FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy Barcelona powinna sprzedać Ferrana Torresa?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
5
Król futbolowej obłudy:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
12
Wilimowski dał popis:
W drugiej kolejce ligowej sezonu 1939(2 kwiecień) drużyna Ruchu wybrała się do Warszawy na mecz z Warszawianką. Debiut ligowy węgierskiego trenera Petera Szabo wypadł bardzo okazale. Zwycięstwo 5:0(!) zmazało częściowo plamę meczu w Krakowie(porażka 1:2). ,,Przegląd Sportowy” w swoim stylu pisał: ,,Ślązacy mieli pierwszą połowe wyjątkowo słabą. Ruch miał jeszcze sporo luk”. Mimo iż gazeta ta lubowała się w krytyce hajduckiej a może już chorzowskiej jedenastki, to jednak wielokrotnie przebijała inną prase sportową w relacjach z meczów. Również i tym razem jej opis stanowił rzetelne źródło informacji. Oczywiście nadal było to narzekanie dziennikarza, który krytykował że na trybunach pojawiło się za dużo publiczności, że było ciasno i że Warszawa nie ma porządnego boiska do rozgrywania meczów ligowych. Tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” napisał że w meczu tych dwóch drużyn nie było żadnej niespodzianki a Warszawianka stała pod znakiem walącego się ogrodzenia, wszystko się w niej waliło. Nieprzygotowana do zawodów wytrzymała tempo tylko do przerwy, pozostawiając później Wilimowskiemu wolną ręke a ściślej mówiąc wolną noge w strzelaniu goli według uznania. Kiedy w siatce bramkarza Warszawianki Kondrackiego zatrzepotał piąty gol, na trybunach rozpoczął się festiwal uszczypliwości wobec piłkarzy ze stolicy. Gole, które strzelał Wilimowski padły w 25, 52, 70 oraz 71 minucie meczu. Piątego dołożył Słota w 88 minucie. Szczególnie o dwóch strzałach genialnego snajpera warto wspomnieć. ,,Pierwszego gola ,,Ezi” zdobywa swoim najbardziej typowym sposobem, piłka niby ,,strzepnięta” od niechcenia idzie jakimś fałszem do bramki. Trzeciego gola Wilimowski strzelił mając na karku dwóch graczy, idzie w lewo a strzał kieruje wprost w przeciwny róg. Po meczu publiczność rozentuzjazmowana wpada na boisko by porwać Wilimowskiego, liczni wojacy pochodzenia śląskiego uprzedzają warszawiaków i sami wynoszą swego pierona do szatni”- tak opisywał ,,Przegląd Sportowy”. Kończąc wątek tego meczu, Teodor Peterek nie strzelił w nim rzutu karnego a dziennikarz ,,Przeglądu Sportowego” ochrzcił go ,,Longinusem”, nawiązując do postaci Longinusa Podbipięty, bohatera ,,Ogniem i mieczem”, którego wygląd był podobny do Peterka. Mecz w Warszawie był debiutem ligowym Ruchu z dzielnicy Chorzów Batory. Pozostał jeszcze debiut na boisku w Chorzowie a le o tym wspomnę 9 kwietnia.
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
10
Czy wiecie że…
2 kwietnia 2013 r. FC Barcelona rozegrała mecz numer 500 w rozgrywkach międzynarodowych o stawke. Blaugrana zremisowała to spotkanie 2:2 w Paryżu z tamtejszym PSG w ramach ćwierćfinałowego starcia Ligi Mistrzów. Bilans wszystkich meczów wyniósł 279 zwycięstw, 114 remisów i 107 porażek. Ten bilans nadal mamy bardzo korzystny i niech już tak zostanie na zawsze. PSG walczyło o odwieszenie już na pierwszy mecz Ibrahimovicia, który otrzymał 2 mecze dyskwalifikacji za wybryk na Estadio Mestalla. Ostatecznie ta sztuka się udała i ,,Ibra” zagrał. Blaugrane wzmocnił Vilanova, który po kuracji w Nowym Jorku wrócił do Hiszpanii. Poleciał po niego Roura aby w samolocie zdać przełożonemu sprawę z sytuacji. Barça mecz zremisowała ale wróciła z kontuzjowanym, nie wiadomo na jak długo Messim oraz wykluczonym na co najmniej miesiąc Mascherano, więc Vilanova miał o czym myśleć, tym bardziej że z powodów zdrowotnych praktycznie nie grał Puyol.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
9
Blaugrana w europejskich pucharach:
2 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan Josep Maria Fuste.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
1
@FCBparasiempre
Poza standardowymi wytycznymi takimi jak: „niedopuszczanie do gromadzenia się kibiców”; „izolowanie awanturujących się nietrzeźwych osobników”; „legitymowanie wszystkich, których zachowanie jest odstępstwem od normy”, pojawiły się również uwagi, których do tej pory trudno uświadczyć w peerelowskich planach zabezpieczania sportowych imprez masowych: „Wszystkie wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z zachowaniem pełnego spokoju”; „ (…) interwencję natychmiast przerwać w przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; „W toku działań pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w stosunku do zatrzymanych”; „Obserwacja grupy kibiców holenderskich pod kątem ustalenia ich kontaktów z obywatelami PRL (w miarę możliwości ustalić rodzaj tych kontaktów)”; „Zwracanie uwagi w swoim zasięgu działania w celu ujawniania i niedopuszczenia do kolportażu wrogich lub pacyfistycznych ulotek i haseł”. Wszystkie te zalecenia zawarte w oficjalnym planie zabezpieczenia meczu świadczą o bardzo poważnym podejściu do spotkania ze strony władz. Przy tak ogromnej grupie przybyszy z Holandii (plan zakładał obecność nawet 5 tysięcy Holendrów) bardzo istotnym czynnikiem całego przedsięwzięcia było niedopuszczenie do wszelkich prób niepożądanego kontaktu Polaków z obywatelami Zachodu. Handel towarami, walutą lub co gorsza – potencjalne szpiegostwo, były dla służb bardzo istotnym aspektem kontroli. Przy czym pamiętano, aby zachować umiar w ewentualnej interwencji, o czym świadczy użycie słów „kategorycznie zabrania się”. Świeżo w pamięci były zajścia z Marca 1968 roku – trybuny niepotrzebnie prowokowane mogły doprowadzić do zamieszek z milicją, co w obliczu obserwacji ze strony mediów zachodnioeuropejskich, władz UEFA oraz Holendrów na stadionie mogło zdecydowanie zaszkodzić ekipie Gomułki, która już i tak chyliła się ku upadkowi. Wracając do rywalizacji. Podróż do Holandii nie odbyła się bez problemów. Podczas odprawy na lotnisku celnicy na kontrolę osobistą zaprosili Grotyńskiego i Żmijewskiego. Jak się okazało, wspomnieni zawodnicy Legii mieli przy sobie dość duże kwoty dolarów amerykańskich. Niedobrze. Przewóz obcej waluty ponad dozwolony limit stanowił w Polsce Ludowej poważne przestępstwo. Wiceprezes Legii płk. Porotejko później tak informował: ,,Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu z-ca sekretarza generalnego mjr Korol, na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą posiadają przy sobie. Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast przekazał ponad 2 tysiące dolarów USA.” Sytuacja na pewno wpłynęła na obu wspomnianych zawodników, ale też rykoszetem musieli dostać pozostali koledzy z drużyny. Niepotrzebny problem zwiększył poziom stresu wśród wszystkich piłkarzy, bardzo możliwe zatem, że koncentracja na meczu uciekła gdzieś w inne, niepotrzebne rejony.
Rewanż zaplanowano na 15 kwietnia, więc Wojskowi mieli dwa tygodnie na szlifowanie formy. Brać komunistyczna – tym razem w NRD – pomogła i udostępniła swoje obiekty treningowe. Klub Vorwärts Berlin nie tylko służył swoją infrastrukturą, ale także radą (Vorwärts grał z Feyenoordem w ćwierćfinale). Na nic to niestety pomogło. Najpierw na początku spotkania z ostrego kąta strzałem głową Grotyńskiego pokonał Van Hanegem, a w 31. minucie genialnym wolejem z około 20 metrów popisał się Hasil. Cały mecz pod kontrolą mieli Holendrzy, więc zwycięstwo 2:0 było jak najbardziej zasłużone. Po meczu w Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że niewątpliwy wpływ na postawę Wojskowych miały dwa czynniki. Po pierwsze wspomniana sprawa z przewozem waluty. Oczywiście ciężko zrzucać winę porażki tylko na dwóch zawodników, lecz obserwatorom tamtego spotkania nie ulegało wątpliwości to, że tego dnia nie byli zupełnie skoncentrowani na boisku. A i reszta drużyny podobno była bardzo nerwowa jeszcze przed samym spotkaniem. Drugą kwestią były warunki, w jakich przygotowywali się zawodnicy Legii. Ani obiekty treningowe w Berlinie, ani tym bardziej w Warszawie, nie pozwalały przygotować się na odpowiednim poziomie. Feyenoord dysponował dużo lepszą bazą treningową – to również mogło mieć wpływ na przebieg spotkania. Po powrocie do Polski z Grotyńskiego i Żmijewskiego ukarano opłatą celno-skarbową, co pozwoliło zatuszować całą sprawę.
1.04.1970 – Legia Warszawa – Feyenoord Rotterdam 0:0 15.04.1970 – Feyenoord Rotterdam – Legia Warszawa 2:0 (Van Hanegem 3, Hasil 31)
W 2020 roku minęło 50 lat od dwumeczu z Feyenoordem i pamiętnej kampanii Legii Warszawa. Nigdy później Legia nie dysponowała podobnym potencjałem w jednym momencie. Dzisiaj tacy zawodnicy jak Deyna, Brychczy, Gadocha, Blaut, Żmijewski, Pieszko czy Stachurski byliby podstawowymi graczami wielu bardzo dobrych drużyn w Europie. Ba, każdy zawodnik z tamtej drużyny spokojnie odnalazłby się na zachodzie. Paradoksalnie czasy komunistyczne pozwoliły odnieść taki sukces. Może wojsko nie zapewniało obiektów treningowych na poziomie przyzwoitym i europejskim, lecz zakaz opuszczania Polski pozwolił zatrzymać wszystkich zawodników w swoim ,,prime timie”. Czy byłoby to dzisiaj możliwe? Wątpię. Swoją drogą, sezon 1969/1970 był(według wielu ekspertów) najlepszym sezonem polskich klubów w europejskich pucharach. Nie tylko występy Legii okazały się bardzo dobre, ale również Górnik Zabrze zaprezentował kapitalną dyspozycję, docierając do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Takie to były czasy. Czy doczekamy kiedyś ponownie takiego sezonu? To już temat na inną debatę.
6
@FCBparasiempre
Sezon 1969/1970 w europejskich pucharach Legia miała niemalże perfekcyjny. Format rozgrywek oczywiście zdecydowanie różnił się od współczesnej odmiany Ligi Mistrzów, lecz nadal Puchar Europy Mistrzów Klubowych był najważniejszym turniejem w Europie. Na przestrzeni ośmiu spotkań Legia Warszawa udowodniła, że należała wówczas do najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Format Pucharu Europy miał zupełnie inny wymiar, niż to co dzisiaj obserwujemy w Lidze Mistrzów. Udział brały tylko drużyny, które były mistrzami swoich lig. Nie było żadnych grup, tylko faza pucharowa. Nie było żadnego rankingu, koszyków czy obostrzeń politycznych, na podstawie których wykluczano jakieś konfrontacje. Każdy mógł trafić na każdego. Prawdziwy turniej mistrzów, prawdziwy prestiż. W dzisiejszych realiach sponsoringowych, marketingowych i komercyjnych– awykonalne. Sezon 1968/1969 Legia Warszawa skończyła na szczycie tabeli z dwupunktową przewagą nad Górnikiem Zabrze. Było to trzecie mistrzostwo kraju dla Legii, które kończyło okres wyczekiwania na kolejnego mistrza od 1956 roku. W tym samym sezonie Legia całkiem przyzwoicie poradziła sobie w Pucharze Miast Targowych i dotarła w nim do 1/8. Porażka w dwumeczu z węgierskim Ujpesti Budapest skończyła przygodę Wojskowych, ale napędziła do mocnego finiszu w lidze i Pucharze Polski (porażka w finale z Górnikiem Zabrze). Sezon ten stanowi podstawę świetnej postawy w kolejnym, bo właśnie wtedy umocnił się kształt drużyny, według wielu uznawanej za jedną z najlepszych w historii klubu. Jeśli nie najlepszą. Podstawowa 11 wyglądała w następujący sposób: Władysław Grotyński, Antoni Trzaskowski, Feliks Niedziółka, Andrzej Zygmunt, Władysław Stachurski, Bernard Blaut, Kazimierz Deyna, Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Jan Pieszko oraz Janusz Żmijewski. Trenerem tamtej ekipy był Edmund Zientara. Były piłkarz Legii trenował Wojskowych między 1969 a 1971 rokiem. Wykorzystał potencjał drzemiący w drużynie i zbudował zupełnie wyjątkowy kolektyw. Co ciekawe Zientara jest jednym z dwóch ludzi w historii klubu, którzy zdobyli mistrzostwo Polski jako zawodnik i trener. W sezonie 1969/1970 skład był niemal identyczny, z drobną zmianą, gdzie Feliksa Niedziółkę zastąpił Zygfryd Blaut (zagrał więcej minut). Ta drużyna grała ze sobą od wielu miesięcy i niemal na pamięć znali swoje ruchy. W sezonie 1968/1969 przegrali w lidze raptem 3 mecze, a w sezonie 1969/1970 powtórzyli ten wyczyn (na 26 kolejek). Kolejny atut to niewątpliwie genialna druga linia. Trio Blaut-Deyna-Brychczy, można śmiało powiedzieć, wyprzedziło swoje czasy. To, że była to najlepsza linia pomocy w Polsce było oczywiste. Jednak mecze w Europie pokazały, że mieliśmy do czynienia z wyjątkową skalą talentu na arenie międzynarodowej. Oprócz efektywnej i efektownej gry, Panowie Blaut, Deyna i Brychczy dokładali – dosłownie – worek bramek. W sezonie 1968/1969 we wszystkich rozgrywkach zdobyli łącznie 34 bramki (atak zdobył 35 bramek!). Pomoc zatem odpowiadała za 45% potencjału w ataku. Kazimierz Deyna był najlepszym strzelcem Legii w lidze (12 goli). W Pucharze Polski również (5). Były solidne podstawy, by z nadzieją spoglądać na kolejny sezon w Europie. Na początek mistrzom Polski los przydzielił mistrza Rumunii – zespół UT Arad. Pierwszy mecz zaplanowano na 18 września 1969 roku w Rumunii. Pierwszych 6 kolejek w polskiej lidze napawało optymizmem Wojskowych (4 zwycięstwa, 2 remisy, bilans goli 13:3), lecz balonika świadomie nie pompowano.
W pamięci pozostawały bowiem poprzednie występy Legii w Pucharze Europy, w których odpadali w pierwszej rundzie. Na wyjeździe Legioniści wywalczyli bardzo dobry wynik, bo wygrali 2:1. Choć mistrz Rumunii prowadził już od 7. minuty, to Legii udało się odeprzeć napór w pierwszej połowie i na przerwę schodzili z bagażem jednej bramki. Kolejnych już nie stracili. W drugiej połowie najpierw w 66. minucie stan meczu wyrównał Żmijewski, a dziewięć minut później wynik podwyższył Gadocha. Rezultat świetny, wracamy do Polski. To co wydarzyło się w Warszawie, przeszło do historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę nawet, że jest to jeden z bardziej niesamowitych wyczynów w historii Pucharu Europy w ogóle. 1 października w Warszawie 15 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie było świadkami wybitnego meczu Wojskowych. Choć po pierwszej połowie wynik 0:0 tego nie zapowiadał. Rumunii dzielnie walczyli przeciwko ewidentnie lepszej Legii, ale w drugiej połowie, dokładnie w 51. minucie pękli. Pierwszą bramkę zdobył Bernard Blaut. UT Arad nie wytrzymał nacisku i w 70. minucie Gadocha pogrzebał szanse Rumunów na awans. Następnie w ciągu 15 minut Legioniści zdobyli kolejne sześć bramek. Wszystkie zdobyli w ciągu 34 minut! Było to niebywałe, nawet jak na tamte czasy i tamten charakter gry. Ostateczny wynik – 8:0. Legia melduje się w drugiej rundzie. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że drużyna mistrza Rumunii była chłopcem do bicia, to już spieszę wytłumaczyć – otóż nie. W następnym sezonie Pucharu Europy UT Arad w pierwszej rundzie wyeliminował… obrońcę trofeum. Zatem była to poważna drużyna.
18.09.1969- UT Arad – Legia Warszawa 1:2 (Domide 7 – Żmijewski 66, Gadocha 75) 1.10.1969 – Legia Warszawa – UT Arad 8:0 (B. Blaut 51, Gadocha 70, 74, Brychczy 73, Stachurski 78, Deyna 81, Żmijewski 83, Pieszko 85) 2 Runda – Legia vs AS Saint-Etienne
W kolejnej fazie Legioniści trafili na mistrza Francji, poprzeczka powędrowała zatem wyżej. W owym czasie byli absolutnymi dominatorami w swoim kraju. Od sezonu 1966/1967 rokrocznie zdobywali mistrzostwo Ligue 1, aż do 1970 roku. Dodać również należy, że w pierwszej rundzie Saint-Etienne wyeliminowało Bayern Monachium, który już wtedy był bardzo mocną drużyną. Mecz zaplanowany na 12 listopada poprzedziły negocjacje z Telewizją Publiczną, która miała niemały problem. Tego samego dnia zaplanowane było także spotkanie Górnika Zabrze z Rangersami w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów. TVP zapłaciło Legii 150 tysięcy złotych tylko po to, by zorganizować mecz później, gdyż godziny obu meczów się pokrywały. Dosyć hojna dotacja, ale jak się wkrótce okazało – słuszna. Nie dość, że telewidzowie obejrzeli zwycięstwo Górnika, to jeszcze byli świadkami wygranej Legii 2:1. Choć pierwsza połowa tego nie zapowiadała. W 39. minucie prowadzenie Francuzom dał Herve Revelli. Trybuny były bardzo niespokojne i kilka niebezpiecznych przedmiotów lądowało na murawie, a druga połowa została nawet opóźniona ze względu na wybuchające petardy. Sytuacja na pewno dawała podstawy sędziemu, by przerwać mecz i oddać walkowera mistrzowi Francji. Na szczęście do tego nie doszło i warszawianie mogli odrobić straty. Trwało to długo, ale w 78. minucie Jan Pieszko wyrównał stan meczu, a pięć minut później zwycięstwo dał Kazimierz Deyna. Do Francji Legia wybrała się zatem z jednobramkową zaliczką. Optymizm jednak tonowano, ponieważ w poprzedniej rundzie Saint-Etienne ograło na własnym stadionie Bayern aż 3:0. Nie było mowy o żadnym odpuszczaniu. O tym, że ta rywalizacja była dla Francuzów istotna świadczy fakt, że cały numer gazety Sport Actualites był poświęcony rewanżowemu spotkaniu między mistrzem Polski a Francji. Lecz niewiele brakło, by to spotkanie się w ogóle nie odbyło. Wszystko przez strajk w zakładach energetycznych. Gdyby nie było oświetlenia, Legii musiałby zostać przyznany walkower. Taka sytuacja – na szczęście miejscowych – nie miała miejsca i mecz został rozegrany. 26 listopada na trybunach zebrało się 30 tysięcy kibiców oczkujących od swoich zawodników zwycięstwa, a żeby awansować wystarczył wynik 1:0 dla gospodarzy. Było zimno, a murawa była w fatalnym stanie przez wcześniejsze opady śniegu. Bądź co bądź, warunki dla obu drużyn były jednakowe. Tak jak przewidywano – Saint-Etienne na swoim stadionie mocno naciskało, a Legioniści skupili się raczej na szczelnej obronie oraz groźnych kontratakach.
Jednak wynik bardzo długo wynik utrzymywał się korzystny dla Legii. Bezbramkowy remis promował Wojskowych do kolejnej rundy. W 85. minucie Kazimierz Deyna uciszył miejscowe trybuny i ostatecznie pogrzebał nadzieje Francuzów. Jeden z kontrataków przyniósł oczekiwany skutek. Deyna przyjął piłkę w polu karnym przeciwnika, spojrzał, przymierzył i… Zobaczcie sami. Porażka była szokiem dla Francuzów. Jak to, absolutny hegemon we Francji nie może przejść drugiej rundy? No tak to, nie może. Nie z taką Legią. Francuzi byli na tyle pewni siebie, że przed meczem zorganizowali wystawną kolację, zapewne po to, by uczcić awans. Niestety Legioniści na uroczystym posiłku przebywali głównie we własnym gronie z raptem kilkoma francuskimi działaczami. Prezes Saint-Etienne nie zdobył się na gest szacunku i nie pogratulował Legii awansu. Doceniła ich jednak francuska, gdzie Deynę określono – po raz pierwszy – mianem „Le General”. Wymowne.
12.11.1969 – Legia Warszawa – AS Saint-Etienne 2:1 (Pieszko 78, Deyna 83 – Revelli 39) 26.11.1969 – AS Saint-Etienne – Legia Warszawa 0:1 (Deyna 85)
Następną rundą był już ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70 XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło, Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe z lokalnymi drużynami – między innymi CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu „narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób, korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik ten – mimo silnego naporu Galatasaray – nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla Legii przed rewanżem w Warszawie. Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów. Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu – Lucjan Brychczy. Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę – w 11. i 55. minucie. Awans do półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w historii.
4.03.1970 – Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37) 18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)
Z trzech dostępnych drużyn (Leeds, Celtic i Feyenoord) los przydzielił Legii mistrzów Holandii. Mowa tutaj o drużynie, która w latach 60-tych wygrała Eredivisie 4 razy, a na początku lat 70-tych rywalizowała jak równy z równym z bodaj najlepszym Ajaxem w historii. Choć Feyenoord zdobywał mistrzostwo kraju w następnych dekadach, to nigdy później drużyna z Rotterdamu nie osiągnęła podobnego poziomu. Na przełomie lat lat 60-tych i 70-tych osiągnęła swój peak. Pierwszy mecz został zaplanowany na 1 kwietnia 1970 roku. Nie tylko w stolicy, ale też w całym kraju oczekiwano awansu do finału. Opinia publiczna doskonale zdawała sobie sprawę, że Legia jest w stanie wygrać ten dwumecz. Feyenoord miał problemy w poprzednich rundach z awansem i w konfrontacjach z Milanem oraz Vorwärts Berlin musieli dwukrotnie odrabiać straty (0:1 i 2:0 w obu dwumeczach). Jeśli Legia trafi z formą, można wypracować niezłą zaliczkę przed wizytą w Holandii. Na wypełnionym ponad miarę Stadionie Wojska Polskiego (30 tysięcy widzów) obie drużyny nie spełniły oczekiwań mediów i kibiców. Rzęsisty deszcz spowodował, że z murawy zrobiła się błotnista maź. W tych warunkach Legionistom trudniej było o zdobycie bramki, choć kontrolowali przebieg meczu. Dogodne sytuacje marnowali Brychczy oraz Małkiewicz. W Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że w normalnych okolicznościach atmosferycznych Legia miałaby większe szanse na wypracowanie przewagi. Warunki jednak były jakie były i remis 0:0 był niewątpliwym sukcesem Feyenoordu. Data meczu oczywiście zobowiązywała, więc spiker na stadionie postanowił zażartować z kibiców na trybunach. W przerwie meczu powiedział, że po spotkaniu na terenie pływalni obok stadionu będą przyjmowane zapisy na wyjazd do Amsterdamu i rewanżowy mecz w Rotterdamie. Koszt – 150 zł. Ludzie podobno zdębieli. Nie dziwne. Żartować z możliwości wyjazdu na zachód w czasach, gdy było to bardzo trudne do zrealizowania? Ironia wyższych lotów. Prima Aprilis w wersji komunistycznej. Na to spotkanie do Warszawy przybyło wielu kibiców z Holandii. Fakt ten nie jest niczym wyjątkowym i Stadion Wojska Polskiego gościł niejedną zorganizowaną grupę fanów. Wizyta ta jednak przeszła do historii z innego powodu. Kibice w Warszawie mogli pierwszy raz zobaczyć kibiców innej drużyny, która w zupełnie nieznany dotąd sposób manifestowała swoje oddanie klubowi. Z charakterystycznymi cylindrami w czerwone i białe pasy, z szalikami oraz flagami w barwach Feyenoordu fani z Holandii pokazali, jak można wspierać swoją drużynę. Dla fanów Legii było to zupełnie nowe doświadczenie i po raz pierwszy ujrzeli sposób kibicowania w ten sposób – w czasach „szarej” komunistycznej rzeczywistości był to niewątpliwie powiew zachodniej cywilizacji i najprawdopodobniej od tego momentu możemy zaobserwować początek transformacji kibicowskiej w Polsce – takiej, w której wykorzystuje się barwy klubu jako element identyfikacji oraz manifestacji w trakcie meczów. Kibiców ktoś przecież musi pilnować. W czasach PRL wszystkie mecze były objęte procedurą zabezpieczenia przez oddziały milicji. Szczególną uwagę miały spotkania z zachodnimi reprezentacjami lub klubami. Nie inaczej było w ramach tej rywalizacji. Choć w tym przypadku prestiż i znaczenie meczu były dużo wyższe. Nie było do tej pory tego typu widowiska sportowego, zatem plan zabezpieczenia przez służby był specjalny. Poza przeznaczeniem większej liczby oddziałów w rejonie ulic Łazienkowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej, na samym stadionie również znajdowała się nadprogramowa liczba służb. Łącznie ponad 3000 mundurowych oraz 71 różnego rodzaju pojazdów. Na szczególną uwagę zasługują również dodatkowe „uwagi i zalecenia” dla wszystkich funkcjonariuszy.
4
Najlepsza Legia w historii:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
12
Wybitne legendy futbolu:
1 kwietnia 1927 r. urodził się Ferenc Puskas. Dla starszego pokolenia najlepsi piłkarze w historii to Pelé, Diego Maradona i Johan Cruyff, a młodsi bez zastanowienia wskazują na Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Warto jednak wiedzieć, że swego czasu po zielonej murawie biegał ktoś taki jak Ferenc Puskás – napastnik, którego na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiali się wszyscy obrońcy. „Galopujący Major”, jak nazywano go z powodu służby w węgierskiej armii, był zawodnikiem kompletnym, uznanym w 1953 roku przez czasopismo „World Soccer” za najlepszego na świecie. Ci, którzy śledzili wnikliwie jego grę twierdzą, że potrafił strzelać bramki z każdej odległości obiema nogami i głową, a także dysponował znakomitym przeglądem pola, pozwalającym mu notować wiele asyst. W latach 1945-56 zdobył dla reprezentacji Węgier 84 gole w 85 występach. Nigdy później Magiczni Madziarzy nie odnosili większych sukcesów, bo za takie trzeba uznać złoty medal olimpijski w 1952 roku oraz drugie miejsce na mundialu dwa lata później. ,,Jeszcze przed końcowym gwizdkiem strzeliłem wyrównującą bramkę ale sędzia liniowy wskazał pozycję spaloną” – wspominał Puskás finał mistrzostw świata z Niemcami, w którym Węgrzy prowadzili już 2:0, lecz ostatecznie polegli 2:3. ,,Nigdy mu tego nie wybaczę, chociaż na boisku się nie kłóciliśmy. Po prostu przegraliśmy i zwiesiliśmy głowy. W końcu arbiter ma zawsze rację. Po meczu pojawiło się mnóstwo plotek, że go sprzedaliśmy, ale to nonsens.” Cały kraj był załamany tą porażką a piłkarze zostali poproszeni przez służby mundurowe o niepokazywanie się na ulicy dopóki sytuacja się nie uspokoi. Gdy wydawało się, że napędzani przez niesamowitego Puskása Magiczni Madziarzy na mundialu w 1958 roku znów powalczą o najwyższy laur, niecałe dwa lata przed szwedzką imprezą na Węgrzech wybuchła krwawa rewolucja, z powodu której Ferenc postanowił opuścić kraj i wyjechać do Hiszpanii. W odwecie rodzima federacja nałożyła na niego osiemnastomiesięczną dyskwalifikację na wszystkich frontach. W razie powrotu do ojczyzny piłkarzowi groziła kara śmierci za dezercję, więc w kadrze narodowej nie wystąpił już nigdy więcej. Co ważne, „Galopujący Major” nie był w swojej decyzji odosobniony, ponieważ podobnie do niego postąpiło wielu kolegów po fachu czy trenerów. ,,Miałem wtedy już prawie trzydziestkę na karku, więc ta dyskwalifikacja brzmiała dla mnie jak wyrok. W pewnym momencie odezwali się jednak do mnie ludzie z Realu Madryt. Powiedziałem im, że jestem za gruby i chyba nie dam już rady grać zawodowo, ale następnego dnia pojawiłem się w Madrycie i odbyłem bardzo dziwną rozmowę z prezydentem klubu – Santiago Bernabéu. Nie mieliśmy tłumacza, więc ja mówiłem po węgiersku, a on po hiszpańsku. W pewnym momencie zacząłem gestykulować: „wszystko w porządku, ale spójrz na mnie – mam 18 kilogramów nadwagi”. Wtedy on odparł: „To już twój problem, a nie mój”.
Przed emigracją Ferenc spędził siedem lat w klubie Budapest Honvéd FC, dla którego w 164 występach zdobył 165 goli. Po owocnej karierze w ojczyźnie okraszonej sukcesami z reprezentacją można było przypuszczać, że gra dla Realu Madryt będzie dla Węgra jedynie krótkim przystankiem przed sportową emeryturą. Wszyscy, którzy tak uważali, okrutnie się jednak pomylili. W latach 1958-66 w barwach Los Blancos „Galopujący Major” rozegrał 180 spotkań i strzelił w tym czasie aż 156 bramek. Królewscy z nim w składzie sięgnęli po dziesięć trofeów: pięć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Puchary Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Sam zainteresowany natomiast aż czterokrotnie wygrywał rywalizację o Trofeo Pichichi dla najlepszego strzelca La Liga. ,,W Madrycie nigdy nie czułem się obco i nie musiałem się wstydzić swojego pochodzenia. Jeśli gdzieś pojawialiśmy się z Los Blancos, to zawsze witały mnie małe grupki Węgrów. Uważali mnie za jednego ze swoich, ponieważ z powodu wydarzeń w 1956 roku ojczyznę opuściło około sto tysięcy moich rodaków. Cieszę się, że mogłem być częścią tej wielkiej drużyny. Atmosfera w zespole była wspaniała, a to jeden z kluczy do sukcesu. Obcokrajowcy odgrywali tu ważną rolę. Razem z Francuzem polskiego pochodzenia Raymondem Kopą i Argentyńczykiem Alfredo Di Stéfano ciągle ogrywaliśmy Hiszpanów w karty”. W finale Pucharu Europy w 1960 roku na Hampden Park w Glasgow Real Madryt rozbił Eintracht Frankfurt 7:3, a „Galopujący Major” ustrzelił w tym spotkaniu pokera (4 gole). Tymczasem węgierskie władze uważały go za zdrajcę ojczyzny. Zakazano transmisji spotkań Królewskich, a gazetom nakazano o ich węgierskim napastniku pisać tylko źle. Prawdziwi kibice na wszelkie możliwe sposoby szukali jednak relacji telewizyjnych z meczów Los Blancos oraz prawdziwych informacji o swoim idolu. ,,Po opuszczeniu Węgier przyrzekłem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Zostałem naprawdę okropnie potraktowany po tym jak przez szmat czasu dawałem z siebie wszystko. Dwadzieścia pięć lat później zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na powrót. Cieplejszego powitania na lotnisku nie mogłem sobie wymarzyć. To było niesamowite. Czułem się jak jakaś gwiazda muzyki pop”.- wspominał Węgier. Po zakończeniu kariery sportowej Ferenc Puskás został trenerem. Największe sukcesy odnosił z Panathinaikosem Ateny, z którym wywalczył dwa mistrzostwa Grecji oraz finał Pucharu Europy. Zmarł w Budapeszcie 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
11
Za twardy orzech do zgryzienia:
Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona zremisowała z Atletico Madryt 1:1 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. Jedynego gola(ratującego remis) dla Barçy strzelił w 71 minucie Neymar. Atletico na Camp Nou zaskoczyło Blaugrane odwagą, zagrało w myśl przedmeczowych słów Courtois: ,,Już złapaliśmy bestie, teraz trzeba ją tylko przywiązać”. Gracze Simeone wywierali presją na zastępującym kontuzjowanego Victora Valdesa Jose Pinto, gdyż ten słabo grał nogami. Strzał życia wyszedł Brazylijczykowi Diego, który w pierwszej polowie wszedł za kontuzjowanego Diego Coste i goście wywieźli z Camp Nou cenny remis.
@Sysia11
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
9
A to ci historia:
1 kwietnia 1977 r. Rinus Michels odsunął od drużyny Rexacha i Marciala. Hiszpanie postanowili więc wynająć boisko za 600 peset i trenowali indywidualnie przez 90 minut. Powodem problemów obu piłkarzy były wydarzenia z wcześniejszego weekendu. FC Barcelona przegrała w Burgos tracąc praktycznie szanse na tytuł mistrzowski a Rexach, Marcial i Neeskens udali się do Madrytu, mając na to zgode trenera Michelsa. W jednej z dyskotek Marcial spoliczkował gościa lokalu, który wykonał piłkarzom zdjęcie bez ich zgody. Hiszpan twierdził iż ,,nie uderzył go zbyt mocno i sam też oberwał ale nie pamięta od kogo bo w starciu uczestniczyło mnóstwo ludzi”. Marcial lamentował również że uderzona osoba poszła ,,wypłakać się na komisariat a on nawet nie zdążył wypić zamówionego whiskey”. Pikanterii sprawie dodawał fakt iż zarówno Marcial, jak i Rexach negocjowali nowe umowy w klubie. Dla pierwszego z nich oznaczało to koniec gry w Blaugranie i przejście do Atletico Madryt. Marcial Manuel Pina Morales(tak brzmi jego pełne nazewnictwo) jest jedynym piłkarzem w historii Primera Division, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych klubach. Udało mu się nawet strzelić 2 gole w jednym meczu z rzutów wolnych zarówno lewą jak i prawą nogą.
Wystarczył jeden(i to za zgodą trenera) wyskok aby usunąć z drużyny naprawdę wartościowego pomocnika. Czy Michels aby nie przesadził…?
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
2
@FCBparasiempre
I tak wracamy do Santa Fe, gdzie rok wcześniej rozpoczał się marsz po mistrzostwo kraju. W hotelu Conquistador Bielse dopadły wątpliwości. Jego metody wymagały wiary a on właśnie ją stracił. ,,Zamknąłem się w pokoju – opowiadał potem – zgasiłem światła, zaciągnąłem zasłony i zrozumiałem co naprawdę znaczą słowa wypowiadane czasem tak lekko: »Chce umrzeć«. Zacząłem płakać. Nie rozumiałem co się dzieje. Cierpiałem jako kibic i cierpiałem jako profesjonalista”. Zadzwonił do żony Laury. ,,Zderzyłem się wówczas z argumentem, który dla wielu byłby nie do odparcia” – opowiadał. Ich córka była poważnie chora. Przez kilka miesięcy balansowała między życiem a śmiercią. To wtedy naprawdę przeżywał emocjonalne piekło. ,,Czy to że chciałbym się teraz zapaść pod ziemie w związku z jednym przegranym meczem ma jakikolwiek sens? – pytał. Wiedział już że nie ma ale ważniejsze było coś innego. ,,Rozumowanie było bez zarzutu – mówił. – ale moje cierpienie z powodu porażki domagało się jakiegoś usprawiedliwienia”. W ten sposób Bielsa doszedł do tego na czym polegał kryzys. To co się stało w meczu z San Lorenzo nie było zwykłą porażką a on zakwestionował coś więcej niż swoje umiejętności trenerskie. Dobór słów nie był przypadkowy. On nie szukał rozwiązania problemu tylko usprawiedliwienia filozofii, którą żył i którą jego drużyna miała wyrażać na boisku. ,,Jeśli trzeba będzie przemyśleć cały projekt, zrobimy to razem. Poszukamy nowego sposobu i nowej metody, jeśli się okaże że nie czujemy się na siłach osiągnąć tego co zamierzyliśmy sobie przed rozpoczęciem sezonu”- powiedział. Bielsa wyznaczał więc nową droge. Problemem nie było to że posunął się zbyt daleko ale to że nie posunął się wystarczająco daleko. ,,Wciąż pod wpływem emocjonalnego szoku narodził się nowy sposób rozumienia taktyki. Od jakiegoś czasu miałem kilka koncepcji na temat jednostek i ich wkładu w zbiorowy wysiłek ale nie wcielałem ich w życie ponieważ wiązały się ze zbyt dużą liczbą rotacji na boisku. Porażki jakich doznaliśmy pozwoliły nam teraz odświeżyć strukturę dużyny a zarazem odnowić całą koncepcje a to za sprawą całej serii zmian pozycji”- opowiadał Bielsa. Ta skomplikowana fraza jest dla Bielsy czymś typowym. Mówiąc prościej, chodziło o to by zespół poznał zwyczaje przeciwnika i przez rotacyjny system krycia indywidualnego wywarł na niego presje. Przykładowo jeśli rywale rozpoczynają rozgrywanie akcji od podanie środkowego obrońcy do prawego obrońcy, drużyna Bielsy będzie naciskać na środkowego obrońcę i postara się przeciąć to podanie. Llop wspomina ten czas jako pełen nerwów: ,,Marcelo próbował znaleźć właściwą taktykę, więc całymi dniami gadaliśmy i gadaliśmy”. W Santa Fe zremisowali 0:0 ale był to dopiero początek. Tydzień później pokonali 1:0 Rosario Central w meczu przerwanym na 2 minuty przed końcem z powodu awantury na trybunach. ,,Najważniejszą różnicą było przygotowanie fizyczne. Newell’s przypominało traktor, który rozjeżdża wszystkich przeciwników. Ten zespół zadusiłby każdego, to był ten pomysł Bielsy, dodanie wściekłego pressingu do istniejącego już stylu Newell’s. Kiedy z nimi grałeś, wracałeś do szatni w poczuciu że nie tylko oszołomili cię podaniami ale też zabiegali na śmierć”- mówił Simon. Rewolucja nabierała tempa. Żona Saldañi zgineła w wypadku samochodowym ale on grał dalej, znajdując oparcie w Bielsie i w sile drużyny. Dobre wyniki pojawiły się także w Copa Libertadores. Do końca fazy grupowej Newell’s pozostało niepokonane odnosząc także ważne, gdyż katartyczne wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z San Lorenzo a im lepiej szło Bielsie, tym uważniej analizowano jego metody i częściej stawiano pytanie: na czym polega jego nowy styl? Czy trener Newell’s jest ,,bilardistą” czy ,,menottistą”? ,,Bielsy nie da się zestawić ani z Bilardo ani z Menottim. Był taktykiem ofensywnym. Proszę zauważyć, słowa »taktyk« często używa się na określenie trenera, który myśli negatywnie, skupia się na obronie a przecież taktyka nie polega tylko na defensywie i blokowaniu najmocniejszych stron przeciwnika. Bielsa to właśnie udowodnił. Był mieszanką tamtych dwóch, połączył obie szkoły”- wspominał Llop.
Z pewnością tak właśnie widział to sam trener. ,,Słuchałem ich przez 16 lat. Osiem lat Menottiego, dla którego najważniejsze było inspirowanie oraz osiem Bilardo, dla którego najważniejsza była funkcjonalność – mówił po objęciu posady selekcjonera w 1998 roku. – Starałem się wziąć od nich to, co najlepsze”. Komentarze Menottiego i Bilardo były zgodne z stereotypami na temat tych szkoleniowców. ,,Bielsa to młodzieniec z problemami. Ma swoje idee i wie jak je wprowadzić w życie ale różnimy się już w punkcie wyjścia. On sądzi że futbol jest przewidywalny, ja myśle kompletnie inaczej”- opowiadał Menotti. Bilardo z kolei uważał iż Bielsa po prostu go naśladuje. ,,Podzielam jego rozumowanie bo przypomina to, co robiliśmy w 1986 – mówił. – Ma mnóstwo taśm z nagraniami oponentów, zupełnie jak ja wtedy”. Z pewnością znajdą się tacy, którzy będą zdania że jego treningi(zwłaszcza tych 120 piątkowych powtórzeń) były z ducha Bilardo, co nie musi przecież oznaczać że podejście Menottiego do ćwiczeń z piłkarzami było szczególnie artystyczne, z drugiej strony jednak przekonanie Bielsy o konieczności atakowania przy każdej nadarzającej się okazji było z pewnością z ducha Menottiego. Kiedy sam próbował zdefiniować swoją filozofie, mówił że sprowadza się do czterech pojęć: permanentne skupienie, mobilność, rotacja i coś jeszcze, co trudno przełożyć a jest jednym z klasycznych terminów Bielsy. W muzyce ,,repenitizacion” to określenie oznaczające wykonanie utworu bez jego wcześniejszego ćwiczenia, nie jest całkowitym zdaniem się na wyobraźnie, gdyż dopuszcza czytanie nut ale w odniesieniu do futbolu z pewnością zawiera pewien stopień improwizacji w połączeniu z uważnością. Jest to innymi słowy pojęcie podsumowujące sprzeczny, wydawałoby się, ze zdrowym rozsądkiem idealizm filozofii ,,bielsista”, oczekiwanie od piłkarzy że będą w kółko robić coś po raz pierwszy; paradoks sygnalizujący wspaniałą bezcelowość tego, co starał się osiągnąć. ,,To co możliwe zostało już dokonane – mówił podczas pracy w Newell’s. – My próbujemy niemożliwego”. Kiedy Llop opowiadał o rozgrywaniu ,,mistycznych meczów” i konieczności wiary w trenera, mówił właśnie o tym: W przypadku Bielsy zawsze miało się wrażenie iż chodzi mu tyleż o wygrywanie meczów, co o osiągnięcie absolutu. Oto dlaczego otacza go atmosfera kultu. Jak wielu jego rówieśników z Ameryki Południowej, Bielsa był pod wrażeniem gry reprezentacji Holandii z pierwszej połowy lat 70-tych ale bardziej bezpośredni wpływ wywarł na niego Urugwajczyk Oscar Tabarez, trener, którego pragmatyzm wydawał się pozostawać w dziwnej sprzeczności z jego własnym idealizmem. ,,Piłka nożna opiera się na czterech fundamentach, jak to ujął Oscar Tabarez. Na obronie, na ataku, na tym, jak przechodzisz z ataku do obrony. Chodzi o to by te przejścia odbywały się w sposób jak najbardziej płynny”- mówił Bielsa. Podczas Clausury w sezonie 1991/92 Newell’s przegrało tylko raz i dwupunktową przewagą w tabeli odebrało tytuł Velezowi Sarsfield. W Copa Libertadores z kolei piłkarze Bielsy pokonali Defensor Sporting i awansowali do ćwierćfinału, gdzie jeszcze raz musieli się zmierzyć z San Lorenzo. Rany po tamtym 0:6 były wciąż świeże ale tym razem ograli ich w Rosario 4:0 a cały dwumecz zakończyli wynikiem 5:1. W półfinale czekała kolumbijska America de Cali. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1 ale już w 5 minucie drugiego meczu po rzucie wolnym i główce Pochettino Argentyńczycy objeli prowadzenie. Mecz był bardzo zacięty i ostry a atmosfera na trybunach do tego stopnia przepełniona wrogością że samo wejście na stadion stanowiło ciężkie przeżycie. Newell’s się broniło ale rzut karny w ostatniej minucie przyniósł Americe wyrównanie i o dalszych losach obu drużyn musiała zdecydować seria jedenastek. Piłkarze z Cali dwukrotnie nie trafili w sytuacji, gdy gol zapewniał im awans do finału a w końcu Norberto Scoponi obronił strzał Orlando Maturany i z wynikiem 11:10 Newell’s awansowało dalej, choć zanim drużyna mogła myśleć o finale, najpierw musiała bezpiecznie opuścić boisko. Kolumbijscy kibice byli wściekli a trafiony z trybun jakimś przedmiotem Berizzo miał rozbitą głowe. Finał przeciwko FC São Paulo z Raim i Cafu w składzie także skończył się rzutami karnymi ale tym razem Newell’s przegrało. Bielsa wyraźnie wyczerpany emocjonalnym wynikiem związanym z prowadzeniem drużyny, której kibicował w stylu, który rozpropagował, zrezygnował z posady. ,,Próbowaliśmy go przekonać żeby tego nie robił ale był kompletnie wypompowany. Chciał nawet odejść wcześniej ale odwiedziliśmy go z Martino w domu i namówiliśmy żeby został, jednak miesiąc czy dwa później i tak podał się do dymisji. Być może uważał że jego epoka dobiegła końca, że nie będzie już w stanie powtórzyć tak dobrego wyniku. Ja w każdym razie chciałem żeby został i wiedziałem jak wielkie znaczenie ma dla Newell’s. Kiedy odszedł musieliśmy się bronić przed spadkiem. To było straszne”- opowiadał Llop.
6
@FCBparasiempre
Marcelo Bielsa raczej nie przejdzie do historii futbolu jako wielki trener. Trzy mistrzostwa Argentyny i złoty medal olimpijski to w sumie niezbyt imponujące osiągnięcia jak na tyle lat kariery. Jako teoretyk futbolu jest wszakże jednym z najważniejszych. Jego dziwactwa jak okulary na sznurku, skomplikowana składnia, precyzja, z jaką dochodził do ławki rezerwowych w Athletic Bilbao w dokładnie 13 krokach, sposób w jaki przysiadał podczas meczów na przenośnej lodówce w Marsylii albo pamiętna scena gdy oznaczył na swoich butach miejsca, którymi jego zdaniem piłkarze powinni uderzać piłke a potem przez kilka dni chodził zostawiając wszędzie ślady kredy, łatwo pozwalają uczynić z niego karykaturę i zapomnieć jak wielką rolę odegrał w historii światowego futbolu. Nie będzie przecież przesadą stwierdzenie że od czasu przejścia Brazylii na gre czwórką obrońców na przełomie lat 50-tych i 60-tych żaden z mieszkańców Ameryki Południowej nie miał tak wielkiego wpływu na piłkarską taktykę jak Marcelo Bielsa w pierwszej dekadzie XXI wieku. Od dziecka miał w sobie coś z intelektualisty, był poważny a zarazem pełen uporu i pasji. Towarzyszący mu pewien idealistyczny rys wydawał się dziwny u nastolatka i irytujący u dorosłego. W końcu zaczęto na niego mówić ,,El Loco” bo nawet w decyzji o zostaniu piłkarzem było coś, co odróżniało go od otoczenia. Pozostali członkowie rodziny zostawali wszak prawnikami lub politykami albo łączyli prawo z polityką. Jego brat Rafael pełnił funkcje ministra spraw zagranicznych za czasów prezydentury Nestora Kirchnera, zaś siostra Maria Eugenia wybrała karierę architekta i była zastępczynią gubernatora prowincji Santa Fe. Piętnastoletni Marcelo był do tego stopnia zdeterminowany w myśleniu o karierze zawodniczej że wyprowadził się z domu i zamieszkał w klubowym internacie Newell’s Old Boys. Inna sprawa(to coś, co będzie się powtarzać w przyszłości) że nie wytrzymał tam długo, po 2 dniach został wyrzucony, gdyż nie chciał parkować swojej dwusuwowej pumy poza terenem ośrodka. Nawet jeśli buntował się przeciwko rodzinie, wpływu jaki na niego wywarła nie da się przecenić. W bibliotece jego dziadka znajdowało się ponad 30 tysięcy książek a Marcelo żywił podobny szacunek do wiedzy i samorozwoju, prenumerując w pewnym momencie ponad 40 czasopism z całego świata i gromadząc niebywałą, zawierającą tysiące nagrań kolekcje meczów. Wśród niezliczonych anegdot na jego temat jest i opowieść o tym, jak podczas mistrzostw Europy w 1996 r. wychodził z hotelu coraz wcześniej i wcześniej, z nadzieją że w nieodwiedzonych dotąd kioskach znajdzie inne gazety. Co również dla niego charakterystyczne, nie uważa swojej obsesji za niezwykłą, zawsze wydaje się raczej zaskoczony, gdy ktoś spróbuje mu uświadomić że są ludzie, którzy niekoniecznie przez całe dnie ślęczą nad DVD z rozegranymi już meczami. Swego czasu zapytany jak zamierza spędzić okres świąteczno-noworoczny, odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną że przez 2 godziny dziennie ma zamiar się gimnastykować a w ciągu kolejnych 14 będzie oglądał mecze. Z czasem rozwinął zresztą zdolność śledzenia transmisji dwóch meczów jednocześnie. ,,Ja studiuje futbol, oglądam video, czytam i analizuje”- podsumował. Urodził się w Rosario w czerwcu 1955 r. jako syn Rafaela(prawnika kibicującego Rosario Central) i Lidii(szkolnej nauczycielki). Zdaje się iż głównie na przekór ojcu związał się z Newell’s, podobnie zresztą jak jego brat. W piłke grał niemal od chwili, gdy nauczył się chodzić ale od najwcześniejszych lat zaczął również czytać na jej temat. Matka kupowała mu egzemplarze ,,El Grafico” a potem je indeksowała. Czy można powiedzieć że to matka rozpoczęła proces taksonomizacji futbolu, który Bielsa miał później doprowadzić do skrajności? ,,Wpływ matki na moje życie był przemożny. Żaden wysiłek nie był dla niej wystarczający”- opowiadał. Silna i niezwykle pracowita wymagała od dzieci tego samego.
W świecie futbolu zdania na jego temat są podzielone ale zarówno jego apologeci, jak i krytycy przyznają że jest niezmordowanym pracoholikiem, który oczekuje od innych porównywalnego zaangażowania. ,,Z początku wydawał się ciężkim a nawet wkurzającym typem przez ten swój upór i nieprzyjmowanie do wiadomości zdania innych ale w końcu zobaczyłem w nim geniusza. Potrafi przekonać do biegania i do harówki, widać to zarówno w czasie meczów, jak i treningów jego drużyn. Wie więcej niż ktokolwiek w tym świecie. Należy do absolutnej elity. Jeśli pozna się go bliżej, nie sposób go nie pokochać”- opowiadał Fernando Llorente, który grał u Bielsy w Athletic Bilbao. Wysiłek i dyscyplina nie wystarczyły by zrobić z niego piłkarza. Jako obrońca nieźle radził sobie z piłką ale brakowało mu szybkości. W Newell’s rozegrał tylko 4 mecze, po czym klub zdecydował się nie przedłużać z nim umowy. Miał 21 lat i przez kolejne 4 błąkał się po niższych ligach, studiując zarazem agronomie i wychowanie fizyczne. W wieku 25 lat przeprowadził się do Buenos Aires, gdzie objął posade trenera miejskiej drużyny akademickiej. Pedanteria z jaką podjął nowe obowiązki była uderzająca. Obejrzał 3 tysiące grających w piłke studentów, po czym wybrał 20 z nich a co przy tym charakterystyczne, w trakcie treningów korzystał ze słownika i przemawiał do piłkarzy używając formalnego zaimka ,,usted”. Traktował ich jak zawodowców i pilnował by naprawdę solidnie trenowali. Wielu z nich wspominało później nową ,,powagę” jaka wraz z jego bytnością pojawiła się w podejściu do zajęć a już w tamtym momencie można było zauważyć przywiązanie młodego trenera do wertykalnej gry i przenoszenia piłki jak najszybciej do przodu. Futbolem uczelnianym zajmował się przez 2 lata a potem wrócił do Rosario, gdzie zaczął pracować z drużynami młodzieżowymi Newell’s. W przekonaniu iż z dala od dużych miast musi kryć się wiele nieodkrytych piłkarskich talentów, podzielił mape Argentyny na 70 sektorów a potem zaczął je metodycznie odwiedzać, pokonując swoim fiatem 147 dobrze ponad 8 tysięcy kilometrów(samolotów unikał z lęku przed lataniem). Wreszcie w 1990 r. w klubie uznano że jest wystarczająco kompetentny do podjęcia pracy z pierwszą drużyną(miał wówczas 35 lat). Zastąpił Jose Yudice, który pojawił się tu w 1987 roku by rok później wygrać z Newell’s Campeonato. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć że Yudica był niezbędnym ogniwem przejściowym w drodze do podejścia, które Argentyńczycy nazywają ,,bielsista”, bardziej pragmatycznym od następcy, łagodniejszym i skromniejszym zarówno w zachowaniu, jak i w ambicjach. Pierwsza dawka ,,bielsizmu” mimo wstępu z czasów Yudiki była bowiem naprawdę silna. ,,Kiedy przyszedł Marcelo zmiana okazała się radykalna. Znaliśmy go oczywiście, gdyż pracował z rezerwami, więc nie był jakimś przybyszem z innej planety ale przeprowadził tu rewolucje dużo większą od tej, którą zrobił Yudica. Najpierw byłem sceptyczny. Jak Gerardo Martino i inni starsi piłkarze uważałem że zmian jest za dużo. Szybko się jednak zorientowałem że to najlepsze co mogło się wydarzyć w Newell’s i popierałem go z zamkniętymi oczami. Wiedzieliśmy że dzięki jego pomysłom będziemy zwyciężać. Wiedzieliśmy też iż w rezerwach trenowali świetni piłkarze, przyzwyczajeni już do jego sposobu gry. Zajęcia zmieniły się dramatycznie. Dziś nie brzmi to już szokująco ale wtedy była to prawdziwa niespodzianka. Wszystkie sesje były krótkie ale bardzo intensywne. Prawie przez cały czas ćwiczyliśmy z piłką, cały czas pracowaliśmy nad taktyką. Zaczynaliśmy o różnych porach, trzech, czterech piłkarzy robiło ćwiczenia w strefach, przykładowo ,,piątka”, ,,czwórka” i ,,ósemka” pracowały wspólnie a innym razem robiły to ,,piątka”, ,,trójka” i ,,jedenastka”. Młodsi zawodnicy byli już z tym oswojeni ale dla nas to była kompletna nowość”- opowiadał były pomocnik Newell’s Juan Manuel Llop. Ponieważ mecze rozgrywano najczęściej w niedziele, poniedziałki piłkarze mieli wolne a we wtorek i w środe rano pracowali z trenerem od przygotowania fizycznego. Bielsa w tym czasie zamykał się w swoim gabinecie i oglądał mecze kolejnych przeciwników na video. Praca nad taktyką zaczynała się w środe po południu. ,,Młodzi piłkarze musieli czytać gazety i przygotowywać szczegółowe dossier na temat rywala. To był sposób na to żeby poczuli się bardziej zaangażowani i żeby uczyli się lepiej rozumieć futbol”- opowiadał Llop. Później Bielsa pokazywał im filmy. Nigdy całe mecze, jedynie wybrane momenty i sekwencje żeby podkreślić kluczowe punkty. W czwartek po południu odbywała się gra treningowa. ,,Graliśmy krótko ale z taką intensywnością jakby to naprawdę był mecz Primera. Niezwykłe to było. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Druga jedenastka była ustawiona jak nasz kolejny przeciwnik a naszym zadaniem było ją pokonać, wygrać mecz. Porażka w czwartek nie wchodziła w gre”- mówił Llop.
Piątek poświęcano na szczegółowe przygotowania do meczu. Bielsa ćwiczył z drużyną 120 schematów różnych sytuacji ofensywnych i 120 defensywnych. ,,Chodziło w tym wszystkim o ruch, skoordynowany ruch zawodników. Piłka ma być tutaj, ty masz się ustawić tutaj a ty masz pobiec tam, jeśli oni będą grać na spalonego, nie dacie się złapać a jeden z was będzie mógł wyjść za ich linie. To było bardzo ale to bardzo szczegółowe”- tłumaczył Llop. No i trzeba przyznać że to działało a przynajmniej działało czasami. W sezonie 1990/91 rozgrywki ligowe po raz pierwszy podzielono na dwie części, Aperture i Clausure a zwycięzcy obu rozgrywali mecz decydujący o mistrzostwie kraju. Dla Newell’s Apertura rozpoczęła się przeciętnie. Wygrali 1:0 z Platense i zremisowali na wyjeździe z Argentinos Juniors ale potem przegrali u siebie z Huracanem. Przed wyjazdem na czwarty mecz z Union Santa Fe, posada Bielsy była zagrożona. ,,Krążyło sporo plotek, gdyż początek nie był udany. Nie wiem czy zostałby zwolniony po czwartej kolejce czy później ale gdybyśmy po takim kiepskim starcie dalej szli tą drogą, kto wie co by się wydarzyło. Marcelo miał opinie dziwaka, jego metody budziły wątpliwości, więc wszyscy chcieli wiedzieć czy mu się uda. Gdybyśmy przegrali ten czwarty mecz pewnie byłby to koniec Bielsy, któż to wie? Jednak wygraliśmy ten mecz 3:1. Wystartowaliśmy i już się nie zatrzymaliśmy”- opowiadał dalej Llop. W następnych miesiącach Newell’s przegrało już tylko raz i skończyło Aperture z dwoma punktami przewagi nad River Plate. Santa Fe zaś odegrało jeszcze ważniejsza role w rozwoju Bielsy. Zwycięstwo w Aperturze oznaczało że Newell’s przez pół sezonu w zasadzie nie miało o co grać(to powód, dla którego w kolejnych latach za mistrzów kraju uznawano zarówno tych, którzy wygrali Aperure, jak i tych, którzy wygrali Clausure, bez konieczności organizowania dodatkowego meczu). Odprężona drużyna zakończyła Clausure na ósmym miejscu a pierwsze zajeli Boca Juniors. ,,To nie było normalne. Nie było przecież tak że nam nie zależało albo że oszczędzaliśmy się na finał z Boca. Przeciwnie, kiedy już mieliśmy z nimi grać, byliśmy bardzo ostrożni bo wiedzieliśmy że nie jesteśmy w dobrej formie. Powiedziałbym iż zachowaliśmy większą czujność niż zwykle i to dobrze, gdyż inaczej mogłaby nas zgubić nadmierna pewność siebie. To była nasza szansa wygrać mecz na Bombonerze i przejść do historii argentyńskiego futbolu. To na pewno spowodowało że zagraliśmy szybciej i lepiej niż przez reszte sezonu”- opowiadał Llop. Mecz w Rosario zakończył się zwycięstwem Newell’s 1:0 ale przed rewanżem w La Boca była to minimalna zaliczka. Obie drużyny musiały zagrać w osłabieniu, gdyż(jakkolwiek wydaje się to dziwaczne) akurat pomiędzy meczami o mistrzostwo kraju rozpoczynała się Copa America i do reprezentacji powołano Fernando Gamboe i Dario Franco z Newell’s oraz Diego Latorre, Blasa Giunte i Gabriela Batistute z Boca. Boca miała przewagę. Cristian Domizzi i Juan Simon obejrzeli czerwone kartki a na 9 minut przed końcem meczu Gerardo Reinoso zdobył gola dla gospodarzy. Newell’s jednak lepiej strzelało rzuty karne. Trafiło trzykrotnie a Boca tylko raz. ,,To był mój najlepszy mecz w życiu. W dodatku graliśmy w błocie, mistyczne przeżycie”- wspominał Llop. Newell’s było więc zwycięskie ale ich forma gdzieś odpłynęła a w trakcie Apertury sezonu 1991/92 zrobiło się jeszcze gorzej. Przez cały rok 1991 wygrali tylko 9 razy. Zdaniem Llopa problemem stało się zmęczenie. ,,Przy metodach Bielsy było ono nie uniknione. Nie tylko fizyczne ale także mentalne i emocjonalne, gdyż przy tak intensywnej rywalizacji trudno przez cały czas grać na tym samym poziomie. Ludzie nie są jednakowi, nie wszyscy myślą tak samo i reagują w ten sam sposób a styl Bielsy, jego sesje treningowe wymagają stałości i stąd czasem biorą się kłopoty. Mieliśmy drużynę, która świetnie pasowała do jego koncepcji ale kiedy odszedł w 1993 i 1994 roku walczyliśmy o utrzymanie. Człowiek jest istotą, która w pewnym momencie musi się zrelaksować. Nie chodziło o to ze przestaliśmy się starać, po prostu odpuszczaliśmy trochę bo czuliśmy się wyczerpani. Na początku Clausury presja była już ogromna. Zaczeliśmy wprawdzie od wygranej u siebie 2:0 z Quilmes ale potem nadszedł pogrom 0:6 z rąk San Lorenzo w pierwszym meczu fazy grupowej Copa Libertadores. Wstydze się tego meczu do dzisiaj jak mało którego. Nic nam nie wychodziło, kompletnie nic. Bielsa zmienił stopera. Mauricio Pochettino był świetny na tej pozycji ale musiałem zająć jego miejsce bo naprawdę nas łomotali a myśmy nie wiedzieli jak zareagować”- ciągnął dalej Llop.
6
Mentor Guardioli(przeczytajcie proszę w odpowiedzi na mój komentarz):
@Symson
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
10
Piłka jak sztandar:
Latem 1916 r. w samym środku I wojny światowej, pewien angielski kapitan poderwał się do szturmu kopiąc futbolówkę. Wdrapał się na skraj okopu, po czym rzucił się za piłką w stronę niemieckich linii. Jego regiment po początkowych wahaniach ruszył za swoim dowódcą. Kapitana zabił wprawdzie pocisk artyleryjski ale Wielka Brytania zdobyła skrawek ziemi niczyjej i mogła obwieścić światu pierwszą wielką wiktorie angielskiej piłki. Wiele lat później u schyłku wieku właściciel włoskiego klubu AC Milan wygrał wybory powszechne idąc do nich z zawołaniem ,,Fora Italia!”, zapożyczonym od kibiców piłkarskich. Silvio Berlusconi, gdyż o nim mowa, obiecał iż uratuje kraj podobnie jak uratował Milan, superdrużyne, która zdobyła wszystkie trofea. Włosi uwierzyli mu na słowo, nawet jeśli niektóre jego firmy balansowały na skraju bankructwa. Futbol i ojczyzna są ze sobą nierozerwalnie związane. Niż zatem dziwnego że politycy i dyktatorzy wiele razy próbowali manipulować tym związkiem. Włoska drużyna zwyciężyła w mundialach w 1934 i 1938 r. dla ojczyzny i Mussoliniego a zawodnicy zaczynali i kończyli każdy mecz faszystowskim pozdrowieniem. Również dla nazistów piłka nożna była sprawą wagi państwowej. Na Ukrainie stoi pomnik ku czci zawodników Dynama Kijów z 1942 r., którzy byli na tyle szaleni aby pokonać reprezentacje Hitlera na miejscowym stadionie. Mimo ostrzeżeń: ,,Jeśli wygracie, zginiecie”. Weszli na boisko zrezygnowani trzęsąc się ze strachu i głodu ale nie mogli się powstrzymać, chcieli choć na chwile odzyskać godność. Cała jedenastka została rozstrzelana w strojach meczowych nad jednym z wąwozów, gdy tylko mecz dobiegł końca. Piłka i ojczyzna, futbol i naród. Kiedy Boliwia i Paragwaj wyniszczały się wzajemnie w wojnie o Chaco, toczonej o skrawek niezamieszkanego terytorium, paragwajski czerwony krzyż sformował drużynę piłkarską, która rozegrała serie meczów w kilku argentyńskich i urugwajskich miastach i zebrała znaczącą sume pieniędzy na pomoc dla rannych obu stron konfliktu. Trzy lata później w Hiszpanii dwa pielgrzymujące zespoły stały się symbolami demokratycznego oporu. Podczas gdy generał Franco, prawa ręka Hitlera i Mussoliniego, bombardował Madryt, reprezentacja Kraju Basków rozgrywała mecze w Europie a FC Barcelona w Meksyku i USA. Baskijski rząd wysłał reprezentacje Euskadi do Francji i innych państw z misją propagandową i w celu przeprowadzenia zbiórki pieniędzy na pomoc dla walczącej republiki. W tym samym czasie ekipa Blaugrany zaokrętowała się na statku płynącym do Ameryki. Był rok 1937, prezes FC Barcelony(Josep Sunyol) padł już od kul frankistów. Oba zespoły ucieleśniały na stadionach i poza nimi obleganą przez faszystów demokracje. Do rozdartej wojną domową Hiszpanii powróciło tylko czterech katalońskich piłkarzy. Z reprezentacji baskijskiej tylko jeden.
Kiedy klęska republiki stała się faktem FIFA uznała hiszpańskich piłkarzy przebywających na wygnaniu za buntowników i zagroziła im dożywotnią dyskwalifikacją. Tylko niektórym udało się kontynuować karierę w ligach południowoamerykańskich. W Meksyku baskijscy zawodnicy założyli klub España, niepokonany w pierwszych latach istnienia. Środkowy napastnik reprezentacji Kraju Basków Isidro Langara debiutował w lidze argentyńskiej w 1939 r., strzelając w swoim pierwszym meczu aż 4 gole(!) dla ekipy San Lorenzo. W tym samym klubie grał także Angel Zubieta były pomocnik Euskadi. W 1945 r. Langara został królem strzelców ligi meksykańskiej. Tymczasem uchodzący za wzór we frankistowskiej Hiszpanii Real Madryt królował na świecie w latach 1956-60. Ta wspaniała drużyna zdobyła cztery razy z rzędu tytuł mistrzów kraju, pięciokrotnie sięgała po Puchar Europy a publiczność zawsze oglądała jej gre z niemym podziwem. Dyktatura generała Franco znalazła niezrównanych, wędrujących ambasadorów. Komentowane w radiu gole były lepszą oznaką triumfu niż oficjalny hymn ,,Cara al Sol”(pieśń frankistów). W 1959 r. jeden z przywódców reżimu Jose Solis wygłosił nawet mowe pochwalną na cześć madryckich piłkarzy: ,,Dzięki Wam ludzie, którzy wcześniej nas nienawidzili, teraz nas rozumieją”. Niczym Cyd Zwycięzca(hiszpański bohater narodowy) Real Madryt odzwierciedlał wszystkie wartości hiszpańskiej Rasy(,,La Raza to termin używany przez frankistów na określenie narodu hiszpańskiego), nawet jeśli drużyna bardziej przypominała legion cudzoziemski. Prym wiedli w niej wówczas Kopa, Di Stefano, Rial, Santamaria oraz Puskas. Tego ostatniego nazywano w Madrycie ,,Canoncito pum pum”(Armatka bum bum) z uwagi na niszczycielską siłę jego lewej nogi, która(gdy tylko wymagała tego sytuacja) potrafiła też trącać piłką lekko niczym aksamitna rękawiczka. W owym czasie w FC Barcelonie brylowali inni Węgrzy a mianowicie Kubala, Czibor i Kocsis. W 1954 r. położono kamień węgielny pod budowę Camp Nou w Barcelonie, stary obiekt nie mógł bowiem pomieścić tłumów, które chciały podziwiać na własne oczy, dokładnie co do milimetra, podania Kubali i jego zabójcze strzały. Czibor miał z kolei nieprawdopodobny gaz w nogach a Kocsis genialnie strzelał głową. ,,Cabeza de Oro”(Złota Głowa) tak był nazywany a każdy jego gol fetowano wyrzucając w góre chmure chusteczek. Mówi się że Kocsis grał głową najlepiej w Europie, zaraz po Churchilu. W 1950 r. Kubala był członkiem reprezentacji Węgier na wychodźstwie, co kosztowało go dwuletnią dyskwalifikacje uchwaloną prze FIFA. Federacja zdyskwalifikowała też na ponad rok Puskasa, Czibora i Kocsisa za to że w 1956 r. po stłumieniu przez wojska radzieckie powstania w Budapeszcie ośmielili się wystąpić w reprezentacji złożonej z piłkarzy przebywających na wygnaniu.
W 1958 r. w najgorętszym okresie wojny domowej w Algierii, tamtejsza reprezentacja po raz pierwszy wystąpiła w barwach narodowych. W składzie jedenastki byli tacy piłkarze jak Makhloufi, Ben Tifour i inni Algierczycy grający na co dzień w klubach francuskich. Z uwagi na działania byłej potęgi kolonialnej(Fancji) reprezentacja Algierii zdołała zagrać tylko z Maroko, krajem, który również został zdyskwalifikowany przez FIFA na 2 lata i mógł skonfrontować swoje umiejętności jedynie z kilkoma państwami arabskimi oraz z bloku wschodniego. FIFA zatrzasnęła przed algierskimi zawodnikami drzwi do piłkarskiego świata a władze federacji francuskiej ogłosiły ich cywilną śmierć. Związani kontraktami z francuskimi klubami mieli już nigdy nie wyjść na boisko. Kiedy jednak Algieria odzyskała niepodległość, Francja nie miała innego wyjścia jak z powrotem sprowadzić piłkarzy, za którymi tęskniła francuska publiczność.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11
14
Bardzo cenny remis na Emirates Stadium:
31 marca 2010 r. FC Barcelona remisuje 2:2 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu z Arsenalem Londyn w Lidze Mistrzów. Katalończycy byli rozczarowani, gdyż mieli mnóstwo sytuacji bramkowych ale marnowali je na potęge. Przed rewanżem Guardiola mógł obawiać się konsekwencji braku obu podstawowych stoperów: Pique i Puyola, którzy się ,,wykartkowali” na rewanż. Obawy były przesadzone. Głównym aktorem rewanżu okazał się Messi, który zamknął dwumecz zdobywając… 4 gole!
@Sysia11
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
11
Było tak blisko…
31 marca 1946 r. FC Barcelona w dramatycznych okolicznościach straciła mistrzostwo Hiszpanii. W ostatnim meczu Duma Katalonii podejmowała FC Seville na Les Corts i potrzebowała zwycięstwa aby wyprzedzić swoich rywali w tabeli. Goście niespodziewanie objeli prowadzenie ale w 63 minucie do remisu doprowadził Jose Bravo Dominguez dając Blaugranie nadzieje. Katalończycy zamknęli rywala w polu karnym lecz nie zdołali zdobyć zwycięskiego gola. Mistrzostwo Hiszpanii powędrowało więc do Sevilli, jako jedyne w jej dotychczasowej historii.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
7
@FCBparasiempre
Kiedy młody piłkarz, mający powiedzmy 17-18 lat, przebija się do składu, natychmiast pojawia się pytanie, czy nie dostąpił tego zaszczytu za wcześnie. Kiedy strzela pierwszą bramkę pojawiają się pierwsze zachwyty i kolejne pytania, czy rozwinie się na tyle dobrze, by stanowić o sile swojego zespołu lub zagrać w reprezentacji. A co jeśli w wieku 17 lat strzela pięć bramek w siedmiu meczach na najwyższym szczeblu ligowym? Tak, był taki piłkarz i to w polskiej ekstraklasie. Przed wami opowieść o niespełnionej karierze Krzysztofa Boćka. Ta historia rozpoczęła się w 1990 roku w Mielcu, gdzie swoją siedzibę ma licząca się niegdyś w polskim futbolu Stal. Pierwszy przebłysk talentu Krzysztofa Boćka nastąpił, kiedy miał on 16 lat i 234 dni. To wtedy zadebiutował w ekstraklasie. Rywalem mielczan był wówczas Motor Lublin, który nie dał szans dwukrotnym mistrzom Polski i zwyciężył 3:1. Nasz bohater nie uchodził wówczas za postrach bramkarzy, wyglądał raczej jak strach na wróble, ważył niewiele ponad 60 kilogramów i liczył około 170 centymetrów wzrostu. Nie był więc nad wyraz rozwiniętym chłopcem, lecz widocznie ktoś uznał, że coś w sobie miał. Premierowy sezon zakończył z dorobkiem czterech spotkań, z czego w jednym pojawił się nawet od pierwszej minuty. Potem słuch o nim zaginął. Kolejni trenerzy go pomijali i wydawało się, że będzie to jeszcze jeden meteoroid, który pojawił się na futbolowym horyzoncie i za chwilę zniknie gdzieś w otchłani piłkarskiej nicości. Jednak w końcu Bociek doczekał się na swoją szansę, w meczu z Motorem wszedł na końcówkę spotkania i przesądził o zwycięstwie Stali 2:1. Docenił go Janusz Białek, który tymczasowo prowadził mielecką ekipę. ,,Krzysztof wszedł do drużyny, kiedy zastępowałem na stanowisku szkoleniowca Stali Mielec Grzegorza Lato. Od razu było widać, że jest to nietuzinkowy piłkarz. Porównałbym go do Arkadiusza Milika. Był on w podobnym wieku i podobnie jak Milik pokazywał, że drzemią w nim ogromne umiejętności.” – mówi Janusz Białek, pod którego opieką Krzysztof Bociek strzelił swoją pierwszą bramkę na poziomie ekstraklasy. Potem już poszło z górki, kolejny mecz i kolejny gol 17-latka, tym razem dający remis z Hutnikiem Kraków. Prawdziwa eksplozja nastąpiła dopiero pod koniec sezonu, kiedy nasz bohater ustrzelił hat-tricka w starciu z Zawiszą Bydgoszcz. Podsumowując, siedem meczów i pięć goli, a przecież ten piłkarz przebywał na boisku łącznie około 250 minut. Czyżby Krzysztof Bociek miał być nowym Włodzimierzem Lubańskim? A może bliżej mu było do innej legendy polskiego futbolu − Andrzeja Szarmacha? ,,Bociek świetnie grał głową. Dysponował dobrymi warunkami fizycznymi i znakomicie z nich korzystał. Oprócz tego miał też coś, co powinien mieć każdy napastnik, czyli przysłowiowego piłkarskiego nosa. Pamiętam, że po pobycie w Stali Mielec wyjechał do Holandii i pewnie byłby to tylko krótki przystanek w jego karierze, gdyby nie przytrafiła mu się kontuzja.”– twierdzi Janusz Białek. Dalsza historia napastnika urodzonego w Mielcu układała się jak w bajce. W kolejnym sezonie stał się najlepszym strzelcem Stali, grał w młodzieżowej reprezentacji Polski, zainteresowały się nim też zagraniczne kluby. Jego kariera mocno wyhamowała, kiedy na fotelu szkoleniowca Stali Mielec zasiadł Franciszek Smuda. Kiedy ten przestał na niego stawiać, młody zawodnik skorzystał z oferty PAOK Saloniki i w wieku 20 lat wyjechał do Grecji. Tam był już zupełnie innym piłkarzem niż cztery lata wcześniej i w pełni korzystał z doskonałych warunków fizycznych, jakie osiągnął z wiekiem. W Salonikach spędził tylko rok, zaliczając w lidze greckiej osiem trafień, po czym na krótko wrócił do Stali. Na krótko, bo chciano go w Holandii. Teraz powinno być o golach strzelonych dla Ajaksu, PSV, Feyenoordu czy innych czołowych klubów, ale w tym miejscu historia nagle się urywa. Wielka nadzieja polskiej piłki pałętała się w Holandii po różnych dziwnych klubach. Zahaczyła o Volendam, przewinęła się przez Alkmaar, przetarła szlak Andrzejowi Niedzielanowi w Nijmegen i zakotwiczyła w Den Bosch. Wszędzie skubnęła jakieś dwie, trzy bramki, ale nie więcej. Powodem były kontuzje, choć sam zawodnik narzekał też na problemy z trenerem, jednak który szkoleniowiec będzie stawiał na zawodnika, który łapie urazy z tak dużą częstotliwością.
,,W Nec byłem dwa lata, z czego ostatnie półtora roku spędziłem na leczeniu kontuzji więzadeł krzyżowych kolana. Wierzyłem, że w Den Bosch odzyskam dawną dyspozycję i będę grał i za kadencji trenera martina Koopmana tak było. Goli nie strzelałem, ale ten szkoleniowiec rozliczał mnie przede wszystkim z sytuacji, jakie wypracowałem partnerom. Koopman nie miał jednak wyników i został zwolniony… u nowego szkoleniowca grałem sporadycznie, głównie końcowe minuty. W sumie zaliczyłem tylko czternaście meczów…”– mówił Bociek w wywiadzie dla tygodnika piłka nożna. Dlaczego zawodnik, który w wieku 17 lat straszył bramkarzy, w wieku 24 sprawiał wrażenie emeryta? Może za szybko nastąpiło zderzenie z wielką piłką, może w młodym wieku trenował na nierównych boiskach, co zwiększyło podatność na kontuzje, a może po prostu jego organizm miał takie, a nie inne predyspozycje. Urazy zatrzymały jego karierę w Holandii z dnia na dzień i choć sam piłkarz wierzył, że jeszcze się podniesie i pokaże, na co go stać, to życie napisało jednak inny scenariusz. Po rozwiązaniu kontraktu z Den Bosch Bociek miał ofertę ze Stanów Zjednoczonych, jednak uznał, że na taki wyjazd jeszcze za wcześnie. Chciał grać w Europie i pracować na swoje nazwisko, by kiedyś zagrać w reprezentacji kraju. Na pewno miał odpowiedni potencjał, by założyć koszulkę z orłem na piersi. W wywiadzie dla PN Bociek sugerował, że jest zdrowy i jest gotów do gry na wysokim poziomie: ,,Gdybym nie uważał, że coś jeszcze w futbolu osiągnę, to wyjechałbym grać do Stanów Zjednoczonych. Uznałem, że na to jeszcze przyjdzie pora. W Holandii jestem cztery i pół roku. Ostatnio jednak moja kariera uległa zahamowaniu. Wszystko popsuło się po transferze do Nec, gdzie przytrafiła mi się ta kontuzja. Teraz, paradoksalnie, jestem zdrowy, a zostałem bez klubu.” Nie wrócił. Den Bosch było ostatnim klubem w jego karierze.
6
Niespełniona nadzieja polskiego futbolu:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
7
@FCBparasiempre
Dwudziesty trzeci dzień czerwca 1996 roku, godzina 18:30 czasu Greenwich. Na stadionie Villa Park w Birmingham właśnie rozpoczyna się ćwierćfinałowy mecz Mistrzostw Europy pomiędzy reprezentacjami Czech i Portugalii. W 53. minucie tego spotkania długowłosy czeski pomocnik Karel Poborský przedarł się przez portugalską obronę i wysokim lobem przerzucił piłkę nad wychodzącym z bramki Vítorem Baíą. Piłka wpadła do siatki. Czesi objęli prowadzenie, które utrzymali do końca spotkania i awansowali do półfinału (a później finału) turnieju. Gol Karela Poborskýego do dziś uchodzi za jeden z najpiękniejszych w historii Mistrzostw Europy. Jego strzelec (urodzony 30 marca 1972 roku w miejscowości Jindřichův Hradec) podczas angielskiego Euro grał na tyle dobrze, że trafił do najlepszej drużyny turnieju wybranej przez UEFA. Ważniejsze jednak, że w efekcie wzbudził zainteresowanie naprawdę wielkich klubów. Jego dotychczasowy pracodawca Slavia Praga (do której przeszedł raptem sezon wcześniej z Viktorii Žižkov) wycenił początkowo długowłosego pomocnika na 800 000 funtów. Jak można się domyślić, cena dość szybko zaczęła rosnąć. Minęło zaledwie kilka dni od zakończenia Mistrzostw Europy, a za Poborskiego zdążyły wpłynąć oferty od Liverpoolu, Lazio i Manchesteru United. Ani 2 miliony funtów od klubu z Anfield, ani 3 miliony, które oferowali rzymianie, nie wystarczyło, by zapewnić sobie usługi 24-latka. Dopiero 3,6 miliona funtów, które wyłożył klub z Manchesteru, zdecydowało o tym, że Poborský opuścił ojczystą ligę i przeniósł się na Old Trafford. Wydawało się, że Czech idealnie pasuje do młodej drużyny „Czerwonych Diabłów”, która właśnie odzyskała tytuł mistrza Anglii, po tym, jak rok wcześniej niespodziewanie dała się wyprzedzić Blackburn Rovers. Pewnie tak by się stało, gdyby na pozycji Poborskýego nie grał ktoś jeszcze młodszy i jeszcze zdolniejszy. Tym kimś był David Beckham. Sezon 1996/1997 to prawdziwa eksplozja formy Anglika. Poborský musiał zadowolić się rolą gracza drugiego wyboru. 22 ligowe mecze i 4 trafienia – nie był to wynik fatalny, ale z pewnością zarówno sam Poborský, jak i kibice United oczekiwali, że będzie lepszy. Następny sezon (1997/1998) okazał się dla Poborskýego ostatnim spędzonym na angielskich boiskach. Nie była to nawet pełna kampania, bo już na początku 1998 roku Poborský zamienił deszczowy Manchester na słoneczną Lizbonę i dołączył do słynnej Benfiki. Najwyraźniej w ojczyźnie Magellana dobrze pamiętano bramkę, którą Poborský zdobył na EURO ’96. Na Estadio da Luz czeski pomocnik spędził trzy lata, jedne z najlepszych w jego klubowej karierze. Szybko stał się ulubieńcem kibiców. Jego bramkę zdobytą po rajdzie przez całe boisko w meczu ze Sportingiem Braga z sezonu 1998/1999 porównywano ze słynnym golem Maradony. Poborský stworzył znakomity duet z João Pinto, wielokrotnie asystując przy bramkach Portugalczyka. Ich współpraca zakończyła się latem 2000 roku, gdy Pinto przeszedł do lokalnego rywala – Sportingu. Pół roku później Poborský także opuścił Benfikę, by zasilić rzymskie Lazio, które już kiedyś starało się go pozyskać. W „Wiecznym Mieście” spędził dwa sezony. Pewnie nie zapisałby się szczególnie w pamięci kibiców ze stolicy Włoch, gdyby nie ostatni mecz sezonu 2001/2002. Na Stadio Olimpico przyjechał niemal pewny tytułu mistrzowskiego Inter Mediolan. Niemal, bo ewentualna porażka z Lazio przy jednoczesnym zwycięstwie Juventusu sprawiłaby, że mistrzostwo powędrowałoby do Turynu. Czarny (dla kibiców Interu) scenariusz wydawał się mało prawdopodobny, a jednak się ziścił. Juventus oczywiście wygrał swój mecz, a Lazio pokonało Inter 4:2. Walnie do tego przyczynił się strzelec dwóch bramek dla rzymian – Karel Poborský. Latem 2002 roku Poborský wrócił do Czech i zasilił Spartę Praga. Zdążył zdobyć z tym klubem dwa tytuły mistrza Czech i zagrać w Lidze Mistrzów, zanim pod koniec 2005 roku wrócił do Dynama Czeskie Budziejowice – klubu, w którym zaczęła się jego seniorska kariera. 28 maja 2007 roku oficjalnie ją zakończył. Angielskim kibicom przypomniał się w 2015 roku, gdy zagrał w charytatywnym meczu legend Manchesteru United z legendami Liverpoolu. Dziennikarze zwrócili uwagę nie tyle na jego grę, ile na zupełnie inny, niż w latach aktywności piłkarskiej, wygląd. Modnie podgolone i ułożone włosy, gęsta broda – hipster w pełni – ogłosiły niemal zgodnie brytyjskie gazety. W niektórych z nich zastanawiano się jeszcze, czy była gwiazda reprezentacji Czech, nie gustuje czasem w kraftowych piwach. W ostatnich kilku latach o Poborským słychać było w kontekście historii tyleż kuriozalnej, co niebezpiecznej. W 2016 roku były czeski piłkarz trafił do szpitala z powodu zakażenia boreliozą. Jak się okazało kleszcz, który przenosił tę groźną, chorobę mieszkał… w brodzie Czecha. Podczas usuwania insekta z zarostu, Poborský został ukąszony w szyję. Po kilku miesiącach leczenia, przyjmowania antybiotyków i czasowym paraliżu lewego policzka, bohater Euro ’96 powoli wraca do pełnej sprawności.
Pomijając jednak historie pozasportowe, warto zastanowić się, czy Poborský mógł zrobić większą karierę. Z pewnością tak, bo talentu mu nie brakowało. Być może w Manchesterze United odegrałby znacznie istotniejszą rolę, gdyby nie ogromna konkurencja, która panowała wówczas w tej drużynie. Z drugiej strony, gra dla „Czerwonych Diabłow”, Benfiki i Lazio, czy trzykrotny udział w Mistrzostwach Europy (grał też w Mistrzostwach Świata w 2006 roku) to osiągnięcia, których wielu piłkarzy może mu pozazdrościć. Niezależnie od tego, czy Karel Poborský w pełni wykorzystał swój talent i potencjał czy nie, to dzięki bramce strzelonej Portugalii na EURO ’96 czeski pomocnik stał się nieśmiertelny. Jeśli nie dosłownie, to przynajmniej w pamięci piłkarskich kibiców.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Slavia Praga
1x mistrzostwo Czech (1996)
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (1997)
2x Superpuchar Anglii (1996, 1997)
Sparta Praga
2x mistrzostwo Czech (2003, 2005)
1x Puchar Czech (2004)
Reprezentacja:
Brązowy medal Pucharu Konfederacji (1997)
Osiągnięcia indywidualne:
Piłkarz Roku w Czechach (1996)
7
Żywe legendy czeskiego futbolu:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
11
Niezwykła legenda futbolu:
30 marca 1915 r. urodził się paragwajski napastnik Arsenio Erico. Karierę rozpoczął w miejscowym Nacionalu Asunción a w pierwszym składzie klubu zadebiutował mając zaledwie 15 lat. Na początku lat 30-tych Erico wchodził w skład drużyny piłkarskiej paragwajskiego Czerwonego Krzyża, która rozgrywała mecze na terenie Argentyny by zebrać fundusze na wojnę o Chaco. Z powodu świetnej gry podczas meczów towarzyskich w wymienionym tournée, podpisał z nim zawodowy kontrakt Club Atlético Independiente. Erico zadebiutował w lidze argentyńskiej 6 maja 1934 roku w wyjazdowym meczu Independiente przeciwko Boca Juniors (remis 2:2) i swoją grą a szczególnie świetnymi główkami szybko dorobił się przydomku "skaczący diabeł". Tak wspaniały napastnik jak Arsenio Erico nigdy nie zagrał w reprezentacji swojego kraju chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju zaś zdaniem takiego autorytetu jak Di Stefano, w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 325 ligowych spotkaniach zdobył dla Independiente 293 gole, liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! W 1947 roku na krótko zasilił jeszcze szeregi Huracanu. Był z całą pewnością graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby co najwyżej iść Węgier Kocsis i Argentyńczyk Passarella. Przy wzroście 175 cm fruwał w powietrzu na wysokości poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzom piłkę, którą zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością ,,nożycami’’(chilena, bicileta), z woleja, z powietrza czy z ziemi. Jego ,,palomity”(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek a przy tym wszystkim uroczy kompan, skromny i koleżeński, powszechnie lubiany.
W 1939 roku do Buenos Aires zawitał znakomity pisarz francuski Paul Morand, autor głośnego bestselleru ,,Palę Moskwę’’. Wybrał się na mecz Independiente i ujrzawszy w akcji powietrzne ewolucje Erico, zerwał się z miejsca i zakrzyknął w ekstazie: ,,Toż to Niżyński!’’ A Niżyński, gwiazdor słynnych baletów Diagilewa, do dziś uchodzi za największego tancerza wszechczasów. I pomyśleć tylko że taki fenomen nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani’’! A to był za młody a to wynarodowił się tak długo mieszkając w Argentynie a to trener powątpiewał w jego ambicję… Kompletny absurd! W latach 1947-49 Arsenio występował w rodzimym Club Nacional Asunción i tam też zakończył swoją wspaniałą karierę. Arsenio Erico pod względem jakości napastnika można śmiało stawiać na równi z samym Pele a znajdą się i tacy fachowcy(np. Di Stefano) jak i kibice, dla których Erico będzie najlepszym w historii futbolu!
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11
17
Niezwykły przypadek Julio Cezara Romero:
30 marca 1989 r. FC Barcelona zakontraktowała Julio Cesara Romero. Paragwajczyk popularnie zwany Romerito, był najbardziej nieudanym zakupem w erze Cruijffa i jednym z najgorszych w historii Dumy Katalonii. Johan postawił na niego dzięki świetnym występom we Fluminense, gdzie Romerito został wybrany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej. Brazylijski klub miał ogromne długi wobec piłkarza, więc Blaugrana spłaciła te zobowiązania i pozyskała w ten sposób nowego napastnika. Dwa lata po przylocie do stolicy Katalonii Cruijff wystawił Paragwajczyka w miejsce Linekera w El Clasico. Pojedynek odbył się w dniu reelekcji Nuñeza na prezydenta i zakończył się bezbramkowym remisem a najlepszych okazji nie wykorzystał właśnie Romerito. Z każdym tygodniem Paragwajczyk grał mniej kończąc występy w Barcelonie po 7 spotkaniach i jednym golu w meczu o pietruszkę z Malagą. W 2011 r. został wraz z reprezentacją Paragwaju pierwszym mistrzem Świata w footvalley-jednej z odmian siatko-nogi. Jak widać nikt nie jest nieomylny a Romerito bardziej sprzyjała inna dyscyplina sportu.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
11
Trofea Blaugrany:
30 marca 1988 r. FC Barcelona po raz 21 w historii zdobyła Copa del Rey. Na Estadio Santiago Bernabeu pokonała w finałowym starciu Real Sociedad San Sebastian 1:0. Zwycięskiego gola zdobył kapitan Blaugrany Jose Ramon Alexanco w 61 minucie. Dume Katalonii prowadził wówczas legendarny Luis Aragoñes.
Wspomnijmy:
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
13
Żywe legendy futbolu:
29 marca 1972 r. urodził się portugalski pomocnik Rui Costa. FIFA w swoim materiale nazwała go „portugalskim księciem”. Mistrz Portugalii i Włoch. Zdobywca Ligi Mistrzów, Superpucharu UEFA i Pucharu Interkontynentalnego. Zawodnik, który w swoim najlepszym czasie osiągnął absolutne piłkarskie szczyty. Grał w znacznie potężniejszej niż dziś Serie A, przywdziewał koszulkę Milanu, który z dzisiejszym zespołem ,,Rossoneri” łączy tylko logo na koszulkach. ,,Moim idolem był Michel Platini. Chodziło o jego sposób gry, o inteligencję, dzięki której zawsze odnajdywał się we właściwej strefie boiska. To pozwalało mu dyktować tempo gry. Nie zapominajmy też o dryblingach i jego umiejętności podejmowania najlepszych decyzji z chłodną głową” – wspominał już po zakończeniu kariery. Jak mało kto zbliżył się jednak do swojego idola na centymetry. Gdyby dziś charakteryzować Costę, pewnie użylibyśmy podobnych słów, co on, gdy mówił o Platinim. Jedyne, czego mu zabrakło, by móc być stawianym na równi z Francuzem, był złoty medal wielkiego turnieju. ,,Gdybym mógł cofnąć czas, poprosiłbym o to, by wygrać mistrzostwo Europy 2004” – mówił w rozmowie z portalem FIFA.com. Mieli przecież wszelkie dane ku temu, by w niego całym sercem wierzyć. „Tworzymy znakomitą mieszankę dwóch zwycięskich reprezentacji młodzieżowych, selekcję najlepszych z najlepszych. Mam nadzieję, że portugalska piłka skorzysta w pełni z naszego pokolenia.” Skorzystała, budując swoją mocną pozycję na lata na arenie międzynarodowej. Przeżywając historie jak ta z Ricardo broniącym gołymi rękami karnego Anglików. Ale nie wycisnęła do ostatniej kropelki, nie sięgając ani po złoto na Euro, ani po medal na mistrzostwach świata. Mimo to Rui Costa na zawsze pozostanie w Portugalii jedną z wielkich legend. Twarzą swojej reprezentacji przełomu wieków. Synonimem boiskowego artysty, który dziś wciąż jest bardzo blisko wielkiej piłki, zasiadając na stanowisku dyrektora sportowego a obecnie prezydenta swojej ukochanej Benfiki.
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
9
@FCBparasiempre
29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą w Berlinie, a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił.
Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.
7
Legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
15
,,Santa Tecla”:
Po trwających niewiele ponad rok pracach w marcu 1966 roku otwarto świątynie mieszczącą się przy alei Madrid w Barcelonie. To dzieło Josepa Soterasa i Mauriego, jednego z architektów biorących udział w przygotowywaniu projektu Camp Nou. Kościół zajmuje powierzchnie 1500 metrów kwadratowych i może pomieścić 800 wiernych. Na ołtarzu znajduje się figurka świętej Tekli wyrzeźbiona w kamieniu przez Ferrana Bernata. W 2002 roku w kościele świętej Tekli odbyła się ceremonia pożegnania jednej z legend barcelonizmu – Ladislao Kubali. Cierpiący na chorobę Alzheimera napastnik zmarł w wieku 74 lat w klinice Pilar. Przed śmiercią wiele razy zapadał w śpiączke. Zgon nastąpił o pierwszej po południu i co ciekawe, w tym samym czasie ówczesny prezydent Barçy Gaspart dokonywał prezentacji Luisa van Gaala jako nowego trenera klubu… Setki kibiców zebranych u wrót kościoła gromkimi oklaskami i okrzykami ,,Kubala! Kubala!” powitało owiniętą flagą ,,blaugrana” trumne, niesioną przez jego byłych kolegów z drużyny. Ciało idola barcelonizmu przyniesiono do kościoła Santa Tecla po tym, jak ponad 15 tysięcy osób pożegnało je w udostępnionym przez klub miejscu na Camp Nou. Później trumna została przewieziona na cmentarz Les Corts, gdzie spoczęła w niszy 625 w Szóstym Departamencie.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
0
@tristan87Wyczuwam coś okropnego więc chyba zerkne jeszcze dzisiaj z ciekawości...
0
@tristan87 A to zerkne w wolnym czasie, chyba już na święta się zapoznam. Tylko troche wątpie że mnie to zaciekawi ale zobacze...
0
@tristan87 A tego tematu to nie znam