@Kusco15 Nie ma sensu przekonywać ludzi na siłę. Lubimy się oszukiwać, przepychać "z twojszej racji" w "mojszą rację", zwłaszcza, gdy idzie o ochronę naszych przekonań, które utożsamiamy z odczuwanymi emocjami. Kto jednak z chłodną głową podejdzie do sprawy, ten nie będzie miał problemów, by dostrzec, w czym rzecz.
My, faceci, na ogół jesteśmy upośledzeni pod względem emocjonalnym - nie tylko ich okazywania, lecz także przede wszystkim odczytywania. To, czego my musimy się wciąż uczyć, by móc tworzyć zdrowe, rozwijające i ubogacające relacje, kobiety wyssały z mlekiem matki. Są od nas o wiele bieglejsze, a co za tym idzie sprytniejsze w tej materii. Doskonale zdają sobie sprawę, na jakich mechanizmach opierają się związki, mimo że rzadko kiedy sobie to uświadamiają. Nie oznacza to, że są podłe czy niegodziwe. Po prostu taka ich natura. Nie ma sensu z tym walczyć, ale w trosce o osobisty spokój ducha należy to zrozumieć. Wówczas żyje się łatwiej, bo wzrasta pewność siebie, a samoocena idzie w górę. Uczysz się szanować siebie i swój czas. To jedyna droga, jeśli chcesz żyć w pełni odpowiedzialnie i przestać szukać wymówek w postaci zrzucania winy na kogoś innego (a co jak co, ale kobiety są w tym mistrzyniami). Innej nie ma.
Kobiety - zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy lwia część społeczeństwa jest tak bezwstydnie roszczeniowa i niecierpliwa, chcąca mieć wszystko od razu, byle szybko – nienawidzą słabości. Gardzą nią. Brzydzą się nią. A tym samym odczuwają pogardę do faceta, w którym taką słabość dostrzegą. Czym w oczach kobiety jest słabość? Nie tylko niezaradność, brak zdecydowania, ustępliwość jako skrajność chodzenia na kompromis, niestałość wyznawanych wartości i niestabilność emocjonalna, lecz także przesadna wrażliwość. Nie idzie jednakże o to, by stać się zimnym, nieczułym gościem, lecz o to, by się nad sobą nie rozczulać, nie rozpamiętywać i nie grzęznąć w bagnie marazmu. Jeśli coś cię zabolało, przepracuj to i przekuj w ubogacające cię doświadczenie. Bądź wrażliwy, ale działaj, a nie siedź z założonymi rękami, obrażony na cały świat. Ot, prosta sprawa. Co nie znaczy, że prosta do wykonania.
Przyciągamy się na zasadzie przeciwieństw, które wzajemnie nas uzupełniają. Kobieta pożąda mężczyzny z uwagi na cechy, jakie on reprezentuje, a jakich sama mieć nie może - i vice versa. Wszystko, co dzieje się na świecie, dąży do równowagi, i sprawdza się to także w przypadku związków między kobietą i mężczyzną. To coś na zasadzie obopólnego uzupełniania braków. Jeśli związek jest zdrowy, oparty na szacunku i świadomości tego procesu, wówczas jest to sprawą całkowicie naturalną - abstrahując od tego, że stosunkowo niewielu facetów decyduje się uczestniczyć w tej „grze”, gdy już dowiedzą się, jakie są jej zasady; nie mając ochoty do zakładania rodziny i idącego za tym przewartościowania dotychczasowych priorytetów życiowych, wybierają podparty abstynencją szeroko pojęty samorozwój (rzadziej), albo z mniej lub bardziej udanym skutkiem podejmują próbę zostania nadto jurnym playboyem (częściej; w ramach „vendetty” za doznane krzywdy). Jeśli jednak nie, wówczas staje się wyrafinowaną formą pasożytnictwa - ograbiania partnera z zasobów, energii i czasu. A takich przypadków jest niestety cała masa.
Dziś kobiety mogą przebierać w facetach jak w ulęgałkach, a to po części dlatego, że sami daliśmy im na to przyzwolenie - staliśmy się bowiem zbyt mało wymagający, podczas gdy wymagania kobiet wciąż idą w górę, nierzadko dochodząc do granic absurdu. Jedna gałąź zaczyna się łamać, to przeskakują na inną, bardziej wytrzymałą i najbardziej korzystną na dany moment. Nie sposób bowiem ofiarować czegoś, czego się nie ma ani tym bardziej nigdy nie będzie się miało (niekoniecznie dlatego, że się tego nie chce, lecz także dlatego, że kłóci się to z naturalnymi predyspozycjami).
Jeszcze słów kilka o męskiej perswazji czynionej celem upewnienia się co do wierności partnerki: takie zachowanie jest przez kobiety bezwzględnie poczytywane za słabość. W ten sposób nie facet prowadzi relacji z nią, a wypytując o plan dnia, listę osób, z którymi się spotka, jak również przekonując ją, co powinna lub czego nie powinna zrobić, uchodzi za niepewnego, zakompleksionego natręta. W ten sposób rujnuje oparcie, jakiego ona od niego oczekuje. Co zapewnia kobiecie to oparcie? Siła (nie tyle fizyczna, ile psychiczna, tj. głównie stabilność emocjonalna), zaradność, zdecydowanie, samowystarczalność, niezależność. To są uniwersalne męskie atrybuty, których kobieta pożąda, które ją przyciągają i które pozwalają mężczyźnie ją przy sobie utrzymać. Facet jest prawdziwie atrakcyjny, gdy prowadzi, kieruje; wytycza drogę, którą kobieta za nim podąży, bo będzie się czuła przy nim bezpiecznie. Niszczy swoją atrakcyjność, gdy prosi, błaga, stara się przekonać do czegokolwiek. Takie podejście z góry skazuje go na klęskę, bo kobiety nie interesują logiczne powody, dla których miałaby się z nim spotykać, a w dalszej perspektywie spędzić życie, lecz to, jak ona sama się przy nim czuje.
My, faceci, w przeważającej części staliśmy się zniewieściałymi chłopaczkami, uganiającymi się za spódniczkami nie tyle w czasie wolnym, ile zaniedbując codzienne obowiązki i powinności, porzucając inwestowanie w rozwój osobisty. Kobiety bronią się przed tym za pomocą jedynego narzędzia, jakie mają, a w które sami je wyposażamy - manipulacji. A gdy odkrywają, że nie daje im to satysfakcji, a jedynie podsyca ich pogardę względem mężczyzn, próbują wbić się w spodnie i przekonać same siebie, że wygodnie im się w nich chodzi. Jak dzieci w piaskownicy, z uporem maniaka starające się wynaleźć alternatywne zastosowanie dla grabek, łopatki i wiaderka. Sami do tego doprowadziliśmy. A najgorzej, że pozostawiliśmy tę piaskownicę samą sobie.
@sidzej Myślę, że masz sporo racji. Ja to widzę tak: Do końca piastowania swego urzędu Bartomeu pragnie napchać sobie sakwy po brzegi, a sam klub jako instytucję traktuje w kategoriach "dojnej krowy". To mechanizm ikonicznej magnetyzacji - zarząd przedłuża kontrakty wypalonych gwiazdorów, oferując coraz wyższą gażę i nietykalność, którą zapewni im pielęgnowany status postaci pomnikowych i brak wewnątrzzespołowej konkurencyjności. Jak ją osiągnąć? Banalnie prosto - zatrudniając trenera-pomagiera bez krzty ikry i ściągając zastępy średniej klasy "kopaczy", oddelegowanych do polerowania cholew prymariuszom ze "starej gwardii". Oni chętnie zasilą szeregi zespołu, skuszeni sowitym wynagrodzeniem i możliwością rozłożenia gir wczas gierek w "dziadka". W dodatku odpowiedzialność znikoma, bo ta (onegdaj dźwigana na barkach) jest kulą u nogi zdezelowanych wyjadaczy. Mobilizacja i kondycja coraz wątlejsze (praw psychiki i biologii nie oszukasz), toteż wyniki coraz gorsze. Ale obwoźny cyrk lata sobie po całym globie (a to podczas przedsezonowego tournee, a to w kluczowej dla losów mistrzostwa ligowej kampanii), przyciągając rzesze fanów, z których większość o piłkarskich realiach nie ma bladego pojęcia, ale szczelnie wypełnia stadion, by ujrzeć dawnych mistrzów zaiwaniających pod rygorem Guardioli. Barcelona notuje obecnie tak wielkie zyski nie ze względów czysto sportowych, lecz wizerunkowych, narkotyzując się waporem minionej chwały.
W głowie Ernesto nie siedzę, przewidzieć zatem z całą pewnością nie mogę, cóź nasz "mister" wymkombinuje, ale coś czuję pod skórą, że koniec końców będzie przedkładał doświadczenie wapniejących wyg nad młodzieńczy entuzjazm (wyjąwszy mecze niewiele znaczące, vide wstępną fazę CdR skrojoną pod miętoszenie cieniasów z lig Segunda i niższych). Nie do końca mi się to podoba, ale winić go nie będę, choć wielu z pewnością chętnie samodzielnie podwinęłoby mu koszulinę i wymierzyło sprawiedliwość kańczugiem. Piłka to dziś przede wszystkim biznes, a kto w tym biznesie na wyższym wierzchowcu umiejscowion, tym boleśniej potłuc sobie może zad przy upadku z jego grzbietu. A by tego uniknąć, unika się ryzyka. Trochę to... ryzykowne, ale jednakże w większości przypadków... opłacalne. A to jest wszak dla mocarnych najważniejsze.
Oj, bramek pięknych to w ostatnich latach nasadził bez liku. Sęk w tym, że on może dać drużynie znacznie więcej niż wór goli plus zadziorność w pressingu. Przypomnij sobie, jak rozstawiał obrońców w czasach występów w PL, jak potrafił szarpnąć indywidualną akcją, przedryblować 2-3 rywal z rzędu. Był wówczas jednak szczuplejszy niż teraz, a co za tym idzie - szybszy.
Przede wszystkim powinien zrzucić nieco cielska, bo to jak ociężale porusza się po murawie aż w oczy kole, nie mówiąc już o tym, że z pewnością ogranicza jego możliwości. Po drugie: niech przestanie być nadgorliwym altriustą. Ileż to on "setek" zmarnował przez ostatnie lata to woła o pomstę do nieba. Taszczenie piłki pod stópki Lionela wydaje się tyleż niestosowne, co zakrawające na kpinę, zważywszy na to, jakie umiejętności posiada Urugwajczyk.
I to jest jedna z tych sytuacji, które determinują kierunek, w jakim zmierzać będzie nasz ukochany Klub.
Wychowanek, gracz ofensywny, sprawdzający się w grze kombinacyjnej, mogący wnieść powiew świeżości w linię pomocy i podnieść poziom konkurencyjności w drużynie. Co więcej, zaprezentowany już w meczach o stawkę, gdzie pokazał swój nieprzeciętny potencjał. Po co nam wynalazki rodem z Kraju Kawy ("albo się udo, albo się nie udo", jak mawiał rodzimy trenerski satyryk Wojciech Łazarek), skoro wraca do nas zawodnik, który na dobrą sprawę może zaskoczyć barcelońskie gremium jedynie pozytywnie?
Moim zdaniem chłopak powinien odczuć, że jest tu chciany i potrzebny. A jeśli ominą go kontuzje, które i tak mocno już zahamowały jego rozwój, jestem przekonany, że może dać wiele dobrego zespołowi.
A wielka szkoda.
Motywy kibicowania są różne. Jednak zdecydowana większość klubów przyciąga fanów dzięki zdobywanym trofeom, lub zyskuje kolejne pokolenia sympatyków w ramach uświęcenia lokalnego patriotyzmu i dumy ze społecznej przynależności. "Barca" to trochę inna para kaloszy, bo tu liczy się także (a może przede wszystkim) styl, dzięki któremu jej historia jest tak bogata i naznaczona wielkimi zwycięstwami. Niestety, zdaje się, że "dziedzicząc" kibicowską schedę wielu ulega (bardzo zresztą wygodnemu) przeświadczeniu, że wartość klubu mierzyć powinno się jedynie liczbą hurtowo zgarnianych pucharów. Być może mają rację. Życzyłbym sobie jednakże, by chociaż nam, kibicom, czar futbolu, Tego Futbolu, nie pozostał obojętny - niezależnie od zdobywanych skalpów.
W destrukcji wyśmienity, w kreacji chimeryczny, ale kilka fajnych podań otwierających zdołał ostatnimi czasy posłać. Piłkarz dla Barcelony - z taktycznego punktu widzenia - niezbędny.
Gdyby tylko częściej decydował się na uderzenia z dystansu...
W Barcelonie od kilku lat funkcjonuje transferowy "dom publiczny".
Zarząd sprowadza graczy przeciętnych jak na warunki klubu, który ma co sezon bić się o wszystkie trofea (z nielicznymi wyjątkami rzecz jasna, jak "Cou" czy Umtiti).
Z miejsca zawiera z nimi wieloletnie umowy, dołączając sowitą gażę.
Później okazuje się, że taki zawodnik:
a) choć posiada duże umiejętności, nie wytrzymuje presji
b) nie pasuje do koncepcji trenera
c) koniec końców ląduje na ławce, notując pojedyncze występy z "ligowym szrotem" i we wstępnej fazie krajowego pucharu.
W najbliższym okienku zostaje wypożyczony, bo każdy zbywa śmiechem oferty sprzedaży takiego zawodnika.
Klubom niższej rangi jest to na rękę, bo mogą korzystać z usług grajka, który dla nich jest "dobry" i "posiada odpowiednią jakość", a zatem stanowi wzmocnienie, a w dodatku nie trzeba mu płacić. A biorąc pod uwagę częste zmiany personalne w obrębie kadry i sztabu, kupno nie wchodzi w grę.
Zakładając przenosiny "Antka" na Camp Nou, mam cichą nadzieję (pomijając już kwestię, jak Valverde wkomponuje go w tryby taktycznej układanki), że nie będzie on bał się brać na siebie odpowiedzialności za grę i wynik, od czasu do czasu "szarpnąć" indywidualną akcją, ani nie szukać na siłę Messiego, gdy stanie przed szansą wpisania się na listę strzelców.
Ostatnim z graczy, który emanował pewnością siebie godną wielkiego piłkarza po trafieniu do "Barcy", był Neymar. Griezmann powinien pójść jego śladem. Ma predyspozycje, które mu na to pozwalają.
O, a propos:
Pamiętacie, co wyprawiał "Luisito" w barwach Liverpoolu? Każdy obrońca w PL trząsł portkami ze strachu przed perspektywą zostania ośmieszonym przez snajpera "Garra Charrua".
Rozwiewając wątpliwości - Suarez umięśniony, lecz nie zwalisty, wywołujący szaleństwo sejsmografów.
Komentarze
3
@Kusco15 Nie ma sensu przekonywać ludzi na siłę. Lubimy się oszukiwać, przepychać "z twojszej racji" w "mojszą rację", zwłaszcza, gdy idzie o ochronę naszych przekonań, które utożsamiamy z odczuwanymi emocjami. Kto jednak z chłodną głową podejdzie do sprawy, ten nie będzie miał problemów, by dostrzec, w czym rzecz.
My, faceci, na ogół jesteśmy upośledzeni pod względem emocjonalnym - nie tylko ich okazywania, lecz także przede wszystkim odczytywania. To, czego my musimy się wciąż uczyć, by móc tworzyć zdrowe, rozwijające i ubogacające relacje, kobiety wyssały z mlekiem matki. Są od nas o wiele bieglejsze, a co za tym idzie sprytniejsze w tej materii. Doskonale zdają sobie sprawę, na jakich mechanizmach opierają się związki, mimo że rzadko kiedy sobie to uświadamiają. Nie oznacza to, że są podłe czy niegodziwe. Po prostu taka ich natura. Nie ma sensu z tym walczyć, ale w trosce o osobisty spokój ducha należy to zrozumieć. Wówczas żyje się łatwiej, bo wzrasta pewność siebie, a samoocena idzie w górę. Uczysz się szanować siebie i swój czas. To jedyna droga, jeśli chcesz żyć w pełni odpowiedzialnie i przestać szukać wymówek w postaci zrzucania winy na kogoś innego (a co jak co, ale kobiety są w tym mistrzyniami). Innej nie ma.
Kobiety - zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy lwia część społeczeństwa jest tak bezwstydnie roszczeniowa i niecierpliwa, chcąca mieć wszystko od razu, byle szybko – nienawidzą słabości. Gardzą nią. Brzydzą się nią. A tym samym odczuwają pogardę do faceta, w którym taką słabość dostrzegą. Czym w oczach kobiety jest słabość? Nie tylko niezaradność, brak zdecydowania, ustępliwość jako skrajność chodzenia na kompromis, niestałość wyznawanych wartości i niestabilność emocjonalna, lecz także przesadna wrażliwość. Nie idzie jednakże o to, by stać się zimnym, nieczułym gościem, lecz o to, by się nad sobą nie rozczulać, nie rozpamiętywać i nie grzęznąć w bagnie marazmu. Jeśli coś cię zabolało, przepracuj to i przekuj w ubogacające cię doświadczenie. Bądź wrażliwy, ale działaj, a nie siedź z założonymi rękami, obrażony na cały świat. Ot, prosta sprawa. Co nie znaczy, że prosta do wykonania.
Przyciągamy się na zasadzie przeciwieństw, które wzajemnie nas uzupełniają. Kobieta pożąda mężczyzny z uwagi na cechy, jakie on reprezentuje, a jakich sama mieć nie może - i vice versa. Wszystko, co dzieje się na świecie, dąży do równowagi, i sprawdza się to także w przypadku związków między kobietą i mężczyzną. To coś na zasadzie obopólnego uzupełniania braków. Jeśli związek jest zdrowy, oparty na szacunku i świadomości tego procesu, wówczas jest to sprawą całkowicie naturalną - abstrahując od tego, że stosunkowo niewielu facetów decyduje się uczestniczyć w tej „grze”, gdy już dowiedzą się, jakie są jej zasady; nie mając ochoty do zakładania rodziny i idącego za tym przewartościowania dotychczasowych priorytetów życiowych, wybierają podparty abstynencją szeroko pojęty samorozwój (rzadziej), albo z mniej lub bardziej udanym skutkiem podejmują próbę zostania nadto jurnym playboyem (częściej; w ramach „vendetty” za doznane krzywdy). Jeśli jednak nie, wówczas staje się wyrafinowaną formą pasożytnictwa - ograbiania partnera z zasobów, energii i czasu. A takich przypadków jest niestety cała masa.
Dziś kobiety mogą przebierać w facetach jak w ulęgałkach, a to po części dlatego, że sami daliśmy im na to przyzwolenie - staliśmy się bowiem zbyt mało wymagający, podczas gdy wymagania kobiet wciąż idą w górę, nierzadko dochodząc do granic absurdu. Jedna gałąź zaczyna się łamać, to przeskakują na inną, bardziej wytrzymałą i najbardziej korzystną na dany moment. Nie sposób bowiem ofiarować czegoś, czego się nie ma ani tym bardziej nigdy nie będzie się miało (niekoniecznie dlatego, że się tego nie chce, lecz także dlatego, że kłóci się to z naturalnymi predyspozycjami).
Jeszcze słów kilka o męskiej perswazji czynionej celem upewnienia się co do wierności partnerki: takie zachowanie jest przez kobiety bezwzględnie poczytywane za słabość. W ten sposób nie facet prowadzi relacji z nią, a wypytując o plan dnia, listę osób, z którymi się spotka, jak również przekonując ją, co powinna lub czego nie powinna zrobić, uchodzi za niepewnego, zakompleksionego natręta. W ten sposób rujnuje oparcie, jakiego ona od niego oczekuje. Co zapewnia kobiecie to oparcie? Siła (nie tyle fizyczna, ile psychiczna, tj. głównie stabilność emocjonalna), zaradność, zdecydowanie, samowystarczalność, niezależność. To są uniwersalne męskie atrybuty, których kobieta pożąda, które ją przyciągają i które pozwalają mężczyźnie ją przy sobie utrzymać.
Facet jest prawdziwie atrakcyjny, gdy prowadzi, kieruje; wytycza drogę, którą kobieta za nim podąży, bo będzie się czuła przy nim bezpiecznie. Niszczy swoją atrakcyjność, gdy prosi, błaga, stara się przekonać do czegokolwiek. Takie podejście z góry skazuje go na klęskę, bo kobiety nie interesują logiczne powody, dla których miałaby się z nim spotykać, a w dalszej perspektywie spędzić życie, lecz to, jak ona sama się przy nim czuje.
My, faceci, w przeważającej części staliśmy się zniewieściałymi chłopaczkami, uganiającymi się za spódniczkami nie tyle w czasie wolnym, ile zaniedbując codzienne obowiązki i powinności, porzucając inwestowanie w rozwój osobisty. Kobiety bronią się przed tym za pomocą jedynego narzędzia, jakie mają, a w które sami je wyposażamy - manipulacji. A gdy odkrywają, że nie daje im to satysfakcji, a jedynie podsyca ich pogardę względem mężczyzn, próbują wbić się w spodnie i przekonać same siebie, że wygodnie im się w nich chodzi. Jak dzieci w piaskownicy, z uporem maniaka starające się wynaleźć alternatywne zastosowanie dla grabek, łopatki i wiaderka. Sami do tego doprowadziliśmy. A najgorzej, że pozostawiliśmy tę piaskownicę samą sobie.
0
@sidzej Myślę, że masz sporo racji. Ja to widzę tak: Do końca piastowania swego urzędu Bartomeu pragnie napchać sobie sakwy po brzegi, a sam klub jako instytucję traktuje w kategoriach "dojnej krowy". To mechanizm ikonicznej magnetyzacji - zarząd przedłuża kontrakty wypalonych gwiazdorów, oferując coraz wyższą gażę i nietykalność, którą zapewni im pielęgnowany status postaci pomnikowych i brak wewnątrzzespołowej konkurencyjności. Jak ją osiągnąć? Banalnie prosto - zatrudniając trenera-pomagiera bez krzty ikry i ściągając zastępy średniej klasy "kopaczy", oddelegowanych do polerowania cholew prymariuszom ze "starej gwardii". Oni chętnie zasilą szeregi zespołu, skuszeni sowitym wynagrodzeniem i możliwością rozłożenia gir wczas gierek w "dziadka". W dodatku odpowiedzialność znikoma, bo ta (onegdaj dźwigana na barkach) jest kulą u nogi zdezelowanych wyjadaczy.
Mobilizacja i kondycja coraz wątlejsze (praw psychiki i biologii nie oszukasz), toteż wyniki coraz gorsze. Ale obwoźny cyrk lata sobie po całym globie (a to podczas przedsezonowego tournee, a to w kluczowej dla losów mistrzostwa ligowej kampanii), przyciągając rzesze fanów, z których większość o piłkarskich realiach nie ma bladego pojęcia, ale szczelnie wypełnia stadion, by ujrzeć dawnych mistrzów zaiwaniających pod rygorem Guardioli.
Barcelona notuje obecnie tak wielkie zyski nie ze względów czysto sportowych, lecz wizerunkowych, narkotyzując się waporem minionej chwały.
0
W głowie Ernesto nie siedzę, przewidzieć zatem z całą pewnością nie mogę, cóź nasz "mister" wymkombinuje, ale coś czuję pod skórą, że koniec końców będzie przedkładał doświadczenie wapniejących wyg nad młodzieńczy entuzjazm (wyjąwszy mecze niewiele znaczące, vide wstępną fazę CdR skrojoną pod miętoszenie cieniasów z lig Segunda i niższych). Nie do końca mi się to podoba, ale winić go nie będę, choć wielu z pewnością chętnie samodzielnie podwinęłoby mu koszulinę i wymierzyło sprawiedliwość kańczugiem. Piłka to dziś przede wszystkim biznes, a kto w tym biznesie na wyższym wierzchowcu umiejscowion, tym boleśniej potłuc sobie może zad przy upadku z jego grzbietu. A by tego uniknąć, unika się ryzyka. Trochę to... ryzykowne, ale jednakże w większości przypadków... opłacalne. A to jest wszak dla mocarnych najważniejsze.
0
Oj, bramek pięknych to w ostatnich latach nasadził bez liku. Sęk w tym, że on może dać drużynie znacznie więcej niż wór goli plus zadziorność w pressingu. Przypomnij sobie, jak rozstawiał obrońców w czasach występów w PL, jak potrafił szarpnąć indywidualną akcją, przedryblować 2-3 rywal z rzędu. Był wówczas jednak szczuplejszy niż teraz, a co za tym idzie - szybszy.
3
Przede wszystkim powinien zrzucić nieco cielska, bo to jak ociężale porusza się po murawie aż w oczy kole, nie mówiąc już o tym, że z pewnością ogranicza jego możliwości. Po drugie: niech przestanie być nadgorliwym altriustą. Ileż to on "setek" zmarnował przez ostatnie lata to woła o pomstę do nieba. Taszczenie piłki pod stópki Lionela wydaje się tyleż niestosowne, co zakrawające na kpinę, zważywszy na to, jakie umiejętności posiada Urugwajczyk.
29
I to jest jedna z tych sytuacji, które determinują kierunek, w jakim zmierzać będzie nasz ukochany Klub.
Wychowanek, gracz ofensywny, sprawdzający się w grze kombinacyjnej, mogący wnieść powiew świeżości w linię pomocy i podnieść poziom konkurencyjności w drużynie. Co więcej, zaprezentowany już w meczach o stawkę, gdzie pokazał swój nieprzeciętny potencjał. Po co nam wynalazki rodem z Kraju Kawy ("albo się udo, albo się nie udo", jak mawiał rodzimy trenerski satyryk Wojciech Łazarek), skoro wraca do nas zawodnik, który na dobrą sprawę może zaskoczyć barcelońskie gremium jedynie pozytywnie?
Moim zdaniem chłopak powinien odczuć, że jest tu chciany i potrzebny. A jeśli ominą go kontuzje, które i tak mocno już zahamowały jego rozwój, jestem przekonany, że może dać wiele dobrego zespołowi.
11
A wielka szkoda.
Motywy kibicowania są różne. Jednak zdecydowana większość klubów przyciąga fanów dzięki zdobywanym trofeom, lub zyskuje kolejne pokolenia sympatyków w ramach uświęcenia lokalnego patriotyzmu i dumy ze społecznej przynależności. "Barca" to trochę inna para kaloszy, bo tu liczy się także (a może przede wszystkim) styl, dzięki któremu jej historia jest tak bogata i naznaczona wielkimi zwycięstwami. Niestety, zdaje się, że "dziedzicząc" kibicowską schedę wielu ulega (bardzo zresztą wygodnemu) przeświadczeniu, że wartość klubu mierzyć powinno się jedynie liczbą hurtowo zgarnianych pucharów. Być może mają rację. Życzyłbym sobie jednakże, by chociaż nam, kibicom, czar futbolu, Tego Futbolu, nie pozostał obojętny - niezależnie od zdobywanych skalpów.
11
W destrukcji wyśmienity, w kreacji chimeryczny, ale kilka fajnych podań otwierających zdołał ostatnimi czasy posłać. Piłkarz dla Barcelony - z taktycznego punktu widzenia - niezbędny.
Gdyby tylko częściej decydował się na uderzenia z dystansu...
10
W Barcelonie od kilku lat funkcjonuje transferowy "dom publiczny".
Zarząd sprowadza graczy przeciętnych jak na warunki klubu, który ma co sezon bić się o wszystkie trofea (z nielicznymi wyjątkami rzecz jasna, jak "Cou" czy Umtiti).
Z miejsca zawiera z nimi wieloletnie umowy, dołączając sowitą gażę.
Później okazuje się, że taki zawodnik:
a) choć posiada duże umiejętności, nie wytrzymuje presji
b) nie pasuje do koncepcji trenera
c) koniec końców ląduje na ławce, notując pojedyncze występy z "ligowym szrotem" i we wstępnej fazie krajowego pucharu.
W najbliższym okienku zostaje wypożyczony, bo każdy zbywa śmiechem oferty sprzedaży takiego zawodnika.
Klubom niższej rangi jest to na rękę, bo mogą korzystać z usług grajka, który dla nich jest "dobry" i "posiada odpowiednią jakość", a zatem stanowi wzmocnienie, a w dodatku nie trzeba mu płacić. A biorąc pod uwagę częste zmiany personalne w obrębie kadry i sztabu, kupno nie wchodzi w grę.
8
Zakładając przenosiny "Antka" na Camp Nou, mam cichą nadzieję (pomijając już kwestię, jak Valverde wkomponuje go w tryby taktycznej układanki), że nie będzie on bał się brać na siebie odpowiedzialności za grę i wynik, od czasu do czasu "szarpnąć" indywidualną akcją, ani nie szukać na siłę Messiego, gdy stanie przed szansą wpisania się na listę strzelców.
Ostatnim z graczy, który emanował pewnością siebie godną wielkiego piłkarza po trafieniu do "Barcy", był Neymar. Griezmann powinien pójść jego śladem. Ma predyspozycje, które mu na to pozwalają.
O, a propos:
Pamiętacie, co wyprawiał "Luisito" w barwach Liverpoolu? Każdy obrońca w PL trząsł portkami ze strachu przed perspektywą zostania ośmieszonym przez snajpera "Garra Charrua".
Rozwiewając wątpliwości - Suarez umięśniony, lecz nie zwalisty, wywołujący szaleństwo sejsmografów.