- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1222 Culés
Gorące dyskusje
partymaker
0
Pytanie do osób posiadających PPK. Jaki procent wynagrodzenia oddajecie? Jeśli się nie mylę to... » Czytaj dalej
52 odpowiedzi
Marcelinho99
3
Nico Paz nie chce przechodzić do Realu, bo myśli mądrze i wie, że w tym kolesiostwie skończy... » Czytaj dalej
25 odpowiedzi
gumaz
1
Jak macie do wyboru to zimno czy komary ?
21 odpowiedzi
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1222 Culés
6
Claudio Ranieri to mój ojciec:
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@MoralnyKarzel
9
@FCBparasiempre
Dokładnie 10 lat temu, King Power Stadium; Leicester City-West Ham United.
Siedząc przed swoją maszyną do pisania IBM 196c, Julian Barnes nie potrafi się skoncentrować na dialogach nowej powieści. W tym momencie Leicester gra z West Ham a mecz może znacznie przybliżyć jego drużynę do wygrania Premier League. Rygorystyczny i zdyscyplinowany Barnes zmusza się do pisania w swoim londyńskim gabinecie, nie może jednak oderwać wzroku od telefonu, w którym minuta po minucie śledzi relację ze spotkania na stronie BBC. „1. minuta. Rzut wolny! Strzał głową Kouyate, Schmeichel broni opuszkami palców, piłkę odbija się najpierw od jednego słupka a potem od drugiego. To faktycznie jest rok Leicester!" Uśmiecha się na myśl o tym jak zmieniło się komentowanie meczów odkąd nastał internet. W dzieciństwie słuchał relacji w każdą sobotę o 5:00 po południu w audycji "Sports report". Kręcili się w pobliżu, lecz trzymali się na dystans- byli nauczycielami francuskiego, niezbyt zainteresowanymi piłką nożną. Urodził się w Leicester ale jego rodzina przeprowadziła się na przedmieście Londynu zaledwie 6 tygodni później. Kibicowanie Leicester było dla niego sentymentalną formą przynależności, sposobem nabycie innym na tej ziemi niczyjej. „10. minuta. Pierwsza okazja dla Leicester po faulu na Okazakim. Dośrodkowanie Albrightona i strzał Hutha przelatuje minimalnie obok słupka". Potem już nigdy nie słuchał meczów w radiu. Lubi zaczekać na „Match of the Day" żeby poznać wyniki. Lecz w tym roku jest inaczej. Odkąd wiosną się okazało że sen Leicester może się ziścić, podczas każdego meczu swojej drużyny Julian Barnes jest przyklejony do telefonu. Śledzenie relacji minuta po minucie wywołuje w nim cierpienie i ekscytację, to opóźnienie między akcją a komentarzem na ekranie przypomina narracyjny suspens w powieści kryminalnej. „18. minuta gooool! Któż by inny? Jamie Vardy wbiega w pole karne, dostaje piłkę od N’Golo Kante i posyła mocny strzał. Lisy pewnym krokiem zmierzają po najbardziej niespodziewany tytuł!" Sen, o tak, pisany wielką literą. Tyle razy pytano go w tym roku o sen że nawet nie wie co odpowiadać. Kiedy pod koniec lat 80-tych zatytułował tak opowiadanie, w którym Leicester zdobył krajowy puchar a reprezentacja Anglii wygrała mundial z piłkarzami jego drużyny, nigdy nie przypuszczał że zobaczy coś podobnego na własne oczy. Kapryśna fikcja, które łączy się z rzeczywistością, dokładna i precyzyjna niczym podwładna Flauberta. Czy ten Sen przetrwa poetycką sprawiedliwość? „45. minuta. Koniec pierwszej połowy. Historia się powtarza. Vardy strzela, Leicester się broni i utrzymuje wynik". Próbuje znowu skoncentrować się na pracy ale nie jest w stanie. W zeszłym roku podczas wizyty w Santiago de Compostela poprosił Świętego żeby Leicester nie spadł do Championship. Jeśli to sprawisz mógłbym nawet w ciebie uwierzyć, pomyślał obejmując figurę bo powiedziano mu że ma tak zrobić. Leicester bez kłopotu uratował się przed spadkiem. Barnes czuję że jeśli jego drużyna wygra w tym roku Premier League a w następnym Ligę Mistrzów będzie musiał podjąć wysiłek i naprawdę uwierzyć w Świętego Jakuba. „55. minuta. Czerwona kartka dla Vardy’ego! Druga żółta dla napastnika za symulowanie faulu. Czy Leicester dowiezie ten wynik w dziesiątkę?". Przeżył najtrudniejsze czasy, lata, kiedy najlepszym strzelcem zespołu był obrońca, z trzema samobójczymi golami. Dola drużyny ze środka tabeli, w najlepszym wypadku. Nauczył się kultywować smutek oraz pogardę dla arbitrów. Pamiętne dni zawsze były naznaczone agonią. Żadnej epickości, tylko przetrwanie. Pamięta jak Len Chalmers grał przez 60 minut ze złamaną nogą albo gola Steva Claridge'a strzelonego piszczelem w barażach w 1996 roku. „78 minuta. Zmiana. Daniel Amartey wchodzi za Riyhada Mahreza".
Wyobraża sobie drużynę zamkniętą we własnym polu karnym, z dziesięcioma zawodnikami wiszącymi na poprzeczce. Leicester nie może wygrać Premier League w inny sposób Julian Barnes ślepo pwierzy w Claudio Ranierego. W jego delirium włoski trener twardą i opanowaną ręką prowadził ten zespół nieudaczników. Kim był Mahrez? Kim był Kante? Zebrał ich wokół idei, w którą z pewnością nie wierzył nawet on sam. Szczery, rozsądny i(co Barnes ceni najbardziej) dobrze wychowany. Myśli o Ranierim i nie może przestać myśleć o nieobecnej postaci swojego ojca. „84 minuta. Gol! Andy Carroll bezbłędnie wykonuje rzut karny". Dopada go wspomnienie jednego z jego najgorszych dni na Stadionie. To było na Highbury prawie dwie dekady wcześniej. Siedział za bramką, której bronił Tim Flowers, kiedy zobaczył zbliżających się do niego Bergkampa, Vieirę, Henry’ego, Kanu i spółkę. Miliony funtów biegnące szaleńczo w jego stronę. Julian Barnes wpadł w panikę, poczuł się biedny, spauperyzowany. Nie może przestać myśleć o tamtej goleadzie, podczas gdy kompulsywnie odświeża stronę w telefonie i obawia się że padnie druga bramka dla West Ham. „86 minuta. Gooool! Niesamowity strzał Cresswella, którego Szmaichel nie dał rady obronić. Cóż za zwrot akcji w wyścigu po tytuł!". To się musiało stać. Kibicowanie Leicester jest niczym więcej jak kolejnym cierpieniem myśli Barnes, sposobem na przeniesienie jego głęboko z zakorzenionego pesymizmu również na piłkę nożną. W czterech kolejkach, które zostały do końca sezonu przegrają wszystkie mecze, Tottenham odrobi straty i kolejny raz obejdą się smakiem. To nie tylko wina arbitra. Charakter, przeklęty charakter nieudaczników. „94. minuta. To jeszcze nie koniec! Andy Carroll fauluje Jeffa Schluppa. Karmy dla Leicester!". To ty Jakubie? Czy to twój cud? Musi się udać, w tym roku to musi się udać. Wyobraża sobie Claudio Ranieriego przy linii bocznej, proszącego swoich piłkarzy o spokój. Karnego trzeba jeszcze wykorzystać. Ranieri zachowuje się jak ojciec, który ukrywa wszystkie niedostatki syna. Ojciec nas wszystkich, naiwnych marzycieli. Barnes wstaje z krzesła, przechadza się po gabinecie tam i z powrotem; ta minuta, zanim tekst pojawi się na ekranie, wydaje mu się całą wiecznością. „95. minuta. Goooool! Ulloa! Argentyńczyk wstrzymuje presję i oszukuje Adriana. Szaleństwo na King Power Stadium!". Promienny uśmiech pojawia się na jego twarzy. Oddycha głęboko. Musiałoby się zdarzyć coś nieprzewidzialnego żeby stracić przewagę 8 punktów na zaledwie kilka kolejek przed końcem sezonu ale wszystko jest możliwe. Rozpiera się na krześle, przeciąga i na powrót pochyla nad swoim IBM 196c. Nawet jego słabość do smutku nie tłumi tego spokoju. Julian Barnes myśli o siwych włosach włoskiego trenera. Kibicowanie Leicester, nawet w wypadku zwycięstwa, wciąż jest sentymentalną formą przynależności. „96 minuta. Koniec meczu! Grając w dziesiątkę drużyna Ranierego ratuje bardzo ważny punkt. Sen wciąż trwa!"
David Garcia Cames.