Zasady są po to, żeby je łamać - przewrotnie zinterpretuję ten wers dosłownie, dodając, że tak to może sobie iść przez życie jakaś "bananowa" latorośl, nieletnia modelka D&G albo inny młodociany szansonista.
Jeszcze przed 20-tymi urodzinami mają więcej „kapuchy" do rozdysponowania na dzień niż 90% ludzkości przez cały miesiąc. Wszystkich innych - ze szczególnym uwzględnieniem pracowników zatrudnianych przez pracodawców - „jakieś" zasady obowiązują. Futboliści też zaliczają się do pracowników.
Takie czy inne, zależne od miejsca, ludzi i pozostałych uwarunkowań. Zasady istnieją i na Camp Nou. Ziarna zasadzone dekady temu kwitną do dziś. Wypada szanować taki stan rzeczy, wartości budujące ten klub. Barça to pod pewnymi względami związek bez kompromisów. Nieakceptujący takiego stanu rzeczy Szwedzi muszą rozglądać się za przyszłością dalej. Fani, którzy to ignorują, interpretują temat opacznie lub wybiórczo - winni poszukać piłkarskiej sympatii gdzie indziej.
Nie idzie tu o sprawy jasne, jednowymiarowe. Zaskakujące, wszechstronnie wymykające się intuicyjnej racjonalizacji decyzje Zarządu lub trenerów mogą i muszą podlegać kibicowskiej oraz dziennikarskiej wiwisekcji. Dogłębnej analizie i tubalnym aktom (za)kwestionowania; jeśli tylko te ostatnie mają oparcie w faktach i rzeczową argumentację. Przy strukturze organizacyjnej FC Barcelony - „klub własnością kibiców" - trzeba o rzeczach złych, szkodliwych choćby potencjalnie, mówić bezzwłocznie i głośno. Są tu bowiem mechanizmy formalno-prawne pozwalające reagować na procesy zagrażające w dowolny sposób zrównoważonemu rozwojowi klubu. Reagować szybko i skutecznie. Osoby, którym dobro klubu leży trwale na sercu, podejmą w takiej sytuacji próby powstrzymania biegu zdarzeń lub przynajmniej zminimalizowania ich niepomyślnych efektów. Bez oglądania się na cicho-wygodnicki konformizm ogółu. Akty kontestacji toku bieżących zdarzeń wykazują, że tłuszcza obserwująca zjawiska na Camp Nou (tak kibiców, jak publicystów) sapiensami jest myślącymi, w odróżnieniu od łykającego wszystko jak leci stada pelikanów w bordowo-granatowych szalikach. Przecież w procesie zarządzania równie ogromną i operującą na tak wielu płaszczyznach organizacją, błędów uniknąć się nie da. Informowanie o nich w porę, krytyka naturalnie wpisują się w charakterystyczny tej instytucji od dekad dialog Klub-otoczenie.
Co innego: kwestie wyższej złożoności; tym bardziej, gdy dla tożsamości klubu są jednocześnie fundamentalnymi. Istnieją takie sprawy, które ze względu na czynniki obiektywne, wyznawane tu wartości - nie podlegają dyskusji czy choćby negocjacji. Jeśli ktokolwiek proponuje interpretację odmienną od władz klubu, takowa będzie wyłącznie pochodną indywidualnej naiwności autora. Niedoinformowania bądź zignorowania podstawowych cech tego klubu. Yarisem swojej mamy nie zajedziesz na biegun, Pedro Rodrígueza nikt z klubu sprzeda.
Mógłbym w tym miejscu kropkę postawić-zasadzić. W sposób autorytarny ustawić w kącie bez prawa do prawdy wszystkich domagających się pozbycia bezproduktywnego calutkimi miesiącami gracza z klubu, zadefilować im przed nosami zaopatrzony we wzniosłe hasła o pokorze kibica, tożsamości klubu, kadrowym patriotyzmie FC Barcelony, szlachetnych wartościach narzucających traktowanie „swoich" w sposób szczególny, czyli uprzywilejowany. Zamknąć dyskusję na zasadzie tak, bo tak, a jak „nie" - to wara? Ee, to byłoby za łatwe. I nie w moim stylu.
Jestem w tej kwestii szczerze przekonany o tym, że dywanowa krytyka piłkarza za zeszły sezon jest uzasadniona tylko w części. Niekoniecznie część to większa z dwóch, ale na rozwinięcie tego wątku jeszcze przyjdzie czas. W tym miejscu, motywowany utrzymaniem względnej kompaktowości tekstu, wiernością tytułowi i meritum, wolę podzielić się wrażeniem, jakoby wszyscy domagający się wyrzucenia 25-letniego skrzydłowego na wysypisko piłkarskich śmieci stracili z pola widzenia podstawowe fakty o znaczeniu decydującym dla rzeczowej, rozsądnej, sprawiedliwej narracji jego przypadku.
Sprawa Pedro - i nie tylko ona - przypomina, jak wielu fanów z namaszczeniem i pokorą ceni, szanuje różne zjawiska, normy i porządki na Camp Nou, lecz tylko wtedy gdy im to odpowiada. Gdy jest dla nich wygodne, czołobije aktualnym przekonaniom, chwilowym opiniom. Zbiega się z subiektywizmem wniosków, odpowiada w ogóle i szczególe. Jeśli jest inaczej - nie cierpi na tym ochoczość, kategoryczność sądów. "Cierpią" wyłącznie fakty.
Natychmiast zawężam ten wątek do „traktowania" zawodnika przez zwolenników jego klubu. Gdy robią się schody, gość pudłuje na potęgę, traci formę i lekkość gry, automatyzm boiskowych ruchów albo nękają go tłumnie problemy ze zdrowiem - fani futbolu przypominają przepitych gości weselnych. Powszechnie wypinają się na "swojego" piłkarza pękniętymi plecami niczym ci ostatni na kroczącego kusząco po etykietce „Jasia Wędrowniczka" o 7 nad ranem. To zjawisko nie zaskakuje, gdy rozwody są najczęstsze w historii ludzkości, najwyższa wartość to skrajny konsumpcjonizm, a bożyszczami nastolatków bohaterowie „Geordie Shore". Nic dziwnego, że w takich warunkach o wierność, wytrwałość, cierpliwość kibicowi też trudniej niż dawniej. Zestarzałe to wartości, zupełnie nie trendy. Omszałe grubym grzybem niepopularności.
Tym bardziej warto pamiętać, że to właśnie wiara i wierność pomimo gorszych chwil - a może właśnie dzięki nim - dają kibicowi najintensywniejsze, najwspanialsze doznania. Tylko gdy po dniu klęski nadchodzi dzień chwały, fiesta smakuje najlepiej, a euforia - pełna. Ktoś będzie zaskoczony, ale taka postawa procentuje także w wielu innych sferach życia. Wszystkich?
Wracając do Barcelony: niby wszyscy z nas, sympatyków tego klubu, entuzjazmują się La Masíą, mes que un clubem, działalnością charytatywną i „jedenastką" z wychowanków. Z tą samą gorliwością spierają się z rozmówcami, czy bieżące sukcesy La Roja to zasługa Barcelony i katalońskiej cantery w 75 czy tylko 68 procentach, jak kwestionują przyszłość Pedrito w klubie. Konsekwencja? Brak. Przecież Barça to pełny pakiet. Tylko w dniu próby, momentach złych i gorszych, w cieniu porażki - wychodzi prawdziwa lojalność kibica.
Jeśli komuś nie odpowiada, że klub pozbywa się Villi nie Pedro, zignorowawszy lekką ręką m.in. tak banalną sprawę jak wiekowa różnica pomiędzy oboma goleadorami hiszpańskiej piłki - proszę bardzo, droga wolna. Piłkarskiego „kwiata jest z pół świata".
FC Barcelona to tradycja, historia, status narodowo-społeczny, utrzymywany na przestrzeni dekad zbliżony styl gry i struktura narodowa szatni wierna ojczyźnie, a nie narodowościowej mozaice berlińskiego Kreuzbergu. To promowanie wychowanków, dzieci La Masíi - czasem kosztem „stranierich".
O tym, że Barça to „pełny pakiet" warto pamiętać nie tylko wtedy, gdy nam to na rękę, a od sukcesów w stolicy Katalonii cały Madryt zapada na biegunkę frustracji. Również (przede wszystkim?) w chwilach i sytuacjach mniej dla katalońskiego klubu pomyślnych, tchnących za to złożonością, wieloźródłowością oglądanych na boisku problemów. Sympatia okazywana klubowi piłkarskiemu po przekroczeniu pewnego Rubikonu uczucia czy fanatyzmu, jest przecież jak dom w cichej, podmiejskiej okolicy z godzinną (żeby tylko!) drogą w jedną stronę do leżącego w centrum biura. Jak estetyczna znajoma z anatomicznym przepychem, która pali fajki. Jak wymarzone zwierzątko, które - niech je jasna cholera - kuwety samo po sobie nie ogarnie.
Tak też jest z Barçą i każdym innym obiektem kibicowskich westchnień. Kochaj lub nienawidź, trwaj czy rzuć, ale bądź w tym choć trochę konsekwentna/-y. W innym przypadku można narazić się na śmieszność.
Może to zabrzmi mało przyjemnie, ale uważam, że każdy kto pomstuje na gracza, którego nieskuteczność nie wynika z jego nieudolności, starości czy zachodu formy (a przynajmniej nie tylko - co będzie w swoim czasie dowiedzione), lecz jest pochodną czynników zewnętrznych - nie jest fair. Wszyscy, którzy „jeżdżą" po Zarządzie za Ledesmę, albo wygłaszają apokaliptyczne tezy o kompetencji lokatorów biur na Camp Nou nie widząc różnicy pomiędzy 32-prawie-latkiem, który pressingu w ataku uczy się dopiero od trzech lat gdyż wcześniej nigdy nie musiał, a 25-latkiem z przyspieszeniem torpedy wychowanym od dzieciaka w systemie taktycznym tego klubu - powinni się w moim odczuciu zastanowić, czy noszą na szyi właściwy szalik. To przykład dylematu zupełnie podstawowego dla ciągłości ewolucji tego klubu ku historycznym sukcesom. Jego wynik powinien być oczywisty do przewidzenia dla każdego, kto FC Barceloną interesuje się dłużej niż kilka dni.
Doprawdy, konsekwencję w kibicach znaleźć dziś trudniej niż abstynenta na studniówce.
Stawiam tu Villę i Pedro obok wyłącznie dla zasady barwnego kontrastu. Skoro o przyszłości Villi już było, pozwólcie, że przy kolejnej okazji przejdę szczegółowo do wyjaśnienia genezy mojego optymizmu względem przyszłości Rodrígueza na Camp Nou.
Tu można zakończyć tylko, że odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące jego dyspozycji w ostatnich kilkunastu miesiącach leżą w moim mniemaniu pod jednym, bardzo konkretnym adresem. Na Wrzecionie jego piłkarskiego DNA.
Komentarze (199)