- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 2006 Culés
Gorące dyskusje
michal26
50
Żeby tylko ta Hiszpania dzisiaj wygrała...
34 odpowiedzi
heniusss
43
Ten gość jest chory psychicznie. Ja coś czuję, że jemu dopiero hamulce puszczą jak skończy... » Czytaj dalej
22 odpowiedzi
4drian0
3
Kontrowersyjna opinia. Jak leci mecz Argentyny to La Rambla zamienia w stronę białych... » Czytaj dalej
16 odpowiedzi
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 2006 Culés
12
Wielkimi krokami zbliża się Euro... Aj, co ja mówie! To właściwie już się nie zbliża, gdyż to już lada moment się rozpoczyna! Tak więc przy tej okazji przpomnijmy sobie to ostatnie(nietypowe) Euro 2020. Zapraszam do odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
8
@FCBparasiempre
Euro 2020
Był to jeden z najdziwniejszych turniejów w całej historii. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się bowiem tak, aby mistrzostwa Europy rozgrywano aż w 11 krajach. Co więcej, turniej określany jako Euro 2020 był nim właściwie tylko z... nazwy. Z uwagi na pandemię koronawirusa odbył się on (z konieczności) w roku nieparzystym (2021), co też było nowością. Przez ten czas wiele zmieniło się w kadrach zespołów. Pojawili się nowi zawodnicy, niektórzy zostali w domach z uwagi na kontuzje, inni zostali skreśleni przez szkoleniowców. Zmiana zaszła też w polskiej kadrze – na stanowisku selekcjonera. Głównym sprawcą całego zamieszania związanego z przesunięciem turnieju był COVID-19. W 2020 r. wybuchła na świecie pandemia koronawirusa. W ramach zapobiegania rozprzestrzenianiu się zarazy wprowadzono szereg obostrzeń. Część z nich dotyczyła rozgrywek piłkarskich. Niektóre ligi przedwcześnie kończyły sezon, inne wznowiły po dłuższej przerwie ale bez kibiców na trybunach. Długo zastanawiano się co zrobić z Euro 2020. Ostatecznie mistrzostwa Europy przesunięto o rok. Jerzy Brzęczek po nieudanych mistrzostwach świata w 2018 roku został wybrany nowym selekcjonerem reprezentacji Polski. To pod jego wodzą biało-czerwoni wygrali grupę eliminacji Euro 2020 i pewnie, gdyby nie przesunięcie turnieju o rok, Brzęczek poprowadziłby Polaków na tym turnieju. Ostatecznie nie było mu to dane. Został zwolniony w styczniu 2021 roku. Na jego miejsce Zbigniew Boniek, ówczesny prezes PZPN desygnował Paulo Souse. Jak się później okazało był to strzał… kulą w płot! Zanim jednak Portugalczyk objął posade selekcjonera reprezentacja Polski zrobiła to, co do niej należało. Wygrała grupę kwalifikacyjną z bilansem 8 zwycięstw, remisu i porażki. Choć nie zachwycała grą i w wielu spotkaniach nie wyglądała najlepiej, zasłużenie zajęła pierwszą lokatę. Awans zapewniła sobie trzy kolejki przed końcem eliminacji. Od ME w 2008 roku było to czwarte z rzędu Euro, w którym wzięli udział biało-czerwoni. Według pierwotnych założeń Euro 2020 miało odbyć się w 12 miastach-gospodarzach i 11 państwach. W kwietniu 2021 roku jeden kraj wypadł ze wspomnianej listy. Była nim Irlandia a właśnie w Dublinie miały odbyć się mecze naszej reprezentacji ze Słowacją i Szwecją. Spotkanie z Hiszpanią również zmieniło lokalizację z Bilbao na Sewillę. Kiedy wszystkie ekipy wywalczyły już awans na Euro, podzielono je na grupy, z których jako ,,grupe śmierci” okrzyknięto bezapelacyjnie ostatnią. Ich skład przedstawia się następująco: grupa A (Turcja, Włochy, Walia i Szwajcaria), grupa B (Dania, Finlandia, Belgia i Rosja) grupa C (Austria, Macedonia Północna, Holandia i Ukraina) Grupa D (Anglia, Chorwacja, Szkocja i Czechy) grupa E (Polska, Słowacja, Hiszpania i Szwecja) oraz grupa F (Węgry, Portugalia, Francja i Niemcy). Na inaugurację grupy A zagrali Włosi i Turcy. Zanim jednak rozległ się pierwszy gwizdek mogliśmy zobaczyć kilka gwiazd i... najsłynniejszy samochodzik w Europie. Najpierw oficjalnego otwarcia imprezy dokonali legendarni włoscy piłkarze: Francesco Totti i Alessandro Nesta, którzy w trakcie kariery byli związani z rzymskimi klubami AS Roma i Lazio. Chwilę później na murawie pojawił się światowej sławy włoski tenor Andrea Bocelli, który anielskim głosem zaśpiewał słynną arię: ,, Nessun Dorma" z opery ,, Touran dot" Giacomo Pucciniego. O gwóźdź programu zadbał oficjalny partner Euro firma Volkswagen. Na murawę w meczu otwarcia wjechał zdalnie sterowany model Volkswagena przemierzył murawę i dotarł do sędziego zawodów Danny’ego Mckelliego, który wyciągnął z auta piłkę do rozegrania zawodów. Wszyscy byli tym pokazem wyraźnie zaskoczeni. Od samego początku znany był faworyt tego meczu czyli Włosi. Do meczu z Turcją nie przegrali 28 meczów z rzędu a w ostatnich 8 nie stracili gola. Selekcjoner Roberto Mancini stworzył włoskiego potwora, który w eliminacjach i meczach towarzyskich pożerał kolejne ofiary a teraz próbował napocząć drużynę z nad Bosforu do przerwy się nie udało a po zmianie stron pomógł Włochom Demiral... pakując piłkę do własnej bramki. Żeby było ciekawiej, turecki obrońca na co dzień był piłkarzem Juventusu, więc oberwało mu się od rzymskiej publiczności. Tym samym Euro po raz pierwszy w historii zaczęło się od samobója. Potem już było z górki, na 2:0 podwyższył Immobile, który stadion Olimpico zna jak własną kieszeń, grając dla Lazio później napastnik ,,Bianco Celestii" obsłużył podaniem Lorenzo Insigne a klubowy kolega Piotra Zielińskiego z Napoli popisał się pięknym, technicznym strzałem i ustawił wynik spotkania na 3.0. Gol filigranowego ,, Il Magnifico" sprawił że z ,,Squadra azzura” po raz pierwszy w historii swoich występów na euro strzeliła więcej niż dwa gole w jednym meczu. W drugim meczu pierwszej kolejki tej grupy Walia mierzyła się ze Szwajcarią a areną zmagań był stadion olimpijski w Baku. Najpiękniejszy obiekt w stolicy Azerbejdżanu może pomieścić aż 68 000 widzów ale z racji obostrzeń związanych z covid 19 można było wykorzystać zaledwie 50% jego pojemności. Atmosfera na trybunach nie przypominała jednak święta na miarę wielkiego piłkarskiego turnieju, gdyż stadion świecił pustkami, mecz na żywo zobaczyło zaledwie 8782 widzów. Przykry widok. Można się było zmęczyć, oglądając ,, popisy" Walijczyków i Szwajcarów. Dla Helwetów trafił Embolo a wynik na niespełna kwadrans przed końcem ustalił Kieffer Moore pokonując szwajcarskiego bramkarza Jana Sommera sprytnym strzałem głową. Media na Wyspach Brytyjskich pisały po tym meczu że to Walia zdobyła cenny punkt a Szwajcaria straciła dwa. Remis na starcie rozgrywek był chyba sprawiedliwy dla obydwu drużyn ale to Gareth Bale i spółka byli w lepszym położeniu przed drugą serią gier. W drugiej kolejce Walia grała z rozbitą przez Włochów Turcją i jeśli piłkarze znad Bosforu chcieli jeszcze zaistnieć na tym turnieju to koniecznie musieli wygrać. Walijczycy z kolei mieli realną szansę na wyjście z grupy w przypadku wygranej z Turkami i... tak się faktycznie stało. Praktycznie od początku spotkania narzucili rywalom swój styl gry i kontrolowali przebieg spotkania. Tuż przed przerwą wynik otworzył Aaron Ramsey a na koniec drugiej połowy wygraną wagi zapewnił Connor Roberts. Tak więc 2:0 dla Walijczyków, którzy mogli już myśleć o fazie pucharowej, z kolei Turcy mogli pakować walizki i planować wakacje.
3
@FCBparasiempre
Squadra Azzura w swoim drugim meczu zagrała tak samo skutecznie jak za pierwszym razem i bez problemów zaaplikowała szwajcarą trzy gole. Bardzo dobry mecz rozgrywał środkowy pomocnik Włochów Manuel Locatelli, który najpierw otworzył wynik w 26 minucie a w 52 podwyższył na 2:0. Kropkę nad i postawił immobile ustalając wynik meczu na 3:0. Perfekcyjnie naoliwiona i pracująca bez zarzutu włoska ekipa Manciniego po dwóch zwycięstwach bez straty gola mogła spokojnie myśleć o fazie pucharowej i oszczędzać siły. Trener Roberto Mancini przed trzecim meczem grupowym z Walią dokonał w składzie aż 8 zmian. Dał odpocząć gwiazdom a do boju z wyspiarzami posłał rezerwowych by utrzymać wszystkich ,, pod prądem". W wyjściowej ,,11” pozostali tylko Leonardo Bonucci, Jorginho oraz Donnarumma. Ten ostatni nie dokończył meczu ale opuścił murawę nie ze względu na kontuzję. Trener postanowił dać zagrać wszystkim swoim zawodnikom w kadrze. Dokonał pięciu zmian, w tym również bramkarza. Donnarumme pod koniec meczu zastąpił Salvatore Sirigu. To oznaczało że wszyscy dostępni mu piłkarze zagrali w mistrzostwach Europy (oprócz trzeciego golkipera). Dlaczego Mancini zdecydował się na tak niecodzienny krok? ,, W 1990 roku byłem powołany do włoskiej kadry na mundial ale... nie zagrałem ani minuty. Wciąż mam o to żal. Nie chciałbym żeby taka sytuacja powtórzyła się w moim zespole"- tłumaczył włoskim dziennikarzom opiekun Azzurich. Po raz pierwszy na tym turnieju zagrał as atutowy w talii Manciniego- Marco Verratti. To właśnie filigranowy Włoch w 39 minucie dośrodkował w pole karne Walijczyków a kolejny na co dzień rezerwowy Matteo Pessina nie dał szans bramkarzowi wyspiarzy pakując głową piłkę do siatki. Włosi nie pozwolili na zbyt wiele Walijczykom w tym spotkaniu i ostatecznie wynik 1:0 był najmniejszym wymiarem kary. Italia jako pierwsza drużyna w historii Mistrzostw Europy wygrała wszystkie trzy mecze grupowe, nie tracąc przy tym żadnego gola. Włoski walec jechał dalej i miał się dobrze pokonując bezproblemowo kolejne przeszkody. Szwajcarzy marzyli o wyjściu z grupy chociaż z trzeciego miejsca i to było do zrobienia, tylko trzeba było pokonać w trzecim meczu Turcję, która przed turniejem była uznawana za czarnego konia a okazała się jedynie tanią podróbką. Helweci nie zawiedli swoich fanów. Xherdan Shaqiri trafił dwa razy, jednego gola dołożył też Haris Seferović. Turcy odpowiedzieli jedynie honorowym golem Irfana Kahweciego. Szwajcaria ograła rywali 3:1 i z trzeciego miejsca w grupie A awansowała dalej oglądając w tabeli plecy Włochów oraz Walijczyków. Otwarcie rywalizacji w grupie B przypadło w udziale Duńczykom i Finom. Fani jednej i drugiej drużyny ostrzyli sobie zęby na wewnątrz skandynawską bitwę ale absolutnie nikt nie spodziewał się tego co wydarzyło się w sobotnie popołudnie 12 czerwca. Ten mecz zapowiadany był jako pojedynek faworyzowanej Danii z Kopciuszkiem z Finlandii, która po raz pierwszy w historii dostąpiła zaszczytu gry na mistrzostwach Starego Kontynentu. Jeśli dodamy do tego fakt że spotkanie było rozgrywane na stadionie ,,Parken” w Kopenhadze, to wynik wydawał się być przesądzony. Piłka nożna jednak zeszła na drugi plan pod koniec pierwszej połowy, kiedy to cały świat wstrzymał oddech obserwując niecodzienne i przerażające obrazki z udziałem Christiana Eriksena. Tuż przed przerwą w 43 minucie pomocnik Interu Mediolan dostał podanie z autu. Prosta piłka do przyjęcia. Tymczasem futbolówka odbiła się od kolana duńskiego piłkarza a ten... padł na murawę jak rażony piorunem. Ciało bez ruchu, szeroko otwarte oczy, ten widok był po prostu porażający. Pierwszy, który zorientował się w sytuacji i natychmiast ruszył na pomoc był Simon Kjaer. Kapitan Duńczyków wyciągnął koledze język z gardła by uniknąć zadławienia i rozpaczliwymi gestami dał znak ekipie medycznej. Medycy momentalnie przystąpili do reanimacji Eriksena, który jak się później okazało doznał zawału serca. Mecz został przerwany, trybuny zamilkły i w osłupieniu czekały na rozwój wypadków, tak samo jak kibice na całym świecie. Duńczycy otoczyli szczelnym kordonem swojego kolegę i lekarzy by ci mogli robić swoje z dala od wścibskich kamer. Akcja reanimacyjna trwała ponad 20 minut i na szczęście zakończyła się happy endem. Reprezentanta Danii udało się dzięki Bogu przywrócić do życia. Kiedy przytomny opuszczał stadion na noszach widzowie wstali z miejsc i nagrodzili jego oraz ratowników medycznych gromkimi brawami. Mecz był przerwany na ponad dwie godziny i nikt się nawet nie spodziewał że zostanie dokończony. Działacze UEFA nakazali jednak dokończyć zawody, dając obydwu ekipom jasny przekaz: albo gracie dziś do końca albo nazajutrz w południe dogrywacie drugie 45 minut. Duńczycy wybrali pierwszą opcję, choć wydaje się że byli obecni na murawie tylko ciałem a ich myśli krążyły wokół Eriksena. To jednak on przekazał ze szpitala kolegom wiadomość że już wszystko jest dobrze i chcę by dokończyli mecz. Finowie nie protestowali, chociaż wcale nie byli w nastroju do tego by ponownie wychodzić na boisko. Duńczycy również byli kompletnie rozbici ale postanowili się z tym zmierzyć na murawie a nie w czterech ścianach szatni. Po wznowieniu zawodów Finowie wykazali się mocniejszą psychiką. W 60 minucie oddali pierwszy i jedyny celny strzał, który zakończył się golem. Jere Unonen posłał centrę w pole karne Duńczyków a tam najprzytomniej zachował się napastnik unionu Berlin Joel Pohjanpalo pokonując zdezorientowanego Kaspera Schmeichela. Duńczycy rzucili się do odrabiania strat, gdyż chcieli za wszelką cenę wygrać dla Eriksena. Najlepszą okazją do wyrównania mieli w 74 minucie, kiedy arbiter wskazał na ,, wapno" po faulu Aarjuuriego na Yussufie Poulsenie. Do piłki ustawionej na 11 metrze podszedł Pierre-Emil Højbjerg. Bramkarz Finów Lucas Hradecky odczytał jednak jego zamiary i pewnie obronił strzał. Pomocnik ,,Kogutów” padł na murawę załamany. Nic więcej się nie wydarzyło, Duńczycy przegrali 0:1.
2
@FCBparasiempre
Dla Finlandii, absolutnego debiutanta w mistrzostwach był to pierwszy gol i pierwsza wygrana. Historyczny wynik, który przytrafił się w cieniu dramatu. Kiedy skończył się mecz na Parken, w szranki na murawie stadionu w Sankt Petersburgu stanęli Belgowie i Rosjanie. Ci pierwsi byli nie tylko faworytami tego meczu, gdyż ekipę ,,czerwonych diabłów” fachowcy stawiali w gronie głównych kandydatów do zdobycia europejskiego trofeum. Podopieczni Roberta Martineza nie zamierzali długo czekać by wybić z głowy Rosjanom korzystny wynik rywalizacji i już w dziesiątej minucie Romelu Lukaku pokonał Antona Szunina. Belg natychmiast odnalazł za linią boczną najbliższą mu kamerę telewizyjną, podbiegł do niej i przekazał całemu światu krótką wiadomość: ,, Christian, Kocham cię!"- krzyknął belgijski snajper, który przed Euro świętował wraz z Eriksenem mistrzostwo Włoch w barwach Interu Mediolan. Przed przerwą Belgia zadała drugi cios a skutecznie wyprowadził go w 34 minucie Tomas Meunier. Rosja nie miała nic do powiedzenia także w drugiej połowie, w której Lukaku zdobył trzeciego gola dla Belgii i ulokował swój zespół na pozycji lidera grupy B. Drugi zestaw par zwiastował sporo emocje. Finlandia mierzyła się z Rosją a Belgia podejmowała Danię. Co prawda emocji w Kopenhadze nie brakowało, jednak ,,duński dynamit” znów nie wypalił. Gospodarzy objęli prowadzenie już w drugiej minucie po trafieniu Poulsena. 8 minut później zatrzymano grę. Cały stadion wraz z zawodnikami oddał hołd Eriksenowi, który na co dzień występuje z numerem 10. Duńczycy grali bez kompleksów i nacierali coraz bardziej a Belgowie powoli otrząsali się z osłupienia. Na dobre wrócili do gry po przerwie, kiedy to na boisku zameldował się ich lider Kevin De Bruyne. Pomocnik Man City w 55 minucie najpierw asystował przy golu Thorgana Hazarda a kwadrans później oddał precyzyjny płaski strzał z kilkunastu metrów przy bliskim słupku i dał prowadzenie swojej reprezentacji. Mimo rozpaczliwych ataków Danii w końcówce, wynik nie uległ już zmianie a więc Dania-Belgia 1:2. Jak na to odpowiedzieli Finowie, którzy w przypadku wygranej nad Rosją mogli sobie już zapewnić awans do fazy pucharowej po dwóch meczach? Najgorzej jak mogli, gdyż przegrali 0:1. Podopieczni Stanisława Czerczesowa musieli na ,,Gazprom Arenie” pokusić się o trzy punkty i plan zrealizowali, choć nie bez kłopotów. Już w czwartej minucie do siatki po raz drugi w tym turnieju trafił Joel Pohjanpalo ale Rosje uratowała wideo weryfikacja, która wykazała że fiński napastnik w momencie strzału był na minimalnej pozycji spalonej. ,,Sborna” odpowiedziała w doliczonym czasie pierwszej połowy a na listę strzelców wpisał się Aleksiej Mirańczuk. Jak się potem okazało było to jedyne trafienie w tym meczu, które wciąż jeszcze utrzymywało Rosjan przy życiu. Belgowie byli już pewni awansu po dwóch kolejkach a Dania, Rosja i Finlandia miały spośród siebie wyłonić ekipę, która zagra dalej. Jako pierwsi zagrali w trzeciej serii Finowie i Belgowie a ich starcie w Sankt Petersburgu mówiąc delikatnie nie było porywającym widowiskiem. ,,Czerwone diabły” naszpikowane gwiazdami napierały od początku meczu a rywale praktycznie tylko się bronili. Ta sztuka udawała im się do 74 minuty, kiedy to pechowo interweniował fiński bramkarz Hradecky. Belgijski stoper Thomas Vermaalen oddał mocny strzał głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, piłka po koźle od ziemi trafiła w słupek a następnie prosto w golkipera. Zaskoczony zawodnik nie zdążył odpowiednio szybko zareagować i futbolówka przekroczyła linię bramkową. Belgia prowadziła ale nie zamierzała tak tego zostawić. W końcu udało im się zdobyć drugiego gola w 81 minucie i zamknąć mecz a gola na swoje konto zapisał Lukaku. Duńczycy na własnym terenie w ostatniej kolejce grali z Rosją. Wprawdzie ich szanse na awans nie były duże ale... pokonali rywala 4:1. Dla Rosji gola strzelił z karnego Dziuba a dla Danii Damsgaard, Poulsen, Christensen i Maechle. Dzięki korzystnemu bilansowi goli Duńczycy awansowali do dalszej fazy, zajmując nieoczekiwanie drugie miejsce w grupie B i stając się tym samym pierwszą drużyną w historii Mistrzostw Europy, która przegrała dwa pierwsze mecze fazy grupowej a mimo to awansowała do fazy pucharowej. Co za historia! Inauguracyjny mecz Holendrów z Ukrainą w grupie C na turnieju był przedwczesnym akordem problemów w ekipie Franka de Boera. Chociaż wygrali to spotkanie 3:2 po golach Wijnalduma, Weghorsta i Dumfriesa, to po zwycięskiego gola musieli pędzić aż do ostatnich minut, gdyż w ciągu zaledwie 5 minut dekoncentracji zmarnowali dwubramkowe prowadzenie (w międzyczasie Jarmolenko i Jaremczuk doprowadzili do remisu 2:2) gdy w Amsterdamie trafienia Memphisa Depaya i Dumfriesa dały pewne zwycięstwo nad Austrią a później 3:0 gospodarze spotkania ograli Macedonię Północną, wydawało się że przed niderlandzkim zespołem wybudowano autostradę lub przynajmniej drogę szybkiego ruchu w kierunku tytułu. Komplet punktów, nawet w nieco słabszej grupie zrobił wrażenie na ekspertach i kibicach, którzy doceniali otwartą i ofensywną grę przyjemną dla oka. Nieco w cieniu zwycięzcy grupy C znaleźli się Austriacy, którzy wespół z Macedonią Północną postanowili zapisać się w pamięci kibiców w sposób Nietypowy. Pierwszy gol bałkańskiego zespołu był szczególny z dwóch powodów. Po pierwsze austriacka defensywa doprowadziła do strzelenia przez rywali jednego z najbardziej kuriozalnych goli tego turnieju, gdzie w z pozoru niegroźnej sytuacji bramkarz wypuścił piłkę wprost pod nogi stojącego obok napastnika a po drugie zdobyta w ten sposób bramka była pierwszym trafieniem macedońskiej ekipy na finałowym turnieju piłkarskim, gdyż ,,Czerwone lwy” debiutowały w Bukareszcie na Mistrzostwach Europy. Co więcej, wielka gwiazda drużyny Goran Pandev umieszczając wówczas piłkę w siatce został drugim najstarszym strzelcem gola w mistrzostwach Europy (Pandev miał wówczas 37 lat i 321 dni; starszy był tylko Ivica Vastič, który podczas Euro 2008 zdobył gola przeciwko Polsce).
2
@FCBparasiempre
Zupełnie po cichu, trochę psim swędem z tej grupy do dalszych gier awansowała również Ukraina, która z trzema punktami znalazła się w szczęśliwej czwórce przedostatnich zespołów w poszczególnych grupach, które na taką promocję mogły liczyć. Wystarczyło do tego zwycięstwo 2:1 nad Macedonią Północną po golach Jarmolenki i Jaremczuka. Na trafienie Ukraińców zdołał odpowiedzieć jedynie Alioski i był to ostatni akcent macedońskiej drużyny na tym turnieju. Grupa D przed startem Euro może nie prezentowała się spektakularnie, jednak żaden z występujących w niej zespołów nie mógł być przez kibiców lekceważony. Swoje mecze rozgrywali tutaj bowiem urzędujący wicemistrzowie świata Chorwaci, 4 ekipa ostatniego mundialu Anglia oraz ich wyspiarscy waleczni ,, przyjaciele" ze Szkocji, uzupełnieni Czechami, nierzadko skłonnymi do sprawiania niespodzianki. W inauguracyjnym meczu faworytów na Wembley obie ekipy miały problem skonstruowaniem akcji a gra nie była porywająca ani ze strony Anglików, ani Chorwatów. A żeby zwyciężyć w tym nudnym pojedynku synam Albionu wystarczył jeden zryw Raheema Sterlinga. Calvin Philips świetnie obsłużył podaniem ze środka pola skrzydłowego Man City, który w 57 minucie przyspieszył w swoim stylu i stanął oko w oko z chorwackim bramkarzem. Dziubnął piłkę dosłownie sekundę przed obrońcą i sprytnym strzałem pokonał stojącego pomiędzy słupkami chorwackiej bramki Livakovicia. Anglicy wygrali zasłużenie ale zaprezentowali tak daleko idący pragmatyzm w swojej grze że niektórzy brytyjscy komentatorzy sportowi byli w lekkim szoku. Do czerwoności fanów rozgrzał dopiero drugi mecz, w którym pomimo początkowej przewagi Szkotów to czeska lokomotywa odpaliła silniki i buchnęła wyspiarzom parą w twarz. Odważniej atakowali Czesi, którzy pod bramką Dawida Marshalla byli jednak za mało konkretni i podejmowali złe decyzje. Zamiast strzelać podawali i na odwrót. Bramkarza pokonali dopiero tuż przed końcem pierwszej połowy. Dobre dośrodkowanie kolegi pomiędzy obrońców bezbłędnie wykorzystał snajper Bayeru Leverkusen Patrik Schick. Później gdy wydawało się że to Szkoci są bliżej zdobycia wyrównującego gola, Patrik Schick zaskoczył po raz kolejny. Uderzył piłkę z połowy na tyle precyzyjnie że ta przelotowała rozpaczliwie interweniującego Marshalla i razem z nim zatrzepotała w siatce. Czeski napastnik uderzył z ponad 45 m, co sprawia że to najdłuższy dystans w historii Euro, z jakiego kiedykolwiek padł gol. Po tym meczu szkocka prasa pisała: ,, Och schik!" i niech to posłuży za cały komentarz do urody tej bramki. Glasgow tego dnia było niepocieszone, smutne, rozczarowane i pochmurne, gdyż pojedynek Szkocja-Czechy zakończył się rezultatem 0:2. 18 czerwca Anglicy podejmowali w Londynie Szkotów. To był pojedynek rywali, którzy mierzą się ze sobą już od 1872 roku. Symbolem waleczności i ofiarności stał się tu Scott McTominay, nominalny pomocnik, który został cofnięty przez selekcjonera Steve’a Clarka do formacji obronnej. To wywołało przed samym meczem spore poruszenie jest wśród ekspertów ale jak się okazało ten nietypowy manewr się opłacił. Szkot był jednym z najlepszych zawodników na murawie a swoimi decyzjami dobrze regulował tempo gry i ustawienie wszystkich formacji swojej drużyny. Szkoci, jak kilka innych zespołów podczas tego Euro pokazali że niektóre punkty zdobywa się zaangażowaniem, determinacją i agresją a niekoniecznie umiejętnościami piłkarskimi. Postawili oni trudne warunki Anglikom a ci podjęli rękawice i walczyli jak trzeba. Co z tej walki wyszło? A no bezbramkowy remis. Chorwacja w trzecim grupowym meczu wreszcie pokazała swoją jaśniejszą stronę. Ekipa ,,Vatreni” pod batutą dzielnego Modricia wypunktowała bezlitośnie Szkotów, w których szeregach wręcz boił się i troił wahadłowy Andy Robertson. To spotkanie z pewnością zostanie zapamiętane z przepięknego gola, choć jego początkowy przebieg zwiastował że zmęczymy się oglądaniem zawodów, gdzie królowała będzie przede wszystkim walka a nie walory czysto piłkarskie. Jednak jako pierwsi wyłamali się z tego myślenia Chorwaci i zdobyli gola w 18 minucie. Ivan Perisič zgrał z powietrza piłkę w polu karnym do niepilnowanego Nikoli Vlasicia a ten nie zawahał się ani chwili i uderzył po ziemi tuż obok lewego słupka bezradnego Szkota. Bramkarz nie miał nic do powiedzenia. 1:0 dla Chorwatów! Wydawało się że ten cios podetnie skrzydła wyspiarzom ale ci natychmiast rzucili się rywalom do gardeł a całą ekipę gestami i okrzykami wciąż napędzał niezmordowany Robertson. W końcu Szkoci odpowiedzieli w 42 minucie. McGregor przejął bezpańską piłkę wybitą bez przez chorwackich obrońców i pokonał bramkarza uderzeniem zza 16-tki. Po przerwie swój kunszt pokazał Luka Modrič. Pomocnik Realu Madryt dostał idealne podanie przed pole karne, szybko rozejrzał się a kiedy okazało się że nie bardzo jest z kim grać zdecydował się na strzał. Uderzył zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki a ta zatrzepotała z hukiem w siatce tuż przy lewym słupku bramki Marshalla. 2:1 dla Chorwacji. Kiedy na stadionowym zegarze w Glasgow wybiła 77 minuta, Modrič właśnie zbierał się do centry z rożnego. Posłał w pole karne zawieszoną na idealnej wysokości piłkę, do której w powietrzu kapitalnie przymierzał się Perišič i pokonał szkockiego bramkarza. Wynik 3:1 oznaczał awans Chorwacji i ,,game over” dla zadziornych Szkotów. Ostatecznie angielska ekipa wygrała grupę bez porażki i bez straty gola a za ich plecami ulokowali się Chorwaci.
2
@FCBparasiempre
Groźni i nieprzewidywalni Czesi wyszli z grupy z trzeciego miejsca i (jak się miało później okazać) wcale nie powiedzieli ostatniego słowa na tym turnieju. Szkocja zamknęła tabelę. Z kolei grupa E to ,,nasza” grupa. Na Euro 2020 los przydzielił polską reprezentację ze Słowacją, Hiszpanią i Szwecją. Już przed turniejem nowy selekcjoner Portugalczyk Paulo Sousa musiał się zmierzyć z problemami, gdyż z powodu zdrowotnych na turniej nie pojechali Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek a część fanów domagała się powołania dla nie grającego w klubie Kamila Grosickiego. Wydawało się jednak, patrząc na personelia że kadra została zestawiona optymalnie i lepszych piłkarzy wybrać się po prostu nie dało. Wielkim zaskoczeniem był fakt że do polskiego samolotu z napisem Euro wsiadł zaledwie 17-letni pomocnik Pogoni Szczecin Kacper Kozłowski. To właśnie on stał się najmłodszym debiutantem w historii euro, wchodząc na boisko w meczu z Hiszpanią miał w metryce 17 lat i 246 dni. Kilka dni wcześniej rekord w tej samej kategorii ustanowił Anglik Jude Bellingham, który wszedł w meczu z Chorwacją mając 17 lat i 349 dni. Kozłowski szybko ten rekord pobił. Sousa zdecydował się budować zespół wokół Lewandowskiego poprzez otoczenie go Zielińskim i Linettym, którego z drugiej linii wspierał mający za sobą udany sezon w Premier League Mateusz Klich. Skutkowało to jednak osamotnieniem w środku pola Grzegorza Krychowiaka, co widoczny był już w pierwszych akcjach zaczepnych Słowacji, kiedy Krycha musiał się ratować ostrym faulem na rywalu. Arbiter tego meczu Hategan od samego początku bacznie obserwował grę polskiego defensywnego pomocnika, co skończyło się w drugiej połowie fatalnie dla Polski. Krychowiak został wyrzucony z boiska oglądając czerwoną kartkę. Taktyczne problemy nie mogą jednak przykryć faktu że Krychowiak był zbyt wolny i spóźniał się z interwencjami niemal za każdym razem. Od zawodnika takiego kalibru Sousa miał prawo oczekiwać dużo więcej, podobnie jak polscy kibice. Niektórzy z nich nawet sugerowali że jego drastyczne obniżka formy na Euro spowodowana była... zgoleniem brody. Słowacy otworzyli wynik po 18 minutach, gdy na lewej flance Robert Mak wykorzystał bierność Kamila Jóźwiaka w obronie, który nieudolnie próbował asekurować Bartosza Bereszyńskiego a w efekcie obaj zostali ,,wyhuśtani" w tej akcji. Piłkę po jego uderzeniu na krótki słupek trącił jeszcze po drodze Kamil Glik a ta jak na złość milionów polskich kibiców po odbiciu się od słupka trafiła w plecy Szczęsnego i wpadła do siatki. Najpierw trafienie zapisano na konto Maka ale po weryfikacji oficjalnie gol został zaliczony jako samobójczy polskiego golkipera. Ta szczęśliwa dla Słowaków bramka zapisała się jako pierwsza samobójcza w historii Euro idąc na konto bramkarza. To była również najszybsza bramka samobójcza w historii piłkarskich Mistrzostw Europy. Reprezentacja Polski i Szczęsny zapisali się na kartach historii podwójnie, choć niekoniecznie w statystykach, jakich wszyscy kibice w kraju oczekiwali... Wydawało się że Polska w końcu wejdzie na właściwy tor, gdy nieco niezdarnym ale mimo wszystko celnym strzałem wynik wyrównał Karol Linetty. Niespełna 33 sekundy drugiej połowy potrzebowali biało-czerwoni by pokonać Słowackiego bramkarza. Była 46 minuta i wydawało się że teraz nasi pójdą za ciosem i lada moment wpakują słowakom drugą a potem trzeciego gola, kończąc zabawę w ciuciubabkę. Wtedy jednak nadeszła 62 minuta, w której wspomnianą czerwoną kartkę zobaczył Krychowiak. 7 minut później Słowacy prowadzili już 2:1 po udanym wykończeniu dośrodkowania z rzutu rożnego i przytomnym zachowaniu Milana Skriniara. Stoper Interu Mediolan dotarł do wybitej po kornerze piłki i bez zastanowienia huknął w kierunku polskiej bramki. Szczęsny po raz kolejny miał niewiele do powiedzenia. Wielki balon oczekiwań pękł. Tradycyjny mecz o wszystko Polacy rozgrywali przeciwko Hiszpanom, reprezentacji zawsze groźnej i na pewno lepszej technicznie od nas na ich terenie, w Sewilli. Chociaż mieliśmy w tym meczu dużo szczęścia, jak chociażby przy niestrzelonym rzucie karnym Gerarda Moreno i późniejszej dobitce Alvaro Moraty, to te 90 intensywnych minut pokazało że faworytów często pokonuje się lub chociaż ogranicza ich atuty wolą walki i zaangażowaniem. Tego polskiej kadrze w tym spotkaniu nie można było odmówić. Symbolem determinacji Polaków w tym pojedynku stała się ,, Łacińska" reakcja Kamila Glika na bramkę Moraty w 25 minucie. Wynik ustalił w 54 minucie nasz skarb narodowy Robert Lewandowski, który w walce o górną piłkę w szesnastce fizycznie zdominował stopera Hiszpanii ustawiając go sobie odpowiednio i wygrywając pozycję, po czym głowę skierował piłkę do siatki zespołu trenera Luisa Enrique. ,,Lewy” pokazał swoją klasę. Trzeci mecz ze Szwecją, po remisie z Hiszpanią był dla nas meczem o wszystko. Zaczął się on dla polskiej drużyny od spektakularnego tąpnięcia. Po festiwalu błędów w defensywie Emil Forsberg już w drugiej minucie pokonał Szczęsnego. Gdy w 59 minucie piłkarz Lipska podwyższył wynik na 2:0 Dariusz Szpakowski stwierdził że ,, to już koniec meczu". Chociaż wielu widzów uznało te słowa za kontrowersyjne trzeba przyznać że światełko w tunelu, które chcieliśmy widzieć oznaczało raczej niechybne zezłomowanie drezyny w zderzeniu z rozpędzonym pociągiem, niż możliwość wskoczenia do wagonu i zabrania się z resztą pasażerów na peron z napisem ,,awans". Lewy dał Szwedom ostrzeżenie w 17 minucie i mogliśmy a nawet powinniśmy wtedy doprowadzić do remisu. Po dośrodkowaniu z rożnego piłka spadła na głowę Lewandowskiego ale zamiast do siatki trafiła w poprzeczkę. Chwilę później napastnik Bayernu miał okazję do dobitki, Niestety tym razem także trafił w tę samą część bramki. Dopiero dwa indywidualne zrywy Lewandowskiego w drugiej połowie wlały nadzieję w serca polskich kibiców. Snajper Bayernu znów odpalił swoje najlepsze strzelby i zdobył dwa fantastyczne gole. Przy stanie 2:2 nastawioną na zdobycie decydującego gola Polskę skontrowali w czwartej minucie doliczonego czasu gry Szwedzi, stawiając kropkę nad ,,i” golem Wiktora Claessona, którego krycie w tej sytuacji skandalicznie odpuścił rezerwowy Przemysław Płacheta. Szwedzi zapewnili sobie promocję do dalszych rywalizacji wygrywając polską grupę przed hiszpanami. O tym że Słowacy nie byli czarnym koniem turnieju przekonaliśmy się w ich ostatnim meczu, gdy Hiszpanie rozbili ich 5:0, nie dopuszczając do choćby jednego celnego strzału. Z kolei Szwezi w swoim pierwszym pojedynku z Hiszpanią właśnie remisując 0:0 udowodnili że nie przyjechali na turniej w roli statystów.
2
@FCBparasiempre
Grupa F weszła do gry na Euro 2020 jako ostatnia ale to właśnie ona była uznawana od losowania jako ,, grupa śmierci". Trudno żeby było inaczej skoro znaleźli się w niej Francuzi (wciąż jeszcze aktualnie mistrzowie świata i Europy), jak również zawsze niebezpieczna na turniejach reprezentacja Niemiec oraz kompletnie nieobliczalnie Węgrzy. Rywalizacja w tej stawce rozpoczęła się od spotkania w Budapeszcie, gdzie na trybunach niespodziewanie zasiadła ponad 60 000 widzów podziwiając gry Madziarów i Portugalczyków. Gospodarze mieli być dostarczycielem punktów w tej grupie ale dość nieoczekiwanie postawili się Mistrzem Europy i do 84 minuty walczyli z nimi jak równy z równym jednak o końcowym wyniku przesądził niezastąpiony W takich momentach Cristiano Ronaldo. Najpierw jednak piłka wpadła do siatki po strzale Rafaela Guerreiro i rykoszecie od Orbana a potem ten sam zawodnik sprokurował rzut karny, który z dużym spokojem wykorzystał CR7. W doliczonym już czasie gry ustalił wynik spotkania na 0:3 po kapitalnej dwójkowej akcji z Rafaelem Slvą. Stał się on tym samym rekordzistą pod względem liczby goli strzelonych w mistrzostwach Europy. Miał ich po meczu z Madziarami już 10 i o jedno ,, oczko" wyprzedził wielką legendę francuskiej i światowej piłki Michela Platiniego. Po takim szalonym meczu kibice dostali danie główne pierwszej kolejki grupy F a mianowicie pojedynek Francuzów z Niemcami. Naprzeciw siebie stanęły dwie drużyny przymierzone do końcowego triumfu w mistrzostwach. Przed pierwszym gwizdkiem doszło do niecodziennej sytuacji. Otóż nad stadionem przelatywał paralotniarz, który w pewnym momencie stracił kontrolę nad maszyną, zahaczył o trybuny i ostatecznie cały i zdrowy wylądował na murawie. Potem prym wiodły już wydarzenia czysto boiskowe. Do kadry Francji na Euro po latach nieobecności wrócił Karim Benzema a w niemieckich szeregach pojawił się dawno nie widzieli Thomas Müller i Mats Hummels. Dlatego ostatniego nie był to zbyt udany powrót. W 20 minucie fenomenalne podanie po przekątnej pola karnego posłał Pogba, na skrzydle futbolówkę opanował Lucas Hernandes i natychmiast wstrzelił ją na 5 metr, gdzie niefortunnie interweniował właśnie Hummels, Pakując piłkę w okienko własnej bramki. Po stracie gola niemieccy piłkarze ocknęli się i zaczęli śmialej atakować rywali ale do przerwy nie udało im się pokonać Hugo Llorisa. W drugiej połowie wynik dla Francji mógł podwyższyć Adrian Rabiot, lecz po solowym rajdzie jego strzał objął tylko słupek bramki strzeżonej przez Neuera. Ostatecznie okazało się że samobójcze trafienie Hummelsa z pierwszej połowy było jedynym golem w tym meczu. Piłkarze znad Sekwany uskrzydleni o graniem Niemców przystąpili do teoretycznie najłatwiejszego meczu w grupie, gdzie ich rywalem byli Węgrzy. Stadion w Budapeszcie znów był wypchany po brzegi kibicami i wreszcie można było poczuć normalną atmosferę piłkarskiego święta. Wskazywanie na porażkę młodzieży postawili mistrzem świata nieoczekiwanie twarde warunki i tuż przed końcem pierwszej połowy dali radość swoim fanom. Attila Fiola pokonał Llorisa i całe Węgry oszalały. We francuskiej szatni musiało być w przerwie bardzo gorąco, gdyż w drugiej części oni zdominowali rywala. W 65 minucie Węgrzy wykonywali rzut wolny w okolicach francuskiego pola karnego, na moment zapomnieli jednak o obronie i większa liczba ich zawodników udawała się pod bramkę Francuzów. Madziarzy zagrożenia nie stworzyli ale za to nadzieli się na zabójczą kontrę. Lloris posłał długie podanie na połowę Węgrów, tam do piłki do biegu szybki jak błyskawica Mbappe i zagrał w poprzek węgierskiego pola karnego, wracając do obrony Orban zbyt lekko wybił futbolówkę, którą przechwycił Antoine Griezmann i precyzyjnym uderzeniem doprowadził do remisu. Francuzi już do końca mieli przewagę a Węgrzy jedynie bronili się resztkami sił. Najlepszą okazją na zdobycie zwycięskiej bramki zmarnował Mbappe, którego potężny strzał obronił Peter Gulacsi. Każdy kolejny mecz w grupie f był lepszy od poprzedniego. Broniący trofeum Portugalczycy byli większymi faworytami starcia z Niemcami i to się potwierdziło na początku meczu w 15 minucie Ronaldo wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie zamykając dwójkową akcję Bernardo Silva-Diogo Jota. To był trzeci gol asa Juventusu na Euro. Do wyrównania Niemcy doprowadzili w 35 minucie gry, kiedy to Robin Gossens nastrzelił wróbena diasa a ten skierował futbolówkę do własnej siatki. Było 1:1 i zabawa zaczynała się od nowa. 5 minut później było już 21 dla Niemców. Monachijska ,,Allianz Arena” znów eksplodowała, gdy po wielkim zamieszaniu w polu karnym kolejnego ,, swojaka" strzelił Raphael Guerreiro. W ciągu 5 minut Portugalczycy wbili sobie dwa gole jeśli komuś było mało to 6 minut po zmianie stron Niemcy wykorzystali dekoncentrację Mistrzów Europy i podwyższyli prowadzenie. Z lewego skrzydła znów ostro dośrodkował Gosens a w polu karnym idealnie odnalazł się Kai Havertz. Pomocnik Chelsea trafił do siatki i było już 3:1. Na 4:1 w 60 minucie strzałem głową podwyższył grający świetny mecz Gossens. Portugalczycy zmniejszyli rozmiary porażki w 67 minucie po rzucie wolnym. Z najbliższej odległości piłkę do niemieckiej bramki skierował Jota. W 78 minucie mogło być 3:4 ale pocisk z dystansu wprowadzonego z ławki Renato Sanchesa trafił w słupek. Niemcy odniosły pierwsze zwycięstwo na Euro 2020.
2
@FCBparasiempre
W ostatnim meczu nie udało się jednak piłkarzom Joachima Löwa pokonać walecznych Madziarów, którzy znów wspięli się na wyżyny swoich możliwości i nie oddali pola wyżej notowanym rywalu. To oni otworzyli wynik w 11 minucie za sprawą Adama Szalaia . Doświadczony napastnik wykorzystał dośrodkowanie z prawej strony i uderzeniem głową pokonał Neuera. Do przerwy Niemcy sensacyjnie przegrywali w Monachium 0:1. Faworyci dopieli swego dopiero w 67 minucie. Wtedy to fatalny błąd przy dośrodkowaniu rzutu rożnego popełnił węgierski bramkarz Gulacsi a gola z najbliższej odległości strzelił ponownie Havertz. Radość Niemców z wyrównania trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund, gdyż tuż po wznowieniu gry gola na 2:1 dla Węgrów zdobył po strzela głową Andreas Szafer. Co na to Niemcy? W 84 minucie strzelili gola na 2:2. Wprowadzony na plac w drugiej połowie Leon Goretzka huknął zza pola karnego i Gulacsi był bez szans. Ostatecznie spotkanie zakończyło się podziałem punktów a ten wynik sprawił że Niemcy mogły myśleć o kolejnym rywalu już w fazie pucharowej. Węgrzy zajęli ostatnie miejsce w grupie F i pożegnali się z turniejem. Na koniec zmagań w ostatniej grupie turnieju Portugalia podejmowała Francję w Budapeszcie. Podobnie jak w starciu Węgrów z Niemcami padł remis 2:2 a całym łupem bramkowym podzieliło się dwóch napastników. Dla Portugalii dwukrotnie trafił Cristiano Ronaldo a dla trójkolorowych Karim Benzema. Francja wygrała grupę przed Niemcami i Portugalią, dla której CR7 w fazie grobowej zdobył 5 goli i przewodził samodzielnie stawce najlepszych strzelców turnieju. Jako pierwsi w jednej ósmej finału na plac boju wyszli 26 czerwca Walijczycy i Duńczycy, którzy kruszyli kopie w Amsterdamie. Piłkarze z Danii za punkt honoru wyznaczyli sobie w tym starciu zwycięstwo w hołdzie dla Christiana. Ich nie trzeba było dodatkowo motywować, oni wiedzieli po co wychodzą na murawę. To się dało zobaczyć na ich twarzach przed wyjściem na boisko. Walijczycy byli uśmiechnięci i wyluzowani a Duńczycy skoncentrowani. Umówmy się, mało kto ściskał kciuki za Walie. Za Danie natomiast ściskała ich cała ojczyzna, w dodatku cała Europa i jeszcze trochę świata. Z takim wsparciem nie mogło być inaczej. Dania musiała ,,połknąć" Walię i tak zaiste było. Swój dzień miał Kasper Dolberg, który na stadionie w Amsterdamie był ,, w domu". Były snajper Ajaxu otworzył worek z golami w 27 minucie, kiedy to wykorzystał podanie Damsgaarda i mocnym strzałem z dystansu pokonał Worda. Tuż po przerwie Dolberg uderzył po raz drugi wpisując się na listę strzelców w 48 minucie. Martin Braithtwaite urwał się prawym skrzydłem i wpadł w pole karne a piłkę spod jego nóg nieudolnie starał się wybijać Neco Williams. Dolberg wszedł w posiadanie futbolówki kilka metrów od bramki, więc nie było innej opcji i dania prowadziła 2.0. Tempo meczu było bardzo szybkie ze strony duńczyków, walijczycy nie do końca nadążali, więc kolejne gole wisiały w powietrzu. Niby Walia coś tam próbowała, niby skrzydłami bujał się bale ale kompletnie nic z tego nie wynikało. Z kolei jak Duńczycy się konkretnie zorganizowali to było 3:0. Maechle wpadł w pole karne z lewego skrzydła i w pełnym biegu huknął nie do obrony. Było po meczu. Duński dynamit wybuchł jednak jeszcze raz. W szóstej minucie doliczonego czasu gry Braithwaite wygrał pojedynek z obrońcą i trafił do siatki. Jego radość została wprawdzie wstrzymana przez arbitra, który konsultował sprawę z wozem Var ale oznajmił że gol został jednak zdobyty prawidłowo. Tak więc Duńczycy pokonali Walijczyków 4:0 i szli dalej. Tego samego dnia Włosi mierzyli się z Austriakami na londyńskim Wembley ale nikt w ojczyźnie pizzy, wina i makaronu nie zakładał żadnych komplikacji. To miało być lekkie, łatwe i przyjemne zwycięstwo. Takie podejście chyba jednak Włochów trochę zgubiło, gdyż sami sobie zgotowali dogrywkę. W pierwszych pięciu minutach udowodnili jednak że mają poważne mistrzowskie aspiracje. Trudno do opanowania piłkę w polu karnym otrzymał Federico Chiesa, który przyjął ją trochę twarzą a trochę barkiem ale finalnie ,, nawinął" obrońce i dał Włochom prowadzenie. Trzeba było następnie podkręcić tempo i zamknąć mecz. Na murawie zameldował się Pessina i podwyższył wynik na 2:0. Wydawało się że jest spokój ale wówczas Austria spięła szeregi... W drugiej połowie dogrywki Austriacy cierpliwie czekali i próbowali się odgryzać aż w końcu im się udało w 114 minucie. Bardzo nisko cięte dośrodkowanie z rzutu rożnego efektownym szczupakiem wykończył Kalajdzič, czym kompletnie zaskoczył Donnamerumme i było już tylko 2:1. Mecz wkroczył w decydującą fazę i przestał się liczyć styl a zaczęła się egzekucja. Włosi wytrwali, w obronie byli jak lwy, mentalnie jako zespół pokazali klasę. Jednak wejście Chiesy odmieniło obraz gry, jakby to powiedział legendarny ,, Szpaku". Wygrana i awans do kolejnej rundy zasłużony, passa ponad 30 meczów bez porażki pod rząd trwała nadal. Squadra azzurra wciąż biła się o medal Mistrzostw Europy.
2
@FCBparasiempre
Popularny dziennik ,, La Gazeta dello Sport" przed meczem krzyczał z okładki: ,, Chiesa znaczy kościół a frede- wiara. Chiesa! Trzeba akt wiary by wysłać Włochy do ćwierćfinału Mistrzostw Europy". Skoro już Chiesa został wywołany do tablicy, to warto jeszcze wspomnieć o jednym fakcie. Otóż skrzydłowy Juventusu strzelając gola powtórzył osiągnięcie swojego ojca po 25 latach i 12 dniach. Enrico Chiesa, znany z występów w Parmie czy Lazio, zdobył gola na Euro 96 w Anglii pokonując bramkarza Czechów. Minęło ćwierć wieku i jego syn Federico też trafił do siatki w mistrzostwach Europy. To przepiękny wyczyn, w dodatku pierwszy w historii Mistrzostw Europy. Ojciec i syn mogą się pochwalić golem strzelonym na turnieju o prymat na Starym Kontynencie. Każdy kto zapowiadał pojedynek Czechów z Holandią 27 czerwca w ramach 1/8 finału Euro obowiązkowo odkopywał notatki z meczu rozegranego pomiędzy tymi samymi rywalami w 2004 roku, który śmiało można było nazwać czeskim filmem, gdyż były w nim niespodziewane zwroty akcji, słupki, gole, czerwona kartka, generalnie cud, miód i orzeszki. Okoliczności znów były podobne. Czesi niespodziewanie wykazywali się w trakcie turnieju wysoką formą a Holendrzy byli niekwestionowanym faworytem pojedynku i znów skończyło się to porażką zawodników w pomarańczowych koszulkach. Podopieczni Franka de Boera od początku wzięli się do ataku, co poskutkowało kilkoma świetnymi okazjami. W 13 minucie Denzel Dumfries minął już nawet bramkarza ale Tomasa Vaclicka wyręczył wówczas jego imiennik z formacji defensywnej Tomas Kalas. Z czasem Czesi zaczęli się odgryzać ale to Holendrzy powinni objąć prowadzenie, gdy w 52 minucie Malen po ograniu obrońcy stanął przed szansą umieszczenia futbolówki w siatce. Holenderski napastnik tę próbę nerwów przegrał co zemściło się za chwilę. Minutę później po drugiej stronie boiska De Ligt walczył fizycznie z Patrykiem Schickiem o dojście do piłki, co skończyło się upadkiem obrońcy. Stoper Juventusu popełnił jednak błąd, dotykając umyślnie futbolówki ręką. Sędzia Karasev po analizie Var nie mógł podjąć innej decyzji. De Ligt musiał powędrować do szatni a jego koledzy walczyć na boisku w osłabieniu. Czerwony kartonik całkowicie zdestabilizował grę Holendrów, którzy zaczęli się gubić a w ich grę wkradła się nerwowość. Wykorzystali to w 69 minucie Czesi po rzucie rożnym. Dobra zagranie ze stałego fragmentu gry zakończył wówczas strzałem głową Thomas Holes. Ten sam piłkarz pod koniec meczu dobrze obsłużył Chica, który ustalił wynik tej rywalizacji. Holendrzy przewrócili się już na pierwszej podrzuconej przez rywali skórce od banana. Mecz Belgia - Portugalia rozegrany 27 czerwca w Sewilli miał podwójny a nawet potrójny ciężar gatunkowy dla Portugalii. Po pierwsze bronili tytułu, po drugie stawką był ćwierćfinał a po trzecie Ronaldo stanął przed szansą pobicia strzeleckiego rekordu wszechczasów. Portugalski gwiazdor zdobył w reprezentacji do tego meczu z Belgami 109 goli, dokładnie tyle samo co dotychczasowy rekordzista irańczyk Ali Daei. Ranga meczu chyba nieco spętała nogi jednym i drugim, gdyż na pierwszą dobrą akcją trzeba było czekać aż do 25 minuty. Wtedy Portugalia wywalczyła rzut wolny. To oznaczało że do piłki podejdzie nie kto inny tylko CR7 zgodnie z tradycją odmierzył on trzy kroki w tył, stanął szeroko na nogach, wziął głęboki oddech i wypalił z całej pary. Mocno uderzona przez niego futbolówka przetarła się przez belgijski mur jednak Thibaut Courtois zdołał odbić ją i skończyło się tylko na strachu. W odpowiedzi Meunier wybrał się w 42 minucie na wycieczkę z prawej obrony w pole karne Portugalii i zagrał do Thorgana Hazarda. Młodszy brat bardziej znanego Edena spojrzał w kierunku bramki, dostrzegł przed sobą wolną przestrzeń i podciągnął do przodu, po czym walnął w kierunku dalszego słupka. Bramkarz Rui i Patricio był wyraźnie zaskoczony takim wyborem Belga, gdyż praktycznie nie zrobił nic by ten strzał sparować. Czerwone diabły prowadziły do przerwy 1:0 i wszyscy czekali na to co teraz wymyślą Ronaldo i spółka by jako wciąż aktualnie mistrzowie nie pożegnać się z turniejem w 1/8 finału. Druga odsłona zaczęła się od niezbyt miłego incydentu. 3 minuty po wznowieniu gry Joao Palhinha zaatakował Kevina De Bruyne'a w nogi z tyłu co zakończyło się urazem pomocnika Manchesteru City. Kontuzjowany Belg nie mógł kontynuować gry a Portugalczyk za swój bezmyślny faul... nawet nie zobaczył żółtej kartki. Tymczasem piłkarze trenera Fernando Santosa mieli doskonałą okazję do wyrównania. W 58 minucie Ronaldo zaatakował ze skrzydła, świetnym podaniem w pole karne obsłużył Diogo Jote ale napastnikowi Liverpoolu zabrakło trochę precyzji i zamiast być 1:1, piłka z 11 metra poszybowała w trybuny. Portugalczycy prowadzili gre i w 82 minucie mieli kolejną wyśmienitą szansę na wyrównanie, jednak strzał głową Rubena Diasa instynktownie odbił Courtois a 60 sekund później futbolówka obiła słupek belgijskiej bramki po mocnym uderzeniu Rafaela Guerreiro. Portugalia walczyła, robiła co mogła ale gola nie zdobyła. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni jasne stało się że będziemy mieli nowego mistrza Europy, gdyż stary pakuje walizki. Cristiano schodząc do szatni zdjął z ramienia kapitańską opaskę i rzucił nią o ziemię a potem (co wychwyciły kamery) potraktował ją z buta. Był wściekły i załamany że nie będzie znów Mistrzem Europy. Uświadomił sobie także zapewne że to były najprawdopodobniej jego ostatnie mistrzostwa starego kontynentu w karierze...
2
@FCBparasiempre
Potyczka wicemistrzów świata Chorwatów, którzy byli w przeciętnej dyspozycji na turnieju z Hiszpanami, których postrzegano dokładnie tak samo, nie zwiastowała wielkich przygód. Nikt nie zakładał że w tej rywalizacji będziemy świadkami takich ludzkich dramatów. Mecz, który rozegrano 28 czerwca w Kopenhadze rozpoczął się od wzajemnego badania sił, testowanie ustawienia rywala, szukania słabych punktów i możliwości wykorzystania dziur, w którym można uderzyć kropkę po cichu, po wielkiemu cichu... Nadeszła 20 minuta meczu, które okazała się dla ,, La Roche" fatalna w skutkach. W zupełnie niegroźnie sytuacji w okolicach koła środkowego pedri wycofał piłkę do bramkarza. Podanie z 50 m zmierzało do bramkarza Unaia Simona i nic nie zapowiadało katastrofy. Hiszpańskiej golkiper chciał przyjąć spokojnie futbolówkę ale ta sprawiła mu psikusa przeskakując nad stopą i wpadając do bramki. 1:0 dla Chorwacji. Hiszpanie odpowiedzieli najlepiej jak mogli wsłuchując się we wskazówki trenera Luisa Enrique. Zapamiętamy go z tego turnieju jak siedzi przy linii bocznej w strefie przeznaczonej do poruszania się dla szkoleniowców na… lodówce z napojami. Obserwuje, gestykuluje, pogwizduje, macha rękami, czasem wstaje, biegnie za akcją swoich piłkarzy. Wciąż ich napędzał aż w końcu udało się osiągnąć pożądany efekt. W 38 minucie Jose Gaya zdecydował się na uderzenie zapora karnego, odbił Livakovič ale Pablo Sarrabia dobił z pierwszej piłki. Chorwacki bramkarz dostał futbolówką w głowę i ta ostatecznie wpadła do siatki. W drugiej połowie jak już coś ciekawego zawiązało się w ofensywie Hiszpanów, to od razu zakończyło się golem. W 57 minucie Cesar Azpilicueta wyprowadził piłkę ze swojej połowy, rozrzucił ją na lewe skrzydło i podążył za akcją a dośrodkowanie w pole karne posłał Fernando Torres prosto na głowę Azpilicuety i Hiszpania prowadziła już 2:1. 10 minut później Paul Torres szybko rozpoczął grę po falu na swojej połowie i posłał długie podanie w okolice pola karnego chorwatów. Tam rozpędzony Ferran Torres wpadł w pole karne, zgubił Gvardiola i spokojnie wpakował futbolówkę do siatki podwyższając na 3.1. Ten wynik kazał myśleć że sprawa awansu jest już przesądzona. Ten turniej jednak po raz kolejny pokazał że nie można być niczego pewnym. W 85 minucie byliśmy świadkami chaotycznego bilarda w polu bramkowym Hiszpanów, po którym piłka wylądowała w bramce i było już tylko 2:3. Jej strzelcem był Orsič. Luka Modrič i spółka nie rezygnowali, walczyli dalej. Wybiła 92 minuta. Wtedy nastąpiła szalona i rozpaczliwa kontra Chorwacji. Z lewego skrzydła zacentrował Orsič a w polu karnym najwyżej skoczył Mario Pasalič i wyrównał na 3:3. Trybuny stadionu Parken, gdzie zasiadali chorwaccy fani dosłownie eksplodowały. Dogrywka szybko podniosła ciśnienie. W 92 minucie dogrywki Orsič nacierał na hiszpańską bramkę ale tym razem jego strzał przeszedł nad nią dosłownie o kilkadziesiąt centymetrów. Chwilę później Kramarič z bliska po zamieszaniu w polu karnym trafił prosto w Simona i... to się zemściło. Kiedy na zegarze pojawiła się setna minuta to właśnie Dani Olmo centrował w pole karne do Moraty. Ten przyjął piłkę i odpalił ,, rakietę" z lewej nogi ładując pod poprzeczkę i zrobiło się 4:3 dla Hiszpanii. Chorwaci byli w szoku, przed chwilą sami mogli strzelić gole a tu znów trzeba było gonić wynik. Ta pogoń okazała się jednak daremna, gdyż Hiszpanie znów bardzo umiejętnie skontrowali przeciwników. W 103 minucie doszło do szybkiej dwójkowej wymiany piłki między Moratą i Olmo, który posłał ją w 16-tke. Tam piłkę odebrał Oyarzabal i wpakował ją do siatki na 5:3. Wicemistrzowie świata wysiedli z pociągu po Europie. Z kolei mistrzowie świata wygrali grupę F, o której mówiło się że to grupa śmierci, więc nikt nie przewidywał turbulencji w 1/8 finału ze szwajcarią, która zakończyła grupę A zaledwie na trzecim miejscu. Tymczasem Helweci w meczu rozegranym 28 czerwca w Bukareszcie dość mocno zaskoczyli. Dynamicznie otworzyli go spychając do obrony a swoją przewagę udokumentowali w 15 minucie. Na listę Strzelców wpisał się Harris Seferovič. Ricardo Rodriguez mógł podwyższyć prowadzenie dla Szwajcarii na początku drugiej połowy ale niestety nie wykorzystał rzutu karnego. Kilka minut później sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Szwajcarzy zostali ostro skarceni za swoją niefrasobliwość w defensywie a dwa razy do bramki Jana Sommera trafił Karim Benzema. Niedługo potem przepięknym strzałem z dystansu popisał się Pogba. W 75 minucie Francja prowadziła 3:1 i nic nie zapowiadało katastrofy. Szwajcarscy fani modlili się na kolanach by ich drużyna jeszcze spróbowała powalczyć. Modły chyba zostały wysłuchane, gdyż najpierw w 81 minucie Sererovič trafił po raz drugi dał Szwajcarii bramkę kontaktową a w doliczonym czasie Mario Gavranovič został bohaterem ostatniej akcji doprowadzając do wyrównania 3:3. Jeszcze przed końcowym gwizdkiem w poprzeczkę trafił Kingsley Coman. Niestety chwilę później arbiter zagwizdał po raz ostatni, dając sygnał żeby się szykować do dogrywki. W trakcie dodatkowego czasu gry bramkarz Helvetów bronił jak natchniony, momentami blokując piłki, które niechybnie zmierzały do siatki. Piłkarze z białymi krzyżami na tle czerwonego tła walczyli do upadłego i cel osiągnęli nie tracąc gola a więc karne. Pierwsze cztery serie były wykonane bezbłędnie, dla Francji trafiali Pogba, Giroud, Thuram, Kimpembe a dla Szwajcarii Gavranovič, Schär, Akanji i Verges. Do 5 serii jako pierwszy po stronie Helwetów podszedł Admir Mehmedi i swoje zadanie wykonał perfekcyjnie. Mbappe dopełnił jednak swoją pechową passę na tym Euro, nie mogąc ani razu trafić do siatki przeciwników i ku rozpaczy francuskich fanów przegrał pojedynek z Sommerem, co oznaczało że jego drużyna sensacyjnie odpadła. Mistrzowie świata za burtą już po fazie grupowej! Szwajcaria wyszarpała ten awans i udowodniła niedowiarkom że niemożliwie faktycznie nie istnieje.
2
@FCBparasiempre
Starcie Anglia-Niemcy z 29 czerwca było zapowiadane jako prawdziwy szlagier i nic dziwnego, gdyż potyczki drużyn tych krajów od dawna uznawane są za jedne z największych klasyków w historii futbolu. Wszyscy mieli nadzieję że pojedynkiem w Londynie obie reprezentację dopiszą kolejny rozdział do tej bogatej historii. To miało być również niezwykłe wydarzenie dla Garretta Southgata, który w półfinale Euro 96 z Niemcami właśnie nie wykorzystał rzutu karnego a przez niego grająca na własnym terenie Anglia pożegnała się przedwcześnie z turniejem. Teraz selekcjoner Albionu miał złamać klątwę i wprowadzić swój zespół do fazy ćwierćfinałowej. W pierwszych minutach Niemcy byli zdecydowanie szybsi i lepsi w odbiorze. Angielscy fani zorientowali się że to nie będzie dla ich pupilów łatwa przeprawa, więc wsparli ich głośnym dopingiem. Na Wembley zawrzało jak w ulu. Atmosfera trybun udzieliła się wyspiarzom. Po kilkunastu minutach spotkania Rahem Sterling dał sygnał do natarcia i obudził swoich kolegów pognał pod niemieckie pole karne, po czym oddał mocny strzał, który dokręcał się do bramki. Manuel Neuer znalazł się w opałach ale doświadczony golkiper Bayernu pofrunął za futbolówką i uratował swój zespół przed stratą gola. Skończyło się tylko żótem rożnym ale po tej sytuacji gospodarze zaczęli grać zdecydowanie odważnie. Kapitalną okazją na otwarciu wyników w pierwszej połowie miał jeszcze Harry McGuire i gdyby jego uderzenie głową po rzucie rożnym poleciało trochę niżej to Anglicy pewnie by prowadzili a tak niedługo po tej akcji poważne ostrzeżenie wysłali Niemcy. Sam na sam z Pickfordem wyszedł Timo Werner, uprzedził go w wyścigu do piłki i uderzył ją w ostatniej chwili czubkiem buta ale bramkarz Evertonu zostawił nogi i wybronił jego strzał. Po trybunach stadionu rozległ się dźwięk wielki ulgi a niemieccy fani łapali się za głowę z niedowierzaniem że nie objęli prowadzenia. Po zmianie stron wreszcie objawił się Harry Kane, który zagrał ,, na klepkę" ze Sterlingiem. W końcowej fazie tej akcji zamiast strzelać staram się jeszcze odegrać młodszemu koledze ale we wszystko wymieszali się obrońcy rywali. Drużyna Löwa odpowiedziała już na początku drugiej połowy chciał zaskoczyć Pickforda strzelam z dystansu, lecz ten w ostatniej chwili dosięgnął futbolówki końcówkami palców i przeniósł się na poprzeczką. Do końca zawodów pozostał kwadrans i zaczynały wracać stare koszmary gospodarzy. W końcu jednak synowie Albionu przeprowadzili szybką akcję z efektowną wymianą kilku pytań. Luke Shaw z lewej flanki znalazł podaniem w polu karnym Sterlinga a ten z bliska bez żadnych problemów pokonał Neuera. Niewiele jednak brakowało aby to Niemcy mogli świętować trafienie w 81 minucie. To była piłka meczowa a miał ją na nodze Tomas Müller, który wyszedł sam na sam z Pickfordem. Sterling widząc to już klęczał na murawie, gdyż straci piłki w środku poszła kontra. Co jednak zrobił pomocnik Bayernu? Strzelił centymetry obok słupka. Skoro Niemcy nie zdołały wyrównać, to Southgate dał sygnał swoim piłkarzem że trzeba dobić krwawiącego rywala. Z dobrej strony pokazał się rezerwowy Jack Grillish, który zakręcił obrońcami na lewej stronie i wypracował sobie akurat tyle miejsca by móc dośrodkować. Posłał miękką wrzutkę na piąty metr a tam Kane strzałem głową dał Anglii drugiego gola i awans do ćwierćfinału. Szwedzi, po odesłani do domu Polaków starli się 29 czerwca w Glasgow z Ukrainą, która zupełnie nieoczekiwanie znalazła się w fazie pucharowej. W ojczyźnie wszyscy uznali że podopieczni trenera Szewczenki już odnieśli sukces a wszystko co zrobię dalej przejdzie do historii. Niespodziewanie, mimo przewagi ekipy Trzech Koron, Ukraina objęła prowadzenie w 27 minucie po mocnym strzale Zinczenki. Szwedzi rzucili się do odrabiania strat i przycisnęli rywala, który gubił się w obronie. Wreszcie przed przerwą wyrównał Emil Forsberg zdobywając swojego czwartego gola na turnieju. Druga część meczu przypominała momentami walkę wręcz i widowisko mocno straciło na atrakcyjności. Jedni i drudzy sporadycznie konstruowali jakąś akcję zaczepną, pamiętając przede wszystkim o zabezpieczeniu tyłów. Taka postawa drużyn skończyła się dogrywką, w której minimalnie lepsi okazali się Ukraińcy. Najpierw w 99 minucie za brutalny faul na Biesiedinie z boiska wyleciał Marcus Danielsson. Ukraina wykorzystała gre Szwedów w dziesiątkę i w ostatnich sekundach dogrywki zadała decydujący cios. Zinczenko dośrodkową z lewego skrzydła a w polu karnym do piłki doskoczył Artem Dovbyk, który strzałem głową pokonał Robina Olsena. W ten sposób zapewnił swojemu zespołowi historyczne zwycięstwo i awans do ćwierćfinału Euro 2020, gdzie na Ukraińców już czekała Anglia.
Pierwszą parę w ćwierćfinałach tworzyli Szwajcarzy i Hiszpanie, którzy walczyli o półfinał w Sankt Petersburgu 2 lipca. Nie było to specjalnie wybitne spotkanie i nie zapamiętamy go jakoś szczególnie. Hiszpania wyszła na prowadzenie w 8 minucie. Dośrodkowanie z rzutu rożnego zamknął Jordi Alba, który uderzył piłkę lewą nogą a futbolówka wpadła do siatki po tym, jak odbiła się po drodze od szwajcarskiego obrońcy Zakarii. Po zmianie stron Szwajcarzy rzucili się do odrabiania strat. W końcu w 68 minucie Freuler wykorzystał niefrasobliwość hiszpańskich dofensorów, dograł do kapitana Shaqiriego a ten skierował piłkę do bramki rywala. Kilka chwil później z boiska wyleciał freuler, który brutalnie potraktował Gerarda Moreno. Hiszpanie grali przez kilkanaście minut z przewagą jednego zawodnika ale nie zdołali rozstrzygnąć meczu w regulaminowym czasie i do wyłonienia półfinalisty konieczna była najpierw dogrywka a potem rzuty karne. Serię 11-tek rozpoczął dla Hiszpanii Sergio Busquets, który... trafił w słupek. Prowadzenie Szwajcarom dał Gavranovič. Potem na 1:1 wyrównał Olmo a po chwili Simon wybronił uderzenie Schära. W trzeciej serii Sommer obronił strzał Rodriego, pomylił się też kolejny z Helvetów- Manuel Akanji. Trafienie na 2:1 zanotował Moreno a w następnej serii karnego zmarnował Ruben Vargas. Jedenastke na wagę awansu wykorzystał Oyarzabal, więc Hiszpania grała dalej. Rozegramy tego samego dnia w Monachium pojedynek między Belgią a Włochami od samego początku był niesamowicie szybki a oglądający mogli się czuć jak na meczu ping ponga lub tenisa. Włosi grali z rozmachem, co chwilę zmieniając stronę ataków by rozrywać defensywę belgów. W 31 minucie Azzuri wykorzystali błąd belgijskich obrońców i objęli prowadzenie. Marco Verratti zagrał do Nicola Barelli, który w 16-tce w tłoku natychmiast uderzył z ostrego konta pokonując Tibaut Courtoi. Italia nie zamierzała oddawać inicjatywy Belgom i ruszyła do jeszcze odważniejszych ataków. W 44 minucie Lorenzo Insigne przejął piłkę na lewym skrzydle i popędził w kierunku bramki reprezentacji Belgii. Nie zdecydował się jednak na podanie do nieźle ustawionych kolegów tylko na strzał z dystansu, który wyszedł mu wręcz kapitalnie. Belgijski golkiper nie miał najmniejszych szans. Futbolówka trafiła w okienko dając drugiego gola podopiecznym Roberto Manciniego. Wydawało się że ten gol załatwia sprawę ale Belgowie jeszcze walczyli. W doliczonym czasie gry pierwszej połowy Jeremy Doku wpadł w pole karne i padł po starciu z Di Lorenzo a sędzia wskazał na 11 metr. Chwilę później do piłki podszedł Lukaku i pewnie pokonał Donnarumme. Po zmianie stron tempo gry wciąż było bardzo duże ale więcej z gry mieli Belgowie. Włosi umiejętnie się bronili i kontrowali, szanowali piłkę i nie podejmowali ryzyka dzięki czemu utrzymali prowadzenie do końcowego gwizdka. ,, Włochy odesłały czerwone diabły do piekła!"- pisała prasa we Włoszech po meczu. Po fantastycznym spotkaniu Belgia musiała wracać do domu a piękny sen Azzurich o finale trwał nadal. To że Czesi i Duńczycy dotarli do ćwierćfinału już samo w sobie było dla nich sporym osiągnięciem. W Baku 3 lipca ktoś musiał w końcu przegrać i padło na naszych sąsiadów. Dania szybko otworzyła wynik spotkania, piłkę z narożnika boiska w pole karne posłał Jens Larsen, Thomas delaney uciekł spod opieki obrońców i strzałem głową pokonał Tomasa Vaclika. Przed przerwą duński dynamit odpalił po raz drugi a na listę strzelców wpisał się w 42 minucie Kasper Dolberg. Po zmianie stron Czesi ruszyli do ataku, gdyż nie mieli już nic do stracenia. Szybko stworzyli sobie kilka sytuacji bramkowych aż w końcu dopieli swego w 49 minucie. Dośrodkowanie Vladimira Coufala wykorzystał Patrik Schick. Kontaktowy gol sprawił że śmielej ruszyli do ataku ale mimo starań nie zdołali doprowadzić do remisu, gdyż Duńczycy w defensywie spisywali się bez zarzutu. Wynik 1:2 dla Danii był jak najbardziej zasłużony, gdyż byli lepsi w przekroju całego meczu. W rzymskim starciu Ukrainy z Anglią 3 lipca faworyt był tylko jeden. Ukraina wypruła sobie żyły aby znaleźć się na tym etapie turnieju ale to było wszystko na co ich było stać. Wyspiarze szybko sprowadzili ich na ziemię. W czwartej minucie Sterling fenomenalnym prostopadłym podaniem wypuścił w bój Harrego Kane’a a ten nie pomylił się w sytuacji sam na sam z Buszczanem i dał swojej drużynie prowadzenie. Do przerwy więcej goli nie padło ale zaraz po zmianie stron angielski walec przejechał się po rywalach. Najpierw Luke Shaw popisał się kapitalnym dośrodkowaniem z rzutu wolnego a Harry Maguire 46 minucie z pięciu metrów nie dał szans bramkarzowi na skuteczną interwencję. 4 minuty później już było po meczu. Wszędobylski Sterling piętą odegrał do obiegającego go Shawa, ten zagrał od razu w pole karne gdzie Kane wygrał powietrzny pojedynek z ukraińskim obrońcą i podwyższył wynik na 3:0. Ukraina była rozbita, zbierała się z kolan ale musiała przyjąć czwarty cios. W kolejnym stałym fragmencie gry Mason Mount zacentrował z rzutu rożnego a kompletnie nie pilnowany na piątym metrze rezerwowy Jordan Henderson bez problemu skierował piłkę do siatki. Pogrom Ukrainy w Rzymie stał się faktem. W półfinale na Anglików czekali zaś rozpędzenie Duńczycy.
2
@FCBparasiempre
Półfinały rozpoczęło 6 lipca na Wembley spotkanie Włochów z Hiszpanią. Włosi jak zwykle rozpoczęli wysoko ustawieni do pressingu, co bardzo szybko poskutkowało. Dwie głupie straty Hiszpanów w drugiej linii stworzyły szansę na zdobycie bramki rywalom. Najpierw Ciro Immobile zabrakło dosłownie centymetrów by sięgnąć w polu karnym czubkiem buta piłkę zagraną przez Niccolo Barrelle a po chwili w czwartej minucie sam Barella trafił w słupek po strzale z linii 16-tego metra. Hiszpania dostała od Włochów strzał ostrzegawczy w powietrze. Pojedynek zaczynał się rozkręcać. Po kwadransie Hiszpania się otrząsnęła. Podopieczni trenera Luisa Enrique zaczęli sobie śmielej poczynać, próbując zrobić wyrwę we włoskim murze atakując przede wszystkim skrzydłami. 25 minucie mieli świetną okazję jednak Dani olno Przegrał pojedynek z domu narumą. W odpowiedzi tuż przed przerwą Emerson z lewej strony wpadł w pole karne po zagraniu insinie ale jego strzał objął spojenie hiszpańskiej bramki. Zatem do przerwy 0:0. W 52 minucie Busquets uderzył z linii pola karnego ale futbolówka powędrowała minimalnie nad poprzeczką. Chwilę później oglądaliśmy szybką wymianę piłki przez Włochów w środku pola, swój taniec z piłką rozpoczął Chiesa i oddał strzał na bramkę, jednak zbyt lekki i po ziemi dzięki czemu Unai Simon spokojnie ją wyłapał. Wreszcie po godzinie gry padł gol dla Italii. Donnarumma złapał piłkę po rzucie rożnym i szybko zaczął grę uruchamiając Verrattiego. On migiem zagrał na lewo do Insignie, ten posłał futbolówkę w pole karne do Immobile a wszystko zamknął Chiesa i pięknym technicznym uderzeniem w długi róg dał swojej drużynie prowadzenie. Insigne zaczął machać rękami w kierunku ,,włoskich" sektorów na Wembley proszęc o głośniejsze wsparcie z trybun. To dało szybki efekt, gdyż Italia dobrze rozegrała akcję zakończoną uderzeniem Berrardiego na bramkę ale Simon poradził sobie z tym bez problemu. Kiedy wydawało się że drugi gol dla Włoch jest tylko kwestią czasu, 10 minut przed końcem wyrównali Hiszpanie. Morata i Olmo rozegrali szybką klepkę, po której napastnik Juventusu wjechał na pełnym gazie w 16-tke, położył na murawę Donnarumme i wpakował piłkę do siatki na 1:1. Pierwsze 5 minut dogrywki przypominało leżakowanie w przedszkolu lub na plaży. W 97 minucie w końcu zakotłowało się w polu karnym Hiszpanii ale to było tyle. Emocje zapewnił dopiero Berrardi w 110 minucie. Trafił do siatki kończąc akcję z lewej strony. Niestety sędzia Felix Brych i jego asystenci zasygnalizowali pozycję spaloną. Drugi dodatkowy kwadrans gry też nie dał rozstrzygnięcia, więc do wyłonienia zwycięzcy potrzebne były rzuty karne. Te lepiej wykonywali Włosi. W pierwszej kolejce Unai Simon obronił strzał Locatelliego ale po stronie Hiszpanów fatalnie przestrzelił Olmo. Potem reprezentanci Itali byli już bezbłędni a w czwartej kolejce pomylił się Alvaro Morata i ostatecznie to Squadra Azzurra zapewniła sobie udział w finale. Pierwsze minuty półfinałowego meczu Anglii z Danią na Wembley 7 lipca należy określić jako stłamszenie Duńczyków. Podopiecznik Garretta Southgate’a natychmiast rzucili się do gardeł rywali i szybko mieli okazję na prowadzenie. Na prawym skrzydle Saka puścił w bój Harry’ego Kane’a, którego dośrodkowanie okazało się odrobinę za mocne dla Sterlinga. Piłkarzowi Man City zabrakło dosłownie trącenia futbolówki choćby czubkiem buta. Duńczycy próbowali się odgryzać bokami gdzie mocno pracowali wahadłowi Maechle i Jens Larsen, jednak z ich wysiłków nic nie wynikało jeśli chodzi o wykreowanie klarownej sytuacji bramkowej. Angielski zespół uspokoił tempo i zaczął grać swoje, dzięki czemu niezłą szansę miał Sterling ale uderzył z 15-tu metrów zbyt lekko i po ziemi, czym nie miał prawa zaskoczyć mocno skoncentrowanego Kaspera Schmeichela. Duńczycy natomiast podłożyli dynamit pod stadion w 30 minucie. Do rzutu wolnego z odległości około 20 m od angielskiej bramki podszedł Damsgaard. Pickford długo ustawiał mur, za którym jako krokodyl leżał dodatkowo Calvin Philips i to on miał najlepszy widok na strzał 21-letniego pomocnika Sampdorii. Uderzenie Damsgaarda to była czysta perfekcja. Piłka poleciała jak spadający liść mijając po drodze wysoki mur angielskich piłkarzy, którzy jeszcze wyskoczyli w górę. Duńczycy odpalili pocisk, którego huk słychać było w całym Londynie. Duńska część publiczności fantazyjnie przyodziana w rogi Wikingów i barwy narodowe miała powód do odtańczenia swojego tradycyjnego tańca hopsa. Anglia trwała w szoku, gdyż Duńczycy prowadzili 1:0. Szok trwał w angielskich szeregach niecałe 10 minut. W 37 minucie Kasper Schmeichel odbił strzał z 5 metrów nabiegającego na pełnej szybkości Sterlinga. Dwie minuty później z prawej strony obrońcom urwał się Saka i zagrał ostrą, ciętą piłkę na przedpole, której lot zamiast Sterlinga przeciął Simon Kjaer, zapisując na swoim koncie bramkę samobójczą dającą remis 1:1. Po zmianie stron Anglicy starali się prowadzić grę ale Duńczycy wysokim pressingiem odzyskiwali piłkę i robili wiatr w szykach defensywnych wyspiarzy. W 51 minucie Dolberg postraszył Anglików, zakręcił Stonesem, ten stracił równowagę i runął na murawę a uderzenie Duńczyka zza 16-tki z trudem odbił Pickford. Sędzia liniowy nie podniósł wcześniej chorągiewki ale po chwili ekipa Var poinformowała arbitra że był spalony. Synowie Albionu dostali kolejne ostrzeżenie. Przed upływem godziny gry znów jednak to Anglicy mogli prowadzić, gdyż po cętrze z wolnego najwyżej w polu karnym poszybował Harry Maguire a jego strzał głową kapitalną robinsonadą wybronił jego były kolega klubowy z Leicester City Kasper Schmeichel. Duński bramkarz co kilka minut podawał tlen drużynie swoimi interwencjami i trzeba przyznać że mimo braku opaski na ramieniu był kapitanem biało-czerwonego okrętu przez duże ,,K”. Dania w ostatnich 10 minutach cierpiała a w doliczonych do podstawowego czasu gry 6 minutach dzielnie walczyła, jakby to oni mieli w herbie lwa a nie wyspiarze. Więcej goli jednak już nie padło i holenderski sędzia Makkellie zaprosił wszystkich na dogrywkę. Ta przyniosła wreszcie gola dla Anglii ale padł on w mocno kontrowersyjnych okolicznościach, które pozostawiły po sobie niesmak. W 104 minucie Sterling znów wpadł w pole karne i wdał się w drybling z dwoma obrońcami rywali, po czym wywrócił się na murawę po delikatnym kontakcie z Maechle. Ku zdziwieniu chyba nawet Anglików arbiter wskazał na ,,wapno”. Zespół sędziów Var sprawdzał wszystko jeszcze na spokojnie i wydawało się że sędzia główny odwoła swoją decyzję, jednak nie uczynił tego uznając że był faul a Var go w tym tylko utwierdził. Nawet nie podszedł do monitora by sprawdzić to osobiście... To był klasyczny miękki karny poparty wybitną grą aktorską Sterlinga. Do karnego podszedł Kane i... Szmeichel obronił jego uderzenie. Za chwilę jednak bezbłędnie dobił nie dając duńskiemu bramkarzowi szans na ponowną skuteczną interwencją. Anglia objęła prowadzenie 2:1 ale ten rzut karny będzie jeszcze przez lata mocno dyskutowany i uznawany za wielką niesprawiedliwość. W ostatnich minutach wyspiarze grali w chodzonego. Kradli czas, zwalniali akcję nawet będąc pod duńskim polem karnym. Byli pragmatyczni do bólu i dowieźli zwycięstwo do końca. Piękna historia Danii ,, od zawału do półfinału" brutalnie dobiegła końca. Duńczycy zapewne czuli się oszukani przez holenderskiego arbitra ale nie zmieniło to faktu że rywalem Włochów w finale Euro 2020 miała być Anglia. Kiedy płakał Mmaehle, płakała cała Dania, płakało pół Europy a brytyjscy kibice mogli znów dumnie zaśpiewać: ,, Footballs Coming Home", oczekując decydującego boju z Italią.
2
@FCBparasiempre
Finał rozegrano w niedzielę 11 lipca o godzinie 21:00 na stadionie Wembley w Londynie, gdzie było parno i deszczowo. Nie przeszkadzało to jednak ponad 67 000 widzów zgromadzić się na trybunach i podziwiać reprezentacji Anglii i Włoch, który stanęły przeciwko sobie aby rozstrzygnąć problem nurtujący w tamtym momencie całą Europę. Problem, który zdawał się przyćmiewać wszystkie inne sprawy biegnące pędem przez kontynent. Kto zostanie Mistrzem Europy w Piłce Nożnej? Kto udowodni swoją wyższość po miesiącu zmagań na boiskach takiej ilości krajów, jakiej jeszcze w historii tego turnieju nie było? Z jednej strony Anglicy, gospodarze meczu, rozgrywający turniej prawie doskonały. Drużyna, która do fazy półfinałowej nie straciła gola. Co prawda przydarzył się im remis zawsze waleczną Szkocją ale to przecież nie miało znaczenia w ogólnym rozrachunku. Po drodze do wielkiego finału pokonali prześladującą ich w wielkich turniejach zmorę, którą była reprezentacja Niemiec. Rozbili poobijaną już wcześniej jak jesienne jabłko, które spadło z najwyższej gałęzi drzewa Ukrainę i zamęczyli do granic fizycznej wytrzymałości dzielną Danię. Pięknie im szło, to prawda ale potem wszystkim pozostał jakiś niesmak. Pojawiły się wątpliwości kiełkujące w głowach kibiców jak zboże z dobrego ziarna. No bo dlaczego większość drużyn wędrowała wszerz i wzdłuż kontynentu a Anglicy praktycznie nie opuszczali Londynu? Dlaczego w świecie gdzie system var potrafi wyłapać centymetrowego spalonego, sędzia odgwizduje karnego za faul na Rahimie Sterlingu, którego zwyczajnie nie było (w meczu z Danią)? To powodowało że nawet niezależnie kibice zaczęli się od Anglików odwracać... Po drugiej stronie Włosi, reprezentacja, która przebiegła przez turniej na jednym wdechu. Nawet kryzys, który zawsze pojawia się w trakcie zawodów przezwyciężyła strzelając w 1/8 finału dwa gole Austriakom w doliczonym czasie gry. Drużyna która potrafiła wyjść z własnego jestestwa i oblec się w skórę kogoś zupełnie innego. Italia nie grała już ,,catenaccio”. Była zespołem atakującym, zgranym i skutecznym, przy okazji z całą przyjemnością futbolowego smaku pięknie prezentującym się na boisku. Praktycznie wszyscy eksperci upatrywali właśnie w nich najpoważniejszych kandydatów do zdobycia tytułu mistrza Europy. Jeszcze trzy sprawy warte są uwagi. Po pierwsze Anglicy grali pierwszy raz w historii w najważniejszym meczu Europy. Po drugie minęło już 55 lat odkąd triumfowali jedyny i jak do tej pory ostatni raz w reprezentacyjny imprezie rangi mistrzowskiej, zdobywając puchar świata na własnym terenie w 1966 roku. Wreszcie po trzecie Włosi zdobyli tytuł mistrza Europy tylko raz i było to w 1968 roku. Przejdźmy teraz do finału. Jeszcze było słychać echo gwizdka sędziego Kuipersa, które odbijało się od szerokich trybun Wembley; jeszcze kibice nie zdążyli zaczerpnąć łyka ze swojego stadionowego kufelka piwa a już spazmatyczny wrzask wstrząsnął stadionem. Oto Trippier drobnymi kroczkami przemieszczający się w stronę bramki Donnarummy przerzucił piłkę na drugą stronę boiska ale idealnie lokując ją we włoskim polu karnym. Tam wpadł na nią rozpędzony jak buhająca parą lokomotywa Luke Show i mocnym konkretnym uderzeniem skierował ją do bramki przeciwników. Totalny szok, totalne szaleństwo, 1:0 dla Anglii! Zapewne tak jak większość oglądających, po takim Hitchcockowym początku aż bałem się co będzie dalej i jaką futbolową amunicją zaatakują się obydwie reprezentacji. Lepiej rozpocząć się nie dało ale im dalej w las, tym więcej drzew jak mówi stare polskie porzekadło. Zamiast szaleńczych ataków, wysublimowanego operowania piłką, znakomitych popisów technicznych, zrobiła się taktyczna gra dla koneserów, jak to tłumaczy się zwyczajnie nudne spotkanie piłkarskie. Jednak żeby oddać sprawiedliwość trzeba zaznaczyć że na boisku był taki ktoś jak Federico Chiesa. Ten młodzian, który wyraźnie wdał się w swojego ojca Enrico też reprezentanta Włoch, poczynał sobie jak szalony rumak czystej krwi arabskiej w gąszczu kopyt koni pociągowych. Szarpał, biegał, dryblował, wbijał się w pole karne Anglików. Gdyby nie dziwnie znakomity w tym meczu i całym turnieju Jordan Pickford to wyrównanie padło by znacznie szybciej. A propos remisu. Zegar mierzący czas spotkania pokazywał 67 minutę, kiedy Włosi wykonywali rzut rożny. Trafiła pod nogi Marco Verrattiego. Ten zdołał uderzyć na bramkę jednak Pickford wybronił a footballówka odbiła się od słupka i nagle susami niczym bocian polujący na bagnach dopadł ją Leonardo Bonucci zdobywając gola na 1:1. Jak to w takich wypadkach bywa jedna strona trybun zamilkła a druga w szalony sposób wyrażała swoją radość. Wróciliśmy do punktu wyjścia. No i zaczęło się podchodzenie pod bramkę Anglików przez Włochów. Zaczęło się i nie mogło się skończyć aż do drugiej części dogrywki ponieważ rezultat się nie zmienił. W międzyczasie srogo obtłuczony został aktywny Chiesa i musiał zejść z boiska co ewidentnie czyniło go wielce nieszczęśliwym. Włosi podwyższyli sobie statystyki posiadania piłki i od czasu do czasu próbowali jakoś postraszyć bramkarza przeciwników zresztą z marnym skutkiem. Tak jak wspomniałem dopiero w drugiej połowie dogrywki jakby po jakiejś niezłej dawce czystego tlenu obudzili się gospodarze i próbowali coś zrobić dla siebie pozytywnego z toczącym się meczem. Oczywiście wszystkie ataki kończyły się niczym, więc sędziemu nie pozostało nic innego jak zakończyć mecz i zarządzić rzuty karne. Był to dopiero drugi konkurs rzutów karnych w historii finałów Mistrzostw Europy (pierwszy odbył się w 1976 roku gdzie Panenka zaprezentował swoją ,,panenkę”). Synowie Albionu mieli wszystko żeby wygrać ten mecz. Wygrywali w regulaminowym czasie gry i wygrywali również w karnych od momentu kiedy Pickford obronił strzał Bellottiego. Tutaj muszę zrobić ważny wtręt ponieważ trener Garett Southgate w 120 minucie meczu wpadł na wspaniały plan wprowadzenia na rzuty karne dwóch zawodników a mianowicie Marcusa Rashforda i Jadona Sancho. W kontekście tego co wydarzyło się kilka minut później możecie oczywiście traktować określenie ,, wspaniały plan" jako mocno ironiczne. Pierwszy z wymienionych zawodników strzelał jako trzeci w reprezentacji Anglii i trafił w słupek. Jako czwarty bił piłkę z 11 metra Sancho a Donnarumma obronił to. Czary goryczy dopełnił Bukayo Saka, którego karnego także wybronił doskonały w tym meczu Donnarumma. W tej sytuacji nie pomogło nawet obronienie strzału Jorginho przez Pickforda. Tak właśnie mistrzami Europy zostali Włosi. Tak właśnie triumfowała myśl trenerska Manciniego. Anglikom zaś można z całym zrozumieniem sytuacji zadedykować cytat z ,,Wesela” Wyspiańskiego: ,, Miałeś chamie złoty róg... Ostał ci się i no sznur".