- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1016 Culés
Gorące dyskusje
Jakchcesz
86
Ale mnie to denerwuje jak po ciężkim tygodniu chce się napić piwka, odpocząć, obejrzeć... » Czytaj dalej
12 odpowiedzi
martusiaaaa
1
jak tam wam popołudnie mija ?
21 odpowiedzi
michal26
5
Mówiąc szczerze, to na Egipt oni muszą wyjść lepszym składem...Takie:Dibu Martinez -... » Czytaj dalej
35 odpowiedzi
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1016 Culés
8
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360
8
@FCBparasiempre
11 marca
1936 r. urodził się Oreste Omar Corbatta, wybitny argentyński prawoskrzydłowy. Corbatta
był postacią tyleż genialną, co tragiczną. Na boisku potrafił z piłką zrobić wszystko.
Kiedy dostawał ją przy linii, to nie było sposobu, żeby mu ją odebrać.
Imponował skutecznością z rzutów karnych, w ciągu całej swojej kariery
przestrzelił z jedenastu metrów ledwie kilka razy. Potrafił też strzelać gole
prosto z rzutów rożnych. Niejednokrotnie w swoich rajdach po skrzydle mijał
rywali niczym slalomowe tyczki, czym wielu obrońców doprowadzał do rozpaczy.
Doskonale umiał również obsłużyć kolegów podaniem, dzięki czemu zaliczał sporo
asyst, których jednak nikt wówczas nie liczył. Był jednym z motorów napędowych
genialnej argentyńskiej reprezentacji, która w 1957 r. na turnieju w Limie nie
pozostawiła rywalom złudzeń, kto jest najlepszy na kontynencie. W 1958 r. na
szwedzkich mistrzostwach świata Corbatta jako pierwszy Argentyńczyk trafiał do
siatki przeciwników w każdym grupowym meczu. Czterokrotnie zostawał mistrzem
Argentyny. Swoją grą potrafił tak zachwycać, że na jego mecze przychodzili
nawet kibice innych drużyn, tylko po to, żeby zobaczyć go w akcji. Na szczycie
nie utrzymał się długo, bo ledwie parę lat, ale wystarczyło to, żeby oczarować
swoimi umiejętnościami rzesze kibiców. Do dzisiaj jest wymieniany w gronie
najlepszych prawoskrzydłowych argentyńskiej piłki, a dla wielu tych, którzy
widzieli go w akcji, na zawsze pozostanie tym największym. Jeśli w pierwszych
dziesięcioleciach zorganizowanej gry w piłkę utrwaliła się idea osobistego
stylu, wizerunek zwinnego, wolnego i cnotliwego piłkarza jako antyteza
angielskiej szorstkości, to Corbatta był wyrazem tego mitu założycielskiego –
pisał o nim w jego biografii Alejandro Wall. Miał jednak drugą twarz, tę, którą
prezentował poza boiskiem. Był członkiem niezapomnianych Los Ángeles
Carasucias, czyli brudnych aniołów, ale kiedy prześledzimy jego życiorys, to
bardziej niż brudny będzie do niego pasować określenie upadły anioł. Napisałem
chwilę wcześniej, że na szczycie nie utrzymał się długo – właściwsze jednak
byłoby stwierdzenie, że tego szczytu nigdy nie osiągnął. Nigdy nie dowiemy się
bowiem, gdzie by doszedł, gdyby w pełni mógł rozwinąć swój talent. Ten rozwój
nie został jednak zahamowany przez kontuzję, wypadek czy tragedię. Corbatta
przeszkodził sobie sam. Jeszcze jako młody człowiek zaczął z upodobaniem sięgać
po szklaneczkę wina i później z czasem popadł w uzależnienie. Często określa
się go jako argentyńskiego Garrinchę. Obaj panowie mieli wiele wspólnego.
Kochali dryblować, pieścić i bawić się z piłką, ale równie mocno kochali nocne
życie i alkohol. Obaj niestety też przedwcześnie odeszli z tego świata, nie
mając przy sobie praktycznie niczego, oprócz wspomnień dawnych dni chwały. Pod
koniec XIX i na początku XX wieku Argentyna była jednym z najszybciej
rozwijających się państw świata. W 1910 r. zajmowała dziesiąte miejsce wśród
najbogatszych krajów. Dynamiczny rozwój rolnictwa i infrastruktury sprawiał, że
ciągle jeszcze młody kraj potrzebował rąk do pracy. Ludność Argentyny rosła
wówczas o cztery procent rocznie. Kraj odpowiadał za siedem procent całego
światowego transportu i połowę PKB całego kontynentu. Nic więc dziwnego, że rzesze
Europejczyków w poszukiwaniu lepszego życia udawały się wówczas za ocean. Sporo
wśród nich było Polaków, ale najwięcej Hiszpanów i Włochów. Osiedlaniu się w
Argentynie sprzyjały rzecz jasna coraz wyższy standard życia, łagodny klimat i
wsparcie władz. Decyzję o wyjeździe często przyspieszał brak perspektyw na
polepszenie bytu w ojczyźnie. Tak było choćby w przypadku Włochów. Szacuje się,
że w latach 1875-1928 z Włoch wyjechało 17 milionów ludzi. Obok Stanów
Zjednoczonych i Brazylii to właśnie Argentyna była głównym celem ich podróży.
Osiedliło się tutaj wówczas według różnych źródeł około czterech milionów
Włochów. W efekcie liczba ludności Argentyny wzrosła z czterech milionów 1895
r. do prawie ośmiu w 1914 r. Wśród tych, którzy wybrali życie w kraju rozległych
pampasów i wołowiny byli dziadkowie Corbatty ze strony ojca. Oreste Corbatta
prowadził mały, przydomowy zakład szewski w położonym nad Adriatykiem sennym
miasteczku Recanati w regionie Marché we Włoszech. Pewnego dnia razem z żoną
Maríą podjął decyzję o wyjeździe do Ameryki. W trwającej ponad miesiąc podróży
towarzyszyła młodemu małżeństwu dwójka ich dzieci – Santa i Gerónimo. Nie od
razu jednak trafili do Argentyny. María była w ciąży i kiedy nadszedł czas
rozwiązania, musieli zatrzymać się w Brazylii. Tam przyszło na świat ich
trzecie dziecko, któremu dali na imię Américo. Oreste znalazł pracę na
plantacji kawy, a niedługo później María ponownie zaszła w ciążę i urodziła
jeszcze córeczkę Elisę. Trzy lata później wyruszyli do Argentyny. Rodzina osiedliła
się w małej mieścinie Caseros, która dzisiaj nosi nazwę Daireaux. Corbatta
znalazł tam zatrudnienie przy zbiorach pszenicy na polach Máximo Guastiniego,
farmera, którego poznali poprzez przyjaciela. Kiedy wydawało się, że wreszcie
znaleźli swoje miejsce i mogą spokojnie żyć, Corbattów spotkała tragedia.
Oreste zmarł nagle w sierpniu 1909 r. Stało się to niedługo po przyjściu na
świat trzeciego syna Alberto i na kilka miesięcy przed urodzeniem się trzeciej
córki Orestiny. María została sama z szóstką dzieci. Najstarszy z rodzeństwa
14-letni wówczas Gerónimo, na którego wszyscy wołali Gino, podejmował się
różnych zajęć, żeby pomóc matce. W końcu znalazł zatrudnienie na poczcie. Mimo
że miał braki w edukacji spowodowane emigracją i przedwczesną śmiercią ojca, to
dobrze sobie radził. Codziennie rano napełniał swoją torbę listami i
przesyłkami i dopiero, kiedy wszystkie doręczył, mógł sobie pozwolić na
odpoczynek. Kiedy stał się dorosły, to ożenił się z urodzoną Daireaux Isabelą
Fernández. Była córką Pedro Fernándeza i Primitivy Díaz, choć od małego
wychowywała się w domu lokalnego znachora. Zamieszkali na rogu dzisiejszych
ulic Guglieri i Pellegrini, ale dzisiaj po ich domu nie ma nawet śladu.
Małżeństwo doczekało się ośmiorga dzieci – czterech synów i czterech córek.
Synowie nosili imiona Guillermo, Raúl i Juan Carlos, a córki Hilda, Isabel,
Azucena i Griselda. 11 marca 1936 r. o godzinie 18:15 na świat przyszedł najmłodszy
z nich – Oreste Osmar. W życiorysie Corbatty nie brakuje znaków zapytania.
Wokół jego boiskowych i pozaboiskowych wyczynów przez lata narosło wiele mitów.
Wątpliwości dotyczą także takich, wydawać by się mogło, prostych do ustalenia
rzeczy, jak choćby pisownia imion piłkarza. Według hiszpańskojęzycznej
Wikipedii Corbatta nosił imiona Orestes Osmar, anglojęzyczna z kolei podaje
imiona Oreste Omar, podobnie jak argentyńskie El Gráfico, ale już na oficjalnej
stronie Racingu przy nazwisku piłkarza widnieją imiona Oreste Osmar. W wielu
innych źródłach oba imiona są zamieniane kolejnością, a nierzadko bywa, że jest
podawane tylko jedno z nich. Sam piłkarz nigdy się na ten temat nie wypowiadał
i nikogo też nie poprawiał, jak się powinno do niego zwracać. Alejandro Wall,
który w 2016 r. napisał książkę poświęconą życiu Corbatty, przypomniał w niej,
że w 1999 r. dziennikarz Oscar Barnade opublikował na łamach gazety Olé akt
urodzenia piłkarza. Z dokumentu, do którego również jemu udało się dotrzeć,
jasno wynikało, że Corbatta otrzymał imiona Oreste Osmar. Jego imię było jednak
rzadko zapisywane i z biegiem lat literka s mogła się gdzieś zagubić, dlatego
też dla wielu kibiców pozostanie po prostu Omarem. Wall przytacza też zdanie,
jakim podzieliła się z nim jedna z krewnych piłkarza Clelia. Według niej Oreste
i María, kiedy wypływali z Włoch nazywali się nie Corbatta, ale Corvatta. Po
dotarciu do Brazylii podczas wypełniania urzędowych dokumentów, gdzieś musiał
się wkraść błąd, którego Oreste z powodu swojego analfabetyzmu nie mógł
zauważyć. Wersję tę uwiarygadnia fakt, że nazwisko Corvatta jest dość popularne
we włoskiej prowincji Macereta, skąd dziadkowie Omara wyruszyli w poszukiwaniu
lepszego życia. O swoich najmłodszych latach Corbatta wypowiadał się bardzo
rzadko lub wcale. Nie zachowało się wiele informacji na temat jego dzieciństwa,
a wielu z tych, którzy mogliby coś pamiętać, już nie żyje. Z napisanej przez
Walla książki Corbatta: El wing, w której autor rozprawia się z wieloma mitami
i która była bardzo pomocna podczas pracy nad tym tekstem, dowiadujemy się, że
mały Omar mógł tylko pomarzyć o beztroskim i szczęśliwym dzieciństwie. Już jako
maluch musiał się zmierzyć z tragedią, jaką z pewnością dla kilkuletniego
chłopca była niespodziewana śmierć ojca. Nie zachował nawet zbyt wielu
wspomnień z Gerónimo.
Kiedy po
latach próbował się wyrwać ze szpon nałogu, szukając przyczyn uzależnienia,
wrócił myślami do czasów, gdy mieszkał z rodzicami w Daireaux. Pamiętał stamtąd
właściwie tylko jedno – jak ojciec siadał przy stole, żeby napić się wina, brał
małego Omara na kolana i częstował go alkoholem, mimo że chłopiec nie miał
nawet pięciu latek. Niedługo po śmierci męża w 1941 r. Isabela zdecydowała się
wyjechać z Daireaux. Razem z dziećmi przeniosła się do położonego 400
kilometrów na północny-wschód miasta La Plata. Najstarszy z jej synów,
Guillermo, znalazł pracę w miejscowej fabryce, a pozostali dwaj chcieli dostać
się do policji. Omar był oczywiście za mały, żeby móc normalnie pracować, ale
mimo to starał się, jak mógł, żeby choć trochę pomóc matce. Rodzina zamieszkała
w barrio La Loma, gdzie żyła bardzo skromnie, a budynek, który służył im za
dom, z wyglądu przypominał stary magazyn i nie miał nawet drzwi. Mieszkaliśmy
kilka przecznic dalej i widywaliśmy Omara chodzącego każdego dnia z koszami
owoców i warzyw w rękach oraz z czosnkiem zwisającym mu z ramion. Sprzedawał je
na ulicy. Zbierał też butelki, żeby wymienić je na trochę drobnych. Robił
wszystko, żeby pomóc mamie – wspominała kuzynka Corbatty Alicia Matas. Isabel,
żeby zapewnić dzieciom byt, prała i sprzątała w domach innych ludzi.
Praktycznie nie utrzymywała kontaktów z resztą rodziny i została zapamiętana
jako osoba dość ponura i posępna. Trudno się dziwić, bo przecież życie jej nie
rozpieszczało. Corbatta pod tym względem był do niej podobny. Kuzynostwo
wspomina go jako wycofane, zamknięte w sobie dziecko. Nawet kiedy przechodził
koło domu ciotki Orestiny, która próbowała zapraszać go na herbatę i
ciasteczka, mały Omar nie reagował, tak jakby świat zewnętrzny zupełnie nie
istniał. Opuszczał głowę tak, jakby się wstydził. Był smutnym chłopcem – mówiła
po latach Alicia o swoim kuzynie. Bardzo szybko zakończył też edukację. Już w
drugiej klasie musiał zrezygnować ze szkoły, żeby pomóc w dystrybucji chleba,
jak wspominał w jednym z wywiadów. Nie zdążył się nauczyć ani pisać ani czytać,
co w przyszłości będzie dla niego sporym powodem do wstydu. La Plata dla
dorastającego Omara nie była wymarzonym miejscem do życia. Jednak to właśnie w
tym mieście odnalazł jedną z niewielu rzeczy, z której mógł czerpać radość. To
w La Placie zaczął grać w piłkę, która szybko stała się jego całym światem. Na
boisku był zupełnie inny – nie chodził już z opuszczoną głową. Krewni mówili o
nim, że już od małego dużo się ruszał i był bardzo wygimnastykowany. Swoje
pierwsze piłkarskie kroki Corbatta stawiał na pustych parcelach w sąsiedztwie.
Zawsze pamiętał, gdzie zaczynał i podkreślał, że to w czasie ulicznych gier
toczonych w okolicach skrzyżowania 17. z 36. ulicą sam, bez niczyjej pomocy
uczył się futbolowego abecadła. Grywał na boso, bo nie stać go było choćby na
tenisówki. Praktycznie z nikim nie rozmawiał i nic nie mówił. Odzywał się tylko
wtedy, kiedy prosił o piłkę. W wywiadzie, którego udzielił w 1980 r. Rodolfo
Braceliemu, powiedział, że gra na takich wyjałowionych, pokrytych kurzem
boiskach była dużo przyjemniejsza, niż występy na najlepszej murawie. Kiedy
dziennikarz zapytał go, dlaczego tak uważa, Corbatta odpowiedział: ,,Bo kiedy
kurz unosi się z ziemi, to możesz ukryć w nim piłkę tak, że żaden Bóg jej nie
znajdzie.” Pierwszym klubem, którego barwy reprezentował Corbatta był założony
w bliskim sąsiedztwie Peñarol. To w tym małym klubiku, którego siedziba
znajdowała się tylko jedną przecznicę od jego domu, zaczął występować jako
prawoskrzydłowy. W La Placie działały wówczas dwa naprawdę wielkie kluby –
Estudiantes i Gimnasia y Esgrima. Corbatta był kibicem pierwszego z nich i
marzył, żeby kiedyś zagrać w ich barwach. Kiedy mecze Peñarolu kolidowały ze
spotkaniami Estudiantes, Corbatta nie wahał się i wolał oglądać w akcji swoich
idoli, zajmując miejsce w górnym rzędzie na trybunie studenckiej. Z tego też
względu dla swojej drużyny najczęściej występował w meczach, które rozgrywano
rano. W tych popołudniowych brał udział tylko wtedy, kiedy Estudiantes grało na wyjeździe.
2
@FCBparasiempre
W tamtych
czasach dla klubów jednym ze sposobów na wyszukiwanie utalentowanych młodych
piłkarzy z najbliższej okolicy była organizacja małych turniejów, w których
często brały udział rozmaite osiedlowe drużyny. Zawody zaczynały się zwykle w
soboty, a kończyły w niedziele. Był to dobry sposób, żeby z bliska przyjrzeć
się kandydatom do gry w zespołach juniorskich. Corbatta brał w nich udział jako
zawodnik drużyny Resistencia. Została ona utworzona specjalnie na potrzeby
występu w takich turniejach. Pierwszy, w którym się zaprezentował, odbył się na
obiektach Gimnasii y Esgrimy, a kolejny zorganizowało Estudiantes. Omar pokazał
się tam z na tyle dobrej strony, że wkrótce potem dołączył do swojego
ulubionego zespołu. Estudiantes było jego pierwszym oficjalnym klubem. Jako
czternastolatek grał w rezerwach w ósmej lidze, ale w drużynie nie spędził zbyt
wiele czasu. Występował tam tylko w latach 1950-51, a okoliczności jego
odejścia nie są do końca jasne. Najbardziej rozpowszechniona wersja mówi, że
Corbatta pożegnał się z klubem po odniesieniu kontuzji kostki. Sam piłkarz
kilka lat później twierdził, że powodem jego odejścia były nienajlepsze
stosunki z liderem zespołu. Z kolei w klubie przez długi czas krążyła plotka,
że Corbatta miał rzekomo ukraść buty koledze z drużyny. Inne wersje tej
historii mówią, że miał to być tylko żart, albo że Omar nie oddał na czas butów
właśnie przez odniesioną kontuzję. Jak było naprawdę już się nie dowiemy. Pewne
jest jednak to, że w biuletynie Asociación del Fútbol Argentino z 1953 r.
pojawiła się informacja o przejściu Corbatty z Estudiantes do ligi piłkarskiej
La Platy. Kilka miesięcy później Omar został zawodnikiem klubu Juverlandia,
który swoją siedzibę miał w mieście Chascomús leżącym 80 kilometrów na południe
od La Platy. Po opuszczeniu Estudiantes Corbatta ponownie zaczął pokazywać się
na rozrywanych w La Placie mniej lub bardziej oficjalnych turniejach. Swoimi
występami zwrócił uwagę dwóch mężczyzn z Chascomús, którzy szukali wzmocnień do
swojego klubu. Byli to Héctor Noya, który był właścicielem sklepu rowerowego i
prezesem Juverlandii oraz jego szwagier Osvaldo Diani. Corbatta zrobił na nich
duże wrażenie swoim dryblingiem i gołym okiem widać było, że ma nieprzeciętny
talent. Matka Corbatty powiedziała nam, że syn nie ma obuwia, więc musieliśmy
to załatwić. Kupiliśmy mu też spodnie i koszule – opowiadał Alejandro Wallowi
Osvlado Diani. Corbatta zmienił klub, ale nie zmienił miejsca zamieszkania.
Ciągle mieszkał z matką i wolał co tydzień dojeżdżać 80 kilometrów do
Chascomús. Mecze rozgrywano w niedziele, więc Omar wyjeżdżał z domu już w
sobotę. W Chascomús miał zapewniony nocleg u brata prezesa, a po niedzielnych
zawodach wracał do La Platy. Funkcjonował tak przez dwa lata. W nowym zespole
dość szybko znalazł wspólny język z jednym z chłopaków, który też nocował u
Noyi. Wkrótce obaj coraz więcej czasu zaczęli spędzać w miejscowych barach.
Corbatta pozbawiony matczynej kontroli po raz pierwszy poczuł namiastkę
wolności i skrzętnie starał się ją wykorzystać. Razem z kolegą często wymykali
się wieczorami, więc włodarze klubu, żeby ukrócić te występki, przyprowadzali
im na noc psa, który miał ich pilnować. Juverlandia brała udział w rozgrywkach
lokalnej Ligi Chascomunense. Nigdy wcześniej nie odnosiła sukcesów, ale
zmieniło się to w 1954 r. Wtedy to grająca w zielono-białych koszulkach drużyna
po raz pierwszy w historii wygrała ligę. Dla Corbatty był to pierwszy poważny
sukces, który co prawda zblednie przy innych triumfach, ale to po nim stało się
jasne, że Omar musi trafić do lepszej ekipy, żeby móc się rozwijać. Niedługo
później uwagę na młodego skrzydłowego zwrócił jeden z największych klubów w
kraju – Racing Club de Avellaneda. Zespół La Academia, jak określają go kibice,
trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Argentyny w latach 1949-51. 3 września 1950
r. oddano do użytku nowy stadion, który był wówczas jednym z największych i
najnowocześniejszych obiektów w kraju. Estadio Presidente Perón nazwany tak na
cześć prezydenta kraju rok później był areną ceremonii otwarcia pierwszej
edycji igrzysk panamerykańskich. Mimo posiadania tak zacnego patrona stadion
wśród kibiców najczęściej funkcjonował jako El Cilindro de Avellaneda, lub po
prostu El Coliseo. Połowa lat pięćdziesiątych to dla klubu czas przebudowy i
odmłodzenia zespołu. W przyszłości jednym z liderów budowanej drużyny miał
zostać właśnie Corbatta. Okoliczności jego dołączenia do Racingu również jednak
nie są całkowicie jasne i w całej tej historii pojawia się kilka nazwisk.
Najbardziej
rozpowszechniona wersja mówi, że Corbatta wpadł w oko człowiekowi o nazwisku
Aparicio. Był on miłośnikiem klubu i często śledził mniejsze, bardziej
prowincjonalne rozgrywki, szukając tam kandydatów do gry w klubie. Inna wersja
mówi, że odpowiedzialnym za transfer Corbatty był Juan Silverio Oroz. Był
piłkarzem i pochodził z Chascomús. W trakcie swojej kariery oprócz lokalnych
drużyn grał też w Estudiantes, w Gimnasia y Esgrima i w Racingu. Raz pojawił
się też na okładce prestiżowego El Gráfico. Oroz pragnął zakończyć karierę w
rodzinnym mieście i wtedy właśnie zauważył Corbattę. Trzecim człowiekiem, który
miał przyczynić się do zmiany klubu przez Omara był Julio Federico Vila. Był
farmaceutą, mieszkał w Chascomús, a w Avellanedzie prowadził aptekę. Jako zapalony
kibic nie opuszczał żadnego meczu i kiedy tylko zobaczył w akcji Corbattę, to
bez wahania polecił chłopaka Racingowi. To on też miał prowadzić transferowe
negocjacje. Racing zapłacił za młodego skrzydłowego 20 tys. peso, co odpowiadało
ówczesnym 750 dolarom. Całkiem możliwe, że wszyscy trzej panowie odegrali swoją
rolę, każdy na innym etapie. Swoje trzy grosze do tej historii dorzucił też sam
Corbatta. W 1963 r. w wywiadzie przeprowadzonym przez Osvaldo Ardizzone
opowiadał, że po zdobyciu mistrzostwa był źle traktowany w klubie. Zgodził się
na grę pod warunkiem, że po roku pozwolą mu odejść, ale bez jego wiedzy mieli
go sprzedać za 14 tys. peso. Dodał też, że kiedy Apracio po niego przyjechał,
żeby podpisać umowę, to uciekł na tyły domu matki. Szybko go jednak znaleźli i
zabrali siłą, nie płacąc przy tym obiecanych dwóch tysięcy peso, które miał
otrzymać z transferu. W tej samej rozmowie twierdził też, że kiedy razem z
Racingiem przyjechał na mecz do Chascomús, to udał się do sklepu rowerowego
prezesa. Miał tam w ramach rewanżu narobić szkód i zniszczyć sprzęt o wartości
dokładnie dwóch tysięcy peso i dopiero po tym się uspokoił. Nikt jednak z osób,
które pamiętają tamte czasy, nie potwierdza, że taka sytuacja miała
kiedykolwiek miejsce. Prowadziłem interesy i nic takiego się nigdy nie
wydarzyło. Co więcej, za każdym razem, gdy wracał, zawsze był bardzo dobrze
ubrany i przychodził, żeby z nami wyjść. Nie wiem, skąd to wziął – wspominał
Osvaldo Diani. Diani potwierdza jednak, że Corbatta faktycznie miał otrzymać
dwa tysiące peso z transferu, ale miał się tym zająć już jego nowy klub. Kiedy
latem (czyli w Argentynie na początku roku) 1955 r. Corbatta dołączył do
drużyny Racingu miał 18 lat i ważył ledwie 59 kilogramów. Miał chude nogi i tak
wątłą posturę, że wielu kibiców dziwiło się, jak ktoś o tak marnej budowie mógł
trafić do Racingu. Swoimi nieskoordynowanymi ruchami nieraz pewnie wywoływał
uśmiechy politowania. Jeszcze większe zdziwienie budziło to, jak bardzo był
niedożywiony i nieprzygotowany do gry na takim poziomie. Fani byli raczej
przyzwyczajani do silnych i mocnych skrzydłowych, jak choćby Mario Boyé, który
swoją grą na początku lat pięćdziesiątych dorobił się wiele mówiącego przydomka
El Atómico. Corbatta był praktycznie jego zupełnym przeciwieństwem. Mało kto
widział wówczas w tym wybiedzonym chłopaku błysk geniuszu. Jednak wprawne oko
trenerów od razu potrafiło dostrzec, że ten młodzieniec ma naprawdę duży dar.
Miał to coś, co sprawiało, że zawsze był ułamek sekundy szybszy od rywala i
potrafił go ograć. To coś, czym tak bardzo potrafił olśniewać kibiców. Coś,
czego nie można się nauczyć, ale z czym trzeba się urodzić. Po raz pierwszy w
oficjalnym meczu wystąpił w sobotę 30 kwietnia 1955 r. o godzinie 15:30.
Rywalem Racingu była wówczas Gimnasia y Esgrima Eva Perón (bo taką nazwę nosiło
wówczas miasto La Plata), która na własnym terenie wygrała 1:0. Corbatta na tle
rywali pokazał się jednak z na tyle dobrej strony, że to właśnie jego wyróżniono
w pomeczowej relacji. Spośród nowych tylko Corbatta, napastnik w bardzo dobrej
kondycji, można budzić uzasadnione nadzieje – pisano w poniedziałek po meczu na
łamach Noticias Gráficas.
Zanim jednak
zaliczył oficjalny debiut, wystąpił w sparingowym meczu bez udziału
publiczności. Pacho Vera, który przez wiele lat był szefem klubowego magazynu
Racing, wspominał, że pierwszy raz koszulkę w biało-błękitne pasy Corbatta
założył w pojedynku z Atlético Tucumán. Władze klubu powierzyły wówczas rolę
trenera Saúlowi Ongaro. Ten dość młody szkoleniowiec chętnie stawiał na
młodzież. Omar tamten mecz zaczął na ławce, ale pojawił się na boisku w drugiej
połowie. Nieliczni świadkowie tego występu podobno nie potrafili zrozumieć, jak
taka cyrkowa postać mogła się znaleźć w szeregach Racingu. Każdy się
zastanawiał, jak to się stało, że Racing mógł sięgnąć po takiego gracza,
nierównego faceta, który biegał na palcach. Racing był niczym innym tylko
trzykrotnym mistrzem. Bardzo miło było tu grać, trzeba też było szanować całą
historię, a to nie było dla wszystkich – wspominał początki Corbatty w Racingu
klubowy kolega Humberto Maschio. Mimo że zadebiutował w pierwszym zespole, to
równolegle musiał udowadniać swoją przydatność w drużynie rezerw. Początkowo
koledzy nie zwracali na niego zbyt dużej uwagi, myśleli nawet, że nazywa się Comesaña.
Nie trwało to jednak długo. Przełamanie przyszło w meczu rezerw z San Lorenzo.
Corbatta strzelił wówczas dwie bramki i asystował przy trzecim trafieniu. Jego
autorem był zbliżający się do końca kariery Eduardo Turco Balassanian, który po
latach pamiętał, że Corbatta grał bez ochraniaczy z opuszczonymi getrami i
wszyscy się zastanawiali, skąd się wziął ten szalony chłopak. Kilka miesięcy
później, 29 lipca 1955 r. po raz pierwszy pojawił się na okładce El Gráfico.
Znalazł się w towarzystwie klubowych kolegów Humberto Maschio, Antonio
Angelillo, Ángela Cigny i Adalberto Rodrígueza. Cała piątka prezentowała się
bardzo elegancko z pieczołowicie ułożonymi fryzurami, a podpis pod zdjęciem
brzmiał SANGRE NUEVA, czyli NOWA KREW. Pozycja Corbatty w zespole rosła. Dzięki
treningom wzmocnił mięśnie, a jego sylwetka stała się pewniejsza. Kibice coraz
częściej zaczynali odwracać głowy na bok, żeby zobaczyć co się dzieje na prawym
skrzydle, gdzie młody zawodnik coraz pewniej sobie poczynał. Corbatta nie był
już błaznem o trzcinowych nogach, ale magiem chimerycznych sztuczek – określił
jego przemianę Alejandro Wall. Racing całe rozgrywki zakończył na drugim
miejscu. Ustąpili tylko River Plate. Corbatta wystąpił w czternastu spotkaniach
i strzelił dwie bramki. Premierowe trafienie zanotował w majowym pojedynku z
Ferro Carril Oeste. Medal otrzymany za zajęte w rozgrywkach miejsce jest jedyną
pamiątką, jaką po ojcu zachowała jego córka Iliana. Kiedy przychodził do
Racingu nie miał ze sobą nawet walizki. Jedynym, co do niego należało, było
ubranie, które miał na sobie. Nic więcej. Zamieszkał w skromnych pokojach,
które klub przygotował pod trybunami stadionu dla młodych adeptów futbolu.
Chłopcy mieli tam całkiem niezłe warunki. Do ich dyspozycji oddano specjalne
pomieszczenie do rozmów telefonicznych, pokój do relaksu, a nawet basen. Dobrze
wyposażona była też kuchnia. Panowała dość swobodna, luźna atmosfera i nieraz
się zdarzało, że poduszki i buty latały z jednego pokoju do drugiego. Wygłupy
cichły dopiero, kiedy słychać było głos opiekana ośrodka, którym był mężczyzna
o nazwisku Ochoa. Był on bratem Pedro, który przez całą karierę związany
był Racingiem i jest jedną z legend
klubu. Po roku swojego pobytu w Racingu Corbatta podpisał pierwszy w życiu
zawodowy kontrakt. Nadal jednak mieszkał na stadionie. Pewnego popołudnia
dwójka innych młodych zawodników Carlos Cantera i Ceferino Almendra weszła do
jego pokoju, a ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Od progu drzwi
zobaczyli złożoną z banknotów o nominale stu peso ścieżkę, która prowadziła do
łóżka, na którym zwykle spał Corbatta. Omar leżał rozmarzony z przymkniętymi
oczami, paląc papierosa, a kiedy zobaczył kolegów powiedział im: zapłacili mi,
chłopcy. Nie był przyzwyczajony do wydawania pieniędzy, bo nigdy wcześniej ich
nie miał. Chcąc się nimi nacieszyć, wydawał je w różnych miejscach i nie
przywiązywał do nich wielkiej wagi. Kiedy odbierał pensję, to zawsze potem
musiał iść na zakupy w najlepszych sklepach w mieście. Jego ulubionym sklepem
była Casa Noris, gdzie kupował koszule, spodnie i kurtki. Nigdy tych rzeczy nie
prał, a po paru dniach rozdawał innym. Raz skusił się nawet na okrycie z
wielbłądziej skóry, ale nigdy nawet go nie założył.
2
@FCBparasiempre
Spośród
mieszkających w pokojach pod stadionem zawodników Corbatta najszybciej się
uniezależnił. Lubił chodzić własnymi ścieżkami. Wychodził i wracał, o której
chciał, nierzadko nad ranem. Zdarzało się też, że w ogóle nie wracał, ale wtedy
najczęściej spał w domu swojego kolegi z zespołu Antonio Angelillo. Rodzina
Antonio bardzo polubiła Corbattę i jeśli akurat w jakiś dzień nie mógł u nich
zostać, to zawsze zapraszali go przynajmniej na posiłek. Corbatta był zawsze
sam, a moja mama bardzo go kochała. Dlatego, że był bardzo dobrym facetem,
bardzo spokojnym. Ponieważ nie miał z kim przebywać, często przychodził do
mojego domu – wspominał po latach Angelillo. Często, kiedy wracał do ośrodka i
już świtało, miał ze sobą paczkę ciasteczek z ciasta francuskiego kupionych w
cukierni Confitería del Molino w centrum Buenos Aires. Budził wtedy kolegów i
częstując ich słodkościami zapewniał, że są prosto z piekarnika. Trzeba było
wstać i je zjeść, nie można było go ignorować, bo nalegał tak długo, aż wstałaś
– mówił Cantera. Nocne życie nie zawsze jednak miało smak ciasteczek, ale coraz
częściej również wina. Zdarzało się, że Corbatta wracał rano dość mocno
wstawiony, a za parę godzin zaczynał się trening. Wtedy do akcji wkraczał
Ochoa, który stawiał Omara na nogi. Wrzucał piłkarza pod prysznic, a sam w tym
czasie przygotowywał mu kawę, do której dodawał popiołu z węgla drzewnego, co
miało złagodzić skutki kaca. Alkohol w życiu zawodowych graczy nie był wówczas
niczym nie zwykłym. Nikogo nie dziwił widok piłkarzy z kieliszkiem wina w
jednej i papierosem w drugiej ręce. Poza tym Corbatta był młody i nawet jeśli
odczuwał skutki nocnych wyjść, to jego organizm potrafił się szybko
regenerować. Rok po jego debiucie nikt już nawet nie próbował z niego żartować.
Czarował na prawym skrzydle i nic nie robił sobie z rywali. Kiedy przejmował
piłkę, to praktycznie nie szło mu jej odebrać. Przesuwał się między
przeciwnikami dzięki swoim szybkim, elektrycznym ruchom, przez co nigdy nie
wiedzieli oni, w którą stronę ruszy Corbatta. „Loquito” Corbatta ma wszystko,
żeby dołączyć do grona największych” – pisał o nim Carlos Fontanarrosa w El
Gráfico z 8 listopada 1957 r.
Loquito
możemy przetłumaczyć jako szalony czy zwariowany. Rzeczywiście Corbatta taki
był. Sam przyznawał, że nie miał nic przeciwko takiemu określeniu. Przyjął je
dość naturalnie i wiedział, że nazywający go tak kibice, tak naprawdę są w nim
zakochani. Kiedy jednak ktoś miałby tak na niego wołać na ulicy, wierząc, że
rzeczywiście jest szalony, to wtedy by go to zmartwiło. Nazwali mnie
„szalonym”, ponieważ moja gra doprowadzała ich to do szaleństwa. Potrafiłem
wziąć piłkę w jednym miejscu i pobiec z nią na drugą stronę. A oni biegli za
mną, tak jak chciałem. Nikt nie robił tak szalonych rzeczy, jak ja – oceniał w
wywiadzie z 1980 r. Wśród wielu anegdot, które opisują jego boiskowe dokonania,
jedna jest powtarzana szczególnie często. Niedługo po jego debiucie Racing grał
spotkanie z Club Atlético Chacarita Juniors. Corbatta w pewnym momencie dostał
piłkę na środku boiska i nieoczekiwanie pobiegł z nią w kierunku własnej
bramki. Dobiegł do linii, zatrzymał się i ruszył w przeciwną stronę, po drodze
ogrywając jeszcze dwóch graczy, którzy próbowali mu odebrać futbolówkę i na
koniec dokładnym podaniem obsłużył Maschio. Nie był to odosobniony przypadek,
bo Pedro Mansilla, który w 1961 r. razem z Corbattą był najlepszym strzelcem
zespołu, przypomniał sobie podobną sytuację z meczu z Independiente. Ruszył z
piłką w kierunku ich bramki, ale kiedy znalazł się w polu karnym, to zawrócił.
Federico Sacchi musiał go powstrzymać. Ale on zawsze tak robił. Był naprawdę
szalony – wspominał po latach z uśmiechem Mansilla. Sezon 1956 zakończył jako
najlepszy strzelec zespołu z czternastoma golami na koncie. W tym samym roku do
Racingu powrócił doświadczony Juan José Pizzuti, z którym Corbatta znakomicie
rozumiał się na boisku. Wielce prawdopodobne, że to właśnie Pizzuti jako
pierwszy określił Omara mianem El Arlequín. Nawiązywał w ten sposób do postaci
błazna z włoskiej commedii dell’arte, który wykazywał się wielkim sprytem i
zwinnością, zupełnie jak Corbatta z piłką przy nodze. Po zajęciu przez klub
czwartego miejsca w lidze w 1956 r. i trzeciego w kolejnym sezonie, włodarze
uznali, że nadeszła pora na zmianę trenera. Tym, któremu powierzono opiekę nad
zespołem był José Della Torre. Nie było to jego pierwsze zetknięcie z Racingiem,
bo to właśnie on został zastąpiony w 1955 r. przez Saúla Ongaro, który
wprowadzał Omara do zespołu. Corbatta miał wówczas 22 lata i wchodził w swój
najlepszy wiek. Nowy trener potrafił uwypuklić jego atuty i tak poukładać
wszystkie klocki w drużynie, że Racing wszedł na wyższy poziom. Mimo że w 1957
r. po znakomitym występie w mistrzostwach kontynentu w Limie z klubem pożegnali
się Maschio i Angelillo, którzy wyjechali do Włoch, to w 1958 r. zespół w
niczym nie ustępował największym rywalom. Najlepszym tego dowodem są pewne
wygrane nad takimi ekipami jak Newell’s (3:0 i 4:1), Independiente (4:1)
Huracán (4:1), Lanús (4:0), Tigre (4:0), Argentinos (5:2), Gimnasia (4:1),
River (3:2) i San Lorenzo (3:1). Mało kto potrafił wówczas znaleźć sposób na
Corbattę i jego kolegów, a kibice jeszcze wiele lat później bez zająknięcia
potrafili wymienić skład ataku drużyny, która na koniec sezonu okazała się
najlepsza w stawce. W skład tego ofensywnego kwintetu wchodzili Corbatta, Juan
José Pizzuti, Pedro Manfredini, Rubén Héctor Sosa i Raúl Belén. Piątka grająca
z przodu zawsze była wymienia z nazwiska, ponieważ wszyscy byliśmy dobrymi
graczami. Belén był niezwykły. Corbatta pochodził z innej planety. Ale mieliśmy
też niesamowity kręgosłup zespołu: Mario Negri w bramce, Norberto Anido i Juan
Carlos Murúa jako obrońcy, a także Héctor Bono, Vladislao Cap i Julio Gianella.
Byliśmy świetnym zespołem – wspominał po latach Pizzuti. Odniesiony triumf był
trzynastym tytułem mistrzowskim w historii klubu i pierwszym z czterech, jakie
na argentyńskich boiskach święcił Corbatta. Jego wkład w wygranie ligi był nie
do przecenienia. Grał bez kompleksów, ciągle z opuszczonymi getrami, które były
dla niego na swój sposób wyrazem wolności. Wielu genialnych dryblerów w
ferworze walki na boisku często zapomina, że futbol jest grą zespołową i na
pierwszym miejscu stawiają własne korzyści. Corbatta potrafił jednak
wykorzystać posiadany dar dla dobra zespołu.
,,Corbatta
był inny. Był człowiekiem, który spieniężył swój talent i oddał go w służbie zespołowi”
– pisał Wall. Jego wpływ na wyniki zespołu nie ograniczał się jedynie do
dryblingów. Potrafił też znakomicie dogrywać kolegom, a z jego podań wiele
bramek zdobywali Manfredini i Sosa. Sam też zdobywał gole, których w
mistrzowskim sezonie uzbierał dziesięć. Cztery z nich padły po jego uderzeniach
z rzutów karnych. To właśnie z tego elementu piłkarskiego rzemiosła uczynił
swój kolejny wielki atut. Według statystyk magazynu ,,El Gráfico” Corbatta 45
razy podchodził do jedenastek. Pomylił się tylko sześć razy, co daje imponującą
skuteczność na poziomie 86 procent. Nic więc dziwnego, że fani cieszyli się już
z samego faktu podyktowania karnego, bo praktycznie pewne było, że padnie gol. Sposobu
na niego nie potrafił znaleźć nawet znakomity bramkarz River Plate Amadeo
Carrizo. Na jednym z reprezentacyjnych zgrupowań obaj panowie urządzili sobie
mały pojedynek. Zwycięsko z niego wyszedł Corbatta, który na 25 prób spudłował
tylko raz, uderzając w słupek. Zawsze zakładaliśmy się po treningach, a
Corbattita uderzał dwa lub trzy razy. Był niezwyciężony. Posyłał piłkę wysoko,
nigdy nie uderzał jej na średniej wysokości, przez co bramkarzowi bardzo trudno
było ją sięgnąć, nawet jeśli właściwie udało mu się odgadnąć, w którą stronę
poleci – opowiadał Carrizo. Kiedy po karierze zapytano go w czym tkwił sekret
tej skuteczności, odpowiedział, że zawsze zwracał uwagę na nogi bramkarza.
Kątem oka starał się zauważyć, na której z nich rywal mocniej się opiera i w
którą stronę się przechyla, a potem słał piłkę w przeciwny róg. Jeśli bramkarz
się stał nieruchomo, to Corbatta mocnym uderzeniem kierował futbolówkę w
okienko, gdzie golkiper nie był w stanie jej sięgnąć. Postawa Omara na ligowych
boiskach sprawiła, że dość szybko dostał szansę debiutu w drużynie narodowej. Pierwszy
raz w reprezentacji prowadzonej przez legendarnego Guillermo Stábile zagrał 28
lutego 1956 r. Argentyna bezbramkowo zremisowała wtedy z Peru na rozgrywanych w
Meksyku igrzyskach panamerykańskich. Corbatta nie miał wówczas jeszcze
skończonych 20 lat, ale Stábile dostrzegał w nim wielki potencjał i miał
nadzieję, że stanie się ważnym elementem drużyny, która szykowała się do
występu na mistrzostwach świata w Szwecji. Omar zaliczał kolejne występy w
narodowych barwach, zbierał bezcenne doświadczenie i nabierał coraz większej
pewności siebie. Zanim jednak razem z kolegami udał się do Europy na szwedzki
turniej, to w 1957 r. wzięli udział w rozgrywanych w Limie mistrzostwach
kontynentu. To właśnie w Peru Corbatta po raz pierwszy pokazał swój niesamowity
kunszt na arenie międzynarodowej. Stábile już w czasie sparingów przed
turniejem zdał sobie sprawę, że trafiła mu się wybitna generacja piłkarzy.
Kilka lat później opowiadał w El Grafico, że ofensywni gracze rozumieli się
tak, jakby grali ze sobą od zawsze. Ich siła tkwiła w połączeniu tradycyjnych
zalet i nowoczesnego rytmu, a za plecami dodatkowo mieli doświadczony i
skuteczny blok defensywny. W pierwszym meczu z Kolumbią w ataku zagrali
Corbatta, Maschio, Angelillo, José Sanfilippo i Osvaldo Héctor Cruz. W 23.
minucie było już 4:0, a ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:2! Kolumbia
nie była wówczas wymagającym rywalem i o prawdziwej klasie Albicelestes wszyscy
mieli się przekonać w kolejnych meczach. Stábile przed meczem z Ekwadorem
zamiast Sanfilippo desygnował do gry Omara Sívoriego, co okazało się strzałem w
dziesiątkę. Razem z Maschio i Angelillo Sívori stworzył słynne ,,Trio de la
muerte”, które strzelało gola za golem. Corbatta olśniewał na prawym skrzydle,
a na lewym błyszczał Cruz. Grali porywająco i po prostu nie było na nich
mocnych. Z Ekwadorem wygrali 3:0, a z Urugwajem 4:0. W kolejnym meczu 6:2(!)
rozbili Chile i stało się jasne, że jeśli w kolejnym starciu pokonają Brazylię,
to zdobędą tytuł. Pierwsi na prowadzenie wyszli Argentyńczycy po golu Angelillo
w 22. minucie. Ten wynik utrzymywał się przez większość spotkania.
Brazylijczycy za wszelką cenę dążyli do wyrównania, ale ich starania szły na
marne. W środku pola grą Argentyny świetnie kierował Rossi, Sívori kradł cenne
sekundy na dryblingach, a Maschio czekał na okazję do kontry. Corbatta zaś
niestrudzenie biegał, wytrącając z rytmu Didiego. Wreszcie w ostatnich
dziesięciu minutach nadeszło przełamanie i po golach Maschio i Cruza Argentyna
wygrała 3:0.
Nie byłoby
tego sukcesu, gdyby nie narzucona przez trenera dyscyplina. Każdy dzień był
dokładnie zaplanowany. Rano w hotelu wszyscy spotykali się na śniadaniu, a
potem cała ekipa udawała się na trening. Zajęcia odbywały się 20 kilometrów za
miastem, na terenach klubu El Revólver. Po zajęciach drużyna jadła lunch, a
potem udawała się na krótki odpoczynek. Po południu Stábile organizował kolejne
zajęcia i dopiero po nich wracali do hotelu, gdzie czekała już na nich kolacja,
po której wszyscy grzecznie szli spać. Bardzo ważną częścią tamtej ekipy był
Pedro Rodolfo Dellacha. Pełnił on funkcję kapitana i był prawą ręką trenera.
Był też opiekunem młodych, wchodzących do reprezentacji piłkarzy i już na
starcie poinformował Maschio i Angelillo, że mają spać w pokoju i miał rację.
Bocha [przydomek Maschio] strzelił dziewięć goli, a ja osiem. Ale to Corbatta w
tym turnieju był niesamowity. Szedł do przodu, do tyłu, strzelał bramki. Dawało
ci to możliwość lepszego ustawienia się, kiedy inicjował kolejne ataki. To było
niezwykłe – wspominał Angelillo. Po wygranej nad Brazylią Stábile w czwartek
dał swoim podopiecznym wolne aż do sobotniego, kończącego turniej meczu z Peru.
Praktyczni wszyscy ruszyli w miasto, czego efektem była porażka 1:2. Nie miała
już ona wpływu na końcowy rezultat, ale generał Roberto Tomás Dalton, który
pełnił w Limie funkcję ambasadora wściekł się i koniecznie chciał
zorganizowania dodatkowego meczu. Nie mogło być przecież tak, że mistrzowska
ekipa wyjedzie z Peru pokonana. Argentyńczycy pewnie wygrali 4:1, a całym swoim
występem na peruwiańskiej imprezie napisali jeden z najbardziej romantycznych
rozdziałów swojej piłkarskiej historii. I to wtedy zrodziło się określenie
Anioły o Brudnych Twarzach. Kolejna część pięknego argentyńskiego snu miała się
urzeczywistnić na mistrzostwach świata w Szwecji. Najpierw jednak trzeba było
przebrnąć przez eliminacje, w których na ich drodze stały Boliwia i Chile. Mimo
porażki w pierwszym wyjazdowym meczu z Boliwią Argentyna wygrała pozostałe trzy
spotkania i bez większych problemów awansowała na mistrzostwa. Corbatta był
jednym z filarów zespołu, a w wygranym 4:0 starciu z Chile na la Bombonerze
strzelił swojego najsłynniejszego gola, o którym do dzisiaj krążą legendy. Gospodarze
prowadzili już 3:0, kiedy piłka po raz kolejny tego dnia trafiła pod nogi
Corbatty. Omar uwolnił się spod opieki rywala i ruszył na bramkę Chile, mijając
po drodze kolejnych rywali. Kiedy znalazł się w polu karnym, wyminął bramkarza
i poczekał na wracającego obrońcę, tylko po to, żeby jego też ograć. Stanął
przed pustą bramką, zatrzymał się z piłką i jak sam przyznał po latach, dotarło
wtedy do niego, że musi trafić, bo inaczej koledzy go uduszą. Kiedy wydawało
się, że rywale zdołają się pozbierać i zablokować strzał, Corbatta tylko
zamarkował uderzenie, czym położył Chilijczyków po raz kolejny na ziemi i
dopiero wtedy posłał piłkę do siatki tuż obok słupka. Tylko Corbattę stać było
na takie zagranie i zatrzymanie gry w takim momencie. El Gráfico jego wyczyn
określiło mianem najbardziej nieprawdopodobnej akcji w historii. Szczęśliwie
udało się ten spektakl uwiecznić na kilku zdjęciach, które potem na dwóch
stronach zaprezentowano w magazynie. Jakiś czas później ta sama sekwencja
znalazła się też w latynoamerykańskiej wersji magazynu ,,Life”. Przez lata,
które upłynęły od tego trafienia, wiele szczegółów uległo zatarciu. Każdy ze
świadków tej akcji inaczej ją zapamiętał i w relacji każdego Corbatta ogrywał
inną liczbę rywali. Nawet sam Omar, kiedy opisywał zdobycie tej bramki, to
podawał różną liczbę graczy, których przedryblował. Niestety transmisje
telewizyjne dopiero wówczas raczkowały, więc próżno szukać filmowych zapisów
tego starcia. Alejandro Wall zdołał jednak ustalić, że w Filmotece Muzeum Kina
Miasta Buenos Aires znajduje się jedna kopia krótkiej kroniki filmowej z tego spotkania.
Czas trwania nagrania to jedna minuta i osiem sekund. Widać na nim pierwsze
trzy trafienia, ale tam, gdzie powinien być zapis akcji Corbatty, obraz ginie i
jest nieczytelny. Pracownicy powiedzieli Wallowi, że prawdopodobnie przy
digitalizacji nie dało się już odczytać tego fragmentu i został on po prostu
usunięty.
2
@FCBparasiempre
Jakby tego
było mało, okazuje się, że również na żywo to wydarzenie widzieli tylko
nieliczni. La Bombonera świeciła wówczas pustkami, a magazyn Racing pisał o
koncercie bez publiczności. Wpływ na niską frekwencję miały mieć doniesienia o
słabej formie Chilijczyków, ale wytykano też wysokie ceny biletów ustalone
przez krajową federację. Jeśli jednak wierzyć relacjom prasowym i tym, którzy
widzieli tego gola na własne oczy, to dla wielu z nich trafienie Corbatty było
najpiękniejszą bramką, jaką zdobyła Argentyna aż do czasu występu Diego
Maradony w 1986 r.
Napisać, że
występ Argentyny na mistrzostwach świata w Szwecji był rozczarowujący, to jak
nic nie napisać. Po rewelacyjnej postawie w Limie wielu miłośników futbolu
spodziewało się, że ich ulubieńcy potwierdzą swoją klasę na światowym
czempionacie. Argentyńczycy wracali na tę imprezę po 24 latach nieobecności,
więc tym mocniej liczono na dobry występ. Niestety w międzyczasie Sívori,
Maschio i Angelillo przenieśli się do Włoch, żeby tam kontynuować karierę, co
równocześnie oznaczało dla nich koniec przygody z reprezentacją. Z tych, którzy
pamiętali peruwiański sukces zostali tylko Corbatta, Cruz, Rossi, Dellacha i
Vairo. W grupie ich rywalami były RFN, Irlandia Północna i Czechosłowacja.
Każda z tych ekip prezentowała twardy, pełen fizycznej walki futbol.
Argentyńczycy swoją grę opierali na swobodnym operowaniu piłką w ofensywie i na
wyszkoleniu technicznym. W zderzeniu z siłowym, europejskim futbolem nie
wróżyło im to za dobrze. Pierwsze pół godziny meczu z RFN w Malmö jednak tego
nie zapowiadało. Wynik już w 3. minucie otworzył Corbatta, który wdarł się w
pole karne i sprytnym strzałem obok krótkiego słupka pokonał Fritz Herkenratha.
Niemcy się tym nie przejęli i konsekwentnie grali swoje. Ich dyscyplina
taktyczna i przewaga fizyczna przyniosły wreszcie oczekiwane skutki i wkrótce
wyrównali, a jeszcze przed przerwą wyszli na prowadzenie. Potem wbili
Argentynie jeszcze jednego gola i pewnie wygrali 3:1. Stábile tłumaczył, że nie
są przyzwyczajeni do aż tak brutalnej gry, ale gołym okiem było widać, że
Europa wyraźnie odjechała Argentynie. W meczu z Irlandią Północną Albiceleste
spodziewali się różnicy klas, oczywiście na swoją korzyść. Szybko jednak
musieli zrewidować swoje przewidywania, bo to zespół z Europy pierwszy strzelił
gola. Tym razem jednak fortuna sprzyjała Argentynie i po dość przypadkowym
zagraniu ręką w polu karnym Irlandczyków szwedzki sędzia Sten Ahlner wskazał na
jedenasty metr. Do piłki podszedł oczywiście Corbatta i chwilę później było już
1:1. W drugiej połowie Menéndez wyprowadził Argentynę na prowadzenie, a chwilę
później Avio ustalił wynik na 3:1. Wydawało się, że wszystko wraca do normy,
ale 15 lipca 1958 r. to jedna z najczarniejszych dat w argentyńskim futbolu. W
Helsingborgu nie mająca już szans na wyjście z grupy Czechosłowacja zdemolowała
Argentynę, wygrywając 6:1. Do przerwy było już 3:0, ale kiedy w 64. minucie
Corbatta wykorzystał rzut krany, można było się łudzić, że jeszcze nie wszystko
stracone. Chwilę później jednak Carrizo po raz czwarty musiał wyciągać piłkę z
siatki, a w ostatnich dziesięciu minutach pokonano go jeszcze dwukrotnie. To
był szok. Do dzisiaj jest to najwyższa porażka w historii Argentyny. Konieczny
jest fundamentalny rewizjonizm piłkarzy i liderów. Od teraz argentyńska piłka
nożna musi łączyć ulepszenia techniczne z siłą fizyczną, której obecnie brakuje
– pisano na łamach La Nación. Po powrocie do kraju zaczęło się szukanie
winnych, a federacja koniecznie chciała znaleźć przyczyny tak słabego występu.
Powstawały kolejne raporty, w których zwracano uwagę na problemy logistyczne z
podróżą do Szwecji. Narzekano na wyżywienie, duże zainteresowanie młodych
Szwedek, które oblegały ośrodek i w końcu na samo miejsce zakwaterowania. To
wszystko było jednak tylko tłem. Argentyńczycy przez długi czas nie mieli
kontaktu z europejskim futbolem i nie potrafili dotrzymać kroku reszcie świata.
Utrzymywali się przy piłce, ale nie umieli się przebić pod bramkę rywali. Przeciwnicy
zaś grali prosto i dokładnie. I to wystarczyło. Po paru tygodniach
zastanawiania się nad przyczynami tego występu media doszły do wniosku, że
trzeba zmienić wszystko. Należy jednak wspomnieć, że jednym z niewielu jasnych
punktów zespołu był Oreste Osmar Corbatta. Trafiał do siatki rywali w każdym
meczu, czym zapisał się w annałach jako pierwszy Argentyńczyk, któremu się to
udało. Osiągnięcie to wyrówna dopiero 56 lat później Leo Messi, którego
przodkowie wyemigrowali z tej samej części Włoch, co dziadkowie Omara i to
mniej więcej w podobnym czasie. Po upokorzeniu z Czechosłowacją stało się
jasne, że konieczna jest przebudowa reprezentacji. Zaczęto szukać nowych
kandydatów do gry w kadrze, ale takich, którzy zamiast indywidualnych popisów,
woleliby się poświęcić dla dobra zespołu. Z czasem też w argentyńskim futbolu
pojawiło się więcej nowoczesności. Trenerzy większą wagę zaczęli przykładać do
przygotowania fizycznego, higieny i zdrowia. Oprócz kondycji pochylano się też
nad aspektami gry obronnej, którą wcześniej mało kto się przejmował. Czasu na
naprawę i mentalną odbudowę zespołu nie było jednak zbyt wiele, bo już w marcu
1959 r. Argentyna gościła najlepsze ekipy Ameryki Południowej na kolejnym
mistrzowskim turnieju.
Stábile,
który pożegnał się z posadą po mundialu, został zastąpiony przez Victorio
Spinetto, któremu pomagali José Della Torre i José Barreiro. Spinetto dzięki
swojemu pragmatycznemu podejściu do piłki, miał sprawić, że ból po porażce w
Szwecji choć trochę zostanie złagodzony. Nie obchodził go spektakl czy
artystyczne popisy. Liczyło się dla niego tylko zwycięstwo. Dlatego też po raz
pierwszy zabrał piłkarzy na zgrupowanie w górach nieopodal Mendozy. Warunki
klimatyczne sprzyjały naładowaniu akumulatorów, a ciężka, metodyczna praca, którą
wykonano na treningach miała przynieść owoce na samym turnieju. Zmienił się
praktycznie cały skład. Z ekipy, która pamiętała klęskę w Szwecji została tylko
czwórka zawodników. Byli to doświadczeni Juan Lombardo i Eliseo Mouriño oraz
grający w Independiente pomocnik José Varacka i oczywiście Corbatta, który był
jednym z liderów zespołu. Turniej był dość mocno obsadzony. Oprócz gospodarzy
swoje drużyny przysłali świeżo upieczeni mistrzowie świata Brazylia, a także
Boliwia, Chile, Paragwaj, Peru i Urugwaj. Wszystkie znalazły się w jednej
grupie, gdzie grano każdy z każdym. Argentyna zaczęła od efektownego zwycięstwa
6:1 nad Chile. Zgromadzeni na Estadio Monumental kibice mieli więc z czego się
cieszyć i liczyli na kolejne dobre występy. W drugim starciu z Boliwią wynik
już w 2. minucie celnym strzałem otworzył Corbatta. Festiwalu strzeleckiego tym
razem jednak nie było, bo na drugie trafienie, którego autorem był Callá
czekano aż do 82. minuty. W trzecim pojedynku, w którym rywalem Argentyny było
Peru, po pierwszej połowie było 1:1. Kilka minut po przerwie znów dał o sobie
znać geniusz Corbatty, który wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. W końcówce
Sosa podwyższył na 3:1 i takim wynikiem zakończyło się spotkanie. Kolejną
przeszkodą na drodze do sukcesu był Paragwaj. Zespół ten potrafił wówczas grać
jak równy z równym z najlepszymi na kontynencie. Jednak Argentyńczycy byli
bardzo dobrze przygotowani i wybiegani. Do tego dochodziła duża mobilizacja
wewnątrz drużyny i wsparcie płynące z trybun. Corbatta, który z Garrinchą
rywalizował wówczas o miano najlepszego dryblera w Ameryce, potrzebował ledwie
kwadransa, żeby ukłuć rywala. Co prawda jeszcze przed przerwą Paragwaj
wyrównał, ale dwa gole Sosy i Capa z drugiej części gry nie pozostawiły
złudzeń, kto jest lepszy. Następnym przeciwnikiem był Urugwaj. Przed turniejem
był wymieniany w gronie faworytów, ale wewnętrzne problemy sprawiły, że nie był
w stanie nawiązać równorzędnej walki z sąsiadami. Atmosfera w argentyńskiej
szatni była na tyle dobra, że krótko przed wyjściem na boisko zawodnicy dodali
sobie otuchy chóralnym śpiewem przy akompaniamencie akordeonu. Corbatta tym
razem nie wpisał się na listę strzelców, ale wyręczyli go jego koledzy z
Racingu. Raúl Belén i Rubén Héctor Sosa dwukrotnie trafiali do siatki rywali i
Argentyna wygrała 4:1. W ostatnim meczu, który decydował o końcowym triumfie,
Argentynie wystarczał remis. Brazylia, która na samym początku zanotowała
potknięcie z Peru, musiała wygrać. Corbatta został w tym meczu zastąpiony przez
Osvaldo Nardiello z Boca Juniors, który już wcześniej wchodził za niego z ławki
i dla którego turniejowe występy były pierwszymi w narodowych barwach. Starcie
wielkich rywali zakończyło się skromnym wynikiem 1:1. Dla Argentyny przed
przerwą trafił Pizzuti, a dla Canarinhos w drugiej połowie 18-letni Pelé, dla
którego była to ósma bramka w turnieju, czym zapewnił sobie koronę króla
strzelców. Argentyna zdobyła trofeum, co pozwoliło nieco ukoić ból po porażce z
Czechosłowacją. Styl gry nie każdemu może się podobał, ale Spinetto potrafił w
tym dość krótkim czasie zbudować całkiem solidną drużynę, której największymi
atutami była właśnie gra zespołowa i przygotowanie fizyczne. Po dołączeniu do
Racingu latem 1955 r. Corbatta zamieszkał w klubowych budynkach. Kiedy jednak
jego ciotka Santa dowiedziała się, że jeden z jej bratanków przyjechał do
miasta bez walizki i tylko w tym, co miał na sobie, to postanowiła mu pomóc.
Nie przelewało im się, mieszkali w biednej portowej dzielnicy Dock Sud, a na
każdy grosz musieli ciężko zapracować. Mimo że nie mieli zbyt wiele, to chcieli
się tym podzielić z krewnym. Corbatta początkowo zamieszkał u swojej kuzynki
Margarity Velázquez i dopiero po kilku dniach przeniósł się do domu ciotki. Czas
spędzony u rodziny okazał się bardzo ważny w życiu Corbatty, bo to właśnie
wtedy poznał swoją pierwszą żonę. Mimo że potrafił czarować na boisku, to w
kontaktach z płcią przeciwną tego uroku mu brakowało i był podobno bardzo
nieśmiały. Wybranka Omara miała na imię Cristina, mieszkała w sąsiedztwie i
prowadziła pralnię. Poznała ich ze sobą kolejna kuzynka Corbatty – Clelia.
Przyjaźniłam
się z jego pierwszą żoną, która nazywała się Cristina Czakala. Była moją
najlepszą przyjaciółką i świadkiem mojego małżeństwa. Właśnie tej nocy poznałam
ją z Corbattą, to było 18 listopada 1955 r. Teraz niektórzy mówią, że pracowała
na ulicy… Ci, którzy to piszą, powinni się wstydzić. Cristina była bardzo ładną
blondynką, jej ojciec był Polakiem, a matka Rosjanką. Była dziewczyną z
sąsiedztwa, szczęśliwą dziewczyną. Wkrótce po tym, jak się poznali, zamieszkali
razem i pobrali się – wspominała Clelia. Corbatta przyznawał, że faktycznie
poznali się na przyjęciu weselnym i że połączyło ich tango. To właśnie przed
jednym z tańców Cristina miała do niego podejść i porwać na parkiet. Zanim
jednak wzięli ślub i zamieszkali razem, Omar zdecydował się opuścić dom ciotki
w Dock Sud i wrócić do pokojów, które zapewniał klub. Trudno dziś dociekać
przyczyn takiej decyzji, ale możliwe, że chodziło o to, że mieszkając na
stadionie, Corbatta miał więcej swobody. Był to bowiem czas, kiedy coraz
bardziej zaczynało go wciągać nocne życie. Z klubowego ośrodka wychodził, kiedy
chciał i nikomu nie musiał się tłumaczyć. Tym bardziej, że miał już wówczas
status gwiazdy i jako zawodowy piłkarz nie mógł narzekać na brak pieniędzy.
Najczęściej można go było spotkać w centrum albo razem z kuzynem Lito
Velázquezem, z którym zaprzyjaźnił się w trakcie pobytu u ciotki. Odwiedzał też
Cristinę, ale nie była ona jedyną kobietą w jego życiu. Kiedyś na trening
szukając go, przyszedł pewien mężczyzna. Chciał go zabić i twierdził, że
Corbatta porzucił jego córkę, dziewczynę z Avellaneda, z którą wcześniej się
spotykał. Musiałem go powstrzymać i przekonać, żeby wyszedł – wspominał
Humberto Maschio. Bramkarz Carlos Cantera, który mieszkał razem z Omarem na
stadionie, wspominał, że Corbatta zwierzał się, że nie do końca mu się układa z
Cristiną. Narzekał, że często urządzała mu awantury i sceny zazdrości, które
kończyły się krótkimi zerwaniami, a po paru dniach znów byli razem. Krótko po
ślubie Cristina miała też podczas jednej z kłótni wyrzucić na łóżko całą
zawartość swojej fioletowej, aksamitnej torby, w której trzymała całą otrzymaną
od niego biżuterię ze wszystkimi bransoletkami, perłami i złotymi pierścionkami
a na koniec zwyzywała go od najgorszych.
2
@FCBparasiempre
Mieszkali
już wtedy przy ulicy O’Higgins na osiedlu Florida, gdzie przeprowadzili się po
ślubie. 9 czerwca 1960 r. na świat przyszła pierwsza córka Omara – Sandra.
Jednak narodziny dziecka wcale nie spowodowały, że Corbatta przestał zaglądać
do kieliszka. Jako piłkarska gwiazda często bawił się na przyjęciach, poznawał
zamożnych i wpływowych ludzi, a nocne imprezy coraz bardziej mu odpowiadały.
Niestety alkohol stopniowo zaczynał przejmować kontrolę nad jego życiem. Gdy
balował razem z klubowymi kolegami, to zwykle do domu odwozili go Pedro
Mansilla i Ruben Sosa. Pewnej nocy, tak, jak zawsze zaparkowali na ulicy, a
Corbatta pożegnał się z nimi i opuścił tylne siedzenie. Miał iść do domu i
położyć się spać, ale Sosa postanowił sprawdzić Omara. Widział, że treningi
kosztują go coraz więcej i zaczynał się martwić. Powiedział o swoim planie
Mansilli i razem przez pół godziny jeździli po okolicy, po czym wrócili pod dom
kolegi. To, co zobaczyli, potwierdziło ich obawy. Corbatta wcale nie poszedł
spać, ale dalej pił wino z młodymi chłopakami z sąsiedztwa. Niestety nie było w
tym przypadku – gorzko skonstatował po latach Mansilla. Nocne życie kosztuje,
więc kwestią czasu było, kiedy pojawią się problemy finansowe. Corbatta na
dodatek słynął ze swojej hojności i miał dobre serce, co niektórzy fani
cynicznie wykorzystywali. Wiedzieli, kiedy odbiera pensję i czekali na niego, a
piłkarz niemałą część zarobionych pieniędzy zwyczajnie rozdawał. Kiedy
podchodzili do niego młodzi chłopcy, to Corbatta potrafił ściągnąć łańcuszek z
szyi i im go podarować. O jego żonie też krążyły pogłoski, że jest rozrzutna.
Osvaldo Guenzatti wspominał, że kiedy trenowali z reprezentacją na Estadio
Monumental, to Cristina potrafiła przyjechać na stadion taksówką, co wówczas
kosztowało majątek. Małżeństwo Cristiny i Omara nie przetrwało zbyt długo. W
połowie 1962 r. żona od niego odeszła i zabrała ze sobą córkę. Sandra, co
zrozumiałe, nie pamięta nic z tego okresu. Zarzuca jednak ojcu, że zadawał się
z innymi kobietami i włóczył po barach, gdzie wydawał ciężko zarobione przez
matkę pieniądze. Z kolei przyjaciele Omara mają pretensje do Cristiny, że
doprowadziła go do ruiny i zostawiła z niczym. Kiedy Corbatta wrócił tamtego
dnia do domu, zobaczył, że jest pusty. Nie było mebli, w oknach nie było
zasłon, a z sufitu nie zwisał już kryształowy żyrandol. Nie było nawet pająków.
Jedyne, co zostało, to drewniany gramofon i kilka płyt Carlosa Di Sarli, Juana
D’Arienzo i Los Cinco Latinos. Wcale nie jestem z niego dumna. Nigdy o mnie nie
pamiętał, nie pomógł mi ani mojej matce, ani jej rodzinie. Wiem, że matka prała
ubrania dla ludzi, ale on nigdy nie pomagał jej z tym ciężarem. Nie interesuje
mnie to, że był dobrym piłkarzem. To moja mama uczyła mnie i pilnowała, żeby
niczego mi nie brakowało w dzieciństwie – żaliła się po latach Sandra. Cristina
opuściła Omara w 1962 r. Piłkarz dość mocno to przeżył i mniej więcej od tego
czasu zaczął się jego powolny upadek. Wcześniej jednak ciągle potrafił
zadziwiać na boisku. Mimo że uzależnienie coraz bardziej go pochłaniało, to był
jednym z liderów Racingu, który w 1961 r. sięgnął po kolejny tytuł mistrza
kraju. Po mistrzowskim sezonie w 1958 r., w kolejnym, gracze Racingu musieli
się zadowolić drugą lokatą w lidze, gdzie uplasowali się za plecami San
Lorenzo. Rok 1960 zakończyli tuż za podium, ale rozegrali kilka fantastycznych
spotkań, które na stałe zapisały się w historii klubu. Potrafili rozbić 5:0
Atlantę czy 5:2 Newell’s Old Boys. Grali ofensywnie, ładnie dla oka i strzelali
dużo bramek. Kibicom musiało się to podobać, choć dobra gra w ataku nie zawsze
szła w parze z grą w obronie. 17 kwietnia ich przeciwnikiem była Gimnasia y
Esgrima. Oba zespoły urządziły sobie ostre strzelanie i mecz zakończył się
wynikiem 5:5. Najbardziej jednak z tamtego okresu wspominany jest
październikowy pojedynek z Rosario Central na własnym boisku. Po dwudziestu
minutach prowadziliśmy 3:0. Chłopaki z Central prosili nas, żebyśmy trochę
odpuścili. Ale nie dali rady. Corbatta grał bardziej z tyłu, w środku. Zrobiło
się 4:1, potem 4:2, a zaraz 4:3. Ludzie chcieli nas pozabijać. I wtedy się
zaczęło… W pewnym momencie dostaliśmy karnego, do którego podszedł Corbatta, bo
wiedzieliśmy, że się nie mylił. „Kopnij w bramkarza, to wszystko” – mówiliśmy
mu. Wtedy Corbatta powiedział bramkarzowi, gdzie uderzy piłkę. Ale posłał ją w
inną stronę. Skopaliśmy ich – wspominał Pizzuti.
Sam Corbatta
trzykrotnie wpisał się na listę strzelców, a cały mecz zakończył się wygraną
Racingu 11:3. Wyrównali w ten sposób ligowy rekord bramek strzelonych w jednym
spotkaniu. Zagraliśmy wtedy okrutnie skutecznie. Jedynym, który nie strzelił
tego dnia gola, był Belén. To był nasz najlepszy mecz – mówił Mansilla. Omar
zakończył sezon z czternastoma golami na koncie, czym wyrównał swoje najlepsze
osiągnięcie. Równie ważne jednak co strzelanie goli, było dla niego dogrywanie
piłek kolegom. W mistrzowskim sezonie to po jego podaniach padała większość
bramek. Sosa wspomniał, że dośrodkowania Corbatty były tak dokładne i
wypieszczone, że wystarczyło tylko znaleźć się na drodze piłki. Zawodnicy
rozumieli się praktycznie bez słów, co zresztą widać było na boisku. Skład
ustalał Saúl Ongaro, ale Sosa twierdził, że trenerem tak naprawdę był już
wówczas Pizzzuti. To on zresztą poprowadzi Racing do triumfu w Copa
Libertadores w 1967 r. już oficjalnie w roli trenera. Corbatty jednak wtedy nie
będzie już w klubie. Sam Pizzuti pytany o mistrzowski sezon w 1961 r.
odpowiadał, że mając w drużynie takiego lidera, jakim był Corbatta, nie
potrzebowali niczego więcej, a bramki strzelali z każdej pozycji. Tytuł
zapewnili sobie 12 listopada po wygranej 3:2 z San Lorezno. Corbatta dwukrotnie
wpisał się na listę strzelców, wykorzystując dwa podyktowane rzuty karne. Potem
zaczęło się świętowanie, które chyba nieco wymknęło się spod kontroli, bo w
następnej kolejce aż 8:1 pokonała ich Gimnasia y Esgrima. Dla Racingu była to
dopiero druga porażka w sezonie. W zdobyciu czternastego tytułu pomogła też
bardzo dobra atmosfera panująca w zespole. Piłkarze trzymali się ze sobą nie
tylko w szatni i na boisku, ale często spędzali wspólne wieczory. W każdą
niedzielę po meczu cała drużyna zbierała się w hotelu Continental na uroczystej
kolacji. Potem towarzystwo przenosiło się Caffe Tabac w dzielnicy Palermo,
gdzie panowie raczyli się whisky. Corbatta najczęściej bawił się razem z
Mansillą, Sosą i Pizzutim, ale bywało, że dołączały do nich inne osoby, jak
choćby komik Jorge Porcel, czy wiceprezes Racingu Fernando Menéndez Behety. Ten
drugi był wówczas właścicielem wielkich obszarów ziemskich w Patagonii i często
zabierał piłkarzy na przejażdżki swoim czerwonym volvo. To były czasy, kiedy
piłkarze pili. Czymś normalnym było, że w poniedziałki, wtorki i środy centrum
miasta było pełne zawodników – opowiadał po latach Pizzuti. Nawet jeśli któryś
z piłkarzy trochę przesadził z imprezowaniem, to dopóki wyniki przemawiały na
ich korzyść, trudno było się do czegoś przyczepić. W tym samym okresie do grona
przyjaciół Corbatty dołączył Horacio Rodríguez Larreta. Ten pochodzący z
bogatej rodziny biznesmen bardzo polubił Omara i traktował go niemal jak brata.
Piłkarz również czuł się dobrze w jego towarzystwie i wkrótce stał się częstym
gościem w willi Larrety położonej w Castelar, na zachód od Buenos Aires. Po
pewnym czasie zaczął tam nawet spędzać weekendy wolne od meczów. Larreta
organizował wówczas miniturnieje piłkarskie, w których brało udział wiele osób
z jego otoczenia, w tym również inni znani piłkarze. W czasie jednej z takich
imprez Corbatta poznał Carlosa Mugicę. Mugica był księdzem, którego wielką
pasją była piłka nożna, a jego ukochaną drużyną był oczywiście Racing. Razem z
Laretą mieli też rozmaite mniej lub bardziej bezpośrednie powiązania ze światem
polityki. W latach 60. sytuacja polityczna była w Argentynie dość napięta i nie
z każdym można było swobodnie rozmawiać. Jednak Corbatta nie musiał się tym
martwić, bo walka o wpływy i polityczne gierki kompletnie go nie interesowały. Najlepiej
czuł się z piłką przy nodze, dlatego też chętnie skorzystał z propozycji
księdza, który zaproponował mu wizytę w seminarium Villa Devoto. Mugica
organizował tam mecze pomiędzy zespołami złożonymi z osób duchownych i
piłkarzy, które zwykle odbywały się w czwartki. Oprócz Corbatty uczestniczyło
też w nich paru innych zawodników Racingu, jak choćby Mansilla, któremu utkwiło
w pamięci, że sam ksiądz też grał. Był lewoskrzydłowym i podobno naprawdę
dobrze mu szło. Drugim wielkim osobistym dramatem Omara obok pogłębiającego się
uzależnienia od alkoholu był analfabetyzm. Corbatta, który porzucił z konieczności
szkołę w drugiej klasie, nigdy nie nauczył się czytać i pisać. Nigdy jednak nie
wspomniał o tym w wywiadach, a na dodatek, żeby wyglądać poważniej, często
nosił ze sobą gazetę.
Pierwszym, który pochylił się nad tym problemem i
zechciał pomóc Omarowi, był Pedro Dellacha. Dowiedział się o tym od innego
kolegi z zespołu Manuela Blanco. Dellacha jako kapitan zespołu czuł
odpowiedzialność za młodszych kolegów. Postanowił, że porozmawia z żoną i
spróbuje ją przekonać, żeby im pomogła. Zgodziła się i Corbatta przez kilka dni
po treningach zjawiał się u niej na lekcjach. Szybko jednak znudził się szkolną
rutyną i coraz częściej zaczął szukać wymówek, żeby nie przychodzić. Pedro
bardzo go kochał. Był kapitanem i go szanował. Ale Corbatta zignorował jego
rady. Razem z moim ojcem i matką też z nim rozmawialiśmy. Próbowaliśmy go
nakłonić do nauki. Mówiliśmy, że ta umiejętność w życiu bardzo mu się przyda.
Jednak w tamtym czasie wszystko przychodziło mu łatwo i dopiero później zdał
sobie sprawę, że życie nie jest takie proste – wspominał Angelillo. Cantera
opowiadał, że kiedy Corbatta mieszkał razem z nim na stadionie, to też
próbowali mu pomóc. Razem z innymi próbował go zapisać do wieczorowej szkoły,
radził, żeby za zarobione pieniądze zatrudnił jakiegoś nauczyciela, ale
wszystko na nic. Omar niezbyt się tym wówczas przejmował. W sprawach
kontraktowych pomagał mu Dellacha, który zawsze był z nim przy podpisywaniu
umowy. Również Horacio Rodríguez Larreta próbował coś w tej sprawie zmienić.
Wytłumaczył przyjacielowi, że umiejętność pisania i czytania jest niezbędna w
dzisiejszym świecie. Corbatta początkowo dał się przekonać i przez jakiś czas
matka Larrety Adela Leloir prowadziła z nim zajęcia. Znowu jednak nie wytrzymał
zbyt długo w roli ucznia. Podobnie zakończyła się próba pomocy ze strony ojca
Mugica. Kapłan poprosił swoją przyjaciółkę Lucíę Cullén, żeby udzieliła
piłkarzowi paru lekcji, ale gdy tylko pojawiła się w umówionym barze, Corbatta
uciekł. Analfabetyzm Omara ujawniał się w najmniej spodziewanych momentach.
Kiedy w 1961 r. poleciał z reprezentacją do Ekwadoru, dostał w samolocie do
wypełnienia kartę pokładową. Poprosił o pomoc młodego Waltera Jiméneza. Wypełniłem
swoje papiery, ale jego nie ruszyłem. „Za kogo on się uważa?” – pomyślałem. Nie
miałem pojęcia, że nie potrafi pisać. Potem przyszedł do mnie Sosa i opieprzył
mnie, że mu nie pomogłem” – mówił po latach Jiménez. W późniejszym czasie
również inne osoby próbowały mu pomóc w tej kwestii. Wygląda jednak na to, że
jedyne, czego przez całe te lata nauczył się Corbatta, było rozpoznanie swojego
nazwiska w gazecie i złożenie własnoręcznego podpisu. Choć i tutaj pojawiało
się mnóstwo wątpliwości i dopiero po grafologicznych ekspertyzach udało się
potwierdzić, że złożony na podpisanym w 1962 r. kontrakcie podpis rzeczywiście
jest jego autorstwa. Wspomniany kontrakt był ostatnim, jaki podpisał z
Racingiem. Po odejściu Pizzutiego, który przeszedł do Boca, został przesunięty
bliżej środka, ale nie do końca potrafił się tam odnaleźć. Racing w lidze też
obniżył loty i kibice mieli coraz więcej powodów do niepokoju. Słabo
zaprezentowali się w Copa Libertadores, a w lidze grali w kratkę. Corbatta,
który coraz bardziej pogrążał się w nałogu, wyglądał coraz słabiej na
treningach. W połowie 1962 r. trener Juan Carlos Verdeal uważał, że odejście
Corbatty mogłoby pomóc zespołowi w powrocie do formy. Radził piłkarzowi, żeby
przeniósł się do Lanús, które potrzebowało akurat skrzydłowego. Z klubem
pożegnał się jednak Verdeal, którego zastąpił Rubén Bravo. Kiedy w październiku
Racing przegrał u siebie z River Plate 2:6, trener nie wytrzymał i odsunął
Corbattę od składu.
1
@FCBparasiempre
Zawodnik
miał o to pretensje i próbował argumentować, że przecież cała drużyna zagrała
słabo, a nie tylko on. Prawda była jednak taka, że to nie był już ten sam
piłkarz. Grał wolno i anemicznie, a wyniszczony przez picie organizm nie miał
już się jak regenerować. Ciągle był jeszcze młody, bo miał dopiero 26 lat, ale
zimny prysznic i mocna kawa już nie wystarczały, żeby móc grać na takim
poziomie. Klub zakończył sezon na rozczarowującym dziewiątym miejscu i niedługo
później pojawiły się doniesienia, że Corbatta ma zmienić pracodawcę.
W Racingu
Corbatta spędził fantastyczne lata i do dzisiaj się tam o nim pamięta. Przez
wielu uważany jest za jednego z najlepszych w historii klubu. W tym samym roku
pożegnał się też z reprezentacją. Jednak jeszcze w grudniu 1960 r. był jej
ważną częścią. Argentyna walczyła o awans na mistrzostwa świata w Chile z
Ekwadorem, a Corbatta w obu meczach dwukrotnie wpisywał się na listę strzelców.
W czerwcu 1961 r. brał udział w europejskim tournée reprezentacji, która
mierzyła się wówczas z Portugalią (2:0), Hiszpanią (0:2), Włochami (1:4),
Czechosłowacją (3:3) i ZSRR (0:0). Pod koniec roku zaczęły się jednak
przetasowania na stanowisku selekcjonera i od kiedy z kadrą pożegnał się trener
Spinetto, drzwi do niej dla Corbatty pozostały zamknięte. W styczniu 1963 r. w
El Gráfico opublikowano zdjęcie, na którym Corbatta siedział na werandzie
swojego pustego domu otoczony przez kilku sporo młodszych od niego chłopaków.
Najmłodszy z nich Bicho miał tylko 15 lat, Comanche był dwa lata starszy, a
Miguel Ángel i Alberto mieli po 20 lat. Fotografia ta znakomicie obrazuje czas,
jaki nastał w życiu Omara po odejściu Cristiny. Do pustego domu coraz częściej
przychodzili jego bliżsi i dalsi znajomi, żeby napić się razem piwa, posłuchać
muzyki czy pograć w karty. Po skończonym sezonie Corbatta nie wiedział, gdzie
będzie dalej grał. Czekał na decyzję, czy Racing jeszcze da mu szansę, czy
raczej będzie miał nowego pracodawcę. Nie musiał trenować, więc wstawał o
której chciał, włóczył się po okolicy, czasami zrobił jakieś zakupy, a potem
wracał do domu. Nie był jednak sam, bo mógł liczyć na pomoc Alberto, który już
wcześniej się do niego wprowadził i pomagał w kuchni. Mimo to Corbatta żalił
się, że tyle osób się od niego odwróciło. Miałem przyjaciół dopóki miałem
pieniądze. Po tym, co stało się w minionym roku, nic mi nie zostało i nikt
nawet się do mnie nie zbliżył. Zarobiłem sporo pieniędzy, tak, zarobiłem! Ale teraz
nic mi nie zostało – ubolewał. Pojawiło się jednak światełko w tunelu, bo w tym
samym czasie zaczęto spekulować, że Corbatta od nowego sezonu może zostać
zawodnikiem Boca Juniors, które właśnie zdobyło mistrzostwo Argentyny. Doniesienia
o jego przejściu do drużyny mistrza kraju wkrótce się potwierdziły. Corbatta
odzyskał wiarę we własne możliwości i odbudował swoją pewność siebie. Tę
dodatkowo umocniły informacje o kwocie, jaką Boca miało za niego zapłacić, a
chodziło o dwanaście milionów peso. ,,Jeśli oczekują dwunastu milionów peso, to
dlatego, że jestem coś wart” – twierdził. Kwota, jakiej oczekiwał Racing była
wówczas równowartością 140 tys. dolarów. Boca spełniło te życzenia, a klub z
Avellaneda zarobione pieniądze zainwestował w rozbudowę infrastruktury. Dzięki
sprzedaży Corbatty powstało pięć nowych basenów i oddano do użytku nową
siłownię. Jego transfer był wówczas jednak tylko jednym z elementów wyścigu
zbrojeń, jaki podjął prezydent Boca Alberto J. Armando. Chciał, żeby to jego
klub był pierwszym argentyńskim triumfatorem Copa Libertadores. W tym samym
czasie ściągnięto też José Sanfilippo, który w latach 1958-61 cztery razy z
rzędu zdobywał w lidze koronę króla strzelców. San Lorenzo miało za niego
otrzymać dwa razy wyższą kwotę niż zapłacono za Omara. Corbatta, jak się miało
wkrótce okazać, był już jednak cieniem samego siebie. Ciągle jednak nazywał się
Corbatta i to w dużej mierze za samo nazwisko i wspomnienie dawnej chwały Boca
musiało tak słono zapłacić. Sam piłkarz łudził się jeszcze, że jest w stanie
odzyskać utracony blask i odważnie zapowiadał, że rok 1963 będzie jego rokiem. Boca
Juniors dysponowało wówczas naprawdę klasową ekipą. Bramki strzegł Antonio
Roma, którego koledzy nazywali Tarzanem, przed nim dostępu do własnego pola
karnego bronili znakomici Silvio Marzolini i Carmelo Simeone. W środku pola
błyszczał rewelacyjny Antonio Rattín, a o zdobycze bramkowe mieli dbać Alberto
González, Norberto Menéndez i Brazylijczyk Paulo Valentim. Towarzystwo
rzeczywiście doborowe, ale Corbatta dobrze wkomponował się w zespół. Duża w tym
zasługa trenera José D’Amico, z którym spotkali się wcześniej w Racingu. Swój
pierwszy mecz w nowych barwach rozegrał 9 lutego 1963 r. Boca rozgrywało tego
dnia towarzyskie spotkanie z trzecioligowym zespołem Villa Dálmine. Zgodnie z
planem wygrali 2:1, a Corbatta debiut uświetnił bramką. W kwietniu rozpoczęła
się rywalizacja w Copa Libertadores. Boca co prawda przegrało pierwszy mecz w
Asunción z Olimpią, ale w rewanżu wygrali 5:3, a jedną z bramek strzelił Corbatta.
Dwa tygodnie
później startowały zmagania ligowe. Tu również Omar pokazał się z całkiem
dobrej strony. Boca pewnie wygrało z Argentinos Juniors 4:1, a Corbatta popisał
się celnym uderzeniem z rzutu wolnego. Początek był więc całkiem obiecujący. To
były jednak tylko przebłyski, a kibice po piłkarzu, którego sprowadzono za tak
duże pieniądze, spodziewali się dużo więcej. Wkrótce pojawiły się głosy, żeby
przesunąć go do rezerw, a sam zawodnik spotykał się z coraz większą niechęcią
trybun. Jednak w niedzielne popołudnie 19 maja zaliczył występ, którym choć na
chwilę zamknął usta krytykom. Boca wygrało na własnym boisku 3:0; Vélez
Sarsfield, a Corbatta strzelił wszystkie gole (w tym dwa z rzutów karnych).
Zanim jednak wpisał się na listę strzelców, musiał znosić wrogie reakcje
kibiców za każdym razem, gdy dotykał piłkę. Wzniósł się ponad to i będąc
najlepszym na boisku, stał się jednym z architektów wygranej. Wierzcie lub nie,
ale Boca, które poczyniło milionowe inwestycje, potrzebowało gry swojego łysego
środkowego napastnika Rojasa i pomocy prześladowanego Corbatty, żeby pokonać
Vélez – pisano na łamach Clarín. Niestety był to ostatni dobry występ Omara w
barwach Boca. Po kolejnych dwóch ligowych kolejkach, w których drużyna
rozczarowała, Alberto J. Armando podziękował za pracę José D’Amico, po którym
stery przejął Adolfo Pedernera. Corbatta zdołał jeszcze rozegrać parę spotkań i
strzelił nawet gola w meczu z Independiente, ale wkrótce został odstawiony na
boczny tor. Sanfilippo po latach zwracał uwagę, że Pedernera nie potrafił
właściwie zarządzać ludźmi i przez to wielu graczom brakowało pewności. Rok
1963 miał być rokiem Corbatty, ale skończyło się na szumnych zapowiedziach i
rozczarowaniu. Kolejne miesiące wcale nie przyniosły poprawy. Dość powiedzieć,
że w następnych dwóch sezonach Corbatta ledwie sześć razy wybiegał na ligowe
boiska i raz tylko trafił do siatki. Co prawda miał dzięki temu swój minimalny
wkład w dwa tytuły mistrzowskie, ale nie po to tutaj przychodził. Miał być
jednym z liderów. Kiedy Rattína zapytano o wspomnienia związane z Omarem, ze
smutkiem przyznał, że nie ich zbyt wiele. ,,Był świetnym graczem, ale miał
problemy. Tym, który bardzo się nim zaopiekował, był Carmelo Simeone” – mówił. Kiedy
w grudniu 1963 r. Boca Juniors wybierało się na tournée po Europie, wszyscy w
zespole mieli świadomość, z jakimi problemami zmaga się Corbatta. W Hiszpanii w
ambasadzie argentyńskiej wydano specjalne przyjęcie, na które zaproszono całą
delegację. Do jedzenia podano wino, co okazało się zgubne dla Omara. Upił się i
stracił nad sobą kontrolę do tego stopnia, że rezerwowy José María Silvero
musiał go wyprowadzić. Od tej chwili Simeone zaczął go pilnować jak oka w
głowie. Był dwa lata starszy od Corbatty, ale polubił go i chciał mu pomóc. Nie
odstępował go na krok i do końca wyjazdu pilnował, żeby Corbatta trzymał się z
daleka od alkoholu. Wszyscy go kochali. Loco czerpał czystą radość z gry na
boisku. Ale kiedy rozmawiałeś z nim o jego problemach, nie słuchał.
Obserwowałem go w hotelach, w których mieszkaliśmy i zawsze był zdenerwowany.
Corbatta był geniuszem z sąsiedztwa, nie lubił komfortu”– wspominał Sanfilippo.
Mimo że do końca tournée nie przydarzyła mu się już żadna wpadka, to u
Pedernery był już skreślony. Po powrocie do kraju został odsunięty od drużyny i
musiało minąć sporo czasu, zanim wrócił na boisko. Nie było jednak tak, że cały
pobyt w Boca był dla Omara nieudany, bo to właśnie w tym czasie poznał swoją
drugą wielką miłość. Była nią Silvia Gay, z którą poznali się przy obiektach
River Plate, gdzie grywała w piłkę ręczną. Pewnego dnia akurat wchodziła po
schodach ubrana w czerwony sweter i szarą spódnicę, a Corbatta po tych samych
schodach szedł w dół i też miał założony czerwony sweter i szare spodnie. Obje
ich to rozbawiło i szybko przypadli sobie do gustu. Miał szczęście, że na nią
trafił, bo szybko okazało się, że Silvia była jednym z nielicznych promieni
słońca rozświetlających mrok, w jakim zaczynał się pogrążać Corbatta.
Silvia była
dwa lata młodsza od Omara. Ich córka Iliana wspominała, że mama zawsze dbała o
swój wygląd i nigdy nie widziała jej w kapciach. Praktycznie nie ruszała się z
domu bez makijażu i zawsze starannie układała fryzurę. Mieszkała razem z
rodzicami i dwiema młodszymi siostrami w dzielnicy Villa Real w Buenos Aires.
Corbatta nie umiał prowadzić samochodu, więc żeby móc ją odwiedzać, prosił o
pomoc przyjaciół. Silvia nie potrzebowała wiele czasu, żeby się zorientować, z
jakimi problemami zmaga się Omar. Jej wyobrażenie o życiu, jakie powinien
prowadzić zawodowy sportowiec, nijak miało się do tego, co robił Corbatta.
Oprócz nocy, również coraz częściej dni miały mu na piciu. Utracił już nad tym
kontrolę, a do tego bardzo dużo palił. Kobieta jednak nie odwróciła się od
niego. Ze łzami w oczach prosiła go, żeby przestał pić. Corbatta obiecywał
poprawę, po czym następnego dnia znów wracał pijany. Silvia nie wiedziała już
co ma robić, żeby na niego wpłynąć i zwróciła się o pomoc do ojca. Julio César
Gay był jednym cywilem w wojskowej rodzinie, a ze swoją laską i kapeluszem
zawsze starał się wyglądać elegancko. Był prostym człowiekiem, ale zdawał sobie
sprawę z powagi problemu. Zaproponował córce, żeby Corbatta się do nich
wprowadził i zamieszkał w niezajmowanym przez nikogo pokoju. Matka Silvii
Aurora Berlingeri przystała na ten pomysł i wkrótce Omar zamieszkał razem z
nimi. Silvia razem z rodzicami starała się robić wszystko, żeby trzymać
ukochanego z dala od nałogu. Julio César w trosce o zdrowie nowego lokatora
zabronił w domu spożywania alkoholu, a butelki importowanego wina i whisky,
które dostał za pracę w urzędzie celnym, kazał pochować. Początkowo wydawało
się, że Corbatta całkiem nieźle znosi abstynencje. Miał zapewniony naprawdę
duży komfort trzeźwienia, ale niestety nałóg okazał się silniejszy. Od czasu do
czasu dawał Julii – najmłodszej z sióstr – trochę drobnych, żeby mała skoczyła
do sklepu i kupiła mu piwo. Corbatta wiedział, że robi źle, ale uzależnienie
było silniejsze. Potajemnie wypijał zawartość, a puste butelki lądowały pod
łóżkiem. Schowane przez ojca Silvii wino też się zbyt długo nie uchowało. Kiedy
senior podczas jednej z kolacji chciał poczęstować gości winem, szybko okazało
się, że Corbatta zdążył się już dobrać do schowanych butelek i po wypiciu
napełnił je wodą. Mimo to Julio César nadal starał się wspierać córkę i pomóc
zięciowi. Kiedy nieobecność Omara w domu się przedłużała, Gay niejednokrotnie
przechadzał się po okolicznych barach w nadziei, że uda mu się znaleźć
Corbattę. Potrafił też pójść do klubu i porozmawiać z Adolfo Pedernerą.
Corbatta regularnie opuszczał treningi, ale Julio César zapewnił Pedernerę, że
będzie uważniej pilnować chłopaka. Z tego też względu zdarzało się, że na kilka
nocy przed meczami ojciec Silvii zamykał Omara w pokoju, żeby ten nigdzie nie
mógł się wymknąć. Jednak rozgrywane mecze, których co prawda Corbatta zaliczał
coraz mniej, same w sobie były dla niego okazją do napicia się. Po zakończonych
spotkaniach, zwłaszcza tych, za które otrzymywał jakieś pieniądze, często
wymykał się do baru. Nie przejmował się tym, że pod szatnią czeka na niego
Silvia z rodziną. Szybko wychodził zanim zdążyli go zauważyć i pojawiał się w
domu dopiero kolejnego dnia nad ranem. Bywało, że wracał w takim stanie, że nie
potrafił dojść do łazienki i sikał do doniczki, którą Aurora zostawiała zwykle
przed drzwiami domu. Raz się zdarzyło, że zmęczona jego porannymi powrotami
Silvia nie otworzyła mu drzwi. Po paru godzinach dręczona wyrzutami sumienia
wyszła go szukać. Znalazła go pół przecznicy od domu śpiącego gdzieś pośród
łachmanów przy jednym z ulicznych straganów. Zdarzały się dni, kiedy Corbatta
nie pił. Wtedy razem z Silvią słuchali tanga i cieszyli się spędzanym razem
czasem. Trzeźwy Omar potrafił też zadbać o innych domowników, jak choćby wtedy,
gdy kupił krewetki w sklepie rybnym, którymi później przez cały wieczór wszyscy
się zajadali. Rodzice Silvii naprawdę go kochali, a cała rodzina była dumna, że
taka piłkarska sława mieszka z nimi pod jednym dachem. Corbatta odwdzięczał się
im szacunkiem i również darzył miłością. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie
mógł liczyć na tak wiele rodzinnego ciepła, jakie otrzymał w domu w Villa Real.
Pewnego popołudnia siostry Silvii poprosiły Omara o pomoc w odrabianiu lekcji.
Corbatta usiadł przy stole, otworzył zeszyt i próbował czytać, ale nie wiedząc,
co powiedzieć, zaraz go zamknął i odłożył. Dopiero wtedy Silvia, która też
próbowała mu pomóc, powiedziała rodzicom o jego analfabetyzmie.
0
@FCBparasiempre
Ciągle też
nie rezygnowała i próbowała na wszelkie sposoby odciągnąć Omara od picia.
Zdesperowana zwróciła się o pomoc do prezentera telewizyjnego Nicolása Pipo
Mancery. Był on gospodarzem programu Sábados Circulares, który bił wówczas
rekordy popularności w argentyńskiej telewizji. Silvia miała nadzieję, że tak
znana osoba zdoła jakoś wpłynąć na Corbattę i pomóc mu z nałogiem. Mancera
przekonał piłkarza, że jeśli myśli jeszcze o poważnej grze w piłkę, to musi się
zacząć leczyć. Niedługo później Corbatta po raz pierwszy wziął udział w
spotkaniu wspólnoty Anonimowych Alkoholików i można było mieć nadzieję, że
powoli wszystko zacznie się układać. To wtedy właśnie Omar przypomniał sobie,
jak jego ojciec częstował go winem. Potrafił też otwarcie rozmawiać z
domownikami o swojej chorobie i kiedy przez kolejne kilka tygodni dzielnie
trwał w trzeźwości, stwierdził, że jest już wyleczony. Alkohol jest jednak
podstępny i zwodniczy, co czyni z niego bardzo groźnego przeciwnika. W walce z
nim nie ma miejsca na najmniejsze nawet chwile słabości. Corbatta, kiedy
stwierdził, że jest już wyleczony, był przekonany, że wygrał ten pojedynek.
Mylił się. Niedługo później przestał uczęszczać na spotkania AA, a wkrótce
potem wrócił do pijaństwa i imprez ze znajomymi. 20 czerwca 1965 r. Boca
Juniors rozgrywało spotkanie, w którym ich przeciwnikiem była Gimnasia y
Esgrima. Pojedynek zakończył się remisem 1:1, a Corbatta wykorzystując karnego,
wpisał się na listę strzelców. Jak się później okazało, był to jego ostatni
mecz i ostatnie trafienie dla klubu. W połowie lipca do Argentyny przyleciał
José Vicente Grecco. Miał on za sobą występy w Boca i Fiorentinie, a wówczas
był trenerem kolumbijskiego Deportivo Independiente Medellín (DIM).
Wykorzystując stare kontakty i znajomości, szukał kandydatów do gry w swoim
zespole. Pedernera wspomniał mu o Carrizo, który zbliżał się do końca swojej
wielkiej kariery, ale Grecco nie był przekonany. Kiedy jednak zaproponowano mu
transfer Corbatty, to długo się nie zastanawiał. Transakcja była korzystna dla
obu klubów. Boca pozbywało się piłkarza z problemami i niemałym kontraktem,
dlatego też oddali go za darmo, a DIM zyskiwało gracza z dużym nazwiskiem,
który ciągle miewał jeszcze przebłyski i mógł przyciągnąć na stadion nowych
kibiców. Liga kolumbijska nie była już tym, czym kilka lat wcześniej w
osławionej epoce El Dorado, ale ciągle można było w niej nieźle zarobić.
Corbatta, który narzekał, że nie pozwolono mu odejść z Racingu, kiedy do Europy
wyjeżdżali Maschio i Angelillo, mógłby dzięki temu rozpocząć nowy rozdział w
swojej karierze. Razem z Silvią mógł też w Kolumbii zacząć nowe życie i
zostawić za sobą wszystko to, co złe. Wiadomość o transferze Corbatty do DIM
przyjęto w kolumbijskiej prasie z niedowierzaniem. Zastanawiano się, jak to się
stało, że tak klasowy piłkarz trafił właśnie do Medellín. Miejscowi
dziennikarze szukali drugiego dna i obawiali się, czy z zawodnikiem na pewno
jest wszystko w porządku, czy może coś jest ukrywane. Głosy te nie umilkły
nawet po debiucie Omara w nowym zespole, który był całkiem dobry. Właścicielem
DIM był wówczas Alfonso Arriola. Nie był co prawda milionerem, ale był ważną
postacią w paru dużych biznesach w mieście, a jego rodzina należała do
najbardziej wpływowych. Arriola przejął klub kilka lat wcześniej, wyciągając go
z problemów finansowych. Ciągle jednak pozostawali w cieniu lokalnego rywala,
jakim było Atlético Nacional. Ambicją włodarzy było stworzenie drużyny, która
nie tylko utrze nosa sąsiadom, ale powalczy też w lidze. Corbatta miał być
jednym z tych, którzy w tym pomogą i z jego przyjazdem wiązano spore nadzieje. Kiedy
mój tata przywiózł Corbattę, to mieliśmy wiele oczekiwań, ponieważ dużo o nim
wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy o golu z Chile, który znalazł się w magazynie Life i
o innych rzeczach, o których czytaliśmy,
takich jak mistrzostwa Ameryki Południowej w 1957 r. i mistrzostwa świata w Szwecji.
Wtedy wydawało nam się to niewiarygodne – wspominał po latach Gabriel Arriola,
który w 1965 r. miał 19 lat.
Corbatta
dość szybko zaaklimatyzował się w nowej drużynie i widać było, że futbol nadal
sprawia mu radość. Dzień zaczynał od półgodzinnego spacerku na trening. Na
zajęciach czarował kolegów swoimi umiejętnościami i imponował skutecznością z
jedenastu metrów. Często zakładał się z kolegami, który z nich więcej razy
trafi w poprzeczkę, albo wymyślał coraz to nowe ćwiczenia, w których mógł
popisać się swoją precyzją i celnością. W jednym z nich ustawił pod ścianą
Eugenio Casaliego i kazał mu stać z rozłożonymi na boki rękami. Sam natomiast
uderzał piłkę i posyłał w kierunku kolegi, ale robił to na tyle umiejętnie i
precyzyjnie, że futbolówka ani razu nie dotknęła Casaliego. Do zespołu dołączył
w drugiej części sezonu, więc jego wpływ na grę drużyny był nieco ograniczony.
DIM zakończyło rozgrywki w środku tabeli, a Corbatta pokazał, że nie przepił
jeszcze całego talentu. W kolejnym sezonie posadę trenera objął Francisco
Hormazábal. Ten chilijski szkoleniowiec wspominał, że pewnego dnia Omar do
niego przyszedł i żalił się, że jego gra nie wygląda za dobrze. Mówił, że się
stara, ale nic mu już nie wychodzi i
zastanawiał się nad zakończeniem kariery. Trener odparł mu, że przecież mimo
wieku ciągle jeszcze może grać na wysokim poziomie. Zapewniał go, że jest
świetnym graczem i cały czas ma duże umiejętności i piłkarską klasę.
Postanowił, że Corbatta zostanie przesunięty ze skrzydła do środka i powoli bez
pośpiechu będzie się uczył nowej pozycji. Hormazábal był surowym, wymagającym
trenerem, który wiedział, jak zaprowadzić w zespole dyscyplinę. Każdemu
przydzielał odpowiednie zadania i oczekiwał ich realizacji w trakcie meczu.
Corbatta oprócz rozgrywania i podawania musiał więc pamiętać też o grze w
obronie, na którą uczulał go trener. Nie miał w tym zbyt dużego doświadczenia i
potrzebował trochę czasu, żeby odnaleźć się w nowej roli. Braki nadrabiał
ambicją i zaangażowaniem, ale praca wkrótce zaczęła przynosić efekty. W
derbowym pojedynku z Atlético Nacional DIM prowadziło już 2:0, ale rywale
bardzo mocno naciskali. Ich napór był tak duży, że Corbatta został przesunięty
do obrony. Spisał się tam bez zarzutu i czyścił każdą piłkę, a po meczu prasa
zachwycała się jego grą w defensywie. Równie dobrze zaczynał sobie radzić w
roli rozgrywającego. W wygranym 6:0 meczu z Millonarios nie strzelił żadnej
bramki, ale znakomicie obsługiwał kolegów i był prawdziwym motorem napędowym
zespołu. Corbatta jest motorem. Corbatta to ten, który rozprowadza. Corbatta jest
kreatorem. Orestes Omar Corbatta to ten, który przybywa, który dostarcza, który
przewiduje i organizuje. Jest jak „caudillo”, którego potrzebuje drużyna. Od
Corbatty zaczyna się ofensywne zagrożenie DIM – pisano na łamach Deporte
Gráfico. Razem z Silvią zamieszkali w piętrowym domu z szarego kamienia w
dzielnicy Calasanz, gdzie swoje mieszkania mieli też inni Argentyńczycy grający
w DIM. Corbatta lubił przesiadywać na balkonie, gdzie przy piwie i papierosie
obserwował biegające za piłką dzieci z sąsiedztwa. Często motywował maluchy do
lepszej gry, mówiąc, że drużynie, która wygra, rzuci kilka peso. Innym razem
zachętą były gazowane napoje, albo ciasteczka. Mimo że w okolicy mieszkali też
inni piłkarze, to żaden nie miał tak dobrego kontaktu z dzieciakami, jak
Corbatta. Kiedy wracał ze sklepu ze skrzynką piwa, czasami przystawał i sam
dołączał do gry. Przeważnie dogrywał im piłki na głowę, a jak uderzał ze
stojącej piłki, to zawsze mówił, gdzie trafi futbolówka. Jednak pewnego
popołudnia jego precyzja i dokładność zawiodły. Był róg i poprosiliśmy
Corbattę, żeby go wykonał. Uderzył piłkę i trafił w okno swojego sąsiada, Don
Enrique, człowieka z Bogoty, którego nie chcieliśmy w sąsiedztwie. Wszyscy
zaczęliśmy się chować przestraszeni, a on razem z nami uciekał, żeby się ukryć
– opowiadał William Builes, który mieszkał w tym samym budynku, co Corbatta. Silvia
również dobrze czuła się w ich towarzystwie, a w upalne dni przygotowywała
napoje, którymi razem z Omarem częstowali bawiące się dzieci. Czasem dorzucili
też parę drobnych na jakieś słodycze. Wielu sąsiadów Corbatty z tamtych czasów
zapamiętało go jako bardzo miłego i wesołego człowieka. W czerwcu 1966 r. w
parafii San José de Calasanz w Medellín Silvia i Omar się pobrali. Przed ślubem
pojawiły się wątpliwości, czy Corbatta jest ochrzczony. Sam piłkarz twierdził,
że nie, więc ksiądz Carmelo García udzielił mu kilku lekcji, które miały go
przygotować do sakramentu. Zauważył jednak, że Corbatta całkiem dobrze
orientuje się w kwestiach wiary i wysłał zapytanie do La Platy, czy Omar został
tam ochrzczony. Po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi nie było już przeszkód na
drodze do małżeństwa i udzielił parze sakramentu.
Ten sam
ksiądz pomógł im też w adopcji dwójki dzieci, które trafiły do nich krótko po
przyjściu na świat. Dziewczynce dali na imię Iliana, a chłopcu Omar. Ich
sąsiedzi potraktowali to jako akt wielkiej miłości i cieszyli się razem z nimi.
Sami niestety nie mogli mieć dzieci przez problemy ze zdrowiem Silvii. To ona
także nie chciała, żeby dzieci wiedziały, że są adoptowane i zawsze im mówiła,
że urodziły się w domu przy asyście położnej. Mimo że nie było żadnych zdjęć
Silvii w ciąży, a dzieci nie miały żadnych cech rodziców, to przez lata nikomu
nie przyszło do głowy temu zaprzeczać (choć Omar wspominał o adopcji w jednym z
wywiadów już w 1980 r.). Prawda wyszła na jaw dopiero po wielu latach i była
dla Iliany i Omara niemałym szokiem. W Medellín rodzina Corabttów wiodła dość
spokojne i skromne życie. Mimo że Omar był gwiazdą, to wolał spędzać czas w
domu. Od czasu do czasu odwiedzali go też koledzy z drużyny, a wtedy wspólne
biesiadowanie nieraz przeciągało się do rana. Silvia nie miała z tym problemu i
chętnie przygotowywała gościom gulasz z makaronem, albo grillowane steki.
Zdecydowanie bardziej wolała mieć męża przy sobie, niż żeby włóczył się po
mieście. Lubiła przyjmować gości, ale przede wszystkim liczyła się dla niej
bliskość Omara. Corbatta bardzo rzadko też wychodził wieczorami. Głównie
dlatego, że pieczę nad pieniędzmi sprawowała w domu Silvia, która zapobiegała w
ten sposób marnotrawstwu męża. Piłkarz znalazł jednak sposób, żeby odłożyć
trochę drobnych, które chował przed żoną w bucie schowanym w szafie. Gdy już
uzbierał wystarczającą sumę, ruszał w miasto razem z kolegami z drużyny.
Najczęściej wybierali się do popularnej dzielnicy Guayaquil w centrum Medellín,
gdzie pełno było nocnych lokali i prostytutek. Widok piłkarzy siedzących w
oparach dymu i popijających piwo nikogo wtedy nie dziwił. Na Corbattę zawsze
jednak patrzono z szacunkiem, na jaki zasługują idole. Dopóki wyniki na boisku
były zadowalające, nikogo nie obchodziło, jak piłkarze spędzają wieczory. Nawet
trener przymykał oko na wybryki swoich podopiecznych. Broniły ich też wyniki,
bo stali się jednym z czołowych zespołów w kraju, a na własnym boisku byli
praktycznie nie do pokonania. Efektowne zwycięstwa z Quindío (5:2), Millonarios
(6:0), Pereirą (5:1), Tolimą (5:1) i Bucaramangą (7:1) musiały budzić uznanie,
a piłkarze w oczach kibiców urośli do rangi bohaterów. Główną atrakcją, dla której
przychodzili na stadion, była wspaniała gra Omara. Corbatta był głównym
reżyserem gry i to po jego podaniach padało najwięcej bramek. Bardzo dobrze też
wywiązywał się z powierzonych mu przez trenera zadań, czym bardzo u niego
punktował. Atmosfera w zespole nie zawsze była jednak idealna. Kolumbijczycy z
zazdrością patrzyli na Argentyńczyków, którzy byli faworyzowani ze względu na
narodowość. Ograniczenia w kontraktach dla krajowych zawodników i tendencja
trenerów do stawiania na obcokrajowców tylko pogłębiały te podziały. Corbatta
zarabiał trzy tysiące peso miesięcznie i mógł liczyć na roczną premię w
wysokości 1,8 miliona peso, co wystarczało, żeby wieść spokojne życie z
rodziną. Przeciętny Kolumbijczyk nie dostawał nawet połowy tych kwot. Omar
dobrze jednak dogadywał się z kolumbijskimi kolegami i pewnego razu stanowczo
stanął w ich obronie. Kiedy pod koniec roku klub spóźniał się z wypłatą
pieniędzy, piłkarze musieli ustawić się po pensję w kolejce. Kolumbijczycy
siedzieli więc w klubowym budynku i czekali na swoją kolej. Jednak Maurico
Arriola – jeden z synów Alfonsa i menedżer zespołu – przodem poprowadził
najpierw Argentyńczyków. Kiedy zawołał Omara, żeby mu zapłacić, Corbatta ostro
zaprotestował. Nie przebierając w słowach, powiedział, że najpierw ma zapłacić
tym chłopakom, którzy tu czekają, a dopiero potem jemu i że nie powinno być
żadnych przywilejów dla nikogo. Jednym z najbardziej dramatycznych meczów,
jakie DIM stoczyło w tamtym czasie, był pojedynek z Santa Fe. Klub z Bogoty był
ich głównym rywalem w walce o mistrzostwo kraju. Corbatta z kolegami zaczęli
znakomicie. W 38. minucie prowadzili już 3:0 i zapowiadało się na pogrom.
Niestety bramkarz Ramón García doznał kontuzji w przypadkowym starciu i musiał
opuścić boisko. Zastąpił go Argentyńczyk Oscar Fontán, który jednak zagrał
fatalne spotkanie. Gospodarze zaczęli odrabiać straty, a Fontán przepuszczał
strzały, które powinien z łatwością obronić. Ostatecznie skończyło się 4:4, a
winą za wynik obarczono rezerwowego bramkarza, któremu zarzucano nawet, że
celowo zagrał tak słabo, choć nikt nie dysponował żadnymi dowodami. Spośród
Argentyńczyków Corbatta najlepiej dogadywał się z Rodolfo Ávilą. I to właśnie
razem z nim po zremisowanym w Bogocie meczu postanowili odwiedzić Julio Césara
Lunę, który był argentyńskim aktorem i zdobywał coraz większą popularność w
kolumbijskiej telewizji. Panowie oczywiście sobie trochę wypili, ale po paru
drinkach Ávila wyzwał Lunę na pojedynek na gołe pięści. Być może sporo było w
tym żartów, ale w pewnej chwili w obronie gospodarza stanęło dwóch jego
znajomych. Corbatta zamroczony alkoholem niewiele rozumiał z całej tej
sytuacji, ale przeraził się nie na żarty, kiedy usłyszał, że Ávilę chcą
wyrzucić przez okno. Miał podobno dostać wówczas takiego ataku paniki, że wylądował
w szpitalu. Luna po latach twierdził jednak, że nikt nikogo nie chciał
wyrzucać, a poza tym byli wtedy na pierwszym piętrze. Zapewniał, że Omarowi nic
się nie stało, a jego wizyta w szpitalu musiała być spowodowana jego odurzeniem
alkoholem.
0
@FCBparasiempre
Był to kolejny
z pozoru drobny incydent na coraz dłuższej liście występków Corbatty. Trener
tolerował jego zachowanie, ale do czasu. Rok 1966 zakończyli na drugim miejscu
w tabeli, a to oznaczało, że w kolejnym czekają ich występy w Copa
Libertadores. Hormazábal chciał jak najlepiej przygotować zespół do rozgrywek,
ale nie widział już w nim miejsca dla Omara. Poinformował Arriolę o swojej
decyzji, a prezes znalazł się w trudnej sytuacji. Nie chciał wybierać pomiędzy
piłkarzem, którego tu sprowadził, a trenerem, którego darzył szacunkiem. Zwrócił
się o pomoc do Leonardo Nieto, którego w mieście nazywano konsulem. Jego dwiema
największymi pasjami była piłka nożna i tango. Każdy Argentyńczyk mógł w razie
kłopotów liczyć na jego pomoc. Zaprosił całą trójkę wraz z żonami do siebie na
obiad, co miało załagodzić spór. Hormazábal zjawił się pierwszy i już zaczynali
jeść, gdy do drzwi zadzwonił Corbatta. Kiedy Omar dowiedział się, że trener też
jest na obiedzie, chciał odejść, ale Nieto przekonał go, żeby został. Podczas
posiłku obaj panowie nie rozmawiali o futbolu, ale jak później szli do salonu
na kawę, to było już widać, że trener wybaczył zawodnikowi, a Corbatta puścił
urazę w niepamięć. Szczęśliwy Arriola zapewnił jeszcze szkoleniowca, że jeśli
Omar znowu podpadnie, to osobiście zajmie się jego zwolnieniem. Rozgrywana w
1967 r. edycja Copa Libertadores była dopiero drugą, w której do udziału
zostali dopuszczeni także wicemistrzowie krajów. Deportivo Independiente
Medellín trafiło do dość silnej grupy. Oprócz mistrza Kolumbii, czyli Club
Independiente Santa Fe, ich rywalami były ekipy z Boliwii – Club Bolívar (mistrz) i 31 de Octubre La Paz
(wicemistrz) oraz z Argentyny – River Plate (wicemistrz kraju i finalista
sprzed roku) i Racing Club. Dla Corbatty mecze ze swoim byłym klubem były
szczególnym przeżyciem. Rywalizację zaczęli od wyjazdowej porażki 0:2 z Santa
Fe. Pod koniec marca i na początku kwietnia do Medellín przyjechać miały obie
argentyńskie ekipy. Pierwsze starcie zaplanowano 26 marca z Racingiem. Mistrz
Argentyny był oczywiście zdecydowanym faworytem. Trenerem zespołu był wówczas
Juan José Pizzuti, a jego podopieczni byli prawdziwą maszynką do wygrywania i
swoją grą budzili podziw całego kontynentu. Corbatta miał mieszane uczucie
przed starciem ze swoimi byłymi kolegami, ale miał nadzieję na dobry występ.
Liczył też, że fani i koledzy z zespołu o nim nie zapomnieli i ciepło go
przywitają. Nie przeliczył się, bo Pizzuti zaraz po przybyciu do Medellín
pierwsze, co zrobił, to zapytał o Omara. Sam mecz przebiegał zgodnie z
oczekiwaniami. Goście mieli przewagę i dość spokojnie wygrali 2:0 po golach
Humberto Maschio i Norberto Raffo. DIM przegrało, ale kolumbijska prasa
zauważała, że Racing wcale tak nie dominował na boisku, jak prognozowano przed
spotkaniem. Ale… Czy to był Racing? To nie był ten Racing, o którym tak dużo
się mówi. To był mistrz Argentyny? Tak. Tak wygląda „rewolucja” w futbolu w
jego ojczyźnie. Wczorajsze spotkanie było niczym więcej niż potyczką – pisano
dzień po meczu w El Colombiano. Dla Corbatty ten pojedynek był szczególny nie
tylko z powodu spotkania z dawnymi kolegami. To w starciu z Racingiem nie
wykorzystał jednego z kilku rzutów karnych w karierze, kiedy w końcówce meczu
jego strzał obronił Agustín Cejas. Bramkarz wyszedł do przodu, powiedziałem o
tym sędziemu, ale mnie zignorował. Nie wiem, co się ze mną stało… Możliwe, że
zjadły mnie nerwy. Uderzyłem tak samo, jak zawsze, mocno tuż przy słupku, ale
Cejas wyszedł. Co za nieszczęście. Nie rozumiem. Jak to się stało? Jak nie
strzeliłem karnego? – mówił po meczu dziennikarzom. Dla Racingu wyprawa do
Kolumbii była pełna wrażeń nie tylko sportowych. W drodze powrotnej niewiele
brakowało, żeby samolot, którym lecieli z Medellín do Bogoty, się rozbił, ale
szczęśliwie pilotowi udało się zapanować nad sytuacją i wyprostować maszynę.
Dziesięć dni po wizycie Racingu z DIM mierzyło się River Plate. W tym starciu
gospodarze również postawili dość twarde warunki i minimalnie przegrali z
zeszłorocznymi finalistami 0:1 po bramce Oscara Mása. Piłkarze tymi występami
wstydu raczej nie przynieśli i kibice mieli nadzieję, że równie dobrze
zaprezentują się w meczach rewanżowych. Niestety w Argentynie gospodarze nie
pozostawili złudzeń gościom z Kolumbii, kto lepiej opanował futbolowe
rzemiosło. 18 kwietnia DIM przegrało z Racingiem 2:5, a dwa dni później ulegli
River Plate 2:6.
Dla Corabtty
najważniejsze było jednak to, co wydarzyło się pomiędzy tymi spotkaniami. Po
meczu z Racingiem trener Hormazábal pozwolił argentyńskim piłkarzom na
opuszczenie hotelu, ale zaznaczył jednocześnie, że mają wrócić wieczorem w
przeddzień meczu z River Plate. Wrócili wszyscy oprócz Corbatty. Omar w hotelu
pojawił się dopiero następnego dnia. Nikt nie wiedział, co się z nim działo w
tym czasie, ale jasne stało się, że Corbatta znowu dał się ponieść nocnemu
życiu. Kiedy Arriola wszedł do jego pokoju, zastał piłkarza pijanego, a pod
łóżkiem walały się jeszcze puste butelki po piwie. Prezes klubu spełnił
obietnicę złożoną trenerowi i natychmiast odsunął Omara od zespołu. Wyrzucił go
też z hotelu, w którym zatrzymała się drużyna, ale nie odesłał do Kolumbii,
tylko zostawił na miejscu. Corbatta razem z żoną i dziećmi został w Buenos
Aires i zatrzymał się w domu teściów.
W
kolumbijskiej prasie zawrzało. Gazeta El Colombiano wytykała praktycznie całkowity
brak dyscypliny w zespole. Zwracano też uwagę, że Corbatta nie był jedynym,
który podpał w Buenos Aires. Również inni argentyńscy gracze raczyli się wtedy
winem, a dodatkowo wielu z nich miało też słabość do palenia. Hormazábal miał
rzekomo spoliczkować Corbattę, kiedy zobaczył, w jakim jest stanie, ale później
temu zaprzeczał. Pojawiały się wewnętrzne spory w zespole. Kolumbijczycy
skarżyli się, że Argentyńczycy cieszą się większymi przywilejami. Sprawa nie
ucichła po powrocie do kraju. W Boliwii DIM tylko zremisowało 1:1 z Bolívarem i
wygrali 2:1 z 31 de Octubre. Na dodatek wyniki Santa Fe również nie powalały na
kolana – trzy porażki i jeden remis. Magazyn Vea Deportes pisał o katastrofie
kolumbijskiego futbolu. O niepowodzenia kolumbijskich klubów zaczęto oskarżać
zagranicznych zawodników, którzy nie zawsze grali z pełnym zaangażowaniem i
często zabierali miejsce młodym Kolumbijczykom. W DIM występowało wówczas
więcej Argentyńczyków niż Kolumbijczyków. W prasie zaczęła się kampania na
rzecz rodzimych zawodników, w którą wkrótce zaangażowały się też władze, czego
efektem było wkrótce wprowadzenie limitu dla obcokrajowców. Od tej pory w
zespole musiało występować przynajmniej siedmiu graczy z Kolumbii. Rozbrat
Corbatty z Medellín nie był jednak ostateczny, gdyż wrócił do DIM w lutym 1968
r. Nie ma jednak zbyt wielu informacji o tym, co robił przed powrotem do
Kolumbii. Latem 1968 r. udzielił wywiadu magazynowi Vea Deportes, w którym
twierdził, że grał przez ten czas w klubie Comunicaciones, którego siedziba
znajdowała się tylko dwadzieścia minut drogi od domu jego teściów. Zespół ten
występował na trzecim poziomie rozgrywkowym, a jego szkoleniowcem był wówczas
bliski znajomy Omara Ángel Perucca. Był on byłym zawodnikiem Newell’s, a w
latach czterdziestych był ważnym elementem argentyńskiej reprezentacji. Nie ma
jednak żadnych zapisków, które potwierdzałyby, że Corbatta rzeczywiście
występował w Comunicaciones. Według Alejandro Walla najbardziej prawdopodobnym
wydaje się, że Omar mógł po prostu tylko trenować z tą drużyną do czasu, aż
jego sytuacja się nie wyjaśni. Corbatta miał też podjąć próbę powrotu do
Racingu, ale również tutaj brak jest konkretnych szczegółów. Chciałem zostać w
Argentynie, żeby grać, ale wygląda na to, że 30-latek jest już tu zbyt stary. U
mnie wszystko jest w porządku. Trochę mi smutno, że ludzie tutaj tak dużo mówią
o tym, że 30-latkowie są już za starzy. Ale tu w Argentynie bardzo się w tej
ocenie wszyscy mylą. Prawda jest taka, że jako piłkarz byłem… Naprawdę nie
potrafię siebie zdefiniować… Mogę powiedzieć, że z tego co wiem, to… wszyscy
mówią, że jako prawy skrzydłowy byłem niesamowity… Tak mówią ludzie, ale sam
nie wiem, jak będzie – mówił w wywiadzie udzielonym na lotnisku tuż przed
wylotem do Kolumbii. Do Kolumbii wrócił w lutym. Ciągle był popularny w
Medellín i kibice coraz głośniej zaczynali domagać się jego powrotu do zespołu.
W końcu Arriola ugiął się pod wywieraną przez sympatyków klubu presją i w
styczniu 1968 r. zaproponował Omarowi powrót do klubu. ,,Wszyscy gracze chcą,
żeby wrócił”– mówił Arriola na łamach El Colombiano. DIM było już wówczas innym
klubem. Słabe wyniki w Copa Libertadores spowodowały spore problemy finansowe i
realne stało się widmo bankructwa. Bardzo duże koszty wiązały się z meczami
wyjazdowymi zespołu podczas Copa Libertadores. W składzie było dziewięciu
Argentyńczyków i każdy z nich zabierał ze sobą rodzinę. W efekcie klub więcej
pieniędzy wydawał na zakwaterowanie niż na transport zespołu. Nowym trenerem
drużyny został Kolumbijczyk Rodrigo Fonnegra. Był on odpowiedzialny nie tylko
za wybór składu i opracowanie taktyki, ale do jego zadań należało też
przygotowanie fizyczne zespołu. Łączenie tych funkcji było pierwszym z wielu
elementów planu oszczędnościowego wprowadzonego w klubie. Tym, który zasugerował,
żeby ponownie sięgnąć po Corbattę, był Argentyńczyk Héctor Chichí Molina. ,,Wiedziałem,
że to zły pomysł. Jednak zespół potrzebował idola, a on właśnie takim idolem
był”– mówił Molina. Powrót Corbatty nie tylko złagodził nastroje wśród kibiców,
ale pomógł też zwiększyć wpływy z biletów. O tym, jak ważny dla sympatyków
klubu był Corbatta, przekonano się już w dniu jego powrotu, kiedy na lotnisku
wyczekiwała go spora grupa kibiców. Spodziewane większe dochody z biletów nie
rozwiązały jednak wszystkich kłopotów finansowych klubu, który miał nawet
problem z wypłacaniem pensji. Została więc utworzona spółdzielnia wśród
piłkarzy, która miała odpowiednio rozdzielać zyski. 42 procent dochodów zatrzymywali
zawodnicy, a reszta przeznaczona była na reklamę, pensje szeregowych
pracowników klubu i spłatę zadłużenia. Corbatta zgodził się na takie warunki i
zapowiedział, że z kolegami zarobią nawet więcej pieniędzy niż wcześniej, bo
jeśli nie będą wygrywać, to nie będą też mieli co jeść. Nieco zdziwiona jego
powrotem była kolumbijska prasa. El Colombiano miało wątpliwości, czy zawodnik
rzeczywiście zmienił swoje podejście, ale jeśli tak, to według gazety powinien
zostać w klubie przyjęty z wszelkimi honorami. Sam Corbatta w wywiadzie,
którego udzielił Vea Deportes, zapewniał, że to, co złe zostawił już za sobą.
,,Wracam z
czystą i podniesioną głową, żeby odpowiedzieć za moje słowa i czyny z
przeszłości, ale w duchu chcę zapomnieć o minionych czasach. To jest początek
nowego etapu”– mówił piłkarz. Fonnegra wiedział o problemach Omara, ale zdawał
sobie też sprawę, że Corbatta ciągle potrafi grać na wysokim poziomie. W
rozmowie z prezesem zasugerował, że Hormazábal być może nie potrafił
odpowiednio dotrzeć do Omara i że on sam ma na to inny pomysł. Corbatta, który
trochę przybrał na wadze, miał grać w środku, do czego ostatecznie udało się go
przekonać i był bardzo podekscytowany przed pierwszym meczem po powrocie, w
którym przeciwnikiem DIM był zespół Deportes Tolima. W tych okolicznościach
Argentyńczyk lśnił na boisku. Przy swojej nadwadze stale był w ruchu i
pokazywał tak charakterystyczną dla siebie kontrolę nad piłką – pisano po jego
powrocie na łamach Vea Deportes. Corbatta z żoną i dziećmi znowu zamieszkał w
dzielnicy Calasanz, ale w nieco innej okolicy niż poprzednio. Wiedli spokojne
życie, Silvia nie nawiązywała bliższych relacji z żonami innych piłkarzy, a
Omar większość czasu spędzał w domu. Zaprzyjaźnił się też z sąsiadem o imieniu
Guillermo, z którym często popijali razem piwo. Nydia – żona Guillermo –
przygotowywała im sancocho, czyli tradycyjną kolumbijską zupę z kurczakiem,
kukurydzą i ziemniakami, która była przysmakiem Omara. Silvia była piękna,
miała piękne ciało. Omar był wyjątkową osobą, bardzo dobrą. Byli bardzo swojscy
i dobrze się dogadywali, nigdy nie traktowali się źle. Naprawdę się kochali.
Omar i Silvia nigdy nie traktowali się źle i nigdy nie byli wplątani w żadne
skandale. Nie mieli luksusów. Nie mieli samochodu. Czasami przyjeżdżał tu
klubowy autobus – wspominała po latach swoich dawnych sąsiadów Nydia. W
Medellín nigdy nie opływali w luksusy, ale problemy finansowe klubu sprawiły,
że musieli żyć skromniej niż wcześniej. Wielu piłkarzy szukało jakiś
dodatkowych zajęć poza futbolem, żeby zwyczajnie sobie dorobić. Rodolfo Ávila i
Edgardo López otworzyli restaurację, Perfecto Rodríguez i Héctor Molina
założyli sklep sportowy, a Ramón García z Germánem Acerosem sklep obuwniczy. Z
kolei Corbatta, który nie umiał czytać i pisać, zaczął sprzedawać książki. W
ten biznes wkręcił go Molina, który początkowo sam się tym zajmował. Jego
kolega zajmował kierownicze stanowisko w wydawnictwie Plaza & Janés i
zapewniał towar, a Molina miał się zająć wynajęciem biura i znalezieniem
sprzedawców. Po jakimś czasie wpadł na pomysł, że dzięki swojej popularności w
tej roli dobrze sprawdziłby się Corbatta. Z każdej sprzedanej książki
otrzymywał dziesięć procent, a sprzedawał ich całkiem sporo. Wielu klientów
przychodziło głównie ze względu na niego, chcąc też przy okazji zrobić sobie
razem z nim zdjęcie. W pracy nie przeszkadzał mu fakt, że sam nigdy żadnej
książki nie przeczytał, bo zawsze obok był inny sprzedawca, który mógł udzielić
bardziej szczegółowych informacji na temat konkretnej pozycji. Corbatta miał tylko
ładnie wyglądać i być miłym dla ludzi. Praca pozwoliła mu nieco podreperować
domowy budżet, ale nie trwało to zbyt długo. Omar nie chciał mieć zbyt dużo
zobowiązań poza piłką, a dodatkowo źle się czuł na spotkaniach z innymi
sprzedawcami, gdzie wręczano mu długopis i notatnik, żeby mógł notować to, co
było na nich omawiane. Znowu bardzo dobrze prezentował się na treningach.
Często urozmaicał je sobie i kolegom różnymi konkursami czy popisami. Lubił
wieszać ręczniki na poprzeczce i potem trafiać w nie futbolówką. Swoimi
umiejętnościami przyciągał na treningi nie tylko fanów DIM, ale zdarzało się
też, że chętnie podziwiali go kibice Atlético Nacional. Darzyli go dużym
szacunkiem i cieszyli się, że piłkarz tej klasy gra w Medellín. Widok Corbatty
w barze Atlenal, który był miejscem spotkań fanów Atlético, nikogo wówczas nie
dziwił. Jednak do barów Corbatta nie zaglądał zbyt często, bo żona ciągle go
kontrolowała. To ona rządziła w domu pieniędzmi i pilnowała, żeby mąż nie
przesiadywał zbyt długo poza domem. Wolała go mieć pod kontrolą, nawet
pijanego, ale w domu niż na mieście. W oczach kolegów Omara z zespołu była
bardzo zaborczą kobietą, a niektórzy zarzekali się nawet, że uprawiała czary,
żeby kontrolować męża. Doświadczyłem tego pewnego popołudnia, kiedy graliśmy w
bilard. Byliśmy razem z Gallego i Santamaríą, a Omar zaczął się niepokoić i
chciał wracać. „Poczekaj stary, skończymy grać” – powiedzieliśmy mu. Ale to do
niego nie docierało i w końcu wyszedł. Mówiono, że Silvia zapaliła papierosa i
wypuszczając dym, powiedziała „za pół godziny mam go w domu”. To go
prześladowało – opowiadał Alfonso Jaramillo.
0
@FCBparasiempre
Trener
Fonnegra również pilnował, żeby jego podopieczni zbyt często nie pojawiali się
w barach. Oszczędności w klubie spowodowały, że przed meczami u siebie
zawodnicy nie zbierali się już razem w hotelu, ale spali w swoich domach.
Spotykali się w dniu meczu i po wspólnym posiłku udawali się na stadion.
Szkoleniowiec, żeby mieć pewność, że zawodnicy poprzedni wieczór spędzają
grzecznie, dzwonił do nich i sprawdzał w ten sposób, czy są w domu. Początkowo
dzwonił o 21:00, ale po pół godziny niektórzy i tak wychodzili na miasto. W
końcu więc zaczął dzwonić o 23:00, kiedy już było zbyt późno na wyjście. Ale i
na to piłkarze znaleźli sposób. Prosili wtedy żony albo matki, żeby
powiedziały, że ci już śpią, a trener nie chcąc ich budzić, wierzył w te
zapewnienia. Canocho Echeverry powiedział mi dużo później, że tak robili, ale
to był mój jedyny sposób na utrzymanie ich pod kontrolą, nie miałem innego
wyjścia – mówił po latach trener Fonnegra. Dodatkowo w każdy wtorek po
poniedziałkowym wolnym zbierał zawodników na środku boiska i jeśli któryś z
piłkarzy podpadł przed meczem lub spóźnił się na trening, musiał zapłacić karę.
Trzeba ją było uregulować przed końcem tygodnia, a pieniądze były przeznaczane
na mięso, które miało później trafić na grill. Pierwszy swój sezon po powrocie
Corbatta z kolegami zakończyli w środku tabeli. Jak na klub borykający się ze
sporymi kłopotami finansowymi, wynik ten był całkiem niezły. W 1969 r. trener
Fonnegra ustąpił ze stanowiska i zastąpił go Hector Molina. To właśnie z Moliną
w roli trenera Corbatta zaliczył jeden ze swoich najbardziej spektakularnych
występów w Kolumbii. 25 maja 1969 r. w Ibagué DIM rozbiło Deportes Tolima aż
8:3. Jak pisał Wall, Corbatta tym meczem zbudował swoje wielkie dzieło sztuki w
Kolumbii i to ten występ jest pierwszym skojarzeniem z grą Omara w DIM. Powiedział
mi, że nie chce biegać i grać na jako „ósemka”. Ale w końcu go przekonałem i
się przełamał. Potem przyszedł do hotelu, żeby ze mną porozmawiać, a ja mu
powiedziałem „Widziałeś, jakie to łatwe?”. Dzięki temu przekonałem go, żeby
dalej grał na tej pozycji. Ale budowa ciała już mu nie pomagała. Nie nadawał
się już wtedy, żeby grać jako „ósemka” ani „siódemka” – wspominał Molina. Niestety
wkrótce później zespół zaczął grać coraz słabiej. Nie potrafił wygrywać ani na
swoim terenie, ani tym bardziej na wyjeździe. Najbardziej bolesna była porażka
0:6 z Deportes Quindío. Wkrótce potem Molina musiał pożegnać się z posadą, a
Alfonso Arriola za wszelką cenę próbował z powrotem ściągnąć Fonnegrę. Oliwy do
ognia dolał syn prezesa – Mauricio, który pomagał w rozwiązaniu problemów
finansowych i który jako głównego winowajcę słabej postawy drużyny wskazał
Omara. ,,Rak zespołu nazywa się Orestes Omar Corbatta”– powiedział Mauricio
dziennikarzom. Dodatkowo zapewnił dziennikarzy, że piłkarz zostanie zwolniony z
klubu. Corbatta dowiedział się o tym od żony, która przeczytała o tym w prasie.
Wściekły na takie potraktowanie Omar udał się do biura Arrioli i zaczął się z
nim wykłócać. Razem z nim była też Silvia, która również nie przebierała w
słowach. Krzyki i obelgi były tak głośne, że całe towarzystwo trzeba było
rozdzielać, żeby nie skończyło się na rękoczynach. ,,To był skandal, na który
instytucja taka jak DIM nie zasługuje”– oburzano się na łamach ,,El Colombiano.”
Arriola zagroził, że albo on odejdzie, albo Corbatta. Dla Omara był to
ostateczny koniec pobytu w Medellín. Opuścił drużynę pod koniec sierpnia 1969
r. Kilkanaście miesięcy później klub popadł w jeszcze większe kłopoty i wkrótce
przestał być własnością rodziny Arriola. Losy Corbatty po powrocie z Kolumbii
nie są do końca jasne. Najprawdopodobniej początkowo razem z Silvią i dziećmi
zamieszkał u teściów. Później mieli przenieść się do domu w Ramos Mejía w
zachodniej części metropolii Buenos Aires. Według siostry Silvii – July –
mieszkanie to miał wynająć im ich ojciec Julio César. Inną wersję przedstawił
Albino Bemposta – były prezes klubu San Telmo, w którym później występował
Corbatta. Według niego Omar po powrocie był w bliskich kontaktach z seminarium
metropolitarnym w Villa Devoto. Tym samym, które odwiedzał swego czasu na
zaproszenie ojca Mugicy. Możliwe też, że tam pomieszkiwał.
Corbatta po
przyjeździe z Kolumbii nie miał nic. Znalazł pomoc w seminarium, gdzie w zamian
za posiłki uczył młodzież gry w piłkę. Zmagał się jednak z problemami, na które
w seminarium nie było miejsca. Zaprzyjaźniony ksiądz zapytał mnie, czy nie
mógłbym mu pomóc. San Telmo grało wówczas w Primera B, a ja był prezydentem
klubu. Musiałem najpierw porozmawiać z trenerem, który grał z nim razem w
Racingu. Był nim Alberto Rastelli. „Posłuchaj” – powiedział Rastelli – „jeśli
zagra jeden procent tego, co pokazywał za moich czasów, to niech przychodzi”.
Powiedziałem więc potem księdzu, żeby przywiózł go do San Telmo – opowiadał
Albino Bemposta. Księdzem, który prosił o pomoc dla Omara, był José Barbich z
parafii San Rafael, która też znajdowała się w Villa Devoto. Ten sam ksiądz
przy okazji debiutu Corbatty w nowym zespole mówił w rozmowie z prasą, że zna
go od małego i po powrocie z Kolumbii zaproponował mu kierowanie młodzieżowym
zespołem parafialnym. Możliwe więc, że zamiast w seminarium, Corbatta
pomieszkiwał u niego na parafii i to tam pomagał w szkoleniu młodych adeptów
futbolu. Warto jeszcze wspomnieć, że ksiądz Barbich był bliskim przyjacielem
kardynała Jorge Bergoglio oraz że to on udzielał ślubie Diego Maradonie i
Claudii Villafañe. O ile prześledzenie losów Corbatty od czasu powrotu z Kolumbii
do debiutu w nowym zespole jest już dzisiaj raczej niemożliwe, o tyle wiemy na
pewno, że w barwach San Telmo po raz pierwszy zaprezentował się 28 marca 1970
r. Jeśli zwykle na mecze przychodziło około tysiąca kibiców, to tego dnia
przyszło pięć tysięcy. Przyszli zobaczyć swojego idola, który wrócił. Nie tylko
miłośnicy San Telmo chcieli go oglądać. Przyszli nawet fani All Boys
[występujący wówczas na tym samym poziomie rozgrywkowym klub z Buenos Aires –
przyp. red.] – wspominał Bemposta. Ówczesny prezydent klubu zapewniał też, że
to on wynajął Omarowi mieszkanie w Ramos Mejía. Klub swoją siedzibę miał w Isla
Maciel w dzielnicy Dock Sud, czyli w tej samej okolicy, gdzie Corbatta przez
jakiś czas pomieszkiwał u ciotki na początku swojej przygody z Racingiem. Razem
z mamą poszliśmy go zobaczyć, kiedy debiutował. Byliśmy na trybunach podczas
tego wydarzenia. Świetnie grał w San Telmo – opowiadał Jorge Brianes, syn
kuzynki Omara Margarity. Dzielnicę Ramos Mejía dzieli od Isla Maciel około 25
kilometrów. Corbatta, żeby dostać się na trening, korzystał z komunikacji
miejskiej, co oznaczało kilka przesiadek po drodze. Razem z nim jednak tę samą
trasę zwykle pokonywał napastnik Carlos Pandolfi. Po drodze dużo rozmawialiśmy.
Mówiłem mu, że przeczytałem o nim wszystko i że był idolem mojego brata. Ciągle
jednak powtarzał mi, że popełnił dużo błędów. Mówił, że kiedy grał w Boca
czasami za dużo pił i się upijał. (…) Ale miał wielkie serce. Dzięki niemu
zdobyłem wiele bramek – mówił po latach Pandolfi. W wywiadach Corbatta
podkreślał, że jest bardzo wdzięczny, że dostał szansę w San Telmo. Narzekał,
że w Racingu nie znalazł pomocy i zwracał uwagę, że w jego nowym klubie
potraktowano go tak, jakby spędził tam wiele lat. Pensja, jaką otrzymywał, nie
była jednak zbyt wysoka i przez pewien czas dorabiał jako stróż w
hipermarkecie. Duża odległość pomiędzy mieszkaniem a stadionem sprawiała, że
nie zawsze brał udział w treningach. Zdarzało się też, że po zajęciach nie
wracał do domu, ale udawał się do dzielnicy La Boca, gdzie szukał pocieszenia w
alkoholu. W wywiadach zapowiadał, że na boisku będzie dawał z siebie wszystko i
że stać go na co najmniej dwa lata gry na wysokim poziomie. Niestety jego
lekceważący stosunek do treningów i brak dyscypliny spowodowały, że po paru
miesiącach coraz mniej nadawał się do gry. Poprosiłem go, żeby dobrze zakończył
rok. Ale on nie słuchał. Rastelli się wściekł i powiedział mi, że nie mamy
więcej co na niego liczyć – wspominał Bemposta. Po raz ostatni w barwach San
Telmo zagrał w grudniowym meczu z Ferro Carril Oeste. Ferro wygrało 2:0 i
awansowało do ekstraklasy. Po latach Corbatta wspomniał, że w trakcie przerwy
niektórzy z liderów San Telmo poprosili resztę, żeby nieco odpuścić, co bardzo
go wówczas zniesmaczyło. Prezes Bemposta jednak stanowczo temu zaprzeczał.
Corbatta przez dziewięć miesięcy gry w San Telmo strzelił dla klubu dziesięć
bramek. Siedem z nich padło po wykorzystanych przez niego rzutach karnych. Po
powrocie z Kolumbii Corbatta rozstał się też z żoną. Brak konkretnych
informacji, kiedy to dokładnie nastąpiło, ale według July było to właśnie w
czasie gry w San Telmo. Myślę, że zmusiła ich do tego sytuacja ekonomiczna.
Tata kurczowo trzymał się picia i wierzył, że z mamą i dziadkami będzie nam
lepiej. Jednak nigdy nie przestali się kochać. Mama zawsze to powtarzała. Nie
było dla niej nikogo lepszego niż tata. Zawsze go kochała – mówiła Iliana.
Po rozstaniu
z Omarem Silvia próbowała na nowo ułożyć sobie życie i związała się z innym
mężczyzną. W 1971 r. przeprowadzili się do Chascomús, gdzie Corbatta stawiał
pierwsze kroki w poważnej piłce. W połowie lat siedemdziesiątych Silvia wybrała
się do Buenos Aires i spotkała z Omarem. Przygotowała byłemu mężowi ubranie i
pieniądze i umówili się rano na śniadanie w hotelu Los Vascos. Mimo wczesnej
godziny Corbatta dzień zaczął od lampki wina, Silvia nie miała już nawet siły
się na niego złościć. To było jedno z ich ostatnich spotkań. Niestety z dziećmi
Omar nie miał już później praktycznie żadnego kontaktu. Iliana wspominała, że
kiedyś razem z matką i bratem pojechali do Buenos Aires, żeby załatwić jakieś
urzędowe sprawy. Spotkała wtedy ojca, ale nie chciała się z nim przywitać.
Ciągle miała do niego żal. Nigdy więcej go nie zobaczyła. Silvia utrzymywała
potem kontakt z Titą Mattiusi, która później opiekowała się Omarem i pytała ją,
jak sobie radzi jej mąż. Corbatta z kolei prosił Titę o przygotowanie kartek
świątecznych dla dzieci i napisanie im, że je kocha. Kiedy w telewizji
rozmawiali o tacie, albo gdy był jakiś reportaż, to mama zawsze robiła głośniej.
Mama i mój brat go uwielbiali. Siadali i wiedzieli, kim jest tata – wspominała
Iliana. Sama była zła na ojca i miała do niego żal. Gdy Wall zapytał ją, jak
długo ta złość w niej siedziała, Iliana odparła: ,,Dopóki nie zostałam matką.
Ale było już wtedy za późno. Jeszcze żył, kiedy Kimei, moja pierwsza córka,
urodziła się w kwietniu 1991 r. Chciałabym móc mu powiedzieć: „Spójrz, to Twoja
wnuczka”. Bardzo chciałabym z nim porozmawiać. Jednak tak się nie stało, bo nie
wiedziałam, jak mnie przyjmie. Miałam mętlik w głowie”– opowiadała z żalem
Iliana. Pięć miesięcy po swoim ostatnim meczu w barwach San Telmo Corbatta
rozpoczął kolejny etap swojej piłkarskiej przygody. Pewnego majowego wieczoru
1971 r. zjawił się na stacji Retiro i wsiadł do autobusu firmy El Valle, który
zabrał go ponad tysiąc kilometrów na południowy zachód od Buenos Aires. Celem
podróży było położone w północnej Patagonii miasto General Roca, gdzie miał
zostać zawodnikiem klubu Tiro Federal. Klubowi działacze od czasu do czasu odwiedzali
Buenos Aires, gdzie szukali wzmocnień zespołu. Najczęściej ich celem byli już
doświadczeni, odstawieni na boczny tor gracze, którzy jednak ciągle mogliby
wnieść sporo do drużyny. Poza nimi rozglądano się też za młodymi chłopakami,
którym nie poszczęściło się w zespołach z czołówki. Corbatta nie zaliczał się
raczej ani do jednej, ani do drugiej grupy piłkarzy. Mimo to, kiedy trener
Jorge Miranda dowiedział się, że Omar jest bez klubu, zapragnął mieć go w
swojej ekipie. To jednak nie było takie proste, bo najpierw trzeba było
ustalić, gdzie Corbatta obecnie przebywa. Zadanie to powierzono Raúlowi
Moralesowi, który jako były dziennikarz miał spore znajomości w stołecznym
regionie. Nie szukał jednak tylko Omara, ale rozglądał się za innymi wzmocnieniami.
Pierwszym piłkarzem, którego udało mu się znaleźć był napastnik Eduardo
Rosciglione, który jako 29-latek grał dla drużyny z sąsiedztwa. Razem z nim
Morales udał się kilka przecznic dalej, do sklepu obuwniczego, gdzie
Rosciglione przedstawił mu José Zagariego, 25-letniego obrońcę, który grał w
Deportivo Español. Dopiero później udało im się dotrzeć do Corbatty. Morales
twierdził, że znalazł go na stadionie Racingu, gdzie miał mieszkać, ale
Rosciglione zdecydowanie temu zaprzeczył. Według niego Omara znaleźli w
dzielnicy Mataderos na rogu ulic Murguiondo i Avenida del Trabajo (która
dzisiaj nosi imię Evy Perón), gdzie w barze na stacji benzynowej grał w karty i
raczył się winem. Corbatta nie odrywając się od gry, wysłuchał propozycji i
zapytał o pieniądze. Morales nie był w stanie podać konkretnej kwoty, ale
zapewnił go, że klub opłaci mu podróż, wyżywienie i zakwaterowanie na miejscu.
Omar się wahał i odparł, że jeśli nie będzie pieniędzy, to nigdzie się nie
wybiera. Wtedy spróbował przekonać go Rosciglione, który bardzo liczył na jego
towarzystwo w czasie podróży. Loco, chodźmy na kilka dni, zobaczmy, jak to
wygląda, a jeśli nam się to nie spodoba, to przynajmniej będziemy mieć dobre
wakacje – przekonywał Rosciglione. To wystarczyło. Corbatta stwierdził, że w
sumie nie ma niczego do stracenia i dwa dni później on, Morales, Zagari i
Rosciglione wyruszyli do General Roca. Położone w prowincji Río Negro miasto
General Roca znajdowało się na peryferiach wielkiego futbolu. Piłkarskie życie
kraju koncentrowało się wokół Buenos Aires, a jeśli jakaś klasowa drużyna
trafiła w te strony, to przeważnie podczas przedsezonowych przygotowań.
Kierownictwo klubu było bardzo podekscytowane, że udało im się sprowadzić
gracza z tak dużym nazwiskiem. Liczyli, że Corbatta stanie się lokalną gwiazdą,
przyciągnie na stadion więcej kibiców i zwróci uwagę krajowej prasy na ten
region. Dla miejscowych piłkarz stał się namiastką wielkiego futbolowego
świata. Mimo że nie mieli telewizji, to doskonale wiedzieli, kim jest Omar i
wielu znało jego historię. Kiedy dowiedzieli się, że Corbatta przybył do
miasta, to niemal oszaleli ze szczęścia i nie mogli w to uwierzyć. Corbatta
zamieszkał w pensjonacie, który prowadziła Corina Navarro. Była ona wdową i po
śmierci męża na tyłach domu zbudowała kilka pokoi do wynajęcia, co miało
zapewnić utrzymanie jej i ósemce jej dzieci. Pierwszą rzeczą, jaką trzeba było
zapewnić Omarowi, były piłkarskie buty, bo tradycyjnie już swoich nie posiadał.
Jego prezentacja w nowej drużynie odbyła się w siedzibie klubu przy ulicy
Tucumán. Corbatta wyjaśniał, że ustalił z trenerem Mirandą, że nie będzie grał
na skrzydle, ale w środku. Powiedział też, że oprócz gry na boisku będzie
pomagał w szkoleniu. Dodatkowo opowiadał o najlepszych latach kariery,
występach w reprezentacji i znakomitym turnieju w Limie.
0
@FCBparasiempre
,,Corbatta,
kiedy przybył, był bardzo zniszczony, ale zaczął grać i zajął moje miejsce”–
wspominał Norberto Berlatto. Trener Miranda dobrze jednak zdawał sobie sprawę
ze słabości Corbatty i poprosił Berlatto, żeby zawsze był gotowy do gry, bo nie
wiadomo było, kiedy Omar zgłosi niedyspozycję. Czasami grał całą połowę, a
innym razem już po pół godziny nie był w stanie dalej grać i konieczna była
zmiana. Pierwszy raz w błękitno-białej koszulce nowego klubu zagrał w miniturnieju,
który zorganizowano z okazji przybycia nowych graczy. W niedzielę 16 maja 1971
r. ulice General Roca się wyludniły i wszyscy udali się na stadion. W imprezie
oprócz Tiro Federal wzięły też udział zespoły Italia Unida, Círculo Italiano i
Pacífico. Tiro najpierw wygrało z Pacífico 3:0, a potem w finale rozbiło 5:1
Italię Unida, która wcześniej 1:0 pokonała Círculo Italiano. Corbatta bramki co
prawda nie zdobył, ale swoją grą wzbudził zachwyt kibiców i miejscowej prasy. Corbatta,
fundamentalny element zespołu. Wielkie otwarcie. Zawsze bez krycia. Grał i
tworzył grę. Kiedy uderzał, to jego strzały były jak pół gola, a kiedy chciał
wejść z głębi, to robił to od ręki. Do tego wszystkiego dołożył dwa lub trzy
genialne zagrania, które uświetniły ten znakomity występ – pisano po meczu na
łamach kroniki Río Negro. Ciągle jednak brakowało oficjalnego potwierdzenia, że
cała trójka dołączy do klubu. Piłkarze oczekiwali regularnej pensji, a także
premii i nagród dla siebie. Bez tego nie zamierzali zostać w General Roca.
Prezes Himerio Martínez nie mógł im jednak tego zapewnić. Jedyne, co mógł
zaoferować to zakwaterowanie, wyżywienie i kilka diet. Żeby przekonać ich do
pozostania, zaproponował im normalną pracę. Musieli tylko się zdecydować, co
chcieliby robić. Mieli do wyboru pracę na dworcu kolejowym, gdzie liczyliby
skrzynki jabłek przygotowywane do transportu, mogli też jako cywile wykonywać
prace biurowe na komisariacie albo pracować jako kasjerzy w banku. Zawodnicy
stwierdzili jednak, że jeśli mają pracować, to wolą wrócić do Buenos Aires.
Wtedy Martínez wymyślił, że w trójkę mogą prowadzić sklep obuwniczy, gdzie
głównym magnesem dla klientów miał być oczywiście Corbatta, ale ten pomysł też
szybko upadł. Wreszcie prezes zaprosił ich do swojego biura, żeby podjęli
ostateczną decyzję. Rosciglione i Zagari poszli tam sami, bo Corbatta wyjaśnił
im, że nie może im towarzyszyć, ponieważ musiał zjeść przygotowanego dla niego
indyka na farmie. Kiedy obaj stanęli przed prezesem, ten zapytał, czemu
wreszcie się nie zgodzą zostać, tak, jak Omar, który podjął już decyzję. To
dlatego Corbatta nie poszedł z nimi – już wcześniej dogadał się z prezesem.
Rosciglione i Zagari jeszcze tej samej nocy udali się na dworzec, żeby wrócić
do stolicy. Omar ich odprowadził, a na pytanie dlaczego chce zostać,
odpowiedział, że oni obaj mają przecież rodziny, a on sam praktycznie nie ma do
czego wracać. Tito Federal było amatorskim zespołem, choć zdyscyplinowany i
bardzo ambitny trener Jorge Miranda próbował narzucić zawodnikom nieco bardziej
profesjonalny rygor. Dbał o przygotowanie fizyczne i dietę piłkarzy, a także
bardzo dużą wagę przywiązywał do meczowej taktyki. Drużyna trenowała jednak
tylko dwa razy w tygodniu, wieczorami, kiedy większość zawodników skończyła
swój dzień pracy, więc szkoleniowcowi ciężko było wykrzesać maksimum z
piłkarzy. Corbatta na treningach się nie przemęczał. Trochę pobiegał i pograł z
kolegami, a potem ruszał w swój rajd po miejscowych barach i knajpach. W
klubach grywały lokalne zespoły, a na parkietach królowały tango, milonga,
bolero, cumbia i rock’n’roll. Omara jednak najczęściej można było spotkać przy
barze, gdzie raczył znajomych swoimi opowieściami. Obojętnie czy odwiedzał
akurat cukiernię, kawiarnię czy kręgielnię, to zawsze znajdował się ktoś, z kim
mógł porozmawiać o piłce i kto zapraszał go na jedzenie czy drinka. Miranda
starał się pilnować swoich graczy i często incognito przechadzał się po barach,
a kiedy spotkał jakiegoś swojego zawodnika, natychmiast odsyłał go do domu.
Pomagało mu w tym dwóch niepijących napastników Carlo Carosanti i Cacho
Montoto, którzy szczególną uwagę mieli zwracać na Corbattę. Kiedy któryś z nich
spotykał Omara, to odwoził go do pensjonatu Coriny Navarro. Nie zawsze było to
proste, bo czasami piłkarz się upierał, żeby jeszcze chwilę zostać. Koledzy
jednak pozostawali niewzruszeni i zabierali kolegę do domu. Miranda kontrolował
Corbattę nawet w pensjonacie. Często pilnował go wieczorami, próbując nie spać,
ale Omar nawet wtedy potrafił się wymknąć. Czekał, aż trener zaśnie lub samochód,
który go odstawił, odjedzie i wtedy ponownie wychodził. Trener próbował go
przekonać do zmiany zachowania. Uświadamiał go, że musi być bardziej
odpowiedzialny, jeśli chce dalej grać w drużynie. Jednak uzależniony Corbatta
nawet jeśli wiedział, że robi źle, nie był w stanie przeciwstawić się nałogowi.
Mecze w General Roca często obfitowały w brutalne starcie i przepychanki.
Podczas towarzyskiego meczu z San Martín de Cipolletti sędzia wyrzucił z boiska
jednego z zawodników tej drużyny, ale ten nie miał zamiaru opuszczać murawy. W
końcu musiała pomóc mu policja. Zaczęły się przepychanki, a kiedy jeden z
graczy Tiro został powalony na ziemię, rozpoczęła się regularna bijatyka.
Równocześnie walka wywiązała się też między kibicami. Nie był to odosobniony przypadek
i nieraz zdarzało się, że najbardziej krewcy piłkarze kończyli mecz w
policyjnym areszcie. Dla Omara takie zachowania były czymś niespotykanym, ale
zawsze starał się trzymać z dala od tych bijatyk.
,,To była
najlepsza rzecz na świecie, nie można było zobaczyć go wśród walczących”– mówił
kolega Corbatty z zespołu Ángel Travecino. We wrześniu 1971 r. wzmianki prasowe
o występach Omara były już coraz rzadsze. Jego pozycja w zespole zmalała, a
odpuszczanie treningów, które przecież nie były jakoś wielce wyczerpujące,
stało się u niego czymś powszednim. Coraz rzadziej też pojawiał się na boisku,
a jego gra pozostawiał coraz więcej do życzenia. Gdy grał, sprawiał wrażene
zagubionego wśród rywali i kolegów z zespołu. Jego nocne wycieczki pozostawiały
w jego organizmie kolejne ślady, których nie sposób było ukryć przed trenerem.
W końcu jego brak zdyscyplinowania spowodował, że Miranda stracił cierpliwość.
Był zmęczony ciągłym pilnowaniem piłkarza, zarówno w nocy, jak i przed meczami,
na które czasem potrafił się spóźniać. 5 października poinformowano, że decyzją
trenera Corbatta został odsunięty od drużyny. Trzy dni później gazeta Rio Negro
poinformowała, że Omar został ostatecznie zwolniony z klubu, a jako przyczynę
tej decyzji podano niewłaściwe postępowanie. Wyrzucenie z Tiro Federal
oznaczało też, że klub przestał płacić za jego zakwaterowanie. Corbatta jednak
nie znalazł się na bruku. Był tak dobrym człowiekiem, że pozwoliłam mu zostać
przez jakiś czas, dopóki nie znajdzie innego miejsca do życia – mówiła po
latach Corina Navarro. Była ona jedną z niewielu osób, które Omar darzył
naprawdę dużym szacunkiem. Według Alejandro Walla była dla niego niemal jak
matka. Sama również starała się na niego wpłynąć i kiedy widziała go pijanego
już przed południem czy rano, to nie przebierała w słowach. Raz, po jednym z
takich spięć Corbatta, żeby jej nie denerwować, zatrzymał się u znajomego i
został tam przez parę dni, dopóki nie doszedł do siebie. Corina, żeby utrzymać
dzieci, przygotowywała dla gości domowe posiłki, a także sok jabłkowy i sos
pomidorowy. Z winorośli rosnącej w ogrodzie robiła wino muskatowe. W ugniataniu
winogron i rozlewaniu napoju pomagały jej dzieci, które ciągle były jeszcze
małe. Najstarszy z nich – Beto – był kelnerem w barze, gdzie Corbatta nie musiał
płacić za jedzenie. Dzięki temu obaj panowie stworzyli opartą na zaufaniu
relację. Omar spędzał też czas z innymi dziećmi Coriny. Stał się niemal
członkiem jej rodziny. Kiedy ona gotowała gulasz z makaronem, Corbatta
opiekował się najmłodszą córką Gabrielą. Zmieniał jej pieluchy, kołysał do snu
na krześle i przygotowywał wodę do kąpieli. Pomagał też w innych pracach
domowych. Robił zakupy, mył podłogi, ale dobrze czuł się też w kuchni, gdzie
obierał ziemniaki, kroił cebulę i siekał paprykę na kolację. W weekendy czasem
spędzali czas na grillowaniu nad jeziorem Pellegrini w Cinco Saltos, gdzie w
cieplejsze dni zażywali też kąpieli. Kiedyś musieliśmy obciąć parę spodni z
jagnięcej skóry, bo nie miał kąpielówek. Był wspaniałym partnerem, bardzo go
kochałam – wspominała Corina. Szukając nowego klubu, Corbatta pomyślał o
zespole Argentinos del Norte. Kiedy pierwszy raz grał przeciwko tej drużynie,
to rywale przez cały mecz go obrażali, kopali i popychali. Po każdym meczu
spotykali się we własnym gronie, czasem też z rodzinami, żeby wspólnie się
najeść i wypić drinka. Omar pewnego razu poszedł się z nimi spotkać. Wyszedł do
niego jeden z zawodników Raúl Villar, który był przekonany, że Corbatta chce
wyrównać stare rachunki. Jednak Omar powiedział mu, że się za nimi stęsknił i
że są łajdakami, więc powinien grać razem z nimi. Villar zaprosił go do środka
i razem z innymi piłkarzami do późna rozmawiali. Argentinos del Norte było
klubem biedniejszej części miasta. Trenowali na pustej parceli parę przecznic
od obiektu Tiro Federal. Mieli tylko trzy małe reflektory do oświetlenia
boiska, ale drugim, głównym źródłem światła było oświetlenie z terenu lokalnego
rywala. Tak więc, kiedy Tiro Federal kończyło trening, to Argentinos del Norte
też musiało, bo robiło się potem zbyt ciemno. Corbatta ciągle mieszkał w
pensjonacie Coriny, ale nie zawsze wracał na noc. Często do późna grywał z
kolegami w bilard, albo odwiedzał dom Oscara Corradiniego – jednego z
największych piłkarzy z tego regionu. Corbatta potrafił zasnąć na stole
bilardowym przy bufecie. Mój zmarły ojciec codziennie dawał mu pieniądze na
jedzenie i prosił, żeby nie myślał o piciu. Czasem się zastanawiam, czy
traktowaliśmy go tak, jak na to zasługiwał. Był przecież legendą – mówił po
latach wyraźnie poruszony Villar. Ci, którzy pamiętają pobyt Corbatty w General
Roca, zauważają, że był bardzo przyjacielski i otwarty. Każdy chciał choć
trochę poprzebywać w jego towarzystwie, ale nie zawsze wychodziło to Omarowi na
dobre. Rodolfo Meñica, który grał w zespole Italia Unida wspominał, że Corbatta
często ich odwiedzał w przygotowanych przez klub pokojach, mimo że byli
przecież boiskowymi rywalami. Godzinami potrafił wtedy rozmawiać o futbolu. Nie
mówił o swoim życiu osobistym, małżeństwach, dzieciach czy przepuszczonych
pieniądzach. Nigdy też nie komentował polityki, nie rozmawiał o muzyce czy
kinie, nie oglądał telewizji ani radia. Od czasu do czasu mówił o kobietach
albo dzielił się ogólnymi życiowymi refleksjami, ale jedyną rzeczą, o której
mógł rozmawiać cały czas, była piłka nożna.
Kiedy
pewnego razu rozmawialiśmy z zawodnikami Rangers de Talca, chilijskiej drużyny,
która przyjechała na mecz towarzyski, Corbatta zaczął opowiadać o swoim golu
przeciwko Chile w 1957 r., kiedy dryblował kolejnych rywali. Chłopaki patrzyli
na niego, jakby był jakimś wariatem, który fantazjuje. Dopóki im go nie
przedstawiłem. „To Oreste Omar Corbatta” – powiedziałem im. Nie mogli w to
uwierzyć – wspominał z uśmiechem Meñica. W lutym 1972 r. ze stanowiska trenera
Tiro Federal ustąpił Jorge Miranda, a władze klubu postanowiły, że zastąpi go
Raimundo Orsi, który parę miesięcy wcześniej świętował 70. urodziny. W 1928 r.
był ważną częścią argentyńskiej reprezentacji na igrzyskach w Amsterdamie, a w
1934 r. razem z włoską drużyną narodową został mistrzem świata. Jako trener
dużą wagę przywiązywał do dyscypliny, ale zgodził się na powrót Corbatty do
zespołu. Kierownictwo Tiro miało nadzieję, że dwie postacie z tak bogatą
przeszłością pomogą w odbudowie drużyny. Obaj panowie nie wytrzymali jednak ze
sobą nawet miesiąca. Życie Corbatty w General Roca był ciągłą walką z wolnym
czasem. Z braku innych zajęć często wędrował od jednego baru do drugiego.
Dobrze czuł się w biedniejszych częściach miasta, gdzie miał nawet mieć
dziewczynę, która go odwiedzała. Znajomi wspominali też, że chodził po ulicach
bardzo lekko ubrany, mimo że na dworze było zimno. Zadbali więc o niego i
podarowali mu ciepłą kurtkę, w której przechodził całą zimę, a także inne
części garderoby. Nie potrzebował też dużo, żeby się upić, bo bywało, że
wystarczały mu dwie szklanki wina. Jeden z jego znajomych Fernando Bertuzzi
wspominał, że kiedy jedli posiłek w kantynie, to jeden z pracowników zapytał
go, czy ten, który jest z nim, to ten sławny Corbatta. Kiedy Bertuzzi
potwierdził, że to on, pewien mężczyzna zapytał, czy może do nich przyjść i się
przywitać. Okazało się, że był on właścicielem lokalu i przyniósł ze sobą
butelkę szampana. Po chwili inny mężczyzna, który siedział przy sąsiednim
stoliku, postawił drugą butelkę i tego samego wieczora zaprosił Corbattę i jego
znajomych do siebie na grilla. Z imprezy wrócili dopiero po trzech dniach. Po
rozstaniu z Tiro Federal z Omarem skontaktował się Juan Agapito Torres. Był on
prezesem klubu Colonia Confluencia i chciał, żeby Corbatta dołączył do zespołu.
Jako emerytowany nauczyciel pracował w dziale sportowym gazety Sur Argentino i
razem z żoną mieszkał na farmie w Neuquén, około 50 kilometrów na zachód od
General Roca. Starsza małżeństwo na farmie uprawiało drzewa migdałowe, jabłonie
i orzechy włoskie, a Omar miał mieć do dyspozycji mały pokoik i zapewnione
wyżywienie. Od wejścia trzeba było przejść około sześciuset metrów do domu,
obok którego stał garaż, a za nim mały pokoik z dwoma łóżkami i łazienką.
Mieszkałem tam z Corbattą przez pięć miesięcy – opowiadał Juan Carlos Vortisch,
były zawodnik Colonia Confluencia. Trenerem zespołu był znany w okolicy Ariste
Omar Mendoza. Każdy z graczy oczywiście pracował, a futbol był dla nich tylko
dodatkiem. Trenowali wieczorami trzy razy w tygodniu przy słabym świetle. W
meczach Corbatta ograniczał się do dogrywania piłek partnerom z zespołu. Héctor
Zuñigą był najlepszym strzelcem w 1972 r., a ja zająłem drugie miejsce w
klasyfikacji. To wszystko dzięki pomocy Corbatty, który zawsze wystawiał nam
piłkę z przodu. Nie biegał, ale potrafił fenomenalnie dograć piłkę – wspominał
Vortisch.
Mimo że
mieszkali razem, to nie spędzali ze sobą zbyt wiele czasu. Vortisch, jako że
pracował, musiał wstawać przed świtem, kiedy Corbatta jeszcze spał. W pracy
spędzał cały dzień, więc widywali się głównie na treningach. Omar, który nie
pracował, wstawał po południu, jadł przygotowany dla niego posiłek i wracał do
pokoju. Jednak jeszcze przed zachodem słońca opuszczał farmę i szedł dwa
kilometry do centrum miasta. Tam zwykle odwiedzał położoną przy Avenida
Argentina cukiernię El Ciervo, gdzie zaprzyjaźnił się z Juanem Biondim, który
był kierownikiem lokalu.
0
@FCBparasiempre
,,Był moim
idolem. Kiedy przyjechał do Neuquén i pojawił się w cukierni, porozmawialiśmy i
zaczął przychodzić prawie codziennie. Został na obiad, ale ponieważ nie miał
peso, nie miał z czego zapłacić, więc zaprosiłem go do domu”– opowiadał Biondi.
Corbatta szybko stał się atrakcją cukierni. Klienci coraz częściej zaczynali
odwiedzać lokal, podchodzili do stolika, przy którym siedział Omar i robili
sobie z nim zdjęcia, a piłkarz opowiadał o swoich największych wyczynach. Co
wieczór podawano mu jakiś drobny posiłek, potem wypijał kilka kieliszków wina i
czekał do czwartej nad ranem, kiedy Biondi zamykał lokal i odwoził go swoim fiatem
600 na farmę. Biondi kibicował Independiente de Neuquén, który był jednym z
najsilniejszych klubów w okolicy. Próbował namawiać Omara, żeby się tam
przeniósł, a kiedy zbliżał się mecz pomiędzy Independiente a Colonią,
powiedział koledze w żartach, że jeśli strzeli im bramkę, to nie ma po co do
niego wracać. Colonia była zespołem, który dopiero trzeci sezon rywalizował w
lokalnej lidze, a Independiente zmierzało po mistrzostwo. Wystarczyło tylko, że
wygrają w pojedynku z Colonią. Piłka nożna to jednak sport, w którym ten
malutki często potrafi pokonać tego wielkiego. I tak też było tym razem. Mieliśmy
rzut rożny i Corbatta poszedł go wykonać. Uderzył jak bogowie i strzelił gola
olimpijskiego [tak w Ameryce Południowej określa się bezpośrednie trafienie z
rzutu rożnego – przyp. red.]. Pokonaliśmy ich, a oni chcieli się pozabijać –
mówił Vortisch. Wieczorem następnego dnia Corbatta jak zwykle pojawił się przed
cukiernią, ale nie wszedł do środka. Czekał po drugiej stronie ulicy i nie był
pewny, czy może wejść, ale Biondi go zauważył i wyszedł go przywitać. ,,Śmiałem
się do rozpuku i kiedy do niego podszedłem, to się wyściskaliśmy. „To było
ciasteczko grubasku. Gdybym zagrał piłkę prosto w ręce bramkarza, to nawet by
nie zauważył” – powiedział mi. Facet był naprawdę dobry”– wspominał Biondi. Corbatta
był lokalną gwiazdą i mimo że w meczach na tym poziomie często trzeszczały
kości, to on cieszył się specjalnymi względami. Grał z opuszczonymi getrami,
bez ochraniaczy, ale nie obawiał się kontuzji, bo dla rywali gra z kimś takim,
jak Corbatta była najwspanialszą rzeczą, jaka mogła ich spotkać w czasie
przygody z piłką. Obojętnie czy był akurat w El Ciervo, czy w jakimś innym
lokalu, to zawsze znajdował kogoś, kto postawił mu drinka czy jedzenie.
Przebywanie między ludźmi pozwalało mu choć na chwilę zapomnieć o jego
osobistych problemach. Najbardziej przeżywał fakt, że nie ma kontaktu z
dziećmi. Dopóki przebywał wśród znajomych, to o tym nie myślał, ale kiedy kładł
się na łóżko na farmie Torresów, to wszystkie koszmary wracały ze zdwojoną
siłą. Osamotniony coraz bardziej pogrążał się w swoim osobistym piekle, a cały
świat rozpadał mu się na kawałki. To wszystko męczyło go tak bardzo, że coraz
częściej kończył, wymiotując w łazience. Kiedy pracownik Torresa wchodził do
pokoju, żeby posprzątać i posłać łóżko, już na wejściu ogarniały go mdłości. W
końcu Torres stwierdził, że nie może dłużej trzymać go w klubie, co wiązało się
też z koniecznością opuszczenia farmy. Od tego czasu zaczęła się prawdziwa
tułaczka Corbatty po małych lokalnych klubach. Po odejściu z Colonia
Confluencia poznał Pedro Prospittiego, który miał za sobą występy w San Lorenzo
i Independiente. Był uzależniony od hazardu i alkoholu i podobnie jak Corbatta
uwielbiał nocne życie. Prospitti przenosił się akurat do rodzinnego miasta
Allen położonego około 20 kilometrów od General Roca, gdzie miał grać w klubie
Unión Progresista. Omar wybrał się tam razem z nim i występował w zespole przez
półtora miesiąca. Polubili się z Prospittim i często razem się upijali,
rozmawiając o piłce i życiu w Kolumbii, które obojgu z nich się podobało. Nigdzie
jednak Corbatta nie zabawił dłużej, niż przez parę miesięcy. Kiedy grał w
Independiente w Río Colorado, musiał razem z kolegami dorabiać przy pracach
murarskich. Z kolei, kiedy przebywał w Villa Regina, został zatrudniony w
miejskim kabarecie, gdzie miał przyciągać klientów. Zbliżał się już do
czterdziestki, więc wystarczyło, że ktoś zapewnił mu dach na głową i ciepły
posiłek, a Omar był gotowy, żeby tam grać i tak mijały mu kolejne miesiące. Niestety
coraz bardziej się przy tym staczał, aż w końcu wylądował na ulicy. Na początku
1975 r. był już bezdomnym, ale szczęśliwie odnalazło go wówczas trzech
pracowników plantacji owoców. Zabrali go do położonego 400 kilometrów na
południe od Buenos Aires miasta Benito Juárez. Tam znalazł zatrudnienie w
klubie Defensores de Mariano Moreno, który zapewnił mu też mały pokoik, w
którym mieściło się tylko łóżko. Corbatta nie miał niczego, był bez pieniędzy i
dokumentów, nie potrafił gotować, a jeśli nie chodził głodny, to tylko dzięki
swojemu sąsiadowi, którym był Tulio Fauret pracujący wówczas w zarządzie klubu.
Wkrótce potem zamieszkał razem z Tulio, który pomógł mu wyrobić nowe dokumenty
i zameldował pod swoim adresem, gdzie mieszkał razem z bratem i ojcem. Z Tulio
bardzo się zżył i kiedy opuszczał Benito Juárez, robił to z wielkim żalem. W
sierpniu 1976 r. pojawił się w magazynie El Gráfico razem z bramkarzem José
Perico Pérezem, któremu strzelał karnego na boisku Racingu. To był jego
pierwszy powrót do byłego klubu. Znowu mógł założyć biało-błękitną koszulkę i
zobaczyć się z Titą Mattiusi, która była opiekowała się młodymi graczami,
którzy mieszkali na stadionie. Spotkał się też z Pedro Dellachą, który był
trenerem drużyny i z Juanem Carlosem Giménezem, który szkolił zespoły rezerw.
Po wojskowym zamachu stanu w marcu 1976 r. wiele w Argentynie się zmieniło.
Zmiany nie ominęły też Racingu. W wyniku zmian na kierowniczych stanowiskach w
klubie pojawił się Horacio Rodríguez Larreta. Ten sam, który gościł Omara w
swojej willi kilkanaście lat wcześniej. Po objęciu rządów w klubie w 1977 r.
kiedy tylko dowiedział się, gdzie Corbatta przebywa, postanowił ściągnąć go do
Racingu. Omar miał pomagać Giménezowi w pracy z rezerwami. Wrócił do klubu
niemal po piętnastu latach i zamieszkał w pokoju bardzo podobnym do tego, który
zajmował jako 19-latek. W 1979 r. stanowisko trenera w klubie objął Omar
Sívori, dla którego Corbatta był bardzo bliską osobą. Uważał go nawet za
najlepszego piłkarza znakomitej argentyńskiej reprezentacji z 1957 r. Sívori
chciał wykorzystać niesamowitą precyzję strzałów Corbatty do szkolenia
bramkarzy. W pierwszych dniach pracy Sívoriego w klubie faktycznie Corbattę
widziano na boisku treningowym z bramkarzami. Niestety nie trwało to długo, bo
bardzo szybko okazało się, że Omar, zamiast pomagać w szkoleniu, odsypiał swoje
nocne wycieczki. Z kolei w porze popołudniowych zajęć, Corbatta wychodził już
na miasto. Dzień zwykle zaczynał od szklaneczki wina, a potem kolejnej. Kiedy
kładł się na łóżku w swoim pokoiku i patrzył na puste ściany, nie potrafił tego
znieść i wolał wyjść. Najczęściej można go było spotkać w barze Paraguayo. Miałem
restaurację w Avellaneda, a naprzeciwko był bar. Ilekroć wyglądałem przez okno,
widziałem Corbattę siedzącego i pijącego wino, aż zasnął. Potem prosiłem
szwagra, żeby wsadził go do samochodu i odzwiózł go do Tity – wspominał były
kolega z reprezentacji Walter Jiménez. Zwykle przebywał wśród bliskich
znajomych, których traktował jak rodzinę. Kiedy jakiś dziennikarz prosił go o
chwilę rozmowy, towarzysze doradzali mu, że powinien brać pieniądze za wywiad,
ale Corbatta w ogóle nie przywiązywał do nich wagi. Dzielił się tym, co miał,
bo tak nauczyła go matka.
Pieniądze
zostały stworzone, żeby przychodzić i odchodzić, a nie po to, żeby je mieć. Ze
złotem czy bez złota umierasz tak samo. Na tamten świat nie możesz zabrać
pieniędzy. Nauczyłem się tego sam, nie nauczyli mnie tego w szkole, bo
chodziłem tylko do drugiej klasy. Wszyscy jesteśmy tacy sami, tacy sami na tym
świecie, ale też bardzo równi na tamtym – mówił. Cieszył się, że może mieszkać
na stadionie i że tak wielu ludzi go rozpoznaje. Oprócz swoich towarzyszy z
baru miał też bardzo dobry kontakt z młodymi chłopakami, którzy grali dla
Racingu i tak, jak on, mieszkali na stadionie. To były jednak ciężkie czasy dla
klubu i warunki mieszkaniowe nie były rewelacyjne. Spał w dzień i wychodził w
nocy, więc w ciągu tygodnia mieliśmy z nim niewielki kontakt. Widywaliśmy go
zwłaszcza w weekendy. Miał złote serce. Był rewelacyjnym facetem w bardzo
dobrym nastroju. Nie miał praktycznie niczego, ale tym, co miał, zawsze potrafił
się dzielić. Był człowiekiem o bardzo dobrych uczuciach. Jeśli miałeś jakiś
problem, to Loco zawsze był przy tobie, martwił się i doradzał – wspominał José
Luis Clavero, który jako junior mieszkał tuż obok Corbatty. Sam Corbatta też
bardzo ciepło wypowiadał się o Clavero, który często się nim opiekował, kiedy
był chory. Od czasu do czasu, kiedy widział juniorów trenujących na bocznym
boisku, to podchodził do nich i udzielał wskazówek, jak powinni uderzać karne.
Niestety ciągle pogrążał się w nałogu i żadne namowy ze strony znajomych nie
były w stanie tego zmienić. Bywało, że po swoich nocnych wyjściach wracał w
takim stanie, że nie potrafił dojść do swojego pokoju i zasypiał na stole do
masażu w szatni gości, obok której miał swoje lokum. W latach osiemdziesiątych
Corbatta coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Narzekał na bóle w prawej nodze,
która mu puchła. Nie przestawał jednak pić, bo, jak sam mówił, wszędzie, gdzie
się pojawiał, częstowano go alkoholem. Potrafił znikać na kilka dni, a kiedy
wracał na stadion, mówił, że zatrzymał się u przyjaciela. Czasami nie było go
trochę dłużej, a jego młodsi koledzy z klubu dowiadywali się potem, że trafił
do szpitala. Pewnego razu, kiedy Clavero wszedł do pokoju Omara, zobaczył go
leżącego zakrwawionego na łóżku. Okazało się, że potrącił go samochód, więc
szybko przewieziono go do szpitala. Wizyty w szpitalach wkrótce stały się coraz
częstsze. W lutym 1983 r. został znaleziony przez przechodniów w ciężkim
stanie, kiedy leżał na ulicy. Trafił do szpitala Fiorito, gdzie po
przeprowadzonych badaniach okazało się, że oprócz marskości wątroby
spowodowanej alkoholizmem miał też muszycę. Jest to infekcja wywoływana przez
larwy muchówek żywiące się tkanką gospodarza. Zdołał wyzdrowieć, ale rok
później po raz kolejny trafił do szpitala. Ciągle sprawiała mu problemy jego
prawa noga, która wiele razy była atakowana przez wrzody. Po kolejnej wizycie
na szpitalnym oddziale w 1988 r. żartował nawet, że zastanawia się nad zakupem
szpitalnego łóżka. To wtedy dowiedział się o zwycięstwie Racingu w Supercopa
Sudamericana, co bardzo go ucieszyło. Wyglądał jednak coraz słabiej i wydawało
się, że coraz mniej jest w nim chęci do życia. Rzadko widywałem kogoś tak
opuszczonego. Chciałem z nim porozmawiać, ale znalazłem człowieka pustego, bez
sił, bardzo brudnego i bez chęci do życia – mówił gazecie Crónica jeden z
pracowników szpitala. W końcu zaopiekowały się nim jego siostry, które
postanowiły ściągnąć go do La Plata. Przez kilka miesięcy mieszkał na przemian
u jednej i u drugiej, do czego zmusiły go niemal siłą. Stan jego zdrowia był
jednak coraz gorszy i pod koniec 1991 r. trafił do polikliniki San Martín. Tam
miał czekać na operację, która miała przedłużyć mu życie, ale wyniszczony
organizm w końcu się poddał. Corbatta zmarł w czwartek 5 grudnia 1991 r. o
godzinie 7:30. Po jego śmierci pojawiły się pogłoski, że miał mieć amputowaną
prawą nogę, ale to nieprawda. Noga faktycznie była w kiepskim stanie i wdało
się zakażenie, ale wyniszczał go też rak gardła, spowodowany przez wiele lat
palenia tytoniu i nadużywania alkoholu. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci
wskazano nieurazowe zatrzymanie krążenia i oddechu.
Nazajutrz
prasa pisała o nim jako o architekcie piłki nożnej i niezrównanym magiku. Wielu
fanów chciało go pożegnać, a Racing zaoferował udostępnienie swoich obiektów do
ceremonii pogrzebowej. Rodzina wybrała jednak kameralny pogrzeb. Pochowany
został w piątek na cmentarzu w La Plata w najtańszej trumnie. Gazeta Crónica
zwracała uwagę, że w jego ostatniej drodze towarzyszyło mu tylko dziewięć osób.
Nie było nikogo z klubów, w których grał, żadnego przedstawiciela federacji i
co grosza zabrakło też jego kolegów z boiska. Jedyną osobą spoza rodziny był
Pedro Prospitti. Corbatta nikogo nie obwiniał za swoje problemy. Tylko kilka
razy odnosił się do swoich nieudanych małżeństw, ale przez lata utarło się, że
stał się ofiarą chcących go wykorzystać ludzi. Jednak na każdym etapie swojego
życia spotykał osoby, które chciały dla niego dobrze. Jego druga żona usilnie
próbowała wyrwać go ze szpon nałogu, Sívori chciał mu dać zajęcie, żeby znowu
czuł się ważny, wiele osób próbowało przemówić mu do rozsądku, wielu też
chciało, żeby nauczył się pisać. To alkohol go zrujnował, wielu też korzystało
z jego hojności. Żaden z klubów nie potrafił wymóc na nim odpowiedniej
dyscypliny i to już od najmłodszych lat. Corbatta w czasach swojej największej
świetności, kiedy grał na prawym skrzydle, ciągle uciekał przed rywalami. Jego
życie poza boiskiem to też ciągła ucieczka. Uciekał z La Plata, uciekał z
Avellaneda, uciekał z Dock Sud, uciekał z Buenos Aires, uciekał z Kolumbii.
Kiedy tylko mógł, to uciekał jak najdalej od swoich problemów. Problemy jednak,
zamiast znikać, mnożyły się. Nigdzie nie znalazłem informacji o podejmowanych
próbach leczenia. Być może gdyby zdecydował się na leczenie w ośrodku
zamkniętym, mając silne oparcie w rodzinie, to udałoby mu się wyjść na prostą. Żeby
nie kończyć w takim smutnym nastroju, myślę, że warto przytoczyć kilka anegdot
z Corbattą w roli głównej. Często swoim znakomitym dryblingiem wyprowadzał
przeciwników z równowagi. W meczu z Urugwajem tak kręcił obrońcą Pepe Sasíą, że
ten, kiedy go sfaulował i powalił na ziemię, uderzył go w twarz, wybijając mu
przedniego zęba. Innym razem w meczu z Independiente urugwajski obrońca Alcides
Silveira tak bardzo dawał mu się we znaki swoją ostrą grą, że Corbatta w pewnym
momencie schował się za kordon służb porządkowych otaczających boisko.
0
@FCBparasiempre
Kiedy przed
jednym z meczów dowiedział się, że Héctor Sosa obchodzi w tym dniu urodziny,
powiedział mu, że nie ma prezentu, ale dogra mu dwie bramki. I rzeczywiście
Sosa strzelił dwa gole po wypieszczonych centrach Omara. W czasie jednego z
przedmeczowych zgrupowań uciekł, żeby spotkać się z dziewczyną i wrócił o 6:00
rano całkowicie pijany na kilka godzin przed meczem z Independiente. Kiedy Tita
Mattiusi zobaczyła go w tym stanie, wrzuciła go pod zimny prysznic, ale
niewiele to pomogło, więc powtórzyła tę czynność jeszcze dwukrotnie. Mimo to
kiedy Corbatta się ubierał, ciągle kręciło mu się w głowie i miał problem z
zawiązaniem sznurówek. Kiedy wychodził na boisko, powiedział do Beléna, żeby mu
nie podawał, bo nie widzi piłki. Ale on mnie zignorował. Ciągle dogrywał mi
piłkę, a ja przysięgam, widziałem ją podwójnie, próbowałem ją zatrzymać klatką
piersiową… Zatrzymałem jedną piłkę, a druga, ta prawdziwa, minęła mnie obok. Po
chwili nie wiem jak, założyłem siatkę kryjącemu mnie obrońcy i nagle się
obudziłem i wszystko minęło. Strzeliłem dwie bramki, grałem jak bestia,
wygraliśmy – opowiadał Corbatta po latach. W czasie jego pobytu w General Roca
wybrał się z kolegami do Buenos Aires. Po drodze zatrzymali się, żeby w jednym
z barów obejrzeć mecz Racingu, który grał z Vélez. Kiedy weszli do środka i
kiedy ludzie zorientowali się, że w lokalu zjawił się wielki Corbatta, to nie
przestawaili go witać i przytulać. Wszyscy chcieli go zobaczyć i dotknąć. Corbatta
był zdenerwowany wśród fanów. Poprosił mnie o papierosy i moczył śliną palce,
żeby zwilżyć włosy i założyć ja za ucho. Zawsze miał ten tik. W pewnym momencie
Racing dostał rzut karny, a ludzie zaczęli do niego krzyczeć „Wejdź, Loco!”.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że ten facet był naprawdę świetny – opowiadał
Fernando Bertuzzi. Podobnych historii jest całe mnóstwo. Wszędzie, gdzie się
pojawiał, wzbudzał wielki entuzjazm wśród miłośników futbolu. Każdy, kto
spotkał go na swojej piłkarskiej drodze, wspomina go jako wybitnego gracza.
Wielu zwracało uwagę na jego precyzję i niesamowitą kontrolę nad piłką, którą
porównał kiedyś do kobiety: ,,Jeśli masz kobietę i ją uderzysz, to co się
stanie? Pewnie pomyślisz, że już więcej z tobą nie zostanie… Dlatego zawsze ją
pieściłem, to była moja miłość, jak mógłbym ją uderzyć… Dlatego zawsze miałem
ją przy sobie, robiłem z nią szalone rzeczy, ale nikt nie mógł mi jej zabrać.
Inne rzeczy opuszczały mnie dość łatwo, ale nie piłka.”
Dzisiaj
czasy są zupełnie inne i na alkohol w sporcie już dawno nie ma miejsca.
Świadomość społeczna problemu też jest coraz większa. Coraz więcej jest miejsc,
gdzie można szukać pomocy. Istnieją różnego rodzaju poradnie, grupy wsparcia
czy wspólnoty AA. Kiedy Corbatta zmagał się z nałogiem, to wszystko dopiero
przebijało się do świadomości zwykłych ludzi. Podobnych do Corbatty było wielu
piłkarzy. Zastanawiające jest też to, że wśród zawodników, którzy popadli w
alkoholizm tak wielu było skrzydłowymi. Mieli ogromny talent i często
pochodzili ze społecznych nizin. Gra w piłkę pozwalała im poznać inny, nie
zawsze lepszy świat. Często osamotnieni nie do końca radzili sobie z presją
otoczenia. Szukali pocieszenia w alkoholu i stopniowo popadali w uzależnienie.
Kiedy otoczenie starało się im pomóc, to niestety często bywało już za późno.
Choć z drugiej strony przecież na trzeźwość nigdy nie jest za późno. Jest ona
jednak dużym darem i nie każdemu jest dane jej dostąpić ale warto próbować.