- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1516 Culés
Gorące dyskusje
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1516 Culés
7
Burzliwe dzieciństwo artysty futbolu:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
7
@FCBparasiempre
Kiedy Manuel przyszedł na świat, akuszerka Leonor była pierwszą osobą, która zauważyła że ma krzywe nóżki. Lewa była wygięta na zewnątrz a prawa do środka. Były równoległe, tak jakby wypchnął je w tą samą stronę powiew wiatru z kreskówki. Manuel nie odziedziczył tych nóg po ojcu ale po matce Marii Carolinie, chociaż jej nogi nie były aż tak wykrzywione jak jego. Gdyby założyli mu w dzieciństwie przyrząd ortopedyczny, jego nogi zostałyby w krótkim czasie wyprostowane ale kto by o czymś takim pomyślał na ulicy Chiqueira, w Pau Grande w 1933 roku? Wszyscy ci którzy znali małego Manuela opowiadają o jego łagodności i dobroci. Był chłopcem niezwykle miłym i życzliwym, niezdolnym do udzielenia niegrzecznej odpowiedzi starszym ani rówieśnikom. Mówił niewiele i nigdy nie podnosił głosu ale bywał też trudny. Kiedy krzyczano na niego z powodu ukradzionych słodyczy uśmiechał się krzywo i przy pierwszej sposobności znów robił to, czego mu zabroniono obrywał rózgą z pigwowca ale może nie tyle razy, na ile sobie zasłużył, gdyż był drobny i mniejszy niż rówieśnicy, co budziło litość i czułość. Filigranowy niczym strzyżyk. To jego siostra Rosa po raz pierwszy zwróciła uwagę na to podobieństwo i tak go nazwała. ,, Garrincha" albo ,,Garricha", tak mówi się na północnym wschodzie Brazylii na strzyżyka, małego brązowego ptaszka z czarnymi paskami na piersi, żywiącego się drobnymi owadami i pająkami. Ładnie śpiewa ale źle znosi niewolę. W Pau Grande było ich pełno. Przydomek się przyjął i w wieku 4 lat używali go już rodzice, rodzeństwo, koledzy i goście. Garrincha też źle znosił niewolę. Do siódmego roku życia zajmował się głównie polowaniem na ptaszki, kąpaniem w rzece i graniem w piłkę. Ptaki zostały później poetycko związane z jego wizerunkiem ale początkowo stosunek Garrinchy do nich nie miał w sobie nic poetyckiego, dobroczynnego ani kontemplacyjnego. Jego rozrywkę stanowiło zabijanie ich. Seryjnie, jednego po drugim, tak jakby były kaczkami ustawionymi W rządku na strzelnicy w wesołym miasteczku. Nie dlatego że źle im życzył ale dla przyjemności jaką dawało mu trafienie w nie z procy. Kamień wylatywał z niej z prędkością 400 km na godzinę i siłę uderzenia miażdżyła ciało ptaszka, zabijając go na miejscu. Garrincha nie był wybredny. Strzyżyki, to że nosiły to samo imię co on nie wzbudzało w nim żadnej litości; gołąbeczki karłowate, targarki, klinodziobki i nawet cenne taczanki, błyskotki i ziarnołuski płowogardłe. Był też prawie nieomylny z kamieniem w dłoni, bez procy. Inni chłopcy zazdrościli mu celnego oka nie tylko wtedy, gdy celem był naiwny Koliber ale także inne, o wiele bardziej nieśmiała i ostrożne ptaki. Doszło do tego że Pewnego dnia przyniósł w chlebaku do domu 48 ptaków, wszystkie upolowane tego samego ranka. Jeśli wiele lat później w Pau Grande było mniej ptactwa, to sporą część winy za ten deficyt należy zapisać na konto chłopców z pokolenia Garrinchy. Nic co latało nie było przy nich bezpieczne. Po obdarciu z piórek ptaki były podsmażane i przyrządzane w mące z manioku rękami matek i jedzone przez chłopców jako zakąska między posiłkami ale nie przez Garrinche. Był jedynym, który łamał wiekowe przykazanie: ,, zabiłeś, to zjedz'. Zabijanie dla zabijania było dla niego dobrą zabawą i kiedy już zaczął pracować w fabryce, kupił sobie pierwszą śrutówkę, dzięki której jego śmiercionośna wydajność jeszcze wzrosła ale zanim doprowadził wiele gatunków do wyginięcia, Nauczył się od starszych że te ptaki, które śpiewały (kanarki, ziarnojadki, drozdy) lepiej było łapać w sidła. Ciężkie życie miały nie tylko okoliczne ptaki ale i cała fauna. Podczas gdy bogate dzieci spał Grande były zmuszane do noszenia butów i grzebienia w kieszeni i musiały zadowolić się łapaniem latem mrówek, i jego Kompanii mieli przez okrągły rok do dyspozycji całą gamę dzikiej zwierzyny. Łapali zające, skunksy, ostronosy i dzikie świnki morskie; na lasso albo goniąc je z kijami. Są tacy, którzy twierdzą że Garrincha polował nawet na węże. Inną jego pasją było łowienie ryb, był specem od wędki i ekspertem od różnych rodzajów przynęt ale łapał także ryby za pomocą stożkowatego kosza albo wywabiając je z ukrycia pokarmem i nadziewając na harpun. Nie gardził też prymitywnym sposobem, który był bardzo popularny wśród Indian, polegający na upuszczeniu dużego kamienia na rybę przepływającą ponad innym głazem. To prawda że ze spłaszczonej ryby niewiele nadawało się na patelnię ale cała frajda polegała tu na tym żeby być przebieglejszym od ryby a nie na tym co się z nią potem zrobi. Skoro już znajdowali się nad brzegiem rzeki i w pobliżu jej głębokich zatoczek, było też nurkowanie. Garrincha był dobrym pływakiem, miał odwagę wspinać się na najwyższe skały i skakać z nich do wody ale dla niego najlepsza zabawa wiązała się z tym że wszyscy chłopcy byli na golasa, co prowokowało ich do robienia zawodów, który najdalej nasika. Kilka lat później zawody te stały się o wiele mniej niewinne. Jednym z nowych konkursów była masturbacja. Wygrywał ten, Kto pierwszy osiągał wytrysk. Możliwe że zdarzały się także sesje wzajemnej penetracji. Chociaż porównując się z Garrinchą, pozostali chłopcy, nawet ci starsi, z pewnością zauważyliby że stoją na z góry przegranej pozycji i odstąpili by od tego pomysłu a to dlatego że według opowieści najbardziej bezstronnych osób, zanim Garrincha ukończył 10 lat, miał już penisa dorosłego mężczyzny, co budziło niemałą konsternację.
Mały Garrincha nie miał hulajnogi, roweru ani pistoletu na wodę, jak wiele innych dzieci w tamtych czasach. Nigdy też nie kazano mu nałożyć marynarskiego mundurka. Miał za to tyle czasu na granie w piłkę ile tylko zapragnął albo i więcej. W latach 40 kiedy futbol był drugą naturą całego narodu, w skład zestawu sprzętów najpilniejszej potrzeby każdego brazylijskiego chłopaka wchodziła piłka ale tylko dzieci z bogatych rodzin mogły pozwolić sobie na wspaniałości w rodzaju piłek Superball, z brązowej skóry i z numerem 5, które były używane podczas prawdziwych meczów. Pozostałe musiały improwizować. Pierwsza piłka jaką kopnął Garrincha, była zrobiona ze skarpety jego wujka Manego Caieiry wypchanej papierem do pakowania i zeszyty były też piłki z pęcherza. Garrincha zrobił sobie taką, nadmuchując kozi pęcherz i zawiązując na supeł jelita. Nawet pierwsza piłka którą otrzymał w prezencie nie była ze skóry. Była to czerwona gumowa piłka, którą dostał od Rosy w dzień 7 urodzin, kupiona za 5 milrejsów w Pau Grande, w sklepiku Portugalczyka Barbeiro. Piłka miała wystający wentyl, od którego bolało czoło przy robieniu główek. Był 1940 rok ale Garrincha nie musiał być właścicielem piłki, żeby zagwarantować sobie miejsce na boisku, był już lepszy od wszystkich urwisów z ulicy. Posiadanie piłki oznaczało tylko że ma teraz własną zabawkę. Mógł z nią sam biegać, kiwać między drzewami i odbijać ją od ściany, nie potrzebując nikogo. Po tym, jakiego głowa, tułów i członki wyszły bez szwanku ze wszystkich ryzykownych zabaw w rzece i w lesie, jego jedyny wypadek w dzieciństwie przydarzył się na przydomowym podwórku. Był to dom na ulicy do którego przeprowadzili się, kiedy jego ojciec zaczął pracować w fabryce jako strażnik. Wracając na obiad po meczu Garrincha został pogryziony przez Leao, jednego z psów ojca. Nikt nie wie co strzeliło psu do głowy. Do tej pory Był normalnym kundlem, który głównie spał i się drapał ale owego dnia rzucił się na chłopca i o mało co przegryzł by mu szyję. Kiedy próbowano go odciągnąć od chłopca, wbił mu jeszcze kły w ramie. Ojciec Amaro nie zastanawiam się dwa razy. Wyciągnął z szuflady garłacza, naładował I zastrzelił psa. Tego samego dnia za radę aptekarza Waltera Amaro zabrał Garrinche do Rio de Janeiro na badania i zastrzyk przeciw wściekliźnie. Walter poradził też żeby odciąć łeb psa i dać do zbadania. Rosa pojechała wraz z nimi pociągiem wioząc łeb Leao zawinięty w gazetę. Na pogotowiu okazało się że ani pies ani Garrincha nie byli zarażeni ale ostrożności stało się zadość. Ten incydent był dla Amara i Marii Karoliny jak dzwonek ostrzegawczy. Uświadomili sobie że w odróżnieniu od reszty ich dzieci Garrincha żyje w pół dzikim stanie. Od tamtej pory zaczęli starać się go ucywilizować kropkę wtedy to idącemu do pierwszej komunii świętej, dali pierwszą parę butów... Zdjął ją zaraz po skończonej ceremonii. To wtedy też, Na początku roku szkolnego 1941, posłali go do szkoły. No cóż, nikt nie może winić Amara za to że nie próbował. Escola Santana należała do fabryki i nauczycielkami Garrinchy w pierwszej klasie były Olindina i Maria das Dores. Były dwoma aniołami, które stawiały sobie za święty cel przepuszczenie wszystkich do następnej klasy. Niezależnie od tego ile Garrincha opuścił lekcji żeby polować, łowić ryby i uganiać się za piłką, one i tak pozwoliły mu zdać ale w 1942 roku sprawy przybrały inny obrót. Nowa nauczycielka nazywała się Santinia i poznało ją już z surowości wiele dzieci z Pau Grande a jeszcze więcej miało ją dopiero poznać; w jej klasie przechodził tylko ten, kto był obecny na lekcjach i się uczył. Garrincha męczył się przy niej ale jednocześnie to jej zawdzięczał to trochę czego się nauczył, czyli umiejętność czytania wystarczającą do lektury komiksów i radzenia sobie z napisami w kinie oraz kulfony, którymi się do końca życia podpisywał. Jednak jego znajomość abecadła nie była wystarczająca do tego żeby przejść do trzeciej klasy podstawówki. Dostał dwóję i postanowił dać sobie spokój z nauką ku dezaprobacie Amara, którego mrukliwe komentarze na temat syna zawierały następującą prognozę: ,, Ciemniaki nie mają przyszłości". Chłopcy ze wsi, którzy spędzają dzieciństwo, obserwując tańce kogutów oraz kopulujący bez ceregieli kozły i konie, już od małego przestają wierzyć w bociany. Zamiast tego zadręcza ich popęd seksualny, intensywny niczym u królików. Garrincha nie był w tym względzie wyjątkiem. W wieku 10 lub 11 lat dojrzewanie płciowe odciskało swoje piętno na każdym centymetrze jego ciała i jego narządy wysyłały rozdzierający serce zew. Co gorsze, bez względu na intensywność tego apelu, który prawie rozsadzał mu spodnie, Garrincha był w głębi duszy romantykiem i marzył o związku uczuciowym z jakąś dziewczyną ale żadna z tych, które mieszkały w pobliżu nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Dlatego kiedy w wieku 12 lat, w 1945 roku Garrincha zdobył swoje pierwsze doświadczenie seksualne w życiu, nie było ono do końca tym, o czym marzył, gdyż odbyło się... z kozą. Proszę nie być zaszokowanym. Tak to wyglądało w wypadku 99% chłopców mieszkających na wsi w latach 40 i 50 i pewnie jest i dziś, jeśli tam jeszcze ktoś pozostał. Garrincha zrobił Jedynie to, co wcześniej zrobili na jego oczach starsi koledzy. Poza tym w Pau Grande nie było dzielnicy z domami publicznymi. Była takowa w pobliskim Petropolis ale Garincha był za młody, za biedny albo nie dość zaradny żeby tam pojechać samemu. Mógł mu towarzyszyć w podróży jego przyjaciel Garlindo, tyle że też miał pustki w kieszeni swoich krótkich portek. Gdyby Garrincha miał w tej kwestii jakiś wybór, to jego inicjacja seksualna odbyłaby się z Marią Montes, brunetką z filmów z Sabu, którą widział w kinie albo z tą aktorką o cudzoziemsko-brzmiącym nazwisku Maureen O’Sullivan, która grała Jane w ,,Tarzanie" ale w jego desperacji rozwiązaniem była koza albo raczej kozy.
Pieniądze, przynajmniej na najpilniejsze wydatki, takie jak seks i lizaki, przestały być dla Garrinchy problemem począwszy od 1947 roku, kiedy to zaczął pracować w fabryce. Zgodnie z tym, co było zapisane w gwiazdach oraz rejestrach ,,America Fabrill”, został przyjęty do pracy dokładnie 1 miesiąc i jeden dzień po ukończeniu 14 roku życia, licząc od daty w akcie urodzenia (19 listopada 1947 roku). Jego zmianach rozpoczynała się o 7:00 rano i kończyła o 16:40 dni powszednie, z godzinną przerwą na obiad a w soboty o 11:40. W sumie 48 godzin tygodniowo po 61 centów za godzinę. Ojciec przekonał go że powinien wznowić naukę i przez kilka miesięcy 1948 roku Garrincha chodził do szkoły, tym razem wieczorami. Miał zamiar spróbować raz jeszcze się w drugiej klasie. Tym razem jego nauczycielką była Pergentina ale okazała się ona jeszcze surowsza niż Santinia. Garrincha nie podszedł nawet do egzaminów; dał sobie spokój z nauką idąc w ślady większości robotników ,,America Fabrill”, którzy rzadko kiedy kończyli podstawówkę. Garrinchy najbardziej podobało się w szkole to że byli tam jego koledzy, którzy jakby dopiero teraz go odkryli. Wśród nowych kolegów w dziale Garrinchy byli bracia Pincel i Swing. Starszy Pincel miał na imię Jorge Pedro, młodszy Swing- Sebastiao ale nikt nie zwracał się do nich po imieniu. Być może to Garrincha wymyślił im przezwiska. Obaj byli czarni, mieszkali w Raiz da Serra i w porównaniu z Garrinchą, pracownikiem fizycznym jak oni sami, mogli być uznani za biednych, gdyż nie mieli bogatego wujka jak Mane Caieira. Poza tym nie było między nimi większej różnicy. Swing był rozrabiaką, Pincel był bardziej nieśmiały a Garrincha miał w sobie po trochu z obu tych cech. Żaden nie lubił się uczyć, pracować ani poddawać rygorowi zegara. Pincel grał dobrze w piłkę na lewej obronie. Swing nie nadawał się do futbolu ale wszyscy trzej odkryli że mają talent do kielicha. Odkrycia tego dokonali w barze niedaleko starego domu Garrinchy przy ulicy Chiqueiro, teraz przemianowanej na Cruzeiro. Jego właściciel był najlepszym kucharzem w mieście, jedzenie na najważniejszych przyjęciach weselnych w Pau Grande pochodziło z jego pieca. To tam Garrincha, Swing wypili swoje pierwsze kaszasy i piwa, przynajmniej wspólnie, gdyż osobno wszyscy trzej Upili się już na swój niewinny sposób wcześniej. Podczas wyżerek organizowanych przez Amara nikt nie zabraniał Garrinchy ani innym dzieciakom pić do woli, nie wspominając o wielu dawkach ,,cachimbo", które wyssali przez smoczek. Tamtym wiejskim środowisku nie istniały ograniczenia odnośnie do tego, co dziecku wolno było pić a tym bardziej palić. Palenie uważano za coś równie naturalnego jak oddychanie i nie tylko mężczyźni palili. Kobiety oparte o framugi drzwi też pykały swoje papierosy skręcone z kukurydzianych liści a czasem także fajki. Garrincha palił, zanim jeszcze zaczął pracować w fabryce. Tak naprawdę zaczął, naturalnie od kukurydzianych skrętów, nim ukończył 10 lat. Pensja pozwalała mu jednak na kupno normalnych papierosów- jednego lub dwóch, nie całej paczki. Fabryka oferowała posiłek dla chłopców, którzy nie jedli obiadu w domu. Składał się ze szklanki mleka i suchej bułki. Mama Garrinchy wzbogacała czasem ten jadłospis, przyrządzając mu do pracy kanapkę z bananem. Wyrażenie ,,samorodny geniusz" nie było raczej zbyt popularne w latach 40 w górach Serra dos Orgaos ale było to jedyne wytłumaczenie tego, jak grał w piłkę młody Garrincha. Skąd on wytrzasnął ten sposób dryblowania, strzelania, wyrywania się z piłką do przodu? W rodzinie nie było wielkich futbolowych poprzedników. Jego ojciec Amaro w piłkę nie grał. Jego wujek Mane Caieira tym bardziej. Jedynym wujem, który miał jakieś pojęcie o futbolu był najmłodszy Joao, znany w Paul Grande jako ,,China" i na potwierdzenie tego, Jaki był dobry, mówiono że trenował nawet w Andarai, małym klubie z Rio który już nie istnieje. Spośród braci Garrinchy tylko najstarszy Jose grał w nogę i to na pozycji bramkarza. Wszyscy wołali na niego ,,Ze Wieloryb", co z pewnością zniekształcało obraz jego sportowych umiejętności ale Wieloryb nie musiał być mistrzem, gdyż Football i tak pozostanie mu dozgonnie wdzięczny za to że nauczył Garrinche, która z jego nóg jest prawa a która lewa. W wieku 12 lat, w 1945 roku, Garrincha spędzał już więcej czasu przy piłce niż przy jakiejkolwiek innej czynności. Brał udział w co najmniej dwóch lub trzech meczach dziennie, w przyszłości podtrzymał ten rytm, tyle że w innej dyscyplinie. Boiskiem, na którym grał było gliniane klepisko niedaleko ulicy Chiqueiro. Był to położony wzdłuż urwistego brzegu rzeki i wysypany suchą gliną Plac o rozmiarach 50 na 30 m, na którym tu i ówdzie próbowała rosnąć Kępka trawy. Nazywano go Bariri, na cześć skromnego stadionu klubu Olaria z Rio de Janeiro. Biec boso z piłką i nie skręcić nogi w żadnej z dziur było już samo w sobie wyczynem. Jeszcze większym było kiwanie się nad urwiskiem i nie pozwolenie na to żeby stoczyła się po nim piłka. Garrincha robił obie te rzeczy, jakby nie było nic łatwiejszego na świecie. Pierwszą, ponieważ przy tak dużej liczbie dziur nauczył się kiwać je razem z przeciwnikiem. Drugą, dlatego że nie cierpiał schodzić na dół po piłkę, wobec czego robią wszystko żeby jej nie stracić. Normalną praktyką było to że Garrincha grał z dwoma zawodnikami przeciwko drużynie siedmiu lub ośmiu żeby siły były wyrównane.
5
@FCBparasiempre
Nie był jedynym świetnym graczem w tym towarzystwie. Był jednak najlepszy z nich, mimo że był najniższy. Na widok tej konstelacji obiecujących chłopaków brat Garrinchy Wieloryb, wpadł na pomysł utworzenia drużyny trampkarzy i przygotowania ich po trochu do gry w młodzieżowej sekcji S.C. Pau Grande. Drużyna wieloryba nazywała się Palmeiras FC i traktowała swoją misję śmiertelnie poważnie. Mieli zestaw koszulek kupionych za 80 cruzeiro rozłożonych na 10 rat, trenowali o umówionych godzinach i w latach 1945-1946 mieli w podstawowym składzie Garrinche. Tyle że na lewej pomocy. W owych czasach brazylijskie drużyny nie nosiły koszulek z numerami. Gdyby je miały, Garrincha grałby w zespole Wieloryba z dziesiątką. Nie wiadomo dlaczego Garrincha wybrał pozycję, która wymaga od zawodnika przynajmniej minimum umiejętności grania obiema nogami. Nie strzelał lewą nogą, nie potrafił nią nic zrobić a według jego kuzyna Renato, nie wiedział nawet, która noga jest lewa. Jak się dobrze zastanowić, to i po co miałby to wiedzieć, skoro kiwał się i strzelał prawą? Wieloryb nauczył go, która noga jest która i wygląda na to że podszkolił go jeszcze w paru innych sprawach. Jego i innych chłopaków, gdyż w 1947 i 1948 roku niemal cała drużyna Palmeiras FC przeszła do sekcji juniorów S.C. Pau Grande a od 1949 roku do jego podstawowego składu. Inne miasta miały chłopaków spał Grande na oku. Fabryczna drużyna nie była zrzeszona w okręgowej lidze Mage, w związku z czym okoliczne kluby uważały że mają prawo podbierać spał Grande Tych piłkarzy, którzy im się podobali, tak jak wybiera się pomarańcze na targu. Cruzeiro do sól z Petropolis za jednym zamachem zabrał do swojej sekcji młodzieżowej Garrinche, Diquinha i France. Garrincha i jego koledzy grali w Barwach cruzeiro 2 lata, W 1949 i 1950 roku, jeżdżąc do Petropolis tylko w niedzielę w porze meczu ale nie porzucili macierzystej drużyny. Pewien taksówkarz, Cabinio, który był fanem Garrinchy i jechał po niego do Paul Grande, zawodził go rano na mecz cruzeiro i przywoził go z powrotem, tak aby po południu mógł zagrać w Barwach SC Pau Grande. Do tej pory Garrincha nigdy nie myślał o piłce nożnej w kategorii pieniędzy ani w jakiejkolwiek innej. Nie lubił rozmawiać o futbolu, nigdy nie jeździł do Rio na mecze, nie słuchał nawet w transmisji w radio. Kibicował z grubsza Flamengo ale jedynie dlatego że kiedy miał sześć lat, w 1939 roku, Flamengo wygrało mistrzostwo stanu, mając w składzie legendarnego Domingosa da Guie, Leonidasa i Zizinho, którzy byli na ustach wszystkich. W 1950 roku Brazylia przegrała na Maracakanie finałowy mecz mistrzostw świata z Urugwajem i Garrincha nie pamiętał nawet żeby słuchać transmisji z głośnika zawieszonego na placu. Pojechał na ryby i kiedy wrócił, zastał całe miasto we łzach. Kiedy dowiedział się dlaczego stwierdził że to głupota. Piłka nożna była po to żeby w nią grać. Jednak Serrano płacił mu właśnie za to i kiedy jego wujkowie podliczyli honoraria, okazało się że to wcale nie taka symboliczna kwota. Za półtorej godziny na boisku otrzymywał 25 razy więcej niż wynosiła teraz jego Fabryczna stawka: 1,20 cruzeiro. To były pieniądze ale Garrincha nie brał ich sobie do serca po trzech miesiącach zawodowca zmęczył się co tego cotygodniowymi dojazdami do Petropolis i pozostawił srana na pastwę losu. Zapomniał o kontrakcie, który podpisał i już nigdy więcej nie pokazał się w klubie. Jego klubem było SC Pau Grande Gdzie grał za darmo i jeśli miałby go zamienić na inny, jak nalegali wszyscy z jego otoczenia, to na klub z Rio. Już kiedyś tego spróbował. Rok wcześniej w 1950 roku, tuż przed jego 17 urodzinami, jeden z dyrektorów fabryki nakłonił go do tego żeby pojechał z nim potrenować w Vasco da Gama raczej żeby spróbować potrenować. Znane kluby rezerwowały jeden dzień w tygodniu na testowanie chłopaków, którzy chcieli otrzymać szansę gry w juniorach. Był to czasami Dramatyczny spektakl. Prawie wszyscy chłopcy byli biedni i piłka nożna była dla nich szansą na to żeby do czegoś w życiu dojść. Bywało to też komiczne, gdy chłopcy z najbogatszych dzielnic wchodzili na teren klubu z korkami pod pachą wylęknieni i skromni. Selekcji dokonywał zwykle były piłkarz, który niedawno przeszedł na emeryturę i pałętał się po terenie klubu niczym upiór albo ktoś z zarządu, kto miał dobre oko do wypatrywania zdolniejszych i bardziej chętnych, niekoniecznie do piłki, chłopców. Kandydaci otrzymywali kanapkę z mortadelą, co niektórym z nich było bardzo potrzebne, jako że widać po nich było że nic nie jedli od samego rana i byli dzieleni na dwie drużyny, które grały przeciwko sobie sparing. Dla wszystkich była to szansa życia. Jedno błyskotliwe zagranie zauważone przez trenera mogło oznaczać przyjęcie do klubu, miejsce w podstawowej drużynie a w przyszłości powołanie do reprezentacji Brazylii, co w latach 50 było szczytem marzeń wszystkich piłkarzy ale to marzenie mogło rozwiać zwyczajne kichnięcie. Na treningi przyjeżdżały tłumy chłopaków. Wołano ich po kolei, wchodzili na boisko, kopali piłkę i byli zmieniani, po czym słyszeli zdanie, które kładło kres ich nadzieją: ,, Słuchaj no, nie musisz już tu wracać, dobrze?". Chłopak, do którego kierowano te słowa, zaczynał się zastanawiać czy odebrać sobie życie a tymczasem na boisko wchodził cały podekscytowany następny w kolejce, o krok od identycznego losu. Jednego na stu zapraszano do powrotu nazajutrz. Garrincha nie usłyszał nawet tego zdania. Vasco znane w 1950 roku jako ,, Ekspres zwycięstwa" było niepokonanym mistrzem stanu w 1945,1947 i 1949 roku oraz podstawowym źródłem piłkarzy powoływanych do reprezentacji. To prawda że właśnie ta reprezentacja z sześcioma zawodnikami Vasco w składzie, z trenerem Flaviem Costą, przegrała parę miesięcy wcześniej 16 lipca z Urugwajem, zaprzepaszczając szansę na tytuł mistrza świata. Jednak ta narodowa katastrofa nie pomniejszyła prestiżu Vasco, który w tym samym roku ponownie zdobył stanowy tytuł. Marzeniem każdego brazylijskiego chłopca, który potrafił kopać piłkę nadal było zagrać w drużynie obok takich Sław jak: Ademir, Ely, Danilo, Jorge, Ipojucan, Barbosa, Augusto. I tego ranka, kiedy Garrincha przybył na stadion São Januario wyglądało na to że wszyscy ci chłopcy tam są. W Vasco selekcją zawodników zajmował się były piłkarz Argentyńczyk Volante. Kiedy zobaczył garnitur stojącego w tłumie chłopców w samych skarpetach, zapytał dlaczego jest boso. Garrincha odparł słabym głosem że zapomniał zabrać korków z domu podartych korkach, których używał w Petropolis. Volante skwitował to krótko: ,, Bez korków nie trenuje". Garrincha opowiadał później że Volante spojrzał jeszcze na jego nogi i nazwał go ,, kaleką" ale nikt oprócz niego tak tego nie słyszał a ci, co znali Volante twierdzą że nie byłby on zdolny do podobnego grubiaństwa...