- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1046 Culés
Gorące dyskusje
Ilka
3
Jak zapatrujecie się na chodzenie w takie upały w centrum miasta, po galeriach itp. bez koszulek... » Czytaj dalej
45 odpowiedzi
Kgorecki2500
9
GTA w pudełku ale bez płyty? 350 zł Panie Rockstarze, co tylko sobie zarządasz Panie... » Czytaj dalej
74 odpowiedzi
mekston
1
Po fazie grupowej największe szanse na MŚ przyznawane są (wg buków)1. Francja2. Argentyna3.... » Czytaj dalej
11 odpowiedzi
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1046 Culés
8
Campeonato Sudamericano de Selecciones(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
7
@FCBparasiempre 27 czerwca 1987 r. na Estadio Monumental w Buenos Aires Argentyna zremisowała z Peru 1:1 w meczu otwarcia 33 edycji Copa America. Pierwszego gola w 47 minucie strzelił Diego Maradona a wyrównał Luis Reyna w 59 m. W 1987 powrócono, przynajmniej częściowo, do sprawdzonej starej formuły. Turniej toczył się w jednym kraju, choć w różnych miastach. Zachowano podział na grupy eliminacyjne; z kolei nowością było wprowadzenie meczu o 3 miejsce. Mistrz świata podejmował gości w Buenos Aires, Rosario i Cordobie. W grupie pierwszej Argentyna miała za przeciwników Peru i Ekwador. Na tym drugim wzięła srogi rewanż za upokorzenia z przed 4 lat. Wynik 3:0 oznaczał przykładne lanie, coś w rodzaju ojcowskiej reprymendy. Jednak z Peru nie poszło już tak dobrze. Ozdobą tego meczu był nieustający pojedynek Maradony z pilnującym go z zajadłością buldoga, niewiele wyższym Luisem Reiną. Doprawdy trudno pojąć jak ci dwaj tak bardzo sobą zajęci mężczyźni znaleźli jeszcze siły i czas aby strzelić akurat po jednym golu. Takim też rezultatem zakończyło się to mordercze spotkanie, które mistrzowie świata powinni byli wygrać różnicą kilku goli. Uratował ich Ekwador, który zebrał się w garść i przeciwstawiając lepszym technicznie ,,Inkom” pełną desperacji ambicje, zremisował nieoczekiwanie 1:1. Argentyna z przewagą jednego punktu awansowała do półfinałów. W grupie drugiej wszystko wydawało się oczywiste. Brazylia 5:0 rozgromiła Wenezuele, z którą Chile miało pewne problemy, w końcu wygrywając 3:1. Trener Carlos Alberto Silva zgromadził naprawdę dobrych piłkarzy: obrońcy Josimar, Julio Cesar i Ricardo Rocha, pomocnicy Rai i Valdo, napastnicy Müller, Careca czy młody i utalentowany… Romario, to z całą pewnością była światowa czołówka. Ha! Na ławce rezerwowych przebierał nogami 24-latek z Vasco znany jako Dunga(w 1994 on właśnie został kapitanem najlepszej drużyny świata). To dopiero daje wyobrażenie o potencjale Brazylii! Zaś Chile jak to Chile, zawsze solidne, twarde, ambitne, choć pozbawione tego specyficznego luzu, polotu, jakby ktoś zapomniał dosypać szczyptę soli i pieprzu. Jednak 3 lipca 1987 do Cordoby Chilijczycy przywieźli chyba całą beczke soli. Trener Aravena, świadom technicznej wyższości Canarinhos, nastawił zespół na konsekwentną obrone i błyskawiczne kontry. Przez 40 minut przewaga należała do faworytów. Na bramke Rojasa sypał się grad strzałów, jednak ,,Condor” wyłapywał wszystko bez trudu. Porównywany niekiedy z samym Passarellą stoper Fernando Astengo, zwany nie bez przyczyny ,,Lwem” znał sztuczki Brazylijczyków na wylot, bowiem jakiś czas grał już w Gremio Porto Alegre. 27-letni, nie wysoki obrońca kompletnie zaszachował błyskotliwych napastników, uprzedzając wszelkie ich zamysły. Z biegiem czasu walkę o środek pola wygrali dwaj filigranowi pomocnicy, 23-letni Jaime Pizarro i 4 lata starszy Jorge Contreras, występujący w hiszpańskim Las Palmas. W przodzie co jakiś czas odpalały dwie rakiety. Basay i Letelier nawet fizycznie i mentalnie byli jak para bliźniaków. Wysocy, szczupli, dosyć niechlujni, zarośnięci, w opuszczonych niedbale getrach, rzeczywiście przypominali dwa andyjskie kondory, podstępnie czyhające na nieświadomą grozy położenia ofiarę. Nie bawili się w finezyjne dryblingi, arabeski i ornamenty, tylko rwali co sił w chyżych nogach przed siebie. Nie był to futbol piękny ale zabójczo skuteczny. Przed przerwą, w 41 minucie Basay zmylił pogonie i Chile schodziło z golem ,,do szatni”. Po pauzie rajdy tych dwóch okropnych typów poszarpały brazylijską obrone na strzępy. W 3 minucie Letelier, w 21 Basay i w 30 znów Letelier doprowadzili do pogromu Canarinhos nie notowanego w historii obu reprezentacji. Ostatni raz ,,czerwono-niebiescy” wygrali w takim stylu w 1956, bijąc Brazylie 4:1. W grupie trzeciej nie było dyskusji. Pełna kompleksów niższości Kolumbia czaiła się latami, czaiła aż wreszcie eksplodowała z siłą Wezuwiusza. Akurat dorosły i pięknie rozwinęły się talenty najzdolniejszej generacji w jej dziejach. Dotychczas Kolumbijczycy co pare lata wypuszczali w świat pojedyncze gwiazdy jak Sanchez, Gamboa, Willington Ortiz. Teraz runęła jednocześnie cala fala: Higuita, Perea, Mendoza,Herrera, Alvarez, Redin, Valderrama, Iguaran, de Avila, Trellez! Cóż za perełki, jaka technika, swoboda w operowaniu piłką, toż to nie możliwe!, ekscytowali się komentatorzy. W rzeczy samej, w takim stylu do tej pory grali raczej Brazylijczycy w swoich szczytowych latach. Trener Maturana stworzył doprawdy wielki zespół, który w swojej grupie nie stracił ani punktu, ani gola. Ambitna Boliwia przegrała tylko 0:2 a teoretycznie o niebo silniejszy Paragwaj z poczuciem absolutnej bezsilności jedynie przyglądał się kolumbijskim popisom, doznając klęski 0:3. Rozmiary porażki przyjęto z niedowierzaniem, bowiem ,,Guarani” dysponowali niezwykle mocnym, zahartowanym w tylu zwycięskich potyczkach składem. Jednak Fernandez, Delgado, Nunes, Romero, Cabañas czy też robiący furore w argentyńskim Ferro Oeste znakomity pomocnik Cañete, nie byli w stanie wiele wskórać, tak jakby spętało im nogi. Kolumbia z rozwiniętymy skrzydłami wpłynęła do półfinału, lecz tu nadziała się na twardą chilijską rafe. ,,Trasandinos” czyli piłkarze zza Andów, jak w dorzeczu La Plata nazywano przybyszów z tamtej strony gór, nie przejmowali się zbytnio finezją rywali, tylko grali swój praktyczny, ekonomiczny futbol. Trener Aravena chytrze zmienił też taktykę. Utrudzeni szarżami przeciw Brazylii Basay i Letelier otrzymali zadanie rozrzedzania obrony kolumbijskiej. W powstałą lukę z impetem wchodzili gracze środkowych i tylnych formacji. Uparta walka trwała bez skutku 90 minut i dopiero w dogrywce plan Aravery przyniósł efekty. Na rzut karny Redina dwoma golami odpowiedzieli ,,Lew” Astengo i rezerwowy Vera. Chile dotarło zatem do finału.O tym, na kogo tam trafili, decydował najciekawszy mecz turnieju, Argentyna-Urugwaj. 65 tys. chętnych obejrzenia starcia gigantów stawiło się na trybunach Monumental i nie doznali zawodu. Był to znakomity spektakl, obustronnie zacięty, toczony w ostrym tempie, obfitujący w zagrania najwyższej klasy. Pikantnego smaczku dodała tej batalii bezpośrednia rywalizacja dwóch najwybitniejszych indywidualności kontynentu, Maradony i Francescoliego. Górą wyszedł z niej wprawdzie ,,boski Diego” ale i ,,Książe futbolu” udowodnił że w jego żyłach płynie błękitna, piłkarska krew. Oczy widowni zwrócone były na ten wspaniały duet, na czym skorzystali inni aktorzy spektaklu. W ekipie Urugwaju po prawej stronie boiska śmigał skrzydłowy, który miał przydomek ,,Mrówka”, chociaż bardziej pasowało by do niego skojarzenie łączące cechy geparda, odyńca, charta i nosorożca. Wypuszczał przed siebie piłke i w szalonym, nieco nieskładnym biegu mijał wszystkie przeszkody. Nie był to brylantowy technik czy żonglerz ale miał siłę wyścigowego konia, po prostu nie do utrzymania.. Co więcej, ten rozpędzony, nieokiełznany rumak miał niesamowitego nosa do strzelania goli głową, nogą, najczęściej właśnie po kilkudziesięciometrowych rajdach. Nazywał się Antonio Alzamendi. Właśnie ten Alzamendi w 43 minucie ruszył z kopyta, zostawił za sobą Browna i wpakował piłke obok Islasa. Po przerwie Argentyna ruszyła do szturmu. W jej zespole wybijał się młodziutki skrzydłowy, jakiego w tym kraju nie widziano od czasów Corbatty, Bernao i Housemana. Był nim Claudio Paul Caniggia. Płowowłosy nastolatek o urodzie efeba podbił serca bywalców Estadio Monumental niemal od pierwszego dotknięcia piki. Momentalnie przylgnął do niego przydomek ,,Pajarito”(ptaszek), bo też Caniggia ciągnąc za sobą komete, jasnych, długich włosów, pruł przestrzeń boiska niczym jakaś kapryśna jaskółka. Wrodzona szybkość, ,,odrzutowy” start, niebywała łatwość biegu, pozwalały mu gubić obrońców już na kilku metrach. Miał przy tym wybitne uzdolnienia techniczne, nad piłka panował bezbłędnie, strzelał chętnie i ostro. Słowem urodzony skrzydłowy, prawdziwy ,,puntero electrizante”. Przy tej skali talentu mógł prześcignąć Matthewsa, Garrinche i Corrbatte. Jednak szalone powodzenie wśród pięknych dziewcząt, nieumiarkowane, łapczywe kosztowanie wszelkich uroków życia, wreszcie skłonność do narkotyków no i podatność na kontuzje, wszystko to sprawiło że ten fenomen tylko w części spełnił pokładane w nim nadzieje. Jednak i tak zapisał nie byle jaki rozdział w dziejach futbolu. Właściwie on sam wespół z Maradoną zapewnił przeciętnej Argentynie wicemistrzostwo świata w 1990. Z reprezentacją zaś rok później zdobył Copa America. Jego atomowe sprinty podziwia po dziś dzień cała Europa na równi z Ameryką. Przecież nawet rajdy chyżego ,,Pajarito”, geniusz Maradony, rozwaga i madrość Batisty, podniebne skoki Ruggieriego nie zdały się na wiele. Obrona Celestes ustawiona na podobieństwo warownego szańca, odpierała najwścieklejsze szarże i najbardziej podstępne podchody. Jej niezłomnym filarem był znów Nelson Gutierrez ale i pozostali stanęli na wysokości zadania. W bramce 33 letni Pereira okazał się godnym następcą Rodrigeuza. Również wąsaty o marsowym groźnym obliczu ,,Viking” bronił bez zarzutu. W pomocy trener Fleitas wystawił dwóch ,,fizycznych” i jednego ,,umysłowego” . Czarną robote wykonywali Perdomo i Matosas, podczas gdy wyśmienity technik i nie gorszy strzelec Bengoechea wraz z Francescolim nizał misterne kombinacje. W ataku sama obecność Alzamendiego oznaczała paniczny alarm dla wszystkich obrońców a przecież z głębi pola pod bramke przeciwników podkradał się Francescoli. Wreszcie po lewej flance z szybkością torpedy sunął kurpulentny Ruben Sosa. Doprawdy trener Fleitas zebrał całkiem zgraną drużynę. Tak więc w finale Urugwaj miał zmierzyć się z Chile. Wcześniej jednak po raz pierwszy w historii Copa America, rozegrano mecz o 3 miejsce. Dla Kolumbii stawka była wysoka; sama perspektywa pokonania mistrzów świata na ich terenie przenosiła dotychczasowych outsaiderów do największej elity. Gospodarze wyszli na stadion z opuszczonymi głowami. Po porażce z Urugwajem trzecie, względnie czwarte miejsce nie czyniło im różnicy. Można by rzec iż ten pojedynek oddali mentalnie walkowerem. Tymczasem ekipa Maturany dosłownie wychodziła ze skóry by wykorzystać życiową szanse. Zanim upłynęło pół godziny, praktycznie było po meczu. Gole Gomeza i Galeano ,,ustawiły” jego przebieg. Ostatecznie Argentyna poległa 1:2 a Kolumbia odniosła wówczas największy sukces w historii. Mecz finałowy rozegrano 12 lipca. Po odpadnięciu Argentyny ogromny Monumental świecił pustkami bo tak należy nazwać zaledwie 35 tys. widzów. Nie było to piękne widowisko. Gra stała się tak ostra że brazylijski sędzia po kolei wyrzucił z boiska Gomeza, Francescoliego, Perdomo i Astengo. Przewaga Urugwaju nie budziła wątpliwości. Chile chyba spaliło się psychicznie jeszcze przed wyjściem na boisko. Zwycięskiego gola strzelił Bengoechea i bezwzględnie wkraczająca obrona Celestes nie pozwoliła sobie odebrać zasłużonej wygranej, już drugiej pod rząd. Trzeba też mocno podkreślić iż Urugwaj jako obrońca tytułu przystępował do tego turnieju dopiero od półfinału, więc dziwaczny regulamin sprawił że do zdobycia Pucharu Ameryki wystarczył mu udział tylko w dwóch meczach! Natomiast królem strzelców imprezy został Kolumbijczyk Adolfo Iguaran z 4 golami.