3

Luis Figo kończy dzisiaj 49 lat. Oczywiście wszyscy wiemy jak zachował się wobec ,,naszego” klubu, jednak nie wszyscy pamiętają że miał bardzo duży wkład w zdobycie 2 mistrzostw Hiszpanii, 2 Pucharów Króla oraz Pucharu Zdobywców Pucharów, będąc kapitanem Blaugrany. Mało tego, Figo miał również pozytywny wpływ na rozwój kariery zarówno Puyola jak i Xaviego, którzy debiutowali w barwach Blaugrany u boku Portugalczyka.

1

(Nie)zapomniane legendy futbolu:

3 listopada 1945 r. w Nördlingen urodził się niemiecki snajper Gerd Müller. Mistrz Świata-1974 Mistrz Europy-1972 3-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów-1974,1975 i 1976(z Bayernem Monachium), Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1967(z Bayernem Monachium) Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1976(z Bayernem Monachium) Zdobywca Złotej Piłki France Football(1970). Symbol Bayernu, zwany Bomber der Nation!!! Uznano go najlepszym piłkarzem w dziejach Bundesligi z okazji 40-lecia jej istnienia. Przez większość swojej kariery związany był z bawarską drużyną, w której rozegrał 427 spotkań. Urodził się 3 listopada 1945 r. w Nördlingen, gdzie zaczynał karierę. Od początku gry Bayernu w Bundeslidze aż do końca kariery w bawarskim klubie w 1978 r. był najlepszym strzelcem klubu. Sześć sezonów kończył z koroną króla strzelców ligi. I pomyśleć, że na początku jego kariery nie poznał się na nim wybitny trener Bayernu Čajkovski. Kleines dickes Müller- mówił o nim, twierdząc, że ten mały, pulchny człowieczek to nie piłkarz a raczej zapaśnik. Potem przepraszał za swoją pomyłkę. 365 goli, jakie zdobył dla Bayernu, to najlepszy i niedościgniony wynik w historii klubu. Drugi w tej klasyfikacji Karl-Heinz Rummenigge ma 200 bramek mniej na swoim koncie. To i tak kiepska średnia jak na Müllera, który w kadrze narodowej zdobywał ponad jedną bramkę na mecz. W 62 meczach w barwach RFN strzelił 69 goli a w 13 meczach, jakie zagrał na mundialach w 1970 i 1974 r. wbił rywalom 14 bramek. Był to rekord mistrzostw świata aż do 2006 r., gdy w meczu Brazylia-Ghana pobił go Ronaldo. Wśród tych goli była pamiętna bramka w meczu z Polską we Frankfurcie w 1974 r. Wtedy Müller został mistrzem świata, ale to na mundialu w Meksyku w 1970 r. wywalczył tytuł króla strzelców (Bułgarom i Peruwiańczykom fundował hat-tricki).
Finał mundialu w 1974 r. z Holandią i decydujący o triumfie Niemiec gol był jego ostatnim występem w kadrze RFN. Müller miał niewiarygodny wręcz instynkt strzelecki, dużą zwrotność i przyspieszenie. Niewysoki, wręcz niepozorny, nie sprawiał wrażenia gracza, którego należałoby się na boisku obawiać. ,,Rozmawiał z nami, poklepywał i nagle? urywał się obrońcom i strzelał gola’’-wspominali go polscy piłkarze, którzy grali przeciw niemu w 1974 r. Samotny, opuszczony przez żonę, uwikłany w problemy osobiste popadł w alkoholizm. Kiedy wydawało się, że skończy na dnie, rękę wyciągnął do niego Bayern Monachium. Stali za tym jego dawni koledzy Beckenbauer, Rummenigge i Breitner. W 1992 r. zaproponowano mu pracę w sztabie trenerskim z zespołami młodzieżowymi. Müller rzucił nałóg i zaangażował się w nową pracę. ,,Być znowu w Bayernie, to najlepsze dla mnie lekarstwo’’-stwierdził. Odnosił sukcesy z juniorami klubu, wreszcie ukończył nawet kurs trenerski w szkole w Kolonii.


12

Z niecierpliwością czekamy na nową, wielce owocną epokę Blaugrany, dowodzoną przez Laporta-Xavi. Oby to zadziałało tak jak w przypadku Laporta-Rijkaard i Laporta-Guardiola! W końcu to swoje, ,,nasze" chłopy...

6

Panie i Panowie, 89 lat temu urodził się Ernest Pohl, jeden z najwybitniejszych napastników w dziejach polskiego futbolu. Strzelił najwięcej goli w ekstraklasie, dziesięć razy był mistrzem Polski z Legią i Górnikiem. Ernest Pohl był wielki, ale powinien być jeszcze większy. – Wielcy artyści czasem też lubią sobie wypić, a Ernesta postrzegam jako artystę futbolu – mówił Stanisław Oślizło. Ernest Pohl strzelił 186 goli w Ekstraklasie i choć jego rekord liczy już pół wieku, to nie zanosi się, aby ktokolwiek miałby go pobić. Dziś niewielu kibiców piłki pamięta o skromnym chłopaku z Rudy Śląskiej, choć zawodnikiem był genialnym. Globalną gwiazdą nie został tylko dlatego, że nie pozwoliła mu na to polityka. To były zupełnie inne czasy. Zaczął grać w Slavii Ruda Śląska, a gdy upomniała się o niego armia, w wieku 20 lat trafił do łódzkiego Orła. Talent chłopaka dostrzeżono i szybko przeniesiono go do CWKS-u Warszawa, który budowano, aby stał się najlepszym klubem w kraju. Nie miał łatwo po przyjściu do Legii, ale był silny psychicznie i robił swoje. Efekty przyszły błyskawicznie - już w pierwszym sezonie zdobył 13 bramek i został królem strzelców ligi, a w kolejnych dwóch sezonach sięgał z Legią po dublet - mistrzostwo i Puchar Polski. W 1956 roku strzelił pięć bramek Wiśle Kraków, która poniosła klęskę 0-12! Tęsknił za bliskimi, za Śląskiem i gdy nadarzyła się okazja, wrócił w rodzinne strony, gdzie nieopodal właśnie rodził się Górnik Zabrze. Wielki Górnik, bo począwszy od 1957 przez 16 sezonów nie schodził z podium. Ogromny udział w sukcesach zabrzan miał Pohl, który musiał grać pod zmienionym nazwiskiem. Jego wyglądało na zbyt niemieckie, więc władze usunęły z niego literkę "h". Komuniści wytarli ją w dokumentach, ale nie z pamięci Ernesta. Odzyskał ją dopiero w 1990 roku. Pohl napędzał Górnika nie tylko golami. Nie zadzierał nosa, nie mówił dużo, ale miał charyzmę, która nie zostawiała wątpliwości, kto jest liderem. "Piłkarski artysta i nasz przewodnik" - tak scharakteryzował go inny wielki piłkarz - Stanisław Oślizło w dokumencie "Ostatni mecz Ernesta Pohla". Po przejściu do Górnika w jedenastu sezonach Ernest wywalczył osiem tytułów mistrza Polski i kolejne dwa tytuły króla strzelców. Był jednym z najlepszych technicznie zawodników, a przy tym grał ostro i był fenomenalnym strzelcem. Kapitalnie operował piłką, słynął z no-look pass (podanie bez patrzenia na zawodnika, do którego zagrywana jest piłka). Kreował grę, a jednocześnie miał instynkt snajpera i piekielnie mocny strzał. Podczas igrzysk w Rzymie w 1960 roku strzelił pięć goli w wygranym 6-1 meczu z Tunezją. W spotkaniu z Cracovią zdobył sześć bramek, co jest klubowym rekordem Górnika, a w sumie zaliczył 11 hat-tricków. Ma imponujący bilans w reprezentacji Polski - 39 goli w 46 meczach. Powinien zresztą grać w niej dłużej, ale ówczesny selekcjoner - Ryszard Koncewicz odsunął go od drużyny, choć Pohl wciąż nie miał w Polsce konkurencji na swojej pozycji. Poszło o piwo. Trenerowi nie spodobało się, że Pohl zamówił piwo (są zresztą rozbieżności czy do obiadu, czy do śniadania). Niepokorny piłkarz zignorował polecenie trenera i nie skończyło się na trzymiesięcznej dyskwalifikacji. Pohl był "spalony" u Koncewicza i kolejnych powołań już nie dostał. Słabość Pohla do alkoholu nie była tajemnicą. Do tej pory krążą anegdoty o tym, jak silną miał głowę. Młodsi koledzy z boiska podkreślali, że w słynnej ripoście Pohla: "Ernest pije, ale Ernest gro" nie było krzty przesady. Imprezował, ale na boisku nie było tego widać. Poza tym nie można oceniać go stosując dzisiejszej miary. Ludowa władza śmierdziała alkoholem. Picie było nie tyle dobrze widziane, co wręcz wskazane. Przy kieliszku zacieśniano współpracę i rozwiązywano problemy. Coraz więcej piła władza, a ta obyczajowość przenosiła się na życie prywatne. To Pohl wprowadzał do zespołu Górnika takich piłkarzy jak Włodzimierz Lubański czy Zygfryd Sołtysik. Tak opowiada o tym Lubański na łamach swoich wspomnień: "Na zgrupowaniu w Jeleniej Górze zjawił się w naszym pokoju Pohl i mówi: - No, chłopcy, dzisiaj macie szansę. My będziemy czekać w pokoju a wy (był jeszcze młody Waldemar Słomiany) macie godzinę czasu by pójść i coś kupić. Poszliśmy z Waldkiem do miasta i przynieśliśmy kilka butelek wódki i wina. Kiedy stawiliśmy butelki na stole, mina Ernesta zdradzała coraz większe zadowolenie". W przypadku Szołtysika, jak wieść niesie, podczas pierwszego treningu w Zabrzu został on uznany za... nieletniego syna Pohla i potraktowano go jako maskotkę drużyny! "Był geniuszem, jednym z najlepszych piłkarzy w historii naszego futbolu. Różnica między nim a całą resztą polegała na tym, że on grał w piłkę, a my biegaliśmy. Podawał nam na nos. Miał jeszcze jedną niezwykłą umiejętność. Patrzył w lewo, ale podawał w prawo. Albo odwrotnie. Przeciwnicy nie mogli się w tym połapać" – wspominał Włodzimierz Lubański. "Pohl, który był starszy o 15 lat, darzył mnie sympatią. A ja bywałem zły i wstydziłem się przed nim, że zmarnowałem jakieś podanie. A on mówił: 'Synek, to żeś zadupczył, ta sytuacja to nic. Ważne, żeś ją mioł. Prędzej czy później strzelisz'. Takie słowa w ustach najlepszego piłkarza dodawały mi wiary. Jak się ma 16 lat, to ważne" - stwierdził Lubański. Nie ma sensu dywagować, o ile więcej Pohl osiągnąłby dzięki abstynencji zwłaszcza, że to nie alkohol, a polityka zablokowała jego karierę. Chciały go wielkie firmy - Real Madryt i AS Roma, ale podczas "zimnej wojny" taki transfer nie był możliwy. Wyjechał dopiero w 1968 roku, jednak gra w Polonii Nowy Jork czy Vistuli Garfield była już tylko zabawą. Pohl dorabiał tam zresztą pracując fizycznie. Gdy wrócił, nie mógł liczyć na odcinanie kuponów. - Kiedy byłem trenerem Górnika, przyszedł do mnie Ernest i powiedział: "Hubert, ja nie mam za co żyć" - wspomina Hubert Kostka w dokumencie "Ostatni mecz Ernesta Pohla". Przez kilka sezonów był asystentem trenera, a w 1990 roku wyjechał, śladem rodziny, do Niemiec. Polska niewiele mogła mu zaoferować. Zmarł 12 września 1995 roku w niemieckim Hausach na raka trzustki. Górnik znalazł jednak sposób, aby uhonorować jednego z najlepszych polskich piłkarzy - od 2005 roku stadion w Zabrzu nosi jego imię. "Myślę, że Ernest jest na pewno w piątce najlepszych polskich piłkarzy w historii" - mówił Stanisław Oślizło, inny legendarny gracz Górnika. "Ernest był piłkarzem... po prostu doskonałym. Miał wszelkie walory techniczne niezbędne wybitnemu zawodnikowi. Ten talent potrafił wykorzystać na boisku. A rzadko bywało, żeby siedział na ławce rezerwowych, chyba że z powodu kontuzji" - dodał.

4

Przypadki niejakiego Josepa Guardioli:



3 listopada 2008 r. Pep Guardiola wprowadza nowe punkty regulaminu obowiązującego zawodników. Pierwsze miesiące Pepa na stanowisku trenera przyniosły zmiany nie tylko na polu sportowym ale miały one również kształtować charakter graczy. Szkoleniowiec wprowadził twarde zasady- spóźnienie na trening choćby o minute kosztowało każdego zawodnika 6 tys. euro i brak możliwości odbycia zajęć z drużyną. Guardiola zarządził również obowiązkowe wspólne śniadania, na które również nie wolno było przybyć po czasie(kara- 500 EURO). Najbardziej kontrowersyjna zasada dotyczyła zachowania piłkarzy poza godzinami pobytu w klubie. Pep kontrolnie dzwonił do domów piłkarzy po północy i wywołany zawodnik musiał odebrać telefon. Brak odpowiedzi kosztował każdego gracza aż 2 tys. euro. Po latach okazało się że piłkarzy inwigilowano również w inny sposób. Guardiola w czasie prowadzenia Barcelony miał obsesyjnie pilnować swoich piłkarzy i szukać tych, którzy zbyt wiele czasu spędzają w nocnych klubach. Pep miał szpiegować piłkarzy posiłkując się agencją detektywistyczną Method 3, dlatego, jeśli wierzyć hiszpańskim mediom, szkoleniowiec kazał śledzić niektórych ze swoich podopiecznych. Wśród inwigilowanych miał być Gerard Pique, Eto’o czy nawet Messi. No cóż, ,,nasz ubóstwiany” Pepito miał obsesje i zdecydowanie przesadził, jednak koniec końców nie ma tego złego…


0

Zgadza się, to są piekielnie ważne 3 punkty, lecz jeśli nie wygramy z Benficą na Camp Nou(remis nie wiele nam daje mając ostatni mecz w Monachium) to może się okazać iż te piekielnie ważne punkty mogą zostać piekielnie zmarnowane na Camp Nou. Najważniejsze pytanie: czy my wygramy z Benficą? po takich męczarniach w Kijowie?

8

Dla wszystkich, którzy nie mają pojęcia o takiej legendzie futbolu:

2 listopada 1928 r. na terenie obecnej Chorwacji urodził się najlepszy w… historii futbolu? Bramkarz Vladimir Beara. Lew Jaszyn, jako jedyny golkiper, ma na swoim koncie Złotą Piłkę. W dodatku otrzymał ją w czasach, w których wybierano naprawdę najlepszego piłkarza na świecie, bez względu na jego medialność. Nikt nie ma wątpliwości, że był arcymistrzem w swoim fachu. Gdy jednak w 1963 roku odbierał statuetkę, z rozbrajającą szczerością wyznał: „Dziękuję za wyróżnienie, ale tu powinien stać Beara. To on jest najlepszym bramkarzem na świecie”. Jakim bramkarzem musiał być zatem Vladimir Beara, że w takich słowach wypowiadał się o nim wielki Jaszyn? Vladimir od małego wykazywał ogromne zamiłowanie do sportu i z wielką przyjemnością uprawiał wiele dyscyplin, zarówno tych drużynowych, jak i indywidualnych. Co ciekawe i mocno niepopularne, patrząc na kariery byłych piłkarzy, najwięcej czasu poświęcał na balet. Tańczył nie tylko podczas zajęć, ale i w trakcie codziennych obowiązków, na przykład podczas pilnowania kóz. Miał 13 lat, gdy jego rodzinny dom został spalony przez chorwackich Ustaszy. Rodzina Beary miała zatem sporo szczęścia, że w ogóle uszła z życiem. Po utracie dorobku przeprowadziła się do Splitu i tam młody tancerz z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się treningom Hajduka. Miejska legenda głosi, że podczas jednego z nich rozgrywana była gierka wewnętrzna, podczas której kontuzji doznał jeden z bramkarzy. Musiał zejść z boiska, a wówczas Jozo Matošić, najbardziej szanowany zawodnik drużyny i jej przyszły trener, wskazał palcem na Bearę i powiedział: „Malutki, stań na chwilę na bramce”. Ten wykonał jego polecenie, a nieco później oczarował wszystkich swoją postawą. Nie pełnił roli statysty, popisał się kilkoma interwencjami, za które otrzymał gromkie brawa.Tuż po zajęciach usłyszał: “Wiesz co, przyjdź jutro na trening”. Oczywiście przyszedł i już po kilku dniach było pewne, że zostanie wyśmienitym golkiperem. Umiejętności nabyte podczas lekcji baletu oraz tysięcy godzin uprawiania sportu nie poszły w las, a wręcz przeciwnie – stanowiły dla niego przeolbrzymi handicap. Zdecydowanie przewyższał swoich konkurentów pod względem refleksu, elastyczności, gibkości czy wytrzymałości. Ponadto imponował wszystkim skokiem dosiężnym, godnym najlepszych skoczków narciarskich. Szybko, bo w wieku niespełna 19 lat, zadebiutował w oficjalnym meczu pierwszej drużyny. Beara rozegrał tyle fantastycznych meczów, wybronił tyle zmierzających do jego świątyni piłek, że nie sposób wszystkich zliczyć. Napastnikom rywali często odbierał ochotę do gry. „Moją pewność w bramce, sposób, w jaki byłem w stanie łatwo złapać piłkę i moją technikę oswajania uderzeń zawdzięczam treningom u Barby Luki. Wymyślił proste ćwiczenie, które często wykonywaliśmy. Zmuszał mnie do łapania małej piłki wielkości piłki bejsbolowej. Dzięki temu później znacznie łatwiej było mi złapać piłkę normalnych rozmiarów”. Barba Luka, o którym wspomniał Beara, to jego trener w Hajduku, Luka Kaliterna. W ekipie z nadmorskiego miasta nasz bohater rozegrał 308 spotkań, z czego 136 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Jugosławii. W tych 136 meczach dał się pokonać zaledwie 139 razy. Jak na te czasy, czyli lata 50. poprzedniego stulecia, jest to fantastyczna statystyka. Miejmy na uwadze, że wówczas padało bardzo dużo goli, a wyniki, które dziś określilibyśmy mianem hokejowych, były w piłce nożnej na porządku dziennym. Jego znakomita postawa walnie przyczyniła się do sukcesów chorwackiej ekipy. Hajduk z Bearą w bramce trzykrotnie sięgał po Mistrzostwo Jugosławii. Czy jednak przez wszystkich ludzi związanych z tym klubem był należycie szanowany? Niestety nie. Jak powiedziałem na wstępie, pochodził z rodziny Serbów zamieszkujących chorwackie tereny. Choć sam w spisie powszechnym uznał się za Chorwata, nie brakowało tych, którzy wypominali mu pochodzenie. Wiadomo, jak napięte stosunki międzyludzkie panowały w byłej Jugosławii. Przecież nawet dziś, pomimo podziału na niepodległe państwa, gdzieniegdzie na Bałkanach wciąż bywa gorąco. A Beara grał tuż po II Wojnie Światowej, więc łatwo sobie wyobrazić, jak świeże były rany po krwawych wspomnieniach. Sam zapewne miał w głowie obraz swojego spalonego domu. Niektórzy, nawet z najbliższego otoczenia Hajduka, mówili na niego z pogardą Vlaj. W maju 1955 roku wystąpił w wygranym 4:0 meczu Jugosławii z Włochami. Po powrocie do kraju został trafiony w twarz kawałkiem węgla wystrzelonym przypadkiem z lokomotywy, przez co wylądował w szpitalu w Sarajewie. Spędził w nim kilkanaście dni, podczas których jego koledzy z Hajduka zgotowali sobie emocje w końcówce sezonu, przegrywając dwa z trzech ostatnich meczów. Beary w szpitalu nikt z klubu ze Splitu wówczas nie odwiedził… Tuż po opuszczeniu szpitalnych murów na własną odpowiedzialność wystąpił w starciu ostatniej kolejki rozgrywek, które Hajduk musiał wygrać, chcąc zapewnić sobie Mistrzostwo Jugosławii. Wygrał 5:1 z FK Radnički. Był to ostatni mecz naszego bohatera w barwach Białych. Na posezonowej ceremonii prezes Marko Markovina podziękował osobiście niemal wszystkim swoim zawodnikom. Niemal wszystkim, bo pominął Bearę. To nie był pierwszy raz, gdy golkiper został przez niego niezauważony. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dyspozycja przyniosła drużynie wiele punktów, więc i jemu należą się podziękowania. Nie wytrzymał i zapytał wprost:

-Dlaczego po raz kolejny mnie ignorujesz?

-Jesteś tylko zwykłym bramkarzem. Takich jak ty mamy tu wielu. Gdybyś nagle przestał grać, nikt by za tobą nie tęsknił.

Beara nie mógł znieść tego upokorzenia. Szybko spakował manatki i dołączył, wbijając jednocześnie szpilkę swoim byłym pracodawcom, do Crvenej zvezdy. Z klubem z Belgradu świętował jeszcze więcej sukcesów niż w Hajduku – cztery mistrzostwa i dwa puchary kraju. Z czerwoną gwiazdą na piersi wystąpił w sumie 174 razy, w tym 83-krotnie w meczach ligowych, a w nich raptem 81 razy nie był w stanie zastopować piłki po strzałach rywali. Na własne żądanie, nigdy nie pojechał jednak z Czerwoną Gwiazdą na mecz do Splitu. Czy wynikało to ze strachu przed podrażnionymi kibicami? Absolutnie nie. Powód jego decyzji podam w dalszej części tekstu. Teraz, w ramach ciekawostki dodam, że w lutym 1958 roku wystąpił w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Europy przeciwko Manchesterowi United. Crvena zremisowała z ekipą Matta Busby’ego 3:3, a o tym, że odpadła z rozgrywek zadecydował wynik pierwszego meczu, wygranego przez Anglików 2:1. Dzień po rewanżu w Monachium miała miejsce katastrofa samolotu British European Airways 609, lecącego z Belgradu do Manchesteru z międzylądowaniem w stolicy Bawarii, w wyniku której śmierć poniosły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów. Czy, jak prorokował to Markovina, po Bearze w Hajduku rzeczywiście nikt nie tęsknił? Tęskniono i to bardzo. Bez niego na kolejne krajowe mistrzostwo czekano w Splicie przez 16 lat. Myślę, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, że odpowiednie ustawienie muru przed egzekwowaniem przez rywali rzutu wolnego często jest kluczem do zapobiegnięcia utraty bramki. Wielu było takich, którzy z niego rezygnowali, po czym szybko ukrywali twarz w dłoniach, a następnie pokornie wyciągali piłkę z siatki. Beara twierdził, że mur mu przeszkadza, bo w ten sposób koledzy zasłaniają mu piłkę, zatem nakazywał im się rozejść i pilnować w tym czasie zawodników drużyny przeciwnej. Dzięki swojemu nadludzkiemu refleksowi i skoczności mógł sobie na to pozwolić. Nie sprawiało mu różnicy, z jakiej odległości egzekwowany był stały fragment gry. Znakomite występy w klubowych barwach były oczywiście dla Beary przepustką do reprezentacji Jugosławii. Zadebiutował w niej w 1950 roku, a już w trzecim swoim występie oczarował cały piłkarski świat. 22 listopada 1950 roku był najmłodszym zawodnikiem, który wybiegł na murawę stadionu Highbury na mecz Anglia – Jugosławia. Zdecydowanym faworytem tej potyczki byli oczywiście Synowie Albionu, którzy do tej pory na własnej ziemi zawsze wygrywali z ekipami z kontynentalnej części Europy. Niemal 61,5 tys. kibiców zgromadzonych na obiekcie Arsenalu było zatem świadkami historycznego spotkania, bowiem ich ulubieńcy zaledwie zremisowali 2:2. Największe wrażenie na nich, na dziennikarzach i samych brytyjskich piłkarzach, zrobił Vladimir Beara. Bez niego ekipa Jugosławii zapewne wracałaby do domu z bagażem kilku goli. Posłuchajcie fragmentów relacji Mike’a Payne’a: „Kibiców ogarnęło fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy po 35 minutach Anglia powadziła przekonująco 2:0. Bramkarz Jugosławii, Beara, niegdyś tancerz baletowy, wkrótce pokazał swoją zwinność. Po stracie gola w 41. minucie na 2:1, Anglia desperacko próbowała potwierdzić swoją wyższość w pierwszej połowie i gdyby nie występ Beary w bramce, to by to zrobiła. Trzy razy w ciągu trzech minut fruwał w bramce po uderzeniach Wilfa Manniona oraz główce Johnny’ego Hancocksa. Próby ataków w drugiej części meczu też nie przynosiły skutków. Na pół godziny przed końcowym gwizdkiem drużyna Anglii zanikła. Zainspirowana postawą Beary Jugosławia nagle przejęła inicjatywę. W 78. minucie ostatecznie doprowadziła do zasłużonego wyrównania. Pod koniec spotkania na jej bramkę znów sunęły ataki angielskich zawodników, którzy jednak udawali się pod pole karne przeciwnika tylko po to, by podziwiać kolejne fantastyczne interwencje najlepszego piłkarza tego spotkania”. W brytyjskich gazetach można było doszukać się wielu podobnie brzmiących relacji. Beara zrobił wrażenie na absolutnie wszystkich oglądających jego show, podczas którego w bramce dokonywał nadludzkich rzeczy. Obronił trzynaście strzałów określonych mianem groźnych oraz sześć takich, po których piłka nieuchronnie zmierzała do siatki. Napotkała jednak na swojej drodze golkipera nie z tej planety. Z uwagi na tak niebywały występ nadano mu nawet pseudonim Vladimir the Great, czyli Włodzimierz Wielki. Beara był uczestnikiem trzech Mundiali. Co prawda w 1950 roku musiał pogodzić się z rolą zmiennika bardziej doświadczonego Srdana Mrkušicia i mecze oglądał z perspektywy ławki rezerwowych, jednak cztery i osiem lat później miał już status niepodważalnej gwiazdy swojej ekipy. Największy sukces w narodowych barwach świętował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Jugosławia dotarła do finału, w którym musiała uznać wyższość Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, przegrywając 0:2. Po latach Beara, zapytany o najwspanialsze wspomnienie ze swojej kariery, wskazał właśnie na ten mecz. Przy stanie 0:0 obronił rzut karny wykonywany przez wielkiego Ferenca Puskasa. A przecież Galopujący Major nie zwykł marnować jedenastek…

„Do piłki podszedł Węgier. Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl – to koniec. Ferenc popatrzył w mój lewy róg, ja wychyliłem się w tę stronę, po czym bez zastanowienia rzuciłem się w prawy. Dotknąłem piłki dłonią, co wystarczyło. Obroniłem karnego samego Puskasa!”- wspominał Beara. Inne starcie przeciwko Węgrom, przegrane przez Jugosławię 2:4, rozegrane 11 października 1959 roku, było ostatnim meczem Beary w kadrze narodowej. Nie zrezygnowano wówczas z niego ze względów sportowych. Główną rolę odegrała polityka. Bramkarz skorzystał z możliwości wyjazdu do klubu zagranicznego, czym zamknął sobie drogę do kadry. Wyjechał do Niemiec, gdzie w ciągu pięciu lat reprezentował barwy Alemannii Aachen, Viktorii Koeln oraz Freiburgera FC. Jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się na 59 występach. Jego życie po życiu, jak często mówi się o czasach po zakończeniu przez zawodników piłkarskiej kariery, również kręciło się wokół piłki. Został trenerem i pracował w klubach w Niemczech, Holandii, Austrii i oczywiście Jugosławii. W latach 1973-75 pełnił funkcję szkoleniowca reprezentacji Kamerunu. Później na stałe osiadł w Splicie, mieście, które z całego serca uwielbiał, a które na to uczucie odpowiadało z jednej strony miłością, a z drugiej nienawiścią. Miłością, bo pamiętano, jakie cuda przed laty wyprawiał w bramce Hajduka. Nienawiścią, gdy wypominano mu serbskie pochodzenie oraz fakt zamienienia Hajduka na Crvenę Zvezdę. „Hajduk to moja największa miłość, miłość, która, jak każda prawdziwa i szczera, ma wiele pięknych, ale i mniej pięknych chwil. Miłość, która przyspiesza bicie serca, ale także zaciska się boleśnie w skurczu”- podsumował Beara. To właśnie ze względu na miłość do Hajduka, zawsze odmawiał gry przeciwko niemu. Będąc nawet po pięćdziesiątce, przychodził na treningi swojego ukochanego klubu i zakładał się z bramkarzami o to, że obroni więcej rzutów karnych niż oni. Rzadko przegrywał. Podczas wojny na Bałkanach w latach 90-tych poprzedniego stulecia, znów doświadczył tego, co kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponownie w wyniku zbrojnych działań spłonął jego dom. Z pomocą przyszli kibice Hajduka. Zorganizowali zbiórkę, a następnie odbudowali budynek. W wywiadach o czasach minionych często ubolewał nad tym, jak bardzo zmieniła się piłka: „Mój czas był czasem romantycznej piłki nożnej. Czasem dryblingu i atrakcyjnych bramek. Taktyka wciąż nie jadła piłki nożnej. To styl gry na mundialu w 1962 roku, a następnie w Anglii w 1966 roku zapoczątkował nową erę w piłce nożnej. Teraz piłka nie jest już najważniejszą rzeczą w grze”.


5

Dokładnie 16 lat temu swojego debiutanckiego gola w Lidze Mistrzów strzelił Lionel Messi. Miało to miejsce na Camp Nou w wygranym meczu 5:0 z Panathinaikos Ateny. Messi pierwszego gola strzelił w 34 minucie podwyższając wynik na 3:0. W meczu tym pierwszym hattrickiem w Lidze Mistrzów popisał się Samuel Eto'o.

6

FC Barcelona w europejskich pucharach:



2 listopada 1994 . FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Manchester United 4:0 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Był to ostatni wielki wieczór ,,Dream Teamu” w europejskich pucharach. Blaugrana rozbiła mistrza Anglii 4:0 a dla Stoiczkowa drugi gol w meczu był jego setnym trafieniem w barwach Blaugrany. W składzie Barçy zagrał niespodziewanie Jordi Cruijff, którego chwalił na trybunach obecny Johan Neeskens: ,,Nie uważam żeby Jordi grał tyko dlatego że jest synem trenera. Brakuje mu siły ale ma świetną wizje gry, którą zademonstrował przy pierwszym golu”. Na trybunach zasiadło ponad 114 tys. kibiców a w loży VIP zabrakło miejsca między innymi dla… Hagiego, pomocnika Blaugrany, który nie grał w tym spotkaniu. ,,Gdybym wiedział że tak będzie, obejrzał bym mecz w telewizji”- dodał zdenerwowany rumuński pomocnik.

4

Trzeba niestety spojrzeć prawdzie w oczy. W tym sezonie Liga Mistrzów nie dla nas. Nie łudźmy się, żeby wyjść z grupy trzeba dwa najbliższe mecze wygrać a to graniczy niemal z cudem. Trzeba się pogodzić z kontuzjami, z bardzo niską skutecznością i jakością kadry. Bywały czasy gdzie za Śp. Cruijffa i Guardioli na czele odpadaliśmy z Ligi Mistrzów po porażce na Camp Nou z Cska Moskwa. Bywało że odpadaliśmy z LM po 2 porażkach z..... Dynamem Kijów za Van Gaala, czy też po porażkach z Milanem i Besiktasem za trenera Lorenzo Serra Ferrera. Uważam że trzeba się skupić i zrobić wszystko aby zająć w La Liga co najmniej 4 pozycje w tabeli, to jest priorytet.

3

Campeonato Sudamericano de Selecciones:



1 listopada 1929 r. meczem Paragwaj-Urugwaj(3:0) rozpoczęła się 12-ta edycja Copa America. Turniej odbywał się na trzech obiektach argentyńskiej stolicy Buenos Aires. Dobiegała końca ,,Wielka Schizma”, futbol amatorski niemal z dnia na dzień stawał się fikcją. Piłka nożna powoli zaczynała dojrzewać do pełni zawodowstwa. Opromieniony olimpijskim złotem z 1928 r. Urugwaj przywiózł wprawdzie aż ośmiu bohaterów z Amsterdamu i wyśmienitego lewego pomocnika Alvaro Gestido z Peñarol, lecz myślami był już gdzie indziej. Przecież za rok właśnie w Montevideo miały odbyć się pierwsze w historii mistrzostwa świata i cały wysiłek ,,Celestes” ukierunkowany był wyłącznie na te mistrzostwa. Z takim nastawieniem ,,urusi” gładko ulegli nie tylko gospodarzom ale nawet pozbawionemu cienia respektu Paragwajowi. Klęska 0:3 była dotkliwa. W meczu tym paragwajski pomocnik Echeverry unieruchomił pare Petrone-Cea, natomiast napastnik Aurelio Gonzalez był nie do powstrzymania przez obronę, akurat w tym meczu osłabioną brakiem wielkiego Nasazziego. Gonzalez z 5 golami został królem strzelców turnieju. Na tymże turnieju po raz ostatni w Copa America wystąpił ,,Czarny cud” czyli niezrównany Jose Leandro Andrade. Czekał go za to już niebawem, bo za rok tytuł mistrza świata. W takiej sytuacji nikt nie był w stanie powstrzymać impetu gospodarzy. Paragwaj i Peru odprawili z kwitkiem różnicą 3 goli. Urugwaj natomiast stawiał opór raczej tylko dla zasady i w efekcie przegrał 2:0 po golach Manuela Ferreyry, którego wybrano najlepszym piłkarzem turnieju, oraz Mario Evaristo. Bez względu na okoliczności pokonanie dwukrotnych mistrzów olimpijskich miało swoją wymowę. Opinia publiczna widziała w ,,Albicelestes” stuprocentowych faworytów do miana najlepszej drużyny już nie tylko kontynentu ale i świata. W rzeczy samej, wszystko zdawało się potwierdzać owe przewidywania.


5

Cules pamiętają i wspominają:

1 listopada 1997 r. Giovanni Silva de Oliveira, wykonał na Santiago Bernabeu tzw. ,,gest Kozakiewicza”. FC Barcelona w 1997 r. pokonała Real Madryt na Santiago Bernabeu(2:3) dopiero po raz drugi w ciągu 14 lat i uzyskała nad Królewskimi siedmiopunktową przewagę w tabeli ligowej. Wynik tym razem jednak zszedł na drugi plan ponieważ Giovanni po decydującym golu na 2:3 wykonał trzykrotnie ,,gest Kozakiewicza” w kierunku kibiców Realu Madryt. Tak oto Brazylijczyk opisywał tą sytuacje: ,,Nie było moją intencją urażenie kogokolwiek. Był to spontaniczny gest. Nie wierzę że mogą mnie za to ukarać, zwłaszcza że od razu przeprosiłem za swoje zachowanie. Czy ktoś ukarze Fernando Hierro za brutalną gre i uderzenie mnie pięścią”. Komitet Rozgrywek złożony z trzech zdeklarowanych kibiców Realu nie był jednak pobłażliwy i zawodnik musiał pauzować w dwóch kolejnych spotkaniach. Dlaczego nas to nie dziwi…



Ponadto również 1 listopada, lecz roku 2011, Lionel Messi strzelił w barwach Blaugrany swojego dwusetnego gola. FC Barcelona po wyjazdowym zwycięstwie nad Viktorią Pilzno 0:4 zapewniła sobie awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Leo Messi strzelił w tym meczu 15-tego hattricka w karierze przekraczając tym samym liczbę 200 goli dla Dumy Katalonii. Również dla trenera Guardioli był to jubileuszowy mecz(numer 200) na ławce pierwszego zespołu. To nie wszystko ponieważ Valdes nie puścił gola w tym meczu i pobił rekord długości czasu bez puszczonej bramki w historii klubu. W dodatku na boisku jednocześnie pojawili się Pique, Messi i Fabregas, co nie zdarzyło się od 2002 r., kiedy razem grali w drużynie kadetów.


2

Legenda argentyńskiego futbolu, Alfredo Rubén Oscar Carlos Basile kończy dziś 78 lat! Jako piłkarz święcił tryumfy w Racing Club de Avellaneda zdobywając Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny pokonując w trzecim(dodatkowym) meczu Celtic Glasgow 1:0 w 1967 r. Popularny ,,El Coco" jako selekcjoner reprezentacji Argentyny 2-krotnie tryumfował w Copa America(1991 i 1993) oraz wicemistrzostwo Copa America 2007 . Własnie na turnieju w Wenezueli Basile pozwolił Messiemu zadebiutować w tym wspaniałym turnieju w wygranym meczu z USA 4:1

0

Wybitne postacie polskiego futbolu:

132 lata temu urodził się Józef Lustgarten, piłkarz i działacz Cracovii. Urzędnik i radca prawny, dr praw po studiach w Krakowie i Wiedniu. Przez wielu błędnie uważany za założyciela Cracovii - w istocie nie był nim, bo do klubu dołączył dopiero we wrześniu 1906. Z pewnością natomiast był i jest jednym z symboli Cracovii. To właśnie on był pomysłodawcą nazwy Cracovia, jaką na jesieni 1906 obrał Akademicki Klub Footballistów. Wieloletni bramkarz drużyny, choć grał w niej także jako napastnik i pomocnik. W klubie był kierownikiem drużyny, sekretarzem i wiceprezesem, działał także w KOZPN i PZPN. Był sędzią międzynarodowym. Syn Wilhelma, kupca z Krakowa. Był Żydem i Polakiem zarazem, początkowo określał się jako osoba wyznania mojżeszowego i narodowości żydowskiej, później stanowczo deklarował wyznanie mojżeszowe i narodowość polską. Żołnierz Legionów Polskich. W 1915 powrócił z frontu do Krakowa. Miasto było wówczas opustoszałe - niemal wszyscy mieszkańcy zostali ewakuowani gdy pod koniec 1914 wojska rosyjskie dotarły do przedmieść. Zorganizował z powrotem drużynę piłkarską, doprowadził do odbudowy zniszczonych przez wojsko obiektów sportowych i do rozegrania spotkań z wojskową drużyną Twierdzy Kraków. Został odznaczony Medalem Niepodległości oraz Złotym Krzyżem Zasługi za działalność na polu sportu. W 1939 został aresztowany we Lwowie przez NKWD. Zesłany do stalinowskich łagrów spędził w nich 17 lat życia, do Polski powrócił dopiero w 1956.

11

124 lata temu kilku młodych chłopaków siedząc na ławce przy Scuola Massimo D'Azeglio w Turynie postanowiła założyć klub sportowy, a nazwali go 'Juventus' co znaczy 'młodość'. Tak oto powstała ,,Stara Dama".

4

Ku pamięci legend:

1 listopada 1906 r. urodził się Ramon Llorens Pujadas, zapomniany i niedoceniany bramkarz FC Barcelony. Popularny ,,Ramonet”, jak nazywali go koledzy, trafił do Barçy w bardzo młodym wieku. W pierwszej drużynie grał w latach 1926-29, do czasu gdy znakomity Węgier Platko i Aragończyk Josep Nogues odsunęli go na ławke rezerwowych. Mimo wszystko pozostał w klubie aż do 1936 roku i w barwach Blaugrany rozegrał łącznie 142 mecze. Po zakończeniu kariery został członkiem sztabu szkoleniowego klubu. W nowej roli wyróżniał się tym iż odkrywał młode talenty, takie jak środkowy obrońca Gustau Biosca czy też kapitalny lewoskrzydłowy Eduardo Manchon. W 1950 r. Pujadas trenował nawet pierwszą drużynę Barçy, zastępując na ławce trenerskiej Urugwajczyka Enrique Fernandeza Violę.

1 listopada 2014 r. zmarł Gustau Biosca, ostatni ocalały z legendarnej drużyny „ Pięciu Pucharów ”, która wyznaczyła epokę w historii FC Barcelony . Biosca, który był asystentem Ladislao Kubali w hiszpańskiej drużynie lat siedemdziesiątych, zmarł 1 listopada w wieku 86 lat. Urodzony 29 lutego 1928 w L'Hospitalet de Llobregat, trenował w niższych kategoriach Barcelony, zanim przeszedł do pierwszej drużyny, gdzie grał od sezonu 1950-51 do 1957-58, będąc niekwestionowanym liderem i kapitanem. Pomimo tego, że był twardym obrońcą o dużej sile fizycznej, charakteryzowała go znakomita technika użytkowa, co było rzadkością w ówczesnych liniach defensywnych. Był kluczowym graczem Barçy „Pięciu Pucharów” sezonu 1951-52, w skład którego wchodzili Ramallets, Martín, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, César Rodriguez, Kubala, Vila i Manchón. W tej legendarnej jedenastce był jednym z najbardziej medialnych i popularnych graczy, głównie ze względu na swoją otwartą i żartobliwą naturę. Kontuzja w Atocha przerwała mu karierę i musiał przejść na emeryturę w 1958 roku, w wieku 30 lat, po rozegraniu 187 meczów w koszulce Blaugrany, z którą wygrał 2 mistrzostwa Hiszpanii, 4 puchary Hiszpanii, Puchar Łaciński, Puchar Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.

6

(Nie)zapomniane legendy futbolu:

31 października 1964 r. w Utrecht urodził się Marco Van Basten. mistrz Europy z 1988, 2-krotny zdobywca Ligi Mistrzów(1989 i1990), zdobywca PZP(1987), 3-krotny zdobywca Złotej Piłki France Football(1988,1989 i 1992), zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(1990), 3-krotny mistrz Holandii oraz 3-krotny mistrz Włoch. Człowiek, który nie bez powodu uznawany jest za jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu. Były szkoleniowiec reprezentacji Oranje, niegdyś odnoszący ogromne sukcesy w barwach Ajaksu Amsterdam i AC Milan. Wielki piłkarz i znakomity trener, niezwykły autorytet i wzór dla wielu piłkarzy. Marco van Basten – postać, której biografię powinien poznać każdy, kto z futbolem ma cokolwiek wspólnego. Na świat przyszedł 31 października 1964 roku w Utrechcie. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał jako dziecko (a później nastolatek) w miejscowych klubach – EDO Utrecht oraz UW Utrecht. Jako siedemnastolatek, został dostrzeżony przez wysłanników słynnego Ajaksu Amsterdam, by w rok później zadebiutować w jego pierwszym zespole. Debiutancki występ młodego Marco uznać można za naprawdę udany – w pojedynku z NEC Nijmegen van Basten zdobył gola. Gola, który wróżył wspaniałą i obfitą w sukcesy karierę... W roku 1983 van Basten, jako niespełna dziewiętnastolatek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji swojego kraju. Co prawda w pojedynku z Islandią (wygranym przez Holendrów 3:0) nie zdobył żadnej bramki, ale patrząc na jego znakomitą postawę można było spodziewać się, iż będzie to piłkarz wybitny, który jeszcze nie raz przysłuży się zarówno reprezentacji narodowej, jak i każdemu klubowi, którego barwy będzie reprezentował... Van Bastenowi śmiało można nadać przydomek „maszynka do zdobywania goli”. Zawodnik ten nie miał sobie równych. W barwach Ajaksu zdobył 128 bramek w 133 meczach, czterokrotnie zostając królem strzelców. Trzykrotnie osiągał Mistrzostwo oraz dwukrotnie Puchar Holandii. Przed pożegnaniem się z drużyną Ajaksu zdobył niezwykle cenną - bo przesądzającą o zwycięstwie – bramkę w pojedynku z Lokomotive Lipsk. Tym sposobem wspaniała kariera van Bastena w zespole z Amsterdamu została przypieczętowana zdobyciem Pucharu Zdobywców Pucharów. W roku 1987 Marco zmienił barwy klubowe. Kuszony wieloma propozycjami z największych europejskich zespołów przeszedł do wielkiego AC Milan za jedyne 800 tysięcy dolarów. W barwach Rossonerich zdobył wszystko, co było do zdobycia. Trzy Mistrzostwa Włoch, trzy Superpuchary Włoch, dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne. Ponadto zdobył dwa tytuły króla strzelców Serie A, trzykrotnie ogłoszony został Najlepszym Piłkarzem Europy i raz Najlepszym Piłkarzem Świata. W lidze włoskiej rozegrał 147 meczów i zdobył 90 goli. Tym samym na stałe zapisał się w historii jednego z największych włoskich zespołów. Kariera reprezentacyjna van Bastena również obfitowała w sukcesy. W reprezentacji Holandii Marco rozegrał 58 spotkań, zdobywając 24 gole. W roku 1988 walnie przyczynił się do zdobycia przez Pomarańczowych Mistrzostwa Europy. Mimo iż był świeżo po wyleczeniu kontuzji potrafił zdobyć kilka fenomenalnych bramek, gwarantujących mu tytuł najlepszego strzelca oraz najlepszego zawodnika mistrzostw. Start van Bastena i całej reprezentacji Holandii na Mundialu w 1990 roku uznać można za naprawdę nieudany. Pomarańczowi grali słabo, dochodząc jedynie do 1/8 finału, gdzie odnieśli porażkę z drużyną Niemiec 1:2. Marco nie zdobył w tym turnieju ani jednej bramki, dlatego też na rozegrane dwa lata później Mistrzostwa Europy jechał z wielkimi nadziejami. Holendrzy byli świetnie dysponowani i niezwykle zmotywowani na obronę tytułu. Jednak udało im się dojść jedynie do półfinału, gdzie w rzutach karnych odnieśli sensacyjną porażkę z niedocenianą drużyną Danii. Dla samego van Bastena fakt ten był o tyle przykry, iż to jedenastka nie strzelona właśnie przez niego, zadecydowała o przegranej reprezentacji Oranje. Rok 1992, choć przyniósł van Bastenowi sukcesy klubowe, okazał się jednym z najczarniejszych w jego karierze. Ba – uznać go można za „początek końca”. Większość czasu Marco poświęcał na zabiegi, operacje i rehabilitacje. Po długiej rekonwalescencji wrócił na boisko na trzy spotkania. Ostatnim meczem w jego karierze był przegrany 1:0 finał Pucharu Europy przeciwko Olympique Marsylia. Z reprezentacją narodową z kolei, Marco pożegnał się w październiku 1992 roku w zremisowanym 2:2 meczu przeciwko Polsce. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy już go na boisku... 17 sierpnia 1995 po długiej walce z kontuzją podjął ostateczną decyzję o zakończeniu kariery. Był młody, waleczny i utalentowany – mógł osiągnąć jeszcze wiele, mógł stać się legendą na miarę największych. Gdyby nie problemy zdrowotne być może jeszcze przez kilka lat moglibyśmy oglądać go w akcji. Moglibyśmy dalej zachwycać się jego niezwykłymi umiejętnościami. Moglibyśmy, jednak nie było nam to dane...

4

Czy wiecie że.....

31 października 2002 r. w meczu madagaskarskiej najwyższej ligi piłkarskiej AS Adema-SO de l'Emyrne padł rekordowy w historii piłki nożnej wynik 149:0. Wszystkie gole do własnej bramki strzelili piłkarze gości, protestując w ten sposób przeciwko ich zdaniem krzywdzącemu sędziowaniu w tym i poprzednich meczach.

4

Miłe wspomnienia:



31 października 1973 r. w Barcelonie odbył się I Światowy Dzień Piłki na Camp Nou. Z okazji tej imprezy odbył się mecz Europa kontra Ameryka, w którym oprócz gwiazd Barçy( Cruijff czy też Sotil) zagrało kilku świetnych piłkarzy z całego świata, takich jak Eusebio, Cubillas, czy Rivelino. Najlepiej na boisku rozumieli się Cruijff z Eusebio. Z podania Holendra ,,Czarna Pantera z Mozambiku” strzeliła pięknego gola głową. Mecz zakończył się wynikiem 4:4 a w karnych zwyciężyli gracze z Ameryki. Kubala, ówczesny trener reprezentacji Hiszpanii i selekcjoner drużyny Europy, żalił się iż część graczy nie pojawiła się w Barcelonie a z niektórymi zawodnikami przywitał się dopiero kilka godzin przed spotkaniem. Nic w tym dziwnego, gdyż Węgier do każdego meczu podchodził bardzo poważnie. Najsłabszym elementem piłkarskiego święta była mała liczba widzów na trybunach a mianowicie jakieś 20 do 25 tysięcy.


0

@Quahoo Pamięć panie użytkowniku, pamięć o znaczących ludziach naszej kochanej Barcy!

3

Feliz cumpleaños Ansu! Z okazji 19 urodzin!


Wszyscy cules cię kochamy i wszyscy cieszymy się twoja grą. Dużo zdrówka, Alleluja i do przodu!

1

Remis na własne życzenie. Tak można by określić wczorajsze spotkanie z Deportivo. Blaugrana rozegrała wczoraj jeden z najlepszych(jeśli nie najlepszy) mecz w tym sezonie i.... tylko zremisowała. Kluczem do zwycięstwa była skuteczność a raczej jej porażający brak. Paradoksalnie przy odrobinie szczęścia to nawet Deportivo mogło wygrać ten mecz, jednak koniec końców zamiast 3 punktów zgarniamy tylko jeden. Sergi Barjuan raczej długo nie popracuje z Barcą więc jak przyjdzie Xavi to na dzień dobry będzie miał pełne ręce roboty, począwszy od skuteczności a skończywszy na kontuzjach, chociaż to ostatnie to należy do sztabu medycznego. Generalnie to nie możemy tracić punktów na Camp Nou z takimi przeciwnikami jak Deportivo Alaves bo w przeciwnym razie będziemy grali w Lidze Europy. Mam nadzieje że Xavi zdąży to ogarnąć do końca sezonu...

2

Polacy nie gęsi………..



30 października 1993 r. Atletico Madryt rozgrywało spotkanie z FC Barceloną na Vicente Calderon a bohaterem owego meczu został…Roman Kosecki! Romario w tym meczu rozegrał jedno z najlepszych spotkań w Blaugranie, lecz to nie on został bohaterem. Po jego 3 golach Katalończycy prowadzili pewnie na Vicente Calderon a wynik mógł być nawet większy gdyby uderzenie lobem Romario nie trafiło w poprzeczke. W drugiej połowie najlepszy na boisku był już tylko Polak-Roman Kosecki, który strzelił 2 gole, w tym drugi dający remis. W 83 minucie Pirri z Atletico dostał czerwoną kartkę, lecz mimo to w 88 minucie Kosecki wyprowadził kolejną kontre, którą celnym strzałem zakończył Caminero. Dzięki temu gospodarze wygrali tamten wspaniały mecz 4:3! Nie zapominajmy że wówczas Kosecki dokonał tego przeciwko ,,Dream Team” Johana Cruijffa!

No cóż, obawiam się że już nie dożyjemy czasów, w którym polski napastnik będzie strzelał i decydował o zwycięstwach drużyny z La Liga…….


1

Nie tylko dla koneserów:

30 października 1927 r. Argentyna pokonuje Boliwie 7:1 na Estadio Nacional w Limie. To był mecz inaugurujący 11-tą edycję Copa America. Po raz pierwszy w historii organizację turnieju powierzono Peru. Warunki klimatyczne Limy oraz odległość dzieląca stolicę tej andyjskiej republiki od metropolii nadatlantyckich, przysparzały dodatkowych problemów organizacyjnych. Przed turniejem ekipa Argentyny ćwiczyła intensywnie elementy kondycyjno-atletyczne na obiektach Boca Juniors po kierownictwem profesora Jose Lago Millana, specjalisty od kondycji fizycznej. Wtedy to narodziło się pojęcie ,,preparador fisico”, od tej pory nieodstępnego towarzysza wszystkich poważnych trenerów. Peru potraktowało impreze niezwykle prestiżowo, jako niewątpliwy awans do elity kontynentalnej. W ceremonii otwarcia uczestniczył prezydent państwa, dr. Augusto Leguia. Gospodarze dopiero raczkowali w wielkiej piłce, ba! Ich mecz z Urugwajem(1 listopada 1927) był w ogóle debiutem na arenie międzynarodowej. Toteż obu głównym faworytom ulegli różnicą 4 goli a z Boliwią wymęczyli pierwsze w dziejach zwycięstwo 3:2. Jak zwykle wszystko miało się rozstrzygnąć pomiędzy Argentyną a Urugwajem. Albicelestes przywieźli do Limy dwóch przyszłych mistrzów Świata, jednak w 1934 r. ci wybitni piłkarze grali dla reprezentacji Włoch. Mowa tu o pomocniku Luisie Montim z San Lorenzo oraz napastniku Raymundo Orsim z Independiente B.A. Oprócz tej pary i znanego już wówczas napastnika Seaone, który został wybrany najlepszym piłkarzem tunieju, Argentyna pokazała cały zastęp piłkarzy wielkiego formatu. Argentyńskiej armadzie obrońca tytułu(Urugwaj) przedstawił wypróbowaną olimpijską gwardie(Andrade, Hector Scarone, Petrone) i kolejnych pretendentów do sławy, spośród których obrońca Tejera oraz napastnicy Arremon i Roberto Figueroa potwierdzili owe aspiracje. Swoje pozycje umacniali Lorenzo Fernandez i napastnik Hector Castro. Urugwaj w meczu z Argentyną grał doskonale, stworzył fascynujące widowisko. ,,Mag” Hector Scarone dał popis swej iście czarnoksięskiej magii. ,,Urusi” jednak przegrali to spotkanie z jednego powodu. Otóż z powodu kontuzji nie mógł wystąpić ich żelazny kapitan, wielka legenda- Jose Nasazzi. Okazało się że ,,Marszałka” nie są w stanie zastąpić nawet najzdolniejsi generałowie. W efekcie Argentyna pokonała Urugwaj 3:2 w przedostatnim meczu turnieju i sięgnęła po raz trzeci po puchar Ameryki Południowej. Co prawda w ostatnim meczu turnieju Argentyna grała jeszcze z Peru, jednak pewnie wygrała aż 5:1 więc dodatkowy mecz z Urugwajem nie był już potrzebny. W trakcie tych mistrzostw wydarzył się pewien incydent, który przeszedł do historii jako ,,gol de la diplomacia”. Chodzi o gola dyplomatycznego ambasadora USA w Limie, Poixdaxtera. Poproszono go o symboliczne kopnięcie piłki czyli kick-off. Pan ambasador w meloniku uśmiechnął się promiennie, ukłonił grzecznie i kopnął piłke do Nolo Ferreiry. Ten nie namyślając się wiele ruszył z nią do przodu, przekazał do Maglio, ten do Seaone. Futbolówka wróciła do Ferreiry, który spokojnie wjechał z nią do peruwiańskiej bramki. Stadion zamarł w osłupieniu. Obrońcy gospodarzy przyglądali się całej akcji, nawet nie myśląc o interwencji. Refleks wykazał tylko amerykański dyplomata. W swoich lakierkach przytrzymując ręką melonik, wpadł na boisko i po krótkiej rozmowie urugwajski sędzia Cariboni… anulował gola. Od tamtej chwili kick-off zachował wyłącznie symboliczny wymiar; po uroczystym kopnięciu piłka wracała do zawodników, którzy dopiero wówczas inicjowali(już między sobą) prawdziwą akcje.

0

No jestem bardzo ciekaw w jaki sposób dotrze do piłkarzy Sergio Barjuan? Dzisiejsza ewentualna porażka może pozbawić nas niestety 4 pozycji w La Liga na koniec sezonu i nawet Xavi może tego nie nadrobić. Ten sezon już dawno był spisany na straty i nic tego raczej nie zmieni. Musimy się uzbroić w cierpliwość ponieważ z taką jakością kadry na dzień dzisiejszy nie ma szans na trofea.

0

Pamiętamy!
Wybitne legendy futbolu:

30 października 1960 r. na przedmieściach Buenos Aires urodził się Diego Armando Maradona. Geniusz futbolu jakich niewielu, stawiany na równi z Pele! Jako piłkarz posiadał przydomki "El Diez" ("Dziesiątka") i "Pelusa" ("Puszek"). W internetowej sądzie na oficjalnej stronie FIFA, gdzie należało wskazać najlepszego piłkarza XX wieku uzyskał 53% głosów. W podobnym głosowaniu członków Komisji Futbolowej FIFA i prenumeratorów FIFA Magazine uzyskał trzecie miejsce. Przygodę z futbolem Maradona rozpoczął w wieku 10 lat, gdy zapisał się do szkółki Los Cebollitas. Debiut w profesjonalnym futbolu datuje się na1976, gdy został piłkarzem Argentinos Juniors. W tym zespole rozegrał 167 spotkań, w których strzelił 115 bramek.

Kolejnym klubem był CA Boca Juniors (1981-1982), w barwach którego wystąpił w 40 spotkaniach i strzelił 28 bramek. W latach 1979, 1980 i 1981 zdobywał tytuł króla strzelców Primera División Argentina, z osiągiem odpowiednio 27, 25 i 40 goli.

Pierwszym zagranicznym klubem piłkarza była FC Barcelona. Grając w tym zespole Maradona zdobył Puchar Króla, Puchar Ligi Hiszpańskiej oraz Superpuchar Hiszpanii. Popadł jednak w konflikt z prezesem klubu Josepem Lluisem Núñezem, dodatkowo odniósł groźną kontuzję w starciu z Andonim Goikoetxeą. To wszystko zadecydowało o przeprowadzce do Włoch. Maradona przeszedł do włoskiego Napoli. W Neapolu został przywitany przez 75 tysięcy kibiców, co stanowiło niepobity rekord do 2009 roku. Pierwsze trofeum zdobył po trzech latach gry dla klubu i było to od razu Mistrzostwo Włoch. Kolejnymi zdobyczami były: puchar i superpuchar Włoch, a także kolejne scudetto. W 1989 roku Napoli zdobyło Puchar UEFA. Maradona stał się ikoną klubu. Dla Napoli zagrał 258 meczów i strzelił 115 bramek.

Kolejnym klubem była hiszpańska Sevilla FC. Tutaj nie zanotował sukcesów. Głośny stał się konflikt z wiceprezesem Jose Marią del Nido i innymi członkami władz, dlatego spędził w nim ledwie sezon, po czym powrócił do Ojczyzny. Z zespołem Newell's Old Boys, zajął ostatnie, 20. miejsce w argentyńskiej ekstraklasie. W tym samym czasie FIFA nałożyła na Maradonę 15-miesięczną dyskwalifikację, za stosowanie niedozwolonych środków dopingujących. Piłkarz powrócił do piłki nożnej w 1995, podpisał wówczas ostatni w karierze kontrakt – z klubem Boca Juniors. Kłopoty ze zdrowiem i narkotykami nie przeszkodziły mu w zdobyciu tytułu wicemistrza Argentyny w 1998. Swój ostatni oficjalny mecz Maradona rozegrał 25 października 1997 roku, przeciwnikiem było River Plate, a drużyna Maradony wygrała 2:1. Piłkarz wystąpił w pierwszej połowie spotkania. 30 października 1997 oficjalnie ogłosił zakończenie kariery sportowej. Debiut Maradony w reprezentacji Argentyny miał miejsce 27 lutego 1977 na La Bombonerze, w wygranym meczu z Węgrami (5:1).

Pierwszy poważny sukces reprezentacyjny osiągnął zdobywając w 1979 tytuł Mistrza Świata Juniorów. W finale jego drużyna pokonała ZSRR 3:1. Zajął ponadto drugie miejsce w klasyfikacji strzelców. W 1982 po raz pierwszy pojechał na turniej Mistrzostw Świata Seniorów. Argentyna odpadła w drugiej rundzie, a Maradona w ostatnim meczu został wyrzucony z boiska.

Następne mistrzostwa w 1986 roku w Meksyku, drużyna Maradony wygrała, a on był zdecydowanie największą gwiazdą turnieju. W ćwierćfinale z Anglią Maradona strzelił dwa gole. Każdy wyjątkowy.

Pierwszego ręką, natomiast drugiego po rajdzie przez niemal całe boisko i minięciu sześciu reprezentantów Anglii. Odnosząc się do pierwszego gola stwierdził, że pomogła mu ręka Boga. W przepięknym finale Argentyna pokonała reprezentację RFN 3:2. Cztery lata później na turnieju we Włoszech Maradona był kapitanem reprezentacji. Kierowana przez niego drużyna dotarła do finału, pokonując po drodze m.in. Brazylię, Jugosławię i Włochy. W finale przegrała jednak z drużyną RFN 0:1. Jedyny gol został zdobyty z karnego w ostatnich minutach spotkania. Przeprowadzony w marcu 1991 test antydopingowy wykrył w organizmie Maradony niedozwolone środki. Kolejny mundial, w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku to był koniec reprezentacyjnej kariery Maradony. Rozegrał na nim co prawda świetne mecze przede wszystkim z Grecją, jednak wykluczenie po kolejnym w karierze pozytywnym teście antydopingowym było ciosem dla całego zespołu, z którego już się nie podniósł. Ostatnim meczem w reprezentacyjnej karierze było spotkanie z 25 czerwca 1994 roku z Nigerią, wygrane 2:1

W 2000 roku Maradona wydał swoją autobiografię, którą zatytułował "El Diego". Napisał ją we współpracy z Danielem Arcuccim i Ernesto Cherquisem Bialo. W książce opisał swoje dzieciństwo, karierę piłkarską, a także umieścił listę stu, według niego, najlepszych piłkarzy świata. Książka ukazała się także w Polsce pięć lat później.

W 2004 roku, z okazji stulecia FIFA, Maradona oraz brazylijczyk Pelé, zostali wybrani najwybitniejszymi zawodnikami wszechczasów.

2

Redaktorki zabalowały wczoraj.......? Na to wygląda

0

@kubix05 Final Pucharu Katalonii to z całą pewnością nie jest żaden turniej towarzyski, zresztą widać to po składach. Nie przytaczaj mi tu redaktorów tego portalu ponieważ oni są takimi samymi ludźmi jak my i również często się mylą. Podałem ci oficjalny ogólnoświatowy link do oficjalnego meczu FC Barcelony. Jeśli tego nie uznajesz to twój problem. Pozdrawiam :)

0

@kubix05 Mylisz się, tu nie chodzi o mecz z FC Brugge ponieważ mecz z FC Terrasą był w maju a maj jest znacznie wcześniej niż październik nieprawdaż?

0

@kubix05 Andres Iniesta zadebiutował 7 maja 2002 r. w finale Pucharu Katalonii.
Spójrz:
https://ca.wikipedia.org/wiki/Copa_Catalunya_de_futbol_masculina_2001-2002

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?