- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1075 Culés
Gorące dyskusje
Popitek12
0
Czy zdrada po pijaku się liczy? Bierzemy pod uwagę bardzo poważne pijaństwo że ledwo się... » Czytaj dalej
30 odpowiedzi
Stinger_
12
Złota Piłka 2025/26Czy Leo Messi ma w ogóle na nią szansę?Spotkałem się z różnymi opiniami... » Czytaj dalej
39 odpowiedzi
QQL5
31
W taki gorąc już mój organizm jest tak przemęczony ze japierdziele. Od rana mi słabo
36 odpowiedzi
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1075 Culés
9
Piłkarz na deskach teatru:
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
10
@FCBparasiempre
Znamy mistrzów jednej dziedziny. Nie cechuje ich wszechstronność, jednak w swoim fachu są najlepsi. Istnieją też ludzie, którzy nie ograniczają się do konkretnego fachu. Można ich określić mianem (jednych mniej, innych bardziej) „ludzi renesansu”. Stają się mistrzami na wielu frontach i udowadniają, że powiedzenie „Jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego”, jest nieprawdziwe. Jedną z takich postaci był Marian Łącz – piłkarz i aktor. Przed laty sportową wyobraźnię kibiców rozbudzał Wacław Kuchar. Uprawiał m.in. piłkę nożną, łyżwiarstwo szybkie, hokej na lodzie i lekkoatletykę. We wszystkich tych dyscyplinach był reprezentantem Polski. Na ostatnich zimowych igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu urzekła nas Ester Ledecka. Czeszka dokonała rzeczy niesłychanej, zdobywając złote medale zarówno w narciarstwie alpejskim jak i snowboardzie. Wszechstronnych osób nie brakowało też w świecie kultury. David Bowie był prawdziwym muzycznym geniuszem. Grał na wielu instrumentach. Tworzył dzieła w różnych gatunkach. Nie ograniczał się do muzyki. Był także aktorem, malarzem i kolekcjonerem sztuki. Na wielu artystycznych płaszczyznach spełniał się również Stanisław Ignacy Witkiewicz. Zajmował się literaturą, malarstwem i fotografią. Był także filozofem. Wspomniane postaci zajmowały się wieloma dziedzinami, ale Kuchar i Ledecka to osobowości sportowe, a Bowie i Witkiewicz to ikony kultury. Marian Łącz połączył oba te światy. Spełniał się w sporcie i w kulturze. Pogodził kopanie piłki i aktorstwo. Występował na piłkarskich boiskach oraz na teatralnych deskach. Oklaskiwali go zarówno fani futbolu jak i miłośnicy kina i teatru.
Marian Łącz urodził się 5 grudnia 1921 roku w Rzeszowie. Jego pierwszym klubem była Resovia, w której grał do wybuchu II wojny światowej. Na boisku też odznaczał się wszechstronnością. Grać w piłkę zaczął w wieku 15 lat. Na początku był bramkarzem. Z czasem jednak zmienił pozycję i stał się napastnikiem. Tak o piłkarzu na łamach „Nowin” w artykule „Aktor, o którym Rzeszów zapomniał” opowiadał Gerard Górnicki – boiskowy kolega Łącza, późniejszy prozaik, publicysta, autor sztuk scenicznych i powieściopisarz: ,,Marian grał razem ze mną w juniorach, a potem w seniorach Resovii. Ja broniłem bramki, a on szalał w ataku. Był niezwykle zdolnym piłkarzem i wspaniałym człowiekiem: wesołym, dowcipnym, koleżeńskim. W wolnych od trenowania chwilach często chodziliśmy na różne imprezy, wesela.” W czasie wojny Niemcy zabraniali uprawiać sport. Bohater tego tekstu oczywiście tego zakazu nie zamierzał przestrzegać. Uczestniczył w tajnych meczach piłkarskich. Kopał piłkę w rzeszowskim Sokole. W tym mieście stawiał pierwsze kroki nie tylko w futbolu, ale i na scenie. Pod okiem Wandy Siemaszkowej, która w 1945 roku została dyrektorką tamtejszego teatru, zaczynał przygodę z aktorstwem. Debiutował rolą Janka Topolskiego w „Lekkomyślnej siostrze”. Ze stolicy Podkarpacia ruszył w Polskę. Pierwszym przystankiem w jego bogatej krajowej karierze była Jelenia Góra. Powodem przenosin do tego miasta była miłość. Opowiadał o tym na łamach „Nowin” Tadeusz Hogendrorf – kolega z szatni, występujący w latach 30. w Resovii: ,,W rzeszowskim teatrze pracowała aktorka Stefania Domańska. „Makuś”, jak go nazywaliśmy, zapałał ku niej gorącym uczuciem. Gdy więc Domańska wyjechała organizować teatr w Jeleniej Górze, Łącz podążył za nią.” Następnie wyjechał do Gdańska. To właśnie w Trójmieście zastał go koniec wojny. Trafił tam razem z kolegami z rodzinnego miasta, Stanisławem Baranem i Tadeusz em Hogendorfem. Byli graczami Klubu Sportowego Biura Odbudowy Portów „Baltia”. Rzeszowskie trio spisywało się znakomicie. Ich pobyt nad morzem nie trwał jednak długo. Gdańscy kibice, delikatnie mówiąc, nie byli zadowoleni z nazwy klubu, za który trzymali kciuki. Rzeszowianie namawiali do przyjęcia nazwę „Lechia”, wzorem słynnego lwowskiego klubu. Rady zostały wysłuchane i wcielone w życie. Ówczesne przepisy przewidywały możliwość wypowiedzenia umowy przez zawodnika w przypadku zmiany nazwy klubu. Byli piłkarze Resovii z tego skorzystali i przenieśli się do Łodzi. W Łódzkim Klubie Sportowym Łącz stał się prawdziwą gwiazdą. W sezonie 1948 zaliczył 17 trafień. W kolejnym, z wynikiem lepszym o jedną bramkę, został drugim najlepszym strzelcem ligi. Jako zawodnik tego klubu zadebiutował w reprezentacji. Pierwszy mecz w narodowych barwach rozegrał w 1949 roku przeciwko Rumunii. Później jeszcze dwukrotnie wystąpił w kadrze. W Łodzi zaczął też już całkiem poważnie myśleć o aktorstwie. Po przeprowadzce do tego miasta podjął studia na Akademii Teatralnej. Ta wkrótce została przeniesiona do Warszawy i jasne stało się, że do stolicy musi przenieść się także Łącz. Otrzymał angaż w Teatrze Polskim i został zawodnikiem stołecznej Polonii. Dlaczego Czarne Koszule? Przede wszystkim dlatego, że stadion tego klubu znajdował się blisko teatru. Aktorstwo i piłka nożna. Wydaje się to niezwykłe, ale Marian Łącz zdołał pogodzić obie pasje. Jego córka, znana aktorka Laura Łącz opowiadała w wywiadzie przeprowadzonym na łamach „Przeglądu Sportowego” przez Piotra Wołosika o swoim ojcu: ,,Trener zdejmował go z boiska chwilę przed końcem pierwszej połowy, by kibice mogli brawami nagrodzić swojego „Makusia”. Wiedzieli, że po przerwie na boisko nie wróci. Kiedy zawodnicy przygotowywali się do drugiej połowy meczu, on szykował się do zaprezentowania umiejętności przed publicznością zgromadzoną w teatrze. O tym jak trudne było łączenie dwóch tak odmiennych fachów, świadczy anegdota przywołana w tekście „Marian Łącz – najlepszy piłkarz wśród aktorów” opublikowanym na portalu Onet Sport: ,,Pewnego dnia pędził do teatru, by zagrać w „Ożenku” Nikołaja Gogola. Wpadł do garderoby tuż przed swoją kwestią, szybko założył strój, perukę i zziajany wybiegł na scenę. Zdziwił się, bo publiczność przywitała go salwami śmiechu. Powód wesołości widzów odkrył , gdy spojrzał w dół – na jego nogach wciąż tkwiły korki i getry piłkarskie. Komu jak komu, ale jemu zostało to wybaczone bez chwili wahania.”
Piłkarz, a jednocześnie aktor, był postacią barwną, kochającą życie, sypiącą anegdotami. Znany był z poczucia humoru. Potwierdza to jego córka we wspomnianym już wcześniej wywiadzie: ,,Ojciec był wielkim entuzjastą życia. Człowiek, który zawsze był w dobrym humorze, pogodniejszego nie spotkałam. Rano wstawał uśmiechnięty, radosny.” W Polonii Warszawa Łącz nie zawodził. Grał na wysokim poziomie, do jakiego przyzwyczaił będąc zawodnikiem ŁKS-u. Gorzej za to wiodło się drużynie. Zanim rzeszowianin przeniósł się do stolicy, Czarne Koszule zostały pierwszym powojennym mistrzem Polski. Później, po przyjściu Łącza, zespół spadł najpierw do drugiej, a następnie do trzeciej ligi. Jednak nie tylko złe chwile związane są z pobytem zawodnika w Warszawie. W 1952 roku Polonia zdobyła Puchar Polski. W finale rozegranym na Stadionie Wojska Polskiego pokonała Legię. Coraz trudniej było pogodzić rolę piłkarza i aktora. W końcu Łącz musiał zdecydować którą publiczność będzie urzekał – piłkarską czy teatralną. Decyzję podjął w 1956 roku. To właśnie wówczas grał w „Lalce” i z powodu boiskowych występów spóźnił się na swoją kwestię. Ponownie oddajmy głos Laurze Łącz: ,,W tej sztuce partnerował Ninie Andrycz. Wpadł do teatru w ostatniej chwili po meczu, co było nie do pomyślenia! Zdenerwowany dyrektor powiedział: no panie Łącz, wybieraj pan: piłka albo teatr! Tata był już po trzydziestce, więc kariera piłkarska i tak dobiegała końca. Wybrał teatr.” Sam bohater tak opowiadał o dokonanym wyborze na łamach książki „Być dzieckiem legendy”: ,,Grałem równolegle w Polskim i Polonii. W teatrze i drużynie. Nie muszę dodawać, że oba te zajęcia było mi coraz trudniej pogodzić. W końcu wszystko samo się ułożyło. Jako zawodnik dobiegałem kresu swojej kariery, jako aktor byłem natomiast na początku drogi. To nawet ładnie brzmi: równocześnie kończyłem i zaczynałem.” Marian Łącz ma na koncie wiele ról filmowych. Był Zbójnikiem Słowakiem w „Janosiku”. Występował w dziełach słynnego Stanisława Barei m.in. jako inkasent w „Misiu”. Osiągał sukcesy jako piłkarz, w końcu przecież wielu marzy o grze w reprezentacji i zdobyciu Pucharu Polski. Władysław Matraszak, sąsiad Balcerka z serialu „Alternatywy 4”. To chyba jedna z najbardziej charakterystycznych ról Mariana Łącza. W aktorstwie osiągnął chyba jeszcze więcej. Karierę piłkarską zakończył w wieku 35 lat. Do końca życia związany był z Polonią. Organizował mecze oldbojów. Do jego pasji należały nie tylko piłka i aktorstwo. Po zaprzestaniu uprawiania sportu zaczął rozwijać kolejne talenty. Śpiewał, grał na instrumentach, malował, odnawiał antyki. Zmarł w wieku 63 lat, we śnie. Przyczyną był zawał serca. Tak o tym przykrym zdarzeniu opowiadała jego córka: ,,Zmarł zupełnie niespodziewanie, nagle, przedwcześnie. Tak zresztą jak jego mama. Byłam z mężem na wakacjach w Sopocie. Dostałam telefon z wiadomością, że ojciec nie żyje. Od razu przyszedł mi na myśl wypadek samochodowy. A to był zawał serca. Zawał u ojca? Nie mogłam uwierzyć. Z sercem nigdy nie miał kłopotów a tu nocą, we śnie przestało bić…”
W 2007 roku gazeta „Nowiny” zaproponowała, by jednej z ulic Rzeszowa nadać imię Mariana Łącza. Niestety jak na razie ulicy takiej nie ma. Wydaje się jednak, że taka postać jaką był odtwórca wielu ról filmowych i teatralnych, a przy tym piłkarski reprezentant Polski, zasługuje na tego typu wyróżnienie. Należy zatem mieć nadzieję, że w przyszłości w stolicy Podkarpacia powstanie ulica jego imienia. „Makuś” to w końcu jedna z najciekawszych osobowości w historii podkarpackiego futbolu.
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
5 grudnia 1930 r, w Zabrzu-Biskupicach urodził się Ginter Gawlik. Dorastał w Biskupicach, które dzisiaj są dzielnicą Zabrza. Pierwsze piłkarskie nauki zaczął pobierać w czasie okupacji. Trenował w niemieckim kolejowym klubie Reichsbahn SV Borsigwerk. Po zakończeniu działań wojenny był zawodnikiem Górnika Biskupice, w którym spędził pięć lat. Talent młodego zawodnika został dostrzeżony przez działaczy Górnika Zabrze. Gawlik był już wówczas w kadrze Śląska Opolskiego i wydawało się, że wszystko jest już załatwione. Jedną z form ekwiwalentu za zmianę barw klubowych miał być towarzyski mecz pomiędzy obiema drużynami. Jednak w przerwie tego spotkania Gawlik oświadczył, że nigdzie się nie wybiera i że zostaje w Biskupicach. Podobno taka była wola jego ojca, któremu kibice mieli zrzucić się na butelkę czegoś mocniejszego. Zabrzanie nie wyszli na drugą połowę i doszło do przepychanek i awantur. Ostatecznie jednak Gawlik zagrał w Górniku. W lidze zadebiutował w meczu z Odrą Opole. Przez kolejne lata był podstawowym zawodnikiem i razem z kolegami awansował do I ligi. W elicie występował przez dziewięć sezonów i w tym czasie pięciokrotnie cieszył się ze zdobycia mistrzostwa (1957, 1959, 1961, 1963, 1964). Karierę zaczynał jako prawy łącznik, ale trener Zoltán Opata przesunął go do pomocy. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych. Ze względu na świetną grę pozycyjną, bezbłędną grę głową, dalekie i celne podania, a także duże umiejętności strzeleckie nazywano go „polskim Bozsikiem”. W reprezentacji debiutował w przegranym 0:3 meczu z ZSRR w Moskwie 23 czerwca 1957 r. Zaliczył tylko siedem występów, ale miał swój udział w chorzowskim zwycięstwie nad naszymi wschodnimi sąsiadami, będąc jednym z najlepszych na boisku. Po odejściu z Górnika w 1964 r. wybrał życie w dalekiej Australii, gdzie grał w Polonii Sydney, którą później też trenował. Po australijskiej przygodzie nie wrócił do Polski i osiadł w Niemczech. ,,Ginter potrafił znakomicie prowadzić piłkę. Swoją posturą wzbudzał respekt u rywali. Był znakomicie wyszkolony technicznie. Potrafił świetnie strzelać z dystansu.” – wspominał kolegę Stanisław Oślizło. W Reprezentacji rozegrał 7 meczów, strzelając 1 gola.