mistrzostwo Hiszpanii po sześciu latach przerwy. Dzień później wraz drużyną na ulicach miasta świętowało ponad milion spragnionych tytułów fanów. Fiesta skończyła się na Camp Nou, gdzie Samuel Eto’o po otrzymaniu mikrofonu zaintonował obraźliwą przyśpiewke: ,,Madrid, cabron saluda al Campeon!”(Madryt, rogaczu, pokłoń się mistrzowi). To wydarzenie stanowiło pożywke dla madryckich gazet, dla których ten wybryk stał się wydarzeniem tygodnia.


@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@Ogorinho1974
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

9

Duma Katalonii w Copa del Rey:

14 maja 1922 r. FC Barcelona po raz czwarty w historii sięgnęła po Puchar Hiszpanii. W finałowym starciu w Vigo, Blaugrana pokonała Real Union Club Irun aż 5:1! Gole dla Barçy zdobywali: Torralba, Samitier, Clement Gracia oraz dwa gole genialny Paulino Alcantara. Zamieszki, do których doszło po meczu, łącznie z atakami na piłkarzy Blaugrany wywołały ogromne wzburzenie w Barcelonie. Wszystko to przełożylo się na pamiętne przywitanie drużyny. Przy Passeig de Gracia na zawodników czekało ponad 20 tysięcy ludzi. Tłum eskortował drużynę aż do placu Sant Jaume, gdzie została ona przyjęta przez burmistrza Ferrana Fabrę i Puiga, markiza d’Allela i prezydenta Mancomunitatu Josepa Puiga i Cadafalcha. Blaugrana wystąpiła w składzie: Zamora, Planas, Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Piera, Martinez, Gracia, Alcantara, Sagi Barba.



@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj

10

Kolejne trofeum w PZP:

14 maja 1997 Duma Katalonii zdobyła swój czwarty i zarazem ostatni Puchar Zdobywców Pucharów. Drużyna Sir Bobby’ego Robsona pokonała w drodze do finału AEK Larnace, Crvene Zvezde, AIk Sztokholm oraz AC Fiorentine. W decydującym spotkaniu na De Kuip w Rotterdamie Blaugrana pokonała w finale PSG 1:0. Katalończycy przybyli do Holandii na dwa dni przed meczem z czterogodzinnym opóźnieniem. Powodem był fałszywy alarm bombowy na pokładzie samolotu. Trener Robson denerwował się gdyż zespół chciał poświęcić popołudnie na odpoczynek. Mimo kłopotów Blaugrana zwyciężyła z ekipą Brazylijczyka Raia, który pokonał Barçe w Pucharze Interkontynentalnym w 1992 r. i w Lidze Mistrzów w 1995 r., za każdym razem strzelając gola. Jedynego gola w Rotterdamie zdobył w 37 minucie z rzutu karnego Ronaldo. To był ostatni występ Brazylijczyka w barwach Dumy Katalonii. Z trybun widowisko oglądał Van Gaal, który w przyszłym sezonie objął FC Barcelone. Bobby Robson był świadomy że jego posada wisiała na włosku i mimo zdobycia tego Pucharu został jednak zwolniony.

Wspomnień czar:





@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

12

O tym się mówi, o tym się pisze, o tym trzeba wiedzieć!

14 maja 1994 r. FC Barcelona zdobyła czwarte z rzędu mistrzostwo Hiszpanii w niecodziennych okolicznościach. W ostatniej kolejce Blaugrana zgodnie z planem wygrała w ostatniej kolejce z FC Sevillą 5:2. To jednak jeszcze nie wystarczało bowiem liderem przed ostatnią serią spotkań było Deportivo La Coruña i wygrana na własnym stadionie z Valencią dawała piłkarzom z Galicji pierwszy w historii klubu tytuł. Na Estadio El Riazor długo jednak utrzymywał się wynik bezbramkowy. Wreszcie w ostatniej minucie meczu, Deportivo wywalczyło rzut karny. Podstawowy wykonawca ,,jedenastek” Donato został zmieniony a jego zastępca Bebeto odmówił podjęcia odpowiedzialności. W końcu odpowiedzialność na swoje barki wziął Serb Djukič, który uderzył jednak w środek bramki strzeżonej przez Vazqueza i bramkarz ,,Nietoperzy” nie miał problemu z obroną tego strzału. Duma Katalonii trzeci raz z rzędu zdobyła mistrzostwo dzięki wpadce rywali w ostatniej kolejce. Trzeba przyznać iż Ś.p. Johan Cruijff miał niebywałego farta i to aż trzy razy pod rząd!



@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

0

@Mixtape O masz! No ale dajcie już spokój z tą ,,chińszczyzna"...

0

@Mixtape Co to znaczy OMG?

2

Peterek, Wodarz, Cieślik, czy wreszcie Wilimowski to wielkie legendy ,,Niebieskich". Tak legendarny i zasłużony klub jak Ruch Hajduki Wielkie, nie wypada by ciągle grał na zapleczu Ekstraklasy, po prostu nie wypada!

0

@doc Również szkoda że wrzucacie tutaj tą ,,chińszczyzne" z niebieskim ptaszkiem ale na szczęście domyśliłem się o co chodzi

0

@Hosh Co to znaczy ,,zgłoszony po pierwszym zdaniu"?

10

Murzynów tu nie chcemy:

W meczu otwierającym pierwszą w historii Copa America 1916, Urugwaj gładko pokonał Chile 4:0. Następnego dnia delegacja chilijska zażądała anulowania wyniku meczu, ,,ponieważ Urugwaj wystawił w składzie dwóch Afrykańczyków”. Chodziło o legendarnego Isabelino Gradina, który strzelił 2 gole, oraz Juana Delgado. Gradin był wprawdzie prawnukiem afrykańskich niewolników ale urodził się już w Montevideo. Widzowie zrywali się z miejsc, gdy z zawrotną szybkością pędził z piłką, mijając rywali jeden po drugim i kończył swój rajd strzelając do bramki w pełnym biegu. Gradin miał twarzyczke niewiniątka i nawet gdyby bardzo się starał, nikt nie uwierzyłby że może wyrządzić komuś krzywdę. Juan Delgado, również prawnuk czarnoskórych niewolników, urodził się w miasteczku Floryda, w głębi Urugwaju. Sławę zdobył tańcząc najpierw z kijem od szczotki podczas karnawału a później z piłką na boiskach całego kraju. Podczas gry często rozmawiał z przeciwnikami, nabijając się z nich bezlitośnie: ,,Zerwij mi te kiść bananów”- mawiał podnosząc piłke w powietrze a gdy ją wrzucał w pole karne, sugerował rywalowi by lepiej położył się na piaseczku. W tamtych czasach Urugwaj był jedyną drużyną narodową, w której występowali czarnoskórzy piłkarze.


@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Rastafarnianin

0

To zdumiewające a zarazem i ryzykowne że Cristian Eriksen, który ledwo uszedł z życiem na boisku, dalej gra i to w wieku 31 lat, w dodatku w Premier League, tak bardzo wymagającej lidze świata...

8

@FCBparasiempre
13 maja 1990 roku na zawsze przeszedł do historii jako dzień, w którym rozpoczęła się wojna o niepodległość Chorwacji. Niewiele osób jednak wie, że stało się to… podczas piłkarskiego meczu pomiędzy Dynamem Zagrzeb, a Crveną Zvezdą Belgrad. Był to niełatwy czas, kiedy Jugosławia, gigantyczny tygiel kulturowy, stała w przededniu nie tyle rozpadu, co brutalnej wojny domowej. Od blisko 10 lat nie żył już marszałek Josip Broz Tito – przywódca Jugosławii, któremu udawało się trzymać w ryzach cały ten gigantyczny, ale sztuczny twór. Nie można użyć innego słowa, gdyż Jugosławia nigdy nie była spójnym krajem – tendencje autonomiczno-separatystyczne były w niej od początku silne. Serbowie, Chorwaci, Czarnogórcy, Słoweńcy, Bośniacy, Albańczycy, Macedończycy – wszyscy oni wchodzili w skład jednego wielkiego państwa, scalonego na siłę. Kwiecień 1990 roku przyniósł wybory w Chorwacji, gdzie do władzy doszła prawicowa frakcja Franjo Tujdmana, nawołująca do niepodległości. Jej działanie zostało odebrane jako realne zagrożenie dla Serbów żyjących w chorwackich miastach. Kampania ta została sztucznie rozdmuchana przez Belgrad, będący w rękach serbskiego polityka Slobodana Milosevicia, przywódcy komunistycznej partii. Milosevič marzył o zachowaniu status quo, czyli wielkiej Jugosławii pod rządami oczywiście serbskiej partii, z dominującą gospodarką centralnie planowaną. Serbski lider nie chciał słyszeć o tendencjach niepodległościowych Chorwatów i innych nacji, wojna wisiała zatem w powietrzu. Nastroje były za to szalenie optymistyczne właśnie w Chorwacji, gdzie do głosu doszedł nacjonalizm. Chorwaci powrócili do swoich barw – kontrowersyjnej szachownicy, będącej znakiem rozpoznawczym ustaszów, czyli faszystowskiego Chorwackiego Ruchu Rewolucyjnego z czasów II wojny światowej. Serbowie zarzucili Tujdmanowi oczywiście powrót do hitleryzmu, a konflikt narastał w siłę. Wszędzie wywieszano chorwackie flagi wraz z szachownicą, ograniczano rolę Serbów w życiu społecznym Chorwatów, ściągano serbskie reklamy. Apogeum nienawiści nastąpiło jednak dopiero 13 maja na stadionie Maksimira w Zagrzebiu, a de facto stało się właściwie preludium do samej wojny. Mimo napiętych stosunków pomiędzy państwami zrzeszonymi w republice byłej Jugosławii, nie zawieszono piłkarskich rozgrywek ligowych. Z racji polityczno-historycznych zaszłości, kibice Dynama – zwani “Bad Blue Boys”, w skrócie “BBB” – oraz “ultrasi” Crvenej Zvezdy – czyli Delije – nigdy za sobą nie przepadali. “Nie przepadali” to zresztą łagodne określenie – bojówkarze obu drużyn nienawidzą się aż po dziś dzień. Tamtego dnia do zamieszek doszło już przed meczem, a najbardziej niebezpieczni Ultrasi obu drużyn starli się na ulicach Zagrzebia. Bijatyka przeniosła się na stadion. Była to celowo zaplanowana akcja z obu stron – nie było w tej walce żadnej nieprzewidywalności. Nie wiadomo, kto zaczął walkę, ale nie ma to w sumie żadnego znaczenia, “BBB” rzucali w Serbów kamieniami, a Ci nie pozostawali dłużni, wyrywając krzesełka i ciskając nimi w Chorwatów, skandując przy okazji “Zagrzeb jest serbski!”. Przywódcą Delije był późniejszy zbrodniarz wojenny Żeljko Rażnatovic, zwany “Arkanem”. Bójka przeniosła się na murawę. Wszystko było ustawione, ponieważ za “ochronę” meczu odpowiadali w większości serbscy policjanci, którzy(delikatnie mówiąc) nie za bardzo kwapili się do jakichkolwiek interwencji. Piłkarze Crvenej Zvezdy uciekli z murawy i ze stadionu, ale większość graczy Dynama pozostała na boisku. To wtedy wydarzyła się scena, która na zawsze zapisała się w historii narodu chorwackiego. Kapitanem Dynama Zagrzeb był 21-letni wówczas Zvonimir Boban, późniejsza legenda nie tylko chorwackiego, ale w ogóle bałkańskiego futbolu. Boban – widząc, że serbski policjant bije chorwackiego kibica, wyskoczył w powietrze i kopnął z całej siły funkcjonariusza, umożliwiając ucieczkę bitemu chłopakowi. Gest ten został uwieczniony na zdjęciu a samego piłkarza ogłoszono bohaterem narodowym Chorwatów, oraz uczyniono symbolem walki o wolność. Dla samych Serbów Boban oczywiście stał się momentalnie wrogiem numer jeden, znienawidzonym przez samego Milosevica. Wyskok i kopnięcie Bobana uznaje się dzisiaj za nieoficjalny początek wojny o niepodległość Chorwacji, a zdjęcie upamiętniające tamto zdarzenie ma dla Chorwatów takie samo znaczenie, jak dla nas Polaków fotografie Lecha Wałęsy pod Stocznią Gdańską. Zvonimir Boban za swój czyn ukarany został przez futbolową federację Jugosławii sześciomiesięczną dyskwalifikacją, ale niedługo później i tak wyjechał. W 1991 roku kupił go ówczesny najlepszy klub świata, czyli legendarny AC Milan. Chorwat wyjechał na Półwysep Apeniński podbijać włoską Serie A.

Niedługo później na Bałkanach wybuchła okrutna wojna, która oficjalnie zabrała życie ponad 140 tysięcy ludzi, ale nieoficjalnie mówi się o liczbie o wiele większej. Boban zza granicy obserwował co się dzieje, wielokrotnie w wywiadach dając wsparcie swoim rodakom. Był piłkarzem wybitnym, ale i tak wszyscy zapamiętali przede wszystkim jego niezwykły wyskok i kopnięcie, będące symbolem walki o niepodległość Chorwacji. Konflikt bałkański ciężko oceniać, gdyż przemieszanie się nacji, kultur oraz wzajemnych pretensji było tak ogromne, że do dziś można się spierać o wiele elementów tej wojny. Wojny, która nigdy nie zgasła, zwłaszcza w sercach ludzi. Nie tak dawno (listopad 2013) antagonizmy obudziły się na nowo, doszło bowiem do pierwszego piłkarskiego meczu obu reprezentacji narodowych od czasów zakończenia walki pomiędzy Serbami, a Chorwatami. Stało się to na… stadionie Maksimira w Zagrzebiu – tym samym, który pamięta opisywaną wyżej historię. Spotkanie rozegrano w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata, które odbyły się tego lata w Brazylii. Mimo gigantycznych obaw, podczas meczu nie doszło do bezpośrednich scysji, nie licząc okrzyków w stylu “zabij, zabij Serba”, a pomijając pojedyncze nietaktowne wypowiedzi niektórych działaczy, zwyciężył tym razem futbol. Nie zawsze tak jednak było. W 2007 roku podczas tenisowego meczu na Rod Laver Arena w ramach Australian Open doszło do bijatyki kibiców wywodzących się z obu nacji, a co ciekawe, to właśnie Australia jest częstym miejscem niesnasek Chorwatów i Serbów. Dlaczego? Bardzo wielu imigrantów pochodzi właśnie z Bałkanów, a ich dzieci rzadko zapominają o historycznych zatargach z przeszłości. Bardzo często dochodzi do bójek w meczach futbolu australijskiego, gdzie rywalizują ze sobą naturalizowani Australijczycy, wywodzący się oczywiście z Serbii i Chorwacji. Kocioł Bałkański nigdy nie stygnie.

12

Ten mecz rozpoczął wojne domową. Jaką? Tego dowiecie się w odpowiedzi na komentarz.

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

7

@FCBparasiempre
Puchar Zdobywców Pucharów wniósł do życia wszystkich fanów futbolu dużo kolorytu. Mimo iż PZP w żadnym stopniu nie równał się prestiżem Pucharowi Europy, wśród kibiców z wielu krajów rozgrywki nadal budzą nostalgię. W Polsce zapewne większość wspomina przygodę Górnika Zabrze z 1970 roku, zakończoną dopiero przez Manchester City w finale tych rozgrywek. Kibice z Gdańska zapewne pamiętają pojedynek Lechii z wielkim Juventusem, Bońka i Platiniego.

A fani Warszawskiej Legii półfinał tych rozgrywek i gol Wojciecha Kowalczyka na Old Trafford. Jednak Puchar Zdobywców Pucharów zapadł w pamięć dlatego, że przynosił nieoczywiste rozstrzygnięcia, zakrawające wręcz o sensację. Jedną z takich sensacji był finał rozegrany w 1981 roku pomiędzy Dinamem Tibilisi a drużyną FC Carl Zeiss Jena. Finał ten jest chyba najdziwniejszym, by nie powiedzieć najmniej prestiżowym, do jakiego doszło w historii wszystkich rozgrywek UEFA. Oba kluby mimo pozornych podobieństw w postaci np. ustroju panującego w kraju czy niedużej rozpoznawalności na arenie międzynarodowej, znajdowały się na zupełnie różnych piłkarskich biegunach. Dinamo było klubem z dużego miasta cieszącym się ogromnym uznaniem kibiców oraz rywali. Na Stadion im. Lenina w Tibilisi regularnie przychodziło 80 tysięcy ludzi, aby z trybun tego kolosa dopingować lokalnych bohaterów. Stwierdzenie bohaterów nie jest w tym wypadku nadużyciem. W drużynie z Kaukazu grali bowiem głównie Gruzini, stanowili oni dla lokalnej społeczności swoistą reprezentację całej Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. A trzeba przyznać, że kibice nie musieli się wstydzić za wyniki swoich reprezentantów. Dinamo było dwukrotnym mistrzem ZSRR, osiemnaście razy zdobywało medal za rozgrywki ligowe oraz dwukrotnie krajowy puchar. Na drugim biegunie była drużyna z liczącej sto tysięcy mieszkańców Jeny. Grająca na kameralnym stadionie mogącym pomieścić ok. 12 tys. Klub był własnością zakładów Carl Zeiss produkujących wszelkiego rodzaju produkty optyczne. Oczywiście piłkarze zatrudnieni byli w zakładzie tak samo, jak inni normalni pracownicy. Klub z Turyngii był również nieco mniej utytułowany od swojego przeciwnika ze wschodu, w swojej historii zdobył trzy mistrzostwa NRD oraz cztery puchary. W drodze do finału oba kluby zmierzyły się z czterema rywalami. Na początku swojej przygody Dinamo dość łatwo pokonało w dwumeczu grecką Kastorię 2:0, by następnie wyeliminować irlandzki Waterford bilansem 5:0. Pierwsza poważna przeszkoda stanęła na ich drodze dopiero w ćwierćfinale. Gruzinom przyszło się w nim zmierzyć z drużyną West Hamu. Przybysze z dalekiego ZSRR postanowili postawić się „Młotom” tak samo, jak kilka sezonów wcześniej uczynili to w meczu z Liverpoolem. Po 90 minutach stan na tablicy wyników w Londynie pokazywał wynik 1:4 dla gości. Nic nie dał rewanż, w którym Anglicy odrobili zaledwie jednego gola. Po dwumeczu prasa na wyspach była zdumiona oraz jednocześnie zachwycona grą Dinama. Jeden z redaktorów Guardiana po latach, tak wspominał piłkarzy gruzińskich: „Miałem w umyśle niewyraźne pytania: kim są ci piłkarze i w jakim złowrogim sowieckim laboratorium sportowym zostali wyprodukowani? dlaczego nie uśmiechają się bardziej, kiedy są naprawdę, wybitni w grze w piłkę nożną? i czy komunizm może być zły, jeśli produkuje takich sportowców?” Po popisach w Londynie drużyna z Tibilisi na ostatniej prostej nie bez problemów pokonała Feyenoord Rotterdam 3:2 i zameldowała się w finale. Piłkarze FC Carl Zeiss zaczęli swoją przygodę z pucharem od wielkiej sensacji. Po pierwszym meczu, w którym przyszło im mierzyć się z AS Romą, przegrywali zero do trzech. Gdy wynik zdawał się dawać pewny awans zespołowi z Italii, panowie z NRD wywinęli niesłychany numer i wygrali rewanżowe spotkanie aż 4:0. Na domiar złego dla Włochów bramka dająca awans została zdobyta w 87. minucie spotkania. W drugiej fazie rozgrywek zespół z Niemiec wygrał w dwumeczu 4:1 z Valencią. Mecze z „Nietoperzami” zawierają mały polski akcent. W pierwszym spotkaniu na Mestalla na listę strzelców wpisał się urodzony w Bytomiu Martin Trocha. Wychowanek Szombierek Bytom, Ślązak o polsko-niemieckim pochodzeniu. Trocha miał wówczas 24 lata i jako reprezentant NRD zmierzył się nawet w jednym meczu z reprezentacją Polski. W finale z drużyną z Jeny jednak nie zagrał z powodu kontuzji. Powracając do drużyny z Jeny. W ćwierćfinale pokonali oni walijski Newport 3:2, a w półfinale odprawili z kwitkiem wielką Benficę i do zdobycia pucharu pozostało pokonać jedną przeszkodę.

W dobie piłkarskich hipsterów i modzie na wszystko, co w futbolu dziwne lub egzotyczne, finał z 13 maja 1981 roku w obecnych czasach zyskałby rangę kultowego. Oto do Dusseldorfu w Republice Federalnej Niemiec przyjechały dwie drużyny, które przebojem wdarły się na salony. Jednak w latach osiemdziesiątych nikogo nie obchodził pojedynek jakiś dwóch średnich europejskich klubów z odległych i zacofanych krajów socjalistycznych. Piłkarscy zapaleńcy nie wiedzieli wiele o zdobywcy pucharu ZSRR czy ich odpowiedniuku z NRD. Kibice nie mieli do dyspozycji narzędzi za pomocą, których mogliby poznać ówczesne gwiazdy zza żelaznej kurtyny. W efekcie na mogącym pomieścić prawie 60 tysięcy osób Reihenstadionie zjawiło się zaledwie około 4.5 tysiąca kibiców. Większość z nich stanowili oficjele i członkowie partii komunistycznych z obu krajów. Zwykli kibice oczywiście nie mogli uzyskać zgody na wyjazd do zachodniej strefy wpływów. Prestiżowi finału nie pomogły też doniesienia płynące wówczas z Rzymu. Bowiem w dzień rozgrywania spotkania świat obiegła informacja o zamachu na Jana Pawła II. Tym samym mecz nie miał szans zaistnieć w żadnych serwisach informacyjnych nawet w postaci wzmianki i stał się zaledwie cieniem dla tragicznych wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się również, że zamach to nie jedyne makabryczne zdarzenie odciskające po latach piętno na finale. Sam poziom meczu odpowiadał mniej więcej poziomowi zainteresowania tym finałem. Dziennikarze nie mogli zachwycać się popisami ani jednej, ani drugiej drużyny jak robili to po meczach z West Hamem czy Valencią. Spotkanie toczyło się w wolnym tempie, a pierwsza bramka padła dopiero w 63 minucie. Prowadzenie objęli Niemcy, by już zaledwie 4 minuty później znów remisować. Ostatecznie po bramce Witalija Daraselia, Dinamo wygrało 2:1 i tym samym zdobyło jedyne w swojej historii trofeum na arenie międzynarodowej. Strzelca zwycięskiego gola nagrodzono wyborem na najlepszego piłkarza meczu. Mający wówczas 25 lat Daraselia był wychowankiem klubu, gwiazdą u szczytu formy i dobrze zapowiadającym się reprezentantem ZSRR. Niestety w tym miejscu pora na wzmiankę o kolejnej tragedii związanej z tym meczem. Bowiem rok po wygranym finale Witalij Daraselia zginął w wypadku samochodowym w jednym z pasm górskich w Gruzji. Witalij stracił panowanie nad samochodem na jednej z wąskich dróg, auto wraz z nim i pasażerem stoczyło się w dół wąwozu. Piłkarz został odnaleziony martwy dopiero po sześciu dniach od zdarzenia. Finał Pucharu Zdobywców z 1981 roku może nie był największym widowiskiem, jakie widział piłkarski świat, ale na pewno w sercach kibiców z Tibilisi oraz z Jeny zajmuje szczególne miejsce. Co natomiast stało się z bohaterami tamtych wydarzeń? Cóż, oba kluby zostały naznaczone upadkiem komunizmu. I tak drużyna Dinama po rozpadzie Związku Radzieckiego pozostała de facto jedynym profesjonalnym klubem w Gruzji. Przebijała poziomem gry i zorganizowania inne drużyny, które w latach 90. były raczej amatorskie. W efekcie Dinamo zdominowało krajowe rozgrywki na ponad 10 lat. Jednak na spotkania do stolicy nie przyjeżdżały już co tydzień drużyny pokroju Spartaka, CSKA, czy Zenita, drużynie przyszło się mierzyć z amatorami, co znacząco odbiło się na frekwencji na trybunach. Stadion pustoszał i o osiemdziesięciotysięcznej publice można było tylko pomarzyć. Rozpad ZSRR nie pomógł również pod względem finansowym. Klub bez wsparcia wojska, partii i wszelkich zasobów płynących bezpośrednio z administracji państwowej nie był w stanie utrzymać poziomu. O bojach w Europie również można było zapomnieć, a cała gruzińska piłka nigdy nie wróciła do poziomu sprzed uzyskania przez ten kraj niepodległości. W Jenie również nie było kolorowo. Co prawda zakłady Carl Zeiss do teraz pozostają głównym udziałowcem klubu, jednak firma nie potrafiła spełnić zachodnich wymagań finansowych. Po połączeniu RFN oraz NRD drużyna nie mogła równać się pod względem finansów ani zainteresowania, zachodnioniemieckim klubom. Klub z Jeny stopniowo podupadał i na stałe zadomowił się w trzeciej Bundeslidze. Nic nie wróży, aby miał on powrócić na arenę europejską. Socjalistyczne hasła zdobiące wiele miast Europy odeszły w zapomnienie, a wraz z nimi marzenia wielu klubów będących nierozerwalną częścią tego ustroju.

Dinamo Tbilisi vs Carl Zeiss Jena 2:1 ; Gole: Hoppe 63′ (Car Zeiss), Gutsaev 67′ (Dinamo), Daraselia 86′ (Dinamo).

Dinamo Tbilisi: Gabella – Khizanishvili – Kostava, Chivadze, Tavadze – Sulakvelidze, Daraselia, Svanadze (Kakilashvili, 67’) – Kipiani – Shengelia, Gutsaev

Carl Zeiss Jena: Grapenthin – Snuphase – Brauer, Kurbjuweit, Schilling – Hoppe (Oevermann, 88’), Krause, Lindemann – Bielau (Töpfer, 76’), Raab, Vogel

6

0

@Mns21 Po transferach Rafinhy a zwłaszcza Ferrana Torresa, to Gundogan mnie nie przekonuje jakoś. Natomiast tego Rubena Nevesa nie ogladałem, więc dla mnie to całkiem nieznany zawodnik.

10

Duma Katalonii w Copa del Rey:

13 maja 2009 FC Barcelona pokonała na Estadio Mestalla Athletic Bilbao 4:1 i sięgnęła po raz 23 w historii po Puchar Hiszpanii. Myślę że większość z was pamięta to wydarzenie? Przypomnę tylko strzelców goli: Yaya Toure(32 minuta), Messi(55 minuta), Krkič(57 minuta) oraz Xavi(64 minuta). Dobrze pamiętam ten finał bo nagrywałem go na płyte dvd a mecz jeśli się nie myle transmitowała telewizyjna jedynka.

A jeśli ktoś nie pamięta to proszę uprzejmie:




@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

9

Premierowe ,,El Clasico” na własnym stadionie:

13 maja 1905 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z Realem Madrid(ówcześnie jeszcze FC Madrid) na własnym stadionie Camp del Carrer Muntaner. To był mecz towarzyski, który FC Barcelona wygrała 5:2, po dwóch golach Charlesa Walleca i Ponza oraz jednym legendarnego Romy Fornsa.


@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB

11

Absolutna premiera El Clasico:

13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie Copa de la Coronacion(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem historyczny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie Copa Gran Peña zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.



@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

7

Futbol kreolski:

AFA nie zezwalał by podczas zebrań rozmawiano po hiszpańsku a jego urugwajski odpowiednik zakazywał, by mecze rozgrywano w niedziele, albowiem tradycja angielska nakazywała żeby mecze odbywały się w sobote. Już jednak na początku minionego wieku nad brzegami La Platy futbol stał się popularny i bardziej narodowy. Ta rozrywka z importu świetnie wypełniająca czas dzieciom, zstąpiła z piedestału na ziemie i zaczęła zapuszczać w niej korzenie. Nic nie mogło tego procesu zatrzymać. Podobnie jak tango, piłka nożna wyrosła na przedmieściach. Była sportem, który nie wymagał pieniędzy, do gry wystarczyły dobre chęci. Na podwórkach, w zaułkach i na plażach młodzi Kreole i synowie imigrantów aranżowali mecze kopiąc piłki zrobione ze starych pończoch, wypełnione ścinkami papieru lub szmatami. Dwa kamienie robiły za słupki. Dzięki upowszechnieniu się piłkarskiej terminologii wieśniacy wygnani z prowincji przez biede doskonale rozumieli się z robotnikami wypchniętymi przez kryzys z Europy. Futbolowe esperanto łączyło miejscową biedotę z biedakami przybyłymi tu przez morze z Vigo, Lizbony, Neapolu, Bejrutu czy Besarabii, którzy żyli amerykańskim marzeniem, wznosząc ściany, dźwigając ciężary, piekąc chleb lub zamiatając ulice. Cóż za piękną podróż odbył futbol: ujęty w formalne karby na angielskich uniwersytetach teraz ubarwiał życie ludziom, którzy nigdy nie przekroczyli progu żadnej szkoły.

Podczas gdy na boiskach Buenos Aires i Montevideo kształtował się niepowtarzalny styl kopania piłki, w portowych barach, przy dźwiękach milongi, dojrzewał nowy, zmysłowy taniec. Podobnie jak tancerze wykonujący skomplikowany figury na skrawku podłogi, piłkarze szlifowali swoje umiejętności na niewielkiej przestrzeni, gdzie piłki się nie kopało, lecz przytrzymywało i obejmowało stopami niczym dłońmi. W ten sposób kreolscy wirtuozi wynaleźli ,,el toque”: piłke należało delikatnie trącać, jakby była gitarą i źródłem muzyki. W tym samym czasie w Rio de Janeiro i São Paulo futbol coraz bardziej ulegał czarowi tropików. Najwięcej bogactwa wnosili doń biedacy. Piłka nożna przestawała być już wtedy przywilejem garstki bogaczy i stawała się coraz bardziej dyscypliną narodową, zasilaną twórczą energią odkrywającego ją ludu. W ten sposób narodził się najpiękniejszy futbol świata, na który składają się zmysłowe ruchy bioder, balansowanie ciałem a także wymachy nóg zapożyczone z ,,capoeiry”(wojennego tańca czarnych niewolników) i radosnych latynoamerykańskich tańców popularnych w biednych dzielnicach wielkich miast. Piłka nożna ujawniała swoje ukryte piękno i stawała się powoli powszechną pasją a nie wyłącznie wyrafinowanym sposobem spędzania wolnego czasu. Postępująca demokratyzacja futbolu budziła obawy wydawanego w Rio de Janeiro magazynu ,,Sports”, który w 1915 r. pisał tak: ,,My, którzy mamy w społeczeństwie ugruntowaną pozycje, musimy grać z robotnikiem i szoferem. Sport ten przestaje być rozrywką i zamienia się w prawdziwy koszmar oraz poświęcenie”.


@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

7

@FCBparasiempre
Włoski futbol kojarzy nam się z obroną. Utarte slogany o cattenacio co chwilę padają z ust komentatorów, gdy mówią o drużynach z Italii. Chociaż w dzisiejszych czasach te banały mają coraz mniej wspólnego z prawdą, to nie da się ukryć, że to właśnie kluby z półwyspu Apenińskiego zrewolucjonizowały ten element gry. Był jednak we Włoszech trener, który w czasach hossy cattenacio kompletnie nie poddawał się trendom, a stawianie zasiek w obronie uważał wręcz za zbrodnię przeciwko futbolowi. Nigdy nie wywalczył wielkich trofeów, ale w sercach i pamięci kibiców pozostał na zawsze. Posłuchajcie historii Zdenka Zemana. Zeman urodził się 12 maja 1947 roku. Nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę, wolał uprawiać siatkówkę i szczypiorniaka. Latem 1968 roku pojechał na wakacje, do swojego wuja mieszkającego na Sycylii. Ta podróż odmieniła życie młodego Zdenka. W czasie jego nieobecności wojska Układu Warszawskiego najechały Czechosłowację. Operacja „Dunaj” zakończyła „Praską wiosnę”. Komuniści za pomocą czołgów przywrócili socjalistyczny ład w ojczyźnie Zemana. Ten postanowił pozostać we Włoszech na stałe. Wiele osób śmieje się, że to jedyna rozsądna decyzja, jaką przyszły trener podjął w swoim życiu. Wujek Zemana, Cestmir Vycpalek, w przeciwieństwie do Zdenka posmakował zawodowego futbolu. Grał m.in. dla Juventusu, Parmy i Palermo. Gdy zawiesił buty na kołku, postanowił zająć się trenowaniem. Zaczynał od niższych lig włoskich. Po jakimś czasie trafił do „Starej Damy”. Najpierw zajął się prowadzeniem drużyn juniorskich, potem objął pierwszy zespół i doprowadził Juventus do dwóch mistrzostw Włoch. W tym czasie jego siostrzeniec zajął się zdobywaniem wykształcenia. Zrobił fakultet z medycyny sportowej. Następnie postanowił pójść w ślady wuja i zająć się trenowaniem. Ukończył renomowaną szkołę Coverciano w podobnym czasie co Arigo Sacchi. Wkrótce potem obaj odcisnęli swoje piętno na włoskim futbolu. Pierwsze kroki w trenerskim światku Zeman stawiał w Palermo. Trenował tam drużyny do lat 12. Przełom stanowiło otrzymanie posady w czwartoligowej Licacie. Wkrótce awansował z tym zespołem do Serie C. Co ciekawe uczynił to, mając w składzie prawie samych juniorów. Stawianie na młodzież stało się po jakimś czasie jego znakiem rozpoznawczym. Drugim był ultra ofensywny futbol prezentowany przez jego zespoły. Z Licaty trafił do Foggi. To właśnie dzięki pracy w tym klubie miała o nim usłyszeć cała Italia. Do ekipy z Apulii zaliczył dwa podejścia. Najpierw po roku pracy opuścił „Satanellich” i przeniósł się do Parmy, by zastąpić tam Sacchiego, który rozpoczynał właśnie swój chlubny rozdział w Mediolanie. Ten epizod okazał się dla Zemana kompletnym niewypałem. Zwolniono go po siedmiu meczach. Przygarnęła go za to Messina. Pod jego skrzydłami „Toto” Schillaci ustrzelił w sezonie ligowym 23 bramki, dzięki czemu zainteresował się nim Juventus. Można powiedzieć, że król strzelców Mundialu w 1990 roku był pierwszym z całej plejady gwiazd, które wyszły spod ręki „Il Boemo”. W 1989 roku Zeman zatoczył koło i powrócił do Foggii.

To, co odróżniało Zemana od innych menadżerów, to brak lęku przed zwolnieniem. Czech twierdził, że obawa przed utratą stanowiska hamuje trenerów przed stosowaniem ofensywnej taktyki, przez co ich zespoły boją się grać w piłkę. Nasz bohater gardził takim podejściem. Piękna gra jego drużyny była celem nadrzędnym. Na szczęście we Foggii trafił na wyrozumiałego szefa. Pasquale Casillo, właściciel „Satanellich”, mocno wierzył w umiejętności i filozofię Zemana. Pomimo trudnych początków, nie ugiął się pod presją kibiców i nie zwolnił „Il Boemo” po serii słabszych wyników. Ta wiara zaowocowała. Zeman w dwa lata awansował z Foggią z Serie C do Serie A. Trener cały czas był wierny swojej filozofii futbolu. Uwielbiał taktykę 4-3-3. Z przodu biegało trzech środkowych napastników, pomocnicy często podłączali się do fazy ataku, a boczni obrońcy grali w stylu, jaki znamy z dzisiejszych boisk, czyli praktycznie jak skrzydłowi. W akcjach ofensywnych potrafiło uczestniczyć ośmiu piłkarzy. Jak na Czecha przystało, inspiracje czerpał między innymi z hokeja na lodzie. Jeśli wam się zdaje, że to Manu Neuer zaczął pierwszy grać jako bramkarz-libero, to musicie zobaczyć, jak w systemie Zemana funkcjonował jego ulubieniec – Francesco Mancini. W sezonie 1990/91 Foggia strzeliła 67 goli. Drugie w tej klasyfikacji Udinese zdobyło ich 53. Ultra ofensywny styl Zemana nie zawsze popłacał. Angażowanie takiej liczby piłkarzy do atakowania bramki rywala sprawiało, że przed własnym polem karnym często zostawało jedynie dwóch stoperów. Szczególnie w Serie A drużyna często musiała płacić frycowe za takie ustawienie. Tak było w ostatniej kolejce sezonu 1991/92. Po pierwszej połowie Foggia prowadziła z AC Milanem 2:1. Większość menadżerów w takiej sytuacji skupiłaby się na obronie wyniku. Jednak nie Zeman. On nakazał swoim graczom dążyć do strzelenia kolejnych goli. W rezultacie Milan wygrał ten mecz…2:8. By przygotować piłkarzy do gry o takiej intensywności, jego treningi charakteryzowały się dużymi obciążeniami fizycznymi i długim czasem trwania. Bieganie po górach było stałym elementem harmonogramu zajęć. Sam szkoleniowiec nie dbał przesadnie o zdrowie. Papierosy palił taśmowo, a na treningach klął jak szewc. Zresztą odpalona cygaretka była jednym ze znaków charakterystycznych Czecha. W pierwszym sezonie na najwyższym poziomie rozgrywkowym „Satanelli” zajęli dziewiąte miejsce. Więcej bramek od nich strzelił tylko Milan, więcej straciło tylko zdegradowane Ascoli… To mówi wszystko o bezkompromisowym podejściu Zemana do calcio. Futbol miał dawać radość kibicom, a nie być partią szachów. „Ludzie mówią, że powinienem zmienić taktykę. Nie zgadzam się z tym. Chcę, żeby mój zespół zabawiał fanów i zbliżył ich do zespołu. Mam nadzieję przekonać sceptyków, że pracujemy dobrze.” Foggia była rewelacją sezonu 1991/92. Nic dziwnego, że ofensywni piłkarze tego klubu stali się celami transferowymi dla bogatszych zespołów. Zeman stracił latem całą linię ataku. Signori odszedł do Lazio, Rambaudi do Atalanty, a Francesco Baiano do Fiorentiny. Z klubem pożegnał się także Igor Szalimow, który wybrał grę dla Interu. „Il Boemo” musiał odbudować cały ofensywny potencjał drużyny z Apulii. Podołał zadaniu i znalazł godnych zastępców (m.in. Bryan Roy). W następnym sezonie Foggia uplasowała się na jedenastej pozycji. Dwa lata później znów zajęła dziewiąte miejsce w lidze. Nikt już nie miał wątpliwości. Największą wartością zespołu był jego trener, który potrafił utrzymać formę zespołu niezależnie od składu i rewolucji kadrowych. Czech miał wyjątkową rękę do młodych graczy. Wypromował wielu przyszłych reprezentantów Italii. Wielu ekspertów uważa, że radził sobie lepiej z młodzieżą niż ze starszymi zawodnikami, ponieważ ukształtowani i doświadczeni gracze nie godzili się na uczestniczenie w jego szaleństwach. Od zwariowanej taktyki, po żelazny reżim treningowy. Styl prowadzenia zespołu przez Zemana często był określany jako autorytarny.

W 1994 roku otrzymał w końcu szansę w poważnym klubie. Podpisał kontrakt ze stołecznym Lazio. Signori, Boksić, Chamot, Fuser, Winter, Casiraghi. To tylko niektórzy z graczy, jacy wówczas reprezentowali rzymian. Dostał do ręki silne karty. Ze swojej ojczyzny przywiózł Pavela Nedveda. Zakontraktował go przed Euro ’96. Po tamtym turnieju wszyscy wiedzieli, że Zeman znów wynalazł perełkę. Nedved w jednym z wywiadów przyznał, że to właśnie rodakowi zawdzięcza wszystko. Na głęboką wodę rzucił młodziutkiego Alessandro Nestę, który hartował się w jego szalonym systemie gry, tak trudnym dla obrońców. „Każdy młody piłkarz, powinien mieć nadzieję, że będzie trenowany przez Zemana”- To właśnie słowa legendarnego włoskiego defensora, pod którymi podpisał się również Francesco Totti. Włodarze Lazio nie byli jednak tak wyrozumiali, jak Casillo we Foggii. Wynajdowanie młodych talentów i efektowna gra to było dla nich za mało. Chociaż wygrał 5-1 z Padovą i Napoli, zwyciężył 7-1 ze „swoją” Foggią, pokonał u siebie 4-0 Milan, upokorzył Fiorentinę 8-2, w dwumeczu z Interem wygrał 6-1, a Juve w Turynie odprawił 3-0. To nie wystarczyło, żeby sięgnąć po mistrzostwo. Zbyt często gubił punkty z ekipami z dołu tabeli. W Lazio pragnęli trofeów, a tych Zeman nie potrafił im dać. Po trzech sezonach mieli już dość. Ku niezadowoleniu fanów pożegnali czeskiego szkoleniowca. „Il Boemo” nie opuścił jednak Rzymu. Zmienił tylko barwy na żółto-czerwone. „Zeman jest trenerem i osobą, która wniosła znaczący wkład w mój rozwój zawodowy i osobisty.”- Taką laurkę wystawił Czechowi wspomniany wcześniej Totti. Gwiazda „Króla Rzymu” rozbłysła mocniej, gdy pieczę nad nim sprawował właśnie Zeman. To on po raz pierwszy wręczył mu kapitańską opaskę. Wiele lat później, Czech zapytany o pięciu najlepszych włoskich piłkarzy, odpowiedział: „TOTTI, TOTTI, TOTTI, TOTTI I TOTTI.” W AS Romie skończyło się jednak tak samo, jak u sąsiadów zza miedzy. Wyniki były dobre, ale brakowało konkretów. Został zwolniony. Po nim przyszedł Capello i w rok zdobył scudetto… Dodatkowo wywołał skandal. W wywiadzie dla L’espresso zarzucił piłkarzom Juventusu stosowanie dopingu. Powiedział także, że drużyna z Turynu jest jedyną, której nigdy nie poprowadzi. Po tej wypowiedzi stał się w kręgach futbolowego establishmentu persona non grata. Niektórzy twierdzą, że zamknął nią sobie drogę do poważnego futbolu. Postarał się o to Luciano Moggi, ówczesny dyrektor generalny Juve, który sam odszedł z piłki w niesławie po wybuchu afery Calciopoli. Czas pokazał, że Zeman niewiele się pomylił, chociaż zrobiono z niego wariata.

W 1998 roku odrzucił podobno ofertę przejścia do FC Barcelony. Katalońskie DNA plus filozofia Zemana… Pomyślcie, cóż za mieszanka wybuchowa mogła z tego powstać. Możemy tylko bardzo żałować, że nigdy niedane nam było się o tym przekonać. „System powiedział, że mnie nie chce i moja kariera potoczyła się w innym kierunku. Mogłem trenować milan, inter albo real.” Naprawdę mógł to robić, gdyby chociaż raz nie chciał płynąć pod prąd i wybrał milczenie. W 1999 roku po raz pierwszy opuścił Italię. Jednakże ani przygoda w Fenerbache, ani wiele lat później w Crvenej Zveździe nie zakończyła się sukcesem i Zeman szybko wracał do Włoch. Tam czuł się najlepiej, wszak sam twierdził, że czuje się bardziej Sycylijczykiem, niż Czechem. Na półwyspie Apenińskim był jednak banitą. Zepchnięto go na margines. Tułał się po klubach z niższych lig i rozmieniał swój trenerski kunszt na drobne. W 2010 roku rękę wyciągnął do niego ponownie Pasquale Casilla, który chciał odbudować Foggię. Sam wracał do klubu po okresie, w którym zmagał się z problemami z prawem. Wierzył, że receptą na sukces, będzie odtworzenie struktur sprzed dwudziestu lat. Nie udało się awansować do Serie B, ale Foggia zdobyła najwięcej bramek w lidze. O Czechu i jego zwariowanym futbolu znów zrobiło się głośno. To pozwoliło Zemanowi na podjęcie pracy w Pescarze. Awansował z tym klubem do Serie A. Drużyna strzeliła ponad 90 bramek w sezonie, śrubując rekord ligi, a Zeman wypromował kolejne gwiazdy włoskiej piłki: Verattiego, Insigne czy Immobile. Dzięki temu otrzymał drugą szansę w Romie. W „Wiecznym mieście” znów mu nie wyszło. Piłkarze nie uwierzyli, że może ich poprowadzić do sukcesów. Skończyło się konfliktem z Daniele De Rossim i utratą posady. Kolejne lata to było już tylko odcinanie kuponów. Od marca 2018 roku Zeman pozostaje bez pracy. Czy wróci jeszcze na trenerską ławę? Ma już ponad 70 lat więc może być ciężko znaleźć klub, który powierzy mu stery. Czeski trener dorobił się we Włoszech rzeszy swoich fanów, którzy są nazywani „Zemanini”. Praktycznie w każdym włoskim mieście (może poza Turynem) „Il Boemo” darzony jest wielkim szacunkiem. Pomimo braku sukcesów z sentymentem wspominają go tiffosi obydwóch rzymskich klubów. Był entuzjastycznie witany nawet przez fanów z Mediolanu, chociaż nigdy tam nie pracował. Kibice kochali jego bezkompromisowy styl i dążenie do zdobywania bramek w każdej sytuacji, nawet przy wysokim prowadzeniu. Jego drużyny zapewniały widowisko. Bo dobra gra zawsze wyprzedzała w hierarchii Zemana wyniki. ,,Nasze pułapki ofsajdowe były ustawione praktycznie na środku boiska. To było samobójstwo! Zemana to nie obchodziło. On chciał, żebyśmy tak grali w meczach ligowych. prosiliśmy go nawet kiedyś, by przyłożył większą uwagę do zadań defensywnych, ale nie chciał o tym słyszeć!”- tak pracę z Zemanem wspominał Cafu. Giuseppe Signori twierdził zaś, że jedynymi rzeczami, których nie toleruje Zeman, są podania do tyłu i kradnięcie czasu w narożniku boiska. Sam bohater powiedział kiedyś, że woli przegrać 5:4 niż bezbramkowo zremisować. Innym razem mówił: „Jeśli strzelisz 90 goli, to nie ważne ile stracisz”

Przeciwnicy śmiali się z naiwności i takiego myślenia ”Il Boemo” oraz jego radosnego futbolu. Szydzili z braku pragmatyzmu i romantycznej wizji gry. Gdy Czech skrytykował Inter Mourinho za kunktatorstwo i wyrachowaną grę, „The Special One” spytał tylko: „Kim on jest? gdzie on gra? muszę się dowiedzieć, co wygrał. Teraz jestem na wczasach, ale jak będę miał chwilę to sprawdzę w google”. Jeden z najbardziej znanych utworów Stinga opowiada o „Angliku w Nowym Jorku”. W 1999 roku włoski piosenkarz Antonello Venditti, prywatnie fan Romy, nagrał piosenkę o pewnym Czechu we Włoszech. Kończy się ona słowami: ,,Ponieważ nigdy się nie zmienisz”. Nigdy się nie zmienił. Pozostał na zawsze wierny swoim piłkarskim ideałom i dążeniu do atrakcyjnej dla oka gry.

Media

Sonda

Kto wygra mistrzostwo świata?