11 miesięcy tego sezonu tu a tu. 10 goli w 45 meczach dla Blaugrany. 11 goli w 11 meczach u del Bosque. Przypadek?
Nie sądzę. Prolog już był. Zapraszam na przechadzkę labiryntem faktów, przypuszczeń, wniosków i refleksji. Zza przepastnej pazuchy odźwierny wyciąga już do bramy klucz.
Miejsce w szeregu
Po pierwsze i ostatnie, Pedro nie jest i nigdy nie był od zbawiania FC Barcelony. Tłumne obwinianie go o jej kłopoty w zeszłych i dalsze niepowodzenia w ostatnich rozgrywkach, zasługują w skromnej mej opinii na miano koktajlu. Koktajlu z farsy i ignorancji.
Ta drużyna ma konkretne grono swoich liderów i w pierwszej kolejności to do nich (bo było za co) powinny być kierowane pretensje culés za sezon 2012/2013 - z racji umiejętności, stażu w klubie, przekroju doświadczeń i pozycji w zespole. Nie do Pedro. Jak można obwiniać o parszywe wykonanie robotnika, gdy coś gdzieś bezsprzecznie spieprzył inżynier?
Poplątanie podstawowych faktów skutkuje wnioskami błędnymi lub co najmniej nieprecyzyjnymi. Pedro jest na Camp Nou kwiatkiem do kożucha czy innej butonierki - dodaje stylu i przyciąga oko dam, ale gdy na marynarce wykwitnie plama wielkości Jeziora Wiktorii to akcesoria nie pomogą. Mówimy o najsilniejszym kadrowo klubie świata. Fundament drużyny tworzyli w nim, tworzą i będą tworzyć inni. Obok trenera, to Puyol, Xavi, Piqué, Iniesta (najmniej "winny" w 12/13), Alves, Busquets, Villa, Masche, do tego Valdés, Fàbregas i Eto'oHenryIbroVilloNeymar. Pedro nie jest dla tego zespołu postacią porównywalnej „wagi", rangi. Odstaje od nich wszystkich pod licznymi względami: talentem, jakością ogólną, efektywnością, wysokością kontraktu.
Polowanie na czarownicę
Jeśli drużyna przegrywa, to główny ciężar odpowiedzialności spoczywa na barkach graczy najważniejszych, najlepszych i - to naprawdę nie przypadek - najwyżej opłacanych. Tak jest (przeważnie) w przypadku jej największych triumfów, czemu inaczej ma być po powrocie „na tarczy"? 25-letni skrzydłowy ma inną charakterystykę piłkarską, pełni mniej eksponowaną rolę, wartością dodaną umie być i bywa, jednak wszelkie zasługi i przewiny powinniśmy liczyć mu miarą osobną.
Pedro to nie Messi, Pedro to nie Iniesta. Takiego gracza jak Kanaryjczyk trzeba winić, jeśli coś ewidentnie spartolił - lecz tylko do pewnego stopnia i ani metr dalej. Winienie go za całe zło danego sezonu, doprawianie mu rogów ofiarnego kozła - rozumiem to, bo każdemu niepowodzeniu, rozczarowaniu masy muszą nadać dziś czyjąś twarz. Głośno szuka się czarownic i tłumnie kamienuje je słowem - takie czasy, więc potrzeba „winnych" z imienia i nazwiska. Mają tak całe społeczeństwa, mają i kibice. Rozumiem to wszystko, lecz w przypadku polowania na sprawców trwającej drugi rok zadyszki Blaugrany, „kandydatura" Pedro Rodrígueza wydaje mi się po prostu niewłaściwym adresem.
Różnice robią różnicę
Wdowy. Dzielą się na takie, którym cały świat pozwala cierpieć w samotności, i takie, do których każdy mężczyzna spieszyłby natychmiast z pocieszeniem. Piłkarze też nie są identyczni.
Numer 17 wchodził do Barçy i funkcjonuje w niej do dziś jako ten, których w NBA określa się jako „other players" (pol. „inni gracze"). W odróżnieniu od tzw. zadaniowców (w konkretnych sytuacjach Pedro też potrafi nim być) to figury, które na piłkarskiej szachownicy nie pełnią konkretnych funkcji, lecz funkcjonują w drużynie trwale jako nieodłączny element całości. „Other players" dopełniają pierwszy skład, korzystają z przestrzeni zwalnianych przez kolegów z reguły pozostając w cieniu graczy pierwszoplanowych. „Grają" determinacją, wejdą z ławki dodając nowych sił, grają bardziej dla zespołu niż samych siebie. To niektóre z czynników, dla których Pedro stanowi w Barçy tak częsty element wyjściowej 11-ki.
Taki gość nie przyda się zespołowi zawsze i wszędzie. Kiedy ma grać - od tego jest trener. Guardiola znacznie lepiej szafował minutami Pedro niż Tito, tak sądzę. Przyjście Neymara otwiera nowe możliwości.
W NBA "other players" mają swoją nagrodę, ale występują też w futbolu. Di María w reprezentacji Argentyny, Müller w Bayernie, Paul Scholes, Kuyt przy Torresie w Liverpoolu, Pedro i inni - Kukoče piłki nożnej. Skupieni najbardziej na własnej robocie i kreowaniu innych, lecz gdy mają swój dzień i warunki, stają się skutecznymi jak Ghost Dog zabójcami z krainy ciszy i mroku. Potrafiący wyjść z cienia meczu w trymiga i skraść show kolegom. Wszystkim razem i każdemu z osobna. To te „warunki" stanowią klucz do zrozumienia tak zróżnicowanej ostatnio skuteczności wychowanka La Masíi w klubie i kadrze.
„Team leaders" oraz „team players"
Pozwólcie, że odłożę jeszcze przejście do sedna o parę akapitów. Na przykładzie innych drużyn wiemy aż za dobrze, że wypchanie jedenastki samymi gwiazdami prowadzi donikąd. Wielkie ekipy potrzebują balansu, różnych rozwiązań na różne okazje, koszykarskiej „głębi" składu. Pedro Rodríguez jest antygwiazdą współczesnej FC Barcelony. Jej pracusiem i zszytym na miarę wsparciem dla Messiego, Xaviego i innych. Pedrito tym jednak różni się od wielu innych pomocników wielkim, że w określonych okolicznościach sam potrafi przyćmić każdego - jak średniowieczny giermek ratujący w ogniu bitwy życie swemu chlebodawcy.
Pośród licznych kategorii rozróżnienia największych futbolistów (ktoś piśnie tu z zaskoczenia, a Pedro na swój sposób też się do nich zalicza) szczególną jest wzięcie na wzgląd ich zachowania w grupie. Są tacy, którzy do generowania maksymalnych korzyści ze swojej gry potrzebują tylko piłki, sekundy nieuwagi rywala i spłachetka wolnej przestrzeni. Doskonali specjaliści (niekiedy w wąskiej dziedzinie), wszechstronni soliści czy wielcy przywódcy - piłkarze różni, ale łączący w sobie zdolność „samemu wygrywania meczów".
Orkiestra może ich w ten czy inny sposób wspierać, ale do stworzenia arcydzieła zupełnie nie jest im potrzebna. Ani do wydajnej gry, ani wykreowania wyniku, ani do porwania widowni. Tacy gracze z galerii dziejów to choćby Rivaldo, Bergkamp, Buffon, Romario, Makelele, Maldini, Henry, Roberto Carlos, Inzaghi, Zidane, Totti, Vieira, RvN i RvP, Ferdinand, Nedved, Eto'o, Giggs, Messi czy CR7. Każdy ma tu własne przykłady, ale przekaz jest prosty: choćby walił się świat, a cała reszta kolegów przeżywała naraz kryzys piłkarskiej tożsamości - oni konsekwentnie robili/robią swoje. Efektywność ich boiskowych poczynań zupełnie niezależną od dyspozycji pozostałej „10-tki". To gracze wybitni. Obojętni na klasę rywala, niewzruszeni na pogodę i wszystko inne. Dla swych drużyn - najcenniejsi z cennych.
Jest i drugi typ piłkarzy - wybitności poniekąd antyteza - którego miano z braku innych sensownych opcji zaczerpnę sobie z teorii zarządzania. „Team player", co tłumaczy się na piłkarski jako: „zależny od drużyny". Tacy zawodnicy grają najlepiej, w pełni korzystają ze swego potencjału tylko i wyłącznie wówczas, gdy „dobrze" gra drużyna*. Wydaje mi się, że dokładnie takim typem piłkarza jest Pedro Rodríguez**.
Zespół niezbędny Pedro, Pedro potrzebny zespołowi
Uwypuklając zależność wydajności jego gry od kolegów, nie róbmy z Ledesmy niedołęgi i stąd kogoś Barçy zbędnego. Nie o to chodzi, bo na dłuższą metę jest wręcz odwrotnie. Przy świadomości jego ograniczeń, zarysowanego powyżej „miejsca w szeregu", należy pamiętać, że Pedro wszystkim liderom zespołu dorównuje - niektórych wręcz przewyższa - świadomością taktyczną, boiskową inteligencją i pracowitością. Samochód daleko nie pojedzie bez czwartego koła, a Barça - bez kogoś takiego jak Pedrito. Jej ostatnie 4 lata dają aż nadto materiału dowodowego.
Ten „inny"
Nie, Pedro Rodríguezy nie wygrywają nagród MVP sezonu czy Złotych Piłek. Jeśli ktoś w jednym z nich zobaczy bohatera roku - to cichego, nieoczywistego. Bywają natomiast herosami finałów, pojedynczych meczów. Żadnemu culé nie trzeba przypominać autentycznie imponującego „dorobku" Pedro w tym zakresie. I w klubie, i w kadrze. Takich graczy spotyka się rzadko, ale są bezcenni. Potrzebni każdej drużynie walczącej o najwyższe możliwe cele, jak pianino Paderewskiemu, deskorolka skejtowi, a lustro Kindze Rusin.
Charakterystyka „other playera" doskonale odpowiada bohaterowi tego artykułu. Dla takich jak on graczy została przecież stworzona. Dla zawodników przynoszących najwięcej korzyści z zaskoczenia, z cienia, z „drugiej linii ataku". Niestety, rzeczone „warunki" do strefy cienia opuszczenia - zyskują oni od losu tylko wtedy, gdy doskonale współgrają wszystkie, bez wyjątku, pozostałe elementy. Cały zespół, cała orkiestra.
Pedro, czyli kto?
To, że Pedro miał pod każdym praktycznie względem sezon zły, jest oczywistą oczywistością; w sumie to nawet dwa. Ale to jeszcze nie powód, aby grubiańskimi słowy odsyłać go z klubu z biletem w jedną stronę.
Wszyscy zarzucali mu przez cały ten czas, że na boisku nie daje nic oprócz tzw. robienia wiatru. Jakby wszyscy nagle zapomnieli, że Rodríguez to żaden Messi, Xavi, Iniesta, Alves, Villa, Puyol, Piqué, Valdés, Fàbregas. Wkładanie go w ich buty jest pomyłką. To nie jest gość od uzdrawiania piłkarskiego gwiazdozbioru. Zaangażowanie go do takiej roli „na pełen etat" przez fanów i kolegów prowadzi do sytuacji, w której traci główne atuty swojej piłkarskiej tożsamości np. poprzez multiplikujących krycie rywali. Pedro jest w tej drużynie w pierwszej kolejności właśnie od robienia wiatru! Wszystko, co zrobi ponad to - jest konsekwencją wydajności całej machiny blaugrana, wartością dodaną jej i jego gry.
Zbieganie z lewa na prawo, ciągając za sobą obrońcę jak Cadillac z nowożeńcami brzęczące puszki; „zabieganie" rywala; „2P": pressing i przechwyt; partnerowanie w grze wzajemnej Alvesowi czy Montoi; tworzenie przestrzeni Messiemu, Inieście i innym atakującym; 360-stopniowa orientacja na murawie i „czytanie gry"; okazjonalny strzał z dystansu - to zadania Pedro w tym teamie. Od jego zbawiania są inni; co pod żadnym pozorem nie (!) oznacza, że Kanaryjczyk nie może i nie potrafi tego robić. Widzieliśmy to w jego karierze wystarczająco często. Potrzebował do tego tylko - czyli w tym przypadku „aż" - określonych warunków.
„Pedro" znaczy „wielozadaniowy"
O jego skuteczności pod bramką z sezonów 2009/2010 i 2010/2011 nikt nie zapomina, tylko że już drugi rok szukamy po niej śladów. Wypadało wybrać się na takie małe poszukiwania.
Po pierwsze, to piłkarz korzystający z wielu różnych cech, które skumulowane w jednym ciele pozwoliły mu zawodowo znaleźć się tam, gdzie jest dzisiaj. Nie jest piłkarzem jednego formatu; jednej, zdecydowanie dominującej wszystkie pozostałe, cechy, jak „Superpippo", Peter Crouch, Marc Overmars, „Rino" Gattuso, Martín Keown czy Joey Barton. Jest jak stworzona od podstaw postać „Warcrafta", która po żmudnym procesie doskonalenia przez gracza dysponuje wieloma „skillami" podciągniętymi w pobliże maksimum. I żadnym na 100%.
Zajęło mi chwilę znalezienie właściwego słowa. „Wszędobylski" - nie, nieprecyzyjne, pasuje lepiej do Daniego Alvesa. „Wszechstronny" - nie do końca, to prędzej gość typu Yaya Touré czy David Luiz. „Uniwersalny" - też nie; uniwersalny to jest Land Rover jeśli kupić mu wyciągarkę. „Kompletny" - pasuje do nielicznych. „Wielozadaniowy" - OK, być może; ale tylko w znaczeniu: „wykonujący wiele czynności na wysokim poziomie, z ponadczasową powtarzalnością i konkretnymi korzyściami".
Scyzoryk Víctorinox, nie tani blender z hipermarketu.
Nic nie trwa wiecznie
Skoro efekty obecności Pedro na boisku są bardzo różnorakie, zastanawiając się nad przyczyną jego znacząco ograniczonej ostatnio wydajności w Barçy, boiskowej niewidzialności i bezproduktywności - wypada zgodnie z tą samą logiką wskazać więcej niż jedną przyczynę zaistniałego stanu rzeczy.
Bardziej obciążony organizm, urazy mięśniowe, przeciążeniowe - to raz. Granie 14 meczów w sezonie (08/09), a 60 już w rok później to inna rozmowa. Poza tym, wchodząc „na świeżości" ma się też „fory" od otoczenia. Żadna formacja obrony nie może kryć naraz wszystkich atakujących wroga. Trzeba umieć to wykorzystać - pewnie - co nie zmienia faktu, że bagatelizowanie jego osoby przez rywali, słabsze krycie, kilometry przestrzeni były wielkimi sojusznikami tego chłopaka w sezonie 2009/2010. Na tym poziomie był postacią świeżą dla wielu skautów. Co dopiero dla boiskowych rywali.
Od dłuższego czasu jest inaczej. Mniej miejsca do rozpędzenia się, mniej miejsca na strzał - w takich okolicznościach Pedro też umie funkcjonować. Ale nie wtedy, gdy to on zostaje przez jałowość kolegów mianowany kołem zamachowym zespołu, głównym dryblerem drużyny, nadzieją na pozytywny wynik. Do takiej roli Pedro nie pasuje i nie sprawdzi się w niej nigdy.
Ile wart?
Prawdziwa wartość Pedro jako piłkarza jest moim zdaniem gdzieś pomiędzy statystykami z sezonów 10/11 (22 gole/12 asyst) i 11/12 (13/8). Wyciągnijmy średnią i na końcu równania mamy cennego członka zespołu. Może być nim i dziś, kiedy nie jest już ani wchodzącym do wielkiej piłki świeżakiem, którego obecność na boisku można sobie „olać" a krycie odpuścić mając naprzeciwko jeszcze Messiego, Xaviego, Iniestę, Alvesa czy Ibrę/Villę, ani totalnym beztalenciem jak wskazywałoby na to multum meczów sezonu, który w pamięci mamy najpłycej. Gdzie sedno?
"Other player" + "team player" = piłkarz „wrażliwy"
Świadomość specyficznej tożsamości piłkarska Pedro Rodrígueza zachęca do pytania, kiedy może on swoją optymalną wartość, jakość zaprezentować trybunom i kolegom? Co uwalnia tego Krakena? To punkt, w którym przechodzimy do sedna tego artykułu. Myślę, że nie moglibyśmy się tu znaleźć - a jeśli już, to ze stratą dla aspektu merytorycznego - z odpowiednio dobranym i uporządkowanym chronologicznie kontekstem zjawisk przyczynowo-skutkowych. Mogę tylko mieć nadzieję, że pozostały fragment wynagrodzi czytelnikowi z nawiązką ewentualne dłużyzno-mielizny dotychczasowej argumentacji.
W największym uproszczeniu: Pedro gra tak, jak drużyna. Jeśli kolektyw „
Komentarze (321)