W ciszy stadionu. 5 tygodni Davida Villi

Karol Chowański 'Challenger'

1 czerwca 2013, 17:46

138 komentarzy

Nie było stypy. Była euforia. Bezinteresownym uśmiechem witali Cię sąsiedzi, wiosna na nowo pachniała wiosnością, a chodniki same przesuwały się pod stopami. Nawet jeśli ktoś powiew nadziei na wspaniałą bordowo-granatową resztę sezonu skutecznie haltował rozsądkiem zaryglowania przedsionków swego kibicowskiego serca na cztery spusty, cholernik wpadał oknem.

Barça wystawiła Milan za burtę Ligi Mistrzów, David Villa zdobył najważniejszą bramkę, a pokaz siły gospodarzy rewanżu był tak imponujący, że nawet w redakcji „Marki" nikt nie zauważył, że
drugi gol Messiego
padł ze spalonego.
Powrót do rotacji

Gdy na przełomie lutego i marca kłopoty zdrowotne na wiele meczów wykluczyły Xaviego Hernándeza, największym beneficjentem powstałej sytuacji zwalniającej miejsce w jedenastce nie był nikt z duetu Cesc-Thiago. Osobą tą paradoksalnie został David Villa. W kontekście rozczarowujących wyników w Mediolanie, półfinale Pucharu Króla i Madrycie, sztab szkoleniowy Barçy stracił paszport na kombinacje taktyczne, a wobec opuszczenia przez Creusa aż 5 kolejek La Liga Fàbregas był trenerom potrzebny w pomocy. W składzie zrobiła się luka na Davida, który w marcu po raz pierwszy i jedyny (!) od czasu złamania wystąpił we wszystkich meczach miesiąca.

Regularna gra w tym okresie (10.02-17.03) zaowocowała najlepszymi statystykami napastnika w sezonie: 4 gole, 2 asysty. Villa wywalczył sobie należne mu miejsce w rotacji. Miał zaufanie trenerów, wsparcie fanów i piłki od kolegów potrzebne do zdobywania goli - wszystko, co potrzebne, aby runda wiosenna w ogólnym rozrachunku należała do niego. Wszystkim obserwatorom wróciła nadzieja, że wobec jałowej w statystykach postawy Pedro i Sáncheza, w przeddzień decydującej fazy sezonu, Barça „odzyskała" Davida Villę. Nic z tego.

Ze sztandarów w bezradność

Ten tytuł mógłby równie dobrze brzmieć „fiasko Davida Villi", „zmierzch Davida Villi" czy „odejście Davida Villi" - nie byłoby różnicy. Przekaz ten sam.

12 marca i 20 kwietnia. Pięć tygodni różnicy. Rewanż z Milanem na jednym krańcu, ligowa potyczka z Levante na drugim. Morze zawodu, ocean bezsilności pomiędzy.

Gubiące obrońcę przyjęcie jedną nogą, perfekcyjny strzał drugą. Piłka posłana w sam róg bramki Abbiattiego na takim zasięgu, że Włoch nawet się nie rzucił. Bramkarz w chwili strzału wiedział to, co kibice zobaczyli dopiero na powtórkach. Nie było po co. Messi ustrzelił wcześniej dublet, ale to Villa zdobył decydującą bramkę wieczoru. Premiującą do awansu i mobilizującą resztę składu do utrzymania takiego stanu rzeczy, nadludzkim choćby wysiłkiem. Skomplikowany mecz w jednej sekundzie stał się tak prostym. Mityczna „remontada" ze sfery snów przeszła w fakt dokonany.

Luz i pewność pokazana w tej akcji złapały za serce każdego culé. Znów widzieliśmy „starego Villę", który błyskiem geniuszu zmienia losy rywalizacji. Nie był to pierwszy z takich momentów byłego napastnika Valencii po powrocie do składu - że wspomnę tylko przedniej urody gol z Sociedad na otwarcie sezonu, dające 3 punkty „wejście smoka" z Sevillą czy wyborny występ z Celtą okraszony w listopadzie golem, asystą i naszym skromnym ZM-em.

Wymiar tego spotkania dla barcelonismo, klubu, moment meczu i uroda trafienia musiały jednak sprawić, że gwiazda Villi wystrzeliła po Milanie najwyżej w sezonie. „Guaje wrócił", śpiewali podnieceni fani. Wróciły też ich nadzieje, wróciły oczekiwania. Faktycznie, taki występ to doskonała okazja na powrót do pierwszego składu. Do wielkości, roli lidera zespołu, pewności w statystyce i w głowie.

Spełniło się tylko to pierwsze. W powyższym okresie David Villa grał najczęściej w sezonie. W odróżnieniu od wcześniejszych faz sezonu, w wyjściowej jedenastce wychodził później we wszystkich najważniejszych meczach rzeczonego okresu (PSG I, PSG II i Levante), podobnie jak z Rayo. Otrzymał od trenerów minuty, zaufanie i szansę. Nie wykorzystał jej. Zmarnował ją.

Przyszłość daleko od Camp Nou

Zerowy dorobek z Realem Valladolid i nieskuteczność na Cornellà-El Prat tylko pogłębiają beznadzieję nad postawą Villi. Nie ziści się marzony tu kiedyś plan o „nowym Larssonie". „El Guaje" nie będzie na Camp Nou ani nowym „Henke", ani nikim innym. Pożegna się z klubem tego lata. Barça musi optymalizować kadrę jeśli chce być konkurencyjna w walce o jak najwyższe cele w przyszłym sezonie. Najskuteczniejszy napastnik hiszpańskiej kadry już temu klubowi nie gwarantuje. Boże, jak głupio to brzmi gdy już wypowiedziane na głos... Rzeczywistości nie oddaje przez to ani mniej wiernie.

To pożegnanie dzierga się żalem. Przez znaczącą większość mijającego sezonu miałem nadzieję, że dla Davida Villi będzie jeszcze przyszłość w tym klubie. Myliłem się. Diametralna zmiana opinii przyszła na ostatniej prostej kampanii. Wielu łudziło się wcześniej, że tamten wieczór z Milanem to powrót „króla Davida", ale gdzieś w międzyczasie - może w szpitalnym łóżku z połamaną nogą, może latem, może jesienią gdy nie stawiał na niego trener, może zimą gdy dziennikarze „sprzedawali" go na Wyspy, a może w kwietniu gdy było mu już wszystko jedno - król zmizerniał. Nieodwracalnie.

Spójrzmy w oczy prawdzie z brawurą dentysty zaglądającego nam w próchnicę: to już nie ten piłkarz, co kiedyś. Dlatego musi odejść.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (138)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze